Smoluch - ebook
W mrocznych korytarzach pociągu czai się przeznaczenie… Starszy konduktor Błażek Boroń doskonale zna rytm kolei – jej stukot, zapach dymu i samotność nocnych tras. Dla niego ruch pociągu to coś więcej niż transport – to żywioł, którego jest częścią. Jednak pewnej mglisto-jesiennej nocy, podczas ostatniego kursu, wśród dźwięków pary i świateł stacji, Boroń ponownie dostrzega tajemniczą postać – Smolucha, złowieszczego zwiastuna katastrof. Czy tym razem uda mu się uciec przed losem, który nieubłaganie pędzi ku stacji końcowej? „Smoluch” to jedno z najciekawszych opowiadań Stefana Grabińskiego, mistrza polskiej grozy i prekursora weird fiction. Wchodzące w skład kultowej serii „Demon ruchu”, łączy realistyczną wizję kolei z elementami nadprzyrodzonymi i głębokim niepokojem, jaki rodzi się na styku świata ludzi i sił, których nie sposób pojąć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 158 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Znużony całodzienną włóczęgą po wozach, zachrypły od wywoływania stacji w jesienną, mgłą napęczniałą porę, zamierzał odpocząć trochę na wąskim, ceratą obitym krzesełku; uśmiechała mu się godnie zasłużona sjesta. Dzisiejsza tura właściwie skończyła się; pociąg przebył już strefę gęsto w bliskich odstępach rozmieszczonych przystanków i wyciągniętym kłusem zmierzał do stacji kresowej. Aż do końca jazdy nie będzie już Boroń zrywał się z ławeczki i zbiegał po stopniach na parę minut, by zdartym głosem oznajmiać światu, że jest stacja taka a taka, że pociąg zatrzymał się na minut pięć, dziesięć lub cały długi kwadrans, lub że czas już przesiadać.
Zgasił latarkę przypiętą do piersi i postawił ją wysoko nad głową na półce, zdjął szynel i zawiesił na kołku.
Dwadzieścia cztery godzin służby bez przerwy wypełniły mu tak szczelnie czas, że niemal nic nie jadł. Organizm domagał się swych praw. Boroń wydobył z torby wiktuały i zaczął się posilać. Siwe wypłowiałe oczy konduktora utknęły nieruchomo w szybie wagonu i patrzyły w świat poza oknami. Szyba trzęsła się w podrzutach wozu, wciąż jednakowo gładka i czarna – nie widział przez nią nic.
Oderwał oczy od monotonii ramy i skierował w głąb korytarza. Spojrzenie prześliznęło się po pierzei drzwi, wiodących do przedziałów, przerzuciło na ścianę okien naprzeciw i zgasło na nudnym szlaku chodnika podłogi.
Skończył „kolację” i zapalił fajeczkę. Był wprawdzie w służbie, lecz na tej przestrzeni, zwłaszcza tuż przed metą, nie obawiał się kontrolora.