Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Spirit Animals. Opowieści upadłych bestii. Wydanie specjalne - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 września 2021
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Spirit Animals. Opowieści upadłych bestii. Wydanie specjalne - ebook

Tom specjalny popularnej serii, do której autorów zalicza się bestsellerowy pisarz fantasy – Brandon Mull!

Upadłe Wielkie Bestie – niegdyś najbardziej potężne stworzenia Erdasu, które zdradziły inne Wielkie Bestie i których knowania kosztowały życie tysięcy istot – odradzają się jako zwierzoduchy wyjątkowych dzieci. Grozi im jednak wielkie niebezpieczeństwo. Tajemniczy myśliwy próbuje odebrać im życia i bezlitośnie walczy z każdym, kto staje w ich obronie.

Poznajcie pięć opowieści o legendarnych Wielkich Bestiach – oraz o młodych bohaterach, którzy nie cofną się przed niczym, aby je ocalić.

Kategoria: Dla dzieci
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-280-9291-4
Rozmiar pliku: 4,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

HALAWIR

Wyzwolony. Emily Seife

Rozbłysła ogromna jasność, jakby zdjęto mu przepaskę zasłaniającą oczy. Przez chwilę Halawir nie czuł nic poza ukłuciem dobiegającej zewsząd potężnej światłości. Pochłaniał go purpurowy blask, a świat zdawał mu się półcieniem słońca.

A wtedy reszta jego ciała nadążyła za oczami. Z przyjemnością poczuł podmuch wiatru na swoich piórach, smak słonawych morskich kropli i zapach bezkresnego morza pulsującego gdzieś pod nim. Słyszał szum powietrza, które rozstępowało się, żeby zrobić miejsce dla jego ciała.

Leciał.

Machał szerokimi skrzydłami z góry na dół, ciesząc się tym, w jaki sposób rozganiały powietrze. Prądy były napięte i gładkie jak fale, końcówki jego skrzydeł delikatnie ocierały się o niebo. Rozpostarł skrzydła najszerzej, jak potrafił – a miały niemal dwa metry rozpiętości – i patrzył, jak słońce odbija się od błękitu i szarości jego piór.

Orzeł wydał z siebie radosny krzyk.

Był bowiem Wielką Bestią i królem tych niebios.

Szybkie i mocne, majestatyczne skrzydła przylgnęły do jego ciała. Halawir osiągnął szczytowy punkt swojego lotu i zawrócił, żeby zanurkować. Przed oczyma świsnęła mu przelatująca mewa, więc pomknął ku niej dla hecy.

Ta oczywiście nie miała pojęcia, że Halawir jedynie cieszył się swoją siłą, i bała się, że skończy jako przekąska. Machała skrzydłami najszybciej, jak potrafiła, popiskując przy tym szaleńczo. Halawir przymrużył oczy, co było ptasim uśmiechem. Gdyby miał nastrój na łowy, mewa nie miałaby żadnych szans. Tym razem pozwolił jej uciec.

Zobaczył rozpościerający się pod nim ocean Erdasu. Nie wiedział, gdzie dokładnie się znajduje, ale dobrze było tu być. Dobrze było powrócić.

Wciąż obniżał lot. Szybował nad powierzchnią spienionego morza – podążając za zakolami i czubami fal, nie mocząc jednak przy tym piór – i przeleciał nad kadłubem statku handlowego…

Nagle poczuł na głowie ciężką sieć. Skrzydła zaplątały mu się w sznury i spadł, uderzając o twardą powierzchnię z mało eleganckim łomotem. Zaskoczony zaczął się szarpać i nerwowo machać skrzydłami, chciał się wydostać, ale każdy ruch sprawiał, że zaplątywał się w sieć jeszcze bardziej. Halawir rozejrzał się ze wzburzeniem i zorientował się, że leży na pokładzie statku. Gdy usiłował się podnieść i odzyskać równowagę, jego szpony ślizgały się po mocno już wytartych drewnianych deskach.

– Złapałeś go! – rozległ się wysoki głos, któremu zawtórowały szybkie kroki. – Aż nie mogę uwierzyć! Jest niesamowity!

