Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Spod kozetki. O pewnym psychiatrze i jego najdziwniejszych przypadkach - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 czerwca 2026
2719 pkt
punktów Virtualo

Spod kozetki. O pewnym psychiatrze i jego najdziwniejszych przypadkach - ebook

Prawdziwe historie potrafią zdumiewać bardziej niż fikcja.

Psychiatra Gary Small przez trzydzieści lat wybitnej kariery psychiatrycznej widział już wszystko. Teraz po raz pierwszy otwiera drzwi swojego gabinetu, by podzielić się opowieściami o najbardziej tajemniczych, intrygujących i dziwacznych pacjentach, jakich spotkał. Opowiada o ścieżce swojej kariery, od zatłoczonych korytarzy bostońskiego pogotowia psychiatrycznego po luksusowe górskie rezydencje ekscentrycznych milionerów.

Spod kozetki to historie – nierzadko zabawne, czasami tragiczne, ale zawsze interesujące –najbardziej frapujących przypadków: nagich kobiet stojących na głowie, mężczyzny przeświadczonego, że jego penis się kurczy, histerycznej ślepoty i psychotycznych ataków romantycznych fantazji czy mdlejących uczennic i prób autoamputacji. To wyjątkowa okazja do przyjrzenia się niezwykłym wyskokom naszego mózgu.

To tytuł w duchu bestsellerowych publikacji Olivera Sacksa, takich jak Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem czy Przebudzenia. Obserwacje i doświadczenia Gary’ego Smalla zaskakują i fascynują, a zagadki medyczne, które rozwiązuje autor, wprawiłyby w osłupienie nawet najbardziej błyskotliwe umysły pokroju doktora House’a.

Fascynująca i niepozbawiona humoru podróż w kapryśne zakamarki ludzkiego umysłu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68854-14-5
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

Jakim cudem istnieją ludzie, którzy potrafią rozzłościć się tak bardzo, że tracą zdolność mówienia? Albo tacy, co wyrywają sobie włosy z nerwów, aż wyłysieją? Co sprawia, że ktoś mdleje tylko dlatego, że zobaczył, jak inna osoba traci przytomność? Te pytania nurtowały mnie od zawsze. Kiedy więc rozpocząłem studia medyczne, nikogo nie zdziwiło, że postanowiłem się specjalizować w psychiatrii. Nigdy nie żałowałem tej decyzji. Przez trzy dekady praktyki lekarskiej opiekowałem się pacjentami, których zdumiewające zachowania i skłonności były zbyt intrygujące, bym mógł je kiedykolwiek zapomnieć. Umysł czasami popycha człowieka do ekstremalnych czynów. Nauczono mnie, że dobry psychiatra może pomóc komuś takiemu powrócić do siebie.

W tej książce opowiem wszystko o najniezwyklejszych pacjentach, z jakimi przyszło mi pracować, i o tym, jak udało mi się sprowadzić wielu z nich z powrotem znad skraju obłędu. Podzielę się swoimi wrażeniami, przemyśleniami i reakcjami na te zaskakujące przypadki – należy bowiem pamiętać, że praca psychiatry i neurobiologa zabiera nas nie tylko w podróż zawodową, ale i osobistą. Ilustrując wyzwania, z jakimi przyszło mi się mierzyć, zapraszam cię do wspólnego zastanowienia się nad łamigłówkami kryjącymi przyczyny najróżniejszych problemów psychicznych moich pacjentów. To właśnie dzięki ich rozwiązaniu zdobyłem doświadczenie, które zrobiło ze mnie lepszego lekarza.

Przedstawiam te przypadki w porządku chronologicznym – od początku kariery przez trzydzieści lat praktyki – by pokazać, jak mnie ukształtowały i pomogły mi zawodowo dojrzeć. W kolejnych historiach analizuję różnego rodzaju procesy, w szczególności koncentrując się na tym, jak umysł może doprowadzić do choroby ciała, a ciało wytrącić z równowagi umysł. Podczas pracy z pacjentami stosowałem różne metody – opisuje się to jako eklektyczny styl terapii – szukając źródeł problemów psychologicznych zarówno w sferze fizycznej, jak i umysłowej. Zalecałem stosowanie psychoterapii, leków, a w niektórych przypadkach obie te metody jednocześnie.

W ostatnich latach koncentruję się na chorobie Alzheimera. Próbuję lepiej zrozumieć, na czym polega zjawisko utraty pamięci i jak możemy temu zapobiegać. Kiedy pomagałem pacjentom i pacjentkom utrzymywać wspomnienia przy życiu, ze zdumieniem odkryłem, że wiele z tych osób pragnie zapomnieć różne rzeczy ze względu na nierozwiązane problemy psychologiczne, konflikty w relacjach i trudności nie do pokonania, które czasami skłaniały chorych do ucieczki od rzeczywistości. Pomoc psychologiczna osobom cierpiącym na problemy z pamięcią może znacząco poprawić ich jakość życia i wesprzeć proces zachowywania wspomnień.

Dziwi mnie, że tak wielu ludzi – nawet tych z bardzo poważnymi zaburzeniami – nadal boi się psychiatrii i unika leczenia. Mam wrażenie, że chorzy obawiają się wciąż pokutującego stereotypu: „psychiatra to lekarz dla wariatów” i nie chcą przyznać przed sobą, że mają problem, któremu należałoby zaradzić. Współwinne takiemu stanowi rzeczy są media, szerzące bezpodstawnie pesymistyczną wizję psychiatrii, przez co wiele osób potrzebujących pomocy zniechęca się do leczenia. Psychiatrzy są czasami postrzegani jako wścibscy mentalni detektywi, którzy przejmują kontrolę nad umysłami pacjentów, zamiast ich leczyć. Mam nadzieję, że ta książka pomoże zdementować te czcze zarzuty i rozwiać aurę tajemnicy otaczającą kwestie leczenia chorób psychicznych.

Ocenia się, że każdego roku jedna na cztery dorosłe osoby – czyli blisko sześćdziesiąt milionów ludzi – w Stanach Zjednoczonych cierpi na zaburzenia psychiczne¹. Mimo panujących powszechnie mylnych wyobrażeń na ten temat udowodniono, że interwencje psychiatryczne zmniejszają, a często wręcz eliminują symptomy psychozy, depresji i stanów lękowych. Wielu ludzi jednak nie ma dostępu do opieki psychiatrycznej, a osoby, których stan mógłby się poprawić dzięki leczeniu, nigdy nie kontaktują się ze specjalistą.

W tej książce opisałem wszystkie wydarzenia zgodnie z moimi doświadczeniami, stosując narrację pierwszoosobową. Nie mogę przy tym nie wspomnieć o bezcennym wkładzie mojej współautorki i żony Gigi Vorgan. To ona zadbała o to, by poszczególne historie i stojące za nimi zagadnienia naukowe były przejrzyste i zrozumiałe.

Sytuacje przedstawione w tej książce oparłem na prawdziwych historiach moich pacjentów i ich problemów emocjonalnych. Szczegóły pochodzą z notatek dla poszczególnych przypadków i moich wspomnień. Wiele informacji jednak zostało zmienionych, by chronić prywatność innych lekarzy i lekarek, osób poddawanych terapii oraz ich rodzin. Wszystkie przypadki zostały odtworzone z możliwie największą wiernością, by jak najlepiej oddać rzeczywistość moich zawodowych doświadczeń. Niektóre dialogi, miejsca i sytuacje zostały zmienione lub ufikcyjnione. Pewne cechy pacjentów i pacjentek pozamieniałem też miejscami – również w celu ochrony ich prywatności. Wszelkie podobieństwo do osób rzeczywiście istniejących jest przypadkowe.

Mam głęboką nadzieję, że ta książka będzie interesująca, ale chciałbym też, by zachęciła osoby z nieufnością podchodzące do psychiatrii do pokonania swoich lęków i zwrócenia się po pomoc, jeśli jej potrzebują.

Doktor Gary Small

Los Angeles, Kalifornia1

SEKSOWNE SPOJRZENIE

ZIMA 1979

Na korytarzu poczekalni bostońskiego pogotowia psychiatrycznego roiło się od ludzi. Przeciskałem się przez tłum, lawirując między pacjentami i lekarzami – byliśmy w najbardziej zapracowanej przychodni psychiatrycznej w mieście. Znajdowała się ona zaledwie jeden korytarz od izby przyjęć Massachusetts General, dużego szpitala klinicznego przy Harvard Medical School. Razem z innymi młodymi psychiatrami stażystami mówiliśmy na to miejsce „dżungla”, bo właśnie taka panowała tu atmosfera: wieczna plątanina udręczonych dusz, które trafiały tu albo z własnej woli, albo za sprawą policji lub służb ratowniczych.

Miałem dwadzieścia siedem lat, skończyłem już studia medyczne i roczny staż w przychodni internistycznej. Następnie wyprowadziłem się z rodzinnego Los Angeles do Bostonu. Zaledwie sześć miesięcy wcześniej sprzedałem samochód i cały swój dobytek, po czym wynająłem pustą kawalerkę w Cambridge w stanie Massachusetts. Miałem trzy kartony i torbę podróżną – to wszystko. Stresowałem się przeprowadzką i perspektywą nowego stażu, ale cieszyłem się, że rozpoczynam karierę psychiatry. Wprawdzie na uniwersytecie byłem członkiem prestiżowego bractwa akademickiego Phi Beta Kappa i ukończyłem studia z wyróżnieniem, ale i tak nie mogłem uwierzyć, że jadę na Harvard. W głębi ducha myślałem sobie nawet: czy to rzeczywiście dobra uczelnia, skoro przyjmują kogoś takiego jak ja?

Kiedy przedzierałem się przez zapchaną poczekalnię, prawie wpadłem na kobietę o nadgarstkach owiniętych zakrwawioną białą gazą. Pacjentka była eskortowana przez dwóch ratowników. Wreszcie dotarłem do pokoju socjalnego. Zastałem tam kilkoro psychiatrów na przerwie między konsultacjami. Atmosfera szpitalnego korytarza była tak chaotyczna i dojmująca, że natychmiast zadzierzgnęła się między nami jakaś więź. Naszym ulubionym mechanizmem obronnym był humor: wiecznie prześcigaliśmy się w żartach i strasznych historiach o pacjentach, próbując zszokować pozostałych, ale i zrobić na nich wrażenie.

Pierwszy rok praktyki na oddziale psychiatrycznym obejmował zarówno dyżury na pogotowiu, jak i konsultacje w przychodniach. Oprócz tych _stricte_ medycznych doświadczeń mieliśmy za zadanie rozpocząć psychoterapię długoterminową z co najmniej trojgiem pacjentów. Nareszcie przeskoczyłem z podręczników w oszałamiający wir prawdziwych doświadczeń. To jednak oznaczało codzienny kontakt z mnóstwem nowych ludzi i ich uderzająco rzeczywistym cierpieniem. Każdy dzień oszałamiał, przerażał, ale często też zachwycał. Wprawdzie intensywność mojej nowej pracy dawała mi zastrzyk adrenaliny, ale pod koniec zmiany zazwyczaj byłem wyczerpany i czułem ulgę na myśl, że wreszcie dobrnąłem do końca.

Następnego dnia była sobota. Mógłbym sobie dłużej pospać, ale światło wdarło się przez okno i obudziło mnie wcześnie. Nie zdążyłem jeszcze kupić sobie żaluzji. Moja dziewczyna Susan nadal spała, więc przysunąłem się do niej w nadziei na odrobinę ciepła – wąski promień słońca nie rozgrzewał pokoju. Bostoński styczeń nie był zbyt przyjemny. Gdyby nie Susan, pewnie już siedziałbym przy grzejniku i czytał Junga albo Freuda, w wełnianej czapce na głowie i owinięty półtorakilogramową parką, w której wyglądałem jak ludzik Michelina. Zamiast tego jednak naciągnąłem kołdrę na głowę i wyobraziłem sobie, że jestem znów w Los Angeles, gdzie wszyscy zawsze udają, że dwadzieścia dziewięć stopni w styczniu to szczęśliwy zbieg okoliczności, a nie standard. Wiedziałem, że nie ma sensu prosić właściciela mieszkania, by włączał ogrzewanie na dłużej niż pięć minut dwa razy dziennie, więc nie ruszałem się z miejsca. Wstałem dopiero, kiedy Susan – pielęgniarka na oddziale intensywnej opieki medycznej w szpitalu w Cambridge – ruszyła się i wymruczała, że musi się zbierać na poranną zmianę.

Czasami w weekendy trochę tęskniłem za domem. Zamiast zgarbić się nad książkami, postanowiłem przebiec się po cappuccino i croissanta do pobliskiej kawiarnianej sieciówki, gdzie przy odrobinie szczęścia mógłbym wpaść na Mike’a Pierce’a.

Mike w zeszłym roku ukończył staż i zaczął prywatną praktykę na część etatu, dorabiając jednocześnie jako lekarz prowadzący w szpitalu, gdzie miał za zadanie nadzorować stażystów. Pracował w zawodzie zaledwie trzy lata dłużej ode mnie, ale wydawało mi się, że jego wiedza i doświadczenie przewyższają moje o dobrą dekadę. Jego cięte poczucie humoru kojarzyło mi się z komikiem George’em Carlinem – Mike chętnie uciekał się do żartów, by w ten sposób pomagać nam w radzeniu sobie z wiecznym napięciem na oddziale. Mike był już żonaty i miał dwoje małych dzieci. Mimo że był moim przełożonym, szybko się zaprzyjaźniliśmy. W sobotnie poranki zazwyczaj przyjmował pacjentów w swoim gabinecie w Back Bay, więc czasami spotykaliśmy się przedtem, żeby wypić razem kawę i trochę się pośmiać.

Rzeczywiście, stał w kolejce i czytał dodatek sportowy „Boston Globe”. Przyłączyłem się do niego.

– Uciekłeś przed dzieciakami w weekend rano? Janey pewnie jest zachwycona.

– Pomyślałem, że należy im się trochę czasu tylko z mamą, to pomaga zacieśniać więzi. – Mike się roześmiał.

– Jak tam praktyka?

– Świetnie. Odkąd wywiesiłem szyld, ściąga jak magnes wszystkich zdesperowanych psychopatów ze Wschodniego Wybrzeża. Jeszcze kilka miesięcy i sam dostanę przytulną izolatkę w Lindemannie – zażartował. Zanieśliśmy kawę i croissanty do niewielkiego stolika przy oknach. – A ty jakie masz plany na dziś?

– Mnóstwo czytania. Lochton zadał mi chyba wszystkie podręczniki psychoterapii, jakie kiedykolwiek napisano.

– Oż, dali ci potwora z Loch Ness na superwizję? Mam nadzieję, że wykupiłeś już sobie kwaterę na cmentarzu.

Doktor Herman Lochton, mój pierwszy superwizor psychoterapii, był znaną postacią wśród harwardzkich psychiatrów i zredagował kilka popularnych podręczników. Pracował też jako psychiatra drużyny koszykówki Boston Celtics i leczył senatorów oraz różnych innych VIP-ów, którzy latali do niego na terapię z Bahamów prywatnymi samolotami. Wyrobił sobie reputację utalentowanego diagnostyka i terapeuty. Kiedy akurat nie opowiadał ludziom o swoich wybitnych osiągnięciach, przyjmował pacjentów w prywatnym gabinecie. Raz w tygodniu rano zajmował się superwizją stażystów na oddziale psychiatrii, żeby zachować tytuł profesora klinicznego na Harvardzie.

– Co ja ci mogę powiedzieć – westchnąłem. – Bywa apodyktyczny i rzeczywiście ma lekką skłonność do narcyzmu.

Mike zarechotał.

– „Lekką skłonność”? Ten facet jest święcie przekonany, że to on osobiście doprowadził do wygranej Celticsów z Phoenix Suns na mistrzostwach w siedemdziesiątym szóstym.

– Dobra, wiem, jest trochę walnięty. Ale dużo się od niego uczę.

– Tylko uważaj. On sporo wie, ale nie sądzę, żeby był najlepszym superwizorem psychoterapii na świecie. – Mike napił się kawy. – No, to co jeszcze słychać? Jak leci?

– Wiesz co, Mike, trochę to wszystko dziwne. Miałem parę ciekawych przypadków, coraz lepiej mi idzie słuchanie i rozmowa z pacjentami, ale nie prowadziłem jeszcze z nikim psychoterapii długoterminowej i nawet nie wiem, jak miałbym się do tego zabrać.

– Co masz na myśli?

– Czuję się, jakbym był znowu na studiach – wyznałem. – Kiedy dopiero zostałem prawdziwym lekarzem, nieważne, czy robiłem zwykłe badanie, czy usuwałem pęcherzyk żółciowy, miałem wrażenie, że tylko gram jakąś rolę, że bawię się w doktora. I boję się, że podczas psychoterapii będę się czuł tak samo.

– Witaj w klubie. Ja mam własny gabinet, a i tak czasami mam wrażenie, że tylko udaję terapeutę. Ale im więcej zbieram doświadczenia, tym rzadziej się tak czuję. – Mike dopił kawę i zerknął na zegarek. – Muszę lecieć. Mam osobowość mnogą na ósmą trzydzieści. Nigdy nie wiem, której się spodziewać.

W najbliższy wtorek Lochton miał poprowadzić wykład podczas grupowej sesji superwizyjnej w klinice psychoterapii. Pojawiłem się jako pierwszy. Profesor przeglądał się w małym lusterku i czesał grzebykiem. Nie rozumiałem, dlaczego w ogóle to robi – nakładał na włosy tyle brylantyny, że i tak zawsze miał pancerną fryzurę.

Nie mogłem się powstrzymać od komentarza.

– Bardzo elegancko pan dziś wygląda, doktorze.

– Gary, nie ma czegoś takiego jak zbyt profesjonalny wygląd. W ten sposób okazujemy szacunek pacjentom.

Popatrzyłem na jego wypolerowane lakierki i obciągnąłem spodnie khaki, bezskutecznie próbując ukryć znoszone trapery do chodzenia po śniegu. Cieszyłem się, że pamiętałem przynajmniej o krawacie.

Kilkoro stażystów weszło na salę i zajęło miejsca. Lochton popatrzył na zegarek i zaczął wykład.

– Dzisiaj chciałbym wam opowiedzieć o idealnym pacjencie do psychoterapii: mówimy na kogoś takiego MAKIS. To skrót od słów: Młody, Atrakcyjny, Komunikatywny, Inteligentny i Bogaty². „S” na końcu to oczywiście symbol dolara.

Wykładowca podniósł z tacki kawałek kredy i narysował na tablicy duży znak „$”. Kiedy podjął swoją opowieść o idealnym pacjencie, myślałem sobie, że chyba żyje w świecie marzeń, bo w szpitalu prawie nigdy nie widywaliśmy MAKIS-ów. Byliśmy przyzwyczajeni do leczenia socjopatów i narkomanów z marginesu – takich mieliśmy w klinice pod dostatkiem. Zamożni, inteligentni ludzie rozwiązywali swoje problemy z doświadczonymi prywatnymi terapeutami, nie ze stażystami na pierwszym roku praktyki w klinice z głodową stawką.

Pod koniec wykładu Lochton kazał nam przejrzeć szafki z aktami, stojące w rzędzie pod ścianą. Dokumenty zawierały krótkie raporty na temat pacjentów czekających na swoją kolej w naszej klinice. Profesor powiedział, żebyśmy znaleźli sobie jakiś ciekawy przypadek i wzięli się do prawdziwej psychoterapii. Kiedy tylko skończył mówić, rzuciliśmy się do drzwi, niemal depcząc sobie po piętach, żeby jak najszybciej dorwać się do akt, choć wiedzieliśmy, jakie to idiotyczne – przecież wszyscy od tygodni przetrząsaliśmy te szafki w poszukiwaniu jakiegoś znośnego przypadku.

To zresztą i tak był próżny wysiłek, bo dokumentacja zazwyczaj zawierała jedynie najbardziej podstawowe informacje na temat pacjenta: wiek, stan cywilny i przyczynę skierowania na psychoterapię. Rzadko można było znaleźć dość szczegółów, żeby wyłuskać spośród dziesiątek profili MAKIS-a. No i przecież gdyby jakiś się jednak trafił, to rezydent dokonujący ewaluacji capnąłby go dla siebie. Jedynym skutecznym sposobem na zdobycie dobrego pacjenta do psychoterapii było dostać kogoś z polecenia – zupełnie jak podczas poszukiwań atrakcyjnego mieszkania albo kiedy znajomi umawiają cię na świetną randkę w ciemno.

Mimo to nadal regularnie przeglądałem wyświechtane teczki, aż wreszcie po kilku tygodniach znalazłem swojego pierwszego MAKIS-a. Sherry Williams była gospodynią domową po trzydziestce, mieszkającą na przedmieściach. Skończyła studia, nigdy nie przebywała w areszcie ani w szpitalu psychiatrycznym. Uskarżała się na chroniczne stany lękowe. Lochton byłby zadowolony. Zadzwoniłem do niej i umówiłem się na spotkanie.

Pierwszoroczni rezydenci na oddziale psychiatrii nie mieli przydzielanych gabinetów – musieliśmy korzystać z tego, który akurat był wolny. Udało mi się zająć gabinet z niewielkim oknem, choć widok był częściowo przysłonięty szafką na dokumenty. Stało tam też biurko, o które co chwila uderzałem kolanem, a poza tym fotel i kanapa dla pacjentów. W pomieszczeniu znajdowały się jedynie najbardziej podstawowe elementy wyposażenia gabinetu psychoterapii: telefon z interkomem, pudełko chusteczek.

Sherry Williams przyszła na nasze pierwsze spotkanie ubrana jak nastolatka. Miała na sobie obcisłe dżinsy, tenisówki, włosy zaplotła w warkocz. Usiadła na sofie, założyła nogę na nogę i popatrzyła na mnie wyczekująco. Zrozumiałem, że teraz mój ruch.

Przełamałem pierwsze lody, pytając, jak minęła jej droga do szpitala. To ją rozluźniło i zaczęła mówić.

– Wie pan, jacy są ci kierowcy w Bostonie. Uważają, że przepisy drogowe to tylko zbiór luźnych sugestii.

Nie byłem pewien, co powiedzieć, kiedy skończyła.

– Proszę opowiedzieć mi o sobie – zaryzykowałem.

– No więc tak. Wyszłam za mąż za swojego chłopaka ze studiów – pomachała dłonią z wielkim brylantowym pierścionkiem – który dalej jest cudowny. Mamy przepiękny nowiuteńki dom z wielkim salonem i fantastycznym tarasem. – Znów zamilkła, czekając na moją reakcję.

Okej, pomyślałem: co by teraz powiedział prawdziwy terapeuta?

– Co zatem panią dziś do mnie sprowadza?

Patrzyła na mnie przez chwilę.

– Widzi pan, doktorze, po prostu bez przerwy coś mnie niepokoi – wyznała w końcu.

Słysząc, jak zwraca się do mnie „doktorze”, prawie zachichotałem. Czułem się jak oszust. Na szczęście Sherry nie czekała na reakcję.

– Pogarsza mi się, kiedy mąż wyjeżdża, a odkąd awansował na kierownika regionalnego, wyjeżdża bardzo często. Czuję się strasznie samotna w tym wielkim domu, nudzę się. Czasami tak mnie nosi, że nie jestem w stanie nawet posprzątać. W łazience rośnie góra prania, wszystko leży odłogiem.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij