Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Spowiedź generała von dem Bacha - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 lutego 2026
2880 pkt
punktów Virtualo

Spowiedź generała von dem Bacha - ebook

Powstanie Warszawskie jest jednym z najdramatyczniejszych wydarzeń w historii Polski i Europy podczas drugiej wojny światowej. To tragedia miasta i setek tysięcy jego mieszkańców, mordowanych przez Niemców z niebywałą agresją i brutalnością, masowo wypędzanych ze swych domów. Tłumieniem powstania dowodził SS-Obergruppenführer i generał policji Erich von dem Bach, który wcześniej krwawo zwalczał partyzantkę sowiecką na obszarach okupowanej Białorusi i Rosji, dokonując licznych pacyfikacji i mordów na cywilach. Ślepo wykonywał rozkazy swoich zwierzchników. Adolf Hitler wielokrotnie powtarzał, że von dem Bach jest „najwierniejszym z wiernych”. Z kolei Hermann Göring w trakcie procesu norymberskiego, na którym generał zeznawał jako świadek, wykrzykiwał: „Przeklęty sukinsyn! Był najbardziej krwawym mordercą w całym tym cholernym układzie!”.

Von dem Bach miał drugi, polsko brzmiący człon nazwiska: Zelewski, którego oficjalnie pozbył się dopiero w 1940 roku. Urodził się zaś w pomorskim Lęborku. Czy zatem był Polakiem, który odciął się od swoich korzeni? Z tej książki dowiemy się także, jak wyglądała jego kariera w SS, jak doszło do rzezi bezbronnej ludności warszawskiej Woli i dlaczego nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnicze czyny w Warszawie?

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18687-3
Rozmiar pliku: 7,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ZBRODNIA, JAKIEJ ŚWIAT NIE WIDZIAŁ. JEDNO Z NAJWAŻNIEJSZYCH WYDARZEŃ W HISTORII

_W liście do Reichsführera SS Hein­ri­cha Him­m­lera, dato­wa­nym na 29 paź­dzier­nika 1940 roku, Erich von dem Bach¹ pisał:_

„Przy­wią­zuję wagę do tego, aby moi potom­ko­wie mogli zawsze udo­wod­nić udział swo­jego przodka SS-Gruppenführera w akcji prze­ciw Pol­sce”².

* * *

Gdy przy­stę­po­wa­łem do pracy nad książką doty­czącą powsta­nia war­szaw­skiego wie­dzia­łem, że było to dra­ma­tyczne wyda­rze­nie w dzie­jach sto­licy Pol­ski, ale nie spo­dzie­wa­łem się, że aż tak bru­talne. Wyda­wało mi się, że histo­ria dok­tora Men­gele, leka­rza SS z obozu Auschwitz-Bir­ke­nau, i jego zbrod­ni­cze zacho­wa­nia³ to szczyt okru­cień­stwa… Tym­cza­sem, czy­ta­jąc wspo­mnie­nia uczest­ni­ków powsta­nia i cywi­lów, któ­rzy je prze­żyli, ogar­niał mnie nie tylko strach, ale też poczu­cie bez­sil­no­ści, a przede wszyst­kim świa­do­mość, że to wszystko roze­grało się tak bli­sko nas zale­d­wie 80 lat temu. Prze­cha­dza­jąc się uli­cami War­szawy, mamy w uszach krzyk giną­cych, odgłosy wybu­chów, czu­jemy smród spa­le­ni­zny i zwłok zabi­tych i pomor­do­wa­nych. Nie­liczni świad­ko­wie tych tra­gicz­nych wyda­rzeń wciąż żyją, przy­po­mi­na­jąc o męstwie powstań­ców i miesz­kań­ców. Nasi pra­dziad­ko­wie, dziad­ko­wie, wuj­ko­wie byli w takiej sytu­acji, w jakiej znaj­do­wali się lub znaj­dują miesz­kańcy miast w Ukra­inie, ata­ko­wa­nych i bom­bar­do­wa­nych przez rosyj­skich agre­so­rów. I nie były to tylko prze­kazy widziane w tele­wi­zji czy inter­ne­cie, ale kosz­marna rze­czy­wi­stość, przed którą nie było ucieczki. Śmierć mogła dopaść każ­dego. I czę­sto dopa­dała…

Za tą śmier­cią i znisz­cze­niem stali Niemcy. Ta książka to opo­wieść o tym, jak bez­duszni ludzie, ślepo wyko­nu­jący roz­kazy, prze­peł­nieni sady­stycz­nymi odru­chami i pozba­wieni uczuć, mor­do­wali istoty, które ich zda­niem były gor­sze z racji tego, że nie nale­żały do rasy ger­mań­skiej. Jak bar­dzo taki spo­sób myśle­nia jest podły i nie­hu­ma­ni­tarny, nie trzeba nawet pisać. Wymaga to kate­go­rycz­nego potę­pie­nia i tro­ski o to, by prawda o powsta­niu i nik­czem­nym zacho­wa­niu Niem­ców zacho­wała się w ludz­kiej pamięci, jed­no­cze­śnie będąc ostrze­że­niem dla przy­szłych poko­leń. Pamię­tajmy, aby każ­dego roku pierw­szego sierp­nia o godzi­nie sie­dem­na­stej być myślami z powstań­cami i lud­no­ścią powstań­czej War­szawy. Z jed­nej strony to nie­wiele, ale z dru­giej dzięki temu uchro­nimy pamięć o powsta­niu i jego ofia­rach od zapo­mnie­nia.

Powsta­nie war­szaw­skie jest jed­nym z naj­waż­niej­szych wyda­rzeń w histo­rii Europy. Co do tego nikt nie ma wąt­pli­wo­ści. To dra­mat setek tysięcy ludz­kich ist­nień, który po latach dla nie­za­zna­jo­mio­nych z tema­tem czę­sto spro­wa­dza się jedy­nie do pyta­nia „czy powsta­nie miało sens”? Gdy tym­cza­sem nawet dzi­siaj, po osiem­dzie­się­ciu latach, trudno wydać jed­no­znaczny osąd, czy w tam­tej chwili ten naro­dowy zryw i prze­lana krew były potrzebne…

* * *

Pod koniec pracy nad książką przy­la­tuję do Pol­ski. Jadę samo­cho­dem aleją Nie­pod­le­gło­ści w War­sza­wie. Poru­szam się w stronę cen­trum. Po lewej widzę w oddali Biblio­tekę Naro­dową. Kilka chwil póź­niej po pra­wej moim oczom uka­zuje się skromny, acz­kol­wiek piękny głaz. Zatrzy­muję się na pobli­skim przy­stanku, pod­cho­dzę i czy­tam wyryty na nim napis: „Miej­sce uświę­cone krwią Pola­ków pod­le­głych za wol­ność ojczy­zny”. I dalej: „Tu w lipcu i sierp­niu 1944 r. hitle­rowcy roz­strze­lali około 30 osób lud­no­ści cywil­nej”.

Nie potrze­buję nic wię­cej. Sta­now­czo czuję, że to jest jedna z moich naj­waż­niej­szych ksią­żek… I temat, na który mogłoby powstać kilka tomów liczą­cych po kil­ka­set stron.

Tablica (według pro­jektu Karola Tchorka) w al. Nie­pod­le­gło­ści w War­sza­wie upa­mięt­nia­jąca około 30 Pola­ków zamor­do­wa­nych przez Niem­ców w lipcu i sierp­niu 1944 rokuSKĄD MAM ZAPISKI?

_Pamię­tam jak dziś… Popo­łu­dnie było dość mroźne. Rześki wiatr zdo­był się na powi­ta­nie, gdy scho­dzi­łem ze scho­dów samo­lotu na war­szaw­skim lot­ni­sku. Nie mia­łem wów­czas poję­cia, że ta podróż do Pol­ski będzie wyjąt­kowa. Z hali przy­lo­tów wsia­dłem do tak­sówki i ruszy­łem na Ursy­nów, wprost do miesz­ka­nia moich zna­jo­mych. Kolej­nego dnia mie­li­śmy w pla­nach nieco pozwie­dzać sto­licę Pol­ski. Naj­pierw poszli­śmy do Cen­trum Nauki Koper­nik, póź­niej zje­dli­śmy coś na Sta­rówce na Pod­walu, by następ­nie udać się na war­szaw­ską Wolę do Muzeum Powsta­nia War­szaw­skiego. To była moja pierw­sza wizyta w tym miej­scu._

Muzeum zro­biło na mnie ogromne wra­że­nie. Chyba, jak więk­szość zwie­dza­ją­cych, kolek­cjo­no­wa­łem dostępne w muzeum kartki z kalen­da­rza powstań­czego, chło­nąc kolejne wyda­rze­nia z wypie­kami na twa­rzy. Czas nas gonił. Żało­wa­łem, że na zwie­dza­nie prze­wi­dzia­łem tylko dwie godziny. Razem ze zna­jo­mymi obie­ca­li­śmy sobie, że kolej­nego dnia wró­cimy tu jesz­cze raz i obej­rzymy całą bogatą eks­po­zy­cję. I rze­czy­wi­ście wró­ci­li­śmy. Nie mia­łem wów­czas poję­cia, że od tego momentu będę odwie­dzał Muzeum Powsta­nia War­szaw­skiego za każ­dym razem, gdy przy­lecę do Pol­ski. Dla­czego? Opo­wiem o tym w tele­gra­ficz­nym skró­cie…

Moi zna­jomi miesz­kają na jed­nym z blo­ko­wisk na war­szaw­skim Ursy­no­wie. Nie ukry­wam, znamy się tak długo, że już dawno ich sąsie­dzi odkryli, czym zaj­muję się na co dzień. Nie­rzadko przy­cho­dzą z egzem­pla­rzami moich ksią­żek i pro­szą o dedy­ka­cje. Tym razem sprawy przy­brały zupeł­nie inny obrót. Sąsiad, któ­rego zdą­ży­łem już poznać, odwie­dził moich zna­jo­mych pod pre­tek­stem kawy. I nie byłoby w tym nic dziw­nego, gdyby nie to, że w trak­cie spo­tka­nia zamiast książki do pod­pi­sa­nia wrę­czył mi posza­rzałą kopertę. Usły­sza­łem:

– Panie Chri­sto­phe­rze, niech pan tym odpo­wied­nio zadys­po­nuje i zrobi z tego uży­tek. Dosze­dłem do wnio­sku, że ktoś się musi tym zająć. Pan wydaje się być odpo­wied­nim kan­dy­da­tem. U mnie zdro­wie już nie to. Nie wia­domo, jak długo jesz­cze pożyję…

W środku był solidny plik kar­tek. Z czym? Z zapi­skami roz­mów z gene­ra­łem SS von dem Bachem. Dalej publi­kuję je po raz pierw­szy. Z przy­kro­ścią muszę dodać, że dwa tygo­dnie póź­niej ów sąsiad opu­ścił ziem­ski padół…PROCES, KTÓRY BYŁ JAWNĄ KPINĄ

_Siód­mego stycz­nia 1946 roku, w dwu­dzie­stym ósmym dniu pro­cesu norym­ber­skiego, przed sądem staje Erich von dem Bach, daw­niej noszący nazwi­sko z pol­sko brzmią­cym czło­nem Zelew­ski. Nie, nie w roli oskar­żo­nego. Wystę­puje jako świa­dek tego dnia i jesz­cze wie­lo­krot­nie, obna­ża­jąc szcze­góły dzia­ła­nia zbrod­ni­czej nazi­stow­skiej machiny. Zezna­nia Zelew­skiego wzbu­dzają nie­małą sen­sa­cję i ner­wo­wość kole­gów z par­tii nazi­stow­skiej i SS. Dopro­wa­dzają do szału szcze­gól­nie Her­manna Göringa, który rzuca obe­lgami w stronę świadka, a wszystko pod­chwy­tują nie­miec­kie i zagra­niczne gazety._

W zamian za rela­cje obcią­ża­jące nazi­stów oskar­żo­nych w pro­ce­sie norym­ber­skim Ame­ry­ka­nie odma­wiają eks­tra­dy­cji von dem Bacha do Pol­ski. Pozwa­lają jedy­nie prze­słu­chać go przez pol­skiego pro­ku­ra­tora Jerzego Sawic­kiego. W 1947 roku gene­rał przy­bywa na krótko do Pol­ski, ale tylko dla­tego, że Ame­ry­ka­nie posta­na­wiają go „wypo­ży­czyć” pol­skim wła­dzom. Nie ma mowy o sądze­niu go. Zeznaje na pro­ce­sie innego nazi­stow­skiego zbrod­nia­rza Ludwiga Fischera, będą­cego w cza­sie oku­pa­cji nie­miec­kiej guber­na­to­rem dys­tryktu war­szaw­skiego. Fischera ska­zano na śmierć, von dem Bach zaś został z powro­tem prze­trans­por­to­wany do ame­ry­kań­skiego wię­zie­nia w Niem­czech.

