Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • promocja

Spokojna przystań. Saga rodu Quinnów. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
1 czerwca 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Spokojna przystań. Saga rodu Quinnów. Tom 3 - ebook

Trzecia część wzruszającej „Sagi rodu Quinnów”, autorstwa niekwestionowanej królowej romansów – Nory Roberts.

Przed laty Raymond i Stella Quinnowie adoptowali trzech dorastających chłopców, którzy jako mężczyźni nadal borykają się ze wspomnieniami bolesnej przeszłości. Wszyscy mają za sobą trudne dzieciństwo w biedzie i upokorzeniu. Krótko przed śmiercią Ray przygarnął też Setha i zobowiązał starsze rodzeństwo do opieki nad najmłodszym z synów.

Philip – trzeci z braci Quinnów – prowadzi wygodne i dostatnie życie, pracuje w agencji reklamowej i pomaga w rodzinnej firmie. Żyje intensywnie i pracuje intensywnie. Ale teraz nadchodzi jego kolej, by zająć się nieufnym Sethem. Kiedy poznaje Sybill, nawet nie podejrzewa, jak wielkie zmiany kobieta wprowadzi w jego życie... I jak bardzo zmieni obraz przeszłości.

Uwielbiana przez polskie czytelniczki Nora Roberts to autorka ponad dwustu powieści, nieodmiennie zajmujących pierwsze miejsce na listach bestsellerów „New York Timesa”, sprzedanych w ponad pięciuset milionach egzemplarzy.

„Nora Roberts należy obecnie do najpopularniejszych powieściopisarek". Washington Post Book World

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8289-761-6
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

Drogi czy­tel­niku,

Dom dla każ­dego czło­wieka ozna­cza coś innego, a jego stwo­rze­nie bywa zarówno wyzwa­niem, jak i rado­ścią. Szczę­ścia­rze cie­pło wspo­mi­nają miej­sce, w któ­rym dora­stali, tra­dy­cje, wśród któ­rych przy­szło im się wycho­wy­wać. _Spo­kojna przy­stań_ opo­wiada o zna­le­zie­niu takiego domu, stwo­rze­niu go i zacho­wa­niu.

Ray i Stella Quin­no­wie dali Phi­li­powi drugą szansę w życiu. Ni­gdy nie zapo­mniał tego, co dla niego zro­bili. Razem z braćmi – Came­ro­nem, Etha­nem, a teraz także i Sethem – stara się dotrzy­mać słowa danego uko­cha­nemu ojcu i robi wszystko, by ich dom dalej ist­niał. Być może wolał życie w Bal­ti­more, muzea, restau­ra­cje, tłumy ludzi, jed­nakże speł­nił obiet­nicę, cho­ciaż ozna­czało to dla niego dzie­le­nie czasu pomię­dzy mia­sto a wybrzeże, na któ­rym w pocie czoła męczył się nad kadłu­bem powsta­ją­cej łodzi i zada­niami domo­wymi dzie­się­cio­latka.

Ray pra­gnął stwo­rzyć dom dla swo­ich synów. Żeby dotrzy­mać danego mu słowa i zacho­wać rodzinę, Phi­lip musi zaak­cep­to­wać chłopca, któ­rego ojciec wpro­wa­dził do ich życia… oraz zmie­rzyć się z piękną kobietą, któ­rej sekrety doty­czą także Quin­nów – kobietą, która potrze­buje zarówno jego zaufa­nia, jak i serca.

Żeby oczy­ścić imię ojca i wypeł­nić świętą przy­sięgę, bra­cia Quinn muszą utwo­rzyć zgrany zespół. Rodzinę ukształ­to­waną przez zrzą­dze­nie losu oraz wspa­nia­ło­myślne serca pary wyjąt­ko­wych ludzi.

_Nora Roberts_PROLOG

Phi­lip Quinn umarł w wieku trzy­na­stu lat. Ponie­waż jed­nak prze­pra­co­wany i kiep­sko opła­cany per­so­nel szpi­tala miej­skiego w Bal­ti­more przy­wró­cił go do życia w ciągu nie­ca­łych dzie­więć­dzie­się­ciu sekund, nie­zbyt długo prze­by­wał po stro­nie śmierci.

Dla niego było to jed­nak wystar­cza­jąco długo.

Zabiły go dwie kule kali­bru 6,35 mm wystrze­lone z taniego pisto­letu przez spusz­czoną szybę kra­dzio­nej toyoty celiki. Palec, który pocią­gnął za spust, nale­żał do przy­ja­ciela – czy raczej kogoś naj­bar­dziej zbli­żo­nego do przy­ja­ciela, jakiego trzy­na­sto­letni zło­dzie­ja­szek może sobie zna­leźć na uli­cach nie­bez­piecz­nych dziel­nic Bal­ti­more.

Kula o włos omi­nęła serce. Dopiero w póź­niej­szych latach Phi­lip uznał to za szczę­śliwe zrzą­dze­nie losu.

To młode, silne, choć już zgorzk­niałe serce na­dal biło, zale­wa­jąc krwią zużyte pre­zer­wa­tywy i fiolki po cracku, gdy chło­pak leżał w śmier­dzą­cym rynsz­toku na rogu ulic Fay­ette i Paca. Ból był tak przej­mu­jący, jakby ktoś wbi­jał mu w klatkę pier­siową ostre, palące sople, a mimo to nie prze­niósł go w kojącą nie­świa­do­mość. Był przy­tomny, sły­szał krzyki innych ofiar, być może prze­chod­niów, pisk hamul­ców, war­kot sil­ni­ków i swój wła­sny gorącz­kowy, poszar­pany oddech.

Wła­śnie upłyn­nił tro­chę elek­tro­niki, którą zwi­nął z trzy­pię­tro­wego bloku cztery ulice dalej. Miał w kie­szeni dwie­ście pięć­dzie­siąt dolców i zado­wo­lony zamie­rzał kupić za dzie­sią­taka wore­czek mary­chy, żeby prze­trwać jakoś noc. Potrze­bo­wał pie­nię­dzy, bo dopiero co wypu­ścili go z popraw­czaka, gdzie sie­dział przez dzie­więć­dzie­siąt dni za wła­ma­nie, które nie poszło tak gładko jak to ostat­nie. Przez to wszystko stra­cił kon­takty.

I jak się oka­zało, opu­ściło go także szczę­ście.

Póź­niej przy­po­mni sobie, że cho­dziło mu po gło­wie tylko „Cho­lera, cho­lera, ale boli!”. Nie był w sta­nie myśleć o niczym innym. Wlazł im w drogę przy­pad­kiem, nie miał co do tego wąt­pli­wo­ści. Te kule nie były prze­zna­czone dla niego. W ułamku sekundy, tuż zanim pisto­let wypa­lił, dostrzegł jesz­cze barwy gangu. Jego wła­snego, bo cza­sem zada­wał się z jedną z band gra­su­ją­cych po uli­cach mia­sta.

Gdyby nie to, że wła­śnie wyszedł z popraw­czaka, nie stałby w tam­tej chwili na rogu. Ktoś by go uprze­dził, że ma się trzy­mać z dala, i nie leżałby teraz na ziemi, bro­cząc krwią, wpa­tru­jąc się pustym wzro­kiem w brudny wylot rynny.

Roz­bły­sły świa­tła – nie­bie­skie, czer­wone i białe. Przez ludz­kie wrza­ski prze­bił się dźwięk syren. Gliny. Mimo otu­ma­nie­nia bólem, instynkt kazał mu ucie­kać. W wyobraźni zerwał się, młody, zwinny, sprytny, i roz­pły­nął w tłu­mie. Już od samego wysiłku, który wło­żył w tę myśl, twarz oblała mu się zim­nym potem. Poczuł dotyk ręki na ramie­niu, czy­jeś palce macały go, aż zna­la­zły ledwo wyczu­walny puls na szyi.

_Ten oddy­cha. Wołaj­cie ratow­ni­ków!_

Ktoś go odwró­cił. Ból był nie­wy­obra­żalny, ale nie potra­fił wydo­być z sie­bie krzyku, który roz­sa­dzał mu czaszkę. Widział pochy­lone nad sobą twa­rze, twarde spoj­rze­nie gli­nia­rza, posępną minę ratow­nika. Czer­wone, nie­bie­skie i białe świa­tła paliły go w oczy. Ktoś nie­da­leko szlo­chał gło­śno i prze­ni­kli­wie.

_Nie odchodź, młody._

A niby dla­czego, miał ochotę zapy­tać. Ni­gdy nie uciek­nie na dobre tak, jak to sobie obie­cy­wał. To, co zostało z jego życia, spły­wało czer­wo­nym stru­mie­niem do kanału ście­ko­wego. Do tej pory spo­ty­kały go tylko same świń­stwa. Teraz został mu jedy­nie ból. Po cho­lerę ma się trzy­mać takiego życia?

* * *

Odszedł na moment, zapadł w stan, w któ­rym nie ma bólu, świat jest ciemny i brud­no­czer­wony. Gdzieś spoza tego świata docie­rało do niego wycie syren, ucisk na klatce pier­sio­wej, pęd mkną­cej po uli­cach karetki.

Potem znów świa­tło, tym razem jaskra­wo­białe, zaczęło palić go w zamknięte powieki. Uniósł się w powie­trze, dookoła roz­le­gły się krzyki.

_Rany postrza­łowe, klatka pier­siowa. Ciśnie­nie osiem­dzie­siąt na pięć­dzie­siąt i spada. Puls słaby, przy­spie­szony. Traci i odzy­skuje świa­do­mość. Źre­nice bez zmian._

_Grupa krwi i zgod­ność. Potrzebne będą zdję­cia. Na trzy. Raz, dwa, trzy._

Miał wra­że­nie, że jego ciało pod­rywa się do góry, a potem opada. Nic go to nie obcho­dziło. Nawet brudna czer­wień coraz bar­dziej sza­rzała. Ktoś wpy­chał mu do gar­dła jakąś rurę, ale nie pró­bo­wał jej wykrztu­sić. Ledwo ją czuł. Ledwo czuł cokol­wiek i dzię­ko­wał za to Bogu.

_Ciśnie­nie spada. Tra­cimy go._

Już od dawna jestem stra­cony, pomy­ślał.

Przy­glą­dał się im z lek­kim zain­te­re­so­wa­niem. Sześć osób w zie­lo­nych kitlach w małym pomiesz­cze­niu, w któ­rym na stole leżał wysoki, jasno­włosy chło­pak. Wszę­dzie było pełno krwi. To moja krew, zro­zu­miał. To on leżał na tym stole z otwartą klatką pier­siową. Popa­trzył na samego sie­bie z bez­stron­nym współ­czu­ciem. Koniec bólu. Pra­wie się uśmiech­nął, taką mu to przy­nio­sło ulgę. Wzniósł się wyżej, aż szpi­talna scena skryła się za per­łową poświatą, a dźwięki stały się jedy­nie echem.

A potem roze­rwał go potworny ból, szok wstrzą­snął leżą­cym na stole cia­łem i wcią­gnęło go z powro­tem. Walka o oswo­bo­dze­nie była krótka i bez­owocna. Znów znaj­do­wał się w swo­jej fizycz­nej powłoce, znów czuł ból i znów nie miał przy­szło­ści.

Następną rze­czą, jaką zare­je­stro­wał, było otu­ma­nie­nie wywo­łane lekami. Ktoś chra­pał. W pokoju pano­wała ciem­ność, łóżko było wąskie i twarde. Świa­tło prze­świ­ty­wało przez szybę pozna­czoną śla­dami pal­ców. Sły­chać było mono­tonne pika­nie i świsz­cze­nie urzą­dzeń. Chciał uciec od tych wszyst­kich dźwię­ków. Znów zapadł się w sobie.

Przez dwa dni na prze­mian odzy­ski­wał i tra­cił przy­tom­ność. Miał szczę­ście, tak mu mówili. Śliczna pie­lę­gniarka o zmę­czo­nym wzroku i siwie­jący lekarz z wąskimi ustami. Nie­spe­cjal­nie im wie­rzył, kiedy równo co dwie godziny, jak w zegarku, wra­cał kosz­marny ból.

Gdy poja­wili się ci dwaj gli­nia­rze, był przy­tomny, a ból został przy­kryty kil­koma war­stwami mor­finy. Od razu poznał psy. Mimo wszystko nie miał aż tak przy­tę­pio­nej intu­icji, by nie zauwa­żyć cha­rak­te­ry­stycz­nego chodu, butów, oczu. Nawet nie musie­liby machać mu przed nosem iden­ty­fi­ka­to­rami.

– Macie fajki? – zapy­tał tak, jak pytał każ­dego, kto koło niego prze­cho­dził. Dia­bel­nie pra­gnął niko­tyny, cho­ciaż wąt­pił, czy byłby w sta­nie zacią­gnąć się papie­ro­sem.

– Jesteś za młody, żeby palić. – Pierw­szy z poli­cjan­tów przy­kleił do twa­rzy dobro­duszny uśmiech i usiadł z boku łóżka. Dobry glina, pomy­ślał Phi­lip ze znu­że­niem.

– Z każdą minutą robię się star­szy.

– Masz szczę­ście, że żyjesz – ode­zwał się drugi z kamienną twa­rzą i wyjął notes.

Oraz zły glina, uznał Phi­lip. Pra­wie go to roz­ba­wiło.

– Wszy­scy mi to powta­rzają. Co do cho­lery tak naprawdę się wyda­rzyło?

– Ty nam powiedz. – Zły gli­niarz zawie­sił ołó­wek nad otwar­tym notat­ni­kiem.

– Dosta­łem pie­przoną kulkę.

– Co robi­łeś na ulicy?

– Chyba wra­ca­łem do domu. – Już wcze­śniej posta­no­wił, jak to roze­gra. – Nie pamię­tam dokład­nie – dodał, zamy­ka­jąc oczy. – Byłem… w kinie? – Zro­bił z tego pyta­nie i otwo­rzył oczy. Widział, że zły gli­niarz nie kupuje jego wer­sji, ale co mogli mu zro­bić?

– Na jaki film posze­dłeś? Z kim?

– Słu­chaj­cie, nie mam poję­cia. Wszystko mi się mie­sza. W jed­nej chwili sobie sze­dłem, a w następ­nej leża­łem twa­rzą na chod­niku.

– To powiedz nam, co pamię­tasz. – Dobry glina poło­żył mu rękę na ramie­niu. – Powoli, zasta­nów się.

– To wszystko wyda­rzyło się za szybko. Sły­sza­łem strzały, to musiały być strzały. Ktoś wrzesz­czał, a potem jakby mi coś wybu­chło w klatce pier­sio­wej. – To aku­rat nie mijało się z prawdą.

– Zauwa­ży­łeś samo­chód? Tego, kto strze­lał?

Cały czas wyraź­nie widział przed oczami zarówno wóz, jak i strzelca.

– Chyba był tam samo­chód. Ciemny. Gdzieś mi mignął.

– Nale­żysz do Pło­mieni.

Phi­lip prze­niósł wzrok na złego poli­cjanta.

– Cza­sem się koło nich kręcę.

– Trzy ciała, które zgar­nę­li­śmy po strze­la­ni­nie, to człon­ko­wie gangu Dzi­kich. Nie mieli tyle szczę­ścia co ty. Ostat­nio ludzie z Pło­mieni i Dzicy nie bar­dzo się mogą doga­dać.

– Też tak sły­sza­łem.

– Dosta­łeś dwie kule, Phil. – Dobry glina przy­brał teraz zatro­skaną minę. – Dwa cen­ty­me­try w jedną czy drugą stronę i był­byś mar­twy, zanim dotknął­byś chod­nika. Wyglą­dasz na bystrego dzie­ciaka. A bystre dzie­ciaki nie robią z sie­bie kre­ty­nów, wie­rząc, że powinni zacho­wać lojal­ność wobec total­nych dup­ków.

– Nic nie widzia­łem. – To nie była lojal­ność, tylko kwe­stia prze­ży­cia. Gdyby kogoś wsy­pał, byłby mar­twy.

– Mia­łeś w port­felu ponad dwie stówy.

Phi­lip wzru­szył ramio­nami i od razu tego poża­ło­wał, bo ruch wywo­łał ból.

– Tak? No to może nawet będzie mnie stać na opła­ce­nie tego eks­klu­zyw­nego hotelu.

– Nie pyskuj, gnojku. – Zły gli­niarz pochy­lił się nad łóż­kiem. – Takich jak ty spo­ty­kam codzien­nie. Nie minie doba po wyj­ściu z popraw­czaka i lądu­je­cie zakrwa­wieni w rynsz­toku.

Phi­lip nawet nie drgnął.

– Czy to, że zosta­łem postrze­lony, w jaki­kol­wiek spo­sób naru­sza warunki mojego zwol­nie­nia?

– Skąd wzią­łeś pie­nią­dze?

– Nie pamię­tam.

– Wpa­dłeś do dziel­nicy han­dla­rzy nar­ko­ty­ków, żeby kupić działkę.

– Zna­leź­li­ście przy mnie jakieś dragi?

– Być może. Prze­cież i tak byś tego nie pamię­tał, prawda?

Punkt dla niego, pomy­ślał Phi­lip.

– Teraz cho­ler­nie by mi się przy­dały.

– Odpuść sobie. – Dobry glina prze­sta­wił stopy. – Słu­chaj, synu. Pój­dziesz na współ­pracę, to i my uczci­wie cię potrak­tu­jemy. Znasz ten sys­tem od dawna, powi­nie­neś wie­dzieć, jak działa.

– Gdyby fak­tycz­nie dzia­łał, tobym tu teraz nie leżał, no nie? Nie może­cie zro­bić mi nic, czego ktoś już wcze­śniej mi nie zro­bił. Na litość boską, prze­cież gdy­bym wie­dział, że coś się kroi, wcale by mnie tam nie było.

Nagłe zamie­sza­nie na kory­ta­rzu odwró­ciło uwagę poli­cjan­tów. Phi­lip zamknął oczy, od razu poznał roz­wście­czony głos.

Naćpana, pomy­ślał tylko. A kiedy wta­ra­ba­niła się do sali, otwo­rzył oczy i prze­ko­nał się, że się nie mylił.

Odstrze­liła się na tę wizytę. Żółte włosy przy­gła­dziła i ujarz­miła lakie­rem. Wyma­lo­wała się jak ta lala. Może i pod spodem była ładną kobietą, ale nosiła twardą, kamienną maskę. Miała nie­złe ciało, to dzięki niemu na­dal utrzy­my­wała się w swo­jej pro­fe­sji. Strip­ti­zerki, które dora­biają jako dziwki, muszą się dobrze pre­zen­to­wać. Dziś miała na sobie dżinsy oraz bluzkę z odkry­tymi ple­cami. Pode­szła do łóżka, stu­ka­jąc ośmio­cen­ty­me­tro­wymi obca­sami.

– Co ty sobie myślisz? Kto do kurwy nędzy będzie za to pła­cił?

– Cześć mamo, ja też się cie­szę, że cię widzę.

– Nie wymą­drzaj się, gnojku. Przez cie­bie gliny cią­gle mi stoją pod drzwiami. Mam tego ser­decz­nie dosyć. – Rzu­ciła krót­kie spoj­rze­nie na sie­dzą­cych po obu stro­nach łóżka męż­czyzn. Podob­nie jak jej syn, od razu roz­po­znała w nich gli­nia­rzy. – On ma już pra­wie czter­na­ście lat – poin­for­mo­wała ich kwa­śno i zwra­ca­jąc się do syna, dodała: – Koniec tego dobrego. Nie wra­casz do domu. Nie ma mowy, żeby gliny i opieka spo­łeczna wiecz­nie wisiały mi nad głową.

Ode­pchnęła pie­lę­gniarkę, która przy­bie­gła, by chwy­cić ją za rękę, a potem pochy­liła się nad łóż­kiem.

– Dla­czego do cho­lery nie mogłeś po pro­stu zdech­nąć?

– Nie wiem – odpo­wie­dział ze spo­ko­jem. – Pró­bo­wa­łem.

– Ni­gdy nie było z cie­bie żad­nego pożytku – narze­kała i syk­nęła na dobrego glinę, kiedy ją odcią­gnął. – Abso­lut­nie żad­nego pożytku. Nawet nie pró­buj do mnie wra­cać, kiedy już stąd wyj­dziesz! – krzy­czała, gdy wypro­wa­dzali ją z sali. – Skoń­czy­łam z tobą!

Phi­lip leżał i słu­chał, jak prze­klina, zło­rze­czy, domaga się doku­men­tów, po któ­rych pod­pi­sa­niu pozbę­dzie się go raz na zawsze. A potem spoj­rzał na złego gli­nia­rza.

– I pan chciał mnie prze­stra­szyć? Ja żyję z czymś takim. Nie ma nic gor­szego.

Dwa dni póź­niej do sali weszła para nie­zna­jo­mych. Męż­czy­zna był potężny, w jego sze­ro­kiej twa­rzy błysz­czały nie­bie­skie oczy. Kobieta miała burzę rudych wło­sów wymy­ka­ją­cych się z nie­dba­łego koka u nasady szyi oraz twarz pełną pie­gów. Wzięła do ręki wiszącą na łóżku kartę, przej­rzała ją i zaczęła stu­kać nią o swoją dłoń.

– Witaj, Phi­li­pie. Jestem lekarką, nazy­wam się Stella Quinn, a to mój mąż, Ray.

– No i?

Męż­czy­zna przy­su­nął sobie krze­sło i usiadł z wyraźną ulgą. Prze­chy­lił głowę i przez chwilę przy­glą­dał się Phi­li­powi.

– Wpa­ko­wa­łeś się w nie­złą kabałę, co? Chciał­byś się z niej wydo­stać?ROZDZIAŁ PIERWSZY

Phi­lip polu­zo­wał wind­sor­ski węzeł kra­watu od Fen­diego. Dojazd z Bal­ti­more do wschod­niego wybrzeża Mary­landu zabie­rał mu sporo czasu, zapro­gra­mo­wał więc odtwa­rzacz, bio­rąc to pod uwagę. Zaczął łagod­nie od kilku utwo­rów grupy Tom Petty and the Heart­bre­akers.

Wie­czorne czwart­kowe korki oka­zały się tak paskudne, jak się tego spo­dzie­wał. Sytu­ację pogar­szał jesz­cze sią­piący deszcz oraz gapie, któ­rzy z zafa­scy­no­wa­niem przy­glą­dali się sce­nie wypadku z udzia­łem trzech samo­cho­dów na obwod­nicy mia­sta. Kiedy wresz­cie odbił na połu­dnie trasą numer 50, nawet gorące rytmy sta­rych, dobrych Sto­ne­sów nie były w sta­nie popra­wić mu humoru.

Musiał zabrać ze sobą pracę i jakimś cudem zna­leźć w week­end czas dla Myer­stone Tire, któ­rzy zaży­czyli sobie zupeł­nie nowej kam­pa­nii rekla­mo­wej. Szczę­śliwe opony czy­nią szczę­śli­wych kie­row­ców. Gów­niany pomysł, pomy­ślał. Nikt nie jest szczę­śliwy, kiedy utknie w desz­czu w korku, bez względu na to, jaką gumę ma na kołach.

Ale wymy­śli coś, dzięki czemu klienci będą prze­ko­nani, że jazda na opo­nach Myer­stone daje im szczę­ście, bez­pie­czeń­stwo i do tego koja­rzy się sek­sow­nie. Na tym pole­gała jego praca i był w niej naprawdę dobry. Na tyle dobry, że sam zaj­mo­wał się czte­rema głów­nymi klien­tami, nad­zo­ro­wał sze­ściu pomniej­szych i ni­gdy nawet nie spo­cił się nad żad­nym zle­ce­niem w dosko­nale pro­spe­ru­ją­cej agen­cji rekla­mo­wej Inno­va­tions – fir­mie, która od swo­ich dyrek­to­rów wyma­gała stylu, entu­zja­zmu oraz kre­atyw­no­ści.

Nie pła­cili mu za to, żeby się pocił.

Co innego, kiedy był sam.

Od kilku mie­sięcy zarzy­nał się obo­wiąz­kami. Jed­nym nagłym zrzą­dze­niem losu prze­stał funk­cjo­no­wać tylko dla sie­bie i teraz zasta­na­wiał się, co się stało z jego wol­no­ścią i ela­stycz­nym, miej­skim sty­lem życia.

Śmierć ojca sześć mie­sięcy wcze­śniej wywró­ciła do góry nogami całą jego egzy­sten­cję – tę, którą Ray i Stella Quin­no­wie wypro­sto­wali sie­dem­na­ście lat temu, gdy weszli do ponu­rej szpi­tal­nej sali, dając mu wybór i szansę. Sko­rzy­stał z szansy, ponie­waż był na tyle mądry, by wie­dzieć, że nie ma żad­nego wyboru.

Powrót na ulice nie wyda­wał mu się już tak atrak­cyjny po tym, jak kule poszat­ko­wały mu klatkę pier­siową. Miesz­ka­nie z matką nie wcho­dziło w grę, nawet gdyby zmie­niła zda­nie i pozwo­liła mu wró­cić do cia­snej klitki w roz­ryw­ko­wej dziel­nicy The Block. Opieka spo­łeczna zabrała się do wni­kli­wego ana­li­zo­wa­nia jego sytu­acji, wie­dział więc, że ledwo sta­nie na nogach, już się nim zajmą.

Nie zamie­rzał wra­cać do popraw­czaka, do matki, ani rzecz jasna do rynsz­toka. Już to posta­no­wił. Potrze­bo­wał tylko czasu, żeby wymy­ślić jakiś plan.

Chwi­lowo umysł miał przy­tę­piony bar­dzo sku­tecz­nymi nar­ko­ty­kami, któ­rych nie musiał ani kupo­wać, ani kraść. Wie­dział jed­nak, że cudowne zamro­cze­nie nie będzie trwało wiecz­nie. Tak więc, nabu­zo­wany deme­ro­lem, popa­trzył z ukosa na Quin­nów i uznał, że są po pro­stu parą zwa­rio­wa­nych filan­tro­pów. Jemu to paso­wało. Chcą bawić się w dobrych sama­ry­tan i zapew­nić mu metę, póki nie doj­dzie do sie­bie? Super dla nich. No i super dla niego.

Powie­dzieli, że mają dom na wschod­nim wybrzeżu, co dzie­cia­kowi z cen­trum dużego mia­sta wyda­wało się koń­cem świata. Doszedł jed­nak do wnio­sku, że zmiana sce­ne­rii mu nie zaszko­dzi. Podobno mieli dwóch synów mniej wię­cej w jego wieku. Nie zamie­rzał się przej­mo­wać mię­cza­kami, któ­rych wycho­wali ci miło­śnicy dobrych uczyn­ków.

Oświad­czyli, że obo­wią­zują u nich pewne zasady, a prio­ry­te­tem jest szkoła. To też mu nie prze­szka­dzało. Nauka przy­cho­dziła mu z łatwo­ścią, o ile się na nią decy­do­wał.

I żad­nych nar­ko­ty­ków. Stella powie­działa to lodo­wa­tym tonem, aż musiał zmie­nić o niej zda­nie. Przy­brał aniel­ski wyraz twa­rzy i odparł grzecz­nie: „Dobrze, pro­szę pani”. Był pewien, że jeśli naj­dzie go ochota na działkę, znaj­dzie źró­dło nawet w zapy­zia­łej dziu­rze nad zatoką.

A wtedy Stella pochy­liła się nad łóż­kiem, patrząc na niego prze­bie­gle, i uśmiech­nęła się lekko.

– Masz buźkę jak z rene­san­so­wego obrazu, co nie zmie­nia faktu, że jesteś zło­dzie­jem, ban­dzio­rem i kłamcą. Pomo­żemy ci, jeśli fak­tycz­nie chcesz uzy­skać pomoc. Jed­nakże nie trak­tuj nas jak idio­tów.

Ray wybuch­nął wtedy tym swoim dud­nią­cym śmie­chem. Jed­no­cze­śnie ści­snął ramię Stelli i Phi­lipa. Phi­lip pamię­tał jego słowa: „Przy­glą­da­nie się waszym star­ciom będzie dla mnie w naj­bliż­szym cza­sie praw­dziwą gratką”.

W ciągu następ­nych dwóch tygo­dni odwie­dzali go jesz­cze kil­ka­krot­nie. Phi­lip roz­ma­wiał z nimi, roz­ma­wiał też z pra­cow­ni­kiem opieki spo­łecz­nej, któ­rego można było nabrać znacz­nie łatwiej niż Quin­nów. W końcu zabrali go ze szpi­tala do ślicz­nego, bia­łego domu nad wodą. Poznał ich synów, oce­nił sytu­ację. Kiedy się dowie­dział, że ci dwaj chłopcy, Came­ron i Ethan, zostali tak samo jak i on przy­jęci do rodziny, był już pewien, że ma do czy­nie­nia z bandą sza­leń­ców.

Posta­no­wił zacze­kać, aż nada­rzy się oka­zja. Jak na lekarkę i pro­fe­sora aka­de­mic­kiego nie zgro­ma­dzili zbyt wiele kosz­tow­no­ści, które można by łatwo pod­wę­dzić i opchnąć, przyj­rzał się jed­nak wszyst­kiemu dokład­nie i osza­co­wał, co warto zwi­nąć.

Ale zamiast ich okraść, poko­chał. Przy­jął ich nazwi­sko i spę­dził kolej­nych dzie­sięć lat w domku nad wodą.

Potem Stella zmarła i jakaś część jego świata prze­stała ist­nieć. Była dla niego taką matką, w jakich ist­nie­nie ni­gdy wcze­śniej nie wie­rzył. Opa­no­wana, silna, kocha­jąca i prze­ni­kliwa. Cier­piał po jej śmierci. Tak naprawdę była to pierw­sza wielka strata w jego życiu. Zagrze­bał część cier­pie­nia w pracy, piął się w górę na stu­diach, które miały mu zapew­nić suk­ces i ogładę. Tak zna­lazł się u dołu dra­biny awan­sów w Inno­va­tions.

Nie zamie­rzał zbyt długo zagrze­wać miej­sca na niż­szych szcze­blach.

Sta­no­wi­sko w bal­ti­mor­skiej fir­mie było jego małym oso­bi­stym trium­fem. Wra­cał do mia­sta, w któ­rym spo­tkało go tyle nie­szczęść, ale teraz przy­by­wał tu jako yup­pie. Widząc męż­czy­znę w szy­tym na miarę gar­ni­tu­rze, nikt nie pomy­ślałby, że kie­dyś był drob­nym zło­dzie­jasz­kiem, przez pewien czas dile­rem, a spo­ra­dycz­nie także męską pro­sty­tutką.

Wszystko, co osią­gnął w ciągu ostat­nich sie­dem­na­stu lat, zawdzię­czał chwili, w któ­rej Ray i Stella Quin­no­wie weszli do szpi­tal­nej sali.

Ale Ray nagle zmarł, zosta­wia­jąc za sobą cie­nie, które trzeba było dopiero roz­ja­śnić świa­tłem. Męż­czy­zna, któ­rego Phi­lip poko­chał tak, jak tylko syn może kochać ojca, stra­cił życie w biały dzień na spo­koj­nym odcinku drogi, kiedy auto, które pro­wa­dził, zde­rzyło się przy dużej pręd­ko­ści ze słu­pem tele­fo­nicz­nym.

I znów szpi­talna sala. Tym razem to Wielki Quinn leżał na łóżku, pod­łą­czony do pika­ją­cej apa­ra­tury. Phi­lip i jego bra­cia obie­cali ojcu, że zaopie­kują się ostat­nim przy­gar­nię­tym przez niego zabłą­ka­nym chłop­cem.

Chło­piec ten krył w sobie tajem­nicę i patrzył na świat oczami tak bar­dzo przy­po­mi­na­ją­cymi oczy Raya.

Plotki, które roz­cho­dziły się w poło­żo­nym nad zatoką mia­steczku St Chri­sto­pher i jego oko­licy, napo­my­kały o cudzo­łó­stwie, samo­bój­stwie i ogól­nym skan­dalu. Po sze­ściu mie­sią­cach od chwili, w któ­rej ludzie zaczęli szep­tać, Phi­lip miał wra­że­nie, że nie zbli­żyli się ani o krok do pozna­nia prawdy. Kim był Seth DeLau­ter, a przede wszyst­kim kim był dla Ray­monda Quinna?

Kolejne zagu­bione dziecko? Kolejny chło­piec, który tak bar­dzo tonął we wzbu­rzo­nym morzu zanie­dba­nia i prze­mocy, że było mu potrzebne koło ratun­kowe? A może był kimś wię­cej? Quin­nem nie tylko w wyniku zaist­nia­łych oko­licz­no­ści, ale także dzięki wię­zom krwi?

Phi­lip był pewien tylko jed­nego: dzie­się­cio­letni Seth jest jego bra­tem tak samo jak Cam i Ethan. Każdy z nich został wyrwany z kosz­maru, każdy dostał szansę, by odmie­nić swoje życie. Tyle że przy Secie zabra­kło Raya i Stelli, żeby tego dopil­no­wać.

W Phi­li­pie tkwiło coś, co kie­dyś zamiesz­kało w duszy mło­dego, bez­tro­skiego wła­my­wa­cza, a teraz nie dopusz­czało myśli, że Seth mógłby być bio­lo­gicz­nym synem Raya, spło­dzo­nym w zdra­dzie i porzu­co­nym we wsty­dzie. To ozna­cza­łoby sprze­nie­wie­rze­nie się wszyst­kiemu temu, czego go uczyli, co mu demon­stro­wali, pro­wa­dząc takie, a nie inne życie. Brzy­dził się sobą, że w ogóle bie­rze takie roz­wią­za­nie pod uwagę, że od czasu do czasu tak­suje chłopca chłod­nym, rze­czo­wym wzro­kiem, zasta­na­wia­jąc się, czy jego ist­nie­nie przy­czy­niło się do śmierci Raya Quinna.

Za każ­dym razem, kiedy nacho­dziły go takie paskudne myśli, kie­ro­wał uwagę ku Glo­rii DeLau­ter. Matka Setha oskar­żyła pro­fe­sora Ray­monda Quinna o mole­sto­wa­nie sek­su­alne. Twier­dziła, że wszystko zda­rzyło się wiele lat wcze­śniej, gdy była jego stu­dentką. Jed­nak nie ist­niały żadne dowody na to, by kie­dy­kol­wiek uczęsz­czała na zaję­cia na tej uczelni. Ta sama kobieta sprze­dała Ray­owi dzie­się­cio­let­niego syna, jakby był ochła­pem mięsa. To z nią wła­śnie – Phi­lip był tego pewien – ojciec spo­tkał się w Bal­ti­more tuż przed śmier­tel­nym wypad­kiem.

A potem zwiała. Kobiety pokroju Glo­rii wyka­zy­wały zwy­kle talent do ucieczki, kiedy sytu­acja robiła się gorąca. Dopiero przed kil­koma tygo­dniami przy­słała bra­ciom nie­zbyt sub­telny list z szan­ta­żem: chce­cie zatrzy­mać dzie­ciaka, musi­cie wysko­czyć z forsy. Phi­lip zaci­snął zęby, przy­po­mi­na­jąc sobie blady strach, jaki padł na Setha, gdy się o tym dowie­dział.

Nie miał zamiaru pozwo­lić, by poło­żyła łapę na chłopcu. Jesz­cze się prze­kona, że bra­cia Quinn są o wiele bar­dziej nie­ustę­pliwi niż star­szy czło­wiek o mięk­kim sercu.

No i już nie tylko sami bra­cia, pomy­ślał, skrę­ca­jąc w wiej­ską drogę pro­wa­dzącą do domu. Mknął pomię­dzy polami z soją, grosz­kiem i kuku­ry­dzą wyż­szą od czło­wieka i roz­my­ślał o swo­jej rodzi­nie. Teraz, kiedy Cam i Ethan się oże­nili, Seth miał po swo­jej stro­nie także dwie sta­now­cze kobiety.

Oże­nili się. Phi­lip pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem, ale i roz­ba­wie­niem. Kto by pomy­ślał? Cam chajt­nął się z sek­sowną babką z opieki spo­łecz­nej, a Ethan wziął za żonę ślicz­no­oką Grace. I tym samym został od razu ojcem uro­czej Aubrey.

Phi­lip cie­szył się z ich szczę­ścia. Co wię­cej, musiał przy­znać, że Anna Spi­nelli i Grace Mon­roe były po pro­stu stwo­rzone dla jego braci. Przy­pusz­czał, że kiedy doj­dzie do prze­słu­cha­nia w spra­wie sta­łej opieki nad Sethem, ich obec­ność doda rodzi­nie wia­ry­god­no­ści. Mał­żeń­stwo wyda­wało się bar­dzo im słu­żyć, choć Phi­lipa samo to słowo napa­wało lękiem. Zde­cy­do­wa­nie wolał życie sin­gla i pły­nące z niego korzy­ści. Nie żeby w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy mógł się nimi cie­szyć. Week­endy w St Chri­sto­pher znacz­nie ogra­ni­czały moż­li­wo­ści faceta, zwłasz­cza jeśli musiał nad­zo­ro­wać odra­bia­nie zadań domo­wych, zbi­jać kadłub łodzi oraz zaj­mo­wać się księ­go­wo­ścią racz­ku­ją­cego rodzin­nego biz­nesu, a także zno­sić do domu siaty pełne zaku­pów – bo wszystko to jakimś cudem stało się jego obo­wiąz­kiem.

Dał słowo umie­ra­ją­cemu ojcu, że zatrosz­czy się o Setha. Umó­wili się z braćmi, że wszy­scy wrócą do domu nad zatoką i wspól­nie zajmą się opieką nad chłop­cem oraz innymi obo­wiąz­kami. Dla Phi­lipa ozna­czało to dzie­le­nie czasu pomię­dzy Bal­ti­more a St Chri­sto­pher, zaś ener­gii pomię­dzy utrzy­ma­nie sta­no­wi­ska – a także pen­sji – a zaj­mo­wa­nie się nową firmą oraz nowym, nie­rzadko spra­wia­ją­cym pro­blemy bra­tem.

Wszystko nio­sło w sobie ryzyko. Domy­ślał się, że wycho­wa­nie dzie­się­cio­latka nawet w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach przy­spa­rza czło­wie­kowi zmar­twień i gene­ruje roz­ma­ite błędy, a trudno nazwać nor­mal­nymi oko­licz­no­ściami sytu­ację, w któ­rej chłop­cem opie­kuje się ktoś, kto kie­dyś był peł­no­eta­to­wym ćpu­nem, oka­zjo­nalną męską dziwką oraz szan­ta­ży­stą ama­to­rem.

Roz­krę­ce­nie firmy budu­ją­cej łodzie pocią­gało za sobą mnó­stwo nie­zbyt przy­jem­nych detali oraz ogrom cięż­kiej pracy. Jakimś cudem jed­nak się udało, a jeśli zapo­mnieć, ile kosz­to­wało go to czasu oraz wysiłku, można powie­dzieć, że udało się cał­kiem dobrze.

Jesz­cze nie­dawno week­endy spę­dzał w towa­rzy­stwie inte­re­su­ją­cych i atrak­cyj­nych kobiet – na kola­cji w jakiejś nowej, mod­nej knaj­pie, na kon­cer­cie albo w teatrze, a jeśli zaist­niała tak zwana che­mia, w nie­dzielę cze­kało go wspólne śnia­da­nie w łóżku.

To jesz­cze wróci, obie­cy­wał sobie. Kiedy upora się ze wszyst­kimi szcze­gó­łami, odzy­ska swoje dawne życie. Ale, jak by to powie­dział ojciec, chwi­lowo nie­stety…

Skrę­cił w drogę pro­wa­dzącą do domu. Prze­stało padać, deszcz pozo­sta­wił na tra­wie i liściach cienką war­stwę poły­skli­wej wil­goci. Powoli zapa­dał zmierzch. Świa­tło w oknie salonu świe­ciło deli­kat­nie, zapra­sza­jąco. Na­dal kwi­tły jesz­cze nie­które z let­nich kwia­tów, pie­lę­gno­wa­nych przez Annę, roz­kwi­tały też pierw­sze jesienne gatunki. Sły­chać było szcze­ka­nie Głup­tasa, dzie­wię­cio­mie­sięczny psiak urósł tak bar­dzo, że trudno już go było trak­to­wać jak szcze­niaka.

Phi­lip przy­po­mniał sobie, że tego dnia przy­pada w kuchni kolej Anny. Dzięki Bogu! To ozna­czało, że może się spo­dzie­wać porząd­nego posiłku. Roz­pro­sto­wał ramiona, tęsk­niąc za lampką wina, a potem przy­glą­dał się przez chwilę, jak Głup­tas śmiga za róg domu, goniąc znisz­czoną żółtą piłeczkę teni­sową.

Oczy­wi­ście widok Phi­lipa wysia­da­ją­cego z auta zupeł­nie odwró­cił uwagę psa. Zatrzy­mał się z pośli­zgiem i roz­sz­cze­kał z dzi­kim prze­ra­że­niem.

– Idiota – powie­dział Phi­lip, ale uśmiech­nął się, wycią­ga­jąc teczkę z jeepa.

Na dźwięk zna­jo­mego głosu uja­da­nie prze­ro­dziło się w osza­lałą radość. Pies pode­rwał się, wyraź­nie uszczę­śli­wiony, wycią­ga­jąc mokre, ubło­cone łapy.

– Nie skacz! – wrza­snął Phi­lip i użył teczki jako tar­czy. – Prze­stań. Siad!

Głup­tas zadrżał, lecz opadł posłusz­nie tył­kiem na zie­mię i podał łapę. Wywie­sił jęzor, oczy mu błysz­czały.

– Dobry pie­sek. – Phi­lip ostroż­nie chwy­cił brudną łapkę i podra­pał psa za jedwa­bi­stymi uszami.

– Cześć. – Seth wyszedł przed dom. Spodnie miał ubło­cone po zapa­sach z psem, czapka mu się prze­krzy­wiła tak, że ster­czały spod niej jasne, pro­ste włosy. Uśmiech, co Phi­lip od razu zauwa­żył, poja­wił się na jego twa­rzy o wiele szyb­ciej i łatwiej niż jesz­cze kilka mie­sięcy wcze­śniej. Tylko był dziu­rawy.

– Coś zgu­bi­łeś?

– Że co?

Phi­lip postu­kał pal­cem we wła­sne, pro­ste i białe zęby.

– A tak. – Seth wzru­szył ramio­nami w typowy dla Quin­nów spo­sób i wsu­nął język w szparę. Miał peł­niej­szą twarz niż pół roku temu, a jego spoj­rze­nie nie było już tak ostrożne. – Ruszał się. Musia­łem go sobie wyrwać parę dni temu. Sukin­syn, ale krwa­wił.

Phi­lip nie zamie­rzał zamar­twiać się języ­kiem chło­paka. Posta­no­wił nie zaprzą­tać sobie głowy pew­nymi aspek­tami wycho­wa­nia.

– To jak, Wróżka Zębuszka coś ci przy­nio­sła?

– No weź, prze­stań.

– Ej, nie przy­znaję się do cie­bie, jeśli nie wyci­sną­łeś dolca od Cama.

– Wyci­sną­łem nawet dwa. Jed­nego od Cama i jed­nego od Ethana.

Phi­lip zaśmiał się, objął Setha ramie­niem i ruszył do domu.

– Na mnie nie masz co liczyć, chłop­cze. Nie ze mną takie numery. Jak minął pierw­szy tydzień szkoły?

– Nudy. – Cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści wcale tak nie było. To były eks­cy­tu­jące dni. Anna kupiła mu tyle nowych rze­czy do szkoły: ołówki, zeszyty, dłu­go­pisy. Odmó­wił jedy­nie przy­ję­cia śnia­da­niówki z moty­wem z „Archi­wum X”, którą pró­bo­wała mu wci­snąć. Tylko kre­tyni noszą w gim­na­zjum kanapki w pudełku. Ale podo­bało mu się nawet to, że mógł wykpić cały ten pomysł.

Dostał też super­ciu­chy i zaje­bi­ste teni­sówki. A przede wszyst­kim po raz pierw­szy w życiu miesz­kał w tym samym miej­scu, z tymi samymi ludźmi i wra­cał do tej samej szkoły, którą zosta­wił za sobą w czerwcu.

– Dużo wam zadają? – zapy­tał Phi­lip, uno­sząc brwi. Wła­śnie otwie­rał drzwi do domu.

Seth prze­wró­cił oczami.

– Jezu, czy ty kie­dy­kol­wiek myślisz o czymś innym?

– Chło­pie, zada­nia domowe to sens mojego życia. Zwłasz­cza twoje zada­nia.

Głup­tas wystrze­lił przed Phi­lipa i wpadł do domu, nie­mal zbi­ja­jąc go z nóg swoim entu­zja­zmem.

– Musisz jesz­cze sporo popra­co­wać nad tym psem. – Łagodna iry­ta­cja bar­dzo szybko się roz­pły­nęła, bo w powie­trzu wyczuł boski zapach gotu­ją­cego się sosu pomi­do­ro­wego. – Niech Bóg nas wszyst­kich bło­go­sławi – mruk­nął.

– _Mani­cotti_ – poin­for­mo­wał go Seth.

– Tak? Mam butelkę chianti, którą trzy­ma­łem na taką wła­śnie chwilę – odparł i rzu­cił teczkę w kąt. – Lek­cjami zaj­miemy się po kola­cji.

Anna stała w kuchni i napeł­niała serem rurki maka­ronu. Cudowne, czarne loki miała wysoko upięte. Pod­wi­nęła rękawy śnież­no­bia­łej bluzki, którą wło­żyła do pracy, a gra­na­tową spód­niczkę zasła­niał duży far­tuch. Zdjęła buty i bosą stopą wybi­jała rytm nuco­nej melo­dii. Phi­lip od razu roz­po­znał arię Car­men.

Mru­gnął do Setha, pod­szedł do niej od tyłu, objął w talii i zło­żył siar­czy­sty poca­łu­nek na czubku głowy.

– Uciek­nij ze mną. Zmie­nimy nazwi­ska. Ty będziesz Sophia, a ja Carlo. Zabiorę cię do raju, w któ­rym będziesz mogła goto­wać dla mnie i tylko dla mnie. Żaden z tych wie­śnia­ków nie doce­nia cie­bie tak jak ja.

– Pozwól, że skoń­czę tylko tę rurkę i już lecę się pako­wać. – Odwró­ciła się, patrząc na niego z roz­ba­wie­niem. – Kola­cja za pół godziny.

– Otwo­rzę wino.

– Nie ma nic do jedze­nia na teraz? – zapy­tał Seth.

– Jest, _anti­pa­sto_ w lodówce. Weź sobie.

– Ale to warzywa i takie tam dzia­do­stwo – maru­dził chło­pak, wycią­ga­jąc talerz.

– Ano tak.

– O Jezu…

– I zmyj psa z rąk, zanim zaczniesz jeść.

– Ślina psa jest czyst­sza niż ludzka – poin­for­mo­wał ją Seth. – Czy­ta­łem, że ugry­zie­nie przez czło­wieka jest gor­sze niż pogry­zie­nie przez psa.

– Jestem wzru­szona, że posta­no­wi­łeś podzie­lić się ze mną tą fascy­nu­jącą infor­ma­cją. Ale i tak pro­szę, umyj ręce.

– Co za ludzie. – Seth wyma­sze­ro­wał zde­gu­sto­wany. Głup­tas wyśli­zgnął się za nim.

Phi­lip wybrał wino z nie­wiel­kiego zapasu, który prze­cho­wy­wał w spi­żarni. Dobre wina sta­no­wiły jedną z jego pasji, a trzeba przy­znać, że miał bar­dzo wyma­ga­jące pod­nie­bie­nie. W miesz­ka­niu w Bal­ti­more trzy­mał sporą kolek­cję sta­ran­nie dobra­nych gatun­ków. Zaj­mo­wały spe­cjal­nie prze­ro­bioną w tym celu szafkę.

Tutaj, w domu nad zatoką, uko­chane bor­de­aux i bur­gundy stały na półce w towa­rzy­stwie płat­ków ryżo­wych kel­log’s oraz budy­niu bły­ska­wicz­nego. Nauczył się z tym żyć.

– Jak minął tydzień? – zapy­tał Annę.

– Pra­co­wi­cie. Ten, kto stwier­dził, że kobieta może mieć wszystko, nadaje się tylko do odstrzału. Godze­nie pracy zawo­do­wej i życia rodzin­nego to katorga – powie­działa i pod­nio­sła głowę, uśmie­cha­jąc się rado­śnie. – Uwiel­biam to.

– To widać. – Wyjął z wprawą korek, pową­chał go, zaapro­bo­wał i posta­wił butelkę na bla­cie, żeby wino mogło oddy­chać. – A gdzie Cam?

– Powi­nien już wra­cać z firmy. Dzi­siaj z Etha­nem zostali godzinę dłu­żej. Pierw­sza łódź braci Quinn jest już gotowa. Wła­ści­ciel jutro ją odbiera. Skoń­czone, Phi­li­pie. – Anna uśmiech­nęła się z dumą. – Stoi przy pomo­ście, zdatna do żeglugi i po pro­stu prze­cudna.

Poczuł cień roz­cza­ro­wa­nia, że nie było go tu w ten ostatni dzień.

– W takim razie powin­ni­śmy wypić szam­pana.

Anna unio­sła brew, stu­diu­jąc ety­kietę na winie.

– Otwo­rzy­łeś folo­nari, ruf­fino?

Phi­lip uwa­żał zami­ło­wa­nie do dobrego wina za jedną z naj­więk­szych zalet swo­jej bra­to­wej.

– Rocz­nik sie­dem­dzie­siąty piąty – dodał, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

– Nie będę narze­kać. Gra­tu­la­cje, panie Quinn, z oka­zji zakoń­cze­nia budowy pierw­szej łodzi.

– To nie moje dzieło. Ja tylko zaj­muję się papier­kami i służę jako nie­wol­ni­cza siła robo­cza.

– Oczy­wi­ście, że to twoje dzieło. Papiery to koniecz­ność, a Cam i Ethan nie daliby sobie z nimi rady tak jak ty.

– Pie­klą się, że im zrzę­dzę.

– Bo trzeba im tro­chę pozrzę­dzić nad głową. – Anna prych­nęła, napy­cha­jąc rurki maka­ronu serem. – Powi­nie­neś być dumny z tego, co we trójkę osią­gnę­li­ście w ciągu ostat­nich paru mie­sięcy. I nie cho­dzi jedy­nie o biz­nes, ale także o rodzinę. Każdy z was musiał zre­zy­gno­wać dla Setha z cze­goś, co było dla was ogrom­nie istotne. I każdy dostał w zamian coś rów­nie istot­nego.

– W życiu bym się nie spo­dzie­wał, że dzie­ciak sta­nie się dla mnie taki ważny. – Phi­lip otwo­rzył szafkę, żeby wyjąć kie­liszki. – Na­dal zda­rza się, że wku­rza mnie bez­gra­nicz­nie.

– To zupeł­nie natu­ralne.

– I tak czuję się z tym paskud­nie. – Phi­lip wzru­szył ramio­nami i nalał wina do kie­lisz­ków. – Czę­ściej jed­nak stwier­dzam, że tra­fił mi się cał­kiem nie­zły młod­szy brat.

Anna zaczęła trzeć ser nad zapie­kanką. Kątem oka zer­k­nęła na Phi­lipa, który uniósł kie­li­szek i spraw­dził bukiet wina. Był piękny; pod wzglę­dem fizycz­nym bli­ski ide­ału męskiej urody. Gęste, brą­zowe włosy, oczy bar­dziej złote niż piwne. Zmy­słowe, ale i aniel­skie. Długa, wąska, zamy­ślona twarz. I ta wysoka, szczu­pła syl­wetka, jakby stwo­rzona do nosze­nia wło­skich gar­ni­tu­rów. Widziała go jed­nak roze­bra­nego do pasa, w samych wypło­wia­łych lewi­sach, orien­to­wała się więc, że nie ma w nim nic deli­kat­nego.

Obyty, twardy, wykształ­cony, prze­ni­kliwy. Inte­re­su­jący facet, doszła do wnio­sku. Wsu­nęła maka­ron do pie­kar­nika i odwró­ciła się po swoje wino. Z uśmie­chem stuk­nęła kie­lisz­kiem w jego kie­li­szek.

– A ja, patrząc na cie­bie, muszę stwier­dzić, że tra­fił mi się cał­kiem nie­zły star­szy brat.

Poca­ło­wała go lekko w tej samej chwili, w któ­rej do kuchni wszedł Cam.

– Zabie­raj ten pysk od mojej żony.

Phi­lip tylko się uśmiech­nął i objął Annę w pasie.

– To ona mnie całuje. Podo­bam jej się.

– Ale woli mnie. – Żeby dowieść praw­dzi­wo­ści swo­ich słów, Cam zaha­czył palce o wią­za­nie far­tu­cha, okrę­cił ją dookoła i chwy­cił w obję­cia tak, jakby chciał cało­wać ją do utraty tchu. A potem uśmiech­nął się, skub­nął ją w dolną wargę i klep­nął przy­ja­ciel­sko w pośla­dek. – Prawda, żab­ciu?

Zakrę­ciło jej się w gło­wie.

– Może – przy­znała słabo. – Ogól­nie rzecz bio­rąc, to tak – dodała i wyswo­bo­dziła się z objęć. – Jaki ty jesteś brudny!

– Wpa­dłem tylko, żeby wziąć sobie piwo pod prysz­nic – odparł i pochy­lił się nad lodówką, wysoki i szczu­pły, ciemny i nie­bez­pieczny. – A także poca­ło­wać żonę – uzu­peł­nił, patrząc z wyż­szo­ścią na brata. – Znajdź sobie wła­sną.

– Kto by miał na to czas – odparł Phi­lip żało­śnie.

* * *

Po kola­cji i całej godzi­nie spę­dzo­nej nad dzie­le­niem spo­so­bem pisem­nym, bitwami toczo­nymi w cza­sie wojny o nie­pod­le­głość oraz słow­nic­twem angiel­skim, Phi­lip usiadł w swoim pokoju z lap­to­pem i doku­men­tami.

To był ten sam pokój, który dostał od Raya i Stelli Quinn, kiedy go przy­gar­nęli. Ściany były wtedy jasno­zie­lone. Gdzieś w oko­li­cach szes­na­stych uro­dzin zasza­lał i poma­lo­wał je pur­pu­rową farbą. Cho­lera wie czemu. Pamię­tał, że mama – bo wtedy trak­to­wał już Stellę jak matkę – spoj­rzała tylko i ostrze­gła, że takie ściany przy­pra­wią go o chro­niczną nie­straw­ność.

Uwa­żał, że wyglą­dają sek­sow­nie. Przez jakieś trzy mie­siące. Potem poszedł w śnieżną biel, pod­kre­śloną nastro­jo­wymi czarno-bia­łymi zdję­ciami w ciem­nych ram­kach.

Zawsze szu­ka­łem ory­gi­nal­nych roz­wią­zań, pomy­ślał o sobie z roz­ba­wie­niem. Tuż przed prze­pro­wadzką do Bal­ti­more wró­cił do tam­tej deli­kat­nej zie­leni. Nawet w tej kwe­stii mieli rację, pomy­ślał. Pra­wie zawsze mieli rację we wszyst­kim.

Dali mu pokój w tym domu. Nie uła­twiał im życia. Pierw­sze trzy mie­siące były jed­nym wiel­kim kon­flik­tem cha­rak­te­rów. Szmu­glo­wał nar­ko­tyki, wywo­ły­wał bójki, kradł alko­hol i pijany wra­cał nad ranem chwiej­nym kro­kiem.

Teraz rozu­miał, że wysta­wiał ich na próbę, pro­wo­ko­wał do tego, by go wyrzu­cili. Oddali z powro­tem. No dalej, na co cze­ka­cie? – myślał. Nie dacie sobie ze mną rady.

A jed­nak dali. Nie tylko sobie z nim pora­dzili, ale zro­bili z niego czło­wieka.

– Tak się zasta­na­wiam – powie­dział kie­dyś ojciec – dla­czego posta­no­wi­łeś zmar­no­wać taki świetny umysł i takie świetne ciało. Dla­czego chcesz, żeby te sukin­syny wygrały.

Phi­lip, któ­remu głowa pękała i żołą­dek pod­cho­dził do gar­dła, bo cier­piał na poal­ko­ho­lo­wego i pona­rko­ty­ko­wego kaca, miał to wszystko w dupie. Ray wziął go na łódkę, twier­dząc że porządne żeglo­wa­nie oczy­ści mu umysł. Przez pierw­sze pół godziny Phi­lip wisiał nad relin­giem, zwra­ca­jąc resztki tru­cizn, które poprzed­niego wie­czora wtło­czył sobie do orga­ni­zmu.

Wła­śnie skoń­czył czter­na­ście lat.

Ray zako­twi­czył w wąskiej zatoczce. Przy­trzy­mał mu głowę, wytarł twarz, a potem wrę­czył puszkę zim­nego imbi­ro­wego piwa.

– Sia­daj.

Phi­lip nie tyle usiadł, ile upadł. Ręce mu się trzę­sły, w żołądku się zakrę­ciło przy pierw­szym łyku piwa. Ray zajął miej­sce naprze­ciwko. Oparł wiel­kie dło­nie na kola­nach, siwie­jące włosy powie­wały mu na deli­kat­nym wie­trze. No i te oczy, wspa­niałe nie­bie­skie oczy, patrzące na niego ze spo­ko­jem i tro­ską.

– Mia­łeś parę mie­sięcy, żeby się tu odna­leźć. Stella twier­dzi, że pod wzglę­dem fizycz­nym dosze­dłeś już do sie­bie. Jesteś wystar­cza­jąco silny i zdrowy, tyle że długo taki nie pozo­sta­niesz, jeśli będziesz na­dal robił to, co robisz.

Wydął wargi i przez dłuż­szą chwilę nic nie mówił. W wyso­kiej tra­wie stała cza­pla, nie­ru­choma, jakby sta­no­wiła ele­ment malo­wi­dła. W powie­trzu czuć było jesienny chłód, przez pozba­wione liści gałę­zie prze­świ­ty­wało lazu­rowe niebo. Wiatr mierz­wił trawę i śli­zgał się po powierzchni wody.

Męż­czy­zna sie­dział w mil­cze­niu, naj­wy­raź­niej napa­wa­jąc się ciszą i sce­ne­rią. Chło­pak gar­bił się, blady na twa­rzy i zły.

– Możemy to roze­grać na roz­ma­ite spo­soby – ode­zwał się w końcu Ray. – Możemy zaba­wić się w upier­dli­wych sukin­sy­nów. Trzy­mać cię na krót­kiej smy­czy, nie spusz­czać ani na chwilę z oka i uprzy­krzać ci życie za każ­dym razem, kiedy nawa­lisz. Czyli pra­wie cią­gle.

Pod­niósł z namy­słem wędkę i zało­żył przy­nętę na haczyk.

– Albo możemy uznać, że ten mały eks­pe­ry­ment zupeł­nie nam się nie udał i oddać cię z powro­tem.

Prze­wró­ciło mu się w żołądku, musiał prze­łknąć, żeby utrzy­mać to, w czym nie roz­po­znał stra­chu.

– Nie potrze­buję was. Nie potrze­buję nikogo.

– Mylisz się – rzekł Ray pogod­nie i zarzu­cił wędkę. Od spła­wika roze­szły się nie­zli­czone kręgi. – Wró­cisz tam, gdzie byłeś, i już ni­gdy się nie wyrwiesz. Za parę lat prze­sta­niesz być nie­let­nim prze­stępcą. Skoń­czysz w celi z praw­dzi­wymi kry­mi­na­li­stami. Z face­tami, któ­rym spodoba się twoja śliczna buźka. Któ­re­goś pięk­nego dnia jakiś dwu­me­trowy ban­dzior z łapami wiel­kimi jak bochny przy­dy­bie cię pod prysz­ni­cem i urzą­dzi ci praw­dziwą noc poślubną.

Phi­lip okrop­nie pra­gnął zapa­lić. Obraz, jaki nakre­ślił przed nim Ray, spra­wił, że na czoło wystą­piły mu kro­ple świe­żego potu.

– Potra­fię o sie­bie zadbać.

– Synu, będą prze­ka­zy­wali cię z rąk do rąk jak fajkę pokoju i dobrze o tym wiesz. Jesteś wyga­dany i potra­fisz się bić, lecz pew­nych rze­czy nie da się unik­nąć. Do tej pory mia­łeś gene­ral­nie gów­niane życie, ale nie ty pono­sisz za to odpo­wie­dzial­ność. Jed­nak to ty będziesz odpo­wie­dzialny za to, co sta­nie się z twoim życiem od teraz.

Znów zamilkł, przy­trzy­mał wędkę kola­nami i się­gnął po puszkę zim­nej pepsi. Nie­spiesz­nie otwo­rzył ją, prze­chy­lił i napił się.

– Wyda­wało się nam ze Stellą, że masz coś w sobie – cią­gnął. – Na­dal nam się tak wydaje – dodał, spo­glą­da­jąc na chłopca. – Dopóki i ty tego nie zoba­czysz, ni­gdzie nie doj­dziemy.

– A co was to obcho­dzi? – zapy­tał Phi­lip roz­pacz­li­wie.

– Trudno powie­dzieć. Może nie jesteś tego wart. Może wylą­du­jesz z powro­tem na ulicy, po to, by dalej nacią­gać naiw­nia­ków i sprze­da­wać się chęt­nym.

Przez trzy mie­siące miał cie­płe łóżko, regu­larne posiłki i mnó­stwo ksią­żek do dys­po­zy­cji – a czy­ta­nie sta­no­wiło jego ukrytą pasję. Na samą myśl, że mógłby to wszystko stra­cić, żołą­dek znowu pod­szedł mu do gar­dła, ale wzru­szył tylko ramio­nami.

– Dam sobie radę.

– Jeżeli twoje życie ma pole­gać wyłącz­nie na dawa­niu sobie rady, pro­szę bar­dzo. Jed­nak tu możesz mieć dom, rodzinę. Praw­dziwe życie, w któ­rym mógł­byś coś osią­gnąć. Oczy­wi­ście możesz wró­cić do tego, co było daw­niej.

Ray wycią­gnął szybko rękę i chło­pak przy­go­to­wał się na cios, zaci­snął pię­ści, żeby oddać. Lecz Ray tylko pod­cią­gnął mu koszulkę, uka­zu­jąc świeże bli­zny na klatce pier­sio­wej.

– Możesz wró­cić do tego – powie­dział cicho.

Phi­lip spoj­rzał mu w oczy, dostrzegł w nich współ­czu­cie i nadzieję. Ujrzał odbi­cie samego sie­bie z nie­zbyt odle­głej prze­szło­ści, kiedy wykrwa­wiał się na śmierć w brud­nym rynsz­toku, gdzie życie nie było warte wię­cej niż torebka pro­chów.

Zmę­czony, prze­ra­żony, zdru­zgo­tany, ukrył twarz w dło­niach.

– Jaki to ma sens? – zapy­tał.

– Ty jesteś sen­sem, synu. – Ray pogła­skał go po wło­sach. – Ty.

Sytu­acja nie zmie­niła się z dnia na dzień. Ale zaczęła się zmie­niać. Dzięki rodzi­com nauczył się wie­rzyć w sie­bie, wbrew sobie. Posta­wił sobie za punkt honoru, żeby osią­gać dobre wyniki w szkole, zdo­by­wać wie­dzę, odro­dzić się jako Phi­lip Quinn.

Musiał przy­znać, że mu się to udało. Przy­oblekł tam­tego ulicz­nego chu­li­gana w klasę i kul­turę. Robił karierę, miał dosko­nale urzą­dzone miesz­ka­nie z boskim wido­kiem na ele­gancką nad­brzeżną dziel­nicę oraz gar­de­robę pełną ubrań pasu­ją­cych tak do sta­no­wi­ska, jak i miej­sca zamiesz­ka­nia.

Miał wra­że­nie, że los zato­czył koło. Teraz znów spę­dzał week­endy w swoim daw­nym pokoju o zie­lo­nych ścia­nach, masyw­nych meblach, z oknami wycho­dzą­cymi na drzewa i mokra­dła.

Ale tym razem to Seth był sen­sem.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: