-
nowość
Spoglądając z Góry, widzisz więcej - ebook
Spoglądając z Góry, widzisz więcej - ebook
Czasem wiesz, co nadchodzi, ale możesz tylko patrzeć...
Gdy umiera dziadek ośmioletniego Pawła, chłopiec jako jedyny dostrzega nad jego ciałem tajemniczą postać w bieli. To krótkie, lecz poruszające spotkanie odmienia całe jego życie. Z czasem chłopiec odkrywa, że otrzymał dar – wyjątkową intuicję i zrozumienie przyszłości. Jednak wrodzona nieśmiałość i lęk przed opinią innych skutecznie blokują jego potencjał.
Mimo to, dorastając w cieniu przemocy i rodzinnych tajemnic, Paweł uczy się ufać swoim zdolnościom. Gdy nadchodzi czas próby, a świat chyli się ku upadkowi, staje przed najtrudniejszym wyzwaniem – by ocalić innych, musi przekonać ich, by mu uwierzyli.
Przejmująca opowieść o przeznaczeniu, wewnętrznej sile i o tym, że czasem nadzieja potrafi być jedynym ratunkiem.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-439-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pod kopulastym wzniesieniem
Pod kopulastym wzniesieniem górującym ponad wszelką równiną, pośród pól uprawnych i pobliskich lasów, w dużym domu dorasta mały chłopiec.
Wychowuje się w miejscu, w którym panuje perfekcyjna czystość i szanuje się prawa wszystkich członków nielicznej rodziny. To jednak wszystko pozory – tę sielankę każdego dnia raz po raz zakłócają problemy i kłótnie wybuchające między domownikami. Chłopiec ów nie ucieka od tych waśni i sporów, lecz próbuje objąć je swoim małym, wciąż rozwijającym się rozumem. Perfekcyjny porządek w domu wyprowadza w duży błąd sąsiadów, którzy nie wiedzą o dramacie rozgrywającym się każdego dnia, tak skrzętnie ukrywanym w czterech ścianach przez wszystkich członków rodziny, wliczając w to chłopca – jedynego nieletniego mieszkańca tego domu.
Paweł to ośmiolatek, uczeń drugiej klasy szkoły podstawowej. Z wyglądu szczupły blondyn, trochę nadpobudliwy w porównaniu do reszty swoich rówieśników, pragnący jednak jak najwięcej poznać i zobaczyć, dotknąć, sprawdzić po swojemu. Jego wrodzona ciekawość, niby dziecięca i zwyczajna, motywowana jest pewnym tajemniczym zdarzeniem z początku roku – trochę odległej historii jak na zmieniające się nastroje i zachcianki młodego człowieka. Gdy stał pod rozkwitającymi lipami w dniu zakończenia roku szkolnego, był już świadomy zdarzenia, które rozegrało się pół roku wcześniej…
Wieczór tego dnia był łagodny, od czasu do czasu padał deszcz. Choć był początek stycznia, w powietrzu dało się czuć wiosnę. Rodzina, jak co niedzielę po skończonej kolacji, usiadła w swoim gronie, by obejrzeć _Dziennik_. Po wieczornym wydaniu wszyscy byli razem, chcąc podtrzymać rodzinne więzi, jakby na siłę, na przekór losowi czy przeznaczeniu, które tego dnia bezpowrotnie zmieniło wszystko. Gdy nadeszła wyznaczona godzina, jeden z jej członków – senior rodu, dziadek i ojciec – odszedł na zawsze. Umarł. Taka kolej rzeczy – okrutne prawo natury. Ktoś powie: zwykła śmierć, ale dla rodziny to dramat, szkoda, kondolencje. Tego dnia stało się jednak coś jeszcze – przypadkowego, zagadkowego i niezrozumiałego. Mały chłopiec musiał stanąć z tym zdarzeniem twarzą w twarz.
Gdy senior wydał ostatnie tchnienie, zrobiło się zamieszanie – każdy chciał pomóc na swój sposób. Wciąż czekano na przyjazd karetki pogotowia. W tym czasie Paweł, który częściowo rozumiał powagę sytuacji, zbliżył się do dziadka. Gdy podniósł smutny wzrok, ku swojemu zdziwieniu zobaczył postać, której nigdy wcześniej nie spotkał – istotę w bieli, wzrostem niemal równą Pawłowi. Wbijała spojrzenie w chłopca. Jej oczodoły były czarne, a sylwetka – opływowa. Całe zdarzenie trwało raptem kilka sekund, ale utrwaliło się w pamięci tego młodego człowieka już na zawsze. Chwila, jakże dziwna i tajemnicza, dobiegła końca. Paweł widział już przed sobą zmarłego, a na swoim policzku poczuł delikatny powiew. Jeszcze przez moment stał w bezruchu, a po chwili rodzice odsunęli go z miejsca, które zajmował od dłuższego momentu. Wtedy domownicy usłyszeli dźwięk nadjeżdżającej karetki.
Następne dni były ciche, smutne i szare. Nikt w domu za wiele nie mówił ani nie myślał. Ból był zbyt silny i pokonywał wszystkich. Teraz trzeba było skupić się na organizacji pogrzebu: pójść do księdza i umówić się z organistą. Te dni ostatecznie utwierdziły domowników w przekonaniu, że już jest ich mniej niż wcześniej i że pustka, choć bolesna, z czasem wypełni się wspomnieniem i stanie się dla nich punktem odniesienia.
Na drugi dzień przypadła modlitwa w gronie sąsiadów i bliskich. Niestety tego dnia przybyli do domu dalecy krewni zmarłego seniora. Ich awanturnicze, szalone charaktery i uciążliwy nałóg alkoholowy zwiastowały problemy. Nawet tego dnia, gdy wszyscy czuwający przy trumnie żałobnicy z prawdziwym żalem i zadumą wspominali w myślach sąsiada, otrzymaną od niego pomoc i wsparcie w trudnej pracy na roli, owa trójka złych i zawistnych ludzi burzyła spokój i wprowadzała zamęt. W drzwiach wejściowych zdarzały się szarpaniny i zaczepki wobec opuszczających dom żałobników.
Trójka złych – Stefan, Adam i Alina. Stefan, bratanek zmarłego – najbardziej naprzykrzający się otoczeniu i często wywołujący grozę wśród domowników – był wysokim, szczupłym, łysiejącym czterdziestotrzylatkiem. Rościł sobie prawa do domu i decydowania o sprzedaży płodów rolnych, które wzeszły na jesieni poprzedniego roku, a zostały posiane z wielkim trudem – jak się okazało, już po raz ostatni – przez chorującego seniora rodu. Stefan nie szczędził przekleństw i ledwo stał w drzwiach, które pod jego naporem częściowo wypadły z zawiasów, co przeraziło przechodzącą obok siedemdziesięcioletnią żałobniczkę, bliską przyjaciółkę zmarłego. Dzięki refleksowi stojącego tuż obok Adama drzwi nie spadły. Niższy, krępy trzydziestoczterolatek powstrzymał niebezpieczne zdarzenie i starał się naprawić zdewastowane drzwi. W tym momencie pani Halinka, która już wróciła do równowagi po groźnym zdarzeniu, przesłała Adamowi przelotne podziękowanie. To, co wydarzyło się przed chwilą, ponownie zburzyło jednak jej spokój. Kobieta nie wytrzymała.
– Jak ci nie wstyd, złamasie jeden, nie masz szacunku do nas, do mnie! – krzyknęła w stronę Stefana. – Po co tu przyszedłeś?! Pomodlić się za zmarłego? Czuwać? Nie, ty jak zwykle najebany, nie masz szacunku ani do żywych, ani do umarłych!
– Stara, nie odzywaj się, bo zaraz dostaniesz! Spadaj stąd, i to już!
Ręka Stefana, uniesiona nad biedną staruszką, nagle znieruchomiała, a wszystkich obecnych – Stefana, Adama, Alinę i panią Halinkę – przeszedł zimny dreszcz.
Po dziwnej chwili staruszka przeżegnała się i opuściła dom. Nikt się jednak nie domyślał, czym była ta interwencja. Co powstrzymało Stefana? Co sprawiło, że wszystkich przeniknął dreszcz? To samo poczuli domownicy, sąsiedzi i krewni czuwający przy trumnie. Babcia i jej wnuczek poczuli delikatne szarpnięcie, muśnięcie wiatru tak przelotne, że prawie niewyczuwalne, jakby na granicy snu i jawy. Byli tam jednak wszyscy, czuwali i modlili się.
Pogrzeb wypadł w czwartek. Zgromadziła się cała najbliższa rodzina zmarłego: żona Agata, córka Ewa z zięciem Danielem i synem Pawłem, syn Piotr z żoną i trójką dzieci, a także Stefan z żoną Aliną i jej młodszym bratem Adamem, sąsiedzi i przyjaciele rodziny – łącznie siedemdziesiąt pięć osób. Żałobnicy odbyli kilometrowy marsz z domu do kościoła. Organista śpiewał żałobne pieśni, a rodzina z ciężkim sercem próbowała mu wtórować, by niejako ułatwić sobie tę drogę. Droga, pełna zadumy i wypełniona pojedynczymi łzami nawet najdalszych sąsiadów, znalazła metę w kościele. Ten murowany wiejski budynek sakralny był świadkiem wielu dramatycznych i przejmujących modlitw o ocalenie podczas II wojny światowej, stał się też schronem dla uciekających przed represjami wynikającymi z wprowadzonego przed dwudziestu laty stanu wojennego. Milczący świadek niełatwej najnowszej historii Polski był też miejscem radości, pełnym harmonii, setki razy wypełniającym się dźwiękami _Marsza weselnego_ Mendelssohna, a także śpiewem i autentyczną radością dzieci przybywających licznie na nabożeństwa.
Teraz jednak, o trzynastej, odbywał się pogrzeb Andrzeja, którego wspominał w kazaniu proboszcz wiejskiej parafii.
– Zebraliśmy się w naszym kościele jak zwykle. To zwyczajny czwartek, a jednak… Czy ten dzień wygląda tak, jak go sobie zaplanowaliśmy? Czy tego chcieliśmy? Spotkać się w tym gronie na mszy pogrzebowej? Oczywiście, że nie. Chcieliśmy żyć jak co dzień. Iść do pracy, szkoły czy na zwykły spacer. Ugotować coś dobrego, wykonać jakąś drobną naprawę w gospodarstwie. Dziś mamy świadomość, że Pan Bóg też jest częścią naszej codzienności. To Jego decyzja o powołaniu do życia wiecznego waszego ojca, dziadka i sąsiada skłoniła nas do obecności na tej mszy. Każdego kolejnego dnia miejmy świadomość, że nie żyjemy wyłącznie dla siebie i swoich spraw. Że jest coś więcej. I dążmy do Nieba już teraz, już dziś i każdego kolejnego dnia. Andrzej przychodził do mnie do spowiedzi, przyjmował sakramenty, modlił się i słuchał uważnie kazań głoszonych w naszej parafii. Jak wiecie (z pewnością lepiej niż ja), oddawał się też pracy, i to bardzo ciężkiej i różnorodnej: w zakładzie na produkcji, na gospodarce i przy budowie domu. Mam nadzieję, że szybko osiągnie życie wieczne, ponieważ kierował się maksymą „Módl się i pracuj, a będziesz zbawiony!”. Choć dziś będziemy się smucić i płakać, pamiętajmy, że nie żyjemy tylko dla tego świata, ale już po śmierci odbywamy drogę prowadząca do lepszego, ku światłości i ku Bogu.
Sześćdziesięcioośmioletni proboszcz był trzy lata starszy od Andrzeja. Mimo wieku był żwawym i energicznym kapłanem. Jego probostwo trwało już dwadzieścia trzy lata. Znał Andrzeja osobiście i go lubił. Po kazaniu sam zasmucił się i zamyślił. Taka chwila refleksji była dla niego nietypowa, bo koncelebrował pogrzeby średnio dwa razy w tygodniu – sama ceremonia już mu więc spowszedniała. Śmierć była dla niego czymś naturalnym i z autentyczną wiarą podchodził do wszystkich wypowiadanych podczas kazań słów. Tego dnia jednak żegnał swojego dobrego znajomego i niemal rówieśnika.
Po powrocie z cmentarza rodzina w komplecie, tym razem bez sąsiadów i przyjaciół Andrzeja, uczestniczyła w stypie. Spotkanie miało nieco weselszy i lżejszy charakter. Stefan nie pił tego dnia, a Alina poczęstowała się stojącym z brzegu stołu likierem. Choć było głośno i gwarnie, to wszystko mieściło się w granicach przyzwoitości, na jaką zasługiwał tak ważny i zasłużony członek rodziny – wielki budowniczy tego domu. Wielki tym bardziej, że to zadanie wymagało niemałego poświęcenia i zajęło istotną część jego życia.
Pojednana rodzina przebywała razem w dużym domu pod kopulastym wzniesieniem górującym ponad wszelką równiną pośród pól uprawnych i pobliskich lasów.