Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Spowiednik Diabła - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 marca 2026
799 pkt
punktów Virtualo

Spowiednik Diabła - ebook

Namaar jest kapłanem światła. Spowiednikiem, którego słowa potrafią zdejmować ciężar winy, a błogosławieństwo decydować o losie dusz. Problem w tym, że sam nosi grzech, którego nigdy nie wyznał. Jego codzienność wyznaczają rytuały i spowiedzi dla ludzi których wiara splata się z wyzyskiem, a moralność z interesem. Gdy Namaar trafia do przemysłowej strefy rządzonej przez wpływowy ród, zostaje wciągnięty w serię wydarzeń, które odsłaniają brutalne mechanizmy świata: ludzi stojących ponad prawem, sprawiedliwość podporządkowaną pieniądzom oraz religię wykorzystywaną jako narzędzie kontroli. Każda kolejna decyzja pcha kapłana coraz głębiej w konflikt, z którego nie da się wyjść bez wyznania głęboko skrywanych tajemnic.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 62 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SPOWIEDNIK DIABŁA

Namaar, kroczył wzdłuż ściany swojego domu kapłańskiego. Miejscu w którym spędził co najmniej kwartę swojego życia. Drugą spędził w swojej świątyni znajdującej się tuż obok Refugium. Był kapłanem największej i jedynej legalnej religii na terytorium Imperium, Słońcowierców, którzy oddawali cześć bogu światła Solisowi. Dzięki swojemu długiemu stażu, ortodoksyjności i konsekracji w stosunku do Najjaśniejszego Pana, został przydzielony do świątyni w stolicy Imperium. Największego i najbogatszego sanktuarium Naeri, nie licząc stolicy Słońcowierców w Zero Gate.

Gdy obszedł Refugium, potężna świątynia wyłoniła się w pełnej okazałości. Słońce wisiało na niebie już od kilku godzin, więc jego promienie odbijały się od złotej budowli, oślepiając każdego kto ośmielił się na nią spojrzeć. Nawet jeżeli wokół panuje nieprzenikniona ciemność, sama jej konstrukcja onieśmielała wiernych, hucznie przybywających do jej progów podczas wstąpień.

Pinakle postawione równolegle wzdłuż krańców świątyni od podstawy po poziom na, którym kończy się szczyt centralny, górowały dwie symetryczne wieże; Strzeliste iglice były tak wysokie, że stojąc u progu świątyni nie dało się tak mocno zadrzeć głowy, by zobaczyć ich czubki; Zdobiony tympanon i archiwolt nad ostrołukiem dodając majestatyczności pojedynczemu portalowi, które w połączeniu z rozetą chronioną tracerem; Powalał swym blichtrem przybywających, mimo iż ci są do takich architektonicznych dzieł sztuki przyzwyczajeni, mając zbliżone w swoich kamienicach i rezydencjach. Widok ten imponował nawet Namarowi, który pomimo widzenia go codziennie, za każdym razem przystawał na chwilę by nacieszyć się jego pięknem.

Tym razem jednak przed wejściem do świątyni, Namaara powstrzymało coś jeszcze.

U podnóży stylobatu leżał człowiek. Kulił się w sobie, niczym dziecko pozbawione matki. Zawinięty w stare szmaty których, służba mieszkańców dzielnicy wykorzystywała do mycia podłogi. Normalnie, taki człowiek zostałby skatowany i przegoniony na polecenie arystokratów lub samych kapłanów, którym jego obecność wydawała się bluźnierstwem, w stosunku do świętego miejsca. Jednak nie dla Namaara. On nie widział brudnego przybłędy. On widział człowieka szukającego pomocy. Czy to ludzkiej, czy to boskiej.

Z każdym przybliżającym go krokiem, nozdrza Namaara wypełniały się odurzającym smrodem alkoholu i braku kąpieli, przez co najmniej kilka tygodni. Przeciętny rezydent, nawet mający początkowo szczytne intencje, odpuściłby z obrzydzeniem, jednak nie on.

-Wystrzegaj się światła- przemówił nieznajomy, tradycyjnym pozdrowieniem kierowanym do kapłanów.

Jego usta są suche i popękane, każde słowo jakie z nich wychodzi, wychodzi z trudem, jakoby lada chwila miałyby zająć się duszącym kaszlem.

-Albo padniesz w jego blasku- Odpowiedział Namaar.

Słowa te są niczym groźba, przypominały wiernym, że nigdy nie mogą przestać bać się boga słońca, albowiem światło w, którym się pławią, może w każdej chwili spalić ich na popiół.

-Czekałem na ciebie, przewodniku światła. Albowiem dopuściłem się czynu niewybaczalnego. Prawo ludzkie już wydało na mnie wyrok. Jednakże ono mi nie straszne, boskie jest tym którego się wystrzegam i przed, którym drżę w trwodze. Przewodników napawam obrzydzeniem, jednak doszły do mnie słuchy iż ty, miłościwy panie, nie zważasz na ni majątek ni ubiór, a osądzisz mnie uczciwie i zgodnie z wolą naszego Pana.

-Ktokolwiek podzielił się z tobą tą informacją, prawdę rzecze. Wstań i przejdź przez wrota. Tam wyczekuj mnie w Lumenarium, a gdy przybędę, wyznasz swoje winy.

Namaar zaczął wspinać się po stylobacie, zachęcając nieznajomego do podążenia za nim. Gdy stanęli przed portalem, Namaar pchnął go, a masywne, złote wrota powoli otworzyły się.

Świątynia pozbawiona kruchty, od razu ukazała się w pełni swego majestatu.

Strzeliste nawy, zdobione służkami kolumny w sklepieniu krzyżowym, podtrzymują wysoki sufit. Na nim znajdował się fresk przedstawiający Solisa, przekazującego światło Imperatorowi jako swojemu orędownikowi w świecie żywych.

Światło wpadało do środka przez witraże, na całej długości ścian; Z triforium pod nimi, jakoby miały powstrzymywać je przed upadkiem. Przedstawiały one dwie najważniejsze postacie dla bywalców tego miejsca i jedynych o jakich mogli myśleć.

Za plecami przybyszy, na emporze, stały potężne organy przy, których organista przygotowywał się do nadchodzącego Wstąpienia.

Wraz z nim, z prawej strony prezbiterium szykował się chór, pełny chętnych, dla których taka posługa to zaszczyt i dla którego są w stanie wpłacać sowite datki.

Namaar widział przytłoczenie nieznajomego otaczającym go przepychem, więc wskazał mu dłonią Lumenaria pod prawą ścianą.

Były to to pozłacane, stalowe budki podzielone na dwie części- jedna dla spowiednika, druga dla spowiadanego. Przedzielone były ścianką z dużym otworem pośrodku. Gdy wierny padał przed obliczem kapłana, a ten przywoływał błogosławieństwo Solisa. Jego prawa dłoń wypełnia się niemal białym światłem, a wierny musi przez całe wyznanie patrzeć prostu w nie, by udowodnić Solisowi swoją pokorę i chęć odkupienia.

Kiedy nieznajomy zaczął kierować się w stronę Lumenarium, powtarzając pod nosem formułkę wyznania, Namaar skierował się środkiem świątyni. Krocząc wzdłuż naw, przed stanięciem na prezbiterium przystanął, oddając pokłon przed ołtarzem i nakreślił na klatce symbol słońca.

Po oddaniu należytego szacunku, kapłan podniósł się i okrążył ołtarz, zachodząc do Progu Blasku.

Pomieszczenie oświetlane było przez pojedyncze okno, obok bocznego wejścia dla kapłanów. Pomimo możliwości szybszego przemieszczania się z Refugium do świątyni, Namaar nie korzystał z tej opcji, by móc za każdym razem nacieszyć się pięknem świątyni.

Przy wejściu znajdowało się lavabo, w którym Namaar od razu przemył ręce; Wzdłuż przeciwległej ściany, stały szafy w, których trzymano szaty dla każdego z kapłanów, niczym szafy żołnierzy z pancerzem i bronią; Tylko że ich bronią są słowa, a wrogiem są siły większe niż konflikty ludzkie.

Namaar od razu po osuszeniu rąk, wolnych nie tylko od zabrudzeń ciała, ale i duszy, podszedł do swojej szafki z, której wyjął białą szatę ze złotymi pasami biegnącymi wzdłuż krawędzi oraz dużym słońcem na klatce.

-Cześć!

Namaar lekko wzdrygnął się, wyrwany z potoku myśli.

-Cześć. –Dopiero po obróceniu się, Naamar zorientował się z kim rozmawia.

-Wystraszyłem cię?- pyta Nir przechodząc obok Namaara i otwierając swoją szafę.

-Może trochę- odpowiada Namaar i milknie na chwilę, szarpiąc się z nieposłuszną szatą- widziałeś mężczyznę spod wejścia?

-Tego żebraka? Trudno było by tego nie zrobić, śmierdziało od niego na dobre kilka metrów. Niczym połączenie gorzelni z najpodlejszym domem publicznym. Za przeproszeniem Pana Światła- zreflektował się, zwracając się ku górze.

Nir zawsze słynął z ciętego języka, nieprzystającego kapłanom. Namaara od zawsze to drażniło, ale ostatecznie nauczył się akceptować jego przywary. Takie jest w końcu jego powołanie

- Na szczęście udało mi się go obejść i dlatego musiałem wejść od tyłu. Przez to nikt mnie nie zobaczył i nie zaoferował datku, ani nie rzucił się w objęcia, dziękując za uratowanie ich bliskich.

-Wiesz że nie powinniśmy zostawiać ludzi w potrzebie- moralizował go Namaar, dusząc w sobie prawdziwe odczucia i starając się wypaść na cnotliwego kapłana; Próbując oszukać nie tylko Nira, ale i przede wszystkim, samego siebie.

-A w jakiej rzekomej potrzebie był ten człowiek? W potrzebie pozyskania złota na kolejny kufel?

-Nie wiesz tego. Może potrzebował jedzenia? Albo duchowej opatrzności? Nie możemy odmawiać taki rzeczy, w szczególności na progu świętego miejsca. Dodatkowe pranie i modły w klasztorze naprawdę niczego cię nie nauczyły?

-A dlaczego miałbym słuchać się tamtych starców? Od dekad nie widzieli ludzi, których traktowania nas uczą. Może za ich czasów, wszyscy byli piękni i gorliwi, a teraz? Bezdomni na zewnątrz i roszczeniowi arystokraci wewnątrz. Jedyne co chcą to odpusty, by zasiadać w obliczu Solisa.

Namaar z trudem powstrzymywał się przed zruganiem przyjaciela w obawie, że powie o słowo za dużo. Jednak gryzie się w język, przypominając sobie iż Nir nie jest głupcem, by doprowadzić do zostanie heretykiem.

-Nie zmienia to faktu iż naszą rolą jest stanowienie mostu między światem ludzi i Solisa, niezależnie od naszych osobistych opinii i odczuć- Stwierdził, próbując uspokoić Nira. Mimo swojej zewnętrznej prostoty, nie jest on ślepy na otoczenie i doskonale widział że piecza Solisa zaczyna przygasać.

-Natomiast, u ciebie widać, że mnisi uderzyli cię w głowę o jeden raz za dużo, bo z pamięcią u ciebie gorzej niż z mowami moralizującymi- Stwierdził cynicznie- Mnisi wyrażali się jasno, nie możemy odmówić duchowego wsparcia, tym którzy składają datki. A nie wydaje mi się, by ten spod świątyni je składał.

-Dobrze…- Powiedział skapitulowany Namaar. To twoja interpretacja. Ja i tak zrobię z nim to co zamierzam- Powiedział i skierował się do przejścia.

-To znaczy co? -Spytał Nir, gdy Namaar stanął na progu.

-Udzielę mu rozgrzeszenia.

* * * * * * * -Niech Najjaśniejszy Pan zawsze wytacza ci ścieżkę- Zaczął mężczyzna.

-I nigdy z niej nie schodź- Odpowiedział Namaar, rozpoczynając Wyznanie i przywołując dar Solisa. Wkrótce jego prawa dłoń, zaczęła lśnić niemal białym światłem, które skierował na twarz mężczyzny.

Ten potrzebował chwili by zmusić się do patrzenia prosto w nie, jednak w końcu, jego oczy przyzwyczaiły się na tyle, że był w stanie zacząć.

-Widzisz przewodniku, do niedawna miałem wszystko. Dach nad głową, pracę, żonę, i rodzinę z którą byłem bliżej niżeli tego chciałem, teściów. Ci jednak nigdy mnie nie lubili. Zawsze mierziło ich iż wydali swą jedyną córkę, za kogoś takiego jak ja. Bez przerwy wmawiali i mi i jej, że nie jestem odpowiednio dobry; Że stać ją na kogoś więcej niż pospolitego rzemieślnika. Na moje szczęście ona ich nie słuchała. Mój anioł- Mężczyzna się uśmiechnął.

-Niestety, to wciąż była rodzina, jej jak i moja, a po śmierci moich rodziców, niewielu ich zostało. I tak to trwało. Aż do niedawna- powiedział nieznajomy i ciężko westchnął- Wtedy, teść nagle umarł. Po prostu. Pewnego dnia, gdy wróciłem do domu, spotkałem w progu zapłakaną żonę. Najpierw się przejąłem, nawet kiedy usłyszałem co się stało.. Wielokrotnie gdy ten robił mi wyrzuty, wyobrażałem sobie tą chwilę. Jak będzie wyglądała? Co będę czuł? Jak na nią zareaguję? Niestety wyobrażałem ją sobie, jako chwilę pełną radości. Wybacz mi przewodniku za to, jednak gorycz stłumiła we mnie twe nauki- kontynuował, jednak dopiero wtedy zrozumiał wagę i okrucieństwo swych słów. Przez to, dalsze słowa uwięzły mu w gardle.

-Kontynuuj, zbłąkana duszo, mówisz przed obliczem tego kto zasiada na tronie światła.

-Wybaczy przewodniku- zreflektował się grzesznik- Jednak wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Nie było mi do śmiechu. Obejmując zdruzgotaną żonę, zrozumiałem iż wróg dla mnie, był czyimś ojcem, mężem i miał być dziadkiem- mówił, znów przerywając na chwilę- Na pogrzebie było jeszcze gorzej. Gdy widziałem te nieliczne, jednak zdruzgotane twarze, czułem nieodparty wstręt do samego siebie iż byłem w stanie kiedykolwiek wyobrażać sobie ten dzień jako radosny. Jednak wszystko zmieniło się na stypie. Wszyscy zebrali się w moim domostwie, pijąc w ciszy i smutku. Wszyscy oprócz teściowej. Ta plotkowała i rechotała niczym najbardziej rubaszny barowy pijaczyna, dyskutując ze swoimi przyjaciółkami. Kiedy tak patrzyłem na jej radosną twarz, nieprzejętą tym co się wydarzyło, coś we mnie pękło- mówił mężczyzna, zaciskając pięść- Nie wiem jakież to siły nieczyste splotły swe macki wokół mego umysłu, ale udało im się zasiać we mnie myśl tak straszliwą iż wydawało mi się że ktoś szepnął mi ją do ucha: To nie był wypadek. Wtedy się przeraziłem. Rozejrzałem się wokoło, ale nikt nie kierował się w moją stronę. Słowa te rozbrzmiewały tylko w mojej głowie. Próbowałem je odtrącić, wyrzucić, ale te co chwila wracały. Szept ten, pytał: „Czy to nie dziwne że ten tak nagle zmarł”? Próbowałem walczyć z samym sobą. Tłumaczyłem że miał swoje lata, może zataił jakąś chorobę. „Nie byli skłonni do dzielenia się takimi sprawami. Gdyby mieli problemy to ona by ci o nich powiedziała” mówił Szept gdy spoglądałem na żonę. „Ona na pewno wiedziałaby o takich rzeczach, Ale z jakiegoś powodu ci o tym nie powiedziała”. „Może w rzeczywistości wcale ci nie ufa?”. A może wiedziała jak jest prawda. To nie był przypadek. One go zabiły!- krzyczał grzesznik- najpierw walczyłem z tą myślą z całych sił, jednak gdy wpatrywałem się w radosne oblicze teściowej, do którego dołączyła się żona, wiedziałem już że, to prawda. Wtedy też szepty zaczęły mówi: Zabij! Zabij! Zabij!- gdy mężczyzna cedził przez zęby zadręczającą go mantrę, Namaar dostrzegał jak ich otoczenie, zaczyna się zniekształcać.

Świeczki zaczęły powoli przygasać, pozostawiając mężczyzn jedynie ze światłem z dłoni kapłana; Cienie wydłużały się, powoli zbliżając do Lumenarium; Wykrzywiały się w nienaturalny sposób, przybierając formę stwora, unoszącego się nad duchownym. „Brzmi znajomo”- mówił- czyż nie, klecho?

Namaar starał się ignorować kreaturę, spoglądającą na niego swoimi pustymi oczodołami. On wiedział czym owa istota jest, wiedział jak może się jej pozbyć, ale od lat nie był w stanie tego zrobić. Nie był w stanie przełamać się i wyznać swój własny grzech.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij