Spowiedź generała von dem Bacha - ebook
Powstanie Warszawskie jest jednym z najdramatyczniejszych wydarzeń w historii Polski i Europy podczas drugiej wojny światowej. To tragedia miasta i setek tysięcy jego mieszkańców, mordowanych przez Niemców z niebywałą agresją i brutalnością, masowo wypędzanych ze swych domów. Tłumieniem powstania dowodził SS-Obergruppenführer i generał policji Erich von dem Bach, który wcześniej krwawo zwalczał partyzantkę sowiecką na obszarach okupowanej Białorusi i Rosji, dokonując licznych pacyfikacji i mordów na cywilach. Ślepo wykonywał rozkazy swoich zwierzchników. Adolf Hitler wielokrotnie powtarzał, że von dem Bach jest „najwierniejszym z wiernych”. Z kolei Hermann Göring w trakcie procesu norymberskiego, na którym generał zeznawał jako świadek, wykrzykiwał: „Przeklęty sukinsyn! Był najbardziej krwawym mordercą w całym tym cholernym układzie!”.
Von dem Bach miał drugi, polsko brzmiący człon nazwiska: Zelewski, którego oficjalnie pozbył się dopiero w 1940 roku. Urodził się zaś w pomorskim Lęborku. Czy zatem był Polakiem, który odciął się od swoich korzeni? Z tej książki dowiemy się także, jak wyglądała jego kariera w SS, jak doszło do rzezi bezbronnej ludności warszawskiej Woli i dlaczego nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnicze czyny w Warszawie?
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18687-3 |
| Rozmiar pliku: | 7,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_W liście do Reichsführera SS Heinricha Himmlera, datowanym na 29 października 1940 roku, Erich von dem Bach¹ pisał:_
„Przywiązuję wagę do tego, aby moi potomkowie mogli zawsze udowodnić udział swojego przodka SS-Gruppenführera w akcji przeciw Polsce”².
* * *
Gdy przystępowałem do pracy nad książką dotyczącą powstania warszawskiego wiedziałem, że było to dramatyczne wydarzenie w dziejach stolicy Polski, ale nie spodziewałem się, że aż tak brutalne. Wydawało mi się, że historia doktora Mengele, lekarza SS z obozu Auschwitz-Birkenau, i jego zbrodnicze zachowania³ to szczyt okrucieństwa… Tymczasem, czytając wspomnienia uczestników powstania i cywilów, którzy je przeżyli, ogarniał mnie nie tylko strach, ale też poczucie bezsilności, a przede wszystkim świadomość, że to wszystko rozegrało się tak blisko nas zaledwie 80 lat temu. Przechadzając się ulicami Warszawy, mamy w uszach krzyk ginących, odgłosy wybuchów, czujemy smród spalenizny i zwłok zabitych i pomordowanych. Nieliczni świadkowie tych tragicznych wydarzeń wciąż żyją, przypominając o męstwie powstańców i mieszkańców. Nasi pradziadkowie, dziadkowie, wujkowie byli w takiej sytuacji, w jakiej znajdowali się lub znajdują mieszkańcy miast w Ukrainie, atakowanych i bombardowanych przez rosyjskich agresorów. I nie były to tylko przekazy widziane w telewizji czy internecie, ale koszmarna rzeczywistość, przed którą nie było ucieczki. Śmierć mogła dopaść każdego. I często dopadała…
Za tą śmiercią i zniszczeniem stali Niemcy. Ta książka to opowieść o tym, jak bezduszni ludzie, ślepo wykonujący rozkazy, przepełnieni sadystycznymi odruchami i pozbawieni uczuć, mordowali istoty, które ich zdaniem były gorsze z racji tego, że nie należały do rasy germańskiej. Jak bardzo taki sposób myślenia jest podły i niehumanitarny, nie trzeba nawet pisać. Wymaga to kategorycznego potępienia i troski o to, by prawda o powstaniu i nikczemnym zachowaniu Niemców zachowała się w ludzkiej pamięci, jednocześnie będąc ostrzeżeniem dla przyszłych pokoleń. Pamiętajmy, aby każdego roku pierwszego sierpnia o godzinie siedemnastej być myślami z powstańcami i ludnością powstańczej Warszawy. Z jednej strony to niewiele, ale z drugiej dzięki temu uchronimy pamięć o powstaniu i jego ofiarach od zapomnienia.
Powstanie warszawskie jest jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Europy. Co do tego nikt nie ma wątpliwości. To dramat setek tysięcy ludzkich istnień, który po latach dla niezaznajomionych z tematem często sprowadza się jedynie do pytania „czy powstanie miało sens”? Gdy tymczasem nawet dzisiaj, po osiemdziesięciu latach, trudno wydać jednoznaczny osąd, czy w tamtej chwili ten narodowy zryw i przelana krew były potrzebne…
* * *
Pod koniec pracy nad książką przylatuję do Polski. Jadę samochodem aleją Niepodległości w Warszawie. Poruszam się w stronę centrum. Po lewej widzę w oddali Bibliotekę Narodową. Kilka chwil później po prawej moim oczom ukazuje się skromny, aczkolwiek piękny głaz. Zatrzymuję się na pobliskim przystanku, podchodzę i czytam wyryty na nim napis: „Miejsce uświęcone krwią Polaków podległych za wolność ojczyzny”. I dalej: „Tu w lipcu i sierpniu 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali około 30 osób ludności cywilnej”.
Nie potrzebuję nic więcej. Stanowczo czuję, że to jest jedna z moich najważniejszych książek… I temat, na który mogłoby powstać kilka tomów liczących po kilkaset stron.
Tablica (według projektu Karola Tchorka) w al. Niepodległości w Warszawie upamiętniająca około 30 Polaków zamordowanych przez Niemców w lipcu i sierpniu 1944 rokuSKĄD MAM ZAPISKI?
_Pamiętam jak dziś… Popołudnie było dość mroźne. Rześki wiatr zdobył się na powitanie, gdy schodziłem ze schodów samolotu na warszawskim lotnisku. Nie miałem wówczas pojęcia, że ta podróż do Polski będzie wyjątkowa. Z hali przylotów wsiadłem do taksówki i ruszyłem na Ursynów, wprost do mieszkania moich znajomych. Kolejnego dnia mieliśmy w planach nieco pozwiedzać stolicę Polski. Najpierw poszliśmy do Centrum Nauki Kopernik, później zjedliśmy coś na Starówce na Podwalu, by następnie udać się na warszawską Wolę do Muzeum Powstania Warszawskiego. To była moja pierwsza wizyta w tym miejscu._
Muzeum zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Chyba, jak większość zwiedzających, kolekcjonowałem dostępne w muzeum kartki z kalendarza powstańczego, chłonąc kolejne wydarzenia z wypiekami na twarzy. Czas nas gonił. Żałowałem, że na zwiedzanie przewidziałem tylko dwie godziny. Razem ze znajomymi obiecaliśmy sobie, że kolejnego dnia wrócimy tu jeszcze raz i obejrzymy całą bogatą ekspozycję. I rzeczywiście wróciliśmy. Nie miałem wówczas pojęcia, że od tego momentu będę odwiedzał Muzeum Powstania Warszawskiego za każdym razem, gdy przylecę do Polski. Dlaczego? Opowiem o tym w telegraficznym skrócie…
Moi znajomi mieszkają na jednym z blokowisk na warszawskim Ursynowie. Nie ukrywam, znamy się tak długo, że już dawno ich sąsiedzi odkryli, czym zajmuję się na co dzień. Nierzadko przychodzą z egzemplarzami moich książek i proszą o dedykacje. Tym razem sprawy przybrały zupełnie inny obrót. Sąsiad, którego zdążyłem już poznać, odwiedził moich znajomych pod pretekstem kawy. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w trakcie spotkania zamiast książki do podpisania wręczył mi poszarzałą kopertę. Usłyszałem:
– Panie Christopherze, niech pan tym odpowiednio zadysponuje i zrobi z tego użytek. Doszedłem do wniosku, że ktoś się musi tym zająć. Pan wydaje się być odpowiednim kandydatem. U mnie zdrowie już nie to. Nie wiadomo, jak długo jeszcze pożyję…
W środku był solidny plik kartek. Z czym? Z zapiskami rozmów z generałem SS von dem Bachem. Dalej publikuję je po raz pierwszy. Z przykrością muszę dodać, że dwa tygodnie później ów sąsiad opuścił ziemski padół…PROCES, KTÓRY BYŁ JAWNĄ KPINĄ
_Siódmego stycznia 1946 roku, w dwudziestym ósmym dniu procesu norymberskiego, przed sądem staje Erich von dem Bach, dawniej noszący nazwisko z polsko brzmiącym członem Zelewski. Nie, nie w roli oskarżonego. Występuje jako świadek tego dnia i jeszcze wielokrotnie, obnażając szczegóły działania zbrodniczej nazistowskiej machiny. Zeznania Zelewskiego wzbudzają niemałą sensację i nerwowość kolegów z partii nazistowskiej i SS. Doprowadzają do szału szczególnie Hermanna Göringa, który rzuca obelgami w stronę świadka, a wszystko podchwytują niemieckie i zagraniczne gazety._
W zamian za relacje obciążające nazistów oskarżonych w procesie norymberskim Amerykanie odmawiają ekstradycji von dem Bacha do Polski. Pozwalają jedynie przesłuchać go przez polskiego prokuratora Jerzego Sawickiego. W 1947 roku generał przybywa na krótko do Polski, ale tylko dlatego, że Amerykanie postanawiają go „wypożyczyć” polskim władzom. Nie ma mowy o sądzeniu go. Zeznaje na procesie innego nazistowskiego zbrodniarza Ludwiga Fischera, będącego w czasie okupacji niemieckiej gubernatorem dystryktu warszawskiego. Fischera skazano na śmierć, von dem Bach zaś został z powrotem przetransportowany do amerykańskiego więzienia w Niemczech.
W 1949 roku Amerykanie zwalniają esesmana z aresztu. Ostatecznie w 1951 roku von dem Bach zostaje skazany przez Izbę Denazyfikacyjną na dziesięć lat pozbawienia wolności i pobyt w obozie pracy, ale nie za liczne zbrodnie wojenne, lecz za morderstwa na przeciwnikach politycznych nazistów w latach trzydziestych, przy czym odsiedziane już w więzieniach pięć lat zostaje mu zaliczone. Jednakże wcale nie odbywa kary pozostałych pięciu lat więzienia, gdyż… nie zgłasza się do zakładu karnego⁴. Jak sam mówił: „Niech po mnie przyjdą, nie myślę sam się zgłaszać⁵” – o czym donosił hamburski tygodnik „Der Spiegel”.
Erich von dem Bach jako amerykański jeniec przed celą więzienia w Norymberdze, 1946 rok. Choć miał on wiele na sumieniu, wystąpił na procesie norymberskim niemieckich przywódców politycznych i wojskowych oskarżonych o zbrodnie wojenne jako… świadek oskarżenia
W lutym 1947 roku von dem Bach zeznawał w Warszawie na procesie szefa dystryktu warszawskiego Ludwiga Fischera. Jemu za zbrodnie popełnione na mieszkańcach stolicy Polski podczas powstania warszawskiego nie spadł włos z głowy – wrócił do amerykańskiego więzienia w Niemczech
I tak od 1951 do 1958 roku von dem Bach mieszkał sobie spokojnie, większość tego czasu spędzając we wsi Eckersmühlen, położonej niecałe czterdzieści kilometrów od Norymbergi. Zdaniem Władysława Bartoszewskiego⁶ w tym czasie pracował jako nocny wartownik w prywatnej firmie, zarabiając miesięcznie około czterystu marek zachodnioniemieckich (równowartość stu dolarów).
Wymiar sprawiedliwości Republiki Federalnej Niemiec przypomniał sobie o nim dopiero kilka lat później. Nagle postanowiono go aresztować. Przy czym znowu nie chodziło o zarzuty związane ze zbrodniczym postępowaniem w trakcie drugiej wojny światowej. Prokuratura oskarżyła go o… współudział w morderstwie esesmana Antona von Hohberg und Buchwald. Wszystko rozgrywało się w 1934 roku, w trakcie tak zwanej Nocy Długich Noży, podczas której Hitler rozprawił się ze swoimi przeciwnikami politycznymi z SA, mordując ich w bestialski sposób. Co wspólnego z morderstwem Hohberga miał von dem Bach?
Szesnastego stycznia 1961 roku rozpoczął się proces w tej sprawie. W trakcie rozprawy oskarżony stwierdził, że nigdy z jego ust sąd nie dowie się całej prawdy. Co się tyczy Hohberga, okazało się, że przy okazji rozprawy z SA miał go aresztować na polecenie Himmlera. Tymczasem von dem Bach prawdopodobnie nakazał swoim ludziom mord. Hohberga odnaleziono w hotelu w Królewcu, skąd został porwany i zamordowany na terenie własnej posiadłości w okolicach Pruskiej Iławy w lipcu 1934 roku. Proces zakończył się 10 lutego 1961 roku. Do tego czasu podsądny zdążył wygłosić wiele kontrowersyjnych opinii. Przekonywał między innymi, że Hitler był niewinny i nie miał nic wspólnego ze zbrodniczym charakterem Trzeciej Rzeszy.
Ostatecznie orzeczono dla von dem Bacha cztery i pół roku więzienia, z czego należało odjąć dwuipółletni pobyt w areszcie śledczym. Trzeba przyznać, że to dość niska kara jak dla kogoś, kto został oskarżony o zlecenie morderstwa. Jak to możliwe? Otóż sąd uznał, że należy zastosować okoliczności łagodzące, ponieważ oskarżony… „nie był dotychczas karany”⁷! Gwoli ścisłości, do tej pory nikt nie raczył go ścigać za zbrodniczą działalność, chociażby w trakcie powstań śląskich czy drugiej wojny światowej, na Białorusi czy w Warszawie.
Spokój esesmana nie trwał jednak długo. Już rok później oskarżono go o zabicie pięciu⁸ niemieckich komunistów w 1933 roku. Za to otrzymał już karę dożywocia… Umarł w więziennym szpitalu w Monachium 8 marca 1972 roku, kilka dni po swoich siedemdziesiątych trzecich urodzinach.FORTEL I TRUCIZNA
_Początek marca 1972 roku. Monachium. To właśnie tutaj mieści się jeden z największych szpitali w Niemczech, będący jednocześnie szpitalem więziennym. Mowa o München Klinik Harlaching, położonej na przedmieściach miasta. Nieprzypadkowo placówka reklamuje się jako „Die Klinik im Park”. Wokół szpitala jest mnóstwo zieleni. Ławki w parku sprawiają, że już na sam widok robi się lżej na duszy._
Jednym z pracowników kliniki jest doświadczony lekarz, profesor Tadeusz Zawrot. Rocznik 1921. Polak z pochodzenia. Postać z mroczną przeszłością, której nie da się wyczytać z jego twarzy. Skrywa ją nader skutecznie za swoim nienagannym uśmiechem. Niezależnie od tego, czy bada Niemca, Żyda czy Cygana. Choć tych ostatnich zwykle tutaj nie ma, bowiem na takie wizyty najzwyczajniej w świecie ich nie stać.
Profesor Zawrot jak co dzień stawił się w szpitalu na porannej zmianie. Założył śnieżnobiały kitel i ruszył na obchód, by doglądać swoich pacjentów. Jego uwagę przykuło jedno nazwisko – von dem Bach. Dałby sobie rękę uciąć, że kiedyś już o nim słyszał… Tak, to musiał być on.
W szpitalnej sali rozległo się pukanie. Zegar wskazywał 11.10, gdy Zawrot wszedł do środka.
– Guten Tag – _perfekcyjna niemczyzna z domieszką chrypy przywitała lekarza._
– DZIEŃ DOBRY…
Erich von dem Bach w sądzie w Kolonii podczas procesu oficera SS Hansa Graalfsa oskarżonego o mordy na Żydach na Białorusi, 1964 rok.
_Pacjent zbladł. Te dwa słowa uderzyły w niego jak grom z jasnego nieba… A może mu się to przesłyszało? Serce zabiło mocniej. Milczał, czekając na dalszy rozwój wypadków. Z kolei doktor kontynuował:_
– MY SIĘ CHYBA ZNAMY, PANIE ERYKU…
– Was? Ich verstehe nicht⁹.
– PANIE ERYKU… ŚMIAŁO. MOŻEMY MÓWIĆ PO POLSKU. MY SIĘ ZNAMY. CHOĆ MOŻE NIE TAK DOSŁOWNIE…
_Pacjent ciągle milczał, tępo wpatrując się w sufit._
– PAN ERICH VON DEM BACH-ZELEWSKI, ZGADZA SIĘ?
– Taaak… – _odparł po polsku pacjent_.
– NO PROSZĘ. A JA JESTEM PROFESOR TADEUSZ ZAWROT. PEWNIE MOJE NAZWISKO NIC PANU NIE MÓWI?
– Nein… Znaczy się, nie, nic nie mówi…
– KTO BY POMYŚLAŁ… KTO BY POMYŚLAŁ… PODAM SŁOWO KLUCZ, MOŻE BĘDZIE PANU ŁATWIEJ SKOJARZYĆ… – _w głosie profesora Zawrota słychać było emocje. W oczach płonęły dziwne iskry, których pacjent nie był w stanie właściwie zinterpretować._
– W czym mogę panu pomóc, doktorze?
– TAK SIĘ SKŁADA, ŻE PAŃSKI STAN ZDROWOTNY JEST TAK KIEPSKI, ŻE RACZEJ JUŻ NIE ZDOŁAMY PANU POMÓC. ALE… MOŻE TO I DOBRZE? – _doktor zaczął się zastanawiać_.
– Słucham?! Chyba się przesłyszałem! – _von dem Bach był oszołomiony_.
– NIEKONIECZNIE. PAŃSKIE DNI SĄ POLICZONE. W MŁODOŚCI W SZKOLE MIAŁEM TAKIE LICZYDŁO Z KOLOROWYMI KULKAMI. ECH… NIE POMYŚLAŁEM. GDYBYM WIEDZIAŁ, ŻE PANA DZISIAJ TU SPOTKAM, ZABRAŁBYM JE ZE SOBĄ. MÓGŁBY PAN ODLICZAĆ DNI DO KOŃCA SWOJEGO ŻYWOTA. NA MOJE OKO DAJĘ PANU TYDZIEŃ. A TO LICZYDŁO MIAŁO DZIESIĘĆ KORALIKÓW. NO WIDZI PAN, JAK ZNALAZŁ!
_Von dem Bach zamarł. Lekarza widział pierwszy raz na oczy. Tymczasem ten twierdzi, że go zna i, co gorsza, nie kryje radości z tego, że jego dni są policzone. Opętaniec, szaleniec, a może to duch jego przeszłości? Pacjent próbował zachować zimną krew. Początkowo mu się to udawało. Dopiero gdy usłyszał o liczydle, dał upust swoim emocjom…_
– Do jasnej cholery! Kim pan jest?! I co pan tu wyrabia? Pan mi życzy śmierci? Przecież pan jest lekarzem. Składał pan przysięgę Hipokratesa, że będzie strzec ludzkiego życia…
– WIEM… ZNAM JĄ NA PAMIĘĆ.
_Polak odchrząknął i teatralnym głosem zaczął recytować przysięgę, którą składa każdy lekarz:_ „PRZYSIĘGAM NA APOLLONA LEKARZA, NA ASKLEPIOSA, HYG(I)EJĘ I PANAKEJĘ, NA WSZYSTKICH BOGÓW I BOGINIE, CZYNIĄC ICH ŚWIADKAMI, ŻE BĘDĘ PODŁUG MEJ ZDOLNOŚCI I MEGO OSĄDU WYPEŁNIAŁ TE PRZYSIĘGĘ I TEN ZAPIS.
NIE PODAM NIKOMU ŚMIERTELNEGO LEKU, NAWET JEŚLI BĘDZIE MNIE PROSIŁ, ANI NIE UDZIELĘ NIKOMU TAKIEJ PORADY, JAKO TEŻ NIE PODAM KOBIECIE ŚRODKA PORONNEGO.
ZACHOWAM CZYSTE I NIESKALANE ŻYCIE MOJE I MOJĄ SZTUKĘ.
DO JAKIEGOKOLWIEK WSTĄPIĘ DOMOSTWA, WEJDĘ TAM, ABY POMAGAĆ CIERPIĄCYM, WYSTRZEGAJĄC SIĘ WSZELKICH ŚWIADOMYCH NARUSZEŃ PRAWA I SZKODLIWYCH POSTĘPKÓW, A ZWŁASZCZA CZYNÓW LUBIEŻNYCH WOBEC CIAŁ KOBIET I MĘŻCZYZN, WOLNYCH CZY NIEWOLNIKÓW.
JEŚLI ZATEM BĘDĘ WIERNIE DOTRZYMYWAŁ TEJ PRZYSIĘGI I NIE NARUSZĘ JEJ, NIECH DANY MI BĘDZIE OWOC ŻYCIA I SZTUKI, I SŁAWA U WSZYSTKICH LUDZI PO WSZE CZASY, A JEŚLI BĘDĘ JĄ NARUSZAŁ, POPEŁNIAJĄC KRZYWOPRZYSIĘSTWO, NIECH STANIE SIĘ TO, CO TEMU PRZECIWNE¹⁰.
– Dość tego! Naprawdę mam tego dość. Zaraz wezwę ordynatora! – _schorowany mężczyzna w jednej chwili odzyskał nieco sił._ – Czy pan zwariował? Czego pan ode mnie chce?! – _Pacjent chciał wstać. Powstrzymywały go jedynie wbite wenflony._
– ROZPOZNAŁEM PANA. I CIESZĘ SIĘ, ŻE W KOŃCU DOPADNIE PANA ŚMIERĆ. COŚ, CO PAŃSCY LUDZIE ZAFUNDOWALI SETKOM TYSIĘCY LUDZI… – _oczy profesora płonęły ze złości, by w jednej chwili zaszklić się do cna_. – Jestem powstańcem warszawskim…
_Niemiec szedł w zaparte…_
– A co ja mam z tym wspólnego?
– NIE KŁAM! – _doktor nie wytrzymał. Chwycił za ramiona 73-letniego staruszka i zaczął szarpać niczym szmacianą pacynkę. Ten próbował się wyrwać zupełnie bezskutecznie. Wątłe zdrowie zmusiło go do przyjęcia biernej postawy_. – NIE DARUJĘ CI TEGO – _wyszeptał doktor_.
– Ciągle nie wiem, o co panu chodzi, panie doktorze – _wydukał drżącym głosem pacjent_.
– CO ZA CHICHOT LOSU! KIEDYŚ TWOI LUDZIE WALCZYLI PRZECIWKO NAM. POSYŁALIŚCIE NIEWINNE KOBIETY I NIEWINNYCH CHŁOPCÓW NA BEZSENSOWNĄ ŚMIERĆ. A DZISIAJ PRZYCHODZI MI CIEBIE LECZYĆ! MAM URATOWAĆ NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA. MYŚLĄC O BYCIU LEKARZEM, ZDECYDOWANIE NIE PISAŁEM SIĘ NA TAKIE WYDARZENIA!
– Panie profesorze, pan mnie chyba z kimś pomylił….
_Doktor nachylił się i raz jeszcze mocniej złapał pacjenta za ramię._
– POSŁUCHAJ! _– rozwścieczony lekarz szeptał mu do ucha._ – JEŚLI JESZCZE RAZ WYPRZESZ SIĘ TEGO, ŻE JESTEŚ NAZISTOWSKĄ ŚWINIĄ, TO JEDNYM RUCHEM PALCA ODŁĄCZĘ WSZYSTKIE TE URZĄDZONKA, KTÓRE PODTRZYMUJĄ TWOJE CHUDERLAWE CIAŁO PRZY ŻYCIU. I ANI WAŻ MI SIĘ KOMUKOLWIEK MÓWIĆ O TYM, CO TUTAJ ZASZŁO. CZY SIĘ ROZUMIEMY?
_Pacjent będący ciągle w brutalnym objęciu lekarza lekko skinął głową, by przytaknąć. W tym momencie Polak go puścił. W pokoju panowała cisza. Słychać było jedynie przyspieszone oddechy obu mężczyzn. Pacjent miał na ciele czerwone ślady po brutalnym objęciu._
_Polak wyciągnął srebrną papierośnicę. Von dem Bach błyskawicznie rozpoznał na niej charakterystyczny znak. Literę „P” z kotwicą u dołu. Symbol Polski Walczącej, gdzie litera „P” oznaczała Polskę, kotwica zaś symbolizowała nadzieję na odzyskanie niepodległości i uwolnienie się od nazistowskiej okupacji._
– PRZEPRASZAM. NIECO MNIE PONIOSŁO. NA CO DZIEŃ JAKO LEKARZ JESTEM BARDZIEJ OPANOWANY.
_Profesor sięgnął po cienkiego papierosa ze srebrnego etui. W pokoju rozległ się odgłos zapałki pocieranej o draskę._
– PANU NIE PROPONUJĘ. W PAŃSKIM STANIE PAPIEROSY NIE SĄ WSKAZANE. WIEM, ŻE JEST MARZEC I NA DWORZE SOLIDNIE WIEJE, JEDNAK UCHYLĘ NIECO OKNO, ŻEBY TEN DYM MIAŁ DOKĄD UJŚĆ. JEŚLI BĘDZIE ZA MOCNO WIAŁO, PROSZĘ MÓWIĆ, ZAMKNĘ.
_Von dem Bach ponownie skinął głową._
– Powtórzę pytanie, doktorze. Czego pan ode mnie chce?
– NIC SZCZEGÓLNEGO… JAKO POWSTANIEC ZAWSZE CHCIAŁEM ZROZUMIEĆ, CO KIEROWAŁO TAKIMI LUDŹMI JAK PAN. CO, BO PRZECIEŻ TO BYŁY ZACHOWANIA NIEMAJĄCE WIELE WSPÓLNEGO Z LUDZKIMI EMOCJAMI… DLACZEGO MORDOWALIŚCIE POLAKÓW? DLACZEGO ICH TORTUROWALIŚCIE? DLACZEGO BYŁO W WAS TYLE SADYZMU? I W KOŃCU ZAWSZE BYŁEM CIEKAW SPOJRZENIA NA POWSTANIE WARSZAWSKIE Z PERSPEKTYWY NIEMCÓW, KTÓRZY Z NAMI WALCZYLI. NIE PRAGNĘ ZEMSTY. OCZEKUJĘ OD PANA JEDYNIE ROZMOWY.
– Kiedy? – _wypalił von dem Bach._
– CHOĆBY I DZISIAJ. TERAZ MUSZĘ DOKOŃCZYĆ OBCHÓD. A GDY GO SKOŃCZĘ I ROZPOCZNĘ DYŻUR, PRZYJDĘ DO PANA, BY ZADAĆ KILKA PYTAŃ. NIC WIĘCEJ.
– Doktorze… – _na twarzy Niemca pojawił się złośliwy grymas_. – A właściwie to dlaczego miałbym z panem rozmawiać?
– OPOWIEM PANU KRÓTKĄ HISTORIĘ. MÓJ OJCIEC SZALENIE INTERESOWAŁ SIĘ POLITYKĄ. GORLIWIE POPIERAŁ JEDNĄ GRUPĘ POLITYCZNĄ. PRZY CZYM ZAWSZE POWTARZAŁ MI, ŻE Z ŻYCIEM JEST JAK Z POLITYKĄ. NIEZALEŻNIE OD TEGO, Z KIM PROWADZISZ SPÓR, NIE BÓJ SIĘ ZADAWAĆ SOBIE SAMEMU BANALNEGO PYTANIA. A BRZMI ONO: „A MOŻE TO WŁAŚNIE ONI MAJĄ RACJĘ, NIE JA?”. JEŚLI POPIERASZ JAKIEGOŚ POLITYKA, A INNYM Z KOLEI NIEMALŻE GARDZISZ, TO NIE BÓJ SIĘ ZASTANAWIAĆ, KTO MA RACJĘ. KIEDYŚ POŁOWA POLSKI BYŁA WPATRZONA W MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO. MIAŁEM PIĘĆ LAT, GDY PIŁSUDSKI ZORGANIZOWAŁ PRZEWRÓT MAJOWY W 1926 ROKU. JAKO DZIECKO NATURALNIE NIE MIAŁEM NA TEN TEMAT ZDANIA. DZISIAJ JEDNAK ZADAŁBYM SOBIE WŁAŚNIE TO PYTANIE: „A MOŻE TO PRZECIWNICY PIŁSUDSKIEGO MIELI RACJĘ”?
– Co to ma wspólnego ze mną?
– NAWET NIE ŚMIEM POMYŚLEĆ, ŻE „MOŻE TO NIEMCY MIELI RACJĘ, WALCZĄC PRZECIWKO NAM, POLAKOM, W TRAKCIE POWSTANIA WARSZAWSKIEGO?”. BARDZIEJ JESTEM CIEKAW, JAK PAN NA TO PATRZY. NO WIE PAN, ZE SWOJEJ GERMAŃSKIEJ PERSPEKTYWY.
– Pan raczy wybaczyć. Nie mam zamiaru rozmawiać z panem na te tematy. To już zamknięty rozdział w moim życiu – _fuknął von dem Bach_.
– NIEPRAWDA. NIE DA SIĘ ZAPOMNIEĆ O OKRESIE, KTÓRY ZAJMUJE TAK WIELE LAT W PAŃSKIM ŻYCIU. JAKO POWSTANIEC CZĘSTO BUDZĘ SIĘ W ŚRODKU NOCY PRZEKONANY, ŻE WALCZĘ. WYOBRAŻA PAN SOBIE? PO TYLU LATACH NADAL WRACAJĄ TE DRAMATYCZNE WSPOMNIENIA. ŚNI MI SIĘ, ŻE TRZYMAM BROŃ, JESTEM RAZEM Z CHŁOPAKAMI Z BATALIONU „ZOŚKA”¹¹ I WYSTRZELIWUJĘ CAŁĄ SERIĘ Z KARABINU MASZYNOWEGO PROSTO W KLATKĘ PIERSIOWĄ NIEMCA. TE WSPOMNIENIA POWRACAJĄ JAK BUMERANG.
– Życzę udanego obchodu, doktorze. Teraz muszę się zdrzemnąć. Dobranoc.
VON DEM BACH TEATRALNIE ZAMKNĄŁ OCZY, UDAJĄC, ŻE WŁAŚNIE W TEJ JEDNEJ CHWILI ZASYPIA. ZASKOCZONY LEKARZ WYSZEDŁ Z SALI I SCHOWAŁ SIĘ DO SWOJEGO POKOJU. ŻYCIE KAŻE PISAĆ RÓŻNE SCENARIUSZE. CZASEM TRZEBA UŻYĆ PODSTĘPU, BY OSIĄGNĄĆ ZAMIERZONY CEL…
* * *
_Dzień później lekarz ponownie odwiedził von dem Bacha. Przywitał się i rozpoczął standardowe procedury. Pacjent ciągle był w nie najlepszym stanie. Jednak był to stan na tyle dobry, że mógł rozmawiać._
– PRZEPRASZAM. WCZORAJ MIAŁ PAN URODZINY. A JA TAK SIĘ UNIOSŁEM… – _profesor Zawrot zaczął mówić badawczym tonem._
– Proszę się nie przejmować. Puszczam to w niepamięć. Zresztą jak całe moje dotychczasowe życie.
– DZIĘKUJĘ. DZISIAJ JEST NOWY DZIEŃ. DRUGI MARCA. OBY TO BYŁ LEPSZY DZIEŃ NIŻ WCZORAJ… – _doktor zawiesił głos._
– Coś pan chciał dopowiedzieć, doktorze?
– PROSZĘ TO ZAŻYĆ. TA MAŁA FIOLKA POWINNA PANU POMÓC SZYBCIEJ DOJŚĆ DO ZDROWIA.
– Co to takiego?
– KALII CHLORIDUM¹² – _profesor zmyślił naprędce_.
– Rozumiem.
_Pacjent sięgnął po fiolkę, po czym wypił ją do dna. Profesor udał się do wyjścia._
– Doktorze. Nie zbada mnie pan dzisiaj?
– NIE… TO ZNACZY NIE MA TAKIEJ POTRZEBY. DO WIDZENIA.
_Gdy już drzwi były zamknięte do połowy, lekarz wrócił i wsunął w nie jedynie głowę._
– BYM ZAPOMNIAŁ, PANIE ZELEWSKI. PRZED MOMENTEM PRZYJĄŁ PAN WYJĄTKOWĄ SUBSTANCJĘ. WYŻERA BAKTERIE I OCZYSZCZA ORGANIZM. LECZ JEŚLI PO TYGODNIU NIE ZAŻYJE SIĘ ODPOWIEDNIEGO ANTIDOTUM, CZŁOWIEK UMIERA. TO JEST KWESTIA CZASU.
_Doktor próbował dalej mówić, tak jakby mało go to interesowało._
– OCZYWIŚCIE NIE MUSZĘ DODAWAĆ, ŻE JESTEM TWÓRCĄ TEJ SUBSTANCJI I RÓWNIEŻ TYLKO JA MAM ANTIDOTUM… ZACHĘCAM DO ROZMOWY O PRZESZŁOŚCI. WTEDY CHĘTNIE PODZIELĘ SIĘ ANTIDOTUM. NATURALNIE NIE POPĘDZAM PANA Z PODJĘCIEM DECYZJI. PRZY CZYM… WYDAJE MI SIĘ, ŻE NA PANA MIEJSCU WARTO SIĘ SPIESZYĆ. TYDZIEŃ ZLATUJE BARDZO SZYBKO. I TAK JEST PAN W SZPITALU, NIE MA PAN NIC DO ROBOTY. CO PANU SZKODZI POROZMAWIAĆ?
– Tak nie można, to jest niehumanitarne! Podam pana do sądu!
_Lekarz zaczął się teatralnie śmiać._
– NAPRAWDĘ? NAZISTA MÓWI MI, ŻE COŚ JEST NIEHUMANITARNE? JEDEN Z TYCH, KTÓRZY INNYM LUDZIOM ZGOTOWALI PIEKŁO NA ZIEMI, MA CZELNOŚĆ MI MÓWIĆ, ŻE COŚ JEST NIEHUMANITARNE!? CIEKAWE, CZY TEMU ZBRODNIARZOWI MENGELEMU¹³ MÓWIŁ PAN, ŻE TO, CO WYRABIAŁ, BYŁO NIEHUMANITARNE?
_Trzaśnięcie drzwiami przez lekarza zakończyło dyskusję._
* * *
_Kolejny dzień przyniósł von dem Bachowi powody do niepokoju. Czas uciekał, gdy tymczasem na porannym obchodzie pojawił się zupełnie inny doktor._
– Przepraszam. A gdzie się podział profesor Zawrot? – _dopytywał pacjent_.
– MOMENT, WYPISUJĘ PANU DOKUMENTY Z DZISIEJSZEGO OBCHODU… ZARAZ… CO PAN MÓWIŁ?
– CO Z PROFESOREM ZAWROTEM?
– A CO PAN TAKI CIEKAWY? PAN POWINIEN TĘSKNIĆ ZA ŻONĄ, A NIE ZA JAKIMŚ DOKTORKIEM, HA, HA – _rubasznie zarechotał medyk_.
– Pytam poważnie.
– A JA POWAŻNIE ODPOWIADAM…
– POWIE MI PAN? – _von dem Bach perfekcyjnie maskował na twarzy swój niepokój._
– PROFESOR WYBRAŁ SIĘ NA URLOP.
_Te słowa zabrzmiały dla von dem Bacha jak wyrok śmierci… Poczuł, jak kręci mu się w głowie. Chwilę później stracił przytomność… Gdy się obudził, nadal był w towarzystwie tego samego doktora. Dość szybko odzyskał wigor i błyskawicznie podjął temat profesora Zawrota._
– A długi ten urlop? Bo wie pan… Mam z nim pilne sprawy do omówienia.
– A CO TO? PALI SIĘ? PAN JEST W SZPITALU, A NIE NA WIZYCIE U KOMENDANTA STRAŻY POŻARNEJ, CHA, CHA.
_Rubaszność doktora irytowała von dem Bacha. Udało mu się jednak ciągle trzymać nerwy na wodzy, gdy tymczasem medyk ciągle coś wypisywał._
– WIDZĘ, ŻE POPRAWIŁY SIĘ PANU WYNIKI. JAKBY MNIEJ BAKTERII BYŁO. COŚ NIEPRAWDOPODOBNEGO!
_Pacjent słuchał tego z przerażeniem. Ten pieprzony Polak najwyraźniej nie żartował._
– HALO! HALO! – _z zamyślenia wyrwał go tubalny głos doktora_.
– URLOP JEDNODNIOWY. PROFESOR MUSIAŁ COŚ ZAŁATWIĆ NA MIEŚCIE. BĘDZIE JESZCZE DZISIAJ W SZPITALU. SZYKUJE MU SIĘ NOCNY DYŻUR.
– Co za ulga! – _Von dem Bach poczuł, jak wstępuje w niego energia. Czas upływał. I choć wiedział, że zdrowieje i ma się coraz lepiej, to jednocześnie… czuł się coraz gorzej._ – Oby tylko profesor się nie rozchorował!
* * *
– GUTEN ABEND, HERR VON DEM BACH-ZELEWSKI!¹⁴ – _w sali pacjenta rozbrzmiał dobrze mu znany głos._
– To pan, panie doktorze?
– PRZYSZEDŁEM NA WIECZORNY OBCHÓD. TAK, TO JA… – _ton głosu lekarza zdawał się być aż nazbyt oficjalny._
– Darujmy sobie obchód. Niech mnie pan nie bada. Chcę rozmawiać!
– A CÓŻ SIĘ STAŁO, ŻE PAN, GORLIWY NAZISTA ZMIENIŁ ZDANIE I CHCE ROZMAWIAĆ Z BYŁYM POWSTAŃCEM WARSZAWSKIM?
_Von dem Bach zacisnął wargi. Doskonale wiedział, że była to prowokacja ze strony Polaka. I już prawie miał wypalić, że to jego sprawka, że to przez jego lek, który zamienia się w truciznę, lecz wieloletnie doświadczenie w robieniu dobrej miny do złej gry sprawiło, że wziął kilka głębokich oddechów i z udawanym uśmiechem stwierdził, że przypadkowo naszła go ochota na rozmowę o przeszłości._
– Skoro moje dni są policzone… To sam pan rozumie. Dobrze jest chociaż w tych ostatnich dniach życia z kimś porozmawiać. I powspominać życie, które tak szybko przeleciało.
– ROZUMIEM – _ton lekarza ciągle pozostawał oficjalny._ – MUSZĘ TERAZ SKOŃCZYĆ OBCHÓD. A PO NIM, JEŚLI OCZYWIŚCIE NIE ZAPOMNĘ, TO ZAJRZĘ DO PANA.
– Bardzo na to liczę, panie doktorze!
_Kiedy tylko profesor zamknął drzwi z drugiej strony, zaśmiał się pod nosem i z satysfakcji zaczął zacierać ręce._
Tablica Tchorka upamiętniająca około 7000 ofiar masowych egzekucji ludności cywilnej dokonanych przez Niemców 5 sierpnia 1944 roku w nieistniejącej dziś fabryce Ursus przy ul. Wolskiej 55/57Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Erich von dem Bach (Zelewski) – generał SS, uznany za zbrodniarza wojennego, odpowiedzialny za tłumienie powstania warszawskiego.
2. Cytat z książki Władysława Bartoszewskiego, „Prawda o von dem Bachu”, Wydawnictwo Zachodnie, Warszawa 1961, s. 30.
3. Można o tym przeczytać w książce Christophera Machta „Spowiedź doktora Mengele. Szczera rozmowa z więźniarką z Auschwitz”, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2020.
4. Inna wersja mówi, że zamieniono mu karę na pobyt w areszcie domowym.
5. W. Bartoszewski, „Prawda o von dem Bachu”, s. 7.
6. Pisał o tym W. Bartoszewski w „Prawdzie o von dem Bachu”.
7. W. Bartoszewski, „Prawda o von dem Bachu”, s. 8.
8. Inna wersja mówi o sześciu komunistach.
9. Pol. „Co? Nic nie rozumiem”.
10. Przysięga Hipokratesa (Hippokratesa) – cytat pochodzi z dokumentu Naczelnej Izby Lekarskiej, autorem polskiego tłumaczenia jest prof. dr hab. Marian Wesoły; tekst przysięgi dostępny pod adresem: https://nil.org.pl/uploaded_images/1575631646_przysiega-hippokratesa.pdf.
11. Batalion harcerski „Zośka” Armii Krajowej, walczący w powstaniu warszawskim w ramach Zgrupowania Kedywu „Radosław” na Woli, Starym Mieście, w Śródmieściu, na Czerniakowie i Mokotowie. Wziął nazwę od pseudonimu Tadeusza Zawadzkiego „Zośki”, dowódcy Grup Szturmowych Chorągwi Warszawskiej Szarych Szeregów (czyli Związku Harcerstwa Polskiego w konspiracji), który poległ 20 sierpnia 1943 roku.
12. Łac. chlorek potasu.
13. Więcej o doktorze Josefie Mengele można przeczytać w książce Christophera Machta „Spowiedź doktora Mengele. Szczera rozmowa z więźniarką z Auschwitz”, wydawnictwo Bellona, Warszawa 2020.
14. Pol. „Dobry wieczór, panie von dem Bach-Zelewski”.
15. W Rzezi Woli nie brały udziału zwarte oddziały ukraińskie na służbie niemieckiej. Zapewne opisany żołnierz służył w batalionie azerskim należącym do Oddziału Specjalnego „Bergmann” z Grupy Bojowej Reinefartha, który od 5 sierpnia 1944 roku brał udział w walkach i masakrach cywilów na Woli. Jednak ludność Warszawy powszechnie, stereotypowo nazywała żołnierzy wschodnich formacji kolaboranckich Ukraińcami (a w przypadku posiadania azjatyckich rysów twarzy – Mongołami lub Kałmukami), wiedząc o współpracy nacjonalistów ukraińskich z Niemcami i ich masowych mordach na Polakach mieszkających na Kresach Południowo-Wschodnich.
16. Wanda Lurie zmarła w 1999 roku, zaś jej syn Mścisław odszedł 22 czerwca 2018 roku.
17. Oddział zajmujący się paleniem zwłok.