-
promocja
Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej - ebook
Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej - ebook
Jaką cenę płacimy za nieustanną pracę nad sobą?
W świecie skoncentrowanym na „ja” wydaje się, że wszystko można, czy wręcz trzeba, przeanalizować, a następnie przepracować. Często jednak - mimo włożonego wysiłku - zamiast się rozwijać, gubimy sens życia, tracimy relacje i poczucie wspólnoty. Nasze braki i diagnozy stają się osią naszej tożsamości, a autentyczność i akceptacja siebie ustępują miejsca niekończącemu się procesowi. Zamiast pytać, kim jesteśmy, pytamy, co jeszcze powinniśmy w sobie naprawić.
Kama Wojtkiewicz – psycholożka i autorka popularnego podcastu o psychologii „Sznurowadła myśli” z wnikliwością i odwagą przygląda się kulturze terapeutycznej i obsesji samorozwoju, nazywając nasze współczesne niepokoje. Rozmawia z wybitnymi postaciami świata psychoterapii, filozofii i socjologii. Wspólnie biorą pod lupę granice i sens terapii, pułapki duchowości, spłaszczanie uważności, rozpad więzi i lęki, które nie zawsze trzeba terapeutyzować. Wśród rozmówców i rozmówczyń książki znaleźli się: Tomasz Stawiszyński, Cveta Dimitrova, Joanna Flis, Igor Rotberg, dr Asia Kubiakowska, dr Julia E. Wahl, dr Joanna Wojsiat, Przemek Mućko, prof. Tomasz Sobierajski i dr Katarzyna Kasia.
„Sobą zajęci” to książka dla tych, którzy chcą zdobyć narzędzia do myślenia o sobie i innych poza gotowymi receptami. Zamiast presji samorozwoju i prostych odpowiedzi, autorka prowokuje do zadawania sobie pytań i krytycznej refleksji.
„W czasach chaosu etycznego pop-kultura podpowiada nam, że jesteśmy pępkiem świata. Wpadamy w pułapkę natarczywej i bezrefleksyjnej pogoni za szczęściem i w hiperindywidualizm, w którym relacje z innymi tracą na znaczeniu.
Ale tak nie musi być. I chociaż na pytanie „jak żyć” zapewne nikt z rozmówców tej książki nie zaryzykowałby odpowiedzi, uważny czytelnik na to z najtrudniejsze z egzystencjalnych wyzwań, znajdzie tu wiele inspirujących podpowiedzi.
Po tę książkę powinni sięgnąć ci, którzy nie mają pewności, kiedy ich cierpienie wymaga pomocy specjalistów, a kiedy powinni szukać innych dróg radzenia sobie z trudami życia. A także ci, których ciekawią nieoczywiste, a jakże istotne związki między współczesną kulturą a różnymi formami psychoterapii.”
prof. Bogdan de Barbaro
„Występuję w tej książce jako jeden z rozmówców, ale wszystkie pozostałe rozdziały przeczytałem jednym tchem. Kama Wojtkiewicz z wyjątkową przenikliwością odsłania pułapki kultury terapeutycznej i mity samorozwoju. Bez uproszczeń, bez tanich tez, z wyczuciem tego, co w nas kruche i prawdziwe.”
Tomasz Stawiszyński
„Sobą zajęci” to świetna i przenikliwa opowieść o pułapkach samorozwoju, pop-psychologii i obsesji nieustającej pracy nad sobą. Kama Wojtkiewicz pyta, gdzie terapia pomaga, a gdzie zaczyna oddzielać nas od życia i relacji z innymi ludźmi. Kultura terapii stała się naszą codziennością, warto jest się jej przyjrzeć nieco bardziej krytycznie.”
Anna Dziewit-Meller
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8380-506-1 |
| Rozmiar pliku: | 900 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wstęp
część pierwsza: KULTURA TERAPEUTYCZNA, SAMOROZWÓJ I ROZPAD WIĘZI
Ojojanie, wzdychanie i wzruszanie – skuteczna psychoterapia, czyli jaka?
Obsesja samorozwoju, pop-psychologia i dojrzała praca nad sobą. Rozmowa z Joanną Flis
Kultura terapeutyczna, selfizm i indywidualizacja cierpienia. Rozmowa z Tomaszem Stawiszyńskim
Relacja terapeutyczna, pieniądze i łamanie reguł w terapii. Rozmowa z Cvetą Dimitrovą
Self-care w terapeutycznym wydaniu. Rozmowa z Przemkiem Mućko
Współczesny kryzys zdrowia psychicznego i rozpad więzi. Rozmowa z Igorem Rotbergiem
część druga: WSPÓŁCZESNA DUCHOWOŚĆ, UWAŻNOŚĆ I MĄDRA PRACA Z CIAŁEM
Duchowy eskapizm – kiedy wyjście poza ego staje się opresją
Regulacja układu nerwowego i subtelna praca z ciałem w dobie terapii szokowych, uwalniania traumy i rozwiązań typu instant. Rozmowa z dr Asią Kubiakowską
Pułapki medytacji, praktyka uważności i samowspółczucie. Rozmowa z dr Julią E. Wahl
Zdrowy styl życia i dobrostan w kulturze wiecznej optymalizacji i biohackingu. Rozmowa z dr Joanną Wojsiat
część trzecia: POGŁĘBIONE RELACJE, LĘKI I MIT ROMANTYCZNEJ MIŁOŚCI
Przeterapeutyzowane relacje – o byciu w procesie i odzyskiwaniu spontanicznej bliskości
Społeczne zdziecinnienie, pseudoguru i Wewnętrzne Dziecko. Rozmowa z prof. Tomaszem Sobierajskim
Lęki w miłości – co na terapię, a co do życia? Rozmowa z Igorem Rotbergiem
Filozofia szczęścia, spełnione życie i mit romantycznej miłości. Rozmowa z dr Katarzyną Kasią
Podziękowania
Bibliografia
PrzypisyDla Nabu,
bez której nie byłoby
„Sznurowadeł myśli”,
mojego pisania,
a więc i tej książki.
Dla Babci Wandy (1932-2022),
przy której nigdy
nie wstydziłam się
ćwiczyć na skrzypcach.
Sprzeczność jest często
najlepszą drogą do prawdy.
PATTI SMITH
Poniedziałkowe dzieci
Jedną z najstarszych krucjat, które prowadzę, jest ta przeciwko rozróżnieniu myślenia i czucia – uważam je za podstawę wszystkich antyintelektualnych poglądów. Serce i rozum, myślenie i odczuwanie, fantazja i sąd... Uważam, że nie ma takiego podziału. Wszyscy mamy mniej więcej takie same ciała, lecz zupełnie różne myśli. Myślimy w znacznie większej mierze dzięki instrumentom dostarczanym nam przez kulturę niż naszym ciałom i jest to źródłem wielkiej różnorodności myśli w świecie. Mam wrażenie, że myśl to forma odczuwania, a odczuwanie – myślenia.
SUSAN SONTAG
W ROZMOWIE Z JONATHANEM COTTEM
Myśl to forma odczuwania
WSTĘP
To miała być książka o pop-psychologii. W styczniu 2024 roku zadzwoniła do mnie moja redaktorka inicjująca z propozycją napisania czegoś o duchowym eskapizmie. Spodobało jej się moje wystąpienie w podcaście i wpadła na pomysł, aby zrobić z tego pełnoprawną książkę. To nie była nasza pierwsza rozmowa. Rok wcześniej sama przyszłam do niej z pomysłem – fragmentaryczną prozą autobiograficzną z elementami poezji. Nie spodobało się. „Ty umiesz pisać, ale to się nie sprzeda. Nie jesteś Nosowską, samo nazwisko tej książki nie poniesie”. Kiedy rok później wróciła z propozycją napisania czegoś innego, od razu się zgodziłam. Tak długo chciałam zmierzyć się z tą formą. Choć to miała być książka o pop-psychologii, okazała się nią nie być. Gdy grzebałam w mechanizmach popularyzowania i spłaszczania koncepcji psychologicznych w mediach społecznościowych, odkryły się przede mną inne, głębsze warstwy, które znacznie bardziej mnie zainteresowały – społeczna, kulturowa, filozoficzna, relacyjna. Okazało się, że żeby zrozumieć zwrot ku samodoskonaleniu i obsesję pracy nad sobą, trzeba przyjrzeć się temu, jak rozpadają się nasze więzi i poczucie wspólnotowości, przez co z siebie samych czynimy nowe bóstwa. Z własnych deficytów i obszarów do przepracowania tkamy naszą nową tożsamość, budulec interakcji z innymi ludźmi. W pogoni za naprawianiem swoich przywar i wznoszeniem się na wyżyny uduchowienia często gubimy punkt odniesienia, jakim jest nasza potrzeba więzi, bycia rozpoznanym w czyichś oczach i objętym przez czyjś umysł.
Postanowiłam, że nie napiszę poradnika, który uprości czytelnikom i czytelniczkom rzeczywistość, redukując ją do prostych odpowiedzi na złożone pytania. Nie znajdziecie tu więc porad i ćwiczeń do pracy własnej. Nie dlatego, że nie mają sensu. Z pewnością, żeby rozwijać kompetencje psychologiczne, takie jak odporność psychiczna, stabilne poczucie własnej wartości, radzenie sobie ze stresem, ćwiczenia są niezbędne. Ale pisząc o zjawiskach głęboko zakorzenionych w kulturze, wyrastających z niewydolności systemu, utraty sensu czy wyjałowienia się naszych relacji, trudno jest oferować jakiekolwiek praktyczne narzędzia z prostą instrukcją obsługi. Być może już samo założenie, że jest takie miejsce, taki terapeuta, taki przewodnik duchowy czy mentor, który – za odpowiednią opłatą – może przeprowadzić nas na drugi brzeg trudnych doświadczeń, obiecując happy end i rozwiązanie naszych problemów, jest tym, z czym ta książka próbuje się rozprawić. I w tym celu nie piszę narzędziami, ćwiczeniami i radami. Piszę doświadczeniami, dzięki którym część z was może się przejrzeć i rozpoznać, że dzielimy te same troski i obawy, szukamy podpowiedzi w tych samych miejscach – w gabinetach terapeutycznych, kręgach, retreatach jogowych, na warsztatach z uważności, festiwalach świadomościowych.
Historie, które tu znajdziecie, szczególnie w otwierających trzy główne działy felietonach, to nie typowa podróż bohaterki – z wyzwaniem do pokonania i jednoznacznie szczęśliwym finałem. To często historie, które zamiast odpowiedzi podsuwają więcej pytań. Ponieważ wierzę, że literatura potrafi poszerzać nam konteksty rozumienia swojej sytuacji, samych siebie. Ale nie poprzez dogmatyczne hasła, dzielące rzeczywistość na dobrą i złą, a decyzje na słuszne i błędne, tylko poprzez odpowiednio problematyzujące pytania, które rodzą się wskutek kontaktu z czyjąś historią. Czytając o tym, jak ja i moi rozmówcy i rozmówczynie widzimy świat, być może część z was dozna ulgi. Z samego faktu, że historie te podsuną język do opisania własnych przeżyć.
Zaczęłam pisać tę książkę dwa lata temu. Byłam wtedy studentką psychologii. Kończyłam tekst już jako psycholożka, pracująca z powodzeniem w gabinecie, przyjmująca setki pacjentów i pacjentek, głowiąca się nad ich trudnościami. Perspektywy pacjentki, studentki i specjalistki od zdrowia psychicznego będą się więc przenikać i uzupełniać, czasem nieco mącić. W tej wielowersyjności dostrzegam jednak wartość – możliwość namyślania się nad sprawami trudnymi z różnych stron, uzupełniania zagadnień związanych z psychoterapią, obsesją samorozwoju, kulturą terapeutyczną o perspektywę zarówno pacjentki, jak i ekspertki siedzącej po drugiej stronie fotela.
Na tę książkę złożyły się nie wywiady, lecz partnerskie rozmowy z osobami, których sposób myślenia i przeżywania rzeczywistości niezwykle sobie cenię i od których nieustannie się uczę. Przeczytacie w nich uzupełniające się nawzajem refleksje, czasem stojące do siebie w opozycji, czasem zgodne. Pierwszy dział książki rozprawia się z kulturą terapeutyczną (ale też z granicami relacji terapeutycznej), obsesją samorozwoju, współczesnym kryzysem zdrowia psychicznego i rozpadem więzi. W drugim przeczytacie o makdonaldyzacji praktyk uważności, duchowym eskapizmie, kulturze optymalizacji zdrowia i mądrej (a nie szokowej) pracy z ciałem. Trzeci dział traktuje o relacjach, w tym o społecznym zdziecinnieniu, pseudoguru i lękach w związkach, których wcale nie trzeba terapeutyzować. Rozmowa, która zamyka książkę, a więc rozmowa o spełnionym życiu, szczęściu i micie romantycznej miłości, wyrosła z przekonania, że tam, gdzie w psychologii brakuje odpowiedzi, warto zwrócić się ku filozofii.
Nie żywię nadziei na to, że książka ta, niczym poradnik, jasno odpowie na pytanie: „Jak żyć szczęśliwie?”. W tym wypadku: „Jak rozpoznać pułapki samorozwoju i skutecznie się z nich wydostać?”. Wierzę jednak, że zrobi coś znacznie istotniejszego. Pozwoli ponazywać zjawiska, które i was niepokoją we współczesnej kulturze terapeutycznej i obsesji samodoskonalenia. I co ważniejsze – oprócz języka podsunie kolejne pytania do refleksji, które przybliżą was do własnych strategii i odpowiedzi na to, jak w tym performatywnym, ja-centrycznym świecie autonomicznie odnajdywać kotwice bezpieczeństwa. I przywracać sobie poczucie łączności ze sobą i innymi ludźmi.część pierwsza
KULTURA TERAPEUTYCZNA, SAMOROZWÓJ I ROZPAD WIĘZI
OJOJANIE, WZDYCHANIE I WZRUSZANIE – SKUTECZNA PSYCHOTERAPIA, CZYLI JAKA?
Pierwsze zadanie domowe, jakie dostałam od mojej terapeutki, polegało na narysowaniu symbolicznej reprezentacji mojego powtarzającego się snu. Dwie zaciśnięte wokół hula-hoop pięści zdaniem terapeutki odzwierciedlały konflikt chowający się głęboko w mojej nieświadomości. To on paraliżował mnie przed podjęciem decyzji o wyjeździe na studia do Londynu. Poleciła mi nosić w portfelu kartkę i ołówek, a kiedy tylko obraz przebije się do warstwy świadomej, rysować, podążając za impulsem. Pani M. była gestaltystką, dlatego w terapii skupiała się na odczuciach z ciała i na tym, co dzieje się ze mną tu i teraz. Jak się później okazało, bliżej jej było do „towarzyszki procesu”, bo częściej stosowała intuicyjne techniki serca niż terapii gestalt. Potrafiła na przykład mnie „ojojać” zawsze, kiedy płakałam. Dawała mi też zniżkę uczniowską. W końcu nieczęsto spotyka się w gabinecie dziewiętnastolatkę gotową finansować terapię z własnej kieszeni.
Po kilku miesiącach głównie płakania i wspomnianego ojojania, przy sporadycznym wglądzie w moje lęki przed podjęciem niewystarczająco dobrej decyzji, zakończyłyśmy proces terapeutyczny. Ale nie było to nasze ostateczne pożegnanie. Do dziś zastanawiam się, czy etyczne było prowadzenie matki (za której sprawą do niej trafiłam), a po latach – córki. Naprawdę nie wiem, co o tym sądzić. Wiem natomiast, że był to pierwszy moment, w którym zetknęłam się z iście rogersowską postawą empatycznego, autentycznego i bezwarunkowo akceptującego terapeuty. I nieważne, jak bezsensowne wydawałyby się proponowane przez panią M. ćwiczenia, poczułam, jak to jest, kiedy ktoś obdarza cię uwagą i stawia twoją osobistą historię na pierwszym planie. Było to uczucie wręcz ekstatyczne.
W wieku 23 lat zaznałam pierwszego poważnego kryzysu, więc wróciłam na terapię. Wyprowadzka z Londynu do spokojnej, holenderskiej Lejdy, brak bodźców i listy zadań do odhaczenia wydobyły na wierzch stany lękowe i epizod depresyjny. Od kilku lat nosiłam w sobie nieznośne napięcie – tak jakby niebezpieczeństwo stale czyhało za rogiem i trzeba się było mieć na baczności, bo w każdej chwili mogło cię dopaść. Do tego chwiejność emocjonalna, łamane raz za razem serce, wreszcie mnożące się znaki zapytania co do przyszłej kariery, kraju zamieszkania i sensu wszystkiego. Po dłuższym czasie trwania w tym stanie wróciłam na terapię. Tym razem padło na praktykę opartą na dowodach naukowych, a więc psychoterapię poznawczo-behawioralną (CBT – cognitive behavioral therapy). Osiem sesji, osiem tygodni, a sponsorem – uczelnia, na której miałam rozpocząć kolejne studia prawnicze. Mówienie o swoich stanach emocjonalnych po angielsku okazało się znacznie prostsze niż w języku ojczystym. Bardziej techniczne, rzeczowe i konkretne. Podobnie jak CBT-owe protokoły. Pani L. wręczyła mi tabelkę z kolumnami podzielonymi na: zdarzenie aktywujące, emocje, uczucie z ciała, myśl/przekonanie. Dzienniczek emocji, bo tak nazywało się to narzędzie, miał niwelować stany lękowe i podważać nieadaptacyjne schematy myślenia o sobie, świecie i innych. Na przykład schemat wadliwości, który polega na przekonaniu o własnej nieadekwatności i o tym, że nie zasługuje się na miłość. I rzeczywiście, podważył. Nie połączyła nas z panią L. tak zażyła i bliska relacja jak z panią M., i chyba nie musiała. Zadziałał inny czynnik leczący – jakość interwencji. Ponieważ, jak się później okazało, w terapii nie tylko postać terapeuty leczy – do dziś zresztą nie pamiętam jej imienia. Jej interwencja, a więc użyta technika, miała jednak na tyle duże znaczenie, że znalazła się w mojej debiutanckiej książce. I choć dziś nie uważam CBT-u za nurt, który najskuteczniej mi pomógł, rozumiem, że czasem chce się dostać na swój problem konkretne rozwiązanie w postaci konkretnego protokołu. Niczym lek na receptę i po sprawie. I czasem to wystarcza.
Ze zdrowiem psychicznym jest jednak pewien kłopot. Żadna terapia, a już tym bardziej trwająca osiem tygodni, nie da gwarancji jego nienaruszalności, wiecznego dobrostanu. Może co najwyżej je ustabilizować, nakierować na właściwsze, bo nawet nie na właściwe tory. Więc kiedy ten sam problem wraca niczym bumerang, zdarza się nam zaglądać dokładnie w te same miejsca, co kiedyś – żeby go raz na zawsze rozwiązać.
Zgodnie z zapowiedzią następuje powrót pani M., wspomnianej na początku gestaltystki. Tym razem w wersji online. Robiłam z nią ćwiczenia z rozstawianiem krzeseł, gdzie każde z nich symbolizowało możliwe scenariusze. A ja miałam monitorować zmieniające się odczucia z ciała, zależnie od krzesła, na którym się siadało. Po latach ćwiczenia te były równie irytujące, jak kiedyś. Nadal nic nie czułam, nadal wątpiłam, a jednak sumiennie łączyłam się z terapeutką. Bo tęskniłam za tym uczuciem, że moja historia ma dla kogoś znaczenie. Że mój lęk jest ważny, że ktoś się tym wszystkim jakoś szczególnie przejmuje, nawet jeśli tylko przez 50 minut raz w tygodniu. Tym razem pani M. była ze mną znacznie krócej. Wybuchła pandemia, a ja spakowałam się z dnia na dzień i nocnym autobusem wróciłam do Polski.
To dobry moment, żeby się do czegoś przyznać. W tamtym czasie wierzyłam w nadrzędność CBT-u nad każdym innym nurtem terapeutycznym – jest świetnie przebadany, krótkoterminowy, a więc daje szybsze efekty niż wieloletnia psychoanaliza, i zorientowany na określony cel. Oferuje konkretne protokoły na konkretne zaburzenia i według wielu instytucji odpowiedzialnych za opracowywanie wytycznych dla psychologów i psychoterapeutów, jak na przykład brytyjskie NICE czy amerykańskie APA, to właśnie CBT jest jedną z głównych metod leczenia zaburzeń psychicznych, takich jak zaburzenia lękowe, nastroju, fobie czy OCD. Kolejna, moja trzecia już, terapeutka pracowała więc poznawczo-behawioralnie. A przynajmniej tak mówił jej biogram, choć na ostatniej sesji poinformowała mnie, że tak naprawdę używała technik „humanistyczno-egzystencjalnych”. (Do dziś zastanawia mnie, czy powinna była jednak tę rozbieżność od razu na początku wyjaśnić). Pani B. często śmiała się z moich historii o nadmiernej potrzebie kontroli nad rzeczywistością. Niespecjalnie kryła się też ze swoim zdziwieniem, kiedy słuchała o moich ambitnych planach na przyszłość i marzeniach. Niektórzy nazwaliby to techniką prowokacyjną, ja jednak myślę, że była to jej specyficzna nonszalancja i luźny stosunek do postulatu o wstrzemięźliwości terapeuty. Na każdej sesji powtarzała: „Pani musi to po prostu zaakceptować”. Akceptacja stała się słowem wytrychem, towarzyszącym każdemu problemowi, z jakim przychodziłam – począwszy od błahostek, kończąc na relacjach z rodzicami i finansach. Pani B. często wzdychała. Narzekała też na nadmiar pracy i snuła opowieści o tym, że najchętniej przeszłaby już na emeryturę i zamieszkała gdzieś na wsi albo w lesie z dala od zgiełku miasta. Nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pani B. miała około 35 lat. Po roku regularnych spotkań, z powtarzaną jak mantra akceptacją, dopadło mnie zwątpienie w sens dalszej współpracy. Pożegnałyśmy się w zgodzie, choć z odrobiną goryczy. I z odrobioną lekcją na przyszłość – tak, istnieją terapeuci, którym nieszczególnie się chce.
Szukałam dalej, bo chciałam wierzyć, że są też terapeuci z powołania, którzy pomogą mi zrozumieć stale towarzyszący mi lęk, obsesję kontroli i uporczywą czujność na zagrożenie. Był 2022 rok. Do pogłębionej pracy, bo takiej przecież poszukiwałam, znajoma poleciła mi S. – w podobnym wieku, co pani B., tyle że z werwą, determinacją i głodem wiedzy, jakiego nigdy wcześniej u terapeutki nie widziałam. Tym razem bez pani, co dobrze zwiastowało. Moja pierwsza psychoterapia prowadzona w nurcie systemowym, czyli w dużej mierze, choć nie tylko, skoncentrowanym na rodzinie, dynamice interakcji i funkcjonalności objawów, co zresztą S. wyjaśniła mi na pierwszej sesji. Zbieranie wywiadu trwało kilka dobrych tygodni. Z początku S. wyraźnie dawała mi znać, że nie wie, czy zdoła podjąć się pracy ze mną. Zależało jej na tym, aby wszystko jak najlepiej zrozumieć, nigdzie się nie spieszyła. Była uważna, rzetelna, nie spoufalała się, choć co jakiś czas, słuchając mojej historii, odsłaniała się z własnym wzruszeniem. Szczególnie poruszał ją fakt, że dzielenie się trudnościami niespecjalnie wzbudzało we mnie emocje. Poprosiła, abym sporządziła linię życia, a więc dokonała swoistego podsumowania ostatnich 26 lat, z akcentem na wszystko to, co bolało najbardziej. Nie było to więc przyjemne podsumowanie. Jej interwencje były przemyślane. Nazywała mechanizmy, które mi szkodziły, i wyjaśniała, jak konkretne doświadczenia wpłynęły na funkcjonowanie mojego układu nerwowego czy wykształcenie się strategii przetrwania takich jak zamrożenie/zamarcie. Co jakiś czas podkreślała, że superwizuje mój proces, a więc konsultuje swoją pracę z certyfikowanym superwizorem, i dokłada wszelkich starań, aby mi pomóc. Siedem lat błądzenia, wreszcie dotarłam. A więc można mieć i relację terapeutyczną, i skuteczne interwencje.
Być może zastanawiacie się, po co mi przeprawa przez wszystkie te procesy i postaci. Co to właściwie wnosi, że jedna terapeutka mnie „ojojała”, druga wzdychała, a jeszcze inna się wzruszała? Otóż wnosi to ważną obserwację – nie istnieje jednolita, uniwersalna twarz skutecznej psychoterapii. Wystandaryzowany przepis na terapeutyczny sukces, z wycyzelowanymi zdaniami, które określają, jak powinien wyglądać rzetelny proces, co czyni interwencje zawsze skutecznymi i co dokładnie leczy.
Oczywiście jako specjaliści od zdrowia psychicznego mamy ogólne pojęcie na temat tego, co w terapii pomaga, co wspiera, a co szkodzi. Poddawanie się przez terapeutów regularnej superwizji to zazwyczaj dobry omen, a techniki inspirowane fizyką kwantową – niekoniecznie. Postawa życzliwego zaciekawienia pacjentem, o której szerzej opowiadają prof. Bogdan de Barbaro i dr Szymon Chrząstowski w Postmodernistycznych inspiracjach w psychoterapii, nastawiona na współpracę, wzajemne zaangażowanie i wspólne działanie terapeuty i pacjenta na rzecz zmiany, to również coś, do czego warto dążyć. Z kolei nieustanne wzbudzanie w kimś poczucia wadliwości i oferowanie technik obiecujących efekty nie z tej ziemi to sygnał ostrzegawczy.
Ale pomimo tylu lat badań klinicznych nadal do końca nie wiemy, co na sto procent w danej terapii zadziałało, a co nie i dlaczego. Gdyby było inaczej, mielibyśmy jeden protokół – reprezentujący jedną szkołę myślenia o cierpieniu psychicznym pacjenta – na każde możliwe zaburzenie i zero branżowych sporów. Na przykład tych o projekt ustawy o zawodzie psychoterapeuty, który z założenia ma wyeliminować naruszenia etyki zawodowej i nadużycia wobec pacjentów. W praktyce jednak budzi on kontrowersje, szczególnie wśród psychoterapeutów reprezentujących inne nurty niż poznawczo-behawioralny, jak na przykład humanistyczno-doświadczeniowy, systemowy, psychodynamiczny/psychoanalityczny czy integracyjny (stan na 17 lipca 2025 roku). Jako że zawód ten nie jest obecnie objęty prawną ochroną, każdy może otworzyć własny gabinet i nazwać się terapeutą. W konsekwencji pojawia się coraz więcej oszustw, autorskich terapii i przejawów niekompetencji. Pacjenci, rozczarowani konwencjonalnymi metodami leczenia, skuszeni efektem before i after sięgają po obietnicę pewności – nie ma się co dziwić, w świecie pozbawionym stabilności i poczucia bezpieczeństwa trudno jest wytrzymać. Paroletnia cotygodniowa psychoterapia, bez gwarancji szybkiej ulgi, wypada dość blado w zestawieniu z weekendowym kursem, wyjazdem rozwojowym czy techniką natychmiastowego pozbywania się napięć z ciała. Współczesna pogoń za samorozwojem i mitycznym stanem przepracowania napędzana jest głębokim poczuciem niewystarczalności. Bycia niejakimś, niejakąś, innym, inną niż reszta. A w świecie, w którym ignoruje się uwarunkowania ekonomiczne, polityczne czy społeczne, jednostka staje się w pełni odpowiedzialna – i za swoje sukcesy, i za wszelkie porażki. Jesteśmy więc samotnymi i wyizolowanymi społecznie wolnymi elektronami, które system ograbił z poczucia łączności z drugim człowiekiem.
Dlatego trafiamy do gabinetów terapeutycznych z nadzieją, że można żyć pełniej, nie czuć dojmującej pustki i bezsensu. Tyle że, idąc do psychoterapeuty, nigdy nie będziemy mieć pewności, że tym razem będzie inaczej. Że tym razem nie będziemy kręcić się w kółko z tym samym problemem. Że dzięki jednemu protokołowi uporamy się z przeszłością raz na zawsze. Złudzenie, że psychoterapię da się wyczerpująco ująć w ramach jednego, dogmatycznego podejścia, ignorując dorobek pozostałych nurtów czy niemierzalny czynnik ludzki, który odgrywa nieocenioną rolę w pracy z pacjentem, jest, no właśnie, złudzeniem. Proces terapeutyczny nadal będzie nieść za sobą ryzyko porażki, braku zmiany, czasem nawet chwilowego pogorszenia. Nikt nie da pacjentowi czy pacjentce gwarancji sukcesu. I dobrze, bo byłoby to skrajnie nieetyczne. Podejmując się pracy nad sobą, będzie trzeba zmierzyć się z tym, że ta praca nie od razu przyniesie ulgę. Że czasem jakiś niekontrolowalny element jak ton głosu czy spojrzenie terapeuty rozłoży nas na łopatki i będzie tym czymś, co przechyli szalę i doprowadzi do zmiany. I że będzie to nie do odtworzenia, nie do zmierzenia, i że dla nas samych będzie to kompletnie niezrozumiałe. A jednak coś to w nas ruszy. I że czasem, w sytuacjach niełatwych do diagnostycznego zaszufladkowania, najrzetelniej przebadany protokół niewiele zdziała, zostawiając nas z poczuciem frustracji i bezsilności.
Decydując się na to, żeby rozpocząć proces psychoterapii i zajrzeć we własną historię, obdarzyć ją troską i uwagą, warto pojednać się z tym, że ta historia nie zawsze odwdzięczy się natychmiastowymi sukcesami i rozwiązaniami. Czasem po dwóch krokach naprzód będzie trzeba o jeden się cofnąć. A to nam się zazwyczaj nie podoba. Tak samo jak fakt, że terapeuta nie zna odpowiedzi na najbardziej nurtujące nas pytania, przyjmuje niekiedy postawę niewiedzenia, zamiast szukać jednoznacznych wyjaśnień złożonych problemów, i nieustannie weryfikuje, czy postawione przez niego robocze hipotezy są wciąż aktualne.
Ale pomimo tych wszystkich trudów, rozczarowań i ambiwalencji wejście w proces terapeutyczny z czasem może pomóc nadać naszym doświadczeniom znaczenie i opowiedzieć je sobie inaczej niż dotychczas. Sprawić, że łatwiej będzie poukładać się zarówno z wszystkim tym, co nam się przydarzyło, jak i tym, czego nam w przeszłości zabrakło. I z cierpliwością, której nie było nam dane wcześniej zaznać, znosić własne frustracje i mieścić w sobie sprzeczne emocje. Praca nad sobą nie niesie gwarancji lżejszego życia. Jest natomiast jedyną znaną mi drogą do lepszego zrozumienia, z czego się składamy, jak nasza przeszłość przenika wszystko to, czego doświadczamy dzisiaj, co z tego jest nasze, a co należy do tych, którzy kiedyś decydowali za nas. I dokąd chcemy dalej zmierzać, tak aby mieć poczucie wpływu na to, jak wygląda nasze dorosłe już życie. Paradoksalnie w toku pogłębionej pracy nad sobą przestajemy się tak bardzo nami samymi interesować. Zaciekawiamy się natomiast tym, co dookoła nas, co ponadjednostkowe i sensotwórcze. I w tym zwrocie dostrzegam moment niezwykłej ulgi.