-
nowość
-
promocja
Sny z Donlonu - ebook
Sny z Donlonu - ebook
W Donlonie sny mogą cię zabić.
Kiedyś ośmiu potężnych magów stworzyło Donlon, magiczną enklawę w sercu angielskiego stolicy. Teraz jeden z nich powrócił i chce przejąć władzę nad tym, co powstało dzięki jego magii. Jako mistrz magii umysłu łatwo przekonał wielu do swojej wizji, sięgając do ich pragnień… i ich snów. Próbujący go powstrzymać funkcjonariusze Scotland Yardu nie wiedzą, gdzie czai się zagrożenie ani kto naprawdę jest ich sojusznikiem. Ceną, jaką zapłacą, może być coś znacznie więcej niż życie.
Kruki z Tower ostrzegają przed niebezpieczeństwem, które nadciąga ku Świątyni Westminsterskiej. Jeśli czarnoksiężnik przejmie drzemiące w niej moce, nikt go nie zatrzyma. Problem w tym, że Ava Carey nie ma w Świątyni wielu przyjaciół, a Arcykapłanka nie cofnie się przed niczym, aby zachować wpływy i wzmocnić magię swojej rodziny.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8406-518-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
POGORZELISKO
Donloński Pałac Westminsterski płonął tak wiele razy, że od lat nazywano go Pogorzeliskiem. Pożary – echa tych, do których dochodziło w Londynie – wybuchały tu niemal od powstania Donlonu, z czasem stawały się coraz częstsze, niezależnie od podjętych środków bezpieczeństwa. Odkąd dzika moc zaczęła wyciekać z Big Bena, magia Pałacu zdestabilizowała się i z czasem uczyniła usuwanie zniszczeń nie tylko nieopłacalnym, ale też bezcelowym i niebezpiecznym. Niektóre fragmenty budynku zawsze wyglądały tak, jakby niedawno płonęły, inne pozostawały nietknięte, a jeszcze inne zmieniały się pod wpływem niespokojnej magii – raz przypominały Pałac Westminsterski z dwudziestego pierwszego wieku, kiedy indziej ten, którym był w początkach swojego istnienia. Bywało, że niektóre skrzydła stawały się ruinami tylko po to, by kolejnego dnia wyglądać na świeżo wyremontowane i zamieszkane. Czasem Pałac przekształcał się w coś zupełnie nowego: być może z przeszłości, które się nie wydarzyły. Czasem pożar, mniejszy lub większy, znów ogarniał budynek, ale większość zniszczeń zwykle szybko znikała, bez udziału kogokolwiek z zewnątrz.
Nad pałacowym kompleksem górował Big Ben, który od niemal wieku to zatrzymywał, to cofał w nim czas, przez co wiele lat temu wydano zakaz zbliżania się do budynku. Ava złamała ten zakaz kilkakrotnie i widywała donloński Pałac Westminsterski w różnym stanie: raz czy dwa wyglądał jak w czasach swojej świetności, zwykle był częściowo zrujnowany, a przed paru laty zdarzyło się nawet, że gdy
go opuszczała, na piętrze jednego ze skrzydeł wybuchł pożar. A jednak uważała, że dopiero teraz Pogorzelisko w pełni zasłużyło na swoją nazwę. Popiół spowijał dziedziniec, mury pokrywała sadza, na dolnych piętrach nie ocalało ani jedno okno, runął fragment jednej ze ścian, zasypując pobliską ziemię gruzami. Nawet Jadeitowa Wieża, do tej pory opierająca się wszystkim pożarom, które przetaczały się przez kompleks, była osmalona, a wiodące do niej drzwi spłonęły. Na ten widok Avę zabolało serce; nie potrzebowała potwierdzenia, że Luka nie żyje, ale gdy patrzyła ku miejscu, gdzie tyle razy go spotykała, świadomość jego śmierci uderzała
ze zdwojoną mocą.
W Pogorzelisku brakowało teraz nie tylko Luki. Znikła też tutejsza magia, do tej pory tak potężna, że zdawała się wręcz napierać na Avę ze wszystkich stron. Czas płynął swoim rytmem, nie pojawiały się dziwne obrazy, nic nie próbowało mieszać w głowie nieostrożnego gościa. Ruiny były już tylko ruinami, pozbawionymi choćby śladów magicznej aury. Nawet wieża Big Bena, która do niedawna pochłaniała każdego – czy raczej niemal każdego, oni w końcu wyszli żywi – śmiałka, który się zbliżył, zdawała się… zwyczajna. Nie emanowała mocą, tarcza zegara nie błyszczała dziwnym blaskiem, nie zdawała się poruszać w mroku panującym nad Donlonem.
Ava przyklękła na dziedzińcu i przesunęła palcem po popiołach. Noc, chmury i mgła sprowadziły na to miejsce nieprzenikniony mrok, a magia Pogorzeliska nie przeszkadzała jej już w rozmowie z ciemnością. Trzy tygodnie po bitwie, gdy najpierw Scotland Yard, a potem także naukowcy z Uniwersytetu przeszukali ruiny i dodatkowo potwierdzili, że miejsce zostało pozbawione mocy, wokół znów ustawiono podstawowe zaklęcia ochronne i chwilowo pozostawiono Pogorzelisko samo sobie. Nikt nie kręcił się w pobliżu, co Careyowie sprawdzali cierpliwie przez dwie ostatnie doby na różne sposoby, pośród których jej cienie były tylko jednym z zastosowanych rozwiązań. Na dziedzińcu znalazła się sama – tak było najłatwiej – ale nie przyszła tu w pojedynkę; jeśli nawet Arthur nie zdołałby zorientować się, że coś jest nie tak, nocą na pewno odkryłaby to matka, też czekająca w pobliżu głównej bramy… czy raczej tego, co z niej zostało.
Ava powinna być bezpieczna.
Mimo to kreśliła znaki w popiele bardzo powoli, pełna oporów przed zapadnięciem się w ciemność. Pogorzelisko może stało się zwykłymi ruinami, ale ona wciąż pamiętała, ile magii było tutaj kiedyś. To było miejsce niedawnej bitwy, miejsce, które długo zajmował Richard Woodville, i zarazem miejsce należące do Londona Layamonta.
– Obawiam się, że Richard przedsięwziął pewne środki ostrożności.
Ramiona dziewczyny zesztywniały, a palce odruchowo wygięły się w geście mającym postawić tarczę… ale czarodziejka niemal natychmiast rozprostowała je z powrotem. Szybki rzut oka wystarczył, aby rozpoznać mężczyznę. Ava Carey mogła stawiać ochronne zaklęcia, ile by tylko zechciała, jednak w walce jeden na jeden nie miała żadnych szans z Londonem Layamontem, jednym z założycieli Donlonu.
Może przywołała go samymi myślami? Pozostawało mieć nadzieję, że tym razem też nie planował walczyć.
Wypuściła powietrze z płuc i nakreśliła kolejny znak.
– Richard nie odnajduje się najlepiej w dwudziestym pierwszym wieku, ale nie jest ani głupi, ani słaby – kontynuował London. – Umie odgadnąć, o czym marzą ludzie, i przekonać ich, że on te marzenia spełni. Nieszczęśliwi są dla niego łatwym celem. Niedocenianie go to poważny błąd.
– Dwa razy omal mnie nie zabił, panie Layamont. Zapewniam, że doceniam jego możliwości.
Za pierwszym razem przeżyła prawdopodobnie tylko dlatego, że Richard Woodville wciąż był osłabiony i oszołomiony. Nie zależało mu też wtedy na jej śmierci. Była dla niego przypadkową osobą, jednym z mieszkańców Donlonu, którymi pragnął władać, kimś noszącym w sobie okruchy magii dawnego przyjaciela; nie uświadomił sobie jeszcze, że właśnie przez nią „coś poszło nie tak” i nie zdołał przejąć mocy Avallen. Chyba nawet nie brał pod uwagę, że czarodziejka… że dwie czarodziejki mogły częściowo pokrzyżować mu plany.
Za drugim razem… Tak naprawdę nie miała pojęcia, jak by się to skończyło, gdyby London się nie wtrącił. Wierzyła – chciała wierzyć – że mieli szansę poradzić sobie z Richardem, ale było ich wtedy czworo, wszyscy doskonale wyszkoleni do walki. On zużył dużo energii w rytuale, który odprawiał przy Big Benie, a i tak dotrzymywał im pola.
Ava nie potrzebowała napomnień Londona. Przesunęła dłoń i zamknęła krąg.
– Ale?
– Nie bardzo rozumiem?
– Nie przerwałaś – wyjaśnił London. Obszedł ją i przykucnął naprzeciwko niej, tuż poza granicą znaków. – Zakładam, że jest jakieś ale.
– I tak muszę spróbować – stwierdziła. Uniosła głowę, by spojrzeć w oczy Londona, srebrzyste jak u wszystkich jego potomków. Protoplasta rodu Layamontów wyglądał poza tymi oczami zwyczajnie, tak zwyczajnie, że minęłaby go na ulicy i nie zwróciła na niego uwagi. – Poza tym po prostu ci nie ufam. Dlaczego miałabym zrezygnować, bo twoim zdaniem się nie uda?
Nie liczyła szczególnie na powodzenie. Tak, miała nadzieję, wiedziała jednak, że ta jest matką głupich, i obiecała sobie, że nie będzie rozczarowana, jeżeli mrok nie przyniesie jej niczego przydatnego. Ale szansa jedna na sto to wciąż było więcej niż zero na sto – a tyle by ich miała, gdyby bała się choćby spróbować.
London uśmiechnął się, a Ava z trudem powstrzymała wzdrygnięcie. Jego podobieństwo do Arthura Layamonta było ulotne, kryło się w kolorze tęczówek i kształcie ust, ale gdy się uśmiechnął, stało się wyraźniejsze.
– Charlie był znacznie… cichszy niż ty, ale upór masz po nim, młoda damo.
– Upór mam po matce – sprostowała. Charles Carey był dla niej kimś z kart podręczników do historii, może i przodkiem, ale nie istotniejszym niż szereg innych, pozbawionych imion, twarzy, tożsamości. Dzieliło ich zbyt wiele pokoleń, aby naprawdę mogła go przypominać, a przynajmniej w to wierzyła.
– Jestem pewien, że to wyjątkowa kobieta – stwierdził London, wstając.
– Czego ode mnie chcesz?
Podniosła się, nie odrywając od niego spojrzenia. Miała ochotę powiedzieć wiele, wiele rzeczy, ale to był dobry moment na uważanie na słowa i nieprowokowanie rozmówcy. London Layamont kiedyś był potężnym magiem, teraz jednak stał się kimś, może nawet czymś więcej.
W ostatnich miesiącach Ava uświadomiła sobie w pełni, że
magia Donlonu odmieniała niektóre ze swoich dzieci tak, że wręcz przestawały już być ludźmi. Kruczarka, Luka, nawet Maurice stawali się potężniejsi niż inni czarodzieje, ale płacili za to cenę. To, że London w przeciwieństwie do nich wyglądał zupełnie normalnie, o niczym nie świadczyło. Ba, zdawało się Avie jeszcze bardziej niepokojące.
– Niewiele i bardzo wiele zarazem. Na razie chciałbym, żebyś nie umarła zbyt szybko.
Och, proszę, błagam, tylko nie więcej tajemniczego albo poetyckiego bełkotu w stylu „wiem, ale nie powiem”, pomyślała Ava, z trudem gryząc się w język, by nie powiedzieć tego na głos. Takie zachowanie pasowało do Luki, było wręcz częścią jego magii. Do pewnego stopnia pasowało do Kruczarki i jej szaleństwa. Ale fakt, że London sam tu przyszedł, zaczął rozmowę i bawił się w zagadki i niedopowiedzenia, tylko ją drażnił.
– Masz zamiar mnie stąd wypuścić?
– Dziedziniec jest otwarty.
– Sekunda, w której nas zamknąłeś, niekoniecznie.
W ciszy i pustce Pogorzeliska nie było łatwo się zorientować, że coś jest nie tak, ale Ava była prawie pewna, że chmury nad nimi przestały się poruszać. Poza tym nie było mowy, aby matka nie zorientowała się nocą, że dwadzieścia metrów od niej pojawił się ktoś, kogo nie powinno tutaj być.
I to było cholernie przerażające. London już raz zatrzymał dla nich czas, ale zrobił to świeżo po rytuale odprawionym przez Richarda, zabierając dla siebie całą moc Big Bena i – prawdopodobnie – Pałacu Westminsterskiego. Warunki były wtedy inne, sytuacja ekstremalna, poza tym Ava, zajęta pożarem, który zaczął się po wybuchu magii, nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Fakt, że mógł to powtórzyć tylko po to, żeby z nią porozmawiać, nie wróżył dobrze.
Nie na darmo w księgach historycznych ostał się jego przydomek, Chodzący przez czas.
London roześmiał się, a Ava, która nigdy nie przejawiała skłonności do niepotrzebnej agresji, pomyślała, że byłoby cudownie mu przywalić.
– Nie próbuj tego – powiedział, machając dłonią w stronę znaków. – Jeszcze nie. Magia zasnęła, ale jej wspomnienie pozostało, a tutejsza ciemność jest głęboka. Mogłabyś się w niej zgubić. Poza tym, znając Richiego, zostawił tu po sobie kilka niespodzianek i możliwe, że niektórych nie pochłonął ogień.
– Specjaliści ze Scotland Yardu i Uniwersytetu niczego nie znaleźli.
– Ufasz im pod tym względem?
Zawahała się nad odpowiedzią. Tak, ufała większości specjalistów z komisariatu, wierzyła w ich umiejętnoś
-ci i w to, że stoją po tej samej stronie. Rzecz w tym, że „większość” nie oznaczała „wszystkich”. Poza tym Richard nie tylko sam był potężny, ale zdołał też zgromadzić kilku utalentowanych zwolenników.
Ludziom z Uniwersytetu nie ufała za to zupełnie. Mieli niesamowite umiejętności, ale znała dobrze raptem jedną czy dwie pracujące tam osoby. Może do niektórych Richard Woodville szeptał w snach? Może ktoś celowo coś zataił, aby funkcjonariusze nie wtrącali się im w badania? Arcymag zdawał się stać po ich stronie, ale nawet tego Ava nie mogła być pewna. Oboje służyli Donlonowi z oddaniem – ona z powodu przysiąg, które składał każdy pracownik Scotland Yardu, on, bo wybrało go samo miasto – jednak mogli mieć zupełnie inną wizję tej służby.
– Bardziej niż tobie – oświadczyła w końcu, ale jej twarde postanowienie, by przynajmniej spróbować poszukać śladów w ciemności, się zachwiało. Instynkt samozachowawczy Avy może czasem szwankował, wbrew pozorom nie lubiła jednak ryzykować niepotrzebnie.
– Chyba za mną nie przepadasz. Czym na to zasłużyłem? Czyżbyś obwiniała mnie za to, co zrobił Richard? – spytał London, przekrzywiając nieco głowę. Na jego ustach błąkał się uśmiech, jakby to go rozbawiło.
I Ava dopiero w tej chwili uświadomiła sobie, że miał rację. Nie zastanawiała się wcześniej nawet, co myśli o Londonie Layamoncie, bo był dla niej bardziej abstrakcją niż żywym człowiekiem – kimś, kogo znała tylko z kart podręczników i spotkała raz, w dziwacznych okolicznościach. A jednak niechęć istniała i była bardzo osobista, tkwiła gdzieś w podświadomości.
– Luka cię kochał – powiedziała. Chociaż kilka lat w Scotland Yardzie nauczyło ją panowania nad emocjami i brała udział w paru naprawdę paskudnych sprawach, a to uodparniało, z trudem opanowała się na tyle, by głos jej nie zadrżał. – A ty pozwoliłeś mu tutaj umrzeć w ogniu.
Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego wyciągnął z kieszeni papierosy, odpalił jednego prostym zaklęciem i zaciągnął się dymem. Wyraz jego twarzy nie zdradzał żadnych emocji, choćby odrobiny żalu za chłopcem, którego zatrzymał przy sobie, by ktoś go strzegł, gdy zapadał w letarg, i by ktoś czekał na niego, kiedy budził się i poznawał obcy sobie świat.
– Luka od bardzo dawna żył w pożyczonym czasie – wyjaśnił w końcu, a jego ton pozostał równie obojętny jak spojrzenie srebrzystych oczu. – Było mu przeznaczone umrzeć wiele lat temu i przy życiu utrzymywała go tutejsza magia. Był częścią Pałacu Westminsterskiego, a Pałac… można powiedzieć, że umarł, gdy walczyliście w tamtej wieży. Co twoim zdaniem powinienem zrobić?
Być może naprawdę nie mógł ocalić chłopca. Może powinna uznać to wręcz za swego rodzaju pocieszenie, że London, Richard czy Kruczarka nie byli aż tak potężni, by zrobić wszystko, czego zapragną. Ale jego absolutny brak żalu, ta cała obojętność, wkurzały ją. Wkurzała ją myśl, że z perspektywy Londona Luka był nikim, ona była nikim, wszyscy byli pionkami w jego wielkiej grze… Wkurzało ją to jeszcze bardziej, bo mimowolnie zastanawiała się, czy patrzył tak na świat, bo był draniem, czy może magia Donlonu i upływ czasu zmieniły go, tak jak zmieniłyby każdego.
Czy istniała możliwość, że zmienią też ją?
– Mogłeś powstrzymać Richarda wcześniej – stwierdziła, na co z ust Londona wydobyło się westchnienie, jakby był dorosłym rozmawiającym z dzieckiem, które niczego nie rozumie. Być może z jego perspektywy tak to zresztą wyglądało. Dla kogoś, kto żył kilkaset lat, Ava była dzieciakiem ledwo odrosłym od ziemi.
– Pewne rzeczy są bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać.
– Chętnie posłucham wyjaśnień.
– Dlaczego miałbym ich udzielić?
– To ty dzwonisz – wytknęła. London uniósł brwi, najwyraźniej nie wyłapując kontekstu, a Ava uniosła dłoń, po kolei odginając palce. – Sam do mnie przyszedłeś, trzymasz mnie tutaj zamkniętą w czasie, ty spytałeś, czemu cię nie lubię i co moim zdaniem powinieneś zrobić. Nie chcesz odpowiadać, w porządku. Nie chcesz rozmawiać, nie ma sprawy, nie próbowałam cię szukać. Nie chcesz, żebym użyła tutaj magii, dobrze, dziś nie będę próbować. Po prostu mnie wypuść.
Layamont wydmuchał kłąb dymu. Czarodziejka obserwowała, jak ten ulatuje w górę i rozpływa się powoli, choć nie wiał wiatr, a chmury pozostawały nieruchome. Jej rozmówca długo nie odpowiadał, a ona musiała przywołać całe swoje opanowanie, by nie pokazać po sobie nerwowości, bo… być może przesadziła. I pomyśleć, że nie tak dawno temu sama ostrzegała kilkakrotnie Ellie, by nie wkurzała Kruczarki!
Ale przy Londonie znacznie łatwiej było się jej zapomnieć niż przy Kruczej Czarodziejce. O dziwo też, mimo mrocznej aury, u niej dużo łatwiej było szukać Avie pomocy. Kruczarka może była szalona i nieprzewidywalna w zachowaniu, ale jednocześnie po niej Ava nie spodziewała się żadnych gierek ani wciągania w pułapki.
Poza tym Richard Woodville ją zabił. To naprawdę była dobra motywacja do wspierania tych, którzy z nim walczyli.
– Karmiłem Pałac Westminsterski swoją magią przez większość pierwszych dekad mojego życia. Potem… Powiedzmy, że związałem się też z mocą Big Bena. Nie byłem w pełni sił, dopóki nie zabrałem tutejszej magii, a jej zabranie to coś, czego nie zrobiłbym, gdyby sytuacja nie była ekstremalna. Donlon utracił jeden ze swoich filarów, co gorsza w chwili, w której dwa inne uległy pewnym przemianom i wciąż są niestabilne. Poza tym walka dwóch osób, które wplotły swoją moc w centralny rdzeń tutejszej magii, odbiłaby się na mieście w bardzo zły sposób. Czy taka odpowiedź cię zadowala?
– Nie wiem – odparła Ava szczerze po chwili wahania. Jego słowa brzmiały prawdopodobnie, ale po prawdzie, mógłby jej tutaj opowiedzieć największe bzdury, a ona i tak nie wiedziałaby, że zmyśla. Nie była naukowcem, tylko kimś specjalizującym się w prowadzeniu śledztw i w starciach jeden na jeden. I chyba wolałaby, żeby ją okłamywał. Wszyscy wiedzieli, że magia Donlonu szaleje z miesiąca na miesiąc coraz bardziej, ale do tej pory nie byli pewni, czy miasto naprawdę utraciło jeden ze swoich rdzeni. – Nie spodziewałam się, że mi w ogóle odpowiesz. Myślałam, że powiesz coś wymijającego albo będziesz tajemniczo milczał.
– Kobiety – westchnął znów London, pokręcił głową, a potem rzucił niedopałek na ziemię. – Uważaj z sięganiem do ciemności rdzeni Donlonu. Nawet tych, które umarły. Nie jesteś gotowa na to, co może zrobić z tobą magia tego miasta.
– Co…
Nie zdążyła dokończyć. W jednej sekundzie London Layamont stał przed nią, w kolejnej była już sama. Wpatrywała się w ciemność, ale od razu wiedziała, że nie ma szans go wypatrzeć, że już go tutaj nie ma. Opuściła głowę i metodycznie zatarła podeszwą nakreślone znaki. Zmarszczyła brwi, zamierając na chwilę, gdy nie dostrzegła niedopałka, ale zaraz wróciła do przerwanej czynności.
Być może próbował ochraniać kolegę, ale nie zaszkodziło najpierw spróbować sprawdzić wiarygodności jego słów.
Poza tym bardzo chciała spytać Arthura Layamonta, czy on i jego daleki przodek mieli aż tak podobny gust, czy może London faktycznie nosił jego koszulę.SŁOWNICZEK
London Layamont – protoplasta rodu Layamontów, panujący nad czasem. Według legend Big Bena wypełnia jego magia.
Charles Carey – u schyłku życia zaczął organizować siły porządkowe Donlonu, które osiadły w budynku starego Scotland Yardu, protoplasta rodziny Careyów.
Cassandra Bird – czarodziejka, artystka i klątwołamaczka, podobno spokrewniona z aes sidhe. Matka czterech córek, a przez nie protoplastka rodzin Brownów, Thunderbirdów, Songów oraz Fairbanksów. W Galerii Donlońskiej znajdują się jej prace, w tym autoportret.
Richard Woodville – potężny empata, założyciel Avallen, jego krew i moc przetrwała w liniach Woodville’ów, Ravensbruków oraz Fitzroyów.
Mathilda Laurence – najbardziej tajemnicza spośród stwórców Donlonu; zginęła w niejasnych okolicznościach, prawdopodobnie zamordowana. Miała jedno dziecko, córkę, której ojciec pozostał nieznany, i z jej linii wywodzą się Laurence’owie.
Christopher Blythe – protoplasta rodu Blythe’ów, który według opowieści zginął, rzucając się do Tamizy, lub zniknął, przekraczając Most Donloński.
Anna Parr – czarodziejka, jasnowidzka, zasadziła w Świątyni Westminsterskiej drzewo, które rośnie w miejscu ołtarza i jest źródłem tamtejszej magii. Jej dziedzicami są Parrowie oraz Braywoodowie.
Henry York – uważany za najpotężniejszego ze stwórców Donlonu, jego pierwszy władca, którego synowie, wnukowie i dalsi potomkowie dziedzicznie przejmowali funkcję Księcia Yorku. Według donlońskich legend magia Donlonu trwa dopóty, dopóki w Pałacu Buckingham włada York. Jedna z jego praprawnuczek wżeniła się w rodzinę Cardwellów.
Rdzenie Donlonu
Miejsca w Donlonie, które są źródłem jego mocy
Big Ben – zwyczajowa nazwa wieży zegarowej znajdującej się w zniszczonym i opuszczonym od dawna Pałacu Westminsterskim.
Scotland Yard – siedziba donlońskiej policji.
Galeria Donlońska – galeria sztuki i muzeum zarazem, w której wystawiane są prace artystów i przy której często organizowane są kursy artystyczne oraz wydarzenia kulturalne.
Avallen – szkoła dla magicznie utalentowanej młodzieży.
Tower – opuszczony zamek nad Tamizą, niegdyś więzienie, porzucone kilkadziesiąt lat wcześniej, pełne kruków, władane przez tajemniczą Kruczarkę.
Most Donloński – biegnie z Donlonu donikąd: jego drugi kraniec ginie we mgle, nikomu nie udało się przez niego przejść.
Świątynia Westminsterska – centrum religijne, zarządzane przez rodzinę Parrów, magów powiązanych z naturą.
Pałac Buckingham – serce Donlonu, siedziba władz księcia Yorku.
Stworzyciele Donlonu
Grupa magów, skupiona wokół Henry’ego Yorka, która rozbudowała podwaliny donlońskiej enklawy, niemal przez wiek tworzyła ją i nią władała. Specjaliści od teorii magii przyjmują, że moc założycieli tak mocno wniknęła w miasto, że do tej pory w jego obrębie ich potomkowie są silniejsi. Bezpośrednie pokrewieństwo z nimi jest w stanie udowodnić trzydzieści pięć rodzin, ale tylko w około dwudziestu wciąż objawia się magia charakterystyczna dla protoplastów rodów.