Głos należał do dziecka. Panika zaczynała już obezwładniać Halawira, ale kiedy jego serce nieco spowolniło rytm, zobaczył przykucniętą obok siebie dziewczynkę. Mogła mieć jakieś jedenaście lat. Miała brązową skórę i blade włosy, tak jakby słońce ją jednocześnie spiekło i wybieliło.

Rozległ się niższy głos. Odezwał się mężczyzna, ubrany skromnie, acz porządnie, o skórze równie ciemnej, co dziewczynka:

– Cordalles, udało ci się! Przyzwałaś zwierzoducha! – powiedział nieznajomy, a Halawir słyszał pobrzmiewającą w jego słowach dumę. – Ptak to idealne stworzenie dla takiej żeglarki jak ty.

– To nie jest zwykły ptak – syknęła stojąca przy nim kobieta. – Widziałeś, jaką ma rozpiętość skrzydeł? Popatrz na jego haczykowaty dziób. To orzeł, Imari.

– Orzeł? – zdziwiła się dziewczynka, którą nazwano Cordalles.

Halawir zwrócił ku niej swoje żółte ślepia.

– Niemożliwe – mówiła dalej. – Przecież każdy wie, że nie da się przyzwać orła na swojego zwierzoducha, bo Halawir… – przerwała.

– Halawir – powtórzył za nią mężczyzna. – Wielka Bestia?

– Zdrajca – skomentowała kwaśno kobieta.

– To nie może być on – powiedziała dziewczynka, ale Halawir wyczuł w jej głosie niepewność. Nie wydawała się zadowolona z takiego obrotu spraw. Cóż, było ich dwoje.

Cordalles wychyliła się nieco, chcąc się lepiej przyjrzeć ptakowi. Halawir znowu machnął z niezadowoleniem masywnymi skrzydłami, ale ciężka siatka nie pozwoliła mu się wybić z pokładu ku niebu. Orzeł wydał z siebie wściekły krzyk. Bycie uwięzionym przez anonimowych żeglarzy, którzy najpewniej nie potrafiliby nawet wypatrzyć z trzystu metrów ryby skaczącej pomiędzy falami, wydało mu się absurdalne.

A przecież Halawirowi niemal udało się objąć rządy nad Erdasem u boku Kovo i Gerathon. Trzymał w szponach lśniące talizmany i patrzył, jak te aroganckie Zielone Płaszcze uciekają z krzykiem ze swojego żałosnego zameczku. Wojna ostatecznie zwróciła się przeciwko niemu i jego sojusznikom, lecz Halawir pamiętał, jak to jest być jedną z najpotężniejszych istot Erdasu. Pamiętał, jak to jest sprawić, że ludzie drżeli ze strachu. A teraz…

Zmrużył ślepia, chcąc pokazać dziewczynie, że nie są przyjaciółmi i nigdy, przenigdy nimi nie zostaną. Ale nie dość, że zignorowała jego jasny sygnał, to jeszcze wyciągnęła palec wskazujący i delikatnie dotknęła jednego z błękitno-szarych piór pod jego potężnymi skrzydłami.

– Jest piękny – zachwycała się.

– Ostrożnie, Cordalles – ostrzegła ją matka i miała rację.

Halawir odleciałby stąd, gdyby mógł. Z radością też wydrapałby jej oczy. Lecz był unieruchomiony i nie miał wyjścia. Pozostawało jedynie czekać, aż opuszką palca muśnie jego pióra, jakby był jakimś małym, puszystym kurczaczkiem, zbyt młodym i głupim, żeby umieć latać.

Gdy jednak zaczęła głaskać jego lśniące pióra, czuł, że słabnie. Zupełnie jakby ten mały, żółty kurczaczek tkwił gdzieś w głębi niego, przebijał skorupkę jego serca i lgnął do Cordalles.

Zaskoczyło go i wystraszyło to nieśmiałe poczucie rodzącej się między nimi więzi. Godziny spędzone przez dziewczynę na takielunku, morze rozbryzgujące się obok i wiatr targający jej włosy zostawiły na niej swoje zapachy. To ich łączyło. Wyczuł, że uwielbiała czuć pęd powietrza na swojej twarzy. Zupełnie tak jak on.

Ale nie chciał myśleć o tej słabości. Przecież Cordalles go uwięziła.

A tego nie mógł jej wybaczyć.

Nie będzie zwierzoduchem jakiejś dziewuchy, zależnym od jej kaprysu. Nie przejdzie na jej życzenie do stanu pasywnego. Może powolna Jhi albo jakaś zwyczajna bestia potrafiła być na czyjeś każde skinienie, ale nie on.

Halawir korzystał z całej siły swojego jestestwa, żeby oprzeć się iskrze, która zapoczątkowała ich więź. Miał zamiar ją ignorować aż do momentu, kiedy nie będzie miała czym się pożywić, wygaśnie i zniknie na zawsze.

I kiedy siedział tam jak durny osioł, oszołomiony dotykiem palca tej dziewczyny, starsza kobieta podeszła bliżej. Niespodziewanie sięgnęła pomiędzy oczka siatki i pociągnęła go za nogę.

Zaczął walczyć, zapominając o słabości sprzed chwili, owo niechciane uczucie bliskości wywołało teraz u niego niepohamowaną złość. Bił skrzydłami, rzucał głową i wymachiwał nogami, lecz na nic to się zdało, kobieta chwyciła za delikatną kończynę. Uniósł szpony do ataku, chcąc zadać jeden mocny cios i rozorać jej twardą skórę, a kiedy i to nie podziałało, przekręcił się i natarł dziobem, by ją choćby drasnąć. Wyczuł smak krwi. Kobieta krzyknęła i wycofała się czym prędzej, lecz wcześniej zdążyła nasunąć mu na nogę i zacisnąć na niej niewielki kawałek sznurka.

– Ta bestia mnie poharatała! – krzyczała, wymachując ręką.

Halawir zobaczył ranę, jaką udało mu się wydziobać w jej pulchnym przedramieniu. Ma za swoje.

– Matko! – panikowała dziewczyna. – Nic ci nie jest? Przepraszam! Nie miałam pojęcia, do czego jest zdolny… Halawirze, jak mogłeś to zrobić?

– Już w porządku. Na szczęście udało mi się przywiązać mu do nogi sznurek, żebyśmy mogli nad nim zapanować.

Usta kobiety wykrzywiły się w ponurym uśmiechu. Podała dziewczynie koniec sznurka i razem z mężczyzną rozplątali sieć, żeby zdjąć ją z Halawira.

Kiedy tylko orzeł przestał czuć na sobie jej ciężar, poderwał się do lotu, jak najszybciej unosząc się ku niebu.

Nie był głupi, pamiętał o przywiązanej do nogi lince, ale jego mięśnie działały instynktownie i zareagował zbyt późno, zanim jego umysł zdążył podsunąć mu jakąś użyteczną radę. Serce mu podskoczyło, skrzydła załopotały, ciało zareagowało odruchowo. Był jak strzała pędząca ku niebu, leciał i leciał, aż… sznurek się naprężył i Halawir poczuł mocne szarpnięcie za nogę.

Ściągnęło go z powrotem na dół, zwalił się na pokład niczym pierzasta kula czystej, skłębionej furii.

– Ćśś – poprosiła łagodnie dziewczynka, jego oprawczyni, która dzierżyła w ręce koniec sznurka owinięty wokół nadgarstka – Uspokój się.

„Uspokój się”.

Trzymała go na uwięzi niczym bezwolne zwierzę domowe. Czy naprawdę myślała, że teraz on przeturla się po pokładzie i będzie reagował na jej polecenia?

Dziewczynka spojrzała na dorosłych.

– Czy on nie powinien czuć więzi między nami?

– To nic dziwnego, że zwierzoduch nie odczuwa jej mocno zaraz po przyzwaniu – odpowiedziała jej matka. – Obie strony muszą nad nią pracować i ją pielęgnować. Zwykle bywa tak, że umacnia się ona dopiero po paru latach.

Halawir wydał z siebie gdaczący rechot, pióra nastroszyły mu się jak sierść na psim karku. Nie miał zamiaru pracować nad umacnieniem więzi. Nie interesowała go żadna bliskość z mazgającym się bachorem. Miał już dość złych doświadczeń związanych z dziećmi. Zatrzepotał skrzydłami, chcąc odpędzić od siebie myśli o Meilin, Abeke, Rollanie i Conorze. Tych smarkatych Zielonych Płaszczach, które odebrały mu, no cóż, wszystko.

– Dobrze, będziemy nad nią pracować – powiedziała Cordalles. Prawie udało jej się pozbyć z głosu pytającego tonu. – Jestem pewna, że kiedy już spędzimy razem trochę czasu, nasza więź będzie nieco bardziej… no… – Odkaszlnęła. – Tak czy siak, jestem pewna, że możemy się od siebie sporo nauczyć. On może mnie sporo nauczyć – dodała z nowo odkrytym entuzjazmem. – Może niebawem będę biegała po tym pokładzie tak szybko, jakbym sama miała skrzydła.

Ojciec się uśmiechnął.

– A może staniesz na bocianim gnieździe, skoro będziesz miała orli wzrok. Mogłabyś zastąpić Bao na nocnej zmianie.

– Tak! – zapiała Cordalles. – I jeszcze…

– Nie wszystko naraz, wróbelku – przerwała jej matka, kładąc silną dłoń na ramieniu córki.

– Jeszcze zobaczycie – powiedziała dziewczynka, strącając matczyną rękę. – A skoro Halawir będzie nade mną czuwał, może pozwolicie mi wyjść samej do miasta, kiedy przybijemy do brzegu? Bo przecież będzie mnie chronił. Od razu zaczniemy pracować nad umacnieniem więzi, prawda, Halawirze?

Pytanie było proste i wymagało prostej odpowiedzi.

Orzeł rozpostarł skrzydła i załopotał nimi raz, ale mocno, podrywając się z pokładu. Unosząc się na łagodnym prądzie powietrza, Halawir czuł, jak się odpręża mimo przywiązanego do jego nogi sznurka. Podleciał bliżej Cordalles i zawisnął nad jej głową. Zobaczył, że rodzice dziewczynki przysunęli się bliżej niej, a załoga statku ciekawie obserwuje całą tę scenę.

A wtedy poluzował zwieracze i narobił jej na głowę.

***

Godzinę później Halawir siedział na niewielkiej grzędzie przygotowanej w ciasnej, zatłoczonej kajucie pod pokładem statku. Żeby się zmieścić na swojej zaimprowizowanej koi, musiał się przygarbić i lekko pochylić do przodu. Niski strop szedł do góry skosem od jeszcze niższej ściany. Przez pojedynczy, okrągły bulaj dało się zobaczyć na zmianę: raz morze, a raz niebo, raz morze, a raz niebo.

Cordalles skończyła myć włosy w kuble i suszyła je po drugiej stronie pomieszczenia, stojąc najdalej od Halawira, jak mogła, a jednak i tak zbyt blisko.

– Kto by pomyślał, że Wielkie Bestie mają takie poczucie humoru – powiedziała bez cienia wesołości.

Halawir zdawał sobie sprawę, że niestety ta forma sprzeciwu nie była zbyt elegancka, ale w tej sytuacji nie miał możliwości wyrażenia niezadowolenia inaczej niż przez niemy protest.

Cordalles i jej rodzice mu nie ufali. Cóż, tak jak wszyscy inni ludzie na tej planecie. Tak się jednak złożyło, że obecnie jego reputacja była mocniejsza niż on sam.

Dziewczyna odetchnęła głęboko.

– Jesteś moim zwierzoduchem, rozumiesz? Nie wybrałam cię, tak samo jak ty nie wybrałeś mnie, a jednak znaleźliśmy się tu oboje. Jesteś ze mną związany równie mocno jak ja z tobą i myślę, że powinniśmy wyciągnąć z tej sytuacji, ile się da. Zaufajmy sobie, to wszystko. Dobrze?

Cordalles wysunęła przed siebie lewe ramię.

Halawir patrzył na nią beznamiętnie. Czy to jakiś żeglarski rytuał przyjaźni? Nie, dzięki.

I wtedy do niego dotarło, że dziewczyna czekała, aż przejdzie do stanu pasywnego i pojawi się na jej skórze jako tatuaż. Czy ona zwariowała? Wyrwał mu się pełen drwiny skrzek. Była głupia i nie wiedziała o nim nic, jeśli myślała, że samowolnie jej ulegnie.

Odwrócił się od niej wyniośle i zamknął oczy, mimo to nie przestawała do niego mówić.

– Zauważyłeś na pewno, że moi rodzice cię nie lubią. Ani trochę ci nie ufają. Ale, jeśli mam być szczera, mi też nie ufają – westchnęła. – Ilekroć przybijamy do brzegu, nie pozwalają mi się oddalać samej, nie mogę się nawet rozejrzeć. Odwiedzamy najświetniejsze miasta na całym świecie i cumujemy w największych portach Erdasu, a oni nie spuszczają mnie z oczu! Jeśli poczujesz się dzięki temu lepiej, to wiedz, że ja również doświadczyłam braku zaufania.

Halawir żałował, że nie potrafi sprawić, by nie słyszeć tego, co mówi Cordalles. Był uwięziony, utknął w tej ciasnocie na środku oceanu, ale niebawem się wyzwoli i zostawi za sobą tych ludzi, ich małostkowe kłótnie i zmartwienia.

Przynajmniej nic mu teraz nie groziło. Powinien wypocząć. Zebrać siły. A gdy tylko przybiją do brzegu, spróbuje uciec.

***

Nie podnosił powiek przez dłuższy czas, aż nareszcie usłyszał kroki. Chwilę później matka Cordalles przecisnęła się do kajuty przez niskie drzwi. Przysiadła na koi obok córki i przeczesała palcami jej mokre włosy.

– Rozmawiałam z twoim ojcem – oznajmiła cicho, jakby naiwnie myślała, że Halawir jej nie usłyszy. – Nie jesteśmy pewni, co zrobić z… z twoim… z Halawirem.

– Co masz na myśli? – zapytała Cordalles.

– Cóż, raczej mało komu zdarza się przyzwać jedną z Wielkich Bestii, nie licząc bohaterskiej czwórki, która powstrzymała Zdobywców. Rozmawialiśmy ze wszystkimi żeglarzami na statku i żaden nie ma pojęcia, co to może oznaczać ani jakie będą tego konsekwencje. Lecz dopisuje nam szczęście. Płyniemy ku Cieśninie Gibralu, do Amai, co znaczy, że Zielona Przystań, kwatera główna Zielonych Płaszczy, będzie mniej więcej po drodze. Razem z ojcem uważamy, że powinniśmy się tam zatrzymać. Może Zielone Płaszcze udzielą nam jakichś wskazówek. Całe życie zgłębiają przecież naturę tych więzi. Ktoś będzie wiedział, co z tym zrobić… co z nim zrobić.

Cordalles zmarszczyła brwi.

– Nic nie trzeba robić. To mój zwierzoduch. Juno ma Freelama, a Bao…

– Moja ptaszyno, musisz zrozumieć, że to nie to samo. Ten ptak był jedną z istot odpowiedzialnych za Wojny Pożeraczy. Może i jest teraz mniejszy, ale niegdyś, choć trudno uwierzyć, był tak ogromny, że Pożeracz przemierzał niebiosa na jego grzbiecie. Knowania i sztuczki tego stworzenia kosztowały życie tysięcy osób. Do tego zdradził inne Wielkie Bestie. Nie jestem pewna, czy chciałabyś mieć takie zwierzę za towarzysza, z którym dzielisz kajutę.

– Istnieje jednak między nami więź – upierała się Cordalles. – Potrafię ją wyczuć.

Halawir niemal się zadławił. Cedziła przez zęby same kłamstwa, nie mogło być inaczej. Ba, nawet zaczął ją nieco podziwiać, była bowiem bardzo przekonująca.

Musiał wydać z siebie jakiś dziwny dźwięk, bo matka Cordalles spojrzała na niego podejrzliwie. Halawir był ciekawy, czy zdążyła się już domyślić, że rozumiał każde wypowiedziane przez nich słowo.

Kobieta przytuliła Cordalles.

– Sam fakt, że kochasz ptaki, nie sprawi, że wszystkie będą twoimi przyjaciółmi. Nie chcę przez to powiedzieć, że musicie się na zawsze rozdzielić. Musimy jedynie poprosić Zielone Płaszcze o poradę. To tylko parę dodatkowych dni żeglugi. Już powiadomiłam załogę o drobnej korekcie kursu i nie zmartwili się okazją do zarobku. – Pochyliła się i pocałowała córkę w czubek głowy. – Pozwól, że zdecydujemy z ojcem, co jest dla ciebie najlepsze, mój wróbelku.

Cordalles odepchnęła matkę i wyprostowała zgarbione plecy. Spojrzała na Halawira.

– Nie zdradzisz mnie, prawda? Czujesz, że między nami coś jest… coś, co nas łączy.

Halawir zamknął oczy, nie mogąc znieść intensywności jej spojrzenia.

Zabierali go do Zielonej Przystani, gdzie mieszkali jego wrogowie.

Po raz pierwszy był wdzięczny losowi za to, że połączył go z tą dziewczyną.

Nareszcie będzie miał szansę się zemścić.

A wtedy na jego głowę opadł worek.

***

Matka Cordalles bezceremonialnie cisnęła nim do pozbawionej okien kajuty, jeszcze mniejszej – jeśli to w ogóle możliwe – niż ta, w której się uprzednio znajdował.

Kobieta trzymała się z dala od niego, kiedy krzepki marynarz przywiązywał sznurek do słupka i ustawiał obok miski pełne wody i suszonego mięsa.

Wykonawszy swoje obowiązki, żeglarz wyszedł z kajuty, na odchodne rzucając Halawirowi podejrzliwe spojrzenie. Kobieta posłała ptakowi niby przepraszający uśmieszek.

– Zapewne to rozumiesz – powiedziała. – Nie mogę pozwolić, żeby moja córka się do ciebie przywiązała. To dla jej dobra. I dla twojego chyba też. Co, jeśli faktycznie się zwiążecie? Wtedy będzie znacznie trudniej was rozdzielić. A Cordalles nie spędzi życia, mając zdrajcę za zwierzoducha. Zasługuje na coś lepszego. – Przy ostatnich słowach tak się zaperzyła, że aż ślina poleciała jej z ust. Może chciała go zawstydzić, ale Halawira to nic a nic nie ruszało. – Zostawimy cię tam, z Zielonymi Płaszczami – mówiła dalej. – Będziesz ich problemem, nie naszym.

Czyli ona również kłamała. Nie dbał o to, czy zostanie rozdzielony z Cordalles, czy nie. Zależało mu tylko na tym, żeby statek utrzymał swój kurs na Zieloną Przystań.

Kobieta wyszła z kajuty. Słyszał, jak zamykają się za nią drzwi i rozlegają się pośpieszne kroki, a potem cichy płacz. Nasłuchiwał. Orły słynęły ze świetnego wzroku, ale i słuch miały niezgorszy.

– …muszę tam wejść – prosiła Cordalles, szlochając. – Przecież ci tłumaczę, że będzie mi posłuszny. Czy ty mi już w ogóle nie ufasz?

– Nie chodzi o ciebie.

– Nigdy mi na nic nie pozwalasz!

Wtedy rozległ się niższy głos ojca:

– Cordalles, bądź posłuszna matce. Chroni cię przecież dla twojego dobra. To tylko tymczasowe, aż wysłuchamy, co mają nam do powiedzenia Zielone Płaszcze. A potem skorzystamy z ich doświadczenia i mądrości, aby umocnić twoją więź z Halawirem.

Kroki. I cichnący płacz.

Został sam.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij