Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Spalona ziemia - ebook

Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 lutego 2026
59,90
5990 pkt
punktów Virtualo

Spalona ziemia - ebook

Porywające zakończenie cyklu "Mroczne Wybrzeża"

Lidii i Killianowi udało się wydostać z rąk wroga, choć nie uniknęli przy tym konsekwencji. Teraz próbują pokonać zarazę, a Lidia prowadzi jednocześnie wewnętrzną walkę przeciwko wpływom Zepsucia, ze świadomością, że jeśli poniesie klęskę, doprowadzi to do śmierci wszystkich, których kocha. Killiana zaś dręczy przeczucie, że w tej wojnie nie można zwyciężyć zwykłą bronią. Mężczyzna musi też odnaleźć królową, dla której tak wiele ryzykowali, unikając przy tym armii Zepsucia, żywych i martwych.

Teriana i Marek przetrwali skrytobójczy zamach, ale muszą teraz żyć z mrocznymi prawdami, które wyszły na jaw. Teriana na własne oczy przekonuje się, w jakich koszmarnych warunkach, więzieni są jej rodacy, co skłania ją do zawarcia niebezpiecznej umowy z Cesarstwem. Marek, dręczony poczuciem winy z powodu swoich zbrodni, decyduje się na ambitną kampanię, by ocalić tych, których skazał na zagładę – jednocześnie ryzykując, że stanie się zdobywcą, którego pragnie widzieć w nim Cesarstwo.

Zaraza pochłania wszystko na swojej drodze, Cesarstwo miażdży wszystkich, którzy próbują mu się przeciwstawić, a Reath zalewa fala zła. Na jaw wyjdą tajemnice, które złamią serca, choć jednocześnie doprowadzą do zawarcia nowych sojuszy. Jedynie największe poświęcenia mogą zmienić przebieg walki o wolność wszystkich narodów Reath.

„Wspaniałe, odważne pożegnanie ukochanych bohaterów” – „Kirkus Reviews”

„Wszystko, czego szukam w fantasy” – Sarah J. Maas

„Epicka” – Booklist

„Widowiskowa” – „The Bulletin of the Center for Children’s Books”

„Wybitna” – „Kirkus Reviews” (wyróżniona recenzja)

„Porywająca” – „School Library Journal”

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68181-41-8
Rozmiar pliku: 4,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1 KILLIAN

Nadchodziła noc, a wraz z nią potwory.

Ramiona Killiana paliły, każdy jego mięsień drżał z wyczerpania. Ubranie miał mokre od potu po całym dniu wiosłowania po jeziorze, które wydawało się wielkie jak ocean, choć jednocześnie gładkie jak szkło.

Musiał znaleźć kryjówkę.

Po nadejściu ciemności i z powodu braku mgły, która ukryłaby łódkę, było jedynie kwestią czasu, aż odnajdą ich deimosy, a wtedy spadnie na nich gniew armii Rufiny. Los, którego Killian desperacko pragnął uniknąć, ale zepsuta w jego łodzi nie mogła się go doczekać.

Lidii właściwie nie dało się rozpoznać. Z każdą godziną, która upłynęła od ich ucieczki, wściekłość i głód w jej oczach narastały. Były jak czarne okna do podziemnego świata, w które nie mógł patrzeć, bo to nie była Lidia.

To nie była dziewczyna, którą kochał.

„Tyle, że to właśnie ona – szeptał głos w głębi jego duszy. – To, że ma w sobie coś takiego, nie znaczy, że to nie jest ona”.

Bogowie, nie mógł znieść tej mrocznej prawdy. Musiał ją uciszyć, ale wtedy uciszyłby samego siebie.

„Jeśli już raz nad nim zapanowała, to może zapanować ponownie. Jest silna”.

Modlił się, by była to prawda, choć miał mnóstwo dowodów na to, że jest wręcz przeciwnie. Trzy razy uwolniła się z więzów. Jego ubranie było poszarpane, bo wyrwał z niego mnóstwo pasów tkaniny, żeby zapanować nad jej niewiarygodną siłą i ­zakneblować ją, uniemożliwiając jej wezwanie Rufiny na pomoc. W ciągu kilku godzin przeszła od rozpaczliwego pragnienia zabicia królowej Derinu do postrzegania jej jako wybawicielki.

A wszystko to z powodu głodu, który ją pochłaniał.

Chciał założyć jej opaskę na oczy. Chciał ukryć się przed tym złowrogim spojrzeniem, które pobudzało jego instynkty i żądało, by walczył. Żądało, by zabijał.

– Kieruję się w stronę brzegu. – Spojrzał na ukryte w cieniu wybrzeże. – Musimy znaleźć jakąś osłonę na noc. – Wbrew woli przeniósł wzrok na twarz Lidii.

Obserwowała go, splątane czarne włosy lepiły się do jej twarzy.

Zniknęła oszalała, rozgorączkowana istota, a on niemal pragnął jej powrotu, bo teraz w czarnych jamach, które na niego patrzyły, kryło się wyrachowanie. Przebiegłość. Czekała na chwilę jego słabości, czekała z zadaniem ciosu na odpowiedni moment – który z pewnością się pojawi, kiedy opuszczą łódź.

– Nie zrezygnuję z ciebie – powiedział. – Możesz walczyć przeciwko Zepsuciu. Pomogę ci.

Killian czekał na jakiś sygnał, że bogini wciąż znajdowała się w jej wnętrzu. Płomyk nadziei, którego mógłby się trzymać. Tymczasem wokół jej knebla pojawił się wręcz zwierzęcy uśmiech. Zęby Lidii były czerwone, bo materiał rozciął jej wargi.

„Zabij ją”.

Z powrotem przeniósł wzrok na ciemne wybrzeże i odetchnął głęboko. „Wiosłuj – powiedział sobie. – Musisz się skupić na unikaniu deimosów”.

Słońce za jego plecami opadało coraz niżej, jego blask rozświetlił coś, co na pierwszy rzut oka uznał za bagno mangrowców, ale co po chwili okazało się martwym lasem. Z mętnej wody wystawały drzewa różnych gatunków, ich gałęzie były nagie i pozbawione życia poza porastającymi gnijącą korę smrodliwymi grzybami. Killian znalazł szczelinę, w której zmieściła się jego łódź, i w chwili, kiedy blask słońca zniknął za horyzontem, wpłynął pod ich martwe korony.

Przerwał wiosłowanie, żeby złapać oddech, a łódź w tym czasie dryfowała coraz dalej w głąb mokradła.

Kiedy zapadła noc, grzyby na drzewach ożyły i zaczęły emanować ciemnozielonym blaskiem, który pozwalał dostrzec otoczenie. Pnie były rozmieszczone tak gęsto, że Killian musiał wciągnąć jedno wiosło i odpychać się drugim, powoli lawirując w głąb martwego lasu i, jak miał nadzieję, bliżej lądu. Zapach stał się bardziej siarkowy i dziwny, a w półmroku drzew pełzały drobne cienie, które jednak zamierały w momencie, gdy na nie spojrzał.

I wtedy woda się poruszyła.

Killian przestał wiosłować, kiedy masywna sylwetka podpłynęła do nich, a później przemieściła się pod nimi. Uderzyła w kadłub łodzi, kołysząc nim gwałtownie. Killian wstrzymał oddech, czekając na atak.

Ale stwór popłynął dalej, jego gadzi ogon kołysał się na boki, kiedy podążył tam, skąd przybyli oni. Killian stężał, kiedy ­Lidia się przesunęła, jednak nie próbowała szarpać się w więzach.

A w każdym razie jeszcze nie.

Nie wiedział, czy płynięcie w głąb było właściwe, bo wszystko w tym lesie wydawało mu się niewłaściwe. Wszystko nosiło ślady dotyku Zepsucia. Był pewien, że światło dnia ukaże takie same czarne żyły jak te, które rozciągały się przez Mudamorę. Żyły, które odbierały życie wszystkiemu, czego dotknęły. Dzieło opiekunów – tych wybranych przez Yarę, by mieli władzę nad ziemią – których znaki zostały splugawione przez podziemny świat.

To sprawiło, że przypomniał sobie Malahi. Możliwe, że była ostatnim nietkniętym opiekunem na kontynencie, co oznaczało ostatnią osobę zdolną odwrócić los.

O ile jeszcze żyła.

Znalazł niespodziewanych sojuszników w osobach Agrypy, generała armii Rufiny, który ją opuścił, i Bairda, olbrzyma naznaczonego przez Gespurna, ale choć może udał im się szalony plan wydostania królowej Mudamory z Helathy, z pewnością deptała im po piętach ta połowa armii Rufiny, która nie goniła Killiana. Agrypa był pomysłowy, ale jeden człowiek niewiele mógł poradzić na wszystkie narzędzia, które Rufina miała do dyspozycji.

„Jest jak jest – powiedział sobie. – W żaden sposób im teraz nie pomożesz. Skup się na pozostaniu przy życiu”.

Czuł się jednak sparaliżowany przez niezdecydowanie, a ciężar spojrzenia Lidii sprawiał, że miał ochotę zacząć krzyczeć. Miał ochotę się wściekać, bo gdzie było Sześcioro? Dlaczego tak łatwo im przyszło porzucić swoich naznaczonych? Nie tylko naznaczonych, ale całą Mudamorę.

Nad ich głowami rozległ się wrzask i Lidia zesztywniała. Killian rzucił się na nią i przycisnął dłoń w rękawiczce do jej ust, żeby uciszyć krzyk, który przywołałby deimosy patrolujące niebo.

Bo odmawiając Lidii szansy na kradzież życia, co złagodziłoby głód palący jej wnętrze, Killian stał się jej wrogiem. A wróg jej wroga był jej przyjacielem.

Szarpała się pod nim i Killian modlił się, by materiał, którym skrępował jej ręce, utrzymał się na miejscu.

Raz udało się jej go dotknąć. W ciągu tych kilku sekund, zanim ją od siebie oderwał, ukradła mu życie, a to wspomnienie sprawiało, że czuł mrowienie skóry.

– Cii – szepnął, czując, jak kobieta przyciska do niego twarz i próbuje ugryźć go przez knebel. – Wkrótce polecą dalej.

Na te słowa zaczęła szarpać się jeszcze bardziej. Skomlała z desperacją.

– Przestań. – Przycisnął twarz do jej splątanych włosów. – Musisz z tym walczyć. Musisz do mnie wrócić.

Kiedy łoskot skrzydeł deimosów ucichł, wypuścił ją. Głos Lidii był zniekształcony, ale dość wyraźny, by zrozumiał, kiedy powiedziała:

– Nienawidzę cię.

Nie po raz pierwszy wypowiedziała te słowa, ale za każdym razem czuł się tak, jakby przekręcała nóż wbity w jego wnętrzności. Te słowa pochodziły od jej głodu, nie z serca, ale jeśli nie uda jej się zapanować nad ciemnością, ile zostało jej czasu, zanim głód pochłonie ją w całości? Killian udał, że nie dostrzega jadu, sięgnął po unoszące się na wodzie wiosło i ruszył w głąb lasu.

Drzewa, choć wciąż martwe i zbutwiałe, rosły coraz gęściej, zmuszając go do wycofania się i poszukania innej drogi w stronę lądu. Zaczął się zastanawiać, czy w ogóle dotrą do brzegu, czy też o świcie zostanie zmuszony do powrotu na jezioro. Albo, co gorsza, utknie i będzie musiał brodzić w ohydnej wodzie, w której mieszkały nieznane stwory.

Choć żaden z nich nie był bardziej niebezpieczny od tego, którego musiałby nieść na rękach.

– Zaraza – warknął. – Zaraza, zaraza!

Lidia tylko zaśmiała się przez knebel, a dźwięk ten sprawił, że zrobiło mu się niedobrze. Otworzył usta, by kazać jej się uciszyć, kiedy jego uwagę zwróciło światło z przodu.

Nie upiorny zielony blask grzybów, ale żółte migotanie latarni.

Jak ludzie Rufiny ich znaleźli? Jak mogli poruszać się tak szybko?

I wtedy usłyszał głos.

To nie były ostre okrzyki żołnierzy w czasie poszukiwań, tylko cichy, pozbawiony słów kobiecy śpiew.

Killian wahał się przez krótką chwilę, po czym podpłynął bliżej, a wtedy pomiędzy drzewami ukazał się niewielki pagórek. Na jego szczycie wznosiła się chatka, jej rozświetlone okna były szeroko otwarte, pozwalając pieśni wylewać się na zewnątrz.

Lidia spięła się, jakby nie podobał się jej ten głos. Było w nim jednak coś, co przyciągało Killiana. Wyskoczył i przeciągnął łódkę przez wodę, ale się zawahał. Nie chciał stawiać czoła nieznanemu ze związaną Lidią przerzuconą przez ramię, jednak nie ufał też, że pod jego nieobecność nie znajdzie jakiegoś sposobu, żeby uciec.

Przeklinając pod nosem, sprawdził materiał, którym skrępował jej ręce. Później podniósł ją, zaciskając zęby, kiedy się szarpała.

– Nie ruszaj się.

Ignorując jej wściekły grymas, niósł ją po gąbczastym zboczu do chaty. Woń dymu z palonego drewna przytłumiła siarkowy odór martwego lasu, a trawa pod jego stopami była bujna i żywa. Wyspa życia na bagnie śmierci. Killian zwalczył chęć, by przyspieszyć kroku.

Chata była mała, zbudowana z nierówno ociosanych bali, ale w oknach wisiały różowe zasłony lamowane koronką, a głos… Coś w nim działało jak balsam dla jego umęczonej duszy. Przerzuciwszy Lidię przez bark, wyciągnął rękę, żeby zapukać do drzwi, ale same się otworzyły, ukazując starą kobietę z długim siwym warkoczem na ramieniu. Jej obecność miała taką moc, jaką wcześniej czuł tylko raz w życiu, kiedy jako dziecko został naznaczony.

Stłumił pragnienie, by osunąć się na kolana.

Przygarbiona staruszka uśmiechnęła się do niego.

– Wejdźcie do środka, kochani. Czekałam na was.ROZDZIAŁ 2 TERIANA

– Gdzie jest Marek?

Wszyscy trzej mężczyźni wpatrzyli się w nią. Cóż, dwaj mężczyźni i chłopiec, bo choć Austornic był legatem Pięćdziesiątego Pierwszego Legionu, miał trzynaście lat. Fakt, że do tego był chudy jak patyk i sięgał czołem do piersi Teriany, nie pomagał w traktowaniu go poważnie.

Dowódca Wex odchrząknął.

– Odszedł.

Teriana odetchnęła głęboko, co jednak wcale jej nie uspo­koiło. Od poprzedniego wieczora, kiedy to Marek złamał jej serce i porzucił ją w willi senatora Waleriusza, nie zmrużyła oka.

Na podstawie informacji uzyskanych od ludzi Austornica, którzy plotkowali równie chętnie, co ci z Trzydziestego Siódmego, starała się zrozumieć, co dokładnie się wydarzyło.

Przede wszystkim dowiedziała się, że legat Hostus z Dwudziestego Dziewiątego dostał zadanie wytropienia Marka.

Marek powiedział jej wiele złego o Hostusie. Od podkomendnych Austornica dowiedziała się jeszcze gorszych rzeczy. Legat Dwudziestego Dziewiątego był nie tylko sadystą, ale podobno również kanibalem i więcej niż kilku z jego żołnierzy podzielało te skłonności. Za każdym razem, kiedy opuściła powieki, widziała zielone oczy Hostusa. Czuła jego dłonie, kiedy ją przytrzymywał, i gorąco jego oddechu. Ślad, który jego nóż zostawił na jej szyi, wciąż ją bolał. „Jeszcze się rozliczymy”.

– Więcej szczegółów poproszę – powiedziała przez zaciśnięte zęby.

Żaden nie odpowiedział. Co było typowe. W tym całym chaosie politycznej walki o władzę były dziesiątki graczy, których celów nie potrafiła zrozumieć, ale choć sama znajdowała się w samym środku tego zamętu, wszyscy próbowali utrzymać ją w nieświadomości. Dla jej własnego przeklętego przez ­bogów dobra.

Dla jej bezpieczeństwa.

Powiedzieli jej jedynie, że winą należy obarczyć Lucjusza Kasjusza. Prokonsul Celendoru zamierzał władać całością ­Reath i nie obchodziło go, czy w tym celu będzie musiał zaszantażować, uśmiercić czy podporządkować wszystkich, którzy stanęli mu na drodze. Kasjusz próbował zamordować Marka i jego rodzinę, ale Marek zabił skrytobójców. Jednemu podobno wgniótł czaszkę marmurową rzeźbą – Teriana wolałaby nie znać tego szczegółu. Wszystko zostało po cichu uprzątnięte przez jego matkę i siostrę, podczas gdy ojciec próbował bronić Marka w Senacie, bo najwyraźniej Kasjusz upierał się, że opuszczenie przez legata stanowiska bez zezwolenia jest dezercją i z tego powodu zasługuje na śmierć.

A było dopiero późne przedpołudnie.

Teriana coraz bardziej pochmurniała, ale pod jej złością kryła się panika.

– Przynajmniej powiedzcie mi, że jest bezpieczny.

– Domicjusz przekonał Senat, że choć decyzja Marka, by odejść wbrew rozkazom, była impulsywna i zasługuje na reprymendę, nie jest zdradą – powiedział w końcu Waleriusz. – Zostanie mu udzielona oficjalna nagana na piśmie. Trwają dyskusje nad jej sformułowaniem.

„Nagana na piśmie”.

Teriana wcisnęła kosmyk włosów z powrotem pod chustę, która utrzymywała je z dala od jej twarzy. Miała dość biurokracji. Wiedząc, że od Waleriusza nie dowie się więcej, przeniosła spojrzenie na Wexa. Mentor Marka miał nieprzeniknioną minę, ale podejrzewała, że mężczyzna, który prowadził szkołę legionów w Lescendor, odnosił się do polityków jak każdy żołnierz. Co więcej, wiedziała, że ma słabość do swojej myszki z biblioteki.

– Czy to znaczy, że Hostus się wycofa?

Wex powoli wypuścił powietrze z płuc.

– Nie. Ludzie Hostusa zginęli z rąk Marka, więc Dwudziesty Dziewiąty wyruszy na polowanie z żądzą zemsty w sercach. Już wcześniej byli skłóceni, a to jeszcze pogorszyło sytuację.

– Ale jeśli Markowi uda się dotrzeć do rdzenia – Teriana unios­ła swoją prostą mapę pokazującą rdzeń xenthiera prowadzący z Celendoru do Bardeen – przed ludźmi Hostusa, nikt go nie złapie. Nie podążą za nim przez rdzeń z Bardeen do Arinoqui. Zgadza się?

Wex przeniósł spojrzenie na Austornica, który przestąpił z nogi na nogę, bo lokalizacja rdzeni miała być tajemnicą.

– Marek pokazał mi dokument ze wszystkimi oznaczonymi i nieoznaczonymi rdzeniami na Wschodzie. Twoi ludzie tylko potwierdzili to, co już wiem.

Nie była to do końca prawda, bo choć Marek rzeczywiście pokazał jej mapę, widziała ją tylko przez krótką chwilę. Ale te słowa wystarczyły, by rozwiązać język prymusa Austornica.

– Teriano – powiedział łagodnie – pokazywanie tej mapy uważane jest za…

Urwał, kiedy posłała mu obojętne spojrzenie.

Wex krążył po bibliotece, od czasu do czasu pociągając łyk wody z ogórkiem ze szklanki.

– To dla ciebie dobra lekcja, Austornicu. Jesteś przyzwyczajony do funkcjonowania w ramach Lescendor, gdzie wszyscy postępują zgodnie z zasadami. Inaczej jest w realnym świecie, gdzie zasady są łamane z rozlicznych powodów. Gdzie gracze na planszy nie są kawałkami marmuru, ale istotami ludzkimi, które mają własne cele, ambicje i – spojrzał na Terianę – pragnienia wpływające na ich posunięcia.

Podrapała się po brodzie środkowym palcem, ale zamiast uznać to za obelgę, Wex uśmiechnął się do niej ze smut­kiem.

– Hostus wyróżnia się jako najbardziej okrutny legat w aktywnej służbie. Pomimo to nie jest głupcem. Wyszkolono go, by był przygotowany na różne ewentualności, co znaczy, że był gotów na ucieczkę Marka. Spodziewał się, że ten skieruje się do Bardeen. I dlatego on – Wex postukał w jej mapę – nie ruszył tą drogą.

Zrobiło jej się zimno.

– Ale to najszybsza droga do Bardeen.

– Nie – sprzeciwił się Austornic. – Jedynie najbardziej bezpośrednia.

– Szaleństwo. – Waleriusz pokręcił głową.

Młody legat skierował się do oprawionej w ramy mapy Cesarstwa wiszącej na ścianie biblioteki i przeczesał dłonią krótkie ciemne włosy, wpatrując się w nią z uwagą.

– Dlaczego szaleństwo? – Ich reakcja sprawiła, że Teriana się spięła. – Myślicie, że popełni błąd? Że Hostus go złapie?

Oczyma duszy widziała Marka zaciągniętego przed legata Dwudziestego Dziewiątego i z trudem powstrzymała mdłości, kiedy wyobraźnia podsunęła jej wszystkie koszmarne rzeczy, które zrobiłby mu Hostus.

– Istnieją możliwości. – Austornic przesuwał wzrokiem po niepodpisanej mapie, jakby znajdowały się na niej wszystkie rdzenie xenthiera, które kiedykolwiek odkryło Cesarstwo. W jego głowie pewnie tak było. – Ale nie mogę znaleźć ścieżki obejmującej mniej niż osiem skoków.

– Niemożliwe. – Waleriusz przeczesał dłonią rzednące jasne włosy. – Wysiłek jest zbyt wielki, by ktokolwiek go zniósł. Jeśli spróbuje, umrze.

„Umrze?”

– Ktoś to zrobił – odparł Wex. – Nie jest to niemożliwe, bo inaczej bym na to nie pozwolił.

„Co ktoś zrobił?”

– Zasada trzech. – Głos Austornica zagłuszył pozostałych. – Nigdy więcej niż trzy skoki jeden po drugim.

– O czym wy mówicie?! – Jej słowa zabrzmiały jak krzyk.

Wszyscy trzej popatrzyli po sobie, ale to Austornic odpowiedział:

– Podróżowanie przez xenthiery obciąża ciało. Jestem pewien, że znasz wrażenie zawrotów głowy i dezorientacji, prawda? – Kiedy pokiwała głową, mówił dalej: – W kolegium trwają nieustające spekulacje na temat mechaniki działania xenthierów, ale nie będę cię zanudzał teoriami na temat wpływu skrajnego przyspieszenia i hamowania na ciało, bo ciebie obchodzą tylko konsekwencje.

– Dziękuję, że mi tego oszczędzisz.

– Każda podróż jest jak niewielkie uderzenie w głowę. Coś, z czego łatwo się otrząsnąć. Ale jeśli ktoś wędruje ścieżkami jedna po drugiej, kolejne uderzenia nakładają się na siebie. Jak ciosy jeden po drugim, skutek jest oczywisty. Aby uniknąć trwałego uszkodzenia, należy ograniczyć się do trzech skoków w ciągu tygodnia. To, co robi Marek, jest odpowiednikiem uderzenia taranem w głowę.

– Czy on o tym wie? – Przycisnęła palce do czaszki, czując ból fantomowy. – Nieważne. Jasne, że wie.

– Możliwe, że wymyślił ścieżkę z mniejszą liczbą skoków, która pozwoliła mu dotrzeć do Hydrilli przed Dwudziestym Dziewiątym – powiedział Wex. – Cesarstwo przecinają setki ścieżek, a on zawsze dobrze sobie radził z układankami. Jest równie możliwe, że uznał, że nie da się tego zrobić, i przyczaił się gdzieś w Cesarstwie.

Tylko że Marek nie wierzył w określenie „nie da się”, kiedy dotyczyło jego, a to znaczyło, że zrobił to niezależnie od ryzyka.

– Ale powiedzieliście, że inni przeżyli ile kolejnych skoków?

Nim którykolwiek z nich zdążył odpowiedzieć, w drzwiach stanął służący trzymający tacę ze złożoną wiadomością. Waleriusz przeszedł przez pomieszczenie, wziął kartkę, a jego ponura twarz spochmurniała jeszcze bardziej, kiedy podniósł wzrok na Terianę.

– Kasjusz zgodził się z tobą spotkać.ROZDZIAŁ 3 MAREK

– Co z nim nie tak? Dlaczego mu się pogarsza?

Głos Tytusa przebił się przez oszołomienie, ale Marek zacis­kał powieki. Mgła spowijająca jego myśli nie chciała się rozwiać, a jeszcze bardziej pogarszał ją pulsujący ból w czaszce, który sprawiał, że Marek chciał się zwinąć w kłębek. Ukryć się przed światłem i dźwiękiem, bo one sprawiały, że ból przybierał na sile.

Miał jedynie niejasne wspomnienia tego, co wydarzyło się od chwili, kiedy obudził się w obozie Tytusa bez pancerza, listu, który dał mu Wex, i wszystkich innych dowodów, że był w Celendrialu. To odzyskiwał przytomność, to ją tracił, ale ciągle dręczył go ten sam sen, w którym Tytus pochylał się nad nim i szeptał: „Mogę nie powstrzymać Trzydziestego Siódmego przed zemstą na tobie. Oni są wściekli, Marku. I to już nie ten sam legion, który zostawiłeś”. I za każdym razem, kiedy odzyskiwał przytomność, jego pierwsza myśl brzmiała: „Co jeszcze się wydarzyło?”.

Nie został przeniesiony z podłogi namiotu Tytusa i niewyraźnie słyszał odgłosy legionistów zwijających obóz. Powietrze pachniało mokrym popiołem, kiedy gasili ogniska, na których gotowali. Często wspominali imię Marka, ale nie tak często jak inne słowo.

„Dezerter”.

– To musi być uraz głowy po tym, jak został pobity.

– Powiedziałeś, że nie ma pękniętej czaszki!

– Bo nie ma, ale ma podbite oko, wiemy więc, że został uderzony. Urazy głowy bywają nieprzewidywalne.

„Nie”, próbował powiedzieć Marek, ale wydał z siebie jedynie niezrozumiały odgłos.

– Napraw go! – warknął Tytus. – Jesteś pieprzonym chirurgiem, zrób coś!

– Nic się nie da zrobić, Tytusie! Nawet Racker nie mógłby wyleczyć tego, co mu się stało. Jest trupem, to pewne.

„Trup”.

Waga tych słów przebiła się przez oszołomienie, ciężar porażki sprawił, że Marek miał ochotę zacząć krzyczeć.

– Zaraza! – wrzasnął Tytus. – Zaraza, zaraza, zaraza! Jeśli on umrze, Trzydziesty Siódmy obarczy nas winą!

– Dlaczego? I tak by go zabili.

– To coś innego! – Głos Tytusa był jak noże w mózgu Marka. – Oni muszą być tymi, którzy go zabiją. To muszą być oni. Nie rozumiesz?

Błogosławiona cisza.

– To twoja sprawa, jak chcesz sobie poradzić z komplikacjami tej sytuacji – odparł w końcu chirurg. – Ale on nie przeżyje drogi do Aracam. Jeśli pozwolisz, oddalę się do innych pacjentów, którym rzeczywiście mogę pomóc.

– Idź!

Chirurg zasalutował i wyszedł.

– Cóż za ironia losu – powiedział Tytus.

Marek z początku sądził, że te słowa były skierowane do niego, ale wtedy uświadomił sobie, że Tytus mówił nie po celendorsku, lecz po arinoquiańsku.

– Tyle razy próbowałem go zabić, a teraz, kiedy potrzebuję, żeby przeżył, on na złość umrze. Feliks nie uwierzy, że po prostu na niego natrafiłem. Będzie myślał, że przez ten cały czas trzymałem go gdzieś uwięzionego, i zamiast wychwalać mnie za dostarczenie ich gównianego dezertera, zażądają mojej krwi.

– Lepiej się go pozbyć? – spytał głos, który brzmiał nieco znajomo. – Spalić trupa?

– Zbyt wielu moich ludzi wie, że on tu jest. Nie utrzymam tego w tajemnicy. – Kroki Tytusa były jak dudnienie gromu, kiedy krążył wokół Marka. – Dlaczego wszystko idzie nie tak?

Marek zmusił się do uniesienia powieki. Tytusowi towarzyszył stary mężczyzna o mahoniowej skórze Gamdeshanina. Ten sam, który był w namiocie Tytusa, kiedy Marek się obudził. Ale ból zmusił go do opuszczenia powieki, żeby ochronić się przed przenikliwym światłem.

– Może jeszcze przeżyć. – Głos Gamdeshanina brzmiał uspo­kajająco. – Nie oddawajcie wszystkiego, co uzyskaliście, paniczu. Jesteście dowódcą wielkiej armii i wkrótce to wy poprowadzicie Cesarstwo do zwycięstwa nad tymi ziemiami.

– Interesuje cię jedynie nagroda za udzieloną mi pomoc – odparł cierpko Tytus. – Ale wiedz, że jeśli ja upadnę, ty upadniesz ze mną. Napój go i utrzymaj przy życiu. – Wydawszy rozkazy, Tytus obrócił się na pięcie i odmaszerował.

Ktoś złapał Marka, przetoczył go, a później uniósł palcami jego powieki. Przeszyły go światło i ból, wszystko się rozmazywało. Kiedy odzyskał wzrok, ujrzał klęczącego przed sobą Gamdeshanina. Był stary, miał pomarszczoną skórę i brązowe włosy przetykane gęstą siwizną. Jego lewe ucho obwisło pod ciężarem srebrnych kolczyków, a w ciemnobrązowych oczach błyszczała inteligencja.

– Jestem Zaide. – Gamdeshanin przycisnął dłoń do piersi. – Doradca legata.

„Dlaczego Tytus ma Gamdeshanina jako doradcę? Gdzie jest Ereni?”

– Jak tu trafiłem? – Słowa Marka zabrzmiały bełkotliwie.

Zaide przechylił głowę i wpatrzył się w jego twarz.

– Nie pamiętasz?

W oczach zaczęło mu się dwoić, a później troić. Marek potrząsnął głową, żeby odzyskać skupienie, ale wtedy poczuł ból w czaszce.

– Nie.

– Znaleziono cię kilka mil stąd. W zwykłym ubraniu.

„To… to nie było właściwe. Nie było możliwe”.

– Kłamiesz. Ukradłeś mój pancerz. Moje rzeczy.

– Dlaczego miałbym zrobić coś takiego? – Na twarzy Zaidego malowało się zdziwienie, ale jego oczy stanowczo za bardzo błyszczały. – Nie wiedziałem nawet, kim jesteś, do chwili, kiedy ludzie legata cię rozpoznali. Wszyscy Celendorczycy wyglądają dla mnie tak samo.

– Kłamca. – Marek próbował mówić wyraźnie, ale bełkotał tak bardzo, że ledwie rozumiał samego siebie.

– To ty jesteś kłamcą – odparł Zaide. – Wszyscy ludzie legata zgadzają się w tej kwestii. Kłamca. Zdrajca. Dezerter. Powtarzają to od momentu twojego zniknięcia. – Otoczył dłonią ucho ze srebrnymi kółkami. – Posłuchaj.

„Dezerter”.

„Dezerter”.

„Dezerter”.

Marek miał wrażenie, że głowa zaraz mu pęknie, każde uderzenie serca było jak grom, przenikliwy ból sprawił, że po jego twarzy popłynęły łzy. Jednak mimo oszołomienia było dla niego oczywiste, że został wrobiony. Że kiedy wytoczył się z xenthiera i stracił przytomność, to Czterdziesty Pierwszy go znalazł. A kiedy nikt inny nie wyszedł z xenthiera, żeby potwierdzić historię Marka, Tytus postanowił to wykorzystać. Ten Zaide był jedynie kreaturą, której Tytus zapłacił, żeby dodać wiarygodności swojej historyjce, kiedy przedstawi ją Trzydziestemu Siódmemu. Kiedy przedstawi ją Feliksowi, który miał wszelkie powody wierzyć, że Marek zdezerterował, żeby być z Terianą.

Tytus właściwie nic nie ryzykował, bo kiedy wyjdzie na jaw, że Marek nie jest dezerterem, to nie on będzie miał krew na rękach.

Tylko Trzydziesty Siódmy.

– Powiadają, że dziewczyna, dla której ich porzuciłeś, jest niezwykłą pięknością. – Zaide poklepał go po policzku, a każdy dotyk był jak uderzenie młotem w jego czaszkę. – Wiadomo, że miłość zmienia najmądrzejszych mężów w głupców. Może Trzydziesty Siódmy ulituje się nad twoją słabością. Może jego legat wybaczy ci twoje błędy. Może zanim dotrzemy do Aracam, znajdziesz sposób, by odzyskać władzę. A może i nie.

– To nie będzie miało znaczenia, jeśli umrę. – Słowa opuściły jego usta jako niezrozumiały hałas.

Zaide popatrzył na niego z pełną politowania miną, która nie sięgała jego oczu.

– Śmierć po ciebie przyjdzie, legacie, ale zostało w tobie dość życia, byś przeżył jeszcze przez jakiś czas. Zbyt długo i zbyt uparcie walczyłeś ze śmiercią, by łatwo się jej poddać, i myślę, że cierpienie jest twoim starym towarzyszem.

Marek próbował odpowiedzieć, ale jego usta nie układały się w słowa.

Nagle w obozie rozległy się okrzyki niepokoju, a później dźwięk rogów.

„Atak”. Obóz został zaatakowany.

Zaide poderwał się na równe nogi i wydał z siebie wściekłe warknięcie, które sprawiło, że Marek poczuł mrowienie skóry. Mężczyzna przeniósł wzrok na Marka, i było to jak patrzenie w otchłań najciemniejszej nocy.

– Oddychaj, legacie – rozkazał. – On ma dla ciebie cel.

Zaide nie powiedział już nic więcej, tylko wypadł z namiotu, pozwalając Markowi osunąć się w mrok. Ostatnią myśl poświęcił Terianie.

„Przepraszam”.ROZDZIAŁ 4 KILLIAN

Doniosłość przebywania w obecności jednego z Siedmiorga sprawiła, że Killian oniemiał, ale wniósł Lidię do chaty, a Hegeria stanowczym gestem zamknęła za nimi drzwi.

– Możesz położyć ją tutaj. – Wskazała na niewielkie łóżko przykryte patchworkową kołdrą. – Herbaty?

– Macie coś mocniejszego? – wychrypiał.

Położył Lidię na łóżku. Jej oczy wciąż były czarnymi jamami i uważnie przyglądały się bogini. Miał nadzieję, że wykorzysta szansę na uwolnienie przez Hegerię od głodu, ale to spojrzenie wskazywało, że postrzegała boginię raczej jako zagrożenie niż wybawienie.

Hegeria prychnęła z odrazą i przerzuciła siwy warkocz przez ramię.

– Sięganie po trunek w trudnych chwilach to prosta droga do problemów, Killianie. Szczególnie kiedy musisz zachować jasność umysłu.

Tak zganiony, powiedział:

– Z przyjemnością napiję się herbaty.

– Poczęstuj się ciastkiem. – Wskazała na talerz leżący na stoliku, po czym postawiła czajnik na kuchni. – Lepiej się poczujesz, kiedy będziesz miał coś w żołądku. – Gdy się zawahał, dodała: – Sama je upiekłam, gdy na ciebie czekałam.

Nie chciał obrazić bogini, usiadł więc na jednym z niewielkich krzeseł, wziął ciastko i szybko odkrył, że Hegeria traktuje cukier podobnie jak mocniejsze trunki. Zmuszając się do przeżucia i przełknięcia, patrzył, jak okrąża stół i klęka przy łóżku.

– Ostrożnie – ostrzegł ją, wstając, ale zbyła go machnięciem ręki.

Ignorując wściekłe spojrzenie Lidii, bogini otoczyła dłonią jej policzek, delikatnie jak babcia.

– Och, moja droga, głęboko wbił w ciebie swoje szpony. – Westchnęła. – Ostrzegałam cię, że będzie ciężko, ale nawet ja nie przewidziałam tej chwili.

Jej konsternacja sprawiła, że Killianowi zrobiło się zimno.

– Możecie jej pomóc? Możecie zniweczyć wpływ Zepsucia?

– Tak. – Hegeria zsunęła dłoń z policzka Lidii. – I nie.

Oddychał z trudem.

– Nie mogę odebrać jej znaku. Ale to, co postanowi zrobić ze swoimi mocami, jest jej wyborem. – Przekręciła głowę i spojrzała mu w oczy. – Podobnie jak jest to twój wybór, bo nie myśl sobie, że mój mroczny brat nie wyciąga swoich rąk po wszystkich naszych wybranych.

Killian czuł ten dotyk. Czuł przymus.

– Według niej nie ma już wyboru. Wątpię, by potrafiła dostrzec drogę ku uwolnieniu. Wątpię, by chciało jej się spróbować. Ten… ten głód tego, co ona odbiera, jest zbyt przytłaczający. I wygląda to coraz gorzej.

Lidia ich obserwowała. Słuchała. Instynkt Killiana ostrzegł go moment przed tym, jak rzuciła się na Hegerię, a zerwane więzy spadły z jej wyciągniętych rąk.

Hegeria złapała ją za gardło, choć nie widział, by się poruszyła. Nie ściskała, lecz utrzymywała ją w miejscu z przerażającą siłą bogini.

Lidia szarpała jej ramiona i tkaninę sukni, ale twarz Hegerii była beznamiętna.

– Ona nie jest twoja – powiedziała, a jej słowa odbijały się echem w chacie niczym dudnienie gromu. – Wypuść ją i wracaj pomiędzy łotrów, gdzie twoje miejsce!

Kiedy Lidia zerwała knebel, w jej krzyku nie było niczego ludzkiego. Dźwięk był pełen furii i udręki jednocześnie, a choć mogło to doprowadzić go do śmierci, Killian próbował ruszyć w jej stronę.

Odkrył jednak, że jest unieruchomiony i nie może nawet drgnąć. Nie może zrobić nic poza patrzeniem, jak miłość jego życia wije się w uchwycie bogini.

Oczy Hegerii wypełniła nieludzka pustka, we wszystkich kolorach i jednocześnie w żadnym.

– Wypuść ją!

– Ona jest moja! – Z warg Lidii popłynął głos, który brzmiał jak tłuczone szkło. – Odebrałem ci ją, siostro!

– Jeszcze nie – syknęła Hegeria przez zaciśnięte zęby. – I ­nigdy!

Lidia otworzyła usta i spomiędzy nich wypłynął atramentowy dym. Opar zawirował w izbie z głośnym wrzaskiem wściekłości, po czym wypadł na zewnątrz.

Moc podtrzymująca Killiana wypuściła go. Osunął się na kolana, podczas gdy wokół spadały kawałeczki chaty, drzazgi z drewna rozcinały jego odsłoniętą skórę. Ignorując ból, wyprostował się niezgrabnie. Lidia wisiała bezwładnie w ramionach Hegerii, obie dyszały z wyczerpania. Ale widok zielonych oczu dziewczyny przepełnił go ulgą, nawet jeśli instynkt podpowiadał mu, że to jeszcze nie koniec.

– On mnie nie wypuści – załkała. – On mnie nigdy nie wypuści.

Hegeria zignorowała Lidię, skupiając spojrzenie gdzieś poza ruinami chaty. Killian podniósł wzrok i jego serce zabiło szybciej. Niebo było pełne oleistego czarnego dymu, który krążył jak ogromny złowróżbny cyklon nad ich głowami.

– Weź ją. – Hegeria wepchnęła mu Lidię w objęcia.

Dziewczyna była bezwładna, jej pierś unosiła się i opadała w rytm zdyszanego oddechu, jakby biegła. Killian opuścił ją na ziemię.

– On nadchodzi – szepnęła. – Killianie, Zepsucie nadchodzi. Musisz odejść. Musisz uciekać!

– Zostanę z tobą aż do końca. – Przytulił ją i przycisnął wargi do jej czoła. – Niezależnie od tego, jaki to będzie koniec.

Cyklon opadł, a towarzyszyło temu koszmarne wycie. Jak tysiące, jak dziesiątki tysięcy głosów wrzeszczących z udręką.

– Spokojnie, lordzie Calorianie! – Suknia Hegerii musnęła jego łokieć. – Jeśli on chce walki, dostanie walkę!

Od cyklonu oderwał się strumień czarnej mgły, który poleciał w ich stronę z przenikliwym wyciem. Hegeria uniosła ręce i mgła wybuchnęła z hukiem, od którego zadzwoniło mu w uszach.

Ale Zepsucia nie dało się tak łatwo pokonać.

W ich stronę pędziły kolejne strumienie. Hegeria odpowia­dała na każdy swoją mocą, hałas był ogłuszający, a ziemia drżała. Ataki były coraz częstsze, powietrze wokół nich wypełniła ciemność, bogini mocno zacisnęła zęby z wysiłku.

Przegrywała.

Przegrywała z Zepsuciem, a umysł Killiana wzbraniał się przed myśleniem o przyczynie. Przed prawdą, że wpływ Zepsucia podkopał wiarę ludzi w Hegerię. We wszystkich z Sześciorga. Killian na własne oczy widział konsekwencje.

Hegeria zatoczyła się i osunęła na kolano. Wyprostowała się z trudem i w krótkim czasie zablokowała kilkanaście ataków.

Ale jeden ominął jej obronę.

Bezradny Killian patrzył z przerażeniem, jak strumień oleistej czerni uderza w bok bogini. Z jej ust wydarł się krzyk i upadła, a ziemia zadrżała, jakby przewróciła się wieża, a nie stara kobieta.

Hegeria podniosła się i zablokowała kolejny cios. Ale cyklon, jakby wzmocniony skutecznością swojego ataku, zrodził tuzin strumieni ciemności, które pędziły razem.

Killian mocniej przytulił Lidię i zamknął oczy. „Proszę – błagał bezgłośnie siłę wyższą, której służył. Boga, który dał mu swój znak. – Proszę, Tremonie, nie zostawiaj jej samej w tej walce”.

Kiedy otworzył oczy, odkrył nie wybawienie, lecz strumienie mocy Zepsucia zbliżające się coraz bardziej. Zrobiło się tak zimno, że z jego ust leciała para. Wydawało się, że wszelkie światło świata znika w cieniu, a wtedy…

Ciemność przebiło pięć kolumn światła, a ziemia zadrżała, kiedy wylądowało na niej pięć postaci. Killian zamrugał, żeby pozbyć się łez wywołanych przez nagły blask, i zaparło mu dech w piersiach, gdy jego wzrok spoczął na znajomej sylwetce w pancerzu.

– Tremon?

Bóg, który go naznaczył, mrugnął do niego, po czym wyciągnął rękę i pomógł Hegerii się podnieść.

– Nie spieszyłeś się – mruknęła. – Jak to masz w zwyczaju.

Tremon roześmiał się i odwrócił w stronę ataku, a pozostali z Sześciorga otoczyli Killiana i Lidię. Byli ludzkich rozmiarów, ale emanowali aurą olbrzymów, piękni, a jednocześnie przerażający. Ciśnienie wywołane ich obecnością niemal uniemożliwiało oddychanie. Serce Killiana zadrżało, kiedy jego spojrzenie przesunęło się z Tremona na Madorię, na Gespurna, na Lerna, na Yarę i znów na Hegerię.

Sześcioro nie porzuciło świata.

Wręcz przeciwnie.

Gotując się z wściekłości, cyklon opadł gniewną falą ciemności, ale odpowiedział mu jaskrawy blask, kiedy Sześcioro uniosło dłonie. Killian osłonił Lidię własnym ciałem, zamknął oczy i przycisnął dłonie do uszu, kiedy potęga bogów się zderzyła. Ziemia zadrżała, jakby sama Reath wzdragała się przed brutalnością tej chwili.

I zapadła cisza.

Killian przez dłuższy czas się nie ruszał. Nie mógł się poruszyć – jeśli miał być szczery wobec samego siebie. W końcu udało mu się podeprzeć na łokciu. Lidia patrzyła szeroko otwartymi oczyma, tatuaż w kształcie półksiężyca wyraźnie rysował się na tle jej pobladłej skóry.

– Czy… czy on został pokonany?

– To zwycięska bitwa w wojnie bez końca – odparł Tremon. – Przez jakiś czas nasz brat będzie musiał polegać na swoich wybranych, by wypełniali jego ohydne rozkazy, jak powinno być. Cena bitew między istotami boskimi jest zbyt wysoka.

Yara przycisnęła dłoń do ziemi.

– Reath płacze.

– Morze jest wzburzone – powiedziała w tej samej chwili Madoria.

Gespurn, który wyglądał zupełnie jak Baird, przyjaciel Agrypy, prychnął z odrazą.

– Nie powinno nas tu być. – I rozpłynął się w kłębie białej mgły.

Lern i Yara po prostu zniknęli, ale kiedy Madoria zaczęła się rozpraszać, Lidia wyciągnęła rękę i chwyciła utkaną z wodorostów suknię bogini.

– Teriana. Nic jej nie jest?

Madoria się uśmiechnęła, świecąc białymi zębami na tle czarnej jak noc skóry. Kiedy się pochyliła, żeby objąć dłonią policzek Lidii, muszle i kawałki korala w jej warkoczykach zagrzechotały.

– Jej droga jest równie trudna, jak twoja, dziecko, ale Teriana jest dokładnie tam, gdzie powinna być.

Następnie zamieniła się w pianę, która odpłynęła na wietrze, zostawiając ich z Tremonem i Hegerią.

Killian podniósł się z trudem i pomógł wstać Lidii. Zaraz jednak zatoczył się, kiedy Tremon poklepał go po plecach.

– Kawał dobrej roboty, chłopcze. Już nie jesteś tym przemądrzałym bachorem, który spadł z kucyka.

Kiedy Killian spojrzał w bezdenne oczy boga, Tremon uś­miechnął się i przesunął palcem w powietrzu, rozcinając je jak materiał nożycami i pozostawiając białe pęknięcie. Sięgnąwszy do niego, wydobył znajomy miecz i oddał go Killianowi.

– Twój ojciec jest z ciebie dumny, Killianie.

I zniknął.

Killian wpatrywał się w miecz ojca, który przed wyruszeniem do Derinu zostawił pod opieką swojej porucznik Sonii. Był tak przytłoczony, że nie wiedział, co powiedzieć. Ostatnie słowa jego ojca skierowane do niego były wyrazem rozczarowania i od tamtego czasu bardzo mu ciążyły. Świadomość, że ojciec patrzył, że był dumny, znaczyła więcej, niż umiał wyrazić.

– To się nie skończyło – stwierdziła Hegeria. – Wrogowie zbliżają się ze wszystkich stron, nawet na ziemiach, gdzie zostaliśmy zapomniani, wielu sięga ku ciemności. Mój brat zawsze odpowiada. – Bogini złapała Lidię za ramiona i uśmiechnęła się blado. – Nigdy nie pozbędziesz się tej pokusy, moja droga. Daliśmy ci jedynie swobodę, byś mogła z nią walczyć.

Wygrana bitwa. Ale nie wojna.

Hegeria odwróciła się do Killiana.

– Nie możesz samotnie walczyć z wrogiem. Twoi towarzysze uciekają na południe w stronę Anukastre. Znajdź ich.

I zniknęła.ROZDZIAŁ 5 TERIANA

– To całkowite szaleństwo, Teriano. – Waleriusz rzucił wiadomość od Kasjusza na stół. – Równie dobrze mogłabyś wejść do smoczej jamy i odsłonić gardło. Twoja matka wypatroszyłaby mnie jak rybę, gdyby wiedziała, że na to pozwoliłem.

– Nie potrzebuję twojego pozwolenia ani ochrony – rzuciła Teriana, ale jej odwaga była fałszywa. Tak naprawdę chciała osunąć się na kolana i zacząć krzyczeć z powodu tego, co jej powiedziano.

„Nie możesz go ocalić – szeptała logika. – Skup się na tych, których możesz uratować”.

Ojciec Lidii wyjął z fałd togi kawałek białej tkaniny i otarł pot z czoła. Pozbył się tej koszmarnej żółtaczki, która dręczyła go, zanim Teriana zabrała legiony na Zachód, ale nadal nie wyglądał zdrowo.

– Może zdradzisz, co zamierzasz osiągnąć, spotykając się z Kasjuszem. Bo jeśli chodzi ci o uwolnienie swoich rodaków, to nie warto, żebyś zdzierała sobie gardło. Kasjusz potrzebuje ich jako narzędzia nacisku, nie tylko na ciebie, ale i na Marka. Możesz być bowiem pewna, że konsul będzie uważał go za żywego, dopóki nie dostanie konkretnych dowodów, że jest inaczej.

Czuła, że w oczach ma łzy, ale zdusiła smutek.

– Narzędzie nacisku jest użyteczne jedynie wtedy, kiedy możesz je wykorzystać. Ponieważ Senat uznał, że znalezione ścieżki są bezwartościowe, Kasjusz nie może kontrolować tego, co Marek robi na Zachodzie albo czego nie robi. Nic się nie zmieniło.

Kłamała – wszystko się zmieniło i możliwe, że nic już nie będzie takie samo.

Waleriusz pokręcił ponuro głową.

– Kasjusz wykorzystał semantykę, żeby nie dotrzymać umowy, którą z tobą zawarł. I choć terminus w Sibernie z całą pewnością jest bezużyteczny w środku zimy ze względu na mróz, rdzeń genesis w Bardeen można uczynić użytecznym. To tylko kwestia pokonania przywódczyni najnowszego buntu i jej sił i ponownego zmuszenia Bardeen do posłuszeństwa. Da się to osiągnąć do wiosny, a wtedy terminus w Sibernie również będzie dostępny. A Kasjusz znów będzie mógł wykorzystać swoje narzędzie nacisku.

Bogowie, Teriana nie mogła znieść, że jest bronią wykorzystywaną przeciwko Markowi przez jego wrogów.

– Mówisz o zduszeniu buntu w Bardeen, jakby to była prosta sprawa – odezwał się Wex. – Kiedy buntownicy dowiedzą się, dokąd prowadzi rdzeń w Hydrilli i kto jest na jego drugim końcu, postarają się naprawdę utrudnić nam życie.

– To Trzydziesty Siódmy przetrącił kark ostatniemu buntowi w Bardeen – szepnął Austornic do Teriany. – Powiadają, że Bardeeńczycy wciąż przeklinają imię Marka, bo to on zdobył Hydrillę.

Ciemne włosy i jasnobrązowy odcień skóry Austornica wskazywały, że on sam pochodzi z Bardeen, ale jego akcent zupełnie na to nie wskazywał. Gdyby zamknęła oczy, chłopiec brzmiałby równie patrycjuszowsko co sam Waleriusz. Nie mogła jednak się nie zastanawiać, czy nie czuje czegoś do narodu, który dał mu krew.

Waleriusz napił się wody.

– Lista wrogów Marka jest długa i niebezpieczna.

Puls Teriany przyspieszył, a jednocześnie ścisnęło jej się gardło. „Jesteśmy wrogami, Teriano – szeptał w jej głowie głos Marka. – A choć dziś możesz myśleć, że mnie kochasz, pewnego dnia, już wkrótce, mnie znienawidzisz”.

Teriana nie myślała, że go kocha. Wiedziała, że tak jest. Ale jednocześnie była na niego wściekła, że ją zostawił. Złość ta nie wystarczyła jednak, by zdusić strach na myśl o przewidzianej przez Marka przyszłości, w której jej miłość zmieni się w nienawiść.

Uświadomiwszy sobie, że cała trójka na nią patrzy, powiedziała:

– Wiem, że Kasjusz nie odda mi tak po prostu moich rodaków. I dlatego zamierzam z nim negocjować.

Kiedy wszyscy zmarszczyli czoła, jakby powiedziała coś zupełnie niezrozumiałego, dodała:

– Ja również mam swoje narzędzia nacisku.

– To jest stanowczo zbyt niebezpieczne. – Waleriusz znów otarł pot, przypominając Terianie o jego słabym zdrowiu. – Już straciłem Lidię. Nie pozwolę, by Kasjusz odebrał mi również ciebie.

– Ostrożnie z oskarżeniami, stary przyjacielu – odezwał się Wex. – Choć wszyscy wiemy, że to Kasjusz jest winny zniknięcia twojej córki, nie ma dowodów. Nie ma świadków. Nie ma…

Urwał, ale wszyscy wiedzieli, jakiego słowa unikał dowódca: „Ciała”.

Teriana poczuła głęboki smutek.

– Przed atakiem skrytobójców rozmawiałam z Markiem. Spytałam go, czy wie coś o losie Lidii. Czy Kasjusz zrobił jej krzywdę. Mówił, że wie jedynie, że Kasjusz wykorzystywał Lidię, by wygrać w wyborach. Że nie ufał mu na tyle, by zdradzić szczegóły, więc… – Bezskutecznie próbowała przypomnieć sobie dokładne słowa Marka. – Jeśli coś jej się stało, on o tym nie wiedział.

– Co nie jest wielkim zaskoczeniem – stwierdził Waleriusz. – Wykorzystywanie legionów jako osobistych skrytobójców nie jest ryzykiem, które Kasjusz byłby skłonny podjąć.

Choć mówił spokojnym głosem, Teriana czuła ciężar jego rozczarowania. W czasie niekończących się miesięcy, kiedy wierzyła, że Lidia ją zdradziła, Waleriusza przytłaczało coraz większe przekonanie, że jego córka nie uciekła, lecz raczej została zamordowana. Co gorsza, nie mógł w żaden sposób odegrać się na mężczyźnie, który ją zabił.

Ale Teriana nie była bezradna. Niezależnie od tego, czy Kasjusz był skłonny się do tego przyznać, czy nie, potrzebował jej. Jeśli chciał ją zachować, musiał za to zapłacić.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij