Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Smugi - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
3824 pkt
punktów Virtualo

Smugi - ebook

Niektóre historie zostawiają ślady, jakich nie potrafi zatrzeć nawet czas

Druga połowa lat pięćdziesiątych XX wieku. Po dwudziestu latach emigracji doktor Andrzej Bogucki wraca do Polski. Na ten krok decyduje się dopiero po październikowej odwilży, gdy w kraju dobiega końca okres stalinowsko-bierutowskiego terroru.

Po przyjeździe do Warszawy podejmuje pracę w szpitalu i spotyka Olgę – dawną znajomą. Ich relacja szybko przeradza się w coś więcej. Wkrótce się pobierają, a na świat przychodzi ich córka, Iga. Wszystko wskazuje na to, że Andrzej wreszcie odnalazł upragnioną równowagę.

Jednak przeszłość nie ma zamiaru odejść w zapomnienie.

Po latach Iga, doktorantka Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego, wyjeżdża na stypendium do Leuven. Tam poznaje swoją kuzynkę – córkę przyrodniego brata Andrzeja, z którym ten przed laty zerwał wszelkie kontakty.

To spotkanie uruchamia lawinę pytań. Iga stopniowo zaczyna odkrywać historię, o której w jej domu nigdy się nie mówiło. W ten sposób dociera do dramatu sprzed lat, jaki na zawsze odmienił losy całej rodziny…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-582-9
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Gdy usły­sza­ła swo­je imię, po­trze­bo­wa­ła do­brych kil­ku­na­stu se­kund, by do­tar­ło do niej, że to na­praw­dę jego głos. I ko­lej­nych kil­ku, by od­wró­ci­ła gło­wę i spoj­rza­ła w kie­run­ku bra­my. Tam wła­śnie stał; sła­be świa­tło ulicz­nej la­tar­ni pa­da­ło wprost na nie­go. Uchy­lił ka­pe­lu­sza i uśmiech­nął się nie­znacz­nie – za­rów­no ten uśmiech, jak i gest roz­po­zna­ła­by za­wsze i wszę­dzie – po czym zro­bił dwa kro­ki w jej kie­run­ku.

– Dzień do­bry – usły­sza­ła.

Mia­ła wra­że­nie, że sło­wa od­bi­ły się echem od ścian i bru­ku po­nu­re­go po­dwó­rza. I może wła­śnie to echo, mrok i po­nu­re oto­cze­nie spra­wi­ły, że w pierw­szej chwi­li go­to­wa była uznać, że do­zna­ła ja­kiejś ilu­zji. Po­dob­nej do snu, jed­ne­go z tych, ja­kie cza­sem ją jesz­cze na­wie­dza­ły, choć już dużo rza­dziej niż kil­ka­na­ście lat temu.

A może zo­ba­czy­ła… zja­wę? Nie­gdyś śmia­ła­by się z ta­kich przy­pusz­czeń, ale od daw­na tego nie ro­bi­ła. Ostat­nie dwa­dzie­ścia lat spra­wi­ło, że i pod tym wzglę­dem się zmie­ni­ła. Cały świat się prze­cież zmie­nił. To, co kie­dyś uwa­ża­ła za rzecz nie do po­my­śle­nia, za buj­dy, za kom­plet­ne bzdu­ry – te­raz już się ta­kim nie wy­da­wa­ło. Zdą­ży­ła się prze­ko­nać, a przy­naj­mniej zro­zu­mieć, że wszyst­ko jest moż­li­we.

– An­drzej… – Tyle zdą­ży­ła wy­szep­tać, za­nim głos od­mó­wił po­słu­szeń­stwa. Po­ru­szy­ła usta­mi, ale w gar­dle czu­ła tyl­ko nie­zno­śny ucisk.

On cze­kał bez sło­wa, nie zro­bił ko­lej­ne­go kro­ku. Ale też nie za­stygł, nie znie­ru­cho­miał. Przy­szło jej do gło­wy, że może chciał, by otrzą­snę­ła się z za­sko­cze­nia. Za­raz od­su­nę­ła tę myśl jako zu­peł­nie nie­do­rzecz­ną. Może po pro­stu jest zmę­czo­ny – uzna­ła. Tak jak ona, a nie­wy­klu­czo­ne, że na­wet bar­dziej. W każ­dym ra­zie spra­wiał ta­kie wra­że­nie.

– Wró­ci­łeś? – spy­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem, mimo wszyst­ko wciąż jesz­cze nie­pew­na, czy to, co wi­dzi i sły­szy, nie jest tyl­ko wy­two­rem jej wy­obraź­ni. Snem, z któ­re­go za­raz się obu­dzi.

– Na to wy­cho­dzi.

– Na sta­łe? – Z tru­dem wy­do­by­wa­ła sło­wa z za­ci­śnię­tej krta­ni.

– Tak.

– Od jak daw­na je­steś w kra­ju?

– Od kil­ku mie­się­cy. – Po­now­nie się uśmiech­nął. – Co za przy­pa­dek. Aku­rat wy­cho­dzi­łem z Ka­me­ral­nej, pa­trzę i kogo wi­dzę? Ola Ja­nic­ka we wła­snej oso­bie. W pierw­szej chwi­li nie wie­rzy­łem wła­snym oczom.

– Miesz­kam tu­taj. – Wska­za­ła na ka­mie­ni­cę, gdy jako tako się uspo­ko­iła. – Wła­śnie wra­cam z pra­cy…

Gdy­bym przy­szła tu parę mi­nut póź­niej albo on dłu­żej zo­stał w Ka­me­ral­nej, zno­wu by­śmy się roz­mi­nę­li – po­my­śla­ła na­gle i to spo­strze­że­nie spra­wi­ło, że za­drża­ła. I jak tu nie wie­rzyć w zrzą­dze­nie losu, w cuda, w prze­zna­cze­nie! Jed­no­cze­śnie po­czu­ła, że się ru­mie­ni, i za­ci­snę­ła pal­ce na to­reb­ce. Na li­tość bo­ską, po­win­na nad sobą pa­no­wać. Nie była już pod­lot­kiem. Lata pierw­szej mło­do­ści mia­ła daw­no za sobą. Nie po­win­na też so­bie Bóg wie cze­go wy­obra­żać. To, co ona go­to­wa była uznać za cud, on praw­do­po­dob­nie od­bie­rał zu­peł­nie ina­czej. A na­wet na pew­no od­bie­rał zu­peł­nie ina­czej. Nie wol­no jej za­po­mi­nać, że prze­cież ni­g­dy nie był nią ja­koś szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wa­ny. Wpraw­dzie wró­cił po la­tach do kra­ju, lecz… co z tego? Był tu, jak sam wy­znał, od mie­się­cy i przez ten czas wca­le jej nie szu­kał. Naj­pew­niej w ogó­le o niej na­wet nie po­my­ślał. Gdy­by więc wy­szedł z Ka­me­ral­nej kil­ka mi­nut póź­niej albo ona prze­cho­dzi­ła­by tędy wcze­śniej, po pro­stu by się mi­nę­li… i nic by się nie sta­ło. W grun­cie rze­czy za­wsze się prze­cież mi­ja­li. Nic nie mo­gła po­ra­dzić na to, że nie po­tra­fi­ła i nie chcia­ła tak chłod­no kal­ku­lo­wać. Na pew­no nie w tym mo­men­cie, gdy zo­ba­czy­ła go po bli­sko dwu­dzie­stu la­tach.

– Jak mnie roz­po­zna­łeś? – Coś chwy­ci­ło ją za gar­dło. Łzy. Jesz­cze tego bra­ko­wa­ło. – Prze­cież mi­nę­ło tyle cza­su…

– Wca­le się nie zmie­ni­łaś. – Przy­glą­dał jej się życz­li­wie, a na­wet z za­in­te­re­so­wa­niem, co spra­wi­ło, że i ona wresz­cie dała radę od­wza­jem­nić jego uśmiech. Choć jesz­cze bar­dzo nie­śmia­ło i nie­pew­nie.

– Kłam­ca… – Mia­ła na­dzie­ję, że za­brzmia­ło to żar­to­bli­wie. Tyle że ni­g­dy nie po­tra­fi­ła żar­to­wać i tak jak za­wsze wy­pa­dło to sztucz­nie.

– Z nas dwoj­ga tyl­ko ja się ze­sta­rza­łem – stwier­dził, ale ta­kim to­nem, jak­by nie mia­ło to dla nie­go zna­cze­nia.

W pierw­szej chwi­li chcia­ła za­prze­czyć, lecz uzna­ła, że co­kol­wiek by te­raz po­wie­dzia­ła, za­brzmia­ło­by in­fan­tyl­nie. Poza tym… w głę­bi du­cha mu­sia­ła przy­znać, że cho­ciaż roz­po­zna­ła go bez tru­du, to wi­dać po nim było upływ cza­su. Choć aku­rat w jego przy­pad­ku upływ ten oka­zał się jak naj­bar­dziej ła­ska­wy. Uro­cze­go, peł­ne­go ży­cia, ki­pią­ce­go ener­gią chło­pa­ka, ja­kim był kie­dyś, za­stą­pił te­raz doj­rza­ły, przy­stoj­ny męż­czy­zna, bar­dzo wy­wa­żo­ny w ge­stach i sło­wach. Do tego, jak już za­uwa­ży­ła wcze­śniej, naj­wy­raź­niej znu­żo­ny. I chy­ba też… tro­chę smut­ny. Na­wet wię­cej niż tro­chę. Do­pie­ro gdy bli­żej mu się przyj­rza­ła, spo­strze­gła, że jego uśmiech by­naj­mniej nie się­gał oczu. A może to prze­jaw me­lan­cho­lii? Wzru­sze­nia? Od ich ostat­nie­go spo­tka­nia mi­nę­ło dwa­dzie­ścia lat. Dwa­dzie­ścia lat na­zna­czo­nych gro­zą, cier­pie­niem, trud­ny­mi do­świad­cze­nia­mi. Ta­ki­mi, któ­re na wszyst­kich zo­sta­wi­ły ja­kieś śla­dy.

– Co u cie­bie sły­chać, Olga? Jak so­bie ra­dzisz? Uło­ży­łaś so­bie ja­koś ży­cie?

Te py­ta­nia na­tych­miast spro­wa­dzi­ły ją na zie­mię, w pew­nym sen­sie otrzeź­wi­ły. Fakt, że An­drzej naj­wy­raź­niej ucie­szył się z ich nie­spo­dzie­wa­ne­go spo­tka­nia, nie ozna­czał, że zmie­nił swój sto­su­nek do niej. Po raz ko­lej­ny upo­mnia­ła sie­bie samą, że nie po­win­na wpa­dać w eu­fo­rię ani snuć ja­kichś ro­man­tycz­nych mrzo­nek. Ani tym bar­dziej wma­wiać so­bie nie wia­do­mo cze­go. Nie mia­ła już kil­ku­na­stu lat, jak wte­dy, w prze­szło­ści. Pod żad­nym po­zo­rem nie wol­no jej o tym za­po­mi­nać, bo w prze­ciw­nym ra­zie zro­bi z sie­bie jesz­cze więk­szą idiot­kę niż przed laty.

– Nie na­rze­kam, ja­koś so­bie ra­dzę – od­par­ła wy­mi­ja­ją­co. Zer­k­nę­ła przez ra­mię na okna ka­mie­ni­cy. Na pierw­szy rzut oka ni­ko­go w nich nie do­strze­gła, ale to mo­gło być myl­ne wra­że­nie. – Przy­kro mi, ale mu­szę już iść. Spie­szę się, mam dziś jesz­cze spo­ro do zro­bie­nia.

Le­d­wo to po­wie­dzia­ła, a już po­ża­ło­wa­ła. Bo po pierw­sze, czy nie za­brzmia­ło zbyt chłod­no, a przez to tro­chę nie­przy­jem­nie? A po dru­gie, mi­ja­ła się z praw­dą. Ni­g­dzie się nie spie­szy­ła, cze­ka­ło ją dłu­gie, pu­ste po­po­łu­dnie i taki sam dłu­gi, pu­sty wie­czór.

– Oczy­wi­ście. Nie chcę za­bie­rać ci wię­cej cza­su. Bądź zdro­wa. – Ski­nął gło­wą. Ni­kły uśmiech na jego twa­rzy zgasł, jak za zdmuch­nię­ciem świe­cy, przez co znu­że­nie i smu­tek jesz­cze bar­dziej rzu­ca­ły się w oczy. Za­ło­żył ka­pe­lusz i po­wo­li od­wró­cił się w kie­run­ku bra­my.

Pa­trzy­ła, jak od­cho­dził, i wie­dzia­ła, że tym ra­zem już nie­odwo­ła­nie. Wię­cej z pew­no­ścią tu nie przyj­dzie. I nie bę­dzie jej ni­g­dzie in­dziej szu­kał.

I do­brze – po­my­śla­ła. Po­win­na być twar­da. Dum­na. Kon­se­kwent­na.

Tyle że duma, a tym bar­dziej kon­se­kwen­cja, to ra­czej gorz­kie to­wa­rzysz­ki ży­cia. Nie da­wa­ły po­cie­sze­nia, ska­zy­wa­ły na sa­mot­ność. W każ­dym ra­zie w jej przy­pad­ku tak było. Czy na­praw­dę tego wła­śnie chcia­ła? A je­śli to dzi­siej­sze nie­spo­dzie­wa­ne spo­tka­nie nie było przy­pad­kiem, lecz cu­dow­nym zrzą­dze­niem losu? Da­rem, ostat­nią szan­są? Szan­są, od któ­rej się wła­śnie od­wró­ci­ła i któ­ra już się nie po­wtó­rzy?

– Za­cze­kaj – prze­mó­wi­ła na tyle gło­śno, by ją usły­szał, a za­ra­zem na tyle spo­koj­nie, by jej głos nie zwa­bił są­sia­dów do okien. A kie­dy się za­trzy­mał, po krót­kiej chwi­li wa­ha­nia po­de­szła do nie­go. – Na­praw­dę cie­szę się, że cię wi­dzę. Nie spo­dzie­wa­łam się, ale… – Szu­ka­ła ko­lej­nych słów, lecz żad­ne nie przy­cho­dzi­ły jej do gło­wy.

– Może spo­tka­my się i po­roz­ma­wia­my? – za­pro­po­no­wał ła­god­nie. – Tak, wiem, mó­wi­łaś, że je­steś dziś za­ję­ta. Ale może in­ne­go dnia?

– Bar­dzo chęt­nie.

Uspo­kój się, nie daj po so­bie po­znać, że tak ci za­le­ży – upo­mi­na­ła samą sie­bie, ale nada­rem­nie.

– Kie­dy mógł­bym przyjść?

To py­ta­nie ją otrzeź­wi­ło, do­kład­nie tak, jak tam­to kil­ka mi­nut wcze­śniej.

– Nie miesz­kam te­raz sama – rze­kła ci­cho. Prze­kor­nie nie do­da­ła nic wię­cej, cie­ka­wa była, jak An­drzej za­re­agu­je na te sło­wa. Nie dał ni­cze­go po so­bie po­znać.

A cze­go się spo­dzie­wa­łaś? – za­kpi­ła sama z sie­bie w du­chu.

On ski­nął za to gło­wą i uśmiech­nął się.

– A za­tem gdzieś się przej­dzie­my. Po­wiedz tyl­ko, gdzie i kie­dy mo­gli­by­śmy się spo­tkać.

Choć­by i za­raz – chcia­ła od razu od­po­wie­dzieć. Opa­mię­ta­ła się do­słow­nie w ostat­niej se­kun­dzie. Fak­tycz­nie, do­pie­ro co na­po­mknę­ła mu, w do­dat­ku ra­czej nie­przy­ja­znym to­nem, że spie­szy się i jest bar­dzo za­ję­ta. Wo­bec tego nie mo­gła ro­bić z sie­bie idiot­ki i zmie­niać zda­nia. Po­win­na być kon­se­kwent­na, przy­naj­mniej do pew­ne­go stop­nia. Ina­czej An­drzej po­my­śli, że tak jak w prze­szło­ści, tak i te­raz jest go­to­wa na każ­de jego ski­nie­nie, że przy­sta­nie na każ­dy z jego wa­run­ków, ze swo­jej stro­ny nie sta­wia­jąc ani jed­ne­go. Na to nie mo­gła po­zwo­lić, w prze­ciw­nym ra­zie, tak jak kie­dyś, nie bę­dzie się z nią li­czył. Nie bę­dzie jej sza­no­wał.

Duma, sza­cu­nek, fun­ta kła­ków to war­te – zży­ma­ła się w du­chu. Mimo to wzię­ła się w garść i ma­jąc na­dzie­ję, że ma­ska na­da­ją­ca twa­rzy wy­raz spo­ko­ju i ra­czej chłod­nej, zdy­stan­so­wa­nej życz­li­wo­ści do­brze na niej leży, za­pro­po­no­wa­ła spo­tka­nie w czwar­tek, po­ju­trze, o sie­dem­na­stej.

– A za­tem do czwart­ku. – Ski­nął przy­jaź­nie gło­wą. A po­tem, ni z tego, ni z owe­go, na od­chod­nym do­rzu­cił: – Do zo­ba­cze­nia.

– Do zo­ba­cze­nia – od­par­ła i od­pro­wa­dzi­ła go wzro­kiem, aż znik­nął za bra­mą.

W oknach miesz­ka­nia, któ­re dzie­li­ła z ku­zyn­ką, pa­li­ło się świa­tło – znak, że była w domu. Dziś pra­co­wa­ła na noc­ną zmia­nę, prze­waż­nie ich dy­żu­ry nie po­kry­wa­ły się ze sobą, co od­po­wia­da­ło tak jed­nej, jak i dru­giej. Olga co naj­wy­żej ża­ło­wa­ła, że współ­lo­ka­tor­ka wyj­dzie z domu do­pie­ro za dwie go­dzi­ny, jej dy­żur za­czy­nał się o dzie­wią­tej wie­czo­rem. A tak ma­rzy­ła, by po­sie­dzieć te­raz tro­chę sa­mej, upo­rząd­ko­wać my­śli. Uspo­ko­ić emo­cje. Za­sta­no­wić się, co da­lej. W obec­no­ści Bar­ba­ry było to bar­dzo utrud­nio­ne. A może dziś ku­zyn­ka da jej spo­kój, nie bę­dzie stać jej nad gło­wą, za­da­wać py­tań lub dla od­mia­ny – pra­wić swo­ich zwy­kłych far­ma­zo­nów?

Za­le­d­wie we­szła do kuch­ni i włą­czy­ła gaz pod czaj­ni­kiem, Baś­ka nie­mal na­tych­miast po­ja­wi­ła się w pro­gu, jak­by wy­ro­sła spod pod­ło­gi. Mia­ła na so­bie nie­co już zno­szo­ną po­dom­kę i wał­ki na wło­sach, w dło­ni zaś nie­od­łącz­ne­go pa­pie­ro­sa. Po jej twa­rzy błą­kał się iry­tu­ją­cy uśmie­szek.

– Kto to był? Z kim roz­ma­wia­łaś na po­dwó­rzu? – spy­ta­ła.

– Skąd wiesz, że z kimś roz­ma­wia­łam? – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Och, daj spo­kój. Aku­rat wy­glą­da­łam przez okno i was zo­ba­czy­łam.

Oczy­wi­ście. Jak­że­by ina­czej! – Olga prze­wró­ci­ła ocza­mi. Roz­ma­wia­jąc z An­drze­jem, nie za­uwa­ży­ła wpraw­dzie ni­ko­go ani w żad­nym oknie, ani na po­dwó­rzu, ale to nie mu­sia­ło jesz­cze ozna­czać, że nikt ich nie ob­ser­wo­wał. Przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, czy po pro­stu nie zi­gno­ro­wać py­ta­nia ku­zyn­ki. Albo od­po­wie­dzieć coś nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce­go, na przy­kład, że to ja­kiś nie­zna­jo­my py­tał o dro­gę. Tak by­ło­by naj­pro­ściej, za­miast tego zu­peł­nie spon­ta­nicz­nie zde­cy­do­wa­ła się po­wie­dzieć praw­dę. Choć na ra­zie bez wcho­dze­nia w szcze­gó­ły.

– To sta­ry zna­jo­my.

– Sta­ry zna­jo­my? – pod­chwy­ci­ła. Bez wąt­pie­nia była za­in­try­go­wa­na. Za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­sem. – Jak sta­ry?

– Sprzed woj­ny.

– No co ty… I tak krót­ko z nim ga­da­łaś? Nie za­pro­si­łaś go do domu? Gdzie two­je ma­nie­ry? Co by na to po­wie­dzia­ła bab­ka Hor­ten­sja? – za­drwi­ła ku­zyn­ka.

– Bab­ka z pew­no­ścią by mi zmy­ła gło­wę. – Uśmiech­nę­ła się pod no­sem. Za­wsze była ulu­bie­ni­cą bab­ki; Bar­ba­ra na pew­no o tym pa­mię­ta­ła.

– Nie po­wiesz mi, kto to był? Chy­ba ni­g­dy wcze­śniej go nie wi­dzia­łam.

Wła­ści­wie, cze­mu jej nie po­wie­dzieć? Czy to ma jesz­cze ja­kieś zna­cze­nie? – za­sta­na­wia­ła się Ja­nic­ka.

– Chy­ba nie. Nie­wy­klu­czo­ne, że na­wet o nim nie sły­sza­łaś.

Woda się za­go­to­wa­ła, Olga uję­ła czaj­nik i za­la­ła wrząt­kiem esen­cję.

– Da­jesz mi do zro­zu­mie­nia, że mia­łaś przed woj­ną ta­jem­ni­cze­go ad­o­ra­to­ra? – Bar­ba­ra mru­gnę­ła do niej. – A to coś rze­czy­wi­ście nie­by­wa­łe­go. – Za­śmia­ła się. – Wy­bacz, ale… by­łaś taką ci­chą mysz­ką. Taką grzecz­ną dziew­czyn­ką; mat­ka wciąż da­wa­ła mi cie­bie za przy­kład. Ktoś w ogó­le wie­dział o jego ist­nie­niu? Za­kła­dam, że nie, bo w prze­ciw­nym ra­zie, zna­jąc na­szą ro­dzi­nę i zna­jo­mych, wie­ści szyb­ko by się roz­nio­sły… – urwa­ła na­gle i uważ­niej przyj­rza­ła się ku­zyn­ce. – Ze­rwa­li­ście ze sobą i od­na­lazł cię po la­tach? Nie po­dej­rze­wa­łam cię o ta­kie ro­man­tycz­ne przy­go­dy.

Olga za­mie­sza­ła her­ba­tę, upi­ła i skrzy­wi­ła się od wrząt­ku.

– Nic z tych rze­czy – od­par­ła su­cho. – To tyl­ko zna­jo­my, więc nie wy­obra­żaj so­bie Bóg wie cze­go. Cza­sem za­mie­ni­li­śmy parę słów. To wszyst­ko. – Zda­wa­ła so­bie spra­wę, jak mało wia­ry­god­nie, może na­wet ab­sur­dal­nie za­brzmia­ły te sło­wa, ale to je­dy­ne wy­ja­śnie­nie, na ja­kie mia­ła ocho­tę się te­raz zdo­być.

Bar­ba­ra nie spusz­cza­ła z niej wzro­ku. Za­wsze taka była, jak już się upar­ła, to nie od­pusz­cza­ła. I lu­bi­ła dużo wie­dzieć o każ­dym, kogo zna­ła. Roz­gnió­tł­szy nie­do­pa­łek w po­piel­nicz­ce, wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. War­gi jej lek­ko za­drga­ły od naj­wy­raź­niej stłu­mio­ne­go śmie­chu.

– Oczy­wi­ście. To na­wet zro­zu­mia­łe, że daw­ny, zwy­kły zna­jo­my po­sta­no­wił od­wie­dzić cię po mniej wię­cej dwu­dzie­stu la­tach – za­kpi­ła. – Jak on w ogó­le tra­fił na twój ślad? A może na­pi­sa­łaś do nie­go?

– Nie – od­par­ła zim­no Olga.

– A za­tem mu­siał za­dać so­bie spo­ro tru­du… ten twój zna­jo­my, z któ­rym daw­no temu je­dy­nie od cza­su do cza­su za­mie­ni­łaś parę słów.

– Nie nudź. Je­stem zmę­czo­na.

– I roz­ko­ja­rzo­na. Ro­zu­miem, już mnie tu nie ma. Zo­sta­wiam cię samą z two­imi ma­rze­nia­mi, przy­da­dzą się po go­dzi­nach uże­ra­nia się z dok­to­rem Rost­kow­skim i sio­strą od­dzia­ło­wą.

Nie uwie­rzy­ła mi – skrzy­wi­ła się w du­chu Olga. Pa­trząc na bez­list­ne jesz­cze drze­wo za oknem, mi­mo­wol­nie wes­tchnę­ła. Na miej­scu ku­zyn­ki też by nie uwie­rzy­ła po­dob­nym wy­ja­śnie­niom. Nie­mniej… za­sad­ni­czo nie mi­ja­ła się z praw­dą, co naj­wy­żej nie­co ją upro­ści­ła.

An­drzej Bo­guc­ki fak­tycz­nie jej nie ad­o­ro­wał, ni­g­dy nie za­bie­gał o jej wzglę­dy. Za­ra­zem ich zna­jo­mość nie była tak po­wierz­chow­na, jak to przed­sta­wi­ła ku­zyn­ce. Za­mie­ni­li ze sobą znacz­nie wię­cej niż tyl­ko kil­ka nie­wie­le zna­czą­cych słów.ROZDZIAŁ 2

Moi ro­dzi­ce po­bra­li się w ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku, nie­ca­ły rok po po­wro­cie ojca do kra­ju. Nie byli już wów­czas pierw­szej mło­do­ści. Mat­ka mia­ła trzy­dzie­ści sie­dem lat, oj­ciec – trzy lata wię­cej. Zna­li się jesz­cze przed woj­ną, lecz la­tem trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go roku prak­tycz­nie stra­ci­li ze sobą kon­takt. Fakt, że bez mała dwa­dzie­ścia lat póź­niej po­now­nie się na sie­bie na­tknę­li, za­kra­wał nie­mal na cud, w każ­dym ra­zie tak to za­wsze przed­sta­wia­ła mat­ka. Jako dziec­ko, a na­wet pod­ra­sta­ją­ca dziew­czy­na, lu­bi­łam słu­chać tej hi­sto­rii; nie raz za­mę­cza­łam mamę, by mi ją po raz ko­lej­ny opo­wie­dzia­ła, a po­nie­waż na­uczy­łam się jej na pa­mięć, by­łam wy­czu­lo­na na naj­mniej­sze na­wet nie­ści­sło­ści. Spra­wia­ło mi to nie lada fraj­dę i w znacz­nej mie­rze re­kom­pen­so­wa­ło pe­wien dys­kom­fort, jaki od­czu­wa­łam, gdy po­rów­ny­wa­łam ro­dzi­ców z ro­dzi­ca­mi ko­le­ża­nek z kla­sy lub ró­wie­śni­ków z po­dwór­ka.

Zdo­by­li co praw­da wyż­sze wy­kształ­ce­nie, a ich spo­sób by­cia, wie­dza, oczy­ta­nie, ma­nie­ry i kul­tu­ra oso­bi­sta wy­róż­nia­ły ich z gro­na na­szych są­sia­dów, lu­dzi ra­czej pro­stych i o nie­wy­szu­ka­nym gu­ście, lecz nie zmie­nia­ło to fak­tu, któ­ry miał dla mnie pierw­szo­rzęd­ne zna­cze­nie – obo­je byli star­si od więk­szo­ści ma­tek i oj­ców mo­ich ko­le­ża­nek i nie po­dej­mo­wa­li żad­nych sta­rań, by choć­by spra­wiać wra­że­nie młod­szych, wręcz prze­ciw­nie. Wy­glą­da­li na­wet znacz­niej po­waż­niej niż więk­szość ich ró­wie­śni­ków, co w du­żej mie­rze było spo­wo­do­wa­ne ich spo­so­bem by­cia, ich za­cho­wa­niem, w opi­nii mo­ich ko­le­ża­nek i ich ma­tek – zde­cy­do­wa­nie zbyt sta­ro­świec­kim. Jak­by obo­je za­trzy­ma­li się w in­nej epo­ce. Tej epo­ce, któ­rą uni­ce­stwi­ła woj­na, tak jak uni­ce­stwi­ła ona wie­lu po­dob­nych do nich lu­dzi. Mu­sia­łam do­ro­snąć, by uznać to za za­le­tę i być z nich dum­na; jed­nak jako dziec­ko i na­sto­lat­ka nie raz czu­łam się za­że­no­wa­na z po­wo­du owej po­wa­gi i „sta­ro­świec­czy­zny” naj­bliż­szych mi prze­cież lu­dzi.

Wte­dy przede wszyst­kim ma­rzy­łam, aby moja mat­ka wy­glą­da­ła i za­cho­wy­wa­ła się tak, jak mat­ki mo­ich ko­le­ża­nek. Aby przy­naj­mniej od cza­su do cza­su za­kła­da­ła ko­lo­ro­we su­kien­ki, choć­by i pstro­ka­te spód­ni­ce i bluz­ki. Aby ro­bi­ła trwa­łą on­du­la­cję, ta­pi­ro­wa­ła wło­sy, tu­szo­wa­ła rzę­sy i ma­lo­wa­ła pa­znok­cie na czer­wo­no. Czy­li tak jak ro­bi­ły mat­ki mo­ich ko­le­ża­nek, za­rów­no te młod­sze, jak i nie­co star­sze – oczy­wi­ście wte­dy, gdy upo­raw­szy się z do­mo­wą ro­bo­tą, wy­cho­dzi­ły do mia­sta, od­pro­wa­dza­ły dzie­ci do szko­ły lub przy­cho­dzi­ły na wy­wia­dów­ki. W po­rów­na­niu z nimi moja mat­ka spra­wia­ła wra­że­nie sza­rej i bez­barw­nej. Czu­łam się z tym nie­kom­for­to­wo, lecz gdy kie­dyś pró­bo­wa­łam na­mó­wić ją na bar­dziej wy­ra­zi­sty ma­ki­jaż i ko­lo­ro­we stro­je, uśmiech­nę­ła się lek­ko i po­pa­trzy­ła na mnie z po­li­to­wa­niem.

– Mam na­dzie­ję, że gdy przy­bę­dzie ci lat, gust ci się po­pra­wi – od­par­ła. I da­lej za­kła­da­ła pro­sto skro­jo­ne, kla­sycz­ne spód­ni­ce i ża­kie­ty, su­kien­ki w pa­ste­lo­wych, nie­rzu­ca­ją­cych się w oczy ko­lo­rach, wło­sy za­cze­sy­wa­ła gład­ko z czo­ła, a zło­ty łań­cu­szek, kol­czy­ki i ze­ga­rek były je­dy­ny­mi ele­men­ta­mi bi­żu­te­rii, na ja­kie so­bie na co dzień po­zwa­la­ła.

Do­pro­wa­dza­ło mnie to do bia­łej go­rącz­ki, ale by­łam bez­rad­na; w tej aku­rat spra­wie nic nie mo­głam zro­bić.

– Je­stem le­ka­rzem, nie mo­del­ką – od­po­wia­da­ła cier­pli­wie. Nie pod­no­si­ła gło­su, nie stro­fo­wa­ła mnie i dla­te­go cza­sem de­cy­do­wa­łam się na ri­po­stę.

– Ale nie je­steś jesz­cze sta­ra – za­pro­te­sto­wa­łam kie­dyś. Pa­mię­tam, że mia­łam wów­czas dwa­na­ście czy może trzy­na­ście lat. – Czy tyl­ko mo­del­ki i ak­tor­ki mogą się stro­ić i po­do­bać in­nym lu­dziom?

W od­po­wie­dzi ro­ze­śmia­ła się.

– Niby komu mia­ła­bym się po­do­bać? Wy­star­czy mi, że po­do­bam się two­je­mu ojcu – od­po­wie­dzia­ła. – A moi pa­cjen­ci nie po­trze­bu­ją, bym po­brzę­ki­wa­ła nad nimi dłu­gi­mi kol­czy­ka­mi i stra­szy­ła wy­ta­pe­to­wa­ną twa­rzą – to oznaj­mia­jąc, dała mi do zro­zu­mie­nia, bym prze­sta­ła jej za­wra­cać gło­wę ma­ru­dze­niem i za­miast tra­cić czas na głu­po­ty, za­ję­ła się na­uką.

– Męż­czyź­ni tak na­praw­dę wca­le nie szu­ka­ją dla sie­bie pu­sto­gło­wych ślicz­no­tek. Uwa­ża­ją je za idiot­ki – stwier­dzi­ła z ko­lei, gdy mia­łam już pięt­na­ście lat.

Nie po­wie­dzia­ła tego do mnie – nie pro­wa­dzi­ły­śmy jesz­cze wte­dy „ta­kich roz­mów” – lecz do swo­jej bra­to­wej. A po­nie­waż nie sły­sza­łam jej wcze­śniej­szych słów, nie mia­łam po­ję­cia i do dziś nie wiem, w ja­kim kon­tek­ście to mó­wi­ła. W każdym ra­zie ciot­ka Ewa od­nio­sła się scep­tycz­nie do tej opi­nii.

– No, nie by­ła­bym tego taka pew­na – mruk­nę­ła. – Bo z mo­ich ob­ser­wa­cji wy­ni­ka co in­ne­go. To zna­czy ow­szem, uwa­ża­ją je za idiot­ki. Ale i tak wolą pu­sto­gło­wą ślicz­not­kę z dłu­gi­mi no­ga­mi, któ­ra ma czym od­dy­chać i na czym usiąść, niż mą­drą sowę, z któ­rą nie bar­dzo wie­dzą, jak po­stę­po­wać. I w re­zul­ta­cie nu­dzą się przy niej jak mop­sy.

– Za­le­ży jacy męż­czyź­ni – od­par­ła mat­ka. – Na nie­któ­rych w ogó­le nie war­to zwra­cać uwa­gi. A już z pew­no­ścią żad­ne­mu za­nad­to nie oka­zy­wać, że nam na nim za­le­ży – rze­kła to­nem uci­na­ją­cym dal­szą dys­ku­sję.

– Mo­żesz mi wie­rzyć albo nie, ale ona na­praw­dę tak po­stę­po­wa­ła – oznaj­mi­ła mi po kil­ku la­tach inna z mo­ich cio­tek, Bar­ba­ra, z któ­rą mat­ka w prze­szło­ści przez pe­wien czas miesz­ka­ła. – Od­kąd pa­mię­tam, mia­ła ta­kie że­la­zne za­sa­dy, choć oczy­wi­ście to i owo mo­gło mi umknąć, bo po­zna­łam ją bli­żej do­pie­ro kil­ka lat po woj­nie, gdy obie lata pierw­szej mło­do­ści mia­ły­śmy już za sobą. Ale na­wet tego dnia, gdy oznaj­mi­ła mi, że po dwu­dzie­stu la­tach nie­spo­dzie­wa­nie na­tknę­ła się na sta­re­go zna­jo­me­go, za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by nie mia­ło to dla niej więk­sze­go zna­cze­nia. Mo­żesz so­bie wy­obra­zić moją zszo­ko­wa­ną gębę, gdy kil­ka ty­go­dni póź­niej za­pro­si­ła mnie na ślub. Wła­śnie z owym daw­nym zna­jo­mym, z któ­rym przed laty po­noć nie łą­czy­ła ich żad­na bliż­sza za­ży­łość. W do­dat­ku oznaj­mi­ła to tym swo­im bez­na­mięt­nym, obo­jęt­nym to­nem. Chry­ste Pa­nie, po­my­śla­łam so­bie wte­dy, czy ona w to­wa­rzy­stwie tego fa­ce­ta też się tak za­cho­wu­je?! Mu­sia­ła mu w ta­kim ra­zie nie­źle za­wró­cić w gło­wie albo, wbrew temu, co twier­dzi­ła, łą­czy­ło ich przed laty coś wię­cej niż nie­wie­le zna­czą­ca zna­jo­mość czy na­wet szkol­ne ko­le­żeń­stwo.

Po­dob­nie jak moja mat­ka róż­ni­ła się od in­nych zna­nych mi ko­biet, tak­że i oj­ciec zwra­cał na sie­bie uwa­gę – tyle że w prze­ci­wień­stwie do niej, zna­ko­mi­cie się pre­zen­to­wał. Był nie tyl­ko bar­dzo przy­stoj­ny, ale tak­że ema­no­wał wi­tal­no­ścią, siłą, co w ze­sta­wie­niu z „przed­wo­jen­ny­mi”, a więc – w po­wszech­nej opi­nii – sta­ro­świec­ki­mi ma­nie­ra­mi w jego aku­rat przy­pad­ku dzia­ła­ło jak naj­bar­dziej na ko­rzyść. I spra­wia­ło, że po­do­bał się ko­bie­tom. Rów­nież dla­te­go, że był dla nich za­gad­ką – z jed­nej stro­ny in­tro­wer­tyk, czę­sto za­my­ślo­ny, jak­by nie­obec­ny du­chem, roz­tar­gnio­ny ni­czym ar­ty­sta, lecz gdy trze­ba było, gdy wy­ma­ga­ły tego oko­licz­no­ści, wy­ka­zy­wał się im­po­nu­ją­cą siłą, zde­cy­do­wa­niem i przed­się­bior­czo­ścią. Wi­dzia­łam, jak ko­bie­ty wo­dzi­ły za nim wzro­kiem, co nie raz mnie nie­po­ko­iło, a na­wet zło­ści­ło, na mat­ce na­to­miast nie ro­bi­ło żad­ne­go wra­że­nia. Co naj­wy­żej kpi­ła so­bie z tego, jak re­ago­wa­łam.

W dniu mo­ich osiem­na­stych uro­dzin, uznaw­szy, że jako do­ro­sła oso­ba mogę po­zwo­lić so­bie na wy­ra­że­nie na głos opi­nii, któ­rych nie wa­ży­łam się wy­po­wie­dzieć wcze­śniej, za­py­ta­łam ją, czy ni­g­dy nie bała się ewen­tu­al­nych ry­wa­lek.

– Ja­kich ry­wa­lek? – spy­ta­ła ta­kim to­nem, jak­by na­praw­dę nie ro­zu­mia­ła, o co mi cho­dzi­ło.

Mam na my­śli ko­bie­ty, któ­re są o nie­bo bar­dziej atrak­cyj­ne od cie­bie. A przy­naj­mniej dba­ją o uro­dę – od­cię­łam się, lecz oczy­wi­ście tyl­ko w my­ślach. Do­my­śla­łam się zresz­tą, że i tak zga­dy­wa­ła, o co mi cho­dzi­ło. I śmia­ła się ze mnie w du­chu. Na­praw­dę była pew­na sie­bie i prze­ko­na­na, że mąż ni­g­dy jej nie za­wie­dzie, że jest wier­ny. W każ­dym ra­zie nic w jej za­cho­wa­niu nie wska­zy­wa­ło, by w to wąt­pi­ła.

I fak­tycz­nie, nic nie prze­ma­wia­ło za tym, by się my­li­ła.

Czy moi ro­dzi­ce da­rzy­li się mi­ło­ścią? Ni­g­dy nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że byli so­bie bar­dzo bli­scy, choć – przy­naj­mniej w obec­no­ści po­stron­nych osób, a tak­że i w mo­jej – po­wstrzy­my­wa­li się od ma­ni­fe­sto­wa­nia uczuć. Pod tym wzglę­dem nie przy­po­mi­na­li bo­ha­te­rów ro­man­so­wych fil­mów i po­wie­ści. Z pew­no­ścią łą­czy­ło ich głę­bo­kie przy­wią­za­nie i wza­jem­ne zro­zu­mie­nie. W ta­kiej też at­mos­fe­rze się wy­cho­wa­łam i do­ra­sta­łam, to za­pew­nia­ło mi po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Wie­dzia­łam, że mam w nich opar­cie, że w ra­zie po­trze­by przy­bę­dą z po­mo­cą. Co nie zna­czy­ło, że na­sze wza­jem­ne re­la­cje za­wsze były pro­ste, ide­al­ne, bez­kon­flik­to­we. Bo prze­cież gdy do­ra­sta­łam, i gdy już do­ro­słam, sta­le z nimi wal­czy­łam o nie­za­leż­ność; byli na­do­pie­kuń­czy, bali się o mnie, nie wie­rzy­li, że dam so­bie bez nich radę. Do­my­śla­łam się, że w du­żej mie­rze było to po­dyk­to­wa­ne fak­tem, że zo­sta­li ro­dzi­ca­mi w doj­rza­łym już wie­ku. Bo choć więk­szość lu­dzi ule­ga po­dob­nej po­ku­sie, by kon­tro­lo­wać swo­je pod­ra­sta­ją­ce i wręcz do­ro­słe już dzie­ci, moi byli pod tym wzglę­dem szcze­gól­nie prze­wraż­li­wie­ni, zwłasz­cza mat­ka. Oj­ciec le­piej mnie ro­zu­miał i go­tów był dać mi tro­chę wię­cej swo­bo­dy, poza tym znacz­ną część jego cza­su po­chła­nia­ła pra­ca w kli­ni­ce. Mat­ka na­to­miast dłu­go nie po­tra­fi­ła i chy­ba nie chcia­ła przy­jąć do wia­do­mo­ści, że z bie­giem lat prze­sta­wa­łam być jej małą có­recz­ką, któ­rą mo­gła się opie­ko­wać do woli; miłą, po­tul­ną dziew­czyn­ką, dla któ­rej była ca­łym świa­tem i punk­tem od­nie­sie­nia. A na­wet gdy w koń­cu go­dzi­ła się z rze­czy­wi­sto­ścią, nie za­mie­rza­ła tra­cić nade mną kon­tro­li. Prze­ko­na­na, że wciąż nie je­stem go­to­wa, by dać so­bie radę w ży­ciu i wła­ści­wie roz­po­znać wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa i za­sadz­ki, któ­re czy­ha­ją na dziew­czy­nę, szcze­gól­nie do­ra­sta­ją­cą. Do tego mia­ła dla mnie wię­cej cza­su niż oj­ciec, bo po moim uro­dze­niu zre­zy­gno­wa­ła z ab­sor­bu­ją­cej pra­cy w szpi­ta­lu i za­trud­ni­ła się w „osie­dlo­wej” przy­chod­ni zdro­wia.

Gdy się bun­to­wa­łam, sły­sza­łam wciąż tę samą od­po­wiedź: Zro­zu­miesz, gdy bę­dziesz mia­ła wła­sne dzie­ci. Dłu­go nie mo­głam zdo­być się na to, by jej oświad­czyć, że ja zu­peł­nie ina­czej wi­dzia­łam swo­ją przy­szłość. Nie za­mie­rza­łam wy­cho­dzić za mąż i mieć dzie­ci. Nie chcia­łam jej tego mó­wić, bo zna­jąc jej po­glą­dy na ten te­mat, wie­dzia­łam, że by mnie nie zro­zu­mia­ła. Nie mia­łam ocho­ty słu­chać jej ar­gu­men­tów, któ­re prze­cież nie były ta­jem­ni­cą. Mat­ka, po­mi­mo że była wy­kształ­co­ną, wy­ko­nu­ją­cą od­po­wie­dzial­ny za­wód ko­bie­tą, praw­do­po­dob­nie nie po­trak­to­wa­ła­by po­waż­nie ta­kiej de­kla­ra­cji. Pod tym wzglę­dem nie róż­ni­ła się od in­nych zna­nych mi ko­biet, od na­szych są­sia­dek i ma­tek mo­ich ko­le­ża­nek. Było dla niej oczy­wi­ste, że ko­bie­ta, choć­by na­wet i naj­lep­szy fa­cho­wiec w pra­cy, z żad­ne­go za­da­nia nie wy­wią­że się tak do­brze, jak z by­cia żoną i mat­ką; że to jej wła­ści­we po­wo­ła­nie i w ni­czym in­nym nie zre­ali­zu­je się tak do­brze. Nic in­ne­go nie da jej więk­sze­go za­do­wo­le­nia i sa­tys­fak­cji. A fakt, że w jej przy­pad­ku na­stą­pi­ło to tak póź­no, za­wsze tłu­ma­czy­ła za­wi­ro­wa­nia­mi zwią­za­ny­mi z woj­ną.

Wszyst­ko się wte­dy po­plą­ta­ło, ży­cie ca­łej mo­jej ro­dzi­ny sta­nę­ło na gło­wie – ma­wia­ła. Ja jed­nak czu­łam, że cho­dzi­ło o coś wię­cej – prze­cież wo­jen­ne do­świad­cze­nia do­ty­czy­ły ca­łe­go jej po­ko­le­nia, a mimo to lu­dzie za­kła­da­li ro­dzi­ny na­wet w tych kosz­mar­nych cza­sach i wa­run­kach. Może więc… cze­ka­ła na po­wrót mo­je­go ojca? Może ciot­ka Bar­ba­ra mia­ła ra­cję, po­dej­rze­wa­jąc, że mu­sia­ło ich łą­czyć przed woj­ną coś wię­cej niż zwy­kła zna­jo­mość. W każ­dym ra­zie tak mo­gło być w przy­pad­ku mo­jej mat­ki.

Do­my­śla­łam się nie­ja­sno, że w jej ży­ciu mu­sia­ły wy­da­rzyć się spra­wy, o któ­rych mi nie mó­wi­ła, o któ­rych nie opo­wia­da­ła ni­ko­mu (może z wy­jąt­kiem mo­je­go ojca), a któ­re spra­wia­ły, że tak się o mnie lę­ka­ła. Oczy­wi­ście nie była pod tym wzglę­dem wy­jąt­kiem – moje ko­le­żan­ki na­rze­ka­ły, że w ich przy­pad­ku jest po­dob­nie. Tyle że w prze­ci­wień­stwie do nich ja nie za­cho­wy­wa­łam się ry­zy­kow­nie, nie oszu­ki­wa­łam, nie krę­ci­łam, by­łam wzo­ro­wą uczen­ni­cą, po lek­cjach wra­ca­łam do domu. I by­naj­mniej nie za­wra­ca­łam so­bie gło­wy chłop­ca­mi… ani oni mną. Za mną nikt się nie oglą­dał, jak po­dej­rze­wa­łam, nie tyl­ko dla­te­go, że się o to nie sta­ra­łam. Na­wet gdy­bym do­kła­da­ła wszel­kich sta­rań, by się po­do­bać ko­le­gom z kla­sy czy nie­zna­jo­mym na uli­cy, sku­tek był­by pew­nie ten sam.

W mia­rę upły­wu cza­su sta­wa­łam się co­raz bar­dziej po­dob­na do mat­ki, nie do ojca. I tak jak ona uzna­łam, że nie­do­stat­ki uro­dy, wdzię­ku i sek­sa­pi­lu mogę zre­kom­pen­so­wać tyl­ko w je­den spo­sób: zdo­by­wa­jąc so­lid­ną wie­dzę i roz­wi­ja­jąc się in­te­lek­tu­al­nie. A że lu­bi­łam szko­łę, na­uka nie spra­wia­ła mi żad­ne­go pro­ble­mu, za­wsze mia­łam bar­dzo do­bre stop­nie i zdo­by­wa­łam wszel­kie na­gro­dy i wy­róż­nie­nia.

W mia­rę też jak do­ra­sta­łam, za­czy­na­łam ro­zu­mieć moją mat­kę w kwe­stii gu­stu i stro­jów, na­śla­du­jąc ją pod tym wzglę­dem po­cząt­ko­wo zu­peł­nie bez­wied­nie, po­tem co­raz bar­dziej świa­do­mie. Co – ku mo­je­mu za­sko­cze­niu – nie do koń­ca spo­tka­ło się z jej uzna­niem.

– Nie prze­sa­dzaj, Igu­siu, z tą asce­zą – po­wie­dzia­ła kie­dyś, na co ja na­tych­miast przy­po­mnia­łam (nie bez pew­nej nut­ki zło­śli­wo­ści) jej wła­sne sło­wa wy­po­wie­dzia­ne nie­gdyś w re­ak­cji na moją uwa­gę à pro­pos stro­jów i sty­lu by­cia.

– Wspo­mnia­łaś, mamo, że masz na­dzie­ję, że z cza­sem gust mi się po­pra­wi. I tak też się sta­ło. Ży­cze­niu twe­mu sta­ło się za­dość – wy­tknę­łam.

– Pa­mię­tam, co mó­wi­łam – od­par­ła mat­ka. – Zda­nia nie zmie­ni­łam. To ra­czej ty masz ten­den­cję do wpa­da­nia z jed­nej skraj­no­ści w dru­gą. Może to mło­dzień­cza prze­ko­ra?

– Nie je­stem prze­kor­na – ob­ru­szy­łam się, choć w du­chu przy­zna­wa­łam jej tro­chę ra­cji.

– Po pro­stu w każ­dej spra­wie wska­za­ny jest umiar – oznaj­mi­ła, nie od­no­sząc się już do mo­ich słów.

Umiar. Czę­sto się do nie­go od­wo­ły­wa­ła. I to pew­nie spra­wi­ło, że w sto­sun­kach z in­ny­mi ludź­mi, w tym z ró­wie­śni­ka­mi, za­cho­wy­wa­łam dy­stans. Zwłasz­cza wo­bec chłop­ców, a po­tem męż­czyzn. Dy­stans ten nie sta­no­wił dla nich za­chę­ty ani wy­zwa­nia, jak mo­gło­by to mieć miej­sce w przy­pad­ku ład­niej­szej czy też bar­dziej in­te­re­su­ją­cej dziew­czy­ny. Nie po­strze­ga­li mnie w tych ka­te­go­riach i wca­le im się nie dzi­wi­łam. Na do­brą spra­wę zwra­ca­li na mnie uwa­gę tyl­ko wte­dy, gdy po­trze­bo­wa­li prze­pi­sać pra­cę do­mo­wą czy też wy­dę­bić ścią­gę na spraw­dzia­nie. Cza­sem po­pro­si­li, bym wy­tłu­ma­czy­ła ja­kieś za­gad­nie­nie z mat­my, che­mii lub z an­giel­skie­go, by­wa­ło, że i in­nych przed­mio­tów. I po­tem, już na stu­diach, gdy po­trze­bo­wa­li no­ta­tek z wy­kła­du, na któ­ry nie przy­szli z po­wo­du kaca po wczo­raj­szej im­pre­zie. Gdy chcie­li po­ży­czyć pod­ręcz­ni­ki, bo szko­da im było pie­nię­dzy na ich za­kup, albo kie­dy w ogó­le po­trze­bo­wa­li tro­chę gro­sza. Ja ucho­dzi­łam za pan­nę z do­bre­go domu, któ­rej ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło. Wia­do­mo, cór­ka le­ka­rzy. Le­ka­rze ni­g­dy nie byli bied­ni, co­kol­wiek by nie twier­dzi­li. Dla ko­le­gów by­łam mą­drą sową, ni­czym wię­cej.

Mat­ka – bo oj­ciec w tych kwe­stiach ra­czej się nie wy­po­wia­dał – uwa­ża­ła, że mam wszel­kie atu­ty, by zwra­cać na sie­bie uwa­gę. Choć nie za­szko­dzi­ło­by, gdy­bym bar­dziej o sie­bie za­dba­ła. Za­ra­zem po­win­nam uwa­żać na zwy­kłych pod­ry­wa­czy, któ­rzy trak­tu­ją dziew­czy­nę jak za­baw­kę. Lub dla od­mia­ny jako do­brą par­tię, co za­pew­ni im wy­mier­ne ko­rzy­ści; tacy nie za­pew­nią jed­nak szczę­ścia. Nie ko­cha­ją, więc nie będą wier­ni.

Obudź się, mamo. Po­rzuć te złu­dze­nia! – chcia­łam wte­dy za­wo­łać. – To tyl­ko moi ko­le­dzy. Ni­ko­go i ni­cze­go przede mną nie uda­ją, je­dy­nie po­ży­cza­ją ode mnie ze­szy­ty i książ­ki. Żad­ne­mu z nich nie przy­szło­by na­wet do gło­wy, żeby mnie za­pro­sić do kina, o te­atrze nie wspo­mi­na­jąc. Nikt nie za­pro­po­no­wał mi choć­by spa­ce­ru ani nie za­pro­sił na kawę. Ża­den nie za­mie­rza też we­drzeć się prze­bo­jem do na­szej ro­dzi­ny.

Po­wstrzy­my­wa­łam się w ostat­niej chwi­li w oba­wie przed ko­lej­nym ka­za­niem.

Nie­za­leż­nie od tego, że cza­sem dą­sa­łam się na ro­dzi­ców, bo nad­mier­na tro­ska mat­ki dzia­ła­ła mi na ner­wy, bar­dzo ich ko­cha­łam. Na­wet wte­dy, gdy się na nich zło­ści­łam i mia­łam pre­ten­sje, nie za­po­mi­na­łam, ile im za­wdzię­czam. Przede wszyst­kim spo­koj­ny dom i szczę­śli­we dzie­ciń­stwo. W ro­dzi­nach mo­ich ko­le­ża­nek by­wa­ło z tym róż­nie – cza­sem to i owo mi opo­wia­da­ły, a słu­cha­jąc ich, tym bar­dziej do­ce­nia­łam to, co sama mia­łam.

Moi ro­dzi­ce nie kłó­ci­li się ni­g­dy; nie sły­sza­łam, by w ja­kiej­kol­wiek spra­wie mie­li od­mien­ne zda­nie. Co zresz­tą nie­kie­dy by­wa­ło po­wo­dem żar­tów czy na­wet kpin ze stro­ny in­nych osób. W tym tak­że dziad­ka Je­re­mie­go, któ­ry uwa­żał, że to nie do koń­ca nor­mal­ne. Że w ta­kim związ­ku bra­ku­je ja­kiejś au­ten­tycz­no­ści, a na­wet szcze­ro­ści. No bo czy to moż­li­we, że w każ­dej, do­kład­nie w każ­dej spra­wie mąż i żona mają ta­kie samo zda­nie? Czy nie ozna­cza to cza­sem, że jed­no po pro­stu śle­po po­dą­ża za dru­gim albo oba­wia się wy­ra­zić od­mien­ną opi­nię w oba­wie przed kon­se­kwen­cja­mi?

Dzia­dek i po­dzie­la­ją­ca jego zda­nie ciot­ka Bar­ba­ra (choć w in­nych spra­wach już tak zgod­ni nie byli) wska­zy­wa­li, że w mał­żeń­stwie mo­ich ro­dzi­ców tą słab­szą stro­ną jest moja mat­ka. I choć nie wy­ra­zi­li wprost, na czym opie­ra­li to prze­ko­na­nie, zga­dy­wa­łam, co mie­li na my­śli. Była zde­cy­do­wa­nie mniej in­te­re­su­ją­ca od ojca, ot zwy­kła sza­ra mysz­ka, któ­rej uda­ło się zła­pać przy­stoj­ne­go i nie­tu­zin­ko­we­go fa­ce­ta, więc te­raz zro­bi wszyst­ko, by mu nie pod­paść i go do sie­bie nie zra­zić. Ja wie­dzia­łam swo­je. Moi ro­dzi­ce na­praw­dę w więk­szo­ści spraw mie­li ta­kie samo zda­nie, a tych nie­licz­nych, co do któ­rych mo­gli się róż­nić, po pro­stu nie wał­ko­wa­li. A mat­ka, wbrew temu, co twier­dził jej oj­ciec i ku­zyn­ka, wca­le nie po­trze­bo­wa­ła za­bie­gać o jego uczu­cia. Zresz­tą, na­wet gdy­by nie byli tak zgod­nym mał­żeń­stwem, z pew­no­ścią nie oba­wia­ła­by się wy­ra­zić swo­je­go zda­nia z oba­wy przed jego re­ak­cją. Była sil­na, sa­mo­dziel­na i przez wie­le lat, za­nim wy­szła za mąż, do­brze da­wa­ła so­bie radę w ży­ciu, więc w ra­zie gdy­by się roz­sta­li, też by so­bie po­ra­dzi­ła. My­ślę, że w grun­cie rze­czy to wła­śnie ona była tą sil­niej­szą stro­ną. To ra­czej oj­ciec był mniej od­por­ny na cio­sy i prze­ciw­no­ści losu. Jak­kol­wiek by te spra­wy nie wy­glą­da­ły, ja w prze­ci­wień­stwie do dziad­ka Je­re­mie­go ni­g­dy so­bie nie żar­to­wa­łam ze zgod­nych, spo­koj­nych re­la­cji, ja­kie pa­no­wa­ły mię­dzy ro­dzi­ca­mi. By­łam z nich bar­dzo za­do­wo­lo­na. Tym bar­dziej że i moje ko­le­żan­ki – zwłasz­cza te, któ­rych ro­dzi­ce to­czy­li ze sobą re­gu­lar­ne woj­ny, a domy nie­jed­no­krot­nie by­wa­ły po­lem bi­twy – nie ukry­wa­ły, że mi za­zdrosz­czą.

Gdy by­łam dziec­kiem, nie lu­bi­łam prze­by­wać zbyt dłu­go poza do­mem, z dala od mat­ki i ojca. I prak­tycz­nie się wte­dy z nimi nie roz­sta­wa­łam. Nie wy­jeż­dża­łam na ko­lo­nie i obo­zy ani na­wet na szkol­ne wy­ciecz­ki, je­śli mia­ły trwać dłu­żej niż je­den dzień. Nikt też nie zmu­szał mnie do tych wy­jaz­dów, co spo­ty­ka­ło się z dez­apro­ba­tą nie tyl­ko ze stro­ny na­uczy­cie­li, ale tak­że resz­ty na­szej ro­dzi­ny. I znów za­rów­no dzia­dek Je­re­mi, jak i wuj Bog­dan, brat mo­jej mat­ki, i jego żona, ciot­ka Ewa, o ką­śli­wych uwa­gach ciot­ki Bar­ba­ry już na­wet nie wspo­mi­na­jąc, uwa­ża­li, że w tej aku­rat kwe­stii ro­dzi­ce nie po­win­ni mi ustę­po­wać. Zwłasz­cza dzia­dek Je­re­mi nie gryzł się w ję­zyk. Wy­ro­śnie z niej nie­po­rad­na ży­cio­wo, kom­plet­nie nie­sa­mo­dziel­na mami có­recz­ka – ma­wiał. Wszy­scy byli bez­rad­ni, bo de­cy­zja na­le­ża­ła wy­łącz­nie do mo­ich ro­dzi­ców, a oni nie wi­dzie­li po­wo­du, dla któ­re­go mia­ła­bym prze­ży­wać stres zwią­za­ny z na­wet krót­kim roz­sta­niem.

– Wy­ro­śnie z tego – twier­dził oj­ciec. – Na pew­no szyb­ciej, niż gdy­by była zmu­sza­na do wy­jaz­dów.

I czas po­ka­zał, że miał ra­cję. Bo fak­tycz­nie, w li­ceum za­czę­łam prze­ła­my­wać nie­chęć do kil­ku­dnio­wych wy­cie­czek szkol­nych, a na stu­diach re­gu­lar­nie uczest­ni­czy­łam w spły­wach ka­ja­ko­wych i wy­pra­wach w góry w to­wa­rzy­stwie ko­le­gów i ko­le­ża­nek. Co wy­wo­ły­wa­ło z ko­lei stres u mat­ki, któ­ra nie spa­ła po no­cach w oba­wie o moje bez­pie­czeń­stwo, nie do koń­ca też wie­rzy­ła w mój roz­są­dek. A w jej przy­pad­ku trud­no było ży­wić na­dzie­ję, że z tego wy­ro­śnie.

Nic za­tem dziw­ne­go, że wia­do­mość o przy­zna­nym mi sty­pen­dium za­gra­nicz­nym przy­ję­ła nie tyle z mie­sza­ny­mi uczu­cia­mi, co wręcz z prze­stra­chem i nie­ukry­wa­nym nie­za­do­wo­le­niem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij