Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Śpiew Lirogona - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
17 października 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
44,90

Śpiew Lirogona - ebook

Schyłek XIX wieku. Świeżo poślubieni Adelajda i Witold mają rozpocząć nowe życie w malowniczym Bergschatten. Sielankę szybko niszczą tajemnicze śmierci kobiet, które rzucają na górskie miasteczko coraz dłuższy, lodowaty cień. Przerażeni mieszkańcy, bezradna policja i władze miasta upatrują nadziei w egzorcyście. Adelajda i Witold, mimowolnie, zostają wciągnięci w sprawę.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: brak
ISBN: 978-83-8290-387-4
Rozmiar pliku: 4,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I. Bliżej

Wiesz, Najdroższy, czasem, gdy tak zamyślę się nad ludźmi, jakich dane mi było spotkać w moim króciutkim życiu, to wydaje mi się, że ja, ta kruszynka i drobinka piasku, jestem niby jako to Słońce, wokół którego krążą planety. Boże drogi, jakież to zabawne, co się może wydawać małej, ludzkiej główce!

W tej fantazji, stoję pośrodku bezkresnego stepu, wyścielanego najzieleńszą trawą, wygrzewającą się w iskrach rumianego, zachodzącego słońca. Wokół mnie krążą ludzie. Jednych znam od zawsze. Drudzy pojawili się podczas mojego bytowania w doczesnej krainie. Niektórzy byli tu tylko na chwilę i zniknęli za horyzontem, inni zostali na stałe.

Wszyscy są w ciągłym ruchu – oddalają się i zbliżają. Wspólny śmiech, powierzanie codziennych trosk, wspieranie się w trudnych chwilach i dzielenie radością jak chlebem – i już jesteśmy sobie bliscy. Zbliżają się na wyciągnięcie ręki. Sylwetki rosną, twarze robią się wyraźniejsze i każdy ich szczegół dostrzec można jak czerwony szal na białym śniegu. Są tak blisko, że mogę sięgnąć ręką, aby pogłaskać ich policzki…

Jedno złe słowo, jeden zatarg o nasze małe, śmieszne ludzkie sprawy i nagle stoimy daleko od siebie. Krzywdzimy się i przeklinamy. Oddalamy z intensywnością uczuć, które budowały nasze więzi.

Ty zaś, Najdroższy, spadłeś niby grom z jasnego nieba. Przecisnąłeś się przez ludzki gąszcz. Od Twoich kroków trzęsła się przestrzeń i dudniła ziemia. Rosłeś w oczach jak rozpędzona lokomotywa…

Jesteś tu, bliżej niż ktokolwiek. Stoimy objęci, ciało przy ciele. Twój oddech rozczesuje mi włosy. Ściskam cię mocniej. Otwieram przed tobą jak kwiat na słońce. Chcę cię jeszcze bliżej i je…

List zalała czerń. Pociąg wjechał do tunelu. Oczy oddały pierwszeństwo uszom, w które wlał się stukot kół, odbijający się od wąskich ścian korytarza.

Witold złożył list. Po omacku odnalazł połę marynarki pod grubym kożuchem. Wsunął go za pazuchę. Słowa, zaklęte w atramentowe runa liter, brzmiały w jego głowie jak echo w głębokiej dolinie. Spojrzał w ciemność przed sobą.

Gdy pociąg opuścił tunel, na siedzeniu naprzeciwko ukazała mu się autorka listu, Adelajda. Miękka, niewielka poduszka, na której ucinała sobie drzemkę, oddzielała jej główkę, otuloną błękitnym czepkiem wiązanym na kokardę pod szyją, od twardej ściany przy oknie. Nagłośniony przez ciasnotę tunelu stukot kół wkradł się w jej uszy jak poranne pianie koguta. Słoneczne promienie chlusnęły w jej alabastrową twarz, gdy pociąg opuścił wydrążoną w ośnieżonym wzgórzu drogę. Przedarły się przez kotary powiek.

Zamrugała zaspanymi oczami. Nadąsała się na chwilowy dyskomfort. Mętnym wzrokiem rozejrzała się po przedziale, jakby chciała znaleźć winnego przerwania jej słodkiej drzemki.

Witold przyglądał się jej z zachwytem i rozbawieniem.

