SOS "Laconia" - ebook
We wrześniu 1942 roku niemiecki okręt podwodny U-156 zatopił brytyjski statek „Laconia”. Niemcy podjęli akcję ratowania rozbitków, jednak niebawem zostali zaatakowani przez amerykański samolot bombowy. Po tym zdarzeniu dowódca niemieckiej floty podwodnej, admirał Karl Dönitz, wydał rozkaz, znany pod nazwą Laconia-Befehl, nakazujący zaniechanie ratowania rozbitków z zatopionych jednostek. Rozkaz ten stał się po wojnie podstawą oskarżenia admirała przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze o zbrodnie wojenne.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18635-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Autorzy tego tomiku długo zastanawiali się, w jaki sposób wprowadzić Czytelników w meritum omawianych wydarzeń. Minioną wojnę cechowało szczególne okrucieństwo – można się też spotkać z opinią, że to okrucieństwo i bezwzględność w stosowaniu metod walki znalazły wyjątkowe nasilenie w warunkach morskich. Może więc zamiast komentarza na ten temat wystarczy posłużyć się cytatami z dokumentów, które zostały ujawnione po wojnie.
Oto fragment protokołu z konferencji z udziałem wyższych dowódców niemieckich sił zbrojnych – wojsk lądowych, marynarki i lotnictwa – z 3 stycznia 1942 roku:
„…Po dalszych wywodach Führer zwrócił uwagę na fakt, że niezależnie od tego, jak wiele statków zbudują Amerykanie, ich głównym problemem będą braki personalne. Z tego względu należy zatapiać bez ostrzeżenia statki handlowe, aby jak największa część załogi poniosła przy tym śmierć (…) okręty podwodne po storpedowaniu jednostki nieprzyjacielskiej powinny wynurzać się i ostrzeliwać łodzie ratunkowe…”.
Z przemówienia prezydenta Stanów Zjednoczonych AP – Franklina Delano Roosevelta, wygłoszonego we wrześniu 1942 roku do społeczeństwa amerykańskiego:
„By zdobyć panowanie nad światem, Hitler musi opanować morza. Musi zniszczyć pomost z okrętów budowany przez Atlantyk, po którym płyną narzędzia, za pomocą których on i jego zbrodnie zostaną zmiecione z powierzchni ziemi…”.
Z rozkazu operacyjnego Oberkommando der Kriegsmarine zakodowanego jako „Atlantyk nr 16”, a wydanego z datą 7 października 1943 roku:
„Do każdego konwoju należy zwykle tzw. _reserve ship_, statek specjalny o wyporności do 3000 BRT, przeznaczony do przyjmowania na pokład rozbitków po ataku okrętów podwodnych. Zatapianie tych statków ma szczególne znaczenie ze względu na zamiar zniszczenia załóg parowców”.SĄD NARODÓW
Norymberga. Jesień 1945 roku…
Historyczne wzmianki o tym grodzie sięgają XI wieku – położone nad niezbyt szeroką i leniwie płynącą rzeką Pegnitz, pełne historycznych zabytków, północnobawarskie miasto. Miało ono swe świetne i jasne okresy, okresy rozkwitu gospodarczego, promieniowania kulturą i sztuką (tu przecież czas jakiś działał tak nam bliski, genialny rzeźbiarz i snycerz gotyku, twórca Ołtarza Mariackiego w Krakowie, Wit Stwosz). Miało też dni ciemne i ponure, gdy po dojściu Hitlera do władzy stała się nieformalną stolicą narodowego socjalizmu, słynną z gigantycznych, pełnych złowieszczego i butnego ceremoniału parteitagów, celebrowanych na kolosalnym, specjalnie w tym celu wzniesionym stadionie.
Jesienią 1945 roku Norymberga – podobnie jak większość niemieckich miast w zdruzgotanej wojną III Rzeszy – była inna niż ta, której obraz prezentują kroniki, przewodniki turystyczne, barwne foldery i kolorowe pocztówki. Kilka nalotów dywanowych przeprowadzonych przez strategiczne siły powietrzne aliantów zrobiło swoje, obracając w gruz i popiół całe kwartały zabudowy. W gruzach legła śliczna, wypieszczona norymberska starówka – wyglądająca podobnie jak inne historyczne centra starych miast, choćby w Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu. Zawalone rumowiskami kaniony ulic, sterczące samotnie ściany wypalonych kamienic.
Z tej scenerii totalnego niemal zniszczenia wyłaniał się w centrum miasta, przy prostej i szerokiej Fürtherstrasse, bardziej przypominający teatralną dekorację niż rzeczywistość obrazek: kompleks prawie nienaruszonych, nietkniętych wojenną zawieruchą budynków. Dostępu do nich broni niskie, kamienne ogrodzenie z dwiema kutymi w żelazie bramami. W środku tkwi brzydkie i bezstylowe – a właściwie upozowane na pruski styl „monumentalny” – czteropiętrowe gmaszysko.
Fronton tworzą przyciężkie, jakby wrośnięte w ziemię kolumny, podtrzymujące zwieńczenie elewacji. Na galerii jednego z pięter nisze, w których tkwią posągi jakichś anonimowych postaci. Nie wszystkie zastygły na swych miejscach, niezniszczony bowiem gmach też nosi ślady wojny. Część kamiennych postaci wymiotła z nisz fala uderzeniowa jakiejś bomby solidnego kalibru, która upadła w pobliżu. Inne detonacje urwały z murów płaty tynku, kolumny też są posiekane odłamkami, wyszczerbione, mur i kamień jest „ospowaty”, pełno na nim dziobów od uderzeń serii wielkokalibrowych pocisków z kaemów. Nad gmachem głównym wznosi się lekko nadwerężona, ale solidnie trzymająca się kopuła, pod którą znajduje się główna, dwukondygnacyjna, otoczona galerią sala budynku.
To dawny Pałac Sprawiedliwości, siedziba sądu bawarskiego landu, a później hitlerowskiej Rzeszy. Scena, na której rozegra się wielki spektakl Sądu Narodów.
Do głównego budynku przylega połączony krytym przejściem budynek administracyjny, dziś rzec by można typowy „biurowiec”, z labiryntem korytarzy pociętych jednakowo wyglądającymi drzwiami wiodącymi do urzędniczych pokojów. W głębi dziedzińca znajduje się długi, też czteropiętrowy budynek więzienia o murach otynkowanych na brudnoszary, nijaki kolor, którego monotonię przerywają małe, zakratowane okienka, symetrycznie umieszczone jedno przy drugim w równych szeregach. Budynek więzienia łączy się z gmachem głównym podziemnym przejściem.
Dość tych „krajobrazowych” opisów. Istotne bowiem jest tylko jedno: w właśnie tym gmachu, oszczędzonym przez kaprys wojny, dokonać się ma dziejowy akt sprawiedliwości, może najdonioślejszy w historii prawa. Za stołem sędziowskim w Pałacu Sprawiedliwości zasiądzie Międzynarodowy Trybunał Wojskowy, a na ławie oskarżonych – główni niemieccy przestępcy, odpowiedzialni za wtrącenie całego niemal świata w koszmar i gehennę II wojny, za niespotykane dotąd w takiej skali masowe ludobójstwo.
Zanim rozpocznie się ten proces i zajmiemy się bliżej jedną z postaci występujących na tej „scenie”, musimy cofnąć się o parę lat…
Już w kilka tygodni po wybuchu II wojny światowej do stolic państw sojuszniczych – w pierwszym etapie do Paryża i Londynu, w następnym do Waszyngtonu – zaczęły z podbitych przez Niemców krajów napływać alarmujące doniesienia. Informacje te mówiły o faszystowskim terrorze, zbrodniach popełnianych na jeńcach wojennych i ludności cywilnej, o mordach i grabieży, wysiedleniach, masowych wywózkach na przymusowe roboty do III RZeszy, egzekucjach, pacyfikacjach, szczególnym znęcaniu się nad ludnością żydowską. W przestępstwach tych brał udział nie tylko wyspecjalizowany w sprawach eksterminacji aparat, jak np. budząca grozę tajna policja, czyli Gestapo, ale także specjalne oddziały SS, jednostki „rycerskiego” ponoć Wehrmachtu, fanatycy z SA i NSDAP, ślepo posłuszna Führerowi administracja, a nawet otumanieni wielkogermańskim „mitem” i „posłannictwem” zwykli obywatele brunatnej Rzeszy. Pierwsze sygnały nadeszły z Polski, kolejne z Norwegii, Belgii, Holandii, Francji, Grecji i Jugosławii, wreszcie z terenów Związku Radzieckiego.
Nie mogły one pozostać bez echa.
W rezultacie już w styczniu 1942 roku w szacownym pałacu St. James w Londynie, z inicjatywy emigracyjnych rządów Polski i Czechosłowacji, zwołano konferencję przedstawicieli tych krajów, których tereny znalazły się pod niemiecką okupacją. Na niej to po raz pierwszy postawiono kategoryczne żądanie sądowego ścigania wszystkich winnych pogwałcenia prawa ujętego w międzynarodowych konwencjach precyzujących sposób prowadzenia działań wojennych i podkreślono z naciskiem, że jednym z celów wojny podjętej przez koalicję antyhitlerowską jest ściganie i ukaranie przestępców wojennych. Bez względu na to, czy wydawali oni rozkazy popełniania tych zbrodni, czy brali w nich czynny udział, czy pomagali innym, a nawet nie przeciwstawiali się – jeśli mieli taką możliwość – realizacji programu zagłady ludów Europy. I nie tylko, bo przecież w grę wchodziły również przestępstwa popełnione w Afryce i na neutralnych, międzynarodowych obszarach, np. na morzu!
Deklarację tę poparły solidarnie wszystkie kraje, które znalazły się w zasięgu niemieckiej przemocy. Związek Radziecki dał temu wyraz w trzech notach – z listopada 1941 roku (cztery miesiące po zaatakowaniu przez dotychczasowego sojusznika) oraz stycznia i kwietnia 1942 roku – informując o gwałtach popełnianych na zajętych obszarach ZSRR, potępiając je i zapowiadając kategorycznie surowe ukaranie wszystkich winnych odpowiedzialnych za te przestępstwa.
Końcowym rezultatem tych przedsięwzięć było opublikowanie 1 listopada 1943 roku w Moskwie deklaracji trzech mocarstw wielkiej koalicji: Związku Radzieckiego, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, zapowiadającej, że wszyscy przestępcy wojenni wydani zostaną tym krajom, na terenie których dopuścili się dokonania zbrodni. Deklaracja ta głosiła również, że tzw. główni przestępcy niemieccy, których działalność jest „międzynarodowa”, gdyż nie da się jej określić granicami obszarów geograficznych, sądzeni będą na podstawie wspólnej decyzji sojuszniczej przez specjalnie powołany w tym celu Międzynarodowy Trybunał Wojskowy. Te właśnie akty stanowiły podstawę prawną do norymberskiego „Procesu Stulecia”, gdyż tak określiła ten sąd międzynarodowa opinia publiczna.
Jednocześnie rozpoczęła w Londynie działanie Komisja Narodów Zjednoczonych do Spraw Zbrodni Wojennych, która publikowała listy oskarżonych i poszukiwanych morderców. Komisja ta uznała, że pojęcie zbrodni wojennej obejmuje: naruszenie praw i zwyczajów wojennych, czyli zbrodnie wojenne w ścisłym tego słowa znaczeniu, planowanie, wszczęcie i prowadzenie wojny agresywnej oraz czyny dokonywane przed rozpoczęciem wojny, ale sprzeczne z elementarnymi zasadami prawnymi obowiązującymi cywilizowane narody, tzw. przestępstwa wobec ludzkości.
Po tej dygresji czas wrócić na arenę będących tematem tego tomiku wydarzeń.
Jest jesień 1945 roku. Norymberga, miasto, które znalazło się – zgodnie z powziętymi przez sojuszników ustaleniami o podziale okupowanych Niemiec – na terenie zajętym przez wojska amerykańskie. W morzu ruin ocalało wielkie, ponure gmaszysko z szarego piaskowca, budynek dawnego Pałacu Sprawiedliwości. Może nigdy wcześniej jego mury nie odpowiadały tak dokładnie pojęciu „sprawiedliwość” jak właśnie w tych dniach… W kilka dni po zajęciu tego miasta przez oddziały armii amerykańskiej zakwaterowano tu oddział artylerii przeciwlotniczej. W wielkiej sali rozpraw, straszącej powybijanymi szybami, ulokowano bar, w którym żołnierze popijali piwo. I raczej obojętnie spoglądali na wycięte z ilustrowanych magazynów fotografie roznegliżowanych girls, którymi załatano liszaje odpadającego tynku. Nawet nie podejrzewali, że już za parę miesięcy rozegra się w tej sali historyczny akt dziejowej sprawiedliwości.UWAGA, SĄD IDZIE!
Amerykańskie służby kwatermistrzowskie działają sprawnie. Gdy tylko zapadła decyzja, że Międzynarodowy Trybunał Wojskowy zbierze się w Norymberdze, właśnie w tym ocalałym budynku byłego sądu, szybko wysiedlono z gmachu chłopców z „pelotki”. W rekordowo krótkim czasie, rzucając do roboty całe kolumny jeńców (głównie byłych esesmanów!), wyremontowano i przerobiono kompleks budynków. Prowizorycznie, lecz solidnie naprawiono szkody poczynione przez alianckie bomby. Z całego miasta zwieziono meble. Jakieś ławy, fotele dawnych patrycjuszy, szafki, biurka i krzesła. Zmodernizowano też gmach więzienia. A nade wszystko zmontowano specjalny węzeł łączności (otrzymał on symboliczny kryptonim „Justice”, czyli „Sprawiedliwość”) – przeciągnięto ok. 200 km kabli, podłączono baterię aparatów telefonicznych i dalekopisów (głównie na użytek prasy, bowiem korespondenci zagraniczni zapowiedzieli liczny udział w procesie), zainstalowano radiostację dużego zasięgu.
I zmieniono wystrój głównej sali rozpraw, właśnie tej pod górującą nad budynkiem kopułą. Ze starego wnętrza pozostawiono tylko niezbyt udaną, eklektyczną w stylu, ale może z tego względu pasującą do atmosfery przygotowywanej rozprawy, rzeźbę pod symboliczno-dwuznacznym mianem „Grzech pierworodny”.
To zresztą nie było ważne. Ważny był ustawiony na podwyższeniu stół trybunału, który miał w tle stale podświetlone cztery flagi o narodowych barwach: ozdobioną złocistym sierpem i młotem czerwień Związku Radzieckiego, francuskie tricolore, krzyżujące się pola brytyjskiego Union Jack oraz gwiaździsto-pasiasty amerykański Stars and Stripes. Amfiteatralnie tłoczyły się miejsca dla sprawozdawców sądowych. Zainstalowano stanowiska dla kamer filmowych, a na jednej ze ścian umocowano zwijany ekran. Stanęły stoliki dla protokolantów i stenografów, w centrum wyróżniał się samotny pulpit dla świadków. I wreszcie ustawiona w dwóch rzędach ława oskarżonych, przed którą przygotowano miejsca dla obrońców. Na zapleczu ulokowano kabiny dla tłumaczy, połączone systemem przewodów z całą salą. Wszyscy uczestnicy rozprawy mogli jej słuchać w wybranym przez siebie języku: po angielsku, rosyjsku, francusku lub niemiecku. Nie zapomniano też o stanowiskach do nagrań na płyty najważniejszych momentów procesu (tak powszechnie obecnie stosowany system magnetofonowy był wtedy jeszcze w powijakach).
Sprawą ważną była zewnętrzna ochrona obiektu, krążyły bowiem uporczywe plotki, nie wiadomo kto je rozsiewał, że mityczne podziemie zbrojne ma zamiar odbić i uwolnić oskarżonych! Najbliższy rejon sądu otoczyła więc gęsta sieć posterunków amerykańskiej żandarmerii wojskowej, znanej powszechnie pod nazwą Military Police.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki