Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Sól w herbacie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
6,06
606 pkt
punktów Virtualo

Sól w herbacie - ebook

Tomik Marii Kosaciec zabiera czytelnika w pełną emocji wędrówkę przez wspomnienia, marzenia i uczucia, które pozostają ważne mimo upływu lat. Poetka z niezwykłą delikatnością opowiada o tęsknocie za przeszłością, poszukiwaniu szczerego uczucia oraz sile przyjaźni zdolnej przetrwać najtrudniejsze próby. Jej utwory emanują autentycznością, wzruszeniem i zadumą, trafiając do każdego, kto kiedykolwiek z sentymentem wracał do minionych chwil.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Poezja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-467-8
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

szelest poranka

śnieg w filiżance paruje

palcami liczę okruchy światła

cukier topi się wolniej niż smutek

na parapecie gołąb zostawia cień

więc oddycham ciszą między zasłonami

wczoraj było szklane

dziś nalewam wodę do wazonu bez kwiatów

i patrzę jak puste łodygi piją pamięć

drobne pęknięcia na kubku są mapą

droga mleczna rozsypana na stole

zbieram ją łyżeczką do herbaty

słońce przez firankę kładzie mi na dłoni

znamię ciepła

uczę się być sama

tak jak chleb który czeka

aż ktoś go dotknie

i nazwie domempółnoc wyczytana z prochu

błądziłam długo po mapach cudzych snów

nosiłam buty które były nie moje

i każdy krok oddalał mnie od siebie

aż pewnego świtu ziemia pod stopami

zadrżała

i powiedziała idź

jestem ścieżką która zarastała latami

teraz czuję jak pęka na niej lód

i spod spodu wychodzi trawa

odnajduję północ w swoim oddechu

nie w gwiazdach

nie w oczach innych

kompas miałam w popiele spalonych listów

wystarczyło dmuchnąć

i iskry ułożyły się w drogę

idę boso

powoli

i melancholia

idzie za mną

już nie prowadzistudnia

szukałam daleko

za siódmym lasem za siódmą rzeką

i wracałam z pustymi dłońmi

aż pewnego ranka usłyszałam plusk

cichy

tuż pod skórą

jestem studnią którą sama wykopałam łzami

i dopiero teraz widzę

że woda była we mnie od zawsze

piję z siebie powoli

po łyku

po oddechu

i uczę się nie rozlewać

szczęście nie krzyczy

nie błyszczy

po prostu jest

jak chleb

jak światło w sieni

jak moje imię wypowiedziane szeptem

a melancholia

zostaje na brzegu

i patrzy

jak nareszcie się nie bojęwiosna we dwoje

idę z tobą aleją gdzie kwitną kasztany

i trzymam twoją dłoń jak obietnicę

którą ktoś kiedyś szeptał przy świecy

park maluje nam cienie pod stopami

splata je razem

rozplata

i znów splata

jestem drzewem które przestało się bać zimy

bo stoisz obok

i wiesz jak nazwać moje milczenie

patrzę jak wiatr zdejmuje z ciebie troski

i niesie je w stronę jeziora

a ty nawet nie drgniesz

ławka zna nasze rozmowy bez słów

i nie pyta czemu czasem płaczę ze szczęścia

wiosna pachnie tobą

a melancholia

jest jak ten spacer

cicha

bezpieczna

i naszaresztki sierpnia w pudełku

noszę grudzień w lewej piersi

nawet gdy sierpień pali chodniki

i nikt nie śpiewa kolęd

odwijam z pamięci zapach choinki

jak list

który czytam co wieczór

jestem adwentem bez kalendarza

odliczam oddechami

do pierwszej gwiazdy

tęsknię za stołem który milczy głośniej niż ludzie

za śniegiem w szklanej kuli

który nigdy nie topnieje

wieszam w sobie lampki z czekania

i świecę nimi po ciemku

każdy dzień bez opłatka jest postem

a melancholia

to cicha kolęda

którą nucę

zanim przyjdą świętaadwent w sercu

liczę na palcach do pierwszej gwiazdy

choć za oknem jeszcze wrzesień

i liście nie wiedzą że czekam

noszę w kieszeni zapach piernika

wyciągam czasem żeby powąchać

i znowu schować na później

jestem oknem które wypatruje śniegu

zanim spadnie

zanim ktokolwiek zapali lampki

tęsknię za stołem pełnym głosów

za ciszą która pachnie sianem

za opłatkiem cienkim jak oddech

każdy dzień bez choinki jest dłuższy

każda noc jaśniejsza od wspomnienia

wieszam w sobie bombki z czekania

i ubieram melancholię w złoto

bo wiem

że przyjdzie

i przyniesie domgrudzień w sierpniu

noszę grudzień pod powiekami cały rok

pachnie igliwiem i pomarańczą

chociaż za oknem lipiec

jestem domem który ubiera się w światło

zanim jeszcze przyjdzie wieczór

i stół już nakryty w moich myślach

tęsknię za ciszą wigilijnego śniegu

za opłatkiem kruchym jak obietnica

za kolędą która mieszka w gardle

liczę dni jak bombki na choince

każda z nich ciężka od czekania

i jasna od nadziei

świat nie wie że już mam prezenty

schowane w sercu

wstążką przewiązane

a melancholia jest jak pierwsza gwiazda

daleka

cicha

i prowadzi do domukwiecień w kieszeniach

idę sadem boso po wczorajszym deszczu

gałęzie malują mi włosy na biało

ziemia oddycha pode mną cicho

jakby bała się spłoszyć ciszę

jestem pusta jak ul przed pszczołami

czekam

nie wiem na co

wiatr przegląda się w moich dłoniach

i zabiera mi z palców wspomnienia

których nie umiem nazwać

sad pachnie obietnicą bez adresu

nie pyta czemu przyszłam sama

tylko sypie mi w ślady płatki

staję i słucham jak rośnie milczenie

i melancholia

kwitnie

razem ze mnąwiosna przycupnęła

idę przez sad zanim pszczoły zaczną pracę

gałęzie szepczą nade mną coś o trwaniu

ziemia jest miękka jak świeży chleb

przyjmuje każdy mój krok bez pytania

i oddaje zapach wczorajszego deszczu

jestem drzewem które zapomniało owocować

stoję między jabłoniami

zazdroszczę im kwitnienia bez lęku

wiatr zdejmuje ze mnie płatki i lata

ja nie wiem co jeszcze mogę mu oddać

oprócz dłoni otwartych do niczego

sad nie pyta dlaczego przyszłam sama

obsypuje mnie białym milczeniem

i przez chwilę wierzę

że melancholia to też wiosna

tylko wolniejsza

cichsza

i rosnąca do środkapusta łódka o świcie

idę brzegiem jeziora zanim zbudzi się dzień

woda trzyma jeszcze sny nocy

moje stopy znają każdy kamień

mówią mi o zimnie

o cierpliwości

o tym jak długo trzeba czekać na ciepło

jestem łodzią bez wioseł bez celu

kołysze mną cisza

mgła siada na rzęsach jak pytanie

na które nie chcę dziś odpowiadać

jezioro liczy moje kroki zamiast lat

i nie pyta dlaczego jestem sama

tylko daje miejsce moim śladom

wracam do siebie powoli po kropli

i melancholia jest jak ten świt

jasna

i trochę wilgotnamgła ma moje imię

idę brzegiem jeziora zanim zbudzi się dzień

woda trzyma jeszcze sny nocy

i oddaje je niebu po jednym

moje stopy znają każdy kamień

mówią mi o zimnie o cierpliwości

o tym jak długo trzeba czekać na ciepło

jestem łodzią bez wioseł bez celu

kołysze mną cisza i myśli o tobie

których nie przywiozłam ale są

mgła siada na rzęsach jak pytanie

na które nie chcę dziś odpowiadać

wystarczy że oddycham

jezioro liczy moje kroki zamiast lat

i nie pyta dlaczego jestem sama

tylko daje miejsce moim śladom

wracam do siebie powoli po kropli

i melancholia jest jak ten świt

jasna i trochę wilgotnaliturgia westchnienia

dziękuję za ciebie jak za deszcz po suszy

za studnię wyrytą w ciszy mojego ciała

z której piję bez lęku

byłeś ziarnem które spadło w moje dłonie

gdy ziemia we mnie była już jałowa

a teraz rośnie z nas las

jesteś kotwicą utkaną ze światła

trzymasz mnie gdy odpływam od siebie

i nie szarpiesz nie ranisz

czasem boję się że niebo się pomyliło

że podarowało mi za dużo nieba naraz

więc chowam cię w szeptach

kładę nasze imiona na języku jak chleb

i mówię w górę bez głosu

dziękuję za ten ogień

za dom który ma twoje źrenice

za melancholię która grzeje jak wełnasłodki niepokój

kocham cię tak jak kocha się pierwszą wiosnę

po długiej zimie z niedowierzaniem

że mróz naprawdę odpuścił

twoje ramiona są krajem do którego wracam

bez mapy bez pytań bez strachu

i za każdym razem jest bliżej

boję się czasem że szczęście jest zbyt głośne

więc szepczę twoje imię do poduszki

żeby los nie usłyszał i nie zabrał

patrzysz na mnie jakbym była wierszem

którego nie trzeba rozumieć

wystarczy czuć

z tobą nawet milczenie dojrzewa

jak owoc na słońcu

robi się pełne i ciepłe

jestem przy tobie cała z wczoraj i z jutra

i ta melancholia jest miękka

jak twój oddech na mojej skórzecichy zachwyt

kocham cię tak jak kocha się późny wrzesień

ciepły od słońca i już trochę smutny

bo wiem że wszystko co piękne przemija

trzymasz moją dłoń jakby była ze szkła

a ja przestałam się bać że spadnę

przy tobie ziemia jest bliżej

oddycham twoim imieniem między słowami

i nawet cisza przy tobie ma sens

nie muszę tłumaczyć drżenia

jesteś moim domem zbudowanym z oddechów

z porannej kawy i spojrzeń przez stół

z obietnic których nie trzeba mówić

boję się czasem że to sen

więc budzę się w nocy i sprawdzam

śpisz obok ciepły prawdziwy mój

i wtedy melancholia ma smak miodupusta kartka

kocham cię tak jak kocha się morze z okna pociągu

wiesz że istnieje wiesz że nie wejdziesz

a jednak oczy same szukają błękitu

noszę twoje imię w kieszeni dziurawej

gubię je co krok i zbieram od nowa

jesteś moim jutrem które nie ma daty

kalendarz śmieje się z moich planów

uczę się oddychać twoją nieobecnością

powoli na raty żeby nie zabolało

ale boli

śpię po twojej stronie łóżka

żeby oszukać poduszkę

ona i tak wie

jestem listem bez znaczka i adresu

i tak czekam aż mnie otworzyszsól na rzęsach

oddycham tobą jak powietrzem z innego pokoju

blisko tak że boli daleko tak że nie ma

uczę się twojej nieobecności na pamięć

masz dłonie które nie znają drogi do moich

a ja znam wszystkie mapy twoich milczeń

śnię cię w kolorach których nie ma w dzień

budzę się szara i cała z tęsknoty

kładę twoje imię pod język zamiast cukru

jesteś listem którego nie napisano

adresem który nie istnieje na kopercie

a ja czekam na listonosza co noc

noszę twoje spojrzenie jak pożyczony płaszcz

za duży za zimny nie na moje ramiona

ale nie umiem go zdjąć

kocham cię ciszą między naszymi imionami

to jedyne miejsce gdzie jesteśmy razem

i nawet tam jesteś pierwszy do wyjścia

zostawiam dla ciebie światło w oknie

choć wiem że nie masz mojego adresumiłość z papieru

trzymam ciebie w myślach jak suche liście w książce

nie szumią nie rosną tylko kruszą się cicho

uczę się ciebie na pamięć choć nie ma egzaminu

z twojego uśmiechu który nie jest mój

jesteś moim sekretem który zna całe miasto

wszyscy widzą jak patrzę gdy przechodzisz

i nikt nie mówi że to boli

buduję nam dom z oddechów między zdaniami

stawiam ściany z tego czego nie powiedziałeś

wprowadzam się tam co noc sama

twoje imię śpi na mojej poduszce

rano budzi się obce i zimne

a ja i tak je całuję

kocham ciebie tak jak kocha się zimę

piękną daleką i nie do przetrwania

noszę tę miłość w żebrach zamiast powietrza

czekam na ciebie bez jutra

bo wczoraj już się nie wydarzyło

i nigdy nie wydarzy się mypuste miejsce obok

noszę twoje imię pod językiem

jak okruch chleba

który nie karmi

tylko kaleczy

wymyśliłam nas w głowie

pięknych i możliwych

świat nie uwierzył

kocham ciebie z daleka

tak się kocha gwiazdy

jasne i nieme

nie na moją kieszeń

serce uczy się milczeć

kiedy przechodzisz

uczy się nie bić głośniej

niż wypada

jesteś obietnicą

której nikt nie złożył

a ja i tak czekam

w moich dłoniach jest miejsce

na twoją dłoń

zawsze zimne

zawsze gotowe

rano wstaję cała

bez ciebiebiałe przebudzenie

rosa chłodzi stopy

serce bije ciszej

wschód rozsuwa noc palcami

jestem

mgła kładzie się na rzęsach

jak wspomnienie

które już nie waży

oddycham nim

trawa szepcze do skóry

o końcu czekania

każdy krok zostawia ślad

lekki jak przebaczenie

słońce maluje mnie na nowo

bez wczorajszego cienia

uśmiech rośnie od ziemi

nieproszony czysty

jestem tutaj

boso i cała

w tym jednym oddechu

mieści się cały świat

łza spada w kwiaty

i nie jest smutnaświt przyszedł na palcach

rosa całuje palce

chłód budzi serce

wschód rozplata warkocz mgły

oddycham jaśniej

trawa pamięta zimę

lecz już nie boli

wczoraj zostaje za plecami

idę do przodu

wiatr niesie imiona

których już nie wołam

uśmiech rośnie powoli

jak pierwszy pąk

jestem lekka

jestem cała

słońce dotyka karku

i mówi zostań

boso znaczy wolna

każdy krok to dziękuję

łza spada w ziemię

i kiełkuje

na tej łące

jestem domemcichy śmiech w filiżance

jestem szczęśliwa

tak po prostu

jak deszcz który już nie musi padać

poranek pachnie chlebem

i spokojem

który nie pyta o powód

siedzę na parapecie

z herbatą w dłoniach

paruje we mnie lato

chociaż za oknem zwykły wtorek

serce chodzi boso po podłodze

nie spieszy się

nie liczy kroków

nie gubi rytmu

świat jest miękki

jak koc wyjęty z szafy

jak oddech po długim płaczu
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij