-
nowość
-
promocja
Spadające księżyce. Ballada o spadających smokach. Tom 2 - ebook
Spadające księżyce. Ballada o spadających smokach. Tom 2 - ebook
Bestsellerowy romans fantasy z wyjątkowym systemem magii, wspaniałymi smokami i miłością, która płonie przez wieki.
Jedna z najbardziej wyczekiwanych książek 2026 roku według Goodreads.
Raeve nadal płonie żądzą zemsty. I nadal płonie z miłości do Kaana Vaegora. Gdy dowiaduje się, że świat czeka najbardziej niszczycielski jak dotąd upadek księżyców, będzie musiała zdecydować, którą ścieżkę wybierze – śmierci, a może życia.
Kaan jest zdesperowany, by chronić swoje królestwo przed zagładą. Rozsyła wici rozproszonym przyjaciołom i bliskim, ale wciąż nie ma odpowiedzi – a czas ucieka. Oboje próbują ratować świat, któremu grozi koniec, i jednocześnie odpierać wrogów knujących krwawe intrygi. Ale najtrudniejsze, z czym przyjdzie się im zmierzyć, to tajemnica kryjąca się w przeszłości Raeve…
"Wspaniała! Ociekający krwią romans o utraconych bogach, utraconych miłościach i utraconych wspomnieniach." "Daily Mail”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: | brak |
| ISBN: | 978-83-8449-101-0 |
| Rozmiar pliku: | 8,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zupełnie jakby Ignos, Bulder, Clode i Rayne przelali swoje świadomości… dokądś indziej. Zupełnie jakby obserwowali.
Nasłuchiwali.
Zastanawiano się nad tym dziwnym zjawiskiem, ci zaś, którzy potrafili usłyszeć pieśń Stwórców, później mówili, że był to zły omen, zważywszy na to, co nastąpiło później tamtego dnienia. Ich zdaniem wielki srebrzysty księżyc księżycopióra, tkwiący na niebie ponad Zacienieniem, wyglądał tak, jakby chwiał się na swojej wysokiej grzędzie.
Najpierw z ust kogoś zmagającego się ze zbyt wielkim bólem i samotnością wydarł się krzyk. Brzmiący tak, jakby puścił zbyt ciasno ściągnięty szew. Później nadeszły słowa – wyrwane ze spragnionego serca, niezawierające zbyt wiele treści z wyjątkiem nadziei, że złagodzą ból zalegający w kobiecej piersi.
To, do czego doszło później, sprawiło, że Stwórcy wrzasnęli równie potężnie głosami łamiącymi się od złych przeczuć.
A jeszcze później…
Slátra runęła z nieba niczym rozświetlone jajo, spadając z taką szybkością, że ciągnęła za sobą pióropusz ognia. Ci, którzy to widzieli i przeżyli, opowiadali, że tuż przed tym, jak księżyc uderzył w nią z taką siłą, że całym światem aż zatrząsł dreszcz, ziemia wokół nich jakby westchnęła aprobująco. Nic dziwnego, skoro w przyszłości to wydarzenie miało doprowadzić do mocno spóźnionego wyrównania rachunków.
Stwórcy obserwowali wspólnie, jak ta, która wykluła się z księżyca, wyrywa się z pięknych, rozjarzonych szczątków; jej oczy były niczym brokat zmieszany z atramentem, a z głębokiej rany w głowie, spod której wyzierała kość, sączyła się krew. Jak przedziera się w kierunku Arithii z paskudnymi zamiarami… zanim została pojmana. Poskromiona. Wtrącona do celi pod górą, w której tkwił mężczyzna kipiący żądzą krwi.
Obserwowali, jak ją torturowano. Hartowano.
Ostrzono.
Wiedzieli, że koniec rozpoczął się tutaj, pośród echa czegoś, co nastąpiło tak wiele faz wcześniej. Że mężczyzna, którego ta zrzucona z nieba fae kiedyś kochała, przemierzał równiny z sercem przepełnionym bólem i ustami przepełnionymi słowami, które byłyby zdolne zmiażdżyć świat w proch. Że mógłby zakończyć wszystko szybciej i brutalniej niż jakiekolwiek księżycospadanie.
Że los działał przeciwko nim, że zapędził ich w kąt zbyt ciasny i duszący.
Nie opierali się, wiedzieli bowiem, że się mylą. Wiedzieli, że gdyby się opierali, przegraliby. Bo w dnieniu, gdy zastawiali swoją pułapkę, rozdzierali Caelisa na strzępy i wciskali go do klatki, która zgniotła go na wrzeszczącą mierzwę, nie wzięli pod uwagę jednego zjawiska. Czegoś tak potężnego, że nic mu nigdy nie dorówna.
M i ł o ś c i.KAAN
ROZDZIAŁ 1
Obmacywałem zimne, zwapniałe krawędzie poszarpanej dziury ziejącej w boku Slátry i wyjątkowo ostry fragment zaciął mnie w czubek palca. Ledwo rejestrowałem ból, doznanie kojarzyło mi się z żałobnym trenem za straconym przyjacielem. Niemal je pielęgnowałem; liczne blizny na dłoniach zawdzięczałem temu pięknemu srebrnemu księżycowi.
Zawdzięczałem jej.
Powoli przesunąłem się wokół zwiniętej księżycopiórki do kolejnego otworu, tym razem wąskiego, lecz tak głębokiego, że mogłem wsunąć weń całą rękę i ledwo muskałem tylną ścianę. Czasami sprawdzałem po raz tysięczny, upewniając się, że kształt jest gładki, zanim przechodziłem do następnego. Wyobrażałem sobie, że trzymam brakujące elementy, że wsuwam je na miejsca.
Nie wynikało to z chęci.
Ani zwykłego pragnienia, by dokończyć pracę, jakbym dopełniał skomplikowaną łamigłówkę.
Była to sięgająca głębi duszy potrzeba, napędzająca mnie, odkąd ona runęła z nieba. Potrzeba, która przenikała moje sny i każdy oddech na jawie, odkąd odnalazłem Raeve w tamtej celi, pobitą i zakrwawioną.
Przycisnąłem płasko dłoń pomiędzy zamkniętymi oczyma Slátry.
– Znów będziesz cała – wychrypiałem przez ściśnięte gardło. Musiałem odchrząknąć. Przyłożyłem do niej czoło pomimo chłodu tak przejmującego, że piekła mnie skóra. – Przysięgam na swoje istnienie, że nie spocznę, dopóki nie odnajdę wszystkich elementów i ci ich nie zwrócę.
Nie poruszyła się. Nie otworzyła oczu, nie ujawniła swoich sekretów. A już na pewno nie wypełniła tej poszarpanej wyrwy w mojej piersi, sprawiającej wrażenie, jakby czegoś tam brakowało. Przez wiele faz, jakie upłynęły, odkąd Elluin odeszła, aż nadto zaznajomiłem się z tym uczuciem.
Popatrzyłem na gładkie zagłębienie, które tuliło ją, zanim wykluła się jako Raeve, i w moim nazbyt miękkim sercu rozjarzył się ból innego rodzaju… niemożliwy do zignorowania.
Przemknąłem myślami do miejsca jej pobytu. Do tego, jak Líri wyła nieustannie, gdy uświadomiła sobie, że Raeve zniknęła. Że zostawiła ją w Wypaleniu i postanowiła samodzielnie szukać zemsty.
Odejść od miłości.
Włóknami swojego istnienia wyczułem każdy przenikliwy skowyt. Wciąż je wyczuwałem, gdy tylko stawałem w tamtej jaskini albo pozwalałem, by filtrowały się przeze mnie myśli Ryguna gniazdującego u jej wylotu… Choć mała księżycopiórka wydawała się wyć rzadziej. Zupełnie jakby dawała za wygraną.
Co chyba było jeszcze gorsze.
Złożyłem pocałunek pomiędzy oczyma Slátry i ruszyłem do schodów. Opuszczając mroźny pływ jej srebrzystego światła i wspinając się ku rzeczywistości, ocierałem sobie szron z brody. Przecisnąłem się pomiędzy bujnymi pnączami i wyszedłem na ciepłe powietrze ciężkie od burzy dudniącej w oddali, mijając mokre kwiaty, z których kapała woda tworząca kałuże.
Kiedy dotarłem do drzwi mojego apartamentu, przyciągnął moją uwagę odgłos trzepoczących papierowych skrzydełek.
Wyciągnąłem dłoń, by mógł na niej spocząć nadlatujący skowronek. Serce zabiło mi szybciej, gdy uświadomiłem sobie, że może pochodzić od Raeve. Czy zawiera wiadomość, że jej na mnie zależy, ale nie zamierza wrócić? Coś, czego nie potrafiłaby powiedzieć mi prosto w twarz?
Nie wydostało się ze mnie ani jedno tchnienie, dopóki nie rozprostowałem skowronka i nie przeczytałem od początku do końca treści napisanej w rdzennym języku klanów.
Nie pochodziła od Raeve.
Ulga zalała mnie niczym fala lodowatej wody.
Ponownie przeczytałem wiadomość od Terrosa, analizując najświeższe wieści z jego podróży do Bothaim. W siodle leciał z nim Rekk wieziony ku nieuchronnej zgubie.
Z radością dowiedziałem się, że dotarli tak daleko. Złożyłem skowronka z powrotem i wsunąłem go do kieszeni. Jeśli warunki pogodowe pozwolą, powinni wylądować w Bothaim za dwa lub trzy cykle.
Raeve niewątpliwie będzie czekać. Gotowa obedrzeć Rekka żywcem ze skóry. Miałem nadzieję, że każe mu błagać o śmierć, zanim z nim skończy.
Oby w ten sposób spuściła sobie z żył żądzę krwi.
Odepchnąwszy tę myśl na bok, gwałtownie rozwarłem drzwi i przecisnąłem się między zasłonami. Upewniłem się, że zamknęły się porządnie na nowo, zanim wkroczyłem głębiej do gabinetu. Palcami musnąłem struny lutni. Przystanąłem, podniosłem instrument ze stojaka, oparłem go sobie na biodrze i przeciągnąłem kciukiem po postrzępionych strunach…
Napięte tenorowe dźwięki o drażniącym zabarwieniu kopnęły mnie w pierś. Były echem tego bólu, który przenikał mnie, odkąd Elluin odeszła tak wiele faz temu.
Melodia mojego złamanego serca. Mojej miłości i żałoby.
Powinienem był już dawno wymienić te struny, ale wtedy dźwięk uległby zmianie. Byłoby to nie w porządku. Zwłaszcza że odkąd Slátra poniosła ją w niebo, grałem wyłącznie dla niej. Był to osobisty akompaniament dla jej ducha, grany w nadziei, że przyciągnie jej serce do mnie z powrotem.
Może powinienem był grać dobitniej.
Odchrząknąłem, odstawiłem lutnię na stojak, odkorkowałem karafkę z przepalaną brandy i nalałem jej do szklanki. Upiłem łyk i gdy trunek wypalał sobie drogę do moich wnętrzności, otworzyłem małą szufladę w biurku i wyciągnąłem szklany słoiczek, który schowałem tam ponad trzydzieści cykli wcześniej.
Ukłucie bólu przeniknęło mnie na widok kłębiącej się tam mgły. Zupełnie jakby w środku uwięziono maleńkie tornado.
Ups.
Osunąłem się na skórzany fotel i wziąłem kolejny łyk, odstawiłem kieliszek, a potem ulokowałem słoik na blacie i wyciągnąłem korek. Borg wylał się strugą zrzędliwej mgły, kłębił się i rozlewał, nabierając rozmiaru. Zwinął się w sobie, po czym rozciągnął dalej niż narzuta na łóżko – niemal całkowicie przezroczysty – by wreszcie skupić się na powrót w gęstą, snującą się masę, tyle że większą ode mnie, z czarnymi oczyma błyszczącymi…
Wściekłością? Nie. Rozczarowaniem.
Czyli nawet gorzej.
– Wraca nieobecny król – wymamrotał narzekający przybłęda, dryfując przede mną niczym blada chmura burzowa zakotwiczona w fiolce.
– Borg, ja też za tobą tęskniłem.
– Twoje działania świadczą o czymś innym. – Rozciągnął szeroko usta wyglądające jak paskudne, puste rozdarcie. – Gdy następnym razem przyjdzie ci do głowy, żeby wsadzić mnie do szuflady, nie rób tego.
Pochyliłem brodę i przycisnąłem pięść do piersi.
Wasz Król
CADOK VAEGOR
ogłosił, że wszyscy mieszkańcy miasta mają schronić się w
PODMIEŚCIE.
Nasze prawa
pozostają bez zmian,
tak samo jak
hierarchia.
Wszelki opór zostanie
ukarany.
Korona
– Masz rację, przyjacielu. To było nieprzemyślane. Przyjmij, proszę, moje pokorne przeprosiny.
– To zależy – znowu rozciągnął usta, tym razem w innym kierunku – czy znalazłeś mi ładniejsze naczynie.
W mordę.
– Wciąż nad tym pracuję…
– Kłamiesz. – Przemknął naprzód tak szybko, że włosy na rękach stanęły mi dęba. – Minęło ponad sto faz, a ja wciąż tkwię w tym paskudztwie. Do tego zamykanym korkiem.
Uniosłem brew.
– Jest tu spore okno…
– To bezcelowe, gdy bezrefleksyjnie wrzuca się mnie do szuflady.
Lekki uśmiech wykrzywił mi wargi.
– Słuszna uwaga.
Borg przeciągle, głęboko pociągnął nosem, podsuwając się blisko moich ust, zupełnie jakby zamierzał się tam wcisnąć i zaatakować moje organy wewnętrzne. Taka bliskość zawsze sprawiała, że po plecach przebiegał mi dreszcz.
– Wyczuwam w twoim oddechu trunek.
– Owszem.
– Przyszedłeś mnie nakarmić?
Sięgnąłem po kieliszek i uniosłem go do warg, zmuszając Borga, by cofnął się na tyle, żebym mógł wziąć następny łyk.
– To zależy – wysyczałem przez zaciśnięte zęby, grając z nim w zwyczajową grę.
Uśmiechnął się przepastnie, a potem wydął w tył, udając, że wydłubuje sobie opar spod mglistych paznokci.
– Wciąż nic nie słyszałem o tej twojej Elluin, inni też nie. Aczkolwiek dobrze odżywiony brat w Gore niedawno natknął się na kogoś, wokół kogo kłębiły się duchy wrzaskiem domagające się rozmowy z nią. Co ciekawe, część z nich należy do upadłej rodziny Nevánów.
Serce niemal wystrzeliło mi z pieprzonej klatki piersiowej.
– Za solidnego kęsa – ciągnął Borg, wciąż skupiając wzrok na paznokciach, podczas gdy we mnie wrzała krew – mógłbym poprosić brata, żeby popytał, jakie wiadomości zamierzały przekazać te duchy…
– Powiedz swoim braciom, żeby natychmiast przestali szukać ducha Elluin – warknąłem z takim naciskiem, że pokój się zakołysał, a pięści zacisnąłem tak mocno, że po kieliszku rozpełzła się siateczka pęknięć. – Ani kogokolwiek z nią powiązanego.
Borg powiał dłonią w to, co moim zdaniem było jego klatką piersiową, zupełnie jakbym właśnie go skrzywdził.
– Ale przysiągłeś karmić mnie przez eon, jeśli zdołam skontaktować się z duchem Ellu…
– Inaczej wleję cię z powrotem we Mgły.
Skurczył się do rozmiaru niedolca i podniósł na mnie wielkie oczy tkwiące w drżącym ciele.
Nie chciał tam wracać.
Przy mnie był znacznie lepiej odżywiony.
– A gdy odnajdziemy resztę twoich cennych księżycowych odłamków? – wypalił, wracając do zwykłego rozmiaru i zawisając nade mną. – Co wtedy ze mną będzie? Wlejesz mnie z powrotem we Mgły? A może zostawisz mnie w szufladzie, aż staniesz się tak stary i zgrzybiały, że zapomnisz w ogóle o moim istnieniu?
Jego słowa piekły, podmywając moją stanowczość. Wiedziałem, jak to jest zostać zamkniętym korkiem i wylądować w ukrytej szufladzie.
– Wciąż jesteś dla mnie użyteczny, Borgu. Nie brakuje mi też bolesnych wspomnień, dzięki którym mogę przekarmiać cię jak samo, jak przez ostatnich sto faz. Choć gdybym był rozsądny – mruknąłem, biorąc kolejny łyk – wymieniłbym cię na brata o łagodniejszym apetycie.
Tym razem rozpłaszczył obie mgliste dłonie na piersi.
– Nie ośmieliłbyś się. Byłem pokornym sługą.
Żarłocznym, sadystycznym sługą. Choć wydawało się to makabryczne, ten przybłęda znał mnie niemal równie dobrze jak Rygun.
Zasmakował większości mojego cierpienia, mojej straty. Za każdym razem, gdy wyciągał na powierzchnię coś bolesnego, przypominało mi to, by każdą chwilę przeżywać z poczuciem celowości. By czcić i kochać z całego serca, a dzięki temu odpychać od siebie wrzód żalu. Udawało się – przeważnie.
– Nie ośmieliłbym się – potwierdziłem szczerze. – Jesteś lojalnym sojusznikiem i wielce cenionym przyjacielem.
Borg oklapł – wszędzie oprócz wydętej piersi – i wrócił do wyskubywania mgły spod strzępiastych paznokci.
– Choć jestem taki ceniony, mam złe informacje dla nas obu, zważywszy mój obecny stan bliski wygłodzeniu.
Uniosłem brew. Zdecydowałem się nie przypominać mu, że to niemożliwe, by rzeczywiście się zagłodził.
– Niestety nie mam żadnych wieści na temat lokalizacji następnych twoich ukochanych odłamków, choć Ruchome Mgły suną dalej na północ niż kiedykolwiek w ostatnich stu fazach. – Rozsunął palce, żeby przyjrzeć się swojemu dziełu. – Mam nadzieję, że któryś z moich braci, obecnie w nich przebywających, wkrótce coś dostrzeże.
Skinąłem głową, tłumiąc ukłucie rozczarowania.
– Dobrze wiedzieć.
– Może chciałbyś wiedzieć coś jeszcze? – spytał nieśmiało, zabierając się do drugiej dłoni.
Trudno było zignorować chciwą chrypkę, która pojawiła się w jego głosie.
– W zasadzie to tak. Szukam informacji o miejscu pobytu trzech osób.
Przemknął naprzód tak szybko, że wciągnąłem raptownie powietrze i niemal dostałem zeza, próbując wciąż wpatrywać się w jego posępne oczy.
– Mów…
Wziąłem kolejny łyk, by zyskać odrobinę przestrzeni osobistej.
– Moja siostra Veya – wysyczałem. – Moja bratanica Kyzari. I mój alchemik Roan. Wszystkim z nich wysłałem skowronki. – Zakręciłem trunkiem w naczyniu. – Niecierpliwie czekam na wieści od nich.
Co za niedopowiedzenie.
Wyrwa pozostawiona przez nieobecność Raeve wypełniła się niespokojnym lękiem kojarzącym się z błyskawicami, które uderzały we wszystkie moje wrażliwe mięśnie i ścięgna. Zgodziłbym się, żeby Grihm stłukł mnie na miazgę, bo pozwoliłoby mi to skupić się na czymś innym, ale nie miałem go przy sobie.
Nie miałem nikogo przy sobie.
– Ach. Pozwól mi odbyć konsultacje. – Borg przedął się na przyzwoitą odległość i rozmył w całun mgły, która popełzła po podłodze.
– Nie spiesz się – wymamrotałem, wypełniając usta następnym łykiem.
Robiłem, co mogłem, żeby się otępić.
Niemal zdążyłem opróżnić naczynie, zanim Borg stężał na nowo w swój zwykły kształt.
– Mam informacje o twoim alchemiku – obwieścił głosem piskliwym od żarłocznej nuty.
Był niczym lojalne zwierzę, które właśnie złapało szkodnika i zrzuciło mi go na poduszkę.
– O pozostałych nic?
– Nie na tym etapie. Ale moi bracia nasłuchują.
Skinąłem głową, nalałem sobie kolejnego drinka i wysączyłem go trzema głębokimi haustami, aż paliło mnie w gardle.
– Czego łakniesz w to dnienie?
– Młodego Kaana – wypalił, wibrując z podekscytowania, a jego palce drapały powietrze, jakby były długimi pajęczymi odnóżami. – Czegoś naprawdę apetycznego, zważywszy, że tak długo kisiłeś mnie w szufladzie.
– Uczciwie – odmruknąłem, ze stukotem odstawiając puste naczynie na biurko. Prawdę mówiąc, mogło być gorzej. W moim obecnym stanie przywołanie jakiegokolwiek wspomnienia z czasów po tym, jak Elluin wyjechała do Arithii, mogłoby mnie wytrącić z równowagi.
Oparłem głowę o zagłówek i zamknąłem oczy, czując, jak Borg otacza mnie niczym kleista chmura, jak oklepuje dłońmi moje barki, szyję, potem żuchwę, rozpościera palce na moich policzkach. Odnajduje równowagę.
Rozległ się odległy, cyklonowy odgłos jego otwierających się ust, nabierający intensywności, aż zagłuszył moje dudniące serce. Później ogarnęło mnie uczucie zanurzania, jakby zimny język wślizgiwał mi się do gardła, przepychał przez moje fizyczne warstwy. Przez włókna mojej duszy. Wciąż napierał… by wreszcie przybrać kształt haka tak ostrego, że rozdzierał mnie od środka.
Zacisnąłem pięść na szczególnie bolesnym wspomnieniu tkwiącym w żarze moich wulkanicznych wnętrzności, uniosłem je i nabiłem na hak. Borg zaszemrał z uciechy i zaczął przyciągać je miarowymi cięciami…
– On jest ledwie dzieckiem! – Głos mahmi był tak głośny i smutny, że bolało mnie od niego serce. – Proszę, Osternie! Proszę, miej litość…
– Zabierz ją z powrotem do Fortecy! – warknął pahpi przez ramię, tak mocno zaciskając potężną dłoń na mojej ręce, że gdy ciągnął mnie za sobą przez podwórze, miałem wrażenie, że pęknie mi kość. Na każde jego dwa kroki przypadały moje cztery, szybkie i rozpaczliwe.
Strażnicy pospieszyli, żeby chwycić mahmi pomimo jej wielkiego, nabrzmiałego brzucha, i pociągnęli ją znów tam, skąd przyszliśmy.
Wykrzykiwała moje imię tak głośno, że łamał jej się głos. Przestałem ją słyszeć, gdy pomiędzy nami zatrzaśnięto drzwi.
Smok pahpiego kołował ponad nami tak blisko, by wzbudzać podmuch, od którego sypało mi piachem do oczu.
Skrzywiłem się i zamrugałem naprawdę szybko, próbując zdusić łzy. Gdybym zdołał przestać płakać, może pozwolono by mi wrócić do mahmi i upewnić się, czy nic jej nie jest.
Ale łzy nie przestawały płynąć. Nieważne, jak bardzo starałem się je powstrzymać, wciąż leciały kolejne.
Z dziedzińca weszliśmy pod rozkołysane drzewa, a później zaczęliśmy schodzić po wyszczerbionych schodach, na których rozpaczliwie starałem się dotrzymać ojcu kroku.
Moje nogi wreszcie dały za wygraną.
Palący grunt ścierał mi skórę z kolan i biodra, zostawiając krwawą ścieżkę. Zupełnie jak jeden z moich glinianych pisaków rozmazujący się po papierze.
Byłem poobcierany do żywego mięsa i wszędzie mnie piekło, gdy pahpi puścił moją rękę i stanął nade mną niczym wieża. Rozpaczliwie starałem się podnieść, ale dłoń zsunęła mi się za jakąś krawędź i podskoczyło mi serce.
Obejrzałem się przez ramię na ziejącą za mną dziurę. Była jak mroczne gardło czekające, by połknąć…
Ciepła wilgoć rozlała mi się po spodniach.
– Spójrz na mnie, Kaanie.
Otarłem łzy z oczu, by móc wyraźniej widzieć pahpiego. Słońce jarzące się za jego plecami sprawiało, że wyglądał jak gniewny cień.
Ciemne włosy miał nakryte koroną z brązu, która tkwiła tuż ponad głębokimi zmarszczkami wyrytymi pomiędzy stanowczymi oczyma. Mój wzrok przesunął się na trzy paciorki zwisające z jego ucha…
Czerwony.
Brązowy.
Przezroczysty.
Zadrżał mi podbródek, gdy spojrzałem na pomarańczowy kubek w jego pięści, uformowany moimi dłońmi. I to bez żadnej pomocy ze strony Buldera.
Pahpi wciąż mi powtarzał, żebym formował to, formował tamto, formował, formował, formował. Ale rzeczy, które mu dawałem, nigdy nie okazywały się wystarczająco dobre, bo słowa wydostawały się ze mnie urywane. Moje dłonie spisywały się jednak nieźle. Wydawało mi się, że jeśli zrobię dla niego coś idealnego, będzie zadowolony.
Chciałem od niego jedynie uśmiechu.
– Dlaczego płaczesz?
Bo boli mnie serce.
Bo pracowałem całymi dnieniami nad tym kubkiem dla pahpiego, a on spojrzał na niego tak, jak patrzył teraz na mnie. Jakby nie był wystarczająco dobry.
Otarłem kolejne łzy.
– Ja n-n-nie wiem…
– Czy to dlatego, że zraniłem twoje uczucia?
Przyjrzałem się kubkowi w jego dłoni, a potem znów spuściłem wzrok na długie brązowe buty pahpiego. To lepiej, niż patrzeć na jego gniewną twarz.
– Twoje serce jest zbyt miękkie, Kaanie. Zupełnie jak u twojej mah. Zupełnie jak ten kubek.
Zacisnął pięść.
TRZASK.
Skorupy ceramiki rozpadły się po ziemi niczym pokruszone szczątki mojego serca.
Przełknąłem łkanie. Wciąż jednak paliło w drodze w dół, zupełnie jakbym właśnie połknął słońce.
– Wiem, że twoim zdaniem jestem dla ciebie surowy. Twój prapah też był dla mnie surowy. Ale zapominasz, że jesteś synem króla urodzonym z niedostatkami, które mogłyby splamić dziedzictwo Vaegorów.
Te słowa wydostawały się z niego niczym smoczy warkot, potężne i krzywdzące.
Pahpi przykucnął. Czerwony skórzany strój jeździecki napiął mu się na szerokich barkach, gdy celował palcem w okruchy.
– Czas, jaki spędziłeś na formowaniu tego podarunku, powinieneś był poświęcić na swoje jąkanie. Uformuj się w kogoś godnego korony, którą Vaegorowie noszą od fazy, kiedy nasz przodek pierwszy raz dosiadł szablokosa.
Wpatrywałem się w koronę na jego głowie. We wszystkie te ostre szpikulce sterczące ku niebu.
Jak miałbym mu powiedzieć, że nie chcę być tego godny? Że po prostu chcę być godny przytulenia albo uśmiechu.
Godny jego.
Twarz pahpiego złagodniała. Zaraz jednak spojrzał na dwa paciorki, które mahmi wplatała mi we włosy, odkąd pierwszy raz usłyszałem Ignosa i Buldera… lecz nie Clode lub Rayne, na co liczył pahpi.
Uniósł górną wargę.
– Pokaż mi coś, z czego mógłbym być dumny. Inaczej okażesz się nielepszy od służącego.
Pchnął mnie.
Choć spodziewałem się tego, mimo wszystko poczułem w żołądku tak wielki ciężar, że omal nie zwymiotowałem, gdy wpadałem tyłem w mrok.
Uderzyłem w ziemię tak mocno, że nie mogłem zaczerpnąć tchu. Dzwoniło mi w uszach, zakręciło mi się w głowie. Odetchnąłem z wysiłkiem i uświadomiłem sobie, że w piersi boli mnie coś jeszcze. Jakby coś pękło we mnie i wbijało się w ważne organy.
Łapczywie chwytając powietrze, podniosłem wzrok ku światłu powyżej, okrągłemu i blademu jak księżyc księżycopióra…
Pahpi wychylał się przez krawędź. Mięśnie na karku napinały mu się, gdy wypowiadał zdanie, którego nigdy nie zdołałem prawidłowo wygłosić, nieważne, ile razy wrzucał mnie do tej dziury.
Bulder zadrżał wokół mnie, a potem zamknął się z mlaśnięciem, więżąc mnie w ciemności gorącej i gęstej, która ściskała mi gardło. Mimo to zdołałem się odezwać i wypowiedziałem polecenie, lecz sprawiło ono jedynie, że Bulder rozpadł się na odłamki, które uderzyły mnie w głowę i niemal zmiażdżyły. Spróbowałem ponownie; wokół mnie upchnęło się tyle ziemi i skruszonych kamieni, że ledwo mogłem się poruszać.
Całym mną zawładnęło przerażenie.
Wrzeszczałem, płakałem, drapałem poszarpany mrok. Błagałem Buldera, żeby wysłuchał moich urywanych słów. Nic to jednak nie dawało. Jak zawsze.
Bo moje słowa nie działały prawidłowo.
Bo nie byłem trójpaciorkowym, jak pahpi.
Bo byłem słaby, miękki, bezużyteczny…
Borg przestał spijać, rozluźnił swój chwyt. Zupełnie jakby złapał rybę na haczyk wbity w brzuch, a potem wypuścił ją do Loff, choć wypływały z niej wnętrzności.
Zaczerpnąłem gwałtownie tchu i otworzyłem oczy, gdy wspomnienie wiło się i ślizgało w moich trzewiach. Rozejrzałem się w panice dookoła. Upewniłem się, że nie tkwię uwięziony pod ziemią, gdzie wciąż próbuję opanować jąkanie. Że znajduję się w swoim gabinecie, gdzie jestem bezpieczny i sam… pomijając żarłocznego przybłędę.
Borg jęknął i odwiał się w tył.
– Biedny słodki chłopiec – wykrztusił, osadzając się w mglistą poduchę nasyconego zadowolenia. – To było przepyyyszne.
Drżącymi dłońmi nalałem sobie znów pół kieliszka, wychyliłem i trzasnąłem naczyniem o blat biurka.
– Cieszę się, że ci wystarczyło – wycedziłem, nachylając się, żeby rozmasować sobie oczy. – I co z Roanem?
– Moi bracia mieszkający w lochu w Bothaim rozmawiali z nim.
Gwałtownie wyprostowałem plecy.
– W jakim niby pieprzonym lochu?
– Nie zabijaj posłańca – odparł przeciągle, znacznie wolniej, niż bym chciał. – Roan z żalem informuje cię, że, i tu cytuję dosłownie, „zjebałem i stanę przed Trójradą za rzekomą kradzież Xięgi Pustki”.
Serce zaciążyło mi tak gwałtownie, aż zakręciło mi się w głowie.
– Kiedy?
– Za trzy dnienia – odpowiedział znów przeciągle Borg, a potem ziewnął, skurczył się do cienkiego pasemka mgły i nie mówiąc już nic więcej, wlał się z powrotem do słoika. Zostawił mnie samego z ciszą.
Patrzyłem pustym wzrokiem, wirowały mi myśli, nie potrafiłem odegnać smrodu nadciągającej wojny.
– W mordę – mruknąłem, zakorkowałem słoik, wstałem i schowałem Borga do kieszeni.
Podszedłem do drzwi i rozwarłem je. Ujrzałem tuż przed sobą Pyroka stojącego na progu, z potarganymi rudymi włosami i uniesioną pięścią. Chyba właśnie zamierzał zapukać. Wyglądał tak, jakby dopiero co wygrzebał się z posłania i od razu dopełzł tutaj.
Napotkałem jego wzrok i szykowałem się już do przekazania mu wieści, że jego młodszy brat czeka w Bothaim na proces, ale dostrzegłem, jaki jest blady. A w jego zielonych oczach widniała nietypowa dla niego panika.
Poczułem ciężar w żołądku.
– Co jest?
Futrzasta dłoń miskunn spoczęła na jego barku i chwyciła go delikatnie.
Zmarszczyłem brwi.
– Lumo?
Ukazała maleńką twarzyczkę o wielkich, bladoróżowych oczach.
– Ja tutaj. – Miskunn podciągała się coraz wyżej, aż wreszcie przysiadła Pyrokowi na ramieniu, drżąc w fałdach barwnego kaftanika, i wyciągnęła dłonie.
Zaskoczony wziąłem ją i szybko przycisnąłem do piersi.
Podkurczyła długie kończyny i wtuliła się we mnie.
Gładziłem jasne futro na jej twarzy, zerkając na Pyroka.
– Widziała coś?
– Taaak. – Podniósł dłoń i podrapał się po głowie. – No bo, ach… Nadciąga księżycospadanie.
Całe powietrze wyrwało mi się z płuc.
– I to paskudne – wymruczała Lumo spod mojej koszuli, ledwo słyszalna ponad dudniącym we mnie pulsem. – Lumo się boi.
Przytuliłem ją mocniej, chcąc ją chronić.
Nie pierwszy raz żałowałem, że jej wizje zaczęły się zaraz po tym, jak opuściła zimną kieszeń swojej zabitej mah, a nie gdy była nieco starsza. Postrzeganie takich rzeczy byłoby trudne dla każdego, a co dopiero dla małego szczenięcia.
– Czy wiesz, gdzie wyląduje, Lumo?
– Niejeden księżyc. – Wcisnęła się głębiej w moją pierś, jakby szukała tam pociechy. – Wiele księżyców.
Na Stwórców…
Rzuciłem spojrzenie Pyrokowi wciąż drapiącemu się po głowie. Pozieleniał, wyglądał, jakby miał zaraz pochylić się i zwymiotować. Wymieniliśmy między sobą bezgłośne słowa.
– Ile, Lumo? – Ująłem jej policzki i podrapałem ją za uchem, mając nadzieję przynieść jej pocieszenie. – Czy widziałaś, ile ich spadnie?
Zerknęła na mnie. W oczach wezbrały jej łzy, a potem okręciła sobie głowę puchatym puszystym ogonem.
– Zbyt wiele.KYZARI
ROZDZIAŁ 2
Skulona na sienniku przez pręty ledwo widoczne w przyćmionym świetle lampy, wpatrywałam się w brudną podłogę mojej małej, ciasnej celi. Obserwowałam, jak powolne kap… kap… kap kropli odrywających się od stalaktytu atakuje kałużę zgromadzonej rosy, i mieliłam wciąż na nowo swoją rozmowę z Królem Ścierwojadem.
Co ja narobiłam?
Powinnam była powiedzieć mu, żeby wypchał się gównem i zdechł, zamiast pospiesznie ukrywać wezwanie do mordu wśród zawijasów swojego podpisu. Jeśli skowronek leci tam, dokąd sądziłam, to naraziłam kogoś, kogo kocham. I w imię czego?
Dla siebie?
Nurzałam się w swojej pomyłce, dusząc się pod ogromnym ciężarem wiszącej nade mną góry, i uświadamiałam sobie, kim jestem.
Przynętą.
Utuczoną zwierzyną, która właśnie schroniła się w pułapce. Żadna inna odpowiedź nie była możliwa.
Może skowronek nie dotrze do Kaana? Może zamiast tego poleci do pah i mój wuj nie zostanie w to wciągnięty?
Ta myśl nie przyniosła mi szczególnej ulgi. Na pewno nie tyle, by unieść mnie z podłogi i na nowo wzbudzić we mnie pragnienie, żeby uciec z tego okropnego miejsca.
Tupałam stopą o zimny kamień i pobrzękiwałam łańcuchem, starając się stymulować umysł. Wygrzebać z siebie choć jedną kroplę nadziei lub energii, żeby zrobić cokolwiek. By rozpracować ten problem i odnaleźć drogę wyjścia.
By walczyć.
Ale cisza nigdy nie była tak głośna jak teraz.
Ściany tak bliskie.
Kajdany tak ciasne.
Może miskunn pah domyślił się, gdzie jestem. Może jedzie po mnie armia, gotowa oswobodzić mnie i zaciągnąć z powrotem do Arithii.
Do większej, ładniejszej celi, w której będę mogła się dusić.
Jęknęłam i wbiłam wzrok w stojącą przy kracie zardzewiałą tacę z breją, ostatnim posiłkiem, jaki mi podano. Podroby i stęchły chleb ozdobione obżartymi larwami.
Może się rozchoruję i umrę, zanim ktokolwiek w ogóle tu dotrze?
Zacisnęłam powieki, zagłębiając się w ten scenariusz. Wyobrażałam sobie, że leżę martwa w celi, że diadem odrywa się niczym kleszcz łaknący kolejnej ofiary, dość silnej, by zniosła działanie Kamienia Eteru.
Tyle że takiej tu nie było.
Jeśli nie znajdzie się ktoś, kto nasyci żarłoczne runy, Caelis zostanie uwolniony. Znów stanie się całością, owszem, ale gdy ujrzy mnie martwą w tej celi, wścieknie się. W głębi serca wiedziałam, że rozerwie każdego…
Rozległ się cichy trzepot skrzydełek, a potem coś wylądowało mi na dłoni.
Otworzyłam oczy.
zebu
Tak mocno zmarszczyłam czoło, że gdy wpatrywałam się w cztery litery zapisane na brzuszku skowronka, ściągnęła się skóra wokół mojego diademu. Były nienagannie połączone, wykonano je płynnym i delikatnym charakterem pisma.
Idealne.
I takie powinny być, skoro dostawałam trzcinką po palcach za każdym razem, gdy pióro wyszło mi choćby nieznacznie poza linię. Tytuł królewski nic nie oznacza, gdy twój pah pozwala, żeby traktowano cię jak monetę, która nigdy nie osiągnie wystarczającego połysku.
Wpatrywałam się w te litery, a twarda gula zaległa mi w piersi. Czułam się tak, jakbym znowu dowiadywała się, że ona nie żyje. Że wykrwawiła się, wydając mnie na świat, i nigdy się nie dowiem, jak pachniała. Jak brzmiał jej głos.
Co bym przeżywała, gdy mówiłaby mi, że mnie kocha.
Może wpadłam w obłęd i jedynie wyobrażam sobie obecność skowronka?
Uczepiłam się tej myśli niczym żądny krwi pasożyt, napychałam się nią, zaciskając powieki tak mocno, że aż bolały mnie oczy. Zdecydowałam, że skowronek, którego wyszeptałam do mah wiele faz temu, wcale nie leży teraz brzuszkiem do góry na mojej dłoni.
Otworzyłam oczy…
zebu
Niech to.
Może śnię? Może podpis też wyśniłam?
Znowu zamknęłam oczy, mamrocząc do Caelisa głuchą pieśń, która mroziła mi wargi, aż zapadłam w półsen i dryfowałam w jakimś zimnym, wysokim miejscu pośród gwiazd. Gdzieś, gdzie mogliśmy słyszeć się nawzajem. Śpiewać do siebie bezpiecznie.
Kochać się nawzajem.
Gdzieś, gdzie Caelis był cały, a nie wciśnięty w kamień osadzony na moim czole.
Była tam Surí, zamiast tkwić w królewskiej kleci księżycopiórów ukrytej pod Arithią.
Pierwszy raz poczułam w piersi jej obecność. Poczułam jej wyraźną radość, kiedy obciągniętymi perłową skórą skrzydłami rozcinała powietrze muskające mi policzki. Nie pętała jej żadna uprzykrzona eskorta, jak zawsze, gdy razem latałyśmy.
Przemierzałyśmy bezkresny horyzont pod roziskrzonym gobelinem gwiazd, jak powinno się dziać zawsze.
Wolne.
Mah też tam była… chyba.
Może jedynie sobie tego życzyłam – żeby mogła wziąć mnie w ramiona i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze…
Coś musnęło mnie w kark, wpychając z powrotem w okropną, wilgotną, smrodliwą rzeczywistość. Poczułam kwaśny odór, który nigdy nie tracił mocy.
Serce mi się ścisnęło, gdy przypomniałam sobie skowronka.
Otworzyłam oczy i ujrzałam, że moja dłoń jest pusta…
To był tylko sen.
Całe ciało rozluźniło mi się, gdy drżąc cała, odetchnęłam z ulgą.
Choć uważałam za urocze, że niektórzy lubią zbierać widmowe skowronki i zaginać im fałdy zwrotne – w ten cichy sposób informując nadawcę, że wiadomość nie została odebrana – nie w to chciałam wierzyć.
Że moja wiadomość nie doleciała do adresatki.
Zamiast tego chciałam wierzyć, że mały skowronek dotarł do mah. Że dostała mój liścik, ale nie zdołała odpowiedzieć.
Że mnie usłyszała.
Na tę myśl poczułam ból w całym ciele. Otoczyłam się ciasno rękoma i wyszeptałam do Caelisa:
– Hov ahka nuieljuak. Hov-at haquil.
Kocham cię. Jestem tutaj.
Żadnej odpowiedzi.
Wychrypiałam kolejne słowa:
– Nuieljuakui taf maruli.
Nie jesteś sam…
Ale ja byłam sama.
Gdybym miała coś ostrego, odcięłabym sobie stopę i zsunęła z niej obręcz kajdan tylko po to, by znowu usłyszeć jego głos. Aż do tej pory nie przyszło mi to do głowy.
Chyba łamałam obietnicę, którą sobie złożyłam. Więdłam, by stać się bezmyślną miazgą.
Jęknęłam, opuściłam ręce do podłogi i zabębniłam kajdanami – raz za razem. Brzękliwy łomot odbił się echem w ciasnej przestrzeni.
ŁUP…
ŁUP…
ŁUP…
Jakże rozczarowany byłby pah, gdyby ujrzał, jaka jestem nieopanowana. Och, jakże by się skrzywił. Zrobiłby jedną z tych min, po których kiedyś się moczyłam, dopóki nie stałam się wystarczająco rozsądna, żeby trzymać gębę na kłódkę i zachowywać się odpowiednio.
Zazwyczaj.
ŁUP…
ŁUP…
ŁUP…
Zaburczało mi w żołądku.
Znów spiorunowałam wzrokiem nietknięte jedzenie, próbując wykrzesać w sobie wolę, by podpełznąć tam i pochłonąć to paskudztwo.
Nie byłam głupia. Jeśli chcę znaleźć jakiś sposób, żeby stąd uciec, potrzebuję siły, nieważne, skąd ją wezmę. Jednak po tym wszystkim, co się stało, gdy nabazgrałam swój podpis i ukryłam w nim wiadomość, trudno mi było spoglądać na tę zardzewiałą tacę i wijący się na niej posiłek bez ochoty, żeby zwymiotować na kamienną podłogę.
Spojrzałam za kraty, w rozciągający się tam ciemny tunel, zastanawiając się, ile minęło dnień, odkąd aż nazbyt dobrowolnie weszłam prosto w pułapkę.
Zbyt wiele.
ŁUP…
ŁUP…
ŁUP…
Przekręciłam się na bok i zwinęłam na podobieństwo skamieniałego smoka, otuliwszy się rękoma niczym skrzydłami. Wyobrażałam sobie, że to nie ja się obejmuję, tylko robi to ktoś inny – dość mocno, by wyciskać ze mnie dech.
– Nuieljuakui taf maruli.
Znowu coś zatrzepotało mi przy szyi.
Westchnęłam.
Chyba kolejne stworzenie dotarło tu, szukając jakiegoś ciepłego miejsca, gdzie mogłoby przycupnąć. Jeśli będę musiała zabić kolejną ćmę vuillo, żeby nie złożyła mi we włosach jaj, zacznę wrzeszczeć.
Podniosłam dłoń i objęłam trzepoczące stworzenie, a potem odsunęłam ją…
zebu
Moje serce zgubiło uderzenie. Próbowałam zignorować przeszywający ból.
…to jednak nie sen.
Skowronek zamachał ogonkiem, a ja strąciłam go z dłoni i z wysiłkiem podniosłam się do pozycji siedzącej.
Zwykle tak się nie zachowują.
Wpatrywałam się w stworzenie leżące na kamieniu… Poplamione, zakrwawione, nieco pogniecione. Ostatnim razem widziałam je, gdy wdmuchiwałam mu imię w skrzydełka z całą głupią nadzieją, że prawdziwa magia istnieje.
Taka, która zsyła cuda.
Przekonana, że jeśli tylko wystarczająco się postaram, wówczas samą swoją wolą skłonię mah, żeby na nowo zaistniała, żeby znalazła się w moich ramionach. I oto był u mnie z zagiętą fałdą powrotną, wyglądający na równie wykończonego i zniechęconego jak ja sama. Był jak lustro, w które nie chciałam spojrzeć, rozczarowana wpatrzonym we mnie odbiciem.
Westchnęłam, odłożyłam skowronka na bok i przykryłam go kupką słomy.
I już.
Mroźny podmuch wdarł się do celi, pokrywając moją skórę ciarkami. Zupełnie jakby Clode drwiła ze mnie oddechem dobiegającym z zewnętrznego świata.
Powstrzymując ochotę, by ją przekląć, zebrałam porwaną, brudną sukienkę wokół nóg i zaczęłam ciągnąć za diadem. Znajome mdłości zakotłowały mi się w trzewiach, gdy głowę rozszczepił mi oślepiający ból, zupełnie jakbym starała się wyrwać sobie z czaszki grube korzenie.
Przełknąwszy ślinę gromadzącą mi się pod językiem, próbowałam wpychać paznokcie pod diadem, przekonana, że musi istnieć jakaś pieczęć, którą mogłabym złamać… Choć podczas niezliczonych wcześniejszych prób na nią nie trafiłam. A dysponowałam wtedy narzędziami znacznie solidniejszymi niż połamane paznokcie.
Ciepła krew ściekała mi z boku nosa i kapała na fałdy sukienki, gdy ciągnęłam, drapałam i szarpałam. Wzrokiem przemykałam pomiędzy literami nabazgranymi na ciemnoszarej ścianie, wyglądającymi jak wyskrobane przez dziecko uczące się pisać.
W takim miejscu.
Odsunęłam od siebie tę myśl i spojrzałam na strop pokryty księżycami nakreślonymi węgielkiem. Kojarzącymi mi się z…
Zacisnęłam powieki i ścisnęłam burczący brzuch.
Rozległ się szum trzepoczących skrzydełek. Zmarszczyłam brwi, widząc, że skowronek wznosi się, zrzucając z siebie źdźbła słomy poderwane z kupki, z której jakimś sposobem uciekł.
Nieustępliwy jest, to musiałam mu przyznać.
Obijał się pomiędzy węgielnymi księżycami, aż znalazł się bezpośrednio nade mną, a wtedy zanurkował, uderzył mnie prosto między oczy i sturlał mi się na kolana.
– Auć – mruknęłam, pocierając sobie czoło i wpatrując się w ptaszka, teraz nieruchomego, z pogniecionym dzióbkiem.
Zanadto mi to przeszkadzało.
Ujęłam jego główkę palcami i przywróciłam jej kształt, a wtedy zauważyłam niewielkie rozdarcie na skrzydle. Zupełnie jakby stoczył walkę, by tu dotrzeć.
Żałowałam, że to dostrzegłam. Że wciąż tu był i szarpał się bezcelowo. Wolny, a nie uwięziony wraz ze mną w tej rozpaczliwej, samotnej dziurze.
Położyłam go sobie na kolanie, oparłam głowę o ścianę i obserwowałam. Westchnęłam, gdy przetoczył się na grzbiet i znowu obnażył brzuch.
zebu
Przemknęłam wzrokiem do ogonka, do fałdy powrotnej zgiętej tak mocno, że został na niej nieznaczny krwawy odcisk palca. Obróciłam skowronka i zaparło mi dech, gdy ujrzałam czarny napis znikający pod zakładkami. Zupełnie jakby ktoś odpowiedział, zanim go zwrócił.
Wpatrywałam się weń, przełykając ślinę.
Co mógłby chcieć przekazać nieznajomy, co nie zostało zasugerowane samym użyciem fałdy zwrotnej? Coś w stylu: „Cześć, przepraszam. Ten skowronek latał jakiś czas bez celu. Zgaduję, że adresat umarł. Przykro mi z powodu twojej straty”.
Czy chciałam to przeczytać?
Zdecydowanie nie.
Postawiłam ptaszka na podłodze i zamknęłam oczy, próbując zasnąć. Trzykrotnie oberwałam dziobem w twarz, dokładnie między oczy. Po czwartym razie zwinęłam się w kłębek na boku i zacisnęłam zęby, słuchając, jak skowronek wzlatuje w górę. Zastanawiałam się, czy powinnam po prostu zamachnąć się ręką i trzepnąć go tak mocno, żeby już na zawsze przestał się ruszać.
Dlaczego on mnie dręczy? Chcę, żeby przestał.
– PRZESTAŃ!
Rozległ się cichy stuk, gdy runął na ziemię za moimi plecami.
Obejrzałam się przez ramię i zobaczyłam, że leży bezwładnie na boku z dziobem tak wbitym w główkę, jakby w ogóle go nie miał.
Ukłucia winy uderzyły mnie ze wszystkich stron.
On po prostu chce zostać odczytany, Kyzari. Przeczytaj to cholerstwo, to wreszcie się uciszy.
– Niech to Stwórcy wezmą.
Powoli rozplątałam się… przeturlałam… uniosłam do pozycji siedzącej i założyłam sobie skołtunione włosy za uszy. Podniosłam ptaszka i pociągnęłam go za zmiażdżony dzióbek, aż wrócił na miejsce, a potem rozwinęłam go powoli segment po segmencie, aż leżał mi płasko na dłoni.
O rany.
Poskładałam skowronka z powrotem i spojrzałam na jego dziobatą główkę.
– Czy tak twoim zdaniem wygląda gadka motywacyjna?
Drgnął i przeskoczył na grzbiet, jakby chciał zostać odczytany na nowo.
Uśmiechnęłam się pierwszy raz od… jakiegoś czasu, kręcąc głową.
– Skąd wziąłeś tyle osobowości, hmm?
Znów się zakołysał.
– Dobra – mruknęłam, a potem rozwinęłam skowronka i przeczytałam jego wiadomość…
Olśnienie uderzyło mnie niczym trzaśnięcie w twarz.
Przesunęłam wzrokiem wzdłuż szorstkiej ściany celi. Poczułam się tak, jakbym spoglądała z nieba na ciemne piaszczyste wydmy. W gładkich zagłębieniach pomiędzy żylastymi graniami kamienia wyszukiwałam niezdarne, wydrapane głęboko litery, przeskakując spojrzeniem od skowronka do ściany, odnajdując niezaprzeczalne podobieństwa w „a”… w „e”… w „n”…
Krew skuł mi lód.
Czy tę odpowiedź napisało dziecko? To samo, które przetrzymywano w tej celi?
Czy ono… się uwolniło?
Gdy kolejny raz odczytywałam wiadomość, paliły mnie oczy i płomienie nadziei zapłonęły mi też na nowo pomiędzy żebrami.
Wcale nie
Tym razem treść osadziła mi się w piersi w inny sposób. Mniej jak cierń, a bardziej jak haust rześkiego, czystego powietrza.
To prawda. Nikogo nie potrzebuję.
Przez całe życie mieszkałam w klatce. Gdy tylko sięgałam dna, zawsze znajdowałam sposób, żeby się wyrwać i zaczerpnąć tchu. Desperacja pozwalała wykuć klucze z pozornie najzwyklejszych rzeczy.
Tak, schrzaniłam sprawę, podpisując tamten świstek, który zapewne trzepotał już w kierunku wujka Kaana, ale nie będzie to miało żadnych złych konsekwencji, jeśli zdołam się oswobodzić i przejąć kontrolę nad swoimi pomyłkami.
I teraz widziałam… że jest to możliwe.
Znów złożyłam skowronka, zamknęłam go w dłoniach i przysunęłam sobie do twarzy.
– Przepraszam, że na ciebie krzyczałam – wyszeptałam, a potem położyłam go sobie na obojczyku. Zakołysałam się, zerkając na wijący się posiłek, a strumień determinacji podsycał ogień w moim sercu. – Znajdę sposób, żeby nas stąd wydostać. Obiecuję.
Nawet jeśli oznaczało to, że muszę zacząć pochłaniać to obrzydlistwo.RAEVE
ROZDZIAŁ 5
Wspomnienie zerwało się. Zupełnie jakby coś wbiło pięść w moją duszę, chwyciło w garść wszystko, w co tylko zdołało wcisnąć pazury, i pociągnęło.
Dudniło mi serce, a umysł obijał się o poszarpane krawędzie wszystkiego, co pochłonęłam.
To było…
Ja byłam…
Chwyciłam szablę, odepchnęłam się nogami od lodowej kolumny, pomknęłam ku powierzchni przez plątaninę srebrnych nici owijających mi się wokół palców i rąk. Miałam zaciśnięte gardło, nagle desperacko łaknęłam powietrza. Tonęłam pod tą stertą jajokształtnych kamieni.
Dotarłszy do bariery, pchnęłam szablą w górę z takim zapałem, że czubek wbił się głęboko w lód. Siatka cieniutkich pęknięć rozlewała się, gdy dźgałam, dźgałam, dźgałam, z każdym zaciekłym ciosem starając się zdrapać z siebie plamy wszystkiego, co przed chwilą w siebie przyjęłam.
Coś wielkiego i świetlistego poruszyło się w górze, zamazane przez popękany lód.
Zamarłam, czas się rozciągał. Wszystkie włoski na rękach i nogach stanęły mi dęba.
Kształt pęczniał, wydawał się…
Zbliżać.
Kurwa.
Lód zapadł się z taką siłą, że trafiłam w wir odłamków, srebrnych nici i skotłowanej wody.
Rozpaczliwie brnęłam ku powierzchni, a prymitywne instynkty podpowiadały mi, że woda ulega rytmicznemu przemieszczaniu. Słyszałam miarowe bum-łup, bum-łup. Zupełnie jakby moja Inna płynęła przez jezioro pode mną do znajomego pulsu trzepoczących skrzy…
Mocniej wierzgnęłam nogami. Płynęłam szybciej. Nie ważyłam się patrzeć w dół, gdy przepychałam się przez ostre lodowe fragmenty i wpadałam na kamienisty brzeg, potykając się o ostre głazy. Wspinałam się tak szybko, że zakręciło mi się w głowie.
Nie napawałam się odzyskaną wolnością, bo część mnie wciąż tkwiła w tym zimnym, bezgłośnym miejscu. Wciąż sunęła przez nieskończoną czerń z pulsem przywiązanym do kogoś innego.
Mała dziewczynka z wielkim sercem przepełnionym ciepłem.
Olśnienie wlazło mi po żebrach i przycupnęło pomiędzy łopatkami, pazurkami przebijając mi skórę i kręgosłup…
Tamta srebrzysta księżycopiórka wybrała niebieskookie, ciemnowłose dziecko, bo wyczuła w nim dobroć. Bo ujrzała, że dziewczynka, zamiast uciekać, zażarcie chroni tych, których kocha.
Zamiast się kryć.
Dziecko o takiej sile, odwadze i dzielności… które byłoby rozczarowane, gdyby wiedziało, jak tchórzliwe się stało.