-
nowość
Smoczy książę. Saga związanych dusz. Tom 2 - ebook
Smoczy książę. Saga związanych dusz. Tom 2 - ebook
Epicka kontynuacja bestsellera „Sunday Timesa”, w której imperia upadają, a smoki wznoszą się w przestworza…
Jai marzy o tym, by zostać smoczym jeźdźcem. Pragnie wolności i świata, w którym będzie mógł poprowadzić swój lud, Kidarów, ku wyzwoleniu. Ma już własnego smoka, Zimę, ale ona wciąż dorasta i podobnie jak on – dopiero uczy się swojej mocy. A droga do zwycięstwa okazuje się znacznie bardziej niebezpieczna, niż Jai przypuszczał…
Gdy odnajduje plemię na Wielkim Stepie, odkrywa, że nie są to jego ludzie, lecz wygnańcy zwani Splamionymi. Szybko przekonuje się, jak niewiele wie o politycznych intrygach rozgrywających się na bezkresnych równinach. Tym bardziej, że władzę sprawuje jego wuj, który nie zamierza oddać jej bratankowi.
Tymczasem legioniści i Gryfia Gwardia imperium Sabinów pustoszą kolejne plemiona Wielkiego Stepu. Jai bardzo szybko będzie musiał zrobić to, na co inni poświęcają całe życie – zapanować nad magią, zostać wojownikiem, umocnić więź z Zimą i ocalić ukochaną. Jako smoczy jeździec dźwignie ogromny ciężar w nadziei, że pewnego dnia skrzydła jego smoczycy pozwolą wznieść się ku wolności.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368592900 |
| Rozmiar pliku: | 6,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Głowa Jaia pulsowała ostro za każdym razem, kiedy masywne kopyta khiro waliły o ziemię. Szorstki worek obcierał mu skórę, ale ledwie to zauważał, był bowiem zbyt zajęty trzymaniem się sztywnego futra zwierzęcia, żeby za wszelką cenę nie spaść w długą trawę.
Wyczuwał obok siebie Zimę; naprężała liny, którymi przywiązano ją do boku bestii. Myślami dodawał otuchy przerażonej smoczycy, ale na niewiele się to zdało. Nie pomagało również to, że jednocześnie ona wyczuwała jego strach.
Khiro zaczął zwalniać, wielkie mięśnie zadrżały, a tętent kopyt powoli umilkł. Zwierzę dyszało ciężko, akcentując ciszę, która zapadła.
Atmosfera wokół Jaia i Zimy zgęstniała, jakby na sygnał pokrzykujących. Posługiwali się mową stepu z akcentem tak ciężkim, że Jai – ze swoją dziecinną znajomością języka – nie potrafił rozróżnić nawet pojedynczych słów.
Mocne dłonie złapały chłopaka i ściągnęły z grzbietu khiro. Potknął się zdezorientowany i dał się pociągnąć po ziemi. Tchnienie wiatru ustało dokładnie w tym samym momencie, kiedy jego stopy znalazły oparcie. Ktoś zerwał mu worek z głowy, a od nagłego uderzenia światła i powietrza zabrakło mu tchu. Mrugając, by osłonić oczy przed blaskiem ognia, Jai spróbował się rozejrzeć, ale wtedy ktoś pchnął go na kolana.
Namiot wykonano z futer i bambusowych tyk, a cała konstrukcja była wielkości stajni mogącej pomieścić trzy konie. Unoszący się w powietrzu zapach skór i dymu mieszał się ze słabą wonią ziół. Pośrodku namiotu tliło się ognisko, a rzucane przez nie cienie tańczyły na ścianach.
Kiedy wzrok chłopaka przywykł do nowego otoczenia, uklęknęła przed nim kobieta, która wbiła w Jaia spojrzenie jastrzębich oczu. Pochodziła z Ludu Stepu i bez wątpienia była wysokiego stanu. Pieczołowicie zaplecione warkoczyki we włosach, przyozdobione kośćmi, zębami i drogocennymi kamieniami świadczyły o pozycji – jeśli to, co Jaiowi udało się zauważyć przez tę krótką chwilę, zanim włożyli mu worek na głowę, było prawdą. Nawet bez tych symboli od nieznajomej biła pewność siebie charakterystyczna dla przywódczyni; patrzyła przenikliwie i z wyrachowaniem.
Zebrawszy się na odwagę, Jai otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale uciszył go szybko wymierzony policzek. Kobieta popchnęła głowę chłopaka w dół i obejrzała jego skalp, jakby oglądała jakieś bydło. Jaiowi zawirowało przed oczami od uderzenia, ale wytrzymał spojrzenie kobiety – nie zamierzał pozwolić, by zawładnął nim strach.
Uśmiechnęła się, widząc ten akt buntu. Zmrużyła oczy, jakby coś zauważyła, zakląskała językiem bodaj z dezaprobatą, obejrzała jeszcze paznokcie chłopaka i rozchyliła mu usta, by przyjrzeć się zębom; powąchała nawet kosmyk włosów, jakby potrafiła wyczytać z niego jakąś tajną informację. Upokorzenie rozogniło Jaia, ale miał na tyle rozumu, by się nie opierać – nie chciał znowu dostać w twarz. Zamiast tego sięgnął do wnętrza, dotknął więzi łączącej go z Zimą, by czerpać z niej pocieszenie.
Kobieta cofnęła się, usiadła, westchnęła i zaklaskała w dłonie. Przygryzła wargę, przyglądając się z politowaniem Jaiowi, jakby miała coś powiedzieć. Potem pokręciła głową, odwróciła się i wypadła z namiotu przez przesłonięte zasłoną wejście.
Jai wziął głęboki oddech. Potem kolejny i kolejny, próbując uspokoić walące serce. Nie wiedział, gdzie się znalazł. Ani nawet kto go pojmał. Ale żył… A wnosząc po siniakach, które zostały mu na żebrach po podróży, był daleko od Magnusa i jego ziomków.
Nie miał jednak pojęcia, czy Erice i Huddytom dopisało tyle samo szczęścia.
Jakkolwiek by nie patrzeć, jego misja zakończyła się sukcesem. W końcu trafił do swoich. Ale to nie byli j e g o ludzie. To nie byli Kidarowie.
Dopiero bowiem gdy rozejrzał się uważnie, zrozumiał, że nie obcował z wielkim plemieniem stepu. W dzieciństwie Balbir opowiadała mu o ich plemieniu oraz o świecie, który porzucili. Wiedział, że obraz, który stworzył sobie w głowie, unoszony dziecięcą dumą, musiał być znacznie bardziej okazały niż w rzeczywistości. Ale te klepiska i postrzępione derki w niczym nie przypominały bogatych gobelinów, dywanów ani wyszywanych poduszek, które niegdyś opisywała Balbir.
Pociągnął nosem, a od zapachu gotowanej w pobliżu strawy zaburczało mu w brzuchu. Dobiegł go szczęk naczyń, śmiech kobiet oraz dzieci. Został zabrany w samo serce ich obozu. Nie… Ich wioski. Wioski, która przemieszczała się wraz z całym plemieniem, jak u wszystkich Stepowców.
Świszczący oddech z kąta sprawił, że Jai gwałtownie odwrócił głowę. Omal nie upadł – zapomniał bowiem, że ma związane nogi. Z narożnika namiotu przyglądał mu się stary mężczyzna z owadzimi oczami, który drżał, okryty futrem khiro. Stara kobieta za pomocą drewnianej łyżki karmiła go rzadkim mlekiem z glinianej miski.
Plemię było małe, do tego biedne. A więc zachowali Jaia przy życiu nie bez powodu.
Starsza dwójka zignorowała go, jakby widok poobijanego, krwawiącego jeńca nie był dla nich niczym nowym. Domyślał się, że w istocie tak mogło być, jeśli wierzyć opowieściom Balbir. Nikt nie toczył więcej wojen niż Lud Stepu. Nikt też nie brał więcej jeńców. Połowę niewolnych w Cesarstwie Feniksa stanowili pokonani jeńcy ze stepu.
Usłyszawszy zbliżające się kroki, Jai szybko spuścił wzrok i wrócił do poprzedniej pozycji. Jeśli chciał mieć szanse na ucieczkę… lepiej, żeby wydawał się posłuszny.
Do namiotu, popchnięty niewidoczną ręką, wpadł drobny człowiek. Zaraz za nim wszedł kolejny, krzyczący mu nad głową. Tym razem był to mężczyzna, choć wyraźnie podobny do tamtej kobiety. Te same jastrzębie oczy oraz zakrzywiony nos, zapewne rodzinny.
Prawdopodobnie jej brat albo kuzyn. Z pewnością zajmował podobną pozycję, sądząc po drogich futrach i ozdobach; w jego uśmiechu jednak, kiedy popatrzył na Jaia, kryło się okrucieństwo – coś, czego nie było w spojrzeniu kobiety.
Stepowiec klepnął niższego chłopaka w ramię i zmusił go, by ukląkł przed Jaiem. Młodzik drżał i wzdrygnął się, kiedy jego pan wskazał palcem na Jaia.
– Jestem Feng – wymamrotał, patrząc uparcie w ziemię. – Podobno mówisz wysokocesarskim. To prawda?
Jai nie odpowiedział, ale tylko dlatego, że zszokowała go płynność, z jaką tamten posługiwał się znanym mu językiem. Drugi z mężczyzn zjeżył się na milczenie Jaia.
– Odpowiadaj albo Zayn się wścieknie – syknął Feng.
– Prawda – wykrztusił Jai.
Zayn nieoczekiwanie uderzył Fenga w plecy i roześmiał się z satysfakcją. I wtedy – równie nagle, jak wybuchnął śmiechem – skrzywił się i złapał młodego za kark.
Następnie przemówił, wypluwając z siebie słowa w gardłowych sekwencjach. Nawet na moment nie oderwał wzroku od twarzy Jaia.
Feng przetłumaczył, a jego płaczliwy głos marnie oddawał jad w tonie Zayna.
– Komu to ukradłeś… ty… mieszańcu?
Zayn wyciągnął coś srebrnego spod futra, którym był okryty, i rzucił to na ziemię. Obojczyk Jaia. Kiedy chłopak spojrzał na fragment zbroi, Zayn złapał go za twarz w żelaznym uścisku i zbliżył ją do swojej.
– Gadaj, robaku.
Jai uniósł wargę i splunął w bok, choć po prawdzie w ustach zaschło mu tak bardzo, że wyszedł z tego jedynie symboliczny gest. Mężczyzna się wyszczerzył… po czym spoliczkował Jaia tak mocno, że chłopakowi aż odskoczyła głowa.
To był cios duszozwiązanego, w dodatku potężnego. Otumaniony siłą uderzenia Jai miał wrażenie, że świat się zakołysał; przed oczami mignęło mu zakrzywione ostrze, którym Zayn pomachał przed twarzą jeńca niczym zabawką gaworzącego dziecka.
– Nie słuchasz – przetłumaczył Feng, a Zayn wysyczał kolejne słowa. – Czyli nie potrzebujesz uszu.
Jai jęknął i poczuł, jak zimne ostrze dotyka jego policzka, a potem przesuwa się w kierunku skroni.
Cień zasłonił wejście do namiotu i dobiegł ich czyjś głos. Mamrocząc coś z niezadowoleniem, Zayn zabrał nóż i wymaszerował na zewnątrz. Rozległy się podniesione głosy, a po chwili dało się usłyszeć dźwięk uderzenia.
Dopiero kiedy ktoś zaklął i coś twardo łupnęło, wejście pociemniało jeszcze bardziej. Do środka weszła pierwsza kobieta. Kiedy uśmiechnęła się do Jaia, krew zaplamiła jej wargi i zęby.
Feng przetłumaczył słowa nieznajomej:
– Jestem Sindri, chan plemienia Valorów. Przepraszam za zachowanie mojego brata, Zayna. Potrafi być… impulsywny. – Ton Sindri, nawet kiedy posługiwała się szorstką mową stepu, był niemal łagodny, co kłóciło się z przemocą, do której przed momentem doszło. – Jak trafiłeś na nasze ziemie?
Jai się zawahał, rozważając możliwości. Postanowił mówić prawdę, przynajmniej do pewnego stopnia.
– Moja matka nie pochodziła ze stepu, ale moim ojcem był Rohan, chan Kidarów. Dorastałem jako zakładnik na cesarskim dworze. Dwóch moich braci zostało fałszywie oskarżonych o zdradę i straconych przez cesarza Tytusa, ale ja uciekłem. Przebyłem imperium w poszukiwaniu mojego plemienia.
Sindri słuchała uważnie z zamyślonym wyrazem twarzy.
– Nieszczególnie znam się na… politykowaniu większych plemion – przyznała po chwili. Tłumaczący jej wypowiedź Feng zająknął się, szukając odpowiednich słów. – Ale dobrze znamy tego Rohana, o którym mówisz.
Sindri wyciągnęła ostrze z pochwy przy boku, a Jai się wzdrygnął. Podniosła wolną dłoń w geście pokoju i rozcięła więzy dwoma zwinnymi ruchami sztyletu. Wyprostowała się i odwróciła do wyjścia z namiotu.
Kiedy się odezwała, Jai wsłuchał się w słowa Fenga.
– Możesz poruszać się swobodnie wśród nas, ale twoja bestia pozostanie w zamknięciu, dopóki nie postanowię, co z tobą zrobić. Wiedz jedno, Jaiu z Kidarów, o ile faktycznie nim jesteś: jeśli czegoś spróbujesz, stracisz nie tylko ucho.ROZDZIAŁ 2
Niedługo po wyjściu Sindri Jai uświadomił sobie, że wstrzymywał oddech. Wypuścił powietrze wraz ze strachem, nad którym ledwo zdołał zapanować.
Klęczący obok niego Feng się poruszył, wciąż trzymając opuszczoną głowę.
– Już w porządku – szepnął Jai. – Poszła sobie.
Feng zerknął na starców za nimi i pokręcił głową, przyciskając chudy palec do ust.
Dopiero teraz, kiedy nieco uniósł twarz, Jai mógł lepiej się mu przyjrzeć.
Feng wyglądał na starszego od Jaia, miał pewnie około dwudziestu lat, może trochę mniej, może trochę więcej; ciemne, inteligentne oczy wyrażały niewypowiedziany smutek. Nad górną wargą na wąskiej twarzy sypał mu się wąs. Włosy – w przeciwieństwie do warkoczy i ozdób noszonych przez Zayna i Sindri – zebrał w prosty, krótki kucyk. Rysy twarzy odróżniały go od pozostałych Stepowców, co świadczyło o mieszanym pochodzeniu. Coś w obliczu chłopaka kojarzyło się Jaiowi z dyplomatami z Cesarstwa Feniksa i kupcami, którzy z rzadka przybywali do pałacu Leonida po długiej podróży z dalekiego wschodu.
Jai przyglądał się przez chwilę Fengowi, zastanawiając się, co się czai za tym pełnym rezerwy spojrzeniem. Musiał zachować ostrożność, jeśli chciał zdobyć jego zaufanie, a może nawet uzyskać pomoc. Ewidentnie chłopak był tu równie niemile widziany co on sam.
– Dziękuję za tłumaczenie – odezwał się miękko Jai. – Bardzo dobrze mówisz w wysokocesarskim. Gdzie się go nauczyłeś?
Feng znów nic nie odpowiedział – zamiast tego wstał i ruszył w stronę światła wpadającego przez wejście. Jai poszedł za nim, rozcierając nadgarstki i obolałe żebra. Już dawno skończyła mu się mana, a nie miał kiedy duszooddychać, żeby się uzdrowić. Dość szybko zdał sobie sprawę, że bycie przypiętym do góry nogami do grzbietu khiro nie sprzyja duszooddychaniu.
Na zewnątrz tętniło codzienne życie plemienia nomadów. Mężczyźni i kobiety krzątali się przy ogniskach, gdzie przygotowywali posiłki z użyciem noży i garnków, podczas gdy dzieci bawiły się, biegając między namiotami; ich śmiech rozbrzmiewał głośno w ostatnich ciepłych promieniach słońca. Z dala od tego centrum wszelkich aktywności, na skraju obozu trzymali się starsi, których obecność w niepokojący sposób kontrastowała z rodzinną atmosferą. Niektórzy zebrali się w kręgach, gdzie grali w hacele i obstawiali zakłady, zaś inni siedzieli zapatrzeni w dal i popijali z rogów. Wszyscy bez skrępowania nosili broń.
Jednak najbardziej fascynujące okazały się khiroi, które pasły się z zadowoleniem w pobliżu. Ich potężne, kudłate cielska poruszały się z zaskakującą gracją, a powykrzywiane rogi na łbach przypominały maszty całej floty okrętów. Jaiowi ulżyło, gdy zobaczył między nimi Navi – mniejsza sylwetka pokryta bliznami i szare futro z łatwością odróżniały ją od ciężkich bestii. Nieopodal zebrała się starsza młodzież z wioski – stała na straży, nie odrywając wzroku od horyzontu.
Owa różnorodność kontrastowała ze sterylnymi korytarzami cesarskiego pałacu. Mimo strachu kłębiącego się w żołądku Jai doszedł do wniosku, że cała ta sceneria w dziwny sposób działa na niego pokrzepiająco.
Feng poprowadził chłopaka do cichego miejsca na skraju obozu, gdzie mogli porozmawiać bez ryzyka bycia podsłuchanym. Wyszedłszy poza krąg namiotów, Jai aż przystanął, by przez moment napawać się widokiem.
Morze zieleni – falujące pod dotykiem wiatru – ciągnęło się od horyzontu do horyzontu, zarumienione od pierwszych promieni zachodzącego słońca.
Feng pociągnął Jaia za rękaw, zmuszając go, by usiadł w trawie. Oglądając się za siebie, odpowiedział wreszcie na wcześniejsze pytanie.
– Podobnie jak twój ojciec, mój też pochodził ze stepu – mówił głosem delikatnym i dobiegającym z oddali jak wyblakłe wspomnienie. – Ale matka była handlarką z dalekiego wschodu. To ona nauczyła moją siostrę i mnie twojego języka, podobnie jak swojego własnego. To chyba dlatego zostałem wybrany dla ciebie jako… niańka.
Jai usłyszał w tych słowach gorycz, mimo że młodzieniec próbował ukryć czający się w oczach ból. Wyglądało na to, że podobnie jak Jai Feng tkwił uwięziony między dwoma światami i nigdy w pełni nie należał do żadnego z nich.
– Zapuściliśmy się na step, żeby handlować z ludem ojca i uniknąć sabińskich poborców podatków. Ojciec i matka przypłacili to życiem. Mnie i siostrę sprzedawano od plemienia do plemienia, aż ostatecznie trzy lata temu wylądowaliśmy u Sindri. Okazałem się na tyle użyteczny, że już mnie nie sprzedała, choć często mają w zwyczaju to robić.
Jai się wzdrygnął; historia kładła się cieniem na spokojnym krajobrazie, który miał przed oczami. Wszystko zaczynało się układać w całość. Jai z zakładnika Sabinów stał się… zakładnikiem własnych pobratymców.
– A twoja siostra? – Jai ledwo ośmielił się spytać.
– Nadal tu jest… Na razie.
Feng nie spojrzał mu w oczy, mnąc w palcach źdźbło trawy.
– Przykro mi – powiedział Jai. Szczerość przyszła niewymuszenie. – Wiem, jak to jest, kiedy człowiek czuje się obcy.
Feng napotkał spojrzenie Jaia i przez moment wydawało się, że dzielący ich mur pęka. Ale młodzieniec równie szybko przybrał nieprzenikniony wyraz twarzy i odwrócił wzrok.
– Powinniśmy znaleźć ci coś do jedzenia – rzucił ostro, wstał i otrzepał strój z ziemi. – Chodź, oprowadzę cię po obozie.
Jaiowi trudno było się skupić, bo cały czas wyczuwał Zimę, nadal szarpiącą się z więzami. Wiedziała, że Jaia zostały przecięte, ale nie uspokoiło jej to – zamiast tego zaczęła panikować, że zostanie gdzieś zabrany. Jai był świadom, że smoczyca nie spocznie, dopóki go nie zobaczy, ale wiedział też, że nie powinien kusić losu, próbując ją odnaleźć.
Miał tylko chwilę, żeby zamknąć oczy i wejść w półtrans, dzięki któremu wyraźniej usłyszał Zimę.
_Jai! Jai!_
Jego imię, jego zapach, sama jego dusza. Domagała się tego. A mimo to nie mógł skłamać, by uspokoić jej bijące gwałtownie serce, a co dopiero swoje własne. Zamiast tego więc odnalazł głęboko w sobie promyk nadziei i ofiarował go Zimie niczym balsam; krzyk w jego głowie umilkł, pozostały jedynie łagodne obawy.
– Szybciej, zanim zajdzie słońce! – Głos Fenga wybudził go z wycieczki w głąb siebie.
Kiedy szli przez obóz, Jai chłonął każdy detal, starając się zapamiętać rozkład obiektów oraz rutynę członków plemienia.
Obozowisko ożywiała harmonijna mieszanka funkcjonalności, chaosu i piękna; farbowane roślinami namioty w barwach lilii oraz indygo ustawiono równo wokół centralnego placu. Ten zdawał się służyć za miejsce plemiennych spotkań, bo Jai widział tam ludzi zbierających się na wspólny posiłek, opowiadających sobie historie i śmiejących się razem.
Najbardziej zainteresował go symbol namalowany na każdym namiocie, a nawet wyszywany na strojach członków plemienia: skrzyżowane łodygi kwitnącego łubinu. To wyjaśniało wszechobecność koloru fioletowego.
Powietrze wypełniał bogaty aromat przypraw i ziół, którego Jai doświadczał do tej pory jedynie podczas najbardziej wystawnych uczt w pałacu cesarskim. Nęcąca woń uderzała do głowy mieszanką zapachów. Niektórych nut nie potrafił rozpoznać, ale wiedział, że nie występowały w sabińskiej kuchni, do której przywykł.
Pomimo ciekawości Jai uważał, by nie gapić się na otaczających go ludzi, nawet jeśli oni nie podzielali jego zahamowań. Chichoczące dzieci wskazywały na jego włosy – o wiele krótsze od długich warkoczy każdego mężczyzny i każdej kobiety z plemienia, włącznie z najmłodszymi. Kiedy się do nich uśmiechał, dzieciaki z piskiem chowały się za matczynymi spódnicami.
Feng zajął miejsce przy centralnym ognisku, a Jai z zainteresowaniem przyjął fakt, że jeniec bez problemu otrzymał miskę parującego gulaszu. Feng podał porcję Jaiowi, a następnie wziął kolejną dla siebie. Przynajmniej wyglądało na to, że więźniowie byli tu dobrze traktowani. Jak dotąd Sindri dotrzymała słowa.
Jai nieśmiało spróbował posiłku; zaskoczyła go złożoność smaku. Potrawa – bogata w przyprawy, zioła i wiele innych dodatków – nie przypominała niczego, co w życiu jadł. Ledwie jednak jęknął z rozkoszy, usta zaczęły go palić.
Chwilę potem łapał powietrze niczym wyrzucona na brzeg ryba – i to ku uciesze obserwujących.
Jai wyzywająco uniósł brodę, nabrał kolejną porcję… I zaraz się zakrztusił, kiedy fala gorąca uderzyła go po raz wtóry. Towarzyszył temu kolejny wybuch powszechnej wesołości, a jeden z zebranych śmiał się tak bardzo, że aż zgiął się wpół.
– Masz – powiedział Feng, podając Jaiowi róg. – Rozgryzłeś jedno chili. Powinieneś zostawić je w misce.
– To ty… mi… je dałeś… – wymamrotał Jai.
Feng wzruszył ramionami i skinął w kierunku rogu.
Jai wychylił go gwałtownie… I się zakrztusił. To nie była woda, lecz słodkie, tłuste i cierpkie mleko, w którym pływały miękkie grudki klejące się do języka i ust.
– Ciekawy smak? – zapytał Feng i wyszczerzył się, kiedy Jai ze skwaszoną miną oddał mu róg. – Warto było, co?
Jai miał ochotę zaprzeczyć, ale ogień w ustach zgasł. W dodatku złapał się na tym, że kilka sekund później sam z siebie sięgnął po napój. Feng skinął z aprobatą i Jai wziął kolejny łyk.
– Fermentowane mleko khiroi – wyjaśnił Feng. – Paliwo Sythian, jak mawiają niektórzy. Większość nazywa to khymis. Ale nie pij za dużo, jest mocne.
Jai uniósł brew, a następnie wziął kolejny łyk. Potem włożył sobie do ust kolejną porcję gulaszu, uważając na to, co je. O dziwo… zadziałało.
Przetrwał posiłek, balansując między gorącem a chłodem, aż napełnił żołądek, a w głowie przyjemnie mu zaszumiało. Uczucie było jednak ulotne, ponieważ ciało duszozwiązanego trawiło alkohol szybciej, niż by sobie tego życzył.
Odrobina otępienia na pewno by teraz nie zaszkodziła.
Choć Jai napełnił brzuch, dręczył go niepokój. Kątem oka dostrzegł Zayna, człowieka, który przyglądał mu się ponuro w otoczeniu mężczyzn z krzaczastymi brwiami. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę, a Zayn pokręcił głową – jego twarz wyrażała mieszaninę pogardy oraz lekceważenia.
Sindri może i powitała Jaia, ale jej bratu wyraźnie nie podobał się fakt, że chłopak siedzi razem z nimi.
Ani to, że nadal ma uszy.ROZDZIAŁ 3
Zayn i jego ludzie zebrali się wokół dziwnego wgłębienia w ziemi, niedaleko głównego ogniska, gdzie trawa została ubita. Wokół krawędzi czegoś, co przypominało okrąg, źdźbła pozwiązywano w kępy kawałkami materiału ufarbowanego na czerwono, tworząc prowizoryczną granicę.
Jai obserwował, jak Zayn droczy się z jedną z kobiet, przy czym agresja w nietypowy sposób mieszała się z zabawą. Kobieta wyglądała na zrezygnowaną, ale ostatecznie po krótkiej wymianie zdań, której Jai nie dosłyszał, dała się pochlebstwami namówić na wejście do kręgu.
Przez cały ten czas Zayn jedynie sporadycznie spuszczał Jaia z oka. Było jasne, że chłopak miał zobaczyć to, co zaraz się szykowało. Zafrapowany, przyglądał się nadchodzącej konfrontacji z poczuciem narastającego niepokoju.
Zayn i jego rywalka stanęli naprzeciwko siebie, mierząc się groźnymi spojrzeniami. Gdy tylko para weszła na ring, tłum ich otoczył; część mężczyzn i kobiet obstawiała zakłady, pozostali po prostu przyglądali się wszystkiemu z ciekawością.
Rozpoczęli bez żadnego wstępu – Jaiowi wydawało się, że po prostu skoczyli na siebie z wyciągniętymi rękami w poszukiwaniu chwytu. Ruchy Zayna były płynne i precyzyjne, oceniał każdy manewr ostrożnie i sprawnie wywinął się niższej kobiecie. W nieoczekiwanym, dzikim szarpnięciu rzucił przeciwniczkę na ziemię. Kobieta upadła z miażdżącym, głuchym hukiem.
Kiedy powalona rywalka z trudem łapała powietrze, Zayn stanął nad nią triumfalnie. Rozejrzał się po tłumie, szukając wzrokiem Jaia. W jego oczach czaiła się mroczna obietnica.
– Zayn jest jednym z niewielu duszozwiązanych wojowników – szepnął Feng, kiedy Jai oderwał wzrok od wciąż wpatrzonego w niego Stepowca. – A to druga wojowniczka.
– Co to było? – zapytał Jai. – Uprawiają zapasy, tak jak Sabinowie w Ludi?
Feng przez chwilę przyglądał się Jaiowi.
– Naprawdę nie wiesz? Może f a k t y c z n i e jesteś tym, za kogo się podajesz.
Jai wzruszył ramionami; nie podobało mu się, że był takim ignorantem w kwestiach dotyczących własnych ziomków.
– To sztuka walki Ludu Stepu – wyjaśnił Feng. – Talvir. Starożytna technika, zapomniana przez wielu, zwłaszcza od czasu podpisania traktatu. Ale niektórzy wciąż ją uprawiają.
Jai bez słowa pokiwał głową, odtwarzając walkę w pamięci. Dostrzegał w niej brutalną, płynną skuteczność. Fascynowała go.
– Przeważnie wykorzystuje się w niej falx – tłumaczył dalej Feng, najwyraźniej zdziwiony milczeniem Jaia. – Co ciekawe, rzadko na grzbiecie khiro, choć i tak też można. W tej kwestii tradycja ustępuje praktyce.
Jai rozumiał już, dlaczego Zayn budził strach i jednocześnie cieszył się takim poważaniem wśród członków plemienia; jego pozycję w hierarchii odzwierciedlała biegłość w talvirze.
– Falx to zakrzywiony miecz długi – ciągnął Feng cicho. – W rękach utalentowanego adepta talviru to przerażająca broń. A gdy chwyci zań ktoś taki jak Zayn… Cóż, nie chciałbym być jego wrogiem.
– Wiem, co to falx – warknął Jai, może nieco zbyt ostro.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo się wstydził, że tak mało wiedział o własnych pobratymcach – aż do tej chwili. Patrzył, jak kolejna para weszła na ring. Tym razem byli to dwaj mężczyźni uzbrojeni w bambusowe tyki. Ich ruchy były eleganckie, wykonywali uniki i lawirowali do wtóru szczęku drewna. Pragnienie, by samemu opanować sztukę talviru, okazało się dla Jaia równie naturalne co chęć nauczenia się języka Stepowców lub przytulenie Zimy.
– Zastanawiam się, czy mój ojciec walczył w ten sposób – rzucił głośno Jai.
Teraz to Feng wzruszył ramionami.
– Nikt nie wie nawet, czy był duszozwiązanym. Legenda głosi, że tak.
Jai przygryzł wargę, rozważając te słowa.
Myśl, że jego ojciec zaliczał się do duszozwiązanych, wydawała się Jaiowi oczywista, choć nawet Balbir, zapytana, nigdy wprost nie potwierdziła tego ani temu nie zaprzeczyła. Dopiero teraz chłopak uświadomił sobie, że to dlatego, że skrycie sama była związaną.
W rzeczywistości Balbir zawsze powtarzała, że mało kto dobrze znał ojca Jaia, włącznie z nią samą. To jego legendarny status pozwolił mu zjednoczyć plemiona, i tę aurę tajemniczości ojciec pielęgnował. Cóż, wielu Sabinów nadal wierzyło, że był mierzącym siedem stóp gigantem pożerającym niemowlęta na śniadanie.
Kolejny raz Jai przeklął tych, którzy go schwytali, i żałował, że nie może odnaleźć własnego plemienia. Tam przynajmniej otrzymałby odpowiedzi, których szukał. Nie mówiąc o tym, co należało mu się z racji urodzenia.
Uwagę Jaia przykuła imponująca sylwetka Sindri, przepychającej się między widzami. Trzymała długi róg khiro, który w jej rękach przypominał pałkę; Jai poczuł przypływ strachu, dopóki nie zobaczył, że kobieta unosi róg do ust.
Rozległ się głęboki dźwięk – tak niski i donośny, że Jai poczuł go w piersi – który uciszył Stepowców. Nagłe milczenie sprawiało upiorne wrażenie; jedynie cichy szelest traw niósł się na wietrze.
Członkowie plemienia bez słowa zbliżyli się do ogniska. Nawet Zayn powitał nadejście Sindri jedynie krzywym spojrzeniem. Feng chwycił Jaia za nadgarstek i odciągnął go, podczas gdy mężczyźni i kobiety przysiadali na piętach. Wkrótce we dwóch znaleźli się daleko z tyłu – byli zbyt nisko w łańcuchu pokarmowym, jak się domyślił Jai, by móc zostać bliżej.
Sindri ruszyła w stronę centralnego ogniska, kroczyła stanowczo i z rozmysłem. Jednocześnie uniosła róg niczym trofeum i poczekała, aż wszyscy zajmą miejsca.
Feng pochylił się w oczekiwaniu na słowa Sindri, które mógłby przetłumaczyć Jaiowi na ucho.
– Bracia! – zawołała Sindri. – Zwołuję Wielką Radę, żebyśmy mogli zdecydować, co zrobić z tym obcym, tym samozwańczym synem Rohana.
Cisza.
– Kidarowie się spaśli – warknęła kobieta. – Ostatnie lata spędzili jako handlarze, kupujący Splamionych od Feniksjan i sprzedający niewolnych Sabinom.
Słowo „niewolny” wypluła, jakby się nim brzydziła. Jai nic z tego nie rozumiał. Czy on też nie stał się ich jeńcem, którego chcieli sprzedać temu, kto więcej zaoferuje? I kim byli ci „Splamieni”? Słowo brzmiało znajomo, jak obelga, której dawno temu używali jego bracia. Ale wspomnienie już się zatarło, a Feng był zbyt zajęty tłumaczeniem, by Jai prosił go o wyjaśnienia.
– Wygnali nas z Wysokich Rad. Nie chcą z nami handlować, zatrzymują najlepsze wierzchowce dla siebie. Ale teraz… W końcu mamy coś, czego chcą. Teraz to my trzymamy ich za jaja.
Zebrani wydali pomruk aprobaty.
Zayn wstał z pochyloną głową i wyciągniętymi rękami. Sindri zawahała się niemal niezauważalnie, ale oddała mu róg.
– Widziałem chłopaka – odezwał się mężczyzna głosem cichym i groźnym. – Przyjrzałem mu się dobrze. – Obrócił się i wskazał palcem Jaia. – To złodziej i kłamca!
Jai chciał zaprotestować, ale nie mógł wykrztusić słowa; głos uwiązł mu w gardle. I dobrze się stało.
– Może i jest jakimś chuderlawym mieszańcem z pałacu – warknął Zayn, wychodząc na środek – ale żaden z niego syn Rohana. Ręce miękkie jak u mleczarki. Nie ma warkocza, w języku ojca nie wyduka nawet słowa. Ha, nie byłbym zaskoczony, gdyby nie przeszedł jeszcze Rytu. Ukradł ten artefakt… on… on…
Zaynowi zabrakło tchu. Jego palec drżał w powietrzu, dzięki czemu Feng zyskał czas, by nadrobić tłumaczenie.
Sindri wyciągnęła rękę, a Zayn burknął i upuścił róg na dłoń siostry.
– A jednak – podjęła Sindri z nutą zniecierpliwienia w głosie – czy nie tego spodziewalibyśmy się po księciu, który jako zakładnik dorastał w bogatych pałacach naszych wrogów? Czyż nie związał się ze s m o k i e m? Jakiż to sługa zdołałby ukraść pancerz Rohana z prywatnej komnaty Leonida? I co za sługa miałby t o?
Jai poczuł krew napływającą mu do twarzy, kiedy Sindri zamachała zniszczonym rękopisem, najwyraźniej wykradzionym z sakwy, której jeszcze mu nie oddano.
– Spisane ręką Leonida – oznajmiła Sindri. – Splamione jego własną krwią. Kronika wojen cesarza z naszym ludem.
Zayn wyrwał jej róg; twarz pociemniała mu ze złości.
– Nie wie nic o naszych tradycjach ani trudach. – Ton Zayna ociekał pogardą, a co najgorsze Jai nie potrafił znaleźć nic na swoją obronę. – Jest gorszy niż Sabinowie. To zdrajca własnej krwi. Nie zasługuje, by żyć.
Feng tłumaczył drżącym głosem, a Jai skulił się pod ciężarem oskarżeń. Z jednej strony jak niby Zayn mógł to dostrzec po kilku chwilach spędzonych w towarzystwie chłopaka? Z drugiej zaś…
Może miał rację. Może Jai zbyt długo przebywał z Sabinami, żeby upomnieć się o swoje dziedzictwo.
Plemię zamruczało z aprobatą – jakby zgadzało się z ostatnią myślą – a na chłopaka skierowały się podejrzliwe spojrzenia. Czuł, że go osądzają, dlatego spuścił wzrok.
Sindri uniosła rękę, by zapadła cisza, i odebrała róg.
– Musimy zachować ostrożność, moi bracia – powiedziała. – Podstęp to kapryśna sprawa. Załóżmy na chwilę, że mój brat ma rację – ciągnęła, a Zayn zmarszczył brwi; wyglądał niemal na zaskoczonego. – Oszust czy nie, zdrajca czy nie. Nieważne, czy m y wierzymy, że jest synem Rohana. Ważne, że K i d a r o w i e w to uwierzą.
Odgarnęła włosy i gestem nakazała Jaiowi wstać.
Nie chciał tego robić, ale Feng szturchnął go mocno w tym samym momencie, kiedy Zayn wykonał niemal niezauważalny ruch w stronę Jaia, dając mu do zrozumienia, że wstanie – w ten czy inny sposób.
Jai się podniósł.
Sindri podjęła:
– Zaginiony książę wart jest dużo więcej niż sługa i złodziej. To od nas zależy, czy stanie się księciem. Musi poznać nasze zwyczaje. A my w tym czasie… ruszymy na wschód. Na poszukiwanie Kidarów.
I choć zaledwie przed momentem Jai nie pragnął niczego innego, dopadł go strach; serce zaś zrobiło się ciężkie niczym zapadająca szybko noc.ROZDZIAŁ 4
Ocknął się na dźwięk rogu. Przez chwilę leżał nieruchomo z zamkniętymi oczami. Nasłuchiwał dźwięków otoczenia, aż rozbudziło go czyjeś szturchnięcie.
Mężczyźni i kobiety przeciągali się wokół, praktycznie nie zwracając na niego uwagi, zajęci rozmową. Tylko młoda kobieta, która go obudziła, posłała mu przelotny, lekki uśmiech, zanim uciekła z namiotu. Jai rozpoznał w niej tę drugą duszozwiązaną, z którą Zayn walczył wczoraj w kręgu.
Noc nie należała do najwygodniejszych, gdyż spędził ją w tym samym namiocie, do którego trafił rano. Okazało się, że to miejsce przeznaczone dla starszych oraz zniedołężniałych – wątpliwe więzienie, gdyby Jai zechciał uciec. Po prawdzie jednak chłopak był wykończony. Ledwie wyciszył umysł, by duszooddychać, a już obudził go poranny róg.
Zresztą nawet gdyby duszooddychał przez całą noc, a potem nadarzyłaby się okazja do ucieczki, nie zaszedłby daleko. Nie mógł odejść bez uwolnienia Zimy.
Smoczycę trzymano w innym namiocie, przykutą łańcuchem do pala. Tyle zdołała mu przekazać. Od wywyższenia chłopak lepiej ją rozumiał. Potrafiła układać zamysł może nie w słowa, lecz… w znaczenia. Odkąd uciekli Sabinom, nie miał zbyt wielu okazji, by lepiej poznać ich odnowioną więź.
Teraz poszukał bestii umysłem i odkrył, że śpi. Pozwolił jej odpoczywać i postanowił dołączyć do starszych wychodzących z namiotu.
Jai przetarł oczy, przyzwyczajając je do szarego światła świtu. W obozie wrzało jak w ulu; wojownicy ostrzyli broń, inni siodłali khiroi, a namiot za plecami chłopaka zaczął upadać już w chwili, gdy Jai go opuszczał.
Fascynujący był to widok – wioska znikała na jego oczach, zwijana w ciężkie pakunki, którymi obwieszano wielkie bestie niczym juczne woły. W ciągu kilku minut po wiosce została jedynie zadeptana trawa. Jai dostrzegł, że zielone źdźbła już kiełkowały tam, gdzie dopiero co odsłonięto czarną ziemię. Wkrótce będzie tak, jakby nigdy ich tu nie było.
Jeśli Jai wyobrażał sobie, że pojadą na wschód na grzbietach khiroi, to się mylił. Większość zwierząt dźwigała futra, sieci, kosze i resztę dobytku. Pozostałe zaprzęgnięto do bambusowych sań – przeważnie najstarsze lub najmłodsze okazy.
Kilkoro Stepowców jednak dosiadło khiroi. Na czele pochodu Zayn siedział na grzbiecie największego samca, którego róg wystawał dumnie ponad pozostałe. Ku swojemu przerażeniu Jai zobaczył Zimę przykutą do siodła mężczyzny; wciąż wyglądała na zaspaną.
Gdy zwróciła szafirowe oczy w jego stronę, otworzyła je szybko i wydała z siebie pisk. Martwił się o nią, ale szybkim impulsem miłości przesłanym poprzez więź smoczyca dała mu znać, że cieszy ją pobyt na świeżym powietrzu i widok chłopaka. Obiecał sobie, że wkrótce weźmie ją w ramiona, ale nie śmiał się do niej zbliżyć, kiedy Sindri wydawała polecenia mężczyznom i kobietom szykującym się w pośpiechu.
Piesi zebrali się przy kilku ogniskach, gdzie dzieci rozdawały parujące pierogi owinięte w woskowate liście. Jai przyjął jeden i spróbował pożywnego nadzienia – od ostrego mięsa i nowej mieszanki przypraw zapiekł go język i momentalnie zrobiło mu się gorąco.
– Chodź – powiedział Feng.
Jai odwrócił się i zobaczył młodzieńca kucającego za nim z ciężkim pakunkiem na ramionach. W oddali khiroi już ruszały, a Stepowcy podążali za nimi ścieżką po wydeptanej trawie, która w innym razie sięgałaby im do pasa.
Wspólnie przedzierali się przez zielony bezmiar, krocząc za wojownikami tworzącymi straż przednią.
Jai i Feng szli przez jakiś czas w milczeniu; tego pierwszego zaskoczyła panująca na stepie cisza. Spokój świtu zakłócało jedynie szuranie stóp oraz ciężkie kroki khiroi. Nigdzie nie słychać było ani śpiewu ptaków, ani cykania owadów. Jakby cały świat wstrzymał oddech, czekając, aż słońce wzejdzie nad horyzont.
Zanim jakikolwiek Valor się odezwał, dobiegły ich pomruki zabawy rozpoczętej przez znudzone dzieci. Jai dobrze czuł się w ciszy. Zatrzymał się tylko raz, by pomóc starszej kobiecie, która z trudem kroczyła za nim. Zabrał od niej duży kosz i wziął go pod pachę.
Potem jednak przypomniał sobie coś, co zeszłego wieczoru nie dawało mu spokoju.
– Feng, nie zdążyłem zapytać… na zgromadzeniu… kim są Splamieni? – spytał. – Nie wiedziałem, o kogo wczoraj chodziło Sindri.
Feng zerknął na Jaia, a w jego oczach odbił się ciężar tego pytania. Odpowiedział po cichu, choć pozostali i tak wymijali ich już szerokim łukiem, maszerując w wysokiej trawie.
– Splamieni – zaczął Feng – to kasta Ludu Stepu zepchnięta na margines całej społeczności. Po prawdzie jednak niemal trzecia część tych, którzy nazywają tę ziemię domem, to właśnie Splamieni. Przyszli na świat w wyklętych rodach albo tak zwykło się przyjmować. Nie wolno im dołączać do innych plemion ani brać ślubu z osobami spoza własnej kasty. Odmawia im się dostępu do hodowli khiroi, przez co zmuszeni są oswajać dzikie sztuki i zakładać nowe rodowody.
Jai powoli zaczynał rozumieć. Nic dziwnego, że był tak cenny dla tego plemienia, skoro mogło ono wymusić wymianę na Kidarach. Zwłaszcza jeśli miało to oznaczać nowe khiroi, hodowane od pokoleń przez dawne Wielkie Plemiona.
– Czy wszyscy Valorowie są Splamieni?
Feng skinął głową.
– Dlaczego są wyklęci? – dopytywał chłopak.
– Niektórzy twierdzą, że znają prawdę dotyczącą wyklęcia, ale nic, co słyszałem, nie jest warte powtarzania. Pierwotne wykroczenie zostało już dawno zapomniane, jednak kara pozostaje w mocy. Strach i przesądy zmuszają ich do dźwigania brzemienia grzechu, którego nigdy nie poznali.
Jai z rozczarowaniem pokręcił głową. Zawsze wyobrażał sobie Lud Stepu jako społeczeństwo będące ponad uprzedzeniami typowymi dla Sabinów. A mimo to jedni wcale nie różnili się od drugich.
– Jeśli sami są tak napiętnowani, jak mogą traktować cię w taki sposób? Jak mogą brać innych w niewolę?
Feng przystanął, marszcząc brwi.
– A jak mnie traktują? – zapytał. – Mam takie same prawa co każdy członek plemienia. Po prostu nie wolno mi go opuścić… No chyba że zdołam wykupić sobie wolność.
Teraz to Jai się zmieszał.
– Ale Zayn…
– Zayn dręczy wszystkich – prychnął Feng. – Ale zwłaszcza mnie. Dla pozostałych jestem po prostu kolejnym współplemieńcem. Nawet jeśli nie dostrzegają wartości mojej pracy tak jak Sindri.
– Jesteś… niewolnikiem, który jest im równy?
Feng ruszył dalej, kręcąc głową.
– Nie jestem niewolnym ani zakładnikiem, jak ty niegdyś. Plemiona stepu walczą ze sobą tak często, że normalnym jest branie mężczyzn w niewolę… Jeśli nie całych wiosek. Widzisz tu jakieś więzienie? – Feng obrócił się powoli z wyciągniętymi rękami. – To stepowy zwyczaj. Gdy ponosisz klęskę, stajesz się własnym wrogiem. Tak mówi ich bogini Matka, tak zawsze było. Plemiona łączą się i rozpadają nieustannie, tak samo jak wieje wiatr. Ha, co mniej rozważni pośród Valorów obawiają się, że Zayn odejdzie i założy własne plemię, przy czym zabierze wszystkich, którzy chcieliby za nim podążyć, jak mógłby zrobić każdy władca. Ale plemię jest za małe na taką schizmę.
– A co, jeśli jeniec chce odejść? – zapytał Jai.
Feng wzruszył ramionami.
– Wtedy musi zasłużyć na wolność lub ją sobie kupić. Podobnie jak każdy Stepowiec, który chce opuścić swoje plemię.
– O? – Jai uniósł brew.
– Podczas Rytu każdy mężczyzna i każda kobieta ze stepu muszą złożyć przywódcy plemienia przysięgę wierności, którą zerwać może jedynie krew, khiroi lub złoto. I to przywódca ustala cenę.
Cała ta kwestia fascynowała Jaia. Czy to oznaczało, że mógł wykupić wolność?
– A Ryt? – dopytał chłopak. – Sindri też o tym wspominała.
Słowo brzmiało znajomo, ale nie mógł sobie przypomnieć, co Balbir mówiła mu na ten temat. Był jeszcze dzieckiem, kiedy go od niej zabrano.
Kiedy Feng posłał mu litościwe spojrzenie, wstyd z poprzedniego dnia raz jeszcze uderzył Jaia prosto w żołądek. „Tak niewiele wiem o tym, kim naprawdę jestem”. Ale w głosie tłumacza nie dało się słyszeć pogardy.
– To rytuał inicjacji, który mężczyźni i kobiety przechodzą, zanim wybiorą sobie plemię. To dlatego tak wielu młodych opuszcza własne plemiona i przemierza step przed osiągnięciem dorosłości. Muszą wrócić z podarunkiem dla chana plemienia, do którego chcieliby dołączyć, i w tamtym miejscu złożyć przysięgę krwi. Mogą zrobić to sami lub z innymi nieinicjowanymi, a dar musi być wynikiem walki. Niektórzy nigdy nie wracają, bo inicjują się w innym plemieniu. Jednakże Splamieni trzymają się ze Splamionymi, a niesplamieni ze swoimi. Tak było i jest.
Jai chciał zapytać o coś jeszcze, ale krzyk z czoła pochodu sprawił, że Feng ruszył biegiem przed siebie. Ta sama dziewczyna, która obudziła Jaia, wołała do nich, bo zostali daleko w tyle za resztą.
– Chyba ją zrozumiałem – stwierdził Jai, kiedy już dogonił Fenga. – Osłuchuję się z akcentem. Coś o utykaniu?
Feng się wyszczerzył i skinął głową.
– Brawo! Przypominasz sobie. Ze mną było tak samo zaraz na początku, kiedy tu trafiłem. Chodź, możemy poćwiczyć w trakcie marszu.
Jai się uśmiechnął, mimo że Feng obejrzał się niespokojnie przez ramię. Wyglądało na to, że jego umysł duszozwiązanego przyswajał język szybciej niż w dzieciństwie.
– Ale wiesz, ma rację – stwierdził Feng. – Nie powinniśmy zostawać w tyle.
– Jak to?
– Niejednego marudera dopadł już tygrys szablozębny.ROZDZIAŁ 5
Gdy poranek przeszedł w południe, Jai poczuł bolesne ukłucie w sercu, słysząc chichotanie dzieci Valorów, które patrzyły na niego i Fenga. Nie mógł opędzić się od powracających wspomnień – niektóre były dobre, inne pełne goryczy. Przyszło mu na myśl, że sam nie miał w dzieciństwie zbyt wielu powodów do radości.
Tylko jedna dziewczynka o cerze bledszej niż pozostałe trzymała się na dystans. Siostra Fenga, Sum.
Rodzeństwu nie wolno było ze sobą rozmawiać, a przynajmniej tak twierdził Feng. Z rozkazu Zayna. Nieważne, jak bardzo Feng się upierał, że nie jest więźniem, podobnie jak Jai pozostawał zakładnikiem, bo przy plemieniu trzymała go jego siostra. Jaiowi przyszło nawet do głowy, że jeśli Sum traktowano jako łańcuch Fenga, Zima mogła być tym samym dla niego.
Pomachał więc do Sum, ale Feng złapał go za rękę i pokręcił głową. Jai ugryzł się w język i o nią nie zapytał, ale ucieszył się, kiedy zobaczył, jak dziewczynka uśmiecha się podczas zabawy w trawie, chyba ze swoimi przyjaciółmi.
Kolejna salwa dziecięcego śmiechu przypomniała mu, jak on i jego bracia rozmawiali między sobą w języku ojca, podczas gdy Balbir oprowadzała ich po pałacowych ogrodach. Było to jedno z niewielu szczęśliwych wspomnień, które miał – nie trwało to jednak długo, bo Sabinowie szybko położyli kres takim wycieczkom.
Z tego też powodu Jai nigdy nie władał ojczystą mową tak biegle jak jego bracia, zwłaszcza odkąd ich rozdzielono. Ostatecznie nie miał z kim ćwiczyć. Jednak teraz, w towarzystwie Fenga oraz Ludu Stepu, czuł, jak utracone słowa budzą się w umyśle.
Nawet teraz skupiał się na melodii oraz intonacji pojedynczych głosów, ucząc się subtelnego rytmu ich mowy. Ćwiczył pod nosem, a sylaby smakowały wspomnieniami. Feng, niezwykle cierpliwy, poprawiał wymowę towarzysza i dopingował go, lekko się z nim drażniąc.
Dziwnie było się uczyć z gaworzenia maluchów, ale mało kto chciał otwarcie rozmawiać w obecności Jaia. Chłopak starał się pamiętać, że nie powinien czuć się tym dotknięty. W najlepszym razie uważano go za dziwadło.
Choć ciągnęła się za nimi bruzda stratowanej trawy, Stepowcy co i rusz schodzili z ubitej ścieżki, by zwinnie zbierać drobne bulwy, zioła, torebki nasienne i zboża, które wyrastały tu i ówdzie. Nie mógł się nadziwić, jak ich wprawione oczy potrafiły dostrzec subtelne różnice w kołyszącym się zielonym pledzie. Stanowili jedność ze swoją krainą.
Jai przypomniał sobie, jak głęboko Erica kochała swój lud – doświadczył części jej wspomnień po tym, jak spożył kamień duszy jej smoka. Powoli zaczynał to rozumieć.
Na myśl o Erice poczuł, jakby ktoś przekręcił mu wbity w serce nóż; zmusił się, by odepchnąć od siebie te myśli. W tym momencie nie mógł nic dla niej zrobić, jedynie żywić nadzieję.
Feng dokładał wszelkich starań, by nauczyć Jaia nowych słów, skoro ten poznał już dziecięce obelgi, które słyszał na okrągło. Nowy towarzysz chętnie dzielił się wiedzą; nawet kiedy się schylał, by zerwać zioła, wyjaśniał zastosowanie każdego znaleziska. Wtrącał pojęcia z mowy stepu, gdy tylko miał okazję. Jai słuchał uważnie, będąc pod wrażeniem głębi, z jaką towarzysz rozumiał ziemię oraz jej dary. No ale tak, Feng również był w połowie Stepowcem, podobnie jak on. I znał swoich rodziców, podczas gdy Jai… nie.
Jeden ze Stepowców zaczął nucić cichą melodię. Stopniowo dołączali do niego inni, a ich głosy przeplatały się ze sobą, tworząc zapadającą w pamięć harmonię. Jai nadstawił uszu, próbował wychwycić znajome słowa, rozpoznawał pojedyncze zwroty. Śpiewali o rozległym stepie, miłości do ojczystej ziemi i bogini Matki, która nad nimi czuwała.
Marszowa pieśń oczarowała chłopaka, urzekła go rytmiczną intonacją otaczających głosów. Czasem pozostawał po niej jedynie szept, a melodię podtrzymywał jeden głos, by za chwilę wybrzmieć głośniej, kiedy włączali się inni, a powietrze rozbrzmiewało chórem, który odbijał się echem w samej duszy stepu.
Jeśli sądzić po pąkach przebijających się spośród traw, nastała wiosna, a popołudniowe słońce było na tyle ciepłe, że Jai miał ochotę zdjąć okrycie. Zrobiło tak kilkoro członków plemienia, a ich skromność okrywały jedynie koraliki i warkocze. Jednak gdy tylko chłopak dotknął palcami skrawka tuniki, powstrzymało go sabińskie wychowanie.
Kiedy we dwóch z Fengiem się schylili, by lepiej przyjrzeć się bulwie leżącej pośród zadeptanej trawy, przesunął się nad nimi cień dużego khiro, przynosząc chwilową ulgę od skwaru.
Ta była jednak ulotna, bo Jai spostrzegł Zayna mierzącego go z góry groźnym spojrzeniem. Mężczyzna prychnął i się odwrócił, ale wcześniej jego wierzchowiec kopnął w kierunku Jaia stertę odchodów khiro.
Chłopaka kompletnie to nie ruszyło, albowiem Zima popędziła ku niemu, dzwoniąc łańcuchem – w końcu jej pan ją zobaczył.
Złapawszy ją w ramiona, Jai poczuł na skórze ciepło opalizujących łusek. Przycisnął smoczycę mocno do siebie. Na jedną krótką chwilę świat wokół nich zniknął, zostawiając ich samych, związanych miłością wymykającą się wszelkiej mowie.
I nagle czar prysł. Zayn pociągnął gwałtownie za łańcuch na szyi Zimy, wyrywając ją z ramion Jaia. Smoczyca się zadławiła, nie mogąc złapać powietrza, a w jej oczach pojawiły się strach i dezorientacja. Wbiła szpony w ziemię, rozrywała ją, aż upadła, ciągnięta po trawie niczym kawałek padliny.
Jai poczuł, że furia wykrzywia mu twarz.
– Draniu! – zawył na Zayna.
Wojownik się obrócił; dłoń oparł na rękojeści miecza, a w oczach błysnęło mu ponure wyzwanie. Choć nie odezwał się słowem, powietrze między nimi zaiskrzyło od niewypowiedzianej groźby przemocy.
Gniew Jaia groził wybuchem, ale widok Sindri przyglądającej się całemu zajściu zmusił go, by ugryźć się w język. W zamian odwrócił się plecami i splunął na trawę.
Teraz to Zayn się odezwał i warknął przekleństwo. Jai zdążył je już poznać.
– Mieszaniec!
Chłopak zignorował mężczyznę, ale pozostali Valorowie przyglądali mu się, aż Sindri ostrym tonem rozkazała wszystkim ruszyć dalej. Jai spróbował pomyśleć o Zimie, biorąc głęboki oddech. Skąd miał niby wiedzieć, czy Zayn nie zrobi jej tego, czego nie mógł zrobić jemu samemu?
Feng unikał spojrzenia Jaia, kiedy ten się z nim zrównał, ale wymamrotał pod nosem:
– Mądrze zrobisz, unikając gniewu Zayna. Jeśli Kidarowie cię nie zechcą, Valorowie mogą poszukać innego kupca, o ile nie będą mieli z ciebie pożytku. Takiego, który może nie być tak przyjazny. Albo życzeniu Zayna stanie się zadość i cię zabije.
Jai wzruszył ramionami na tę groźbę, bo wciąż tliła się w nim wściekłość, gdy wpatrywał się w plecy odjeżdżającego mężczyzny. Dopiero wtedy zauważył coś szczególnego.
Zayn nie trzymał wodzy. Mimo to khiro zdawał się poruszać samodzielnie, wymijając innych jadących w awangardzie wojowników, kiedy Zayn rozmawiał z towarzyszami.
Oczywiście. Zayn był związany z bestią – po co mu wodze? Jai przyjrzał się uważniej zwierzęciu.
Zastanawiał się, dlaczego khiro wojownika przewyższał rozmiarami pozostałe; ciężką sylwetkę porastało ciemne, splątane futro. Kopyta wielkości talerzy bez trudu utrzymywały wagę giganta, a ślimakowate uszy strzygły to w jedną, to w drugą stronę. Sama obecność bestii zdawała się budzić respekt, jakby uosobienie siły natury domagało się uznania.
– Dlaczego jest taki wielki? – zapytał Jai, próbując oderwać myśli od planowania kary, jaką wymierzy Zaynowi.
Zanim odpowiedział, Feng zerknął na wierzchowca wojownika.
– To alkhara, największy spośród khiroi… Coś jak lew stojący na czele stada lub alfa wśród wilkorów. Są większe, ciemniejsze i mają srebrne pasemko na ogonie. Alkhara to najsilniejszy i najbardziej dominujący przedstawiciel swego gatunku. Każde dzikie stado ma jednego. W przeciwieństwie do wielu plemion.
Jai spojrzał ponownie na imponującą bestię. Nic dziwnego, że ojciec wybrał alkharę jako sigil swojego plemienia. Przypomniał sobie teraz, jak Balbir użyła tego słowa co Feng. Ale już dawno zapomniał kiedy i dlaczego.
– A jak Zayn wszedł w posiadanie takiej bestii?
– Większość alkhar pośród naszych plemion rodzi się i dorasta oswojonych. Nasz lud je hoduje, żeby duszozwiązały się z wybranym wojownikiem, którego siła i mądrość są powszechnie szanowane. Ale czasem młody wojownik, taki jak Zayn, próbuje poskromić dzikiego alkharę w trakcie inicjacji, żeby się z nim związać.
– Czyli to na tym polega Ryt? – zapytał Jai.
– Nie zawsze, ale u niektórych jest to ujarzmienie bestii i podarowanie jej plemieniu. Zwierzę i tak zwykle do nich wraca. Większość tych, którzy podążają tą drogą, szuka łani khiro, bo te zwykle są mniejsze i bardziej uległe. Wojownik chcący się czymś wsławić może spróbować z bykiem. A Zayn… był najodważniejszy ze wszystkich. Schwytał alkharę i przyprowadził ją Valorom.
– Nie należał do tego plemienia? – zdziwił się Jai.
Feng pokręcił głową.
– Zayn i Sindri są sierotami. Przed laty założyli plemię, po czym zostali podbici przez Valorów. Sindri poślubiła poprzedniego przywódcę, a kiedy umarł, zajęła jego miejsce. I tak rządzi.
Jai zdał sobie z czegoś sprawę.
– Jak w takim razie mogą trzymać cię z dala od siostry? – zapytał. – Kto jak kto, ale oni powinni to rozumieć.
Feng spuścił wzrok.
– Traktują ją dobrze. Ale jestem dla nich zbyt cenny, więc trzymają mnie krótko. Bez mojej pomocy nie mogliby handlować z tyloma plemionami co teraz. Ani sprzedawać towarów kupcom z Cesarstwa Feniksa.
Jai wbijał wzrok w plecy oddalającego się Zayna, czując ponownie wzbierający w nim gniew. Feng dał mu kuksańca.
– Nawet o tym nie myśl – syknął. – Mało kto dysponuje taką mocą jak wojownik związany z alkharą. Nawet książę związany ze smokiem, tak jak ty.
W to akurat Jai nie wątpił. Wynikało z tego jedno – jeśli Zima nie nauczy się latać i nie urośnie trzy razy większa… nie miał szans na ucieczkę. W innym wypadku Feng już by to zrobił.
Jedyną nadzieją Jaia było odsprzedanie go plemieniu Kidara. Musiał zrobić wszystko, co w jego mocy, by tak się stało.
– Od teraz będziemy rozmawiać jedynie w języku mego ojca – oznajmił Jai. – Muszę się go nauczyć, Feng.
– A więc będę cię uczył – odpowiedział tamten w mowie Ludu Stepu.