W 1949 roku Ame­ry­ka­nie zwal­niają eses­mana z aresztu. Osta­tecz­nie w 1951 roku von dem Bach zostaje ska­zany przez Izbę Dena­zy­fi­ka­cyjną na dzie­sięć lat pozba­wie­nia wol­no­ści i pobyt w obo­zie pracy, ale nie za liczne zbrod­nie wojenne, lecz za mor­der­stwa na prze­ciw­ni­kach poli­tycz­nych nazi­stów w latach trzy­dzie­stych, przy czym odsie­dziane już w wię­zie­niach pięć lat zostaje mu zali­czone. Jed­nakże wcale nie odbywa kary pozo­sta­łych pię­ciu lat wię­zie­nia, gdyż… nie zgła­sza się do zakładu kar­nego⁴. Jak sam mówił: „Niech po mnie przyjdą, nie myślę sam się zgła­szać⁵” – o czym dono­sił ham­bur­ski tygo­dnik „Der Spie­gel”.

Erich von dem Bach jako ame­ry­kań­ski jeniec przed celą wię­zie­nia w Norym­ber­dze, 1946 rok. Choć miał on wiele na sumie­niu, wystą­pił na pro­ce­sie norym­ber­skim nie­miec­kich przy­wód­ców poli­tycz­nych i woj­sko­wych oskar­żo­nych o zbrod­nie wojenne jako… świa­dek oskar­że­nia

W lutym 1947 roku von dem Bach zezna­wał w War­sza­wie na pro­ce­sie szefa dys­tryktu war­szaw­skiego Ludwiga Fischera. Jemu za zbrod­nie popeł­nione na miesz­kań­cach sto­licy Pol­ski pod­czas powsta­nia war­szaw­skiego nie spadł włos z głowy – wró­cił do ame­ry­kań­skiego wię­zie­nia w Niem­czech

I tak od 1951 do 1958 roku von dem Bach miesz­kał sobie spo­koj­nie, więk­szość tego czasu spę­dza­jąc we wsi Eckersmühlen, poło­żo­nej nie­całe czter­dzie­ści kilo­me­trów od Norym­bergi. Zda­niem Wła­dy­sława Bar­to­szew­skiego⁶ w tym cza­sie pra­co­wał jako nocny war­tow­nik w pry­wat­nej fir­mie, zara­bia­jąc mie­sięcz­nie około czte­ry­stu marek zachod­nio­nie­miec­kich (rów­no­war­tość stu dola­rów).

Wymiar spra­wie­dli­wo­ści Repu­bliki Fede­ral­nej Nie­miec przy­po­mniał sobie o nim dopiero kilka lat póź­niej. Nagle posta­no­wiono go aresz­to­wać. Przy czym znowu nie cho­dziło o zarzuty zwią­zane ze zbrod­ni­czym postę­po­wa­niem w trak­cie dru­giej wojny świa­to­wej. Pro­ku­ra­tura oskar­żyła go o… współ­udział w mor­der­stwie eses­mana Antona von Hoh­berg und Buchwald. Wszystko roz­gry­wało się w 1934 roku, w trak­cie tak zwa­nej Nocy Dłu­gich Noży, pod­czas któ­rej Hitler roz­pra­wił się ze swo­imi prze­ciw­ni­kami poli­tycz­nymi z SA, mor­du­jąc ich w bestial­ski spo­sób. Co wspól­nego z mor­der­stwem Hoh­berga miał von dem Bach?

Szes­na­stego stycz­nia 1961 roku roz­po­czął się pro­ces w tej spra­wie. W trak­cie roz­prawy oskar­żony stwier­dził, że ni­gdy z jego ust sąd nie dowie się całej prawdy. Co się tyczy Hoh­berga, oka­zało się, że przy oka­zji roz­prawy z SA miał go aresz­to­wać na pole­ce­nie Him­m­lera. Tym­cza­sem von dem Bach praw­do­po­dob­nie naka­zał swoim ludziom mord. Hoh­berga odna­le­ziono w hotelu w Kró­lewcu, skąd został porwany i zamor­do­wany na tere­nie wła­snej posia­dło­ści w oko­li­cach Pru­skiej Iławy w lipcu 1934 roku. Pro­ces zakoń­czył się 10 lutego 1961 roku. Do tego czasu pod­sądny zdą­żył wygło­sić wiele kon­tro­wer­syj­nych opi­nii. Prze­ko­ny­wał mię­dzy innymi, że Hitler był nie­winny i nie miał nic wspól­nego ze zbrod­ni­czym cha­rak­te­rem Trze­ciej Rze­szy.

Osta­tecz­nie orze­czono dla von dem Bacha cztery i pół roku wię­zie­nia, z czego nale­żało odjąć dwu­ipół­letni pobyt w aresz­cie śled­czym. Trzeba przy­znać, że to dość niska kara jak dla kogoś, kto został oskar­żony o zle­ce­nie mor­der­stwa. Jak to moż­liwe? Otóż sąd uznał, że należy zasto­so­wać oko­licz­no­ści łago­dzące, ponie­waż oskar­żony… „nie był dotych­czas karany”⁷! Gwoli ści­sło­ści, do tej pory nikt nie raczył go ści­gać za zbrod­ni­czą dzia­łal­ność, cho­ciażby w trak­cie powstań ślą­skich czy dru­giej wojny świa­to­wej, na Bia­ło­rusi czy w War­sza­wie.

Spo­kój eses­mana nie trwał jed­nak długo. Już rok póź­niej oskar­żono go o zabi­cie pię­ciu⁸ nie­miec­kich komu­ni­stów w 1933 roku. Za to otrzy­mał już karę doży­wo­cia… Umarł w wię­zien­nym szpi­talu w Mona­chium 8 marca 1972 roku, kilka dni po swo­ich sie­dem­dzie­sią­tych trze­cich uro­dzi­nach.FORTEL I TRUCIZNA

_Począ­tek marca 1972 roku. Mona­chium. To wła­śnie tutaj mie­ści się jeden z naj­więk­szych szpi­tali w Niem­czech, będący jed­no­cze­śnie szpi­ta­lem wię­zien­nym. Mowa o München Kli­nik Har­la­ching, poło­żo­nej na przedmie­ściach mia­sta. Nie­przy­pad­kowo pla­cówka rekla­muje się jako „Die Kli­nik im Park”. Wokół szpi­tala jest mnó­stwo zie­leni. Ławki w parku spra­wiają, że już na sam widok robi się lżej na duszy._

Jed­nym z pra­cow­ni­ków kli­niki jest doświad­czony lekarz, pro­fe­sor Tade­usz Zawrot. Rocz­nik 1921. Polak z pocho­dze­nia. Postać z mroczną prze­szło­ścią, któ­rej nie da się wyczy­tać z jego twa­rzy. Skrywa ją nader sku­tecz­nie za swoim nie­na­gan­nym uśmie­chem. Nie­za­leż­nie od tego, czy bada Niemca, Żyda czy Cygana. Choć tych ostat­nich zwy­kle tutaj nie ma, bowiem na takie wizyty naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ich nie stać.

Pro­fe­sor Zawrot jak co dzień sta­wił się w szpi­talu na poran­nej zmia­nie. Zało­żył śnież­no­biały kitel i ruszył na obchód, by doglą­dać swo­ich pacjen­tów. Jego uwagę przy­kuło jedno nazwi­sko – von dem Bach. Dałby sobie rękę uciąć, że kie­dyś już o nim sły­szał… Tak, to musiał być on.

W szpi­tal­nej sali roz­le­gło się puka­nie. Zegar wska­zy­wał 11.10, gdy Zawrot wszedł do środka.

– Guten Tag – _per­fek­cyjna niem­czy­zna z domieszką chrypy przy­wi­tała leka­rza._

– DZIEŃ DOBRY…

Erich von dem Bach w sądzie w Kolo­nii pod­czas pro­cesu ofi­cera SS Hansa Gra­al­fsa oskar­żo­nego o mordy na Żydach na Bia­ło­rusi, 1964 rok.

_Pacjent zbladł. Te dwa słowa ude­rzyły w niego jak grom z jasnego nieba… A może mu się to prze­sły­szało? Serce zabiło moc­niej. Mil­czał, cze­ka­jąc na dal­szy roz­wój wypad­ków. Z kolei dok­tor kon­ty­nu­ował:_

– MY SIĘ CHYBA ZNAMY, PANIE ERYKU…

– Was? Ich ver­stehe nicht⁹.

– PANIE ERYKU… ŚMIAŁO. MOŻEMY MÓWIĆ PO POL­SKU. MY SIĘ ZNAMY. CHOĆ MOŻE NIE TAK DOSŁOW­NIE…

_Pacjent cią­gle mil­czał, tępo wpa­tru­jąc się w sufit._

– PAN ERICH VON DEM BACH-ZELEW­SKI, ZGA­DZA SIĘ?

– Taaak… – _odparł po pol­sku pacjent_.

– NO PRO­SZĘ. A JA JESTEM PRO­FE­SOR TADE­USZ ZAWROT. PEW­NIE MOJE NAZWI­SKO NIC PANU NIE MÓWI?

– Nein… Zna­czy się, nie, nic nie mówi…

– KTO BY POMY­ŚLAŁ… KTO BY POMY­ŚLAŁ… PODAM SŁOWO KLUCZ, MOŻE BĘDZIE PANU ŁATWIEJ SKO­JA­RZYĆ… – _w gło­sie pro­fe­sora Zawrota sły­chać było emo­cje. W oczach pło­nęły dziwne iskry, któ­rych pacjent nie był w sta­nie wła­ści­wie zin­ter­pre­to­wać._

– W czym mogę panu pomóc, dok­to­rze?

– TAK SIĘ SKŁADA, ŻE PAŃ­SKI STAN ZDRO­WOTNY JEST TAK KIEP­SKI, ŻE RACZEJ JUŻ NIE ZDO­ŁAMY PANU POMÓC. ALE… MOŻE TO I DOBRZE? – _dok­tor zaczął się zasta­na­wiać_.

– Słu­cham?! Chyba się prze­sły­sza­łem! – _von dem Bach był oszo­ło­miony_.

– NIE­KO­NIECZ­NIE. PAŃ­SKIE DNI SĄ POLI­CZONE. W MŁO­DO­ŚCI W SZKOLE MIA­ŁEM TAKIE LICZY­DŁO Z KOLO­RO­WYMI KUL­KAMI. ECH… NIE POMY­ŚLA­ŁEM. GDY­BYM WIE­DZIAŁ, ŻE PANA DZI­SIAJ TU SPO­TKAM, ZABRAŁ­BYM JE ZE SOBĄ. MÓGŁBY PAN ODLI­CZAĆ DNI DO KOŃCA SWO­JEGO ŻYWOTA. NA MOJE OKO DAJĘ PANU TYDZIEŃ. A TO LICZY­DŁO MIAŁO DZIE­SIĘĆ KORA­LI­KÓW. NO WIDZI PAN, JAK ZNA­LAZŁ!

_Von dem Bach zamarł. Leka­rza widział pierw­szy raz na oczy. Tym­cza­sem ten twier­dzi, że go zna i, co gor­sza, nie kryje rado­ści z tego, że jego dni są poli­czone. Opę­ta­niec, sza­le­niec, a może to duch jego prze­szło­ści? Pacjent pró­bo­wał zacho­wać zimną krew. Począt­kowo mu się to uda­wało. Dopiero gdy usły­szał o liczy­dle, dał upust swoim emo­cjom…_

– Do jasnej cho­lery! Kim pan jest?! I co pan tu wyra­bia? Pan mi życzy śmierci? Prze­cież pan jest leka­rzem. Skła­dał pan przy­sięgę Hipo­kra­tesa, że będzie strzec ludz­kiego życia…

– WIEM… ZNAM JĄ NA PAMIĘĆ.

_Polak odchrząk­nął i teatral­nym gło­sem zaczął recy­to­wać przy­sięgę, którą składa każdy lekarz:_ „PRZYSIĘGAM NA APOL­LONA LEKA­RZA, NA ASKLE­PIOSA, HYG(I)EJĘ I PANAKEJĘ, NA WSZYST­KICH BOGÓW I BOGI­NIE, CZYNIĄC ICH ŚWIADKAMI, ŻE BĘDĘ PODŁUG MEJ ZDOLNOŚCI I MEGO OSĄDU WYPEŁ­NIAŁ TE PRZYSIĘGĘ I TEN ZAPIS.

NIE PODAM NIKOMU ŚMIERTELNEGO LEKU, NAWET JEŚLI BĘDZIE MNIE PRO­SIŁ, ANI NIE UDZIELĘ NIKOMU TAKIEJ PORADY, JAKO TEŻ NIE PODAM KOBIE­CIE ŚRODKA PORON­NEGO.

ZACHO­WAM CZY­STE I NIE­SKA­LANE ŻYCIE MOJE I MOJĄ SZTUKĘ.

DO JAKIE­GO­KOL­WIEK WSTĄPIĘ DOMO­STWA, WEJDĘ TAM, ABY POMAGAĆ CIERPIĄCYM, WYSTRZEGAJĄC SIĘ WSZEL­KICH ŚWIADOMYCH NARUSZEŃ PRAWA I SZKO­DLI­WYCH POSTĘPKÓW, A ZWŁASZ­CZA CZY­NÓW LUBIEŻNYCH WOBEC CIAŁ KOBIET I MĘŻCZYZN, WOL­NYCH CZY NIE­WOL­NI­KÓW.

JEŚLI ZATEM BĘDĘ WIER­NIE DOTRZY­MY­WAŁ TEJ PRZYSIĘGI I NIE NARUSZĘ JEJ, NIECH DANY MI BĘDZIE OWOC ŻYCIA I SZTUKI, I SŁAWA U WSZYST­KICH LUDZI PO WSZE CZASY, A JEŚLI BĘDĘ JĄ NARU­SZAŁ, POPEŁNIAJĄC KRZYWOPRZYSIĘSTWO, NIECH STA­NIE SIĘ TO, CO TEMU PRZE­CIWNE¹⁰.

– Dość tego! Naprawdę mam tego dość. Zaraz wezwę ordy­na­tora! – _scho­ro­wany męż­czy­zna w jed­nej chwili odzy­skał nieco sił._ – Czy pan zwa­rio­wał? Czego pan ode mnie chce?! – _Pacjent chciał wstać. Powstrzy­my­wały go jedy­nie wbite wenflony._

– ROZ­PO­ZNA­ŁEM PANA. I CIE­SZĘ SIĘ, ŻE W KOŃCU DOPAD­NIE PANA ŚMIERĆ. COŚ, CO PAŃ­SCY LUDZIE ZAFUN­DO­WALI SET­KOM TYSIĘCY LUDZI… – _oczy pro­fe­sora pło­nęły ze zło­ści, by w jed­nej chwili zaszklić się do cna_. – Jestem powstań­cem war­szaw­skim…

_Nie­miec szedł w zaparte…_

– A co ja mam z tym wspól­nego?

– NIE KŁAM! – _dok­tor nie wytrzy­mał. Chwy­cił za ramiona 73-let­niego sta­ruszka i zaczął szar­pać niczym szma­cianą pacynkę. Ten pró­bo­wał się wyrwać zupeł­nie bez­sku­tecz­nie. Wątłe zdro­wie zmu­siło go do przy­ję­cia bier­nej postawy_. – NIE DARUJĘ CI TEGO – _wyszep­tał dok­tor_.

– Cią­gle nie wiem, o co panu cho­dzi, panie dok­to­rze – _wydu­kał drżą­cym gło­sem pacjent_.

– CO ZA CHI­CHOT LOSU! KIE­DYŚ TWOI LUDZIE WAL­CZYLI PRZE­CIWKO NAM. POSY­ŁA­LI­ŚCIE NIE­WINNE KOBIETY I NIE­WIN­NYCH CHŁOP­CÓW NA BEZ­SEN­SOWNĄ ŚMIERĆ. A DZI­SIAJ PRZY­CHO­DZI MI CIE­BIE LECZYĆ! MAM URA­TO­WAĆ NAZI­STOW­SKIEGO ZBROD­NIA­RZA. MYŚLĄC O BYCIU LEKA­RZEM, ZDE­CY­DO­WA­NIE NIE PISA­ŁEM SIĘ NA TAKIE WYDA­RZE­NIA!

– Panie pro­fe­so­rze, pan mnie chyba z kimś pomy­lił….

_Dok­tor nachy­lił się i raz jesz­cze moc­niej zła­pał pacjenta za ramię._

– POSŁU­CHAJ! _– roz­wście­czony lekarz szep­tał mu do ucha._ – JEŚLI JESZ­CZE RAZ WYPRZESZ SIĘ TEGO, ŻE JESTEŚ NAZI­STOW­SKĄ ŚWI­NIĄ, TO JED­NYM RUCHEM PALCA ODŁĄ­CZĘ WSZYST­KIE TE URZĄ­DZONKA, KTÓRE POD­TRZY­MUJĄ TWOJE CHU­DER­LAWE CIAŁO PRZY ŻYCIU. I ANI WAŻ MI SIĘ KOMU­KOL­WIEK MÓWIĆ O TYM, CO TUTAJ ZASZŁO. CZY SIĘ ROZU­MIEMY?

_Pacjent będący cią­gle w bru­tal­nym obję­ciu leka­rza lekko ski­nął głową, by przy­tak­nąć. W tym momen­cie Polak go puścił. W pokoju pano­wała cisza. Sły­chać było jedy­nie przy­spie­szone odde­chy obu męż­czyzn. Pacjent miał na ciele czer­wone ślady po bru­tal­nym obję­ciu._

_Polak wycią­gnął srebrną papie­ro­śnicę. Von dem Bach bły­ska­wicz­nie roz­po­znał na niej cha­rak­te­ry­styczny znak. Literę „P” z kotwicą u dołu. Sym­bol Pol­ski Wal­czą­cej, gdzie litera „P” ozna­czała Pol­skę, kotwica zaś sym­bo­li­zo­wała nadzieję na odzy­ska­nie nie­pod­le­gło­ści i uwol­nie­nie się od nazi­stow­skiej oku­pa­cji._

– PRZE­PRA­SZAM. NIECO MNIE PONIO­SŁO. NA CO DZIEŃ JAKO LEKARZ JESTEM BAR­DZIEJ OPA­NO­WANY.

_Pro­fe­sor się­gnął po cien­kiego papie­rosa ze srebr­nego etui. W pokoju roz­legł się odgłos zapałki pocie­ra­nej o dra­skę._

– PANU NIE PRO­PO­NUJĘ. W PAŃ­SKIM STA­NIE PAPIE­ROSY NIE SĄ WSKA­ZANE. WIEM, ŻE JEST MARZEC I NA DWO­RZE SOLID­NIE WIEJE, JED­NAK UCHYLĘ NIECO OKNO, ŻEBY TEN DYM MIAŁ DOKĄD UJŚĆ. JEŚLI BĘDZIE ZA MOCNO WIAŁO, PRO­SZĘ MÓWIĆ, ZAMKNĘ.

_Von dem Bach ponow­nie ski­nął głową._

– Powtó­rzę pyta­nie, dok­to­rze. Czego pan ode mnie chce?

– NIC SZCZE­GÓL­NEGO… JAKO POWSTA­NIEC ZAWSZE CHCIA­ŁEM ZRO­ZU­MIEĆ, CO KIE­RO­WAŁO TAKIMI LUDŹMI JAK PAN. CO, BO PRZE­CIEŻ TO BYŁY ZACHO­WA­NIA NIE­MA­JĄCE WIELE WSPÓL­NEGO Z LUDZ­KIMI EMO­CJAMI… DLA­CZEGO MOR­DO­WA­LI­ŚCIE POLA­KÓW? DLA­CZEGO ICH TOR­TU­RO­WA­LI­ŚCIE? DLA­CZEGO BYŁO W WAS TYLE SADY­ZMU? I W KOŃCU ZAWSZE BYŁEM CIE­KAW SPOJ­RZE­NIA NA POWSTA­NIE WAR­SZAW­SKIE Z PER­SPEK­TYWY NIEM­CÓW, KTÓ­RZY Z NAMI WAL­CZYLI. NIE PRA­GNĘ ZEMSTY. OCZE­KUJĘ OD PANA JEDY­NIE ROZ­MOWY.

– Kiedy? – _wypa­lił von dem Bach._

– CHOĆBY I DZI­SIAJ. TERAZ MUSZĘ DOKOŃ­CZYĆ OBCHÓD. A GDY GO SKOŃ­CZĘ I ROZ­POCZNĘ DYŻUR, PRZYJDĘ DO PANA, BY ZADAĆ KILKA PYTAŃ. NIC WIĘ­CEJ.

– Dok­to­rze… – _na twa­rzy Niemca poja­wił się zło­śliwy gry­mas_. – A wła­ści­wie to dla­czego miał­bym z panem roz­ma­wiać?

– OPO­WIEM PANU KRÓTKĄ HISTO­RIĘ. MÓJ OJCIEC SZA­LE­NIE INTE­RE­SO­WAŁ SIĘ POLI­TYKĄ. GOR­LI­WIE POPIE­RAŁ JEDNĄ GRUPĘ POLI­TYCZNĄ. PRZY CZYM ZAWSZE POWTA­RZAŁ MI, ŻE Z ŻYCIEM JEST JAK Z POLI­TYKĄ. NIE­ZA­LEŻ­NIE OD TEGO, Z KIM PRO­WA­DZISZ SPÓR, NIE BÓJ SIĘ ZADA­WAĆ SOBIE SAMEMU BANAL­NEGO PYTA­NIA. A BRZMI ONO: „A MOŻE TO WŁA­ŚNIE ONI MAJĄ RACJĘ, NIE JA?”. JEŚLI POPIE­RASZ JAKIE­GOŚ POLI­TYKA, A INNYM Z KOLEI NIE­MALŻE GAR­DZISZ, TO NIE BÓJ SIĘ ZASTA­NA­WIAĆ, KTO MA RACJĘ. KIE­DYŚ POŁOWA POL­SKI BYŁA WPA­TRZONA W MAR­SZAŁKA PIŁ­SUD­SKIEGO. MIA­ŁEM PIĘĆ LAT, GDY PIŁ­SUD­SKI ZOR­GA­NI­ZO­WAŁ PRZE­WRÓT MAJOWY W 1926 ROKU. JAKO DZIECKO NATU­RAL­NIE NIE MIA­ŁEM NA TEN TEMAT ZDA­NIA. DZI­SIAJ JED­NAK ZADAŁ­BYM SOBIE WŁA­ŚNIE TO PYTA­NIE: „A MOŻE TO PRZE­CIW­NICY PIŁ­SUD­SKIEGO MIELI RACJĘ”?

– Co to ma wspól­nego ze mną?

– NAWET NIE ŚMIEM POMY­ŚLEĆ, ŻE „MOŻE TO NIEMCY MIELI RACJĘ, WAL­CZĄC PRZE­CIWKO NAM, POLA­KOM, W TRAK­CIE POWSTA­NIA WAR­SZAW­SKIEGO?”. BAR­DZIEJ JESTEM CIE­KAW, JAK PAN NA TO PATRZY. NO WIE PAN, ZE SWO­JEJ GER­MAŃ­SKIEJ PER­SPEK­TYWY.

– Pan raczy wyba­czyć. Nie mam zamiaru roz­ma­wiać z panem na te tematy. To już zamknięty roz­dział w moim życiu – _fuk­nął von dem Bach_.

– NIE­PRAWDA. NIE DA SIĘ ZAPO­MNIEĆ O OKRE­SIE, KTÓRY ZAJ­MUJE TAK WIELE LAT W PAŃ­SKIM ŻYCIU. JAKO POWSTA­NIEC CZĘ­STO BUDZĘ SIĘ W ŚRODKU NOCY PRZE­KO­NANY, ŻE WAL­CZĘ. WYOBRAŻA PAN SOBIE? PO TYLU LATACH NA­DAL WRA­CAJĄ TE DRA­MA­TYCZNE WSPO­MNIE­NIA. ŚNI MI SIĘ, ŻE TRZY­MAM BROŃ, JESTEM RAZEM Z CHŁO­PA­KAMI Z BATA­LIONU „ZOŚKA”¹¹ I WYSTRZE­LI­WUJĘ CAŁĄ SERIĘ Z KARA­BINU MASZY­NO­WEGO PRO­STO W KLATKĘ PIER­SIOWĄ NIEMCA. TE WSPO­MNIE­NIA POWRA­CAJĄ JAK BUME­RANG.

– Życzę uda­nego obchodu, dok­to­rze. Teraz muszę się zdrzem­nąć. Dobra­noc.

VON DEM BACH TEATRAL­NIE ZAMKNĄŁ OCZY, UDA­JĄC, ŻE WŁA­ŚNIE W TEJ JED­NEJ CHWILI ZASY­PIA. ZASKO­CZONY LEKARZ WYSZEDŁ Z SALI I SCHO­WAŁ SIĘ DO SWO­JEGO POKOJU. ŻYCIE KAŻE PISAĆ RÓŻNE SCE­NA­RIU­SZE. CZA­SEM TRZEBA UŻYĆ POD­STĘPU, BY OSIĄ­GNĄĆ ZAMIE­RZONY CEL…

* * *

_Dzień póź­niej lekarz ponow­nie odwie­dził von dem Bacha. Przy­wi­tał się i roz­po­czął stan­dar­dowe pro­ce­dury. Pacjent cią­gle był w nie naj­lep­szym sta­nie. Jed­nak był to stan na tyle dobry, że mógł roz­ma­wiać._

– PRZE­PRA­SZAM. WCZO­RAJ MIAŁ PAN URO­DZINY. A JA TAK SIĘ UNIO­SŁEM… – _pro­fe­sor Zawrot zaczął mówić badaw­czym tonem._

– Pro­szę się nie przej­mo­wać. Pusz­czam to w nie­pa­mięć. Zresztą jak całe moje dotych­cza­sowe życie.

– DZIĘ­KUJĘ. DZI­SIAJ JEST NOWY DZIEŃ. DRUGI MARCA. OBY TO BYŁ LEP­SZY DZIEŃ NIŻ WCZO­RAJ… – _dok­tor zawie­sił głos._

– Coś pan chciał dopo­wie­dzieć, dok­to­rze?

– PRO­SZĘ TO ZAŻYĆ. TA MAŁA FIOLKA POWINNA PANU POMÓC SZYB­CIEJ DOJŚĆ DO ZDRO­WIA.

– Co to takiego?

– KALII CHLO­RI­DUM¹² – _pro­fe­sor zmy­ślił naprędce_.

– Rozu­miem.

_Pacjent się­gnął po fiolkę, po czym wypił ją do dna. Pro­fe­sor udał się do wyj­ścia._

– Dok­to­rze. Nie zbada mnie pan dzi­siaj?

– NIE… TO ZNA­CZY NIE MA TAKIEJ POTRZEBY. DO WIDZE­NIA.

_Gdy już drzwi były zamknięte do połowy, lekarz wró­cił i wsu­nął w nie jedy­nie głowę._

– BYM ZAPO­MNIAŁ, PANIE ZELEW­SKI. PRZED MOMEN­TEM PRZY­JĄŁ PAN WYJĄT­KOWĄ SUB­STAN­CJĘ. WYŻERA BAK­TE­RIE I OCZYSZ­CZA ORGA­NIZM. LECZ JEŚLI PO TYGO­DNIU NIE ZAŻYJE SIĘ ODPO­WIED­NIEGO ANTI­DO­TUM, CZŁO­WIEK UMIERA. TO JEST KWE­STIA CZASU.

_Dok­tor pró­bo­wał dalej mówić, tak jakby mało go to inte­re­so­wało._

– OCZY­WI­ŚCIE NIE MUSZĘ DODA­WAĆ, ŻE JESTEM TWÓRCĄ TEJ SUB­STAN­CJI I RÓW­NIEŻ TYLKO JA MAM ANTI­DO­TUM… ZACHĘ­CAM DO ROZ­MOWY O PRZE­SZŁO­ŚCI. WTEDY CHĘT­NIE PODZIELĘ SIĘ ANTI­DO­TUM. NATU­RAL­NIE NIE POPĘ­DZAM PANA Z POD­JĘ­CIEM DECY­ZJI. PRZY CZYM… WYDAJE MI SIĘ, ŻE NA PANA MIEJ­SCU WARTO SIĘ SPIE­SZYĆ. TYDZIEŃ ZLA­TUJE BAR­DZO SZYBKO. I TAK JEST PAN W SZPI­TALU, NIE MA PAN NIC DO ROBOTY. CO PANU SZKO­DZI POROZ­MA­WIAĆ?

– Tak nie można, to jest nie­hu­ma­ni­tarne! Podam pana do sądu!

_Lekarz zaczął się teatral­nie śmiać._

– NAPRAWDĘ? NAZI­STA MÓWI MI, ŻE COŚ JEST NIE­HU­MA­NI­TARNE? JEDEN Z TYCH, KTÓ­RZY INNYM LUDZIOM ZGO­TO­WALI PIE­KŁO NA ZIEMI, MA CZEL­NOŚĆ MI MÓWIĆ, ŻE COŚ JEST NIE­HU­MA­NI­TARNE!? CIE­KAWE, CZY TEMU ZBROD­NIA­RZOWI MEN­GE­LEMU¹³ MÓWIŁ PAN, ŻE TO, CO WYRA­BIAŁ, BYŁO NIE­HU­MA­NI­TARNE?

_Trza­śnię­cie drzwiami przez leka­rza zakoń­czyło dys­ku­sję._

* * *

_Kolejny dzień przy­niósł von dem Bachowi powody do nie­po­koju. Czas ucie­kał, gdy tym­cza­sem na poran­nym obcho­dzie poja­wił się zupeł­nie inny dok­tor._

– Prze­pra­szam. A gdzie się podział pro­fe­sor Zawrot? – _dopy­ty­wał pacjent_.

– MOMENT, WYPI­SUJĘ PANU DOKU­MENTY Z DZI­SIEJ­SZEGO OBCHODU… ZARAZ… CO PAN MÓWIŁ?

– CO Z PRO­FE­SO­REM ZAWRO­TEM?

– A CO PAN TAKI CIE­KAWY? PAN POWI­NIEN TĘSK­NIĆ ZA ŻONĄ, A NIE ZA JAKIMŚ DOK­TOR­KIEM, HA, HA – _rubasz­nie zare­cho­tał medyk_.

– Pytam poważ­nie.

– A JA POWAŻ­NIE ODPO­WIA­DAM…

– POWIE MI PAN? – _von dem Bach per­fek­cyj­nie masko­wał na twa­rzy swój nie­po­kój._

– PRO­FE­SOR WYBRAŁ SIĘ NA URLOP.

_Te słowa zabrzmiały dla von dem Bacha jak wyrok śmierci… Poczuł, jak kręci mu się w gło­wie. Chwilę póź­niej stra­cił przy­tom­ność… Gdy się obu­dził, na­dal był w towa­rzy­stwie tego samego dok­tora. Dość szybko odzy­skał wigor i bły­ska­wicz­nie pod­jął temat pro­fe­sora Zawrota._

– A długi ten urlop? Bo wie pan… Mam z nim pilne sprawy do omó­wie­nia.

– A CO TO? PALI SIĘ? PAN JEST W SZPI­TALU, A NIE NA WIZY­CIE U KOMEN­DANTA STRAŻY POŻAR­NEJ, CHA, CHA.

_Rubasz­ność dok­tora iry­to­wała von dem Bacha. Udało mu się jed­nak cią­gle trzy­mać nerwy na wodzy, gdy tym­cza­sem medyk cią­gle coś wypi­sy­wał._

– WIDZĘ, ŻE POPRA­WIŁY SIĘ PANU WYNIKI. JAKBY MNIEJ BAK­TE­RII BYŁO. COŚ NIE­PRAW­DO­PO­DOB­NEGO!

_Pacjent słu­chał tego z prze­ra­że­niem. Ten pie­przony Polak naj­wy­raź­niej nie żar­to­wał._

– HALO! HALO! – _z zamy­śle­nia wyrwał go tubalny głos dok­tora_.

– URLOP JED­NO­DNIOWY. PRO­FE­SOR MUSIAŁ COŚ ZAŁA­TWIĆ NA MIE­ŚCIE. BĘDZIE JESZ­CZE DZI­SIAJ W SZPI­TALU. SZY­KUJE MU SIĘ NOCNY DYŻUR.

– Co za ulga! – _Von dem Bach poczuł, jak wstę­puje w niego ener­gia. Czas upły­wał. I choć wie­dział, że zdro­wieje i ma się coraz lepiej, to jed­no­cze­śnie… czuł się coraz gorzej._ – Oby tylko pro­fe­sor się nie roz­cho­ro­wał!

* * *

– GUTEN ABEND, HERR VON DEM BACH-ZELEW­SKI!¹⁴ – _w sali pacjenta roz­brzmiał dobrze mu znany głos._

– To pan, panie dok­to­rze?

– PRZY­SZE­DŁEM NA WIE­CZORNY OBCHÓD. TAK, TO JA… – _ton głosu leka­rza zda­wał się być aż nazbyt ofi­cjalny._

– Darujmy sobie obchód. Niech mnie pan nie bada. Chcę roz­ma­wiać!

– A CÓŻ SIĘ STAŁO, ŻE PAN, GOR­LIWY NAZI­STA ZMIE­NIŁ ZDA­NIE I CHCE ROZ­MA­WIAĆ Z BYŁYM POWSTAŃ­CEM WAR­SZAW­SKIM?

_Von dem Bach zaci­snął wargi. Dosko­nale wie­dział, że była to pro­wo­ka­cja ze strony Polaka. I już pra­wie miał wypa­lić, że to jego sprawka, że to przez jego lek, który zamie­nia się w tru­ci­znę, lecz wie­lo­let­nie doświad­cze­nie w robie­niu dobrej miny do złej gry spra­wiło, że wziął kilka głę­bo­kich odde­chów i z uda­wa­nym uśmie­chem stwier­dził, że przy­pad­kowo naszła go ochota na roz­mowę o prze­szło­ści._

– Skoro moje dni są poli­czone… To sam pan rozu­mie. Dobrze jest cho­ciaż w tych ostat­nich dniach życia z kimś poroz­ma­wiać. I powspo­mi­nać życie, które tak szybko prze­le­ciało.

– ROZU­MIEM – _ton leka­rza cią­gle pozo­sta­wał ofi­cjalny._ – MUSZĘ TERAZ SKOŃ­CZYĆ OBCHÓD. A PO NIM, JEŚLI OCZY­WI­ŚCIE NIE ZAPO­MNĘ, TO ZAJ­RZĘ DO PANA.

– Bar­dzo na to liczę, panie dok­to­rze!

_Kiedy tylko pro­fe­sor zamknął drzwi z dru­giej strony, zaśmiał się pod nosem i z satys­fak­cji zaczął zacie­rać ręce._

Tablica Tchorka upa­mięt­nia­jąca około 7000 ofiar maso­wych egze­ku­cji lud­no­ści cywil­nej doko­na­nych przez Niem­ców 5 sierp­nia 1944 roku w nie­ist­nie­ją­cej dziś fabryce Ursus przy ul. Wol­skiej 55/57Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Erich von dem Bach (Zelew­ski) – gene­rał SS, uznany za zbrod­nia­rza wojen­nego, odpo­wie­dzialny za tłu­mie­nie powsta­nia war­szaw­skiego.

2. Cytat z książki Wła­dy­sława Bar­to­szew­skiego, „Prawda o von dem Bachu”, Wydaw­nic­two Zachod­nie, War­szawa 1961, s. 30.

3. Można o tym prze­czy­tać w książce Chri­sto­phera Machta „Spo­wiedź dok­tora Men­gele. Szczera roz­mowa z więź­niarką z Auschwitz”, Wydaw­nic­two Bel­lona, War­szawa 2020.

4. Inna wer­sja mówi, że zamie­niono mu karę na pobyt w aresz­cie domo­wym.

5. W. Bar­to­szew­ski, „Prawda o von dem Bachu”, s. 7.

6. Pisał o tym W. Bar­to­szew­ski w „Praw­dzie o von dem Bachu”.

7. W. Bar­to­szew­ski, „Prawda o von dem Bachu”, s. 8.

8. Inna wer­sja mówi o sze­ściu komu­ni­stach.

9. Pol. „Co? Nic nie rozu­miem”.

10. Przy­sięga Hipo­kra­tesa (Hip­po­kra­tesa) – cytat pocho­dzi z doku­mentu Naczel­nej Izby Lekar­skiej, auto­rem pol­skiego tłu­ma­cze­nia jest prof. dr hab. Marian Wesoły; tekst przy­sięgi dostępny pod adre­sem: https://nil.org.pl/uploaded_images/1575631646_przysiega-hip­po­kra­tesa.pdf.

11. Bata­lion har­cer­ski „Zośka” Armii Kra­jo­wej, wal­czący w powsta­niu war­szaw­skim w ramach Zgru­po­wa­nia Kedywu „Rado­sław” na Woli, Sta­rym Mie­ście, w Śród­mie­ściu, na Czer­nia­ko­wie i Moko­to­wie. Wziął nazwę od pseu­do­nimu Tade­usza Zawadz­kiego „Zośki”, dowódcy Grup Sztur­mo­wych Cho­rą­gwi War­szaw­skiej Sza­rych Sze­re­gów (czyli Związku Har­cer­stwa Pol­skiego w kon­spi­ra­cji), który poległ 20 sierp­nia 1943 roku.

12. Łac. chlo­rek potasu.

13. Wię­cej o dok­to­rze Jose­fie Men­gele można prze­czy­tać w książce Chri­sto­phera Machta „Spo­wiedź dok­tora Men­gele. Szczera roz­mowa z więź­niarką z Auschwitz”, wydaw­nic­two Bel­lona, War­szawa 2020.

14. Pol. „Dobry wie­czór, panie von dem Bach-Zelew­ski”.

15. W Rzezi Woli nie brały udziału zwarte oddziały ukra­iń­skie na służ­bie nie­miec­kiej. Zapewne opi­sany żoł­nierz słu­żył w bata­lio­nie azer­skim nale­żą­cym do Oddziału Spe­cjal­nego „Berg­mann” z Grupy Bojo­wej Reine­far­tha, który od 5 sierp­nia 1944 roku brał udział w wal­kach i masa­krach cywi­lów na Woli. Jed­nak lud­ność War­szawy powszech­nie, ste­reo­ty­powo nazy­wała żoł­nierzy wschod­nich for­ma­cji kola­bo­ranc­kich Ukra­iń­cami (a w przy­padku posia­da­nia azja­tyc­kich rysów twa­rzy – Mon­go­łami lub Kał­mu­kami), wie­dząc o współ­pracy nacjo­na­li­stów ukra­iń­skich z Niem­cami i ich maso­wych mor­dach na Pola­kach miesz­ka­ją­cych na Kre­sach Połu­dniowo-Wschod­nich.

16. Wanda Lurie zmarła w 1999 roku, zaś jej syn Mści­sław odszedł 22 czerwca 2018 roku.

17. Oddział zaj­mu­jący się pale­niem zwłok.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij