Smugi - ebook
Niektóre historie zostawiają ślady, jakich nie potrafi zatrzeć nawet czas
Druga połowa lat pięćdziesiątych XX wieku. Po dwudziestu latach emigracji doktor Andrzej Bogucki wraca do Polski. Na ten krok decyduje się dopiero po październikowej odwilży, gdy w kraju dobiega końca okres stalinowsko-bierutowskiego terroru.
Po przyjeździe do Warszawy podejmuje pracę w szpitalu i spotyka Olgę – dawną znajomą. Ich relacja szybko przeradza się w coś więcej. Wkrótce się pobierają, a na świat przychodzi ich córka, Iga. Wszystko wskazuje na to, że Andrzej wreszcie odnalazł upragnioną równowagę.
Jednak przeszłość nie ma zamiaru odejść w zapomnienie.
Po latach Iga, doktorantka Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego, wyjeżdża na stypendium do Leuven. Tam poznaje swoją kuzynkę – córkę przyrodniego brata Andrzeja, z którym ten przed laty zerwał wszelkie kontakty.
To spotkanie uruchamia lawinę pytań. Iga stopniowo zaczyna odkrywać historię, o której w jej domu nigdy się nie mówiło. W ten sposób dociera do dramatu sprzed lat, jaki na zawsze odmienił losy całej rodziny…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-582-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Gdy usłyszała swoje imię, potrzebowała dobrych kilkunastu sekund, by dotarło do niej, że to naprawdę jego głos. I kolejnych kilku, by odwróciła głowę i spojrzała w kierunku bramy. Tam właśnie stał; słabe światło ulicznej latarni padało wprost na niego. Uchylił kapelusza i uśmiechnął się nieznacznie – zarówno ten uśmiech, jak i gest rozpoznałaby zawsze i wszędzie – po czym zrobił dwa kroki w jej kierunku.
– Dzień dobry – usłyszała.
Miała wrażenie, że słowa odbiły się echem od ścian i bruku ponurego podwórza. I może właśnie to echo, mrok i ponure otoczenie sprawiły, że w pierwszej chwili gotowa była uznać, że doznała jakiejś iluzji. Podobnej do snu, jednego z tych, jakie czasem ją jeszcze nawiedzały, choć już dużo rzadziej niż kilkanaście lat temu.
A może zobaczyła… zjawę? Niegdyś śmiałaby się z takich przypuszczeń, ale od dawna tego nie robiła. Ostatnie dwadzieścia lat sprawiło, że i pod tym względem się zmieniła. Cały świat się przecież zmienił. To, co kiedyś uważała za rzecz nie do pomyślenia, za bujdy, za kompletne bzdury – teraz już się takim nie wydawało. Zdążyła się przekonać, a przynajmniej zrozumieć, że wszystko jest możliwe.
– Andrzej… – Tyle zdążyła wyszeptać, zanim głos odmówił posłuszeństwa. Poruszyła ustami, ale w gardle czuła tylko nieznośny ucisk.
On czekał bez słowa, nie zrobił kolejnego kroku. Ale też nie zastygł, nie znieruchomiał. Przyszło jej do głowy, że może chciał, by otrząsnęła się z zaskoczenia. Zaraz odsunęła tę myśl jako zupełnie niedorzeczną. Może po prostu jest zmęczony – uznała. Tak jak ona, a niewykluczone, że nawet bardziej. W każdym razie sprawiał takie wrażenie.
– Wróciłeś? – spytała z niedowierzaniem, mimo wszystko wciąż jeszcze niepewna, czy to, co widzi i słyszy, nie jest tylko wytworem jej wyobraźni. Snem, z którego zaraz się obudzi.
– Na to wychodzi.
– Na stałe? – Z trudem wydobywała słowa z zaciśniętej krtani.
– Tak.
– Od jak dawna jesteś w kraju?
– Od kilku miesięcy. – Ponownie się uśmiechnął. – Co za przypadek. Akurat wychodziłem z Kameralnej, patrzę i kogo widzę? Ola Janicka we własnej osobie. W pierwszej chwili nie wierzyłem własnym oczom.
– Mieszkam tutaj. – Wskazała na kamienicę, gdy jako tako się uspokoiła. – Właśnie wracam z pracy…
Gdybym przyszła tu parę minut później albo on dłużej został w Kameralnej, znowu byśmy się rozminęli – pomyślała nagle i to spostrzeżenie sprawiło, że zadrżała. I jak tu nie wierzyć w zrządzenie losu, w cuda, w przeznaczenie! Jednocześnie poczuła, że się rumieni, i zacisnęła palce na torebce. Na litość boską, powinna nad sobą panować. Nie była już podlotkiem. Lata pierwszej młodości miała dawno za sobą. Nie powinna też sobie Bóg wie czego wyobrażać. To, co ona gotowa była uznać za cud, on prawdopodobnie odbierał zupełnie inaczej. A nawet na pewno odbierał zupełnie inaczej. Nie wolno jej zapominać, że przecież nigdy nie był nią jakoś szczególnie zainteresowany. Wprawdzie wrócił po latach do kraju, lecz… co z tego? Był tu, jak sam wyznał, od miesięcy i przez ten czas wcale jej nie szukał. Najpewniej w ogóle o niej nawet nie pomyślał. Gdyby więc wyszedł z Kameralnej kilka minut później albo ona przechodziłaby tędy wcześniej, po prostu by się minęli… i nic by się nie stało. W gruncie rzeczy zawsze się przecież mijali. Nic nie mogła poradzić na to, że nie potrafiła i nie chciała tak chłodno kalkulować. Na pewno nie w tym momencie, gdy zobaczyła go po blisko dwudziestu latach.
– Jak mnie rozpoznałeś? – Coś chwyciło ją za gardło. Łzy. Jeszcze tego brakowało. – Przecież minęło tyle czasu…
– Wcale się nie zmieniłaś. – Przyglądał jej się życzliwie, a nawet z zainteresowaniem, co sprawiło, że i ona wreszcie dała radę odwzajemnić jego uśmiech. Choć jeszcze bardzo nieśmiało i niepewnie.
– Kłamca… – Miała nadzieję, że zabrzmiało to żartobliwie. Tyle że nigdy nie potrafiła żartować i tak jak zawsze wypadło to sztucznie.
– Z nas dwojga tylko ja się zestarzałem – stwierdził, ale takim tonem, jakby nie miało to dla niego znaczenia.
W pierwszej chwili chciała zaprzeczyć, lecz uznała, że cokolwiek by teraz powiedziała, zabrzmiałoby infantylnie. Poza tym… w głębi ducha musiała przyznać, że chociaż rozpoznała go bez trudu, to widać po nim było upływ czasu. Choć akurat w jego przypadku upływ ten okazał się jak najbardziej łaskawy. Uroczego, pełnego życia, kipiącego energią chłopaka, jakim był kiedyś, zastąpił teraz dojrzały, przystojny mężczyzna, bardzo wyważony w gestach i słowach. Do tego, jak już zauważyła wcześniej, najwyraźniej znużony. I chyba też… trochę smutny. Nawet więcej niż trochę. Dopiero gdy bliżej mu się przyjrzała, spostrzegła, że jego uśmiech bynajmniej nie sięgał oczu. A może to przejaw melancholii? Wzruszenia? Od ich ostatniego spotkania minęło dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat naznaczonych grozą, cierpieniem, trudnymi doświadczeniami. Takimi, które na wszystkich zostawiły jakieś ślady.
– Co u ciebie słychać, Olga? Jak sobie radzisz? Ułożyłaś sobie jakoś życie?
Te pytania natychmiast sprowadziły ją na ziemię, w pewnym sensie otrzeźwiły. Fakt, że Andrzej najwyraźniej ucieszył się z ich niespodziewanego spotkania, nie oznaczał, że zmienił swój stosunek do niej. Po raz kolejny upomniała siebie samą, że nie powinna wpadać w euforię ani snuć jakichś romantycznych mrzonek. Ani tym bardziej wmawiać sobie nie wiadomo czego. Nie miała już kilkunastu lat, jak wtedy, w przeszłości. Pod żadnym pozorem nie wolno jej o tym zapominać, bo w przeciwnym razie zrobi z siebie jeszcze większą idiotkę niż przed laty.
– Nie narzekam, jakoś sobie radzę – odparła wymijająco. Zerknęła przez ramię na okna kamienicy. Na pierwszy rzut oka nikogo w nich nie dostrzegła, ale to mogło być mylne wrażenie. – Przykro mi, ale muszę już iść. Spieszę się, mam dziś jeszcze sporo do zrobienia.
Ledwo to powiedziała, a już pożałowała. Bo po pierwsze, czy nie zabrzmiało zbyt chłodno, a przez to trochę nieprzyjemnie? A po drugie, mijała się z prawdą. Nigdzie się nie spieszyła, czekało ją długie, puste popołudnie i taki sam długi, pusty wieczór.
– Oczywiście. Nie chcę zabierać ci więcej czasu. Bądź zdrowa. – Skinął głową. Nikły uśmiech na jego twarzy zgasł, jak za zdmuchnięciem świecy, przez co znużenie i smutek jeszcze bardziej rzucały się w oczy. Założył kapelusz i powoli odwrócił się w kierunku bramy.
Patrzyła, jak odchodził, i wiedziała, że tym razem już nieodwołanie. Więcej z pewnością tu nie przyjdzie. I nie będzie jej nigdzie indziej szukał.
I dobrze – pomyślała. Powinna być twarda. Dumna. Konsekwentna.
Tyle że duma, a tym bardziej konsekwencja, to raczej gorzkie towarzyszki życia. Nie dawały pocieszenia, skazywały na samotność. W każdym razie w jej przypadku tak było. Czy naprawdę tego właśnie chciała? A jeśli to dzisiejsze niespodziewane spotkanie nie było przypadkiem, lecz cudownym zrządzeniem losu? Darem, ostatnią szansą? Szansą, od której się właśnie odwróciła i która już się nie powtórzy?
– Zaczekaj – przemówiła na tyle głośno, by ją usłyszał, a zarazem na tyle spokojnie, by jej głos nie zwabił sąsiadów do okien. A kiedy się zatrzymał, po krótkiej chwili wahania podeszła do niego. – Naprawdę cieszę się, że cię widzę. Nie spodziewałam się, ale… – Szukała kolejnych słów, lecz żadne nie przychodziły jej do głowy.
– Może spotkamy się i porozmawiamy? – zaproponował łagodnie. – Tak, wiem, mówiłaś, że jesteś dziś zajęta. Ale może innego dnia?
– Bardzo chętnie.
Uspokój się, nie daj po sobie poznać, że tak ci zależy – upominała samą siebie, ale nadaremnie.
– Kiedy mógłbym przyjść?
To pytanie ją otrzeźwiło, dokładnie tak, jak tamto kilka minut wcześniej.
– Nie mieszkam teraz sama – rzekła cicho. Przekornie nie dodała nic więcej, ciekawa była, jak Andrzej zareaguje na te słowa. Nie dał niczego po sobie poznać.
A czego się spodziewałaś? – zakpiła sama z siebie w duchu.
On skinął za to głową i uśmiechnął się.
– A zatem gdzieś się przejdziemy. Powiedz tylko, gdzie i kiedy moglibyśmy się spotkać.
Choćby i zaraz – chciała od razu odpowiedzieć. Opamiętała się dosłownie w ostatniej sekundzie. Faktycznie, dopiero co napomknęła mu, w dodatku raczej nieprzyjaznym tonem, że spieszy się i jest bardzo zajęta. Wobec tego nie mogła robić z siebie idiotki i zmieniać zdania. Powinna być konsekwentna, przynajmniej do pewnego stopnia. Inaczej Andrzej pomyśli, że tak jak w przeszłości, tak i teraz jest gotowa na każde jego skinienie, że przystanie na każdy z jego warunków, ze swojej strony nie stawiając ani jednego. Na to nie mogła pozwolić, w przeciwnym razie, tak jak kiedyś, nie będzie się z nią liczył. Nie będzie jej szanował.
Duma, szacunek, funta kłaków to warte – zżymała się w duchu. Mimo to wzięła się w garść i mając nadzieję, że maska nadająca twarzy wyraz spokoju i raczej chłodnej, zdystansowanej życzliwości dobrze na niej leży, zaproponowała spotkanie w czwartek, pojutrze, o siedemnastej.
– A zatem do czwartku. – Skinął przyjaźnie głową. A potem, ni z tego, ni z owego, na odchodnym dorzucił: – Do zobaczenia.
– Do zobaczenia – odparła i odprowadziła go wzrokiem, aż zniknął za bramą.
W oknach mieszkania, które dzieliła z kuzynką, paliło się światło – znak, że była w domu. Dziś pracowała na nocną zmianę, przeważnie ich dyżury nie pokrywały się ze sobą, co odpowiadało tak jednej, jak i drugiej. Olga co najwyżej żałowała, że współlokatorka wyjdzie z domu dopiero za dwie godziny, jej dyżur zaczynał się o dziewiątej wieczorem. A tak marzyła, by posiedzieć teraz trochę samej, uporządkować myśli. Uspokoić emocje. Zastanowić się, co dalej. W obecności Barbary było to bardzo utrudnione. A może dziś kuzynka da jej spokój, nie będzie stać jej nad głową, zadawać pytań lub dla odmiany – prawić swoich zwykłych farmazonów?
Zaledwie weszła do kuchni i włączyła gaz pod czajnikiem, Baśka niemal natychmiast pojawiła się w progu, jakby wyrosła spod podłogi. Miała na sobie nieco już znoszoną podomkę i wałki na włosach, w dłoni zaś nieodłącznego papierosa. Po jej twarzy błąkał się irytujący uśmieszek.
– Kto to był? Z kim rozmawiałaś na podwórzu? – spytała.
– Skąd wiesz, że z kimś rozmawiałam? – Wzruszyła ramionami.
– Och, daj spokój. Akurat wyglądałam przez okno i was zobaczyłam.
Oczywiście. Jakżeby inaczej! – Olga przewróciła oczami. Rozmawiając z Andrzejem, nie zauważyła wprawdzie nikogo ani w żadnym oknie, ani na podwórzu, ale to nie musiało jeszcze oznaczać, że nikt ich nie obserwował. Przez chwilę zastanawiała się, czy po prostu nie zignorować pytania kuzynki. Albo odpowiedzieć coś niezobowiązującego, na przykład, że to jakiś nieznajomy pytał o drogę. Tak byłoby najprościej, zamiast tego zupełnie spontanicznie zdecydowała się powiedzieć prawdę. Choć na razie bez wchodzenia w szczegóły.
– To stary znajomy.
– Stary znajomy? – podchwyciła. Bez wątpienia była zaintrygowana. Zaciągnęła się papierosem. – Jak stary?
– Sprzed wojny.
– No co ty… I tak krótko z nim gadałaś? Nie zaprosiłaś go do domu? Gdzie twoje maniery? Co by na to powiedziała babka Hortensja? – zadrwiła kuzynka.
– Babka z pewnością by mi zmyła głowę. – Uśmiechnęła się pod nosem. Zawsze była ulubienicą babki; Barbara na pewno o tym pamiętała.
– Nie powiesz mi, kto to był? Chyba nigdy wcześniej go nie widziałam.
Właściwie, czemu jej nie powiedzieć? Czy to ma jeszcze jakieś znaczenie? – zastanawiała się Janicka.
– Chyba nie. Niewykluczone, że nawet o nim nie słyszałaś.
Woda się zagotowała, Olga ujęła czajnik i zalała wrzątkiem esencję.
– Dajesz mi do zrozumienia, że miałaś przed wojną tajemniczego adoratora? – Barbara mrugnęła do niej. – A to coś rzeczywiście niebywałego. – Zaśmiała się. – Wybacz, ale… byłaś taką cichą myszką. Taką grzeczną dziewczynką; matka wciąż dawała mi ciebie za przykład. Ktoś w ogóle wiedział o jego istnieniu? Zakładam, że nie, bo w przeciwnym razie, znając naszą rodzinę i znajomych, wieści szybko by się rozniosły… – urwała nagle i uważniej przyjrzała się kuzynce. – Zerwaliście ze sobą i odnalazł cię po latach? Nie podejrzewałam cię o takie romantyczne przygody.
Olga zamieszała herbatę, upiła i skrzywiła się od wrzątku.
– Nic z tych rzeczy – odparła sucho. – To tylko znajomy, więc nie wyobrażaj sobie Bóg wie czego. Czasem zamieniliśmy parę słów. To wszystko. – Zdawała sobie sprawę, jak mało wiarygodnie, może nawet absurdalnie zabrzmiały te słowa, ale to jedyne wyjaśnienie, na jakie miała ochotę się teraz zdobyć.
Barbara nie spuszczała z niej wzroku. Zawsze taka była, jak już się uparła, to nie odpuszczała. I lubiła dużo wiedzieć o każdym, kogo znała. Rozgniótłszy niedopałek w popielniczce, wzruszyła ramionami. Wargi jej lekko zadrgały od najwyraźniej stłumionego śmiechu.
– Oczywiście. To nawet zrozumiałe, że dawny, zwykły znajomy postanowił odwiedzić cię po mniej więcej dwudziestu latach – zakpiła. – Jak on w ogóle trafił na twój ślad? A może napisałaś do niego?
– Nie – odparła zimno Olga.
– A zatem musiał zadać sobie sporo trudu… ten twój znajomy, z którym dawno temu jedynie od czasu do czasu zamieniłaś parę słów.
– Nie nudź. Jestem zmęczona.
– I rozkojarzona. Rozumiem, już mnie tu nie ma. Zostawiam cię samą z twoimi marzeniami, przydadzą się po godzinach użerania się z doktorem Rostkowskim i siostrą oddziałową.
Nie uwierzyła mi – skrzywiła się w duchu Olga. Patrząc na bezlistne jeszcze drzewo za oknem, mimowolnie westchnęła. Na miejscu kuzynki też by nie uwierzyła podobnym wyjaśnieniom. Niemniej… zasadniczo nie mijała się z prawdą, co najwyżej nieco ją uprościła.
Andrzej Bogucki faktycznie jej nie adorował, nigdy nie zabiegał o jej względy. Zarazem ich znajomość nie była tak powierzchowna, jak to przedstawiła kuzynce. Zamienili ze sobą znacznie więcej niż tylko kilka niewiele znaczących słów.ROZDZIAŁ 2
Moi rodzice pobrali się w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku, niecały rok po powrocie ojca do kraju. Nie byli już wówczas pierwszej młodości. Matka miała trzydzieści siedem lat, ojciec – trzy lata więcej. Znali się jeszcze przed wojną, lecz latem trzydziestego dziewiątego roku praktycznie stracili ze sobą kontakt. Fakt, że bez mała dwadzieścia lat później ponownie się na siebie natknęli, zakrawał niemal na cud, w każdym razie tak to zawsze przedstawiała matka. Jako dziecko, a nawet podrastająca dziewczyna, lubiłam słuchać tej historii; nie raz zamęczałam mamę, by mi ją po raz kolejny opowiedziała, a ponieważ nauczyłam się jej na pamięć, byłam wyczulona na najmniejsze nawet nieścisłości. Sprawiało mi to nie lada frajdę i w znacznej mierze rekompensowało pewien dyskomfort, jaki odczuwałam, gdy porównywałam rodziców z rodzicami koleżanek z klasy lub rówieśników z podwórka.
Zdobyli co prawda wyższe wykształcenie, a ich sposób bycia, wiedza, oczytanie, maniery i kultura osobista wyróżniały ich z grona naszych sąsiadów, ludzi raczej prostych i o niewyszukanym guście, lecz nie zmieniało to faktu, który miał dla mnie pierwszorzędne znaczenie – oboje byli starsi od większości matek i ojców moich koleżanek i nie podejmowali żadnych starań, by choćby sprawiać wrażenie młodszych, wręcz przeciwnie. Wyglądali nawet znaczniej poważniej niż większość ich rówieśników, co w dużej mierze było spowodowane ich sposobem bycia, ich zachowaniem, w opinii moich koleżanek i ich matek – zdecydowanie zbyt staroświeckim. Jakby oboje zatrzymali się w innej epoce. Tej epoce, którą unicestwiła wojna, tak jak unicestwiła ona wielu podobnych do nich ludzi. Musiałam dorosnąć, by uznać to za zaletę i być z nich dumna; jednak jako dziecko i nastolatka nie raz czułam się zażenowana z powodu owej powagi i „staroświecczyzny” najbliższych mi przecież ludzi.
Wtedy przede wszystkim marzyłam, aby moja matka wyglądała i zachowywała się tak, jak matki moich koleżanek. Aby przynajmniej od czasu do czasu zakładała kolorowe sukienki, choćby i pstrokate spódnice i bluzki. Aby robiła trwałą ondulację, tapirowała włosy, tuszowała rzęsy i malowała paznokcie na czerwono. Czyli tak jak robiły matki moich koleżanek, zarówno te młodsze, jak i nieco starsze – oczywiście wtedy, gdy uporawszy się z domową robotą, wychodziły do miasta, odprowadzały dzieci do szkoły lub przychodziły na wywiadówki. W porównaniu z nimi moja matka sprawiała wrażenie szarej i bezbarwnej. Czułam się z tym niekomfortowo, lecz gdy kiedyś próbowałam namówić ją na bardziej wyrazisty makijaż i kolorowe stroje, uśmiechnęła się lekko i popatrzyła na mnie z politowaniem.
– Mam nadzieję, że gdy przybędzie ci lat, gust ci się poprawi – odparła. I dalej zakładała prosto skrojone, klasyczne spódnice i żakiety, sukienki w pastelowych, nierzucających się w oczy kolorach, włosy zaczesywała gładko z czoła, a złoty łańcuszek, kolczyki i zegarek były jedynymi elementami biżuterii, na jakie sobie na co dzień pozwalała.
Doprowadzało mnie to do białej gorączki, ale byłam bezradna; w tej akurat sprawie nic nie mogłam zrobić.
– Jestem lekarzem, nie modelką – odpowiadała cierpliwie. Nie podnosiła głosu, nie strofowała mnie i dlatego czasem decydowałam się na ripostę.
– Ale nie jesteś jeszcze stara – zaprotestowałam kiedyś. Pamiętam, że miałam wówczas dwanaście czy może trzynaście lat. – Czy tylko modelki i aktorki mogą się stroić i podobać innym ludziom?
W odpowiedzi roześmiała się.
– Niby komu miałabym się podobać? Wystarczy mi, że podobam się twojemu ojcu – odpowiedziała. – A moi pacjenci nie potrzebują, bym pobrzękiwała nad nimi długimi kolczykami i straszyła wytapetowaną twarzą – to oznajmiając, dała mi do zrozumienia, bym przestała jej zawracać głowę marudzeniem i zamiast tracić czas na głupoty, zajęła się nauką.
– Mężczyźni tak naprawdę wcale nie szukają dla siebie pustogłowych ślicznotek. Uważają je za idiotki – stwierdziła z kolei, gdy miałam już piętnaście lat.
Nie powiedziała tego do mnie – nie prowadziłyśmy jeszcze wtedy „takich rozmów” – lecz do swojej bratowej. A ponieważ nie słyszałam jej wcześniejszych słów, nie miałam pojęcia i do dziś nie wiem, w jakim kontekście to mówiła. W każdym razie ciotka Ewa odniosła się sceptycznie do tej opinii.
– No, nie byłabym tego taka pewna – mruknęła. – Bo z moich obserwacji wynika co innego. To znaczy owszem, uważają je za idiotki. Ale i tak wolą pustogłową ślicznotkę z długimi nogami, która ma czym oddychać i na czym usiąść, niż mądrą sowę, z którą nie bardzo wiedzą, jak postępować. I w rezultacie nudzą się przy niej jak mopsy.
– Zależy jacy mężczyźni – odparła matka. – Na niektórych w ogóle nie warto zwracać uwagi. A już z pewnością żadnemu zanadto nie okazywać, że nam na nim zależy – rzekła tonem ucinającym dalszą dyskusję.
– Możesz mi wierzyć albo nie, ale ona naprawdę tak postępowała – oznajmiła mi po kilku latach inna z moich ciotek, Barbara, z którą matka w przeszłości przez pewien czas mieszkała. – Odkąd pamiętam, miała takie żelazne zasady, choć oczywiście to i owo mogło mi umknąć, bo poznałam ją bliżej dopiero kilka lat po wojnie, gdy obie lata pierwszej młodości miałyśmy już za sobą. Ale nawet tego dnia, gdy oznajmiła mi, że po dwudziestu latach niespodziewanie natknęła się na starego znajomego, zachowywała się tak, jakby nie miało to dla niej większego znaczenia. Możesz sobie wyobrazić moją zszokowaną gębę, gdy kilka tygodni później zaprosiła mnie na ślub. Właśnie z owym dawnym znajomym, z którym przed laty ponoć nie łączyła ich żadna bliższa zażyłość. W dodatku oznajmiła to tym swoim beznamiętnym, obojętnym tonem. Chryste Panie, pomyślałam sobie wtedy, czy ona w towarzystwie tego faceta też się tak zachowuje?! Musiała mu w takim razie nieźle zawrócić w głowie albo, wbrew temu, co twierdziła, łączyło ich przed laty coś więcej niż niewiele znacząca znajomość czy nawet szkolne koleżeństwo.
Podobnie jak moja matka różniła się od innych znanych mi kobiet, także i ojciec zwracał na siebie uwagę – tyle że w przeciwieństwie do niej, znakomicie się prezentował. Był nie tylko bardzo przystojny, ale także emanował witalnością, siłą, co w zestawieniu z „przedwojennymi”, a więc – w powszechnej opinii – staroświeckimi manierami w jego akurat przypadku działało jak najbardziej na korzyść. I sprawiało, że podobał się kobietom. Również dlatego, że był dla nich zagadką – z jednej strony introwertyk, często zamyślony, jakby nieobecny duchem, roztargniony niczym artysta, lecz gdy trzeba było, gdy wymagały tego okoliczności, wykazywał się imponującą siłą, zdecydowaniem i przedsiębiorczością. Widziałam, jak kobiety wodziły za nim wzrokiem, co nie raz mnie niepokoiło, a nawet złościło, na matce natomiast nie robiło żadnego wrażenia. Co najwyżej kpiła sobie z tego, jak reagowałam.
W dniu moich osiemnastych urodzin, uznawszy, że jako dorosła osoba mogę pozwolić sobie na wyrażenie na głos opinii, których nie ważyłam się wypowiedzieć wcześniej, zapytałam ją, czy nigdy nie bała się ewentualnych rywalek.
– Jakich rywalek? – spytała takim tonem, jakby naprawdę nie rozumiała, o co mi chodziło.
Mam na myśli kobiety, które są o niebo bardziej atrakcyjne od ciebie. A przynajmniej dbają o urodę – odcięłam się, lecz oczywiście tylko w myślach. Domyślałam się zresztą, że i tak zgadywała, o co mi chodziło. I śmiała się ze mnie w duchu. Naprawdę była pewna siebie i przekonana, że mąż nigdy jej nie zawiedzie, że jest wierny. W każdym razie nic w jej zachowaniu nie wskazywało, by w to wątpiła.
I faktycznie, nic nie przemawiało za tym, by się myliła.
Czy moi rodzice darzyli się miłością? Nigdy nie miałam wątpliwości, że byli sobie bardzo bliscy, choć – przynajmniej w obecności postronnych osób, a także i w mojej – powstrzymywali się od manifestowania uczuć. Pod tym względem nie przypominali bohaterów romansowych filmów i powieści. Z pewnością łączyło ich głębokie przywiązanie i wzajemne zrozumienie. W takiej też atmosferze się wychowałam i dorastałam, to zapewniało mi poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam, że mam w nich oparcie, że w razie potrzeby przybędą z pomocą. Co nie znaczyło, że nasze wzajemne relacje zawsze były proste, idealne, bezkonfliktowe. Bo przecież gdy dorastałam, i gdy już dorosłam, stale z nimi walczyłam o niezależność; byli nadopiekuńczy, bali się o mnie, nie wierzyli, że dam sobie bez nich radę. Domyślałam się, że w dużej mierze było to podyktowane faktem, że zostali rodzicami w dojrzałym już wieku. Bo choć większość ludzi ulega podobnej pokusie, by kontrolować swoje podrastające i wręcz dorosłe już dzieci, moi byli pod tym względem szczególnie przewrażliwieni, zwłaszcza matka. Ojciec lepiej mnie rozumiał i gotów był dać mi trochę więcej swobody, poza tym znaczną część jego czasu pochłaniała praca w klinice. Matka natomiast długo nie potrafiła i chyba nie chciała przyjąć do wiadomości, że z biegiem lat przestawałam być jej małą córeczką, którą mogła się opiekować do woli; miłą, potulną dziewczynką, dla której była całym światem i punktem odniesienia. A nawet gdy w końcu godziła się z rzeczywistością, nie zamierzała tracić nade mną kontroli. Przekonana, że wciąż nie jestem gotowa, by dać sobie radę w życiu i właściwie rozpoznać wszystkie niebezpieczeństwa i zasadzki, które czyhają na dziewczynę, szczególnie dorastającą. Do tego miała dla mnie więcej czasu niż ojciec, bo po moim urodzeniu zrezygnowała z absorbującej pracy w szpitalu i zatrudniła się w „osiedlowej” przychodni zdrowia.
Gdy się buntowałam, słyszałam wciąż tę samą odpowiedź: Zrozumiesz, gdy będziesz miała własne dzieci. Długo nie mogłam zdobyć się na to, by jej oświadczyć, że ja zupełnie inaczej widziałam swoją przyszłość. Nie zamierzałam wychodzić za mąż i mieć dzieci. Nie chciałam jej tego mówić, bo znając jej poglądy na ten temat, wiedziałam, że by mnie nie zrozumiała. Nie miałam ochoty słuchać jej argumentów, które przecież nie były tajemnicą. Matka, pomimo że była wykształconą, wykonującą odpowiedzialny zawód kobietą, prawdopodobnie nie potraktowałaby poważnie takiej deklaracji. Pod tym względem nie różniła się od innych znanych mi kobiet, od naszych sąsiadek i matek moich koleżanek. Było dla niej oczywiste, że kobieta, choćby nawet i najlepszy fachowiec w pracy, z żadnego zadania nie wywiąże się tak dobrze, jak z bycia żoną i matką; że to jej właściwe powołanie i w niczym innym nie zrealizuje się tak dobrze. Nic innego nie da jej większego zadowolenia i satysfakcji. A fakt, że w jej przypadku nastąpiło to tak późno, zawsze tłumaczyła zawirowaniami związanymi z wojną.
Wszystko się wtedy poplątało, życie całej mojej rodziny stanęło na głowie – mawiała. Ja jednak czułam, że chodziło o coś więcej – przecież wojenne doświadczenia dotyczyły całego jej pokolenia, a mimo to ludzie zakładali rodziny nawet w tych koszmarnych czasach i warunkach. Może więc… czekała na powrót mojego ojca? Może ciotka Barbara miała rację, podejrzewając, że musiało ich łączyć przed wojną coś więcej niż zwykła znajomość. W każdym razie tak mogło być w przypadku mojej matki.
Domyślałam się niejasno, że w jej życiu musiały wydarzyć się sprawy, o których mi nie mówiła, o których nie opowiadała nikomu (może z wyjątkiem mojego ojca), a które sprawiały, że tak się o mnie lękała. Oczywiście nie była pod tym względem wyjątkiem – moje koleżanki narzekały, że w ich przypadku jest podobnie. Tyle że w przeciwieństwie do nich ja nie zachowywałam się ryzykownie, nie oszukiwałam, nie kręciłam, byłam wzorową uczennicą, po lekcjach wracałam do domu. I bynajmniej nie zawracałam sobie głowy chłopcami… ani oni mną. Za mną nikt się nie oglądał, jak podejrzewałam, nie tylko dlatego, że się o to nie starałam. Nawet gdybym dokładała wszelkich starań, by się podobać kolegom z klasy czy nieznajomym na ulicy, skutek byłby pewnie ten sam.
W miarę upływu czasu stawałam się coraz bardziej podobna do matki, nie do ojca. I tak jak ona uznałam, że niedostatki urody, wdzięku i seksapilu mogę zrekompensować tylko w jeden sposób: zdobywając solidną wiedzę i rozwijając się intelektualnie. A że lubiłam szkołę, nauka nie sprawiała mi żadnego problemu, zawsze miałam bardzo dobre stopnie i zdobywałam wszelkie nagrody i wyróżnienia.
W miarę też jak dorastałam, zaczynałam rozumieć moją matkę w kwestii gustu i strojów, naśladując ją pod tym względem początkowo zupełnie bezwiednie, potem coraz bardziej świadomie. Co – ku mojemu zaskoczeniu – nie do końca spotkało się z jej uznaniem.
– Nie przesadzaj, Igusiu, z tą ascezą – powiedziała kiedyś, na co ja natychmiast przypomniałam (nie bez pewnej nutki złośliwości) jej własne słowa wypowiedziane niegdyś w reakcji na moją uwagę à propos strojów i stylu bycia.
– Wspomniałaś, mamo, że masz nadzieję, że z czasem gust mi się poprawi. I tak też się stało. Życzeniu twemu stało się zadość – wytknęłam.
– Pamiętam, co mówiłam – odparła matka. – Zdania nie zmieniłam. To raczej ty masz tendencję do wpadania z jednej skrajności w drugą. Może to młodzieńcza przekora?
– Nie jestem przekorna – obruszyłam się, choć w duchu przyznawałam jej trochę racji.
– Po prostu w każdej sprawie wskazany jest umiar – oznajmiła, nie odnosząc się już do moich słów.
Umiar. Często się do niego odwoływała. I to pewnie sprawiło, że w stosunkach z innymi ludźmi, w tym z rówieśnikami, zachowywałam dystans. Zwłaszcza wobec chłopców, a potem mężczyzn. Dystans ten nie stanowił dla nich zachęty ani wyzwania, jak mogłoby to mieć miejsce w przypadku ładniejszej czy też bardziej interesującej dziewczyny. Nie postrzegali mnie w tych kategoriach i wcale im się nie dziwiłam. Na dobrą sprawę zwracali na mnie uwagę tylko wtedy, gdy potrzebowali przepisać pracę domową czy też wydębić ściągę na sprawdzianie. Czasem poprosili, bym wytłumaczyła jakieś zagadnienie z matmy, chemii lub z angielskiego, bywało, że i innych przedmiotów. I potem, już na studiach, gdy potrzebowali notatek z wykładu, na który nie przyszli z powodu kaca po wczorajszej imprezie. Gdy chcieli pożyczyć podręczniki, bo szkoda im było pieniędzy na ich zakup, albo kiedy w ogóle potrzebowali trochę grosza. Ja uchodziłam za pannę z dobrego domu, której niczego nie brakowało. Wiadomo, córka lekarzy. Lekarze nigdy nie byli biedni, cokolwiek by nie twierdzili. Dla kolegów byłam mądrą sową, niczym więcej.
Matka – bo ojciec w tych kwestiach raczej się nie wypowiadał – uważała, że mam wszelkie atuty, by zwracać na siebie uwagę. Choć nie zaszkodziłoby, gdybym bardziej o siebie zadbała. Zarazem powinnam uważać na zwykłych podrywaczy, którzy traktują dziewczynę jak zabawkę. Lub dla odmiany jako dobrą partię, co zapewni im wymierne korzyści; tacy nie zapewnią jednak szczęścia. Nie kochają, więc nie będą wierni.
Obudź się, mamo. Porzuć te złudzenia! – chciałam wtedy zawołać. – To tylko moi koledzy. Nikogo i niczego przede mną nie udają, jedynie pożyczają ode mnie zeszyty i książki. Żadnemu z nich nie przyszłoby nawet do głowy, żeby mnie zaprosić do kina, o teatrze nie wspominając. Nikt nie zaproponował mi choćby spaceru ani nie zaprosił na kawę. Żaden nie zamierza też wedrzeć się przebojem do naszej rodziny.
Powstrzymywałam się w ostatniej chwili w obawie przed kolejnym kazaniem.
Niezależnie od tego, że czasem dąsałam się na rodziców, bo nadmierna troska matki działała mi na nerwy, bardzo ich kochałam. Nawet wtedy, gdy się na nich złościłam i miałam pretensje, nie zapominałam, ile im zawdzięczam. Przede wszystkim spokojny dom i szczęśliwe dzieciństwo. W rodzinach moich koleżanek bywało z tym różnie – czasem to i owo mi opowiadały, a słuchając ich, tym bardziej doceniałam to, co sama miałam.
Moi rodzice nie kłócili się nigdy; nie słyszałam, by w jakiejkolwiek sprawie mieli odmienne zdanie. Co zresztą niekiedy bywało powodem żartów czy nawet kpin ze strony innych osób. W tym także dziadka Jeremiego, który uważał, że to nie do końca normalne. Że w takim związku brakuje jakiejś autentyczności, a nawet szczerości. No bo czy to możliwe, że w każdej, dokładnie w każdej sprawie mąż i żona mają takie samo zdanie? Czy nie oznacza to czasem, że jedno po prostu ślepo podąża za drugim albo obawia się wyrazić odmienną opinię w obawie przed konsekwencjami?
Dziadek i podzielająca jego zdanie ciotka Barbara (choć w innych sprawach już tak zgodni nie byli) wskazywali, że w małżeństwie moich rodziców tą słabszą stroną jest moja matka. I choć nie wyrazili wprost, na czym opierali to przekonanie, zgadywałam, co mieli na myśli. Była zdecydowanie mniej interesująca od ojca, ot zwykła szara myszka, której udało się złapać przystojnego i nietuzinkowego faceta, więc teraz zrobi wszystko, by mu nie podpaść i go do siebie nie zrazić. Ja wiedziałam swoje. Moi rodzice naprawdę w większości spraw mieli takie samo zdanie, a tych nielicznych, co do których mogli się różnić, po prostu nie wałkowali. A matka, wbrew temu, co twierdził jej ojciec i kuzynka, wcale nie potrzebowała zabiegać o jego uczucia. Zresztą, nawet gdyby nie byli tak zgodnym małżeństwem, z pewnością nie obawiałaby się wyrazić swojego zdania z obawy przed jego reakcją. Była silna, samodzielna i przez wiele lat, zanim wyszła za mąż, dobrze dawała sobie radę w życiu, więc w razie gdyby się rozstali, też by sobie poradziła. Myślę, że w gruncie rzeczy to właśnie ona była tą silniejszą stroną. To raczej ojciec był mniej odporny na ciosy i przeciwności losu. Jakkolwiek by te sprawy nie wyglądały, ja w przeciwieństwie do dziadka Jeremiego nigdy sobie nie żartowałam ze zgodnych, spokojnych relacji, jakie panowały między rodzicami. Byłam z nich bardzo zadowolona. Tym bardziej że i moje koleżanki – zwłaszcza te, których rodzice toczyli ze sobą regularne wojny, a domy niejednokrotnie bywały polem bitwy – nie ukrywały, że mi zazdroszczą.
Gdy byłam dzieckiem, nie lubiłam przebywać zbyt długo poza domem, z dala od matki i ojca. I praktycznie się wtedy z nimi nie rozstawałam. Nie wyjeżdżałam na kolonie i obozy ani nawet na szkolne wycieczki, jeśli miały trwać dłużej niż jeden dzień. Nikt też nie zmuszał mnie do tych wyjazdów, co spotykało się z dezaprobatą nie tylko ze strony nauczycieli, ale także reszty naszej rodziny. I znów zarówno dziadek Jeremi, jak i wuj Bogdan, brat mojej matki, i jego żona, ciotka Ewa, o kąśliwych uwagach ciotki Barbary już nawet nie wspominając, uważali, że w tej akurat kwestii rodzice nie powinni mi ustępować. Zwłaszcza dziadek Jeremi nie gryzł się w język. Wyrośnie z niej nieporadna życiowo, kompletnie niesamodzielna mami córeczka – mawiał. Wszyscy byli bezradni, bo decyzja należała wyłącznie do moich rodziców, a oni nie widzieli powodu, dla którego miałabym przeżywać stres związany z nawet krótkim rozstaniem.
– Wyrośnie z tego – twierdził ojciec. – Na pewno szybciej, niż gdyby była zmuszana do wyjazdów.
I czas pokazał, że miał rację. Bo faktycznie, w liceum zaczęłam przełamywać niechęć do kilkudniowych wycieczek szkolnych, a na studiach regularnie uczestniczyłam w spływach kajakowych i wyprawach w góry w towarzystwie kolegów i koleżanek. Co wywoływało z kolei stres u matki, która nie spała po nocach w obawie o moje bezpieczeństwo, nie do końca też wierzyła w mój rozsądek. A w jej przypadku trudno było żywić nadzieję, że z tego wyrośnie.
Nic zatem dziwnego, że wiadomość o przyznanym mi stypendium zagranicznym przyjęła nie tyle z mieszanymi uczuciami, co wręcz z przestrachem i nieukrywanym niezadowoleniem.