– Panie mężu! – Adelajda w mgnieniu oka odzyskała właściwy sobie wigor. – Czy aby spałam, jak mężatce przystoi? – zapytała figlarnie.

Wyciągnęła drobne dłonie z popielatej mufki, która wraz z kożuchem i podnóżkami, uzupełnionymi gorącą wodą na ostatnim postoju, chroniły ją przed zimnem. Wsunęła kilka niesfornych, brązowych kosmyków za czepek.

– Przyznam się szczerze, że jestem osłem w kwestii savoir-vivre pociągowej drzemki – odparł Witold, równając swój ton z żoną, niczym żołnierz krok.

– Panie mężu! – rzuciła szorstko. – Jako strażniczka twego dobrego imienia zabraniam ci go przy mnie kalać!

– Proszę o wybaczenie, pani strażniczko – odparł uniżenie i pokornie pochylił głowę. – W ramach pokuty wymierzę sobie dziesięć razów linijką na otwartą dłoń.

– Jak śmiesz?! – podniosła teatralnie głos.

– Samodyscypliny też mi zabraniasz?

– Jak potem taką czerwoną, piekącą dłoń położysz na ramieniu swej małżonki? – oburzyła się święcie. – Czasem jesteś taki lekkomyślny!

– W takim razie cóż mam uczynić, pani żono? Zawiniłem, aczkolwiek ukarać się cieleśnie nie mogę, a przed twym obliczem kalać słowem własnej osoby też mi nie wolno?

Adelajda rozchyliła bladoróżowe usta. Spojrzała przez okno na przemijający krajobraz zalesionych wzgórz, na których gałęzie jodeł uginały się od ciężkiego śniegu.

– Jak tu pięknie! – Z zachwytu aż zaparło jej dech w piersi.

Witold odchrząknął.

– Coś nie tak, panie mężu? – zapytała słowiczym trelem.

– Czekam na odpowiedź, pani żono.

– A jak brzmiało pytanie? – zapytała beztrosko i przyłożyła dłoń do czoła. – Wybacz mi, panie mężu, jednak twa obecność podłożyła ogień pod moje serce! Płomienie sięgnęły głowy i aż wychodzą wypiekami na me lica! Aż się przegrzewam! Gdy przyjdzie mi wysiąść na ten siarczysty mróz na stacji, jeszcze mnie zawieje i…

– Chciałem ci przypomnieć, pani żono, iż przysięgałem przed Bogiem, że wytrwam przy tobie w zdrowiu i chorobie.

– Ach! – Adelajda westchnęła afektywnie i zamigotała rzęsami jak reflektor okrętu wysyłający wiadomość alfabetem Morse’a.

Wzrok Witolda wpadł w jej kokieterię jak kostka cukru do mocnej, gorącej herbaty. Postanowiła nią jeszcze zamieszać, aby cukier należycie się rozpuścił.

– Chwali ci się wielce, panie mężu, że, jak mężczyźnie należy, słowa swego tak zdecydowanie zobowiązujesz się dotrzymać! Stanowczo jednak proszę, abyś swój urok nieco powściągnął, albowiem ta drobna kruszynka rozgrzeje się jak piec hutniczy, a to na tym mrozie wielce jej może zaszkodzić! Proszę przede wszystkim ze względu na ciebie! – zaakcentowała ostatnie dwa słowa z siłą dzwonu na Wieży Zygmuntowskiej. – Wszak, jako twa żona, muszę dbać o twoje szczęście, a ono, jak sam mi raczyłeś wielokrotnie wyznać, beze mnie obyć się nie może!

To bardzo niegrzeczne nie patrzeć na osobę, która właśnie do ciebie mówi, panie mężu! Zwłaszcza jeśli jest to twoja żona!

– Próbuję powściągnąć mój urok do czasu, aż ochłoniesz, pani żono – odparł flegmatycznie Witold, zajęty podziwianiem zimy za oknem pociągu. – Zatem proszę, nie odczytuj mej troski jako lekceważenia.

– Wdzięczna ci jestem, panie mężu, że swoje postępowanie tłumaczysz z tak staranną klarownością! Daleko jeszcze?

– Widzisz tę górę?

Adelajda spojrzała na wysoki, ciemny, ośnieżony szczyt o ostrym, pofałdowanym jak ściśnięty obrus, grzbiecie, do którego prowadziły skaliste granie. Góra trzy razy przerastała najwyższe wzniesienie, jakie widać było u jej podnóża.

– Jaka piękna – rozmarzyła się Adelajda.

– To Kammhimmels. Za nim leży cel naszej podróży, pani żono.

– Zatem jesteśmy bardzo blisko!

– Owszem, pani żono. Jednak zanim dotrzemy na miejsce, będziesz miała wystarczająco dużo czasu, aby ochłonąć.

Ufam twym obliczeniom, panie mężu! – pomyślała, lecz oparła się pokusie powrotu do zabawy w przekomarzanie.

Z trudem powstrzymała filuterny uśmiech.

Szczęściem Witold spoglądał przez okno.

– Franz opowiadał mi, że jak był jeszcze chłopcem, pewien Anglik, którego nazwiska niestety nie pomnę, razem z dwoma innymi śmiałkami, wybrał się na szczyt. Nigdy nie wrócili. Przez długi czas Franz bał się zbliżać do góry, bo miał wrażenie, że w wichrze słyszy ich duchy…

– Nawet mi nie mów!

– …dopóki mu matka nie przypomniała, że patronem Bergschatten jest sam Święty Michał Archanioł, zatem nie ma się czego bać.

Adelajda zwróciła swe fioletowe oczy na majestatyczną górę. Pomyślała o trzech śmiałkach, którzy spoczywają w śniegu zalegającym na Kammhimmels. Dreszcz przebiegł jej przez kręgosłup jak stado dzikich mustangów przez prerię.

– Co też mężczyzn tak ciągnie do niebezpieczeństw?! Nie wybrałabym się na tę górę, nawet gdyby mi oferowano zaniesienie na rękach! – Zmarszczyła filuternie brwi. – Mam nadzieję, Witoldzie, że takie pomysły się twojej głowy nie imają?

Brwi jej męża uniosły się niczym skrzydła orła, który wzbija się do lotu. Ich śladem podążyły rozmarzone oczy. Psoty dopełnił złośliwy uśmiech.

Adelajda tupnęła nóżką. Jej mąż jednak pozostał głuchy na ów wyraz dezaprobaty.

– Witoldzie! – Użyła dźwięku o wyższym rejestrze.

– Tak, moja droga? – odparł beztrosko Witold. – Wybacz mi. Zamyśliłem się na chwilę. Coś się stało?

– Czasem twoje żarty są naprawdę lekkomyślne, panie mężu – fuknęła. Odwróciła głowę profilem. Zadarła nosek. – Zmień swoje postępowanie, albo będę musiała się obrazić.

Witold cmoknął z rozbawieniem.

– Chciałbym negocjować ramy czasowe twego obrażenia, pani żono.

– Długość mej obrazy zależy głównie od twego ukorzenia i szczerej chęci poprawy, panie mężu.

Witold sięgnął za poły płaszcza. Wyciągnął zegarek kieszonkowy z wygrawerowanymi inicjałami WM. Z uśmiechem zanotował godzinę. Zwrócił wzrok ku Adelajdzie. Jak się spodziewał, przyłapał ją na ukradkowym, ciekawskim spozieraniu.

Fioletowe oczy żony natychmiast uciekły niczym spłoszony ptak.

– Biorąc pod uwagę, pani żono, zarówno to, że wkrótce będziemy na miejscu, jak i to, iż jedynie ja wiem, jak wygląda człowiek, który na nas czeka, czy nie zechciałabyś jednak skrócić swej obrazy?

– Tylko łajdak wykorzystuje kobietę w potrzebie, panie mężu!

Witold przybrał zimną i wyniosłą minę.

– Teraz to ja powinienem się obrazić, pani żono! – rzekł, zadzierając nos na podobieństwo Adelajdy. – Gdybyś była mężczyzną, wyzwałbym cię na pojedynek!

Fuknęła lekceważąco.

– Daję ci okazję, panie mężu, abyś mógł się wykazać hartem ducha i męskością poprzez przyznanie się do błędu i przeprosiny. A ty jeszcze pogarszasz sprawę, w której zawiniłeś.

Po tej salwie słów, bladoróżowe usta Adelajdy, w walce ze śmiechem, dokonały wysiłku godnego cyrkowego siłacza.

Witold powstał.

Zadarł głowę.

Z góry spojrzał na swą małżonkę.

– Żądam satysfakcji! – oznajmił. – Przy następnym wjeździe do tunelu spotkamy się na środku przedziału! Mam nadzieję, że nie stchórzysz, pani żono!

– Kobiecie i mężczyźnie nie przystoi publicznie przebywać w zbyt bliskim kontakcie.

– Jesteśmy małżeństwem!

– I małżeństwo pewne zasady obowiązują!

– W tunelu będzie ciemno!

Adelajda złapała się za serce.

– Cóż chcesz ze mną uczynić, panie mężu?!

– Doprowadzę do pojednania – odparł Witold z łajdackim uśmiechem. Wyjrzał przez okno. – Tunel się zbliża – oznajmił niecnym tonem głosu. – Bądź gotowa, pani żono…

Spojrzenia małżonków splotły się niczym palce siłujących się mocarzy. Walczyły ze sobą zaciekle. Ciskały gromy. Wzniecały pożary.

– Dziesięć, dziewięć, osiem – zaczął odliczać Witold z pewnością siebie śmiałka, który wspina się na niebezpieczną, niezdobytą górę.

Powietrze zagęściło się jak przed burzą.

– …siedem, sześć…

Stukot kół brzmiał jak groźne pomruki nieba.

– …pięć, czte…

Adelajda skoczyła ku Witoldowi zwinnie jak łasica, nim tunel połknął gąsienicę pociągu. Założyła mu na szyję wieniec ze swych splecionych rąk. Przyciągnęła do swych bladoróżowych ust.

Ciemność ukryła małżonków przed wścibskim światłem dnia.

Gdy jasność wypełniła przedział niczym woda naczynie, znów siedzieli naprzeciw siebie.

– Jak twa satysfakcja, panie mężu? – zapytała czułym, kokieteryjnym półszeptem Adelajda.

Witold wpatrywał się w żonę jak w kwitnący sad jabłoni na wiosnę.

– Panie mężu?

– Tak? – Witold się ocknął.

– Jak tam satysfakcja?

– Wciąż niewystarczająca.

– Panie mężu! – Udała święte oburzenie. – Taka zachłanność nie przystoi!

– Mam wrażenie, że to ja byłem bardziej… powściągliwy – zaakcentował ostatnie słowo z ostentacyjną przyjemnością.

Adelajda zadarła nosek.

– Powinieneś docenić mój afekt, panie mężu! Proszę, nie ciągnijmy tej rozmowy, albowiem zmierza ona w wielce niestosownym kierunku! Moje policzki mają już dosyć tej czerwieni!

– Widać nie wiedzą, jakie mają szczęście, pani żono. Ta czerwień całkiem ładnie je przyozdabia, niczym dojrzałe owoce czereśnię.

Westchnęła, jakby zaraz miała omdleć. Pochyliła głowę. Przywarła czołem do mufki.

– Jeśli chcesz je ostudzić, polecam śnieg – zakpił Witold.

Wydobyła z siebie zdławiony śmiech.

Odchrząknęła surowo. Odczekała. Ochłonęła. Podniosła głowę.

Przybrała minę surowej guwernantki.

– Chciałam nas pojednać! – rzuciła oskarżycielsko. – A ty, panie mężu, z moją dobrą wolą i szczerymi intencjami obchodzisz się niecnie i niedbale!

– Ostrożnie, pani żono! – Witold wyjrzał przez okno. – Bo znów zażądam satysfakcji!

Adelajda zerwała się z siedzenia jak ptak z gałęzi.

Obróciła się w kierunku jazdy.

Wyjrzała.

Na drodze nie było żadnego tunelu.

– Puste groźby! – fuknęła i wróciła na miejsce.

Witold zmarszczył gęste brwi.

– Panie mężu! Nie jesteś wilkiem ani niedźwiedziem!

– Jestem smokiem, który upatrzył sobie piękną mężatkę!

Adelajda zatoczyła półkole noskiem, udając węszącego psa.

– Nie czuję siarki. Widać lichy z ciebie smok, panie mężu!

Zaśmiał się basem.

– Miałem zamiar cię porwać, ale przez twój tupet, pani żono, od razu cię zjem!

– Tylko łajdak grozi słabszym od siebie!

– Jestem smokiem! Nie obowiązuje mnie ludzki kodeks honorowy!

Westchnęła jak matka, która nie ma siły do urwisa.

– Panie mężu! Jest pan dżentelmenem, więc proszę mi ustąpić! Ostatnie słowo powinno należeć do damy!

– Negocjujmy rozejm.

– Zgoda! – odparła z gracją królowej, która czyni swym doradcom zaszczyt tym, że do nich przemawia. – Aczkolwiek moim warunkiem wstępnym przed przystąpieniem do rokowań, drogi panie mężu, jest to, abyś mi ustąpił i nie kwestionował mego ostatniego słowa!

– A jak ono brzmi?

– To nieistotne! Po prostu je uznaj i niech będzie moje na wierzchu!

Witold, w głębokim zamyśleniu, zapatrzył się na przykryty śniegiem szczyt Kammhimmels.

– Nie widzę przeszkód, aby zadośćuczynić twej prośbie, pani żono – przemówił flegmatycznie. – Jeśli jednak twoje ostatnie słowo wejdzie w obręb rokowań, nie zaś będzie wstępnym warunkiem przed nimi.

Adelajda cmoknęła beztrosko. Westchnęła znacząco. Przemówiła łaskawie.

– Niech ci będzie, panie mężu.

– Rad jestem wielce, że na wstępie udało nam się osiągnąć niewielki przełom, pani żono. Dowodzi to, iż obydwie strony mają szczere intencje.

– Kobieta i mężczyzna stoją na przeciwnych brzegach, przedzielonych szeroką i głęboką rzeką, panie mężu – zadeklamowała Adelajda niczym filozof, który zgłębił naturę rzeczy. – Brzegi łączy most. Najlepiej, gdy obie strony wyjdą naprzeciw siebie i spotkają się gdzieś pośrodku… I najlepiej, żeby ów środek leżał bliżej mojego brzegu!

Witold dźwignął gęste brwi.

– Pozwól, pani żono, że przedstawię mój… postulat.

– Bardzo zgrabnie to ująłeś, panie mężu! Gdy chcesz, potrafisz być niezwykle taktowny!

Witold odchrząknął.

– Uznam twe ostatnie słowo, pani żono, pod warunkiem, że przez dziesięć minut zachowasz ciszę.

Żywymi, wesołymi oczętami Adelajdy, które urokiem podobne były do patrzałek królików i szczeniąt, zawładnęła wilcza natura. Zmrużyły się jak u strzelca na pojedynku.

Wstała energicznie.

– Proszę mnie natychmiast przeprosić, panie mężu! – rzekła surowo. – Jako mój małżonek, jesteś za mnie odpowiedzialny! A swoimi słowami wbiłeś ciernie w moje serce! Ono krwawi w boleściach! Cóż najlepszego uczyniłeś, panie mężu!?

– Zaczynam wątpić w szczerość twych intencji, pani żono – odparł oskarżycielsko Witold.

Adelajda usiadła. Trzymała się prosto, dumnie i wyniośle.

– Domagać się, abym milczała? Równie dobrze, panie mężu, możesz od ryby żądać, aby żyła na powierzchni! – Dystyngowanie obróciła głowę w stronę okna. Dzielnie zastygła w tej pozie.

Cisza oddała pole stukotowi kół i pasażerom przechodzącym obok przedziału. Zdawać by się mogło, że małżonkowie przenieśli się na szczyt owej niebezpiecznej góry, gdzie przemawia jedynie porywisty wiatr, albo do sali modlitewnej klasztoru, zamieszkałego przez mnichów, którzy złożyli śluby milczenia.

Adelajda rzuciła okiem na Witolda. Wpierw błyskawicznie, jak wiewiórka, która capnęła orzech z ziemi i uciekła na drzewo. Potem wolniej, jak skradający się kot. W końcu dobrze mu się przyjrzała, jak drapieżnik swej zwierzynie.

Witold był zajęty patrzeniem na zegarek.

– Nic nie powiesz, panie mężu? – zapytała, wracając wzrokiem do krajobrazów za oknem.

– Rad jestem, pani żono, że milczałaś przez minutę i czterdzieści dwie sekundy – powiedział z nieskrywaną satysfakcją. – Jeszcze osiem minut i osiemnaście sekund i mój… mój postulat, zostanie spełniony.

– O nie! – zaprotestowała. – Wypraszam sobie! Twoja interpretacja mojej chwilowej ciszy jest fałszywa i nikczemna! Udzieliłam ci jej, abyś mógł dokonać rachunku sumienia i mnie przeprosić!

– Nie wiem, jakie intencje przyświecały twemu milczeniu, pani żono – odparł z łajdackim uśmiechem. – Rad jestem natomiast ze skutków, jakie przyniosły. Te jak najbardziej mnie satysfakcjonują.

– Moje milczenie jest moje i tylko ja mam prawo decydować o jego znaczeniu, panie mężu! Nie wolno ci go sobie przypisywać jako triumfu!

– Mnie o samo milczenie, nie zaś o jego znaczenie, chodzi, pani żono.

– Dobrze, zatem teraz będę mówić bez opamiętania! Zobaczysz, panie mężu! Jeszcze od tego wszystkiego stracę głos i będziesz miał moją krzywdę na sumieniu!

– Jeśli stracisz głos, będziesz milczeć…

Fioletowe oczęta Adelajdy ciskały piorunami na oślep jak szalejąca burza. Bladoróżowe wargi zacisnęły się jak pętla na szyi wisielca. Ożywiona twarz mówiła wiele, aczkolwiek usta milczały, co Witold, z nieskrywaną satysfakcją, policzył na zegarku.

Odkaszlnęła znacząco.

– W ostateczności, natchniona przepięknym krajobrazem zimy, jestem gotowa udzielić ci tej łaski, panie mężu, i przychylić się do twego postulatu. Wpierw musisz uznać me ostatnie słowo!

Witold cmoknął. Pokręcił głową, przechylając szalę decyzji w obie strony.

– Uznaję twe ostatnie słowo, pani żono.

– Dziękuję! Ile tam odliczyłeś, panie mężu?

– Ze dwadzieścia sekund, pani żono.

– Czyli zostało mi ile, osiem minut?

– Owszem.

– Dobrze… Żeby ułatwić ci sprawę, panie mężu, oficjalnie zacznę milczeć o równej minucie, aby łatwiej było ci liczyć.

– Doceniam ów gest, pani żono.

Adelajda łaskawie skinęła głową. Witold spojrzał na zegarek.

– Mniemam, że uczciwie odmierzysz czas, panie mężu?

– Parol kawalerski daję.

– Przecież jesteś żonaty!

– Właśnie dlatego! – Błysnął zębami.

– Proszę sobie nie stroić ze mnie żartów! Inaczej zerwę rokowania!

– Przepraszam. Jakoś tak nie mogłem się powstrzymać. – Spojrzał na zegarek. Odczekał. – Teraz!

Adelajda przekręciła szyję o czterdzieści pięć stopni w stronę okna. Oficjalnie, pętla jej wzroku zacisnęła się na ośnieżonym szczycie Kammhimmels i zawisła wzdłuż jego stoku. Nieoficjalnie, ukradkiem, rzucała wywiadowcze spojrzenia w stronę męża.

Witold oparł głowę o ścianę przedziału. Zamknął oczy. Z błogim uśmiechem leniucha, który obudził się w niedzielę pod cieplutką kołdrą, gdy na polu panował siarczysty mróz, rozkoszował się ciszą.

Adelajda odkaszlnęła znacząco. Witold zamruczał rozczarowany jak niedzielny leniuch, któremu każą wstawać, gdy on ma w planach jeszcze sobie podrzemać.

Adelajda tupnęła nóżką. Witold otworzył oczy. Spojrzał na zegarek. Uśmiechnął się od ucha do ucha. Zamknął oczy. Rozkoszował się ciszą jawnie i do syta.

Adelajda tupnęła głośniej. Witold ziewnął głośno i przeciągle, co spotkało się z jeszcze jawniejszym fuknięciem jego małżonki. Pozostał na nie głuchy jak ów kamień w polu.

Adelajda wstała na baczność niczym żołnierz gotów do bitwy. Rozpoczęła spacer w kółko po wąskiej przestrzeni przedziału. Kołowała wokół beztroskiego męża niczym jastrząb. Witold pozostał obojętny jak kamień.

Tunel wyżłobiony w skale połknął gąsienicę pociągu. Adelajda wykorzystała okazję niczym żeglarz pomyślny wiatr. Zaatakowała znienacka. W mig nałożyła Witoldowi na szyję wieniec ze swych złączonych rąk. Spikowała bladoróżowymi ustami prosto w usta Witolda. Odcisnęła na nich swą pieczęć. Nie pozwoliła oswobodzić się swej ofierze ani zaczerpnąć tchu. Opamiętała się dopiero, gdy ciemność za kotarami powiek nabrała czerwonych barw.

Czmychnęła na swe siedzenie niczym wiewiórka na drzewo. Usiadła dostojnie. Jej alabastrowe policzki nabrały gorętszej barwy. Fioletowe oczy zrobiły zwiad. Na twarzy małżonka dojrzały kompletne osłupienie. Bladoróżowe usta przybrały triumfalną pozę.

– Czy już wypełniłam mój warunek rozejmu, panie mężu? – zapytała czule i uwodzicielsko.

– Jeszcze półtorej minuty, pani żono – odpowiedział Witold, bolejąc nad szkodami, jakie atak żony poczynił jego beztroskiemu milczeniu.

– Dziękuję, panie mężu.

Witold doszedł do siebie. Zmarszczył brwi. Zmrużył oczy. Wziął małżonkę na muszkę. Adelajda zamigotała rzęsami niczym motyl skrzydłami na łące pełnej kwiatów. Następnie jej spojrzenie spoczęło na mężowskim zegarku jak ptak na gałęzi. Zaczęła tupać nóżką w stałym rytmie, jakby odmierzała sekundy.

Witold odmierzył czas. Schował zegarek. Spojrzał na żonę.

Oczy Adelajdy czekały na jego spojrzenie jak proch na iskrę. Uśmiali się prawie do rozpuku.

– Jak znam Franza, już pewnie czeka na stacji – rzekł Witold, gdy oboje nieco ochłonęli. – On ma zawsze w zwyczaju przychodzić wcześniej, niż trzeba, i niepotrzebnie czekać. – Pokiwał głową i uśmiechnął się do wspomnienia przyjaciela. – Czasem mi się wydaje, że jest jak armia, która musi się zaznajomić z polem bitwy i dokładnie je wybadać.

– Z twoich słów, z tego wszystkiego, co mi o nim opowiedziałeś, wyłania się obraz złotego człowieka. Aż się boję, czy aby godna jestem go poznać.

– Jesteś, jesteś, Adelajdo. – Imię żony wypowiedział niczym aktor szekspirowski słynną kwestię Hamleta. – Franz nosi serce na dłoni i chętnie się nim podzieli… A nawet w ciebie wmusi.

– Ktoś, kto nadmiernie lubi czytać między wierszami, mógłby dojrzeć niechęć w stosunku do dobroci przyjaciela.

– Gdy się otrzyma jej w nadmiarze, zaczyna nieco przeszkadzać… niby kamień przywiązany do nogi. Człowiek ciągnie go za sobą i się męczy.

– Oj, Witoldzie, ja rozumiem, że jesteś honorowym człowiekiem i nie chcesz mieć długów wobec nikogo, ale powinieneś zrozumieć!

– Zaczynasz mówić jak on. – Witold się zaśmiał. – Zaraz zacznę podejrzewać, że jesteście w zmowie, pani żono.

– Ależ potrafisz być nikczemny, panie mężu! – wyrzekła łamiącym się głosem. – Twe słowa ugodziły me serce niczym sztylet! Wepchnąłeś go w mą pierś aż po gardę! Jak mogłeś! – Pociągnęła nosem.

Witold westchnął rozczulony aktorstwem Adelajdy.

– Teraz powinieneś przede mną uklęknąć, chwycić mą dłoń, przeprosić i szeptać czułe słowa! – rzekła z ręką na bolącym sercu. – Gdy daję ci okazję do wykazania się swym uczuciem i namiętnością w stosunku do mojej osoby, powinieneś natychmiast z niej skorzystać!

– Dojeżdżamy do celu – odparł spokojnie Witold.

Adelajda, niczym pszczoła kielich kwiatu, przeczesała wzrokiem jezioro Augberg, otoczone półksiężycem przez zabudowania miasteczka, za którym stała wysoka, niebezpieczna góra.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: