-
nowość
Sprawa baronowej Nassau - ebook
Sprawa baronowej Nassau - ebook
Warszawa, rok 1930. Za oknem szaleje śnieżyca. Komisarz Jan Kempiński otrzymuje zgłoszenie o włamaniu do domu baronowej Niny von Nassau. Na miejscu zdarzenia okazuje się, że skradzione przedmioty są nie tylko bardzo cenne, ale również niezwykłe, tak jak ich właścicielka. Kempińskiemu wydaje się, że oto rozpoczyna rutynowe śledztwo w sprawie kradzieży. Szybko jednak dostrzega, iż z przestępstwem tego kalibru nie miał jeszcze do czynienia. W tym samym czasie dochodzi do zbrodni, która szokuje całą stolicę. Ze względu na swoje bogate doświadczenie komisarz przejmuje i to dochodzenie. Kempiński metodycznie odkrywa meandry umysłu mordercy, jednak ten nieustannie wyprzedza go o krok. Każdy następny trop zdaje się mijać z logiką – trudno oprzeć się wrażeniu, że sprawcy pomaga sam diabeł. Czy sprawy te mogą być w jakiś sposób powiązane? Czy czarująca Nina von Nassau może skrywać tajemnice rozpraszające cień, w którym czai się morderca?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398249119 |
| Rozmiar pliku: | 17 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Warszawa, Śródmieście, Komisariat Policji – luty 1930.
Komisarz Jan Kempiński nieśpiesznie przeglądał nowy numer Tygodnika Ilustrowanego. Szukał kolejnego artykułu Balejowskiej na temat grafologii. Był wprost zafascynowany tym zagadnieniem. Po lekturze Psychografologii i patologii pisma Adolfa Klęska nabrał przekonania, że ta dziedzina wiedzy otwiera nowe, ogromne możliwości dla kryminalistyki. Zaczął, zgodnie ze wskazówkami znawców tematu, badać próbki pisma podejrzanych. Wstępne wyniki wydawały się bardzo obiecujące. Komisarz popijał herbatę, przeglądał gazetę, jednocześnie prosząc siły wyższe, by ten mroźny i wietrzny dzień mógł spędzić w cieple swojego gabinetu.
Błogą ciszę przerwało delikatne pukanie do drzwi.
– Wejść! – powiedział stanowczo, przeczuwając, że siły wyższe nie odniosły się życzliwie do jego prośby.
W drzwiach pojawiła się koścista sylwetka aspiranta Fryderyka Mizgajskiego.
– Szefie, było włamanie, mamy udać się na miejsce zdarzenia – oznajmił podekscytowany aspirant.
Kempiński odparł spokojnie:
– Powiedz mi, drogi Fredzie, od kiedy to do przestępstwa pospolitego, jakim bez wątpienia jest włamanie, fatyguje się komisarza?
Mizgajski, choć niezwykle pobudzony, zebrał się w sobie i z powagą odpowiedział:
– Rozkaz samej góry, panie komisarzu – aby silniej zaakcentować słowo góry, teatralnie westchnął, jednocześnie ostentacyjnie przewracając oczami. Przesadna mimika była cechą charakterystyczną aspiranta. Jego oblicze potrafiło przybrać właściwie każdy wyraz, ale najkomiczniej przedstawiało się właśnie w sytuacjach poważnych lub takich, którym usiłował nadać szczególną rangę.
– Jeśli dobrze rozumiem, nie kto inny tylko inspektor Świętek był łaskaw zadzwonić i wydać dyspozycje w sprawie rzeczonego włamania? Czy tak właśnie było?
– W istocie, panie komisarzu. Okradli jakąś baronową, która łoży hojne datki na to Towarzystwo Opieki nad Kobietami, co to je pani Świętkowa prowadzi. Stary, to znaczy inspektor Świętek – aspirant poprawił się błyskawicznie – podał adres i zaznaczył, że sprawa jest parytetowa i dlatego pan ma się tym zająć.
– Po pierwsze, nie parytetowa, tylko priorytetowa. Sto razy mówiłem: z taką pamięcią nigdy nie awansujesz. Po drugie, skoro jest rozkaz, to trzeba go wykonać. Sprowadź samochód, w taką śnieżycę nie zamierzam spacerować. Nawet z powodu tak priorytetowego włamania – dodał z przekąsem.
Kiedy aspirant wyszedł, Kempiński zaczął zastanawiać się, czemu Świętek nie zadzwonił bezpośrednio do niego, tylko przekazał polecenie przez tego safandułę Freda. Czyżby jego przełożony nadal odczuwał konsternację po ich ostatnim przypadkowym spotkaniu? Trzeba przyznać, że kiedy dosłownie wpadli na siebie w pensjonacie U Róży, świętoszkowaty (nomen omen) Świętek minę miał nietęgą. Wszak tajemnicą poliszynela było, że miejsce to stanowi swoisty konglomerat rozpusty i hazardu, zapewniając swoim bywalcom niemalże nieograniczony pakiet doznań z obu tych dziedzin. Zawstydzony inspektor usiłował naprędce wymyśloną historyjką usprawiedliwić swoją tam obecność. Czerwienił się przy tym jak sztubak. Kempiński był człowiekiem wolnym, ale on? Praktykujący katolik, żonaty, ojciec dzieciom. Wstyd.
Ach, hipokryzja to najgorsza choroba świata – pomyślał Kempiński, zapinając płaszcz. Jak zwykle energicznie zatrzasnął drzwi niewielkiej szafy i ruszył do wyjścia. W ostatniej chwili jednak zawrócił. Ponownie otworzył szafę i raz jeszcze spojrzał w lustro zawieszone na drzwiach wewnętrznych. Poprawił kapelusz, starannie ułożył szalik. Rękawiczką strzepnął pyłek z futrzanego kołnierza.
– Pewnie stara i brzydka, ale zawsze to arystokratka – powiedział sam do siebie.
Uwaga ta stanowiła rodzaj usprawiedliwienia. Komisarz gardził bowiem mężczyznami przywiązującymi nadmierną wagę do wyglądu. W najlepszym razie nazywał ich fircykami, w najgorszym – no cóż, używał słów powszechnie uważanych za obelżywe. Sam, jak na swoje czterdzieści kilka lat, prezentował się bardzo dobrze. Wzrost słuszny, sylwetka sportowa. Włosy nieco przerzedzone i gdzieniegdzie przyprószone siwizną, ale zawsze starannie ułożone, tak jak i stylowy wąsik, o który regularnie dbał, traktując go jako ważny atrybut męskości. Ulubiony krawiec nie miał z nim problemu. Po prostu szył na miarę. Maskowanie niedoskonałości było zbyteczne.
Kiedy Kempiński wyszedł z budynku komisariatu, samochód już czekał. Aspirant Mizgajski pokornie stał przy drzwiach, aby z szacunkiem otworzyć je przed swoim przełożonym.
– Siadaj obok mnie.
Aspirant wskoczył do środka. Sadowiąc się obok komisarza, poczuł się wyróżniony.
– Powiedz mi, Fred – zagaił Kempiński. – Czy stary mówił coś jeszcze? Może podał jakieś szczegóły? Wiesz, że lubię być przygotowany.
– Szczegółów nie podawał, mówił tylko, że ta baronowa to ważna osoba i żeby podejść do sprawy z najwyższą starannością. Nazywa się Nina von Nassau. Chyba Niemra jakaś.
– Dobra, Fred, zobaczymy, o co tam naprawdę chodzi.
Po około trzydziestu minutach jazdy w koszmarnej śnieżycy dotarli na miejsce. Ze względu na przenikliwe zimno nie mieli siły podziwiać klasycznej architektury, jednak nawet pobieżne oględziny frontu kamienicy nie pozostawiały wątpliwości, że jej mieszkańcy to absolutny crème de la crème finansjery. Brama była otwarta. W głębi korytarza czekał starszy człowiek, który przywitał ich, nisko chyląc głowę.
– Panowie z Policji? W sprawie kradzieży? – zapytał.
Mężczyźni potwierdzili powód przybycia i przedstawili się.
– Jestem Wincenty Polak, dozorca i stróż. Jestem kombatant. W wojsku byłem, w Legionach. Panie komisarzu, ja rozumiem rangę, sam dosłużyłem się stopnia kaprala. Kulawy jestem, bo dostałem szrapnelem, ale do pracy gotowy. Zawsze!
Komisarz Kempiński przerwał ten natarczywy monolog.
– Moment, moment, kapralu Polak, powiedźcie mi, na którym piętrze znajduje się mieszkanie poszkodowanej osoby. Dokonamy tam oględzin, a następnie zostaniecie przesłuchani i aspirant Mizgajski spisze wasze zeznania.
– No więc, wielce szanowny panie komisarzu, pani baronowa zajmuje całe lewe skrzydło na pierwszym piętrze. Panie komisarzu, ja tu już cztery lata stróżuję i nikomu nawet chusteczka do nosa nie zginęła. Ja tu byłem i ja nigdy nie piję. No, czasami kieliszeczek czy dwa dla zdrowia. Jestem czujny, panie komisarzu, Wincenty Polak zawsze na posterunku, zawsze!
Kempińskiemu żal się zrobiło starego wiarusa. Widać było, że boi się o swoją posadę. Oj niewdzięczny ten kraj, niewdzięczny – pomyślał Kempiński. Do stu piorunów, żeby kombatant, który złożył zdrowie w ofierze ojczyźnie, musiał drżeć o swoje utrzymanie, żałosne!
– Nie wątpię w waszą solidność, ale prowadzenie śledztwa ma swoje reguły. Najpierw oględziny miejsca zdarzenia. Rozumiecie, takie są zasady.
– Tak jest! Zasady są najważniejsze zawsze, ale jakby co, to ja tu czekam.
Policjanci weszli na pierwsze piętro i skierowali się do drzwi wejściowych, które otworzyły się dokładnie w chwili, kiedy przed nimi stanęli. Wszystkie służące podsłuchują – pomyślał Kempiński, uśmiechając się pod wąsem.
– Panowie z Policji, prawda?
– Owszem, panienko.
Pokojówka dygnęła, zaprosiła ich do środka, a następnie poszła zaanonsować wizytę pani baronowej. Mężczyźni zdjęli płacze i kapelusze.
Już przedpokój wywierał kolosalne wrażenie. Duży i elegancko urządzony, stanowił kuszącą zapowiedź tego, co znajduje się w kolejnych pomieszczeniach.
Mizgajski nie wytrzymał i wydusił z siebie krótkie:
– O rajuśku! Jak w pałacu albo w kościele. Sam żyrandol wart kilku moich pensji. Tu pewnie nakradli w tysiącach złotych.
– Wiesz, Fred, przypuszczam, że jest tu wiele przedmiotów, których wartość pochłonęłaby roczny dochód każdego urzędnika państwowego w tym kraju.
Kempiński zasępił się srodze. Zdał sobie bowiem sprawę, że osoba o tak wysublimowanym poczuciu estetyki, w dodatku ewidentnie lubiąca bibeloty, mogła być w posiadaniu niezwykle cennych i rzadkich egzemplarzy. Z doświadczenia wiedział, że im większy unikat, tym, wbrew pozorom, trudniej go odzyskać. Zwłaszcza jeśli w grę wchodzi kradzież na zlecenie. Niektórzy kolekcjonerzy to ludzie opętani swoją manią, nieobliczalni i w rzeczy samej zdolni do wszystkiego. Kiedy zdobędą upragniony przedmiot, chowają go i zazdrośnie strzegą przed światem, dzięki czemu często pozostają bezkarni. Pozostawało mieć nadzieję, że łupem rabusiów padła tylko gotówka.
Z zamyślenia wyrwał Kempińskiego głos pokojówki:
– Pani prosi do salonu.
Komisarz ruszył zdecydowanym krokiem. Przechodząc obok Mizgajskiego, który stał jak zahipnotyzowany, podziwiając figurkę nagiej nimfy, dyskretnie dał mu sójkę w bok i syknął przy tym:
– Opamiętaj się, jesteśmy w pracy.
Weszli do salonu, który swoim wystrojem mógłby konkurować z niejednym muzeum, przy czym pod względem użytkowym wyposażony był dość skromnie. Duża sofa i dwa fotele otaczały niewielki stolik kawowy. Przy oknie stała kobieta. Odwrócona plecami do wejścia sprawiała wrażenie, jakby kogoś wypatrywała, co było raczej niemożliwe, zważywszy, że mokre płatki śniegu oblepiały szybę, tworząc dla ludzkiego wzroku szczelną zasłonę.
Kobieta obróciła się w stronę gości. Zrobiła to powoli, miękkim, kocim ruchem. Uwagę obu mężczyzn przykuła jej twarz, otoczona ciemnymi falującymi włosami. Wyjątkowa piękność. Rysy wyraziste, chociaż łagodne, cera – alabaster. Zadziorny nosek zdradzał charakter właścicielki, a duże oczy w ciemnej oprawie stanowiły perfekcyjne dopełnienie całości. Bezwiednie lustrowali całą sylwetkę. Kobieta miała wiele atutów i bez dwóch zdań wiedziała, jak zrobić z nich użytek. Kempiński odruchowo spojrzał w lustro zawieszone nad jedną ze szklanych gablot. Zobaczył w nim odbicie dwóch jełopów stojących z rozdziawionymi gębami. Widok ten podziałał na niego jak kubeł zimnej wody. Kempiński przedstawił się po niemiecku:
– Sehr geehrte Frau Baroness. Ich bin der Polizeikommissar. Mein Name ist Jan Kempiński und das ist mein Kollege Aspirant Mizgajski. Wir kamen am Diebstahl, die in Ihrem Haus stattfand.1
Kempiński gramatycznie mówił bez zarzutu, ale akcentem bezlitośnie miażdżył mowę Goethego. Kobieta uśmiechnęła się łagodnie i ku ich wielkiemu zdumieniu odpowiedziała czystą polszczyzną:
– Proszę się nie wysilać, panie komisarzu, doskonale mówię po polsku. Nazywam się Nina von Nassau. Zapewne moje nazwisko wprowadziło panów w błąd, albowiem nie jestem Niemką.
Kempińskiemu wyraźnie ulżyło. W tym momencie baronowa wskazała zapraszającym gestem fotele, sama zaś usadowiła się na kanapie.
– Siadajcie panowie, może napijecie się czegoś?
– To bardzo miło z pani strony, ale nie chcemy sprawiać kłopotu.
– Doprawdy, żaden kłopot.
Baronowa zawołała pokojówkę:
– Julcia, bądź tak miła i podaj nam herbatę, ciasto oraz koniak.
Dziewczyna błyskawicznie obsłużyła gości, po czym dygnąwszy z gracją, odeszła. Baronowa Nassau z wdziękiem zapaliła papierosa, umieszczając go przedtem w długiej, rzeźbionej lufce. Trudno było oderwać od niej wzrok. Miała w sobie coś nienazwanego i bezwarunkowo hipnotyzującego. Nie chodziło nawet o jej absolutnie wyjątkową urodę, raczej o aurę tajemniczości, jaką wokół siebie roztaczała. Było to imponujące połączenie piękna i magnetycznej osobowości.
– Częstujcie się panowie, polecam serniczek, dzieło mojej niezastąpionej niani Szejmy.
Kiedy mężczyźni zaczęli degustować specjały, których nie pożałowała im gościnna pani domu, wywiązała się rozmowa na temat okoliczności kradzieży.
Kempiński zapytał:
– Kiedy dokładnie zorientowała się pani, że została okradziona?
– Dzisiaj, około dziesiątej rano. Wczoraj, zgodnie ze zwyczajem, udałam się na brydża do moich przyjaciół. Czasami te spotkania przedłużają się i tak właśnie było tym razem. Wróciłam po północy. Stróż otworzył mi bramę. Weszłam do mieszkania…
– Chwileczkę, przepraszam, że przerywam, ale chciałbym uściślić: drzwi do mieszkania otworzyła pani kluczem i nie nosiły one śladów włamania? – zapytał aspirant.
– Nie, drogi panie aspirancie, żadnych śladów włamania. Dodam, że na końcu korytarza jest jeszcze jedno wejście dla dostawców. Oglądałam je dzisiaj, ale nie zauważyłam niczego szczególnego, żadnych uszkodzeń.
– Jeśli pani pozwoli, sami jeszcze raz obejrzymy drzwi i ocenimy, czy noszą ślady manipulacji, czy też nie. Z całym szacunkiem, istnieją takie techniki otwierania zamków, które można dostrzec dopiero po wnikliwym badaniu – wtrącił stanowczo Kempiński.
– Zrobicie panowie, co trzeba. Jednak kontynuując, weszłam spokojnie do mieszkania. Pokojówki nie było, ponieważ dałam jej wolne. Moja niania Szejma to już staruszka, spała głębokim snem. Ponadto jest ona osobą niedosłysząca i proszę mi wierzyć, nic nie jest w stanie jej obudzić. Skierowałam się bezpośrednio do sypialni i po prostu zasnęłam. Dopiero rano weszłam do swojego gabinetu i zastałam ten cały rozgardiasz. Natychmiast zadzwoniłam do inspektora Świętka, a on obiecał przysłać mi najzdolniejszych detektywów – ten niewątpliwy komplement okrasiła uśmiechem, powabnie przechylając przy tym głowę.
Na te słowa Mizgajski wyraźnie wyprostował się i pokraśniał. Kempiński, odwrotnie, zmarkotniał i zaczął zastanawiać się nad intencjami inspektora Świętka. Czy to nie jest intryga lub rodzaj odwetu? Wreszcie zapytał:
– Czy moglibyśmy w tej chwili zobaczyć gabinet? Mam nadzieję, że nikt niczego nie ruszał?
– Oczywiście, jest dokładnie w takim stanie, w jakim zastałam go rano. Z jedną tylko różnicą – zamknęłam okno, co zważywszy na pogodę, było nieuniknione.
Komisarz ze zrozumieniem przytaknął. Cała trójka udała się w stronę gabinetu. Po drodze Kempiński sondował sprawę:
– Pani baronowo, czy jest pani w stanie stwierdzić, co konkretnie skradziono?
Kobieta zatrzymała się, jednocześnie z wdziękiem ujmując komisarza pod rękę. Kempiński stanął niczym rażony prądem elektrycznym. Był pewien, że wygenerowane w tym momencie napięcie wystarczyłoby, aby zasilić połowę ulicy. Lekko speszona wyszeptała:
– Proszę, porozmawiajmy o tym w cztery oczy.
Bogini, zostać z tobą sam na sam mogę nawet na całe życie – pomyślał komisarz. Głośno odpowiedział jednak z większą powściągliwością:
– Będzie tak, jak sobie pani życzy.
Baronowa wskazała wzrokiem na aspiranta.
– Rozumiem, zaraz to załatwię.
Stanęli przed drzwiami jej gabinetu. Były lekko uchylone. Baronowa otworzyła je na oścież. Widok, jaki ujrzeli, wywierał przygnębiające wrażenie. Istny krajobraz po bitwie – pomyślał komisarz. Po całym gabinecie walały się porozrzucane książki, notatki oraz drobne przedmioty. Wszystkie szafy, szafki i gabloty, które licznie zgromadzono w tym pomieszczeniu, były pootwierane i metodycznie przetrząśnięte.
Mizgajski przemieszczał się w głąb pokoju, ważąc każdy krok. Wizja rozdeptania jakiegoś cennego przedmiotu stanowiła silną motywację do zachowania szczególnej ostrożności. Odezwał się jako pierwszy:
– Widać, że złodziej miał dużo czasu. Choć być może wiedział, po co przyszedł, to nie miał pojęcia, gdzie dokładnie tego szukać.
– Proszę spojrzeć – powiedziała baronowa, a oczy obu mężczyzn natychmiast powędrowały w ślad za jej wypielęgnowaną dłonią. – Powyrywał zamki w szufladach biurka i znalazł sekretną skrytkę w moim ulubionym kufrze. Wandal! Zniszczył dzieło sztuki! Ten kufer przywiozłam aż z Turcji. To absolutny unikat, robiony na zamówienie.
Ostatnie zdanie wypowiedziane przez baronową zwróciło uwagę komisarza. Podszedł do kufra i dokładnie go obejrzał. Solidna robota, znać rękę mistrza. O dziwo skrytka znajdowała się w pokrywie kufra, a nie na jego dnie. Mechanizm, który ją otwierał, wbudowany był w ozdobną klamrę umieszczoną po stronie zewnętrznej. Zważywszy ilość elementów dekoracyjnych znajdujących się na pokrywie kufra, klamra ta absolutnie nie rzucała się w oczy. Dla osoby niewtajemniczonej stanowiła jedynie część bogatej, egzotycznej ornamentyki.
– Tajna skrytka, to nieco zmienia postać rzeczy – powiedział z przekonaniem.
– Czemu pan tak zakłada, komisarzu? – zdziwił się Mizgajski.
– Prawdopodobieństwo, że złodziej znalazł tak sprytnie zakamuflowaną skrytkę przypadkiem, oceniam jako nikłe. – Rozejrzał się ponownie i po chwili namysłu dodał: – Mam dziwne wrażenie, graniczące z pewnością, że cały ten bałagan ma odwrócić naszą uwagę. Tak, to w gruncie rzeczy przemyślnie zaaranżowana scenografia. Nic innego.
– Ale po co złodziej zadał sobie tyle trudu? – zapytał Mizgajski, jak zwykle przejęty i jak zawsze zdumiony przenikliwością swego przełożonego.
– Dobre pytanie, a odpowiedź jest prawdopodobnie kluczem do sprawy.
Nagle komisarz, wiedziony impulsem, podszedł do okna. Obejrzał bardzo starannie ramę. Mimo szalejącej w dalszym ciągu śnieżycy otworzył oba skrzydła, zewnętrzne i wewnętrzne, na całą szerokość. Zauważył, że ramy okienne nosiły wyraźne ślady manipulacji. Zbyt liczne i zbyt wyraźne – pomyślał.
– Czyżby wszedł oknem? – wykrzyknęła baronowa.
– Nie możemy tego wykluczyć. Wysportowany i zdeterminowany włamywacz nie zawaha się opuścić po linie prosto z dachu. Bardzo ryzykowne, zważywszy pogodę, ale wykonalne.
Kempiński zamknął okno.
– Aspirancie, proszę zejść na dół i przesłuchać stróża. Może coś jeszcze sobie przypomni. Jak skończycie, proszę przesłuchać pokojówkę. Ja dokończę oględzin miejsca i porozmawiam z panią Nassau.
Mizgajski wyszedł bez słowa. Nigdy nie kwestionował poleceń komisarza.
– Pani baronowo, o czym dokładnie mamy rozmawiać bez świadków?
– O moim hobby, choć ja wolę określenie pasja. Zapraszam do salonu, nie będziemy przecież konwersować na stojąco. Czy nasunęły się panu jakieś wstępne wnioski?
– Tak, jak najbardziej. Zaraz je pani przedstawię, chociaż podkreślam, że na tym etapie są to raczej przypuszczenia, które staną się wnioskami, kiedy pojawią się dowody na ich poparcie. W tej chwili powiem tak: mogę przysłać ekipę w celu pobrania próbek daktyloskopijnych, ale mówiąc szczerze, wątpię, aby włamywacz zostawił ślady linii papilarnych. Moim zdaniem nie wszedł przez okno, a ślady manipulacji przy okiennicach są markowane. Mogę sprawdzić zamki w drzwiach i zrobię to, choć jestem pewien, że rabuś miał klucz, znał doskonale rozkład pani dnia, wiedział o głuchocie Szejmy i co najistotniejsze, wiedział o skrytce. Jednym słowem był świetnie przygotowany. Jeśli tak, to znaczy, że mamy do czynienia z profesjonalistą. Dalej, jeśli to fachowiec, nie jest tani i najpewniej działa na zlecenie. Kradzież zaś zlecił ktoś, kto nie musi liczyć się z kosztami. Kolejny wniosek nasuwa się sam, wynajął go jakiś kolekcjoner lub osoba, która chciała panią skompromitować – pod warunkiem oczywiście, że ukradł sekrety, a nie przedmioty. Ponieważ oczekuje pani dyskrecji, nie mówiłem wszystkiego przy Mizgajskim. Tyle z mojej strony, droga pani.
– Zaimponował mi pan, komisarzu. Widzę, że ani jedno słowo na pana temat nie było przesadzone. Może ma pan ochotę zapalić, proszę się nie krępować.
Baronowa usiadła na kanapie, wdzięcznie układając swoją suknię lub może raczej szlafrok. Komisarz nie potrafił sklasyfikować tej części garderoby. Nie miał jednak wątpliwości, że strój posiada wiele cech typowych dla krajów Orientu. Skusił się na papierosa. Palenie zawsze pomagało mu się skoncentrować. Zaciągnął się głęboko i wolno wypuścił błękitną stróżkę dymu.
– Pani baronowo, proszę o szczere i wyczerpujące wyjaśnienia. Inaczej nie ruszymy z miejsca.
– Proszę nie zwracać się do mnie per baronowa – przerwała energicznie. – Nie urodziłam się jako arystokratka i nie czuję się nią. Rozmowa nie odbywa się na posterunku policyjnym, a pan jest człowiekiem kulturalnym. Wystarczy imię. Czy uważa pan, że Nina to ładne imię?
Kempińskiego całkowicie zatkało. Uratował go jedynie doskonały refleks.
– Pani imię jest wyjątkowe, tak jak i pani sama. Jestem nieco zaskoczony. Nie spodziewałem się osoby, jakby to ująć, tak bezpośredniej. Będę zaszczycony, jeśli pani również zechce się zwracać do mnie po imieniu.
Nina roześmiała się głośno szczerym, perlistym śmiechem. Zdawała sobie doskonale sprawę, jakie wrażenie wywarła na komisarzu jej uroda i ekscentryczny styl bycia.
– Panie Janie, nie jestem niemiecką arystokratką. Może kiedyś opowiem panu więcej o sobie. Dzisiaj powiem tyle: dużo podróżuję. Mój były mąż namówił mnie na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Dla niego był to zwyczajnie kraj dużych możliwości, oczywiście mam na myśli możliwość pomnażania pieniędzy. Dla mnie kraj ten stał się duchową kolebką. Poznałam tam ludzi i poglądy, które poszerzyły moje intelektualne horyzonty oraz wzbogaciły wewnętrznie. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że narodziłam się na nowo. Czy słyszał pan na przykład o madame Bławatskiej i Towarzystwie Teozoficznym? Pewnie nie. Stróż prawa raczej nie interesuje się tak błahymi i abstrakcyjnymi sprawami.
– Pani Nino, sarkazm, jaki zdaje się słyszeć w pani głosie, jest zupełnie niepotrzebny. Może panią zaskoczę, ale pasjonują mnie badania nad psychiką ludzką, poznawanie osobowości nawet dość niekonwencjonalnymi technikami. Wszystko, co niezbadane i zagadkowe, leży w sferze moich zainteresowań. Nie jestem tępym policmajstrem.
– Och, przepraszam! Nie chciałam pana urazić. Po prostu przez myśl mi nie przeszło, że znajduje pan przyjemność w zgłębianiu akurat takiej tematyki. Przyznaje i biję się w pierś – uległam stereotypom! Skoro jednak jest pan człowiekiem niebanalnym, tym łatwiej będzie panu zrozumieć mnie i przesłanki pewnych działań, o których powiem za chwilę. Ja zaś w konsekwencji nabieram do pana pełnego zaufania.
– Będzie mi bardzo miło wysłuchać panią i obiecuję zrobić wszystko, aby nie zawieść zaufania, którym mnie pani łaskawie obdarzyła.
Atmosfera natychmiast się poprawiła, a rozmowa nabrała nowej jakości.
– Jak wcześniej wspomniałam, z Turcji przywiozłam ten piękny kufer, natomiast z Egiptu zwoje papirusu oraz inne unikalne artefakty. Bez dwóch zdań przedmioty bardzo stare i bardzo cenne. Mówiąc cenne, nie mam na myśli tylko ich wartości materialnej, chociaż niewątpliwie takową posiadają. Chciałam je zbadać i być może wykorzystać. Właśnie te przedmioty zostały skradzione. Zginął też sznur pereł i pierścionek, który zostawiłam na biurku. Ładne rzeczy, ale to tylko błyskotki.
– Pani Nino, prawdopodobnie ta biżuteryjna część łupu to taki swoisty bonus, wisienka na torcie. Tak czy owak, potrzebuję opisu skradzionych kosztowności.
– Dysponuję zdjęciami przedmiotów przywiezionych z Egiptu, ale proszę o dyskrecję. Nie chcę, aby znalazły się w dokumentach policyjnych.
Nina wyszła i po kilku minutach wróciła z plikiem odbitek. Wręczyła je Kempińskiemu.
– Rozumiem, że nie życzy pani sobie wzmianki o tych egzotycznych artefaktach. Coś jednak muszę mieć, aby rozpocząć i uzasadnić moje śledztwo.
– Pierścionek był bardzo charakterystyczny, wykonany w Rosji na zamówienie. Mój autorski projekt. Mogę go dla pana naszkicować.
Nina niespodziewanie zamilkła, wyraźnie zawahała się. Wreszcie przemówiła z dużo mniejszą pewnością siebie.
– Wiem, że proszę o wiele, ale może mógłby pan napisać, że skradziono pewną kwotę. Nieważne jaką. Jeśli chodzi o kwestie formalne, to chyba wystarczająca podstawa do wszczęcia śledztwa? Czy to załatwi sprawę?
– Owszem, załatwi. Zrobię to dla pani.
Prawda jest taka, że w tej chwili Kempiński zrobiłby dla niej o wiele więcej, jeżeli nie wszystko.
– Muszę zastanowić się nad strategią działania. Jak się pani zapewne domyśla, tak nietypowa sprawa wymaga przedsięwzięcia nietypowych środków. Mam tu oczywiście na myśli działania, oględnie mówiąc, nieprzewidziane w procedurach śledczych.
– Liczę na pana, komisarzu.
Byli tak zajęci rozmową, że nie zauważyli, kiedy w drzwiach pojawił się Mizgajski, który dał znać o sobie wymownym chrząknięciem.
– O co chodzi, aspirancie? – zapytał Kempiński.
– Panie komisarzu, przesłuchałem stróża i pokojówkę. Czy mam przesłuchać kogoś jeszcze? Już bardzo późno się zrobiło. Właściwie koniec służby, a to przecież niedziela.
Mizgajski błagalnie spojrzał w oczy komisarza.
– Dobrze, zejdź na dół i zaczekaj na mnie w samochodzie.
Kiedy ponownie zostali sami, Kempiński zaczął mówić bardzo powoli, starannie dobierając słowa. Chciał przedłużyć pobyt w tym miejscu chociaż o kilka chwil, aby napawać oczy widokiem tajemniczej kobiety, która go oczarowała.
– Pani Nino, proszę wykonać szkice. Zdjęcia wezmę już dziś. Proszę też zastanowić się, kto mógłby być zainteresowany tymi artefaktami. Może jakiś znajomy kolekcjoner. Proszę mi wierzyć, zbieracze bywają nieobliczalni. Proszę też o listę osób, które miały lub potencjalnie mogły mieć dostęp do kluczy. Uwzględniamy wszystkich, dostawców również. Czekam na sygnał, kiedy będzie pani gotowa. Oto moja wizytówka.
Kempiński położył swoją wizytówkę na stoliku.
– Oczywiście, zrobię to najszybciej, jak będę w stanie. Gdyby miał pan więcej pytań, proszę dzwonić. Dam panu mój bilecik. Ja naprawdę chcę współpracować i obiecuję, że nie zataję przed panem niczego, co mogłoby mieć jakiekolwiek znaczenie dla sprawy.
– Dziękuję za poczęstunek i frapującą rozmowę. Przed wyjściem pozwolę sobie sprawdzić drzwi. Aha, jeszcze jedno: dobrze byłoby, gdyby pani w najbliższych dniach bacznie obserwowała zachowanie osób ze swojego otoczenia. Być może ktoś czymś się zdradzi.
– Wszystko wedle rozkazu, panie Janie.
Na pożegnanie Kempiński ucałował dłoń gospodyni, wykonując przy tym przesadnie niski ukłon, co zapewne nie uszło jej uwagi. Już stojąc w drzwiach, posłała mu uśmiech, który mógł zwalić z nóg samego Samsona. Komisarz zaczerwienił się jak smarkacz.
Mizgajski czekał w bramie. Kiedy zobaczył przełożonego, zagadał:
– Szykowna kobitka z tej baronowej. Niejednemu mogłaby w głowie zawrócić.
– Nie zaprzeczę, ale nie uroda tej pani nas tu sprowadziła, tylko śledztwo. Chodź, porozmawiamy w samochodzie.
Kempińskiego krępowała sama myśl o tym, że Fred mógłby zauważyć jego nadzwyczajne zainteresowanie osobą Niny von Nassau. Z zasady nigdy nie łączył spraw osobistych ze służbowymi. Podchodził do każdego śledztwa pragmatycznie i nie pozwalał sobie, aby myśli nawet na sekundę odbiegły od istoty sprawy. Tym razem jednak było zupełnie inaczej.
– Komisarzu, właściwie to już jesteśmy po służbie, a Tosia zaprasza na pierogi z mięsem, pana ulubione. Będzie nam miło pana gościć.
Kempiński uśmiechnął się na samą myśl o doskonałym obiedzie. Znał wyśmienitą kuchnię Tosi, żony Mizgajskiego. Nie był w stanie oprzeć się takiej pokusie.
– Dobrze, jedziemy do ciebie, ale po drodze wstąpimy do cukierni po ciastka dla twoich pięknych pań.
– Nie trzeba szefie, to drogo kosztuje.
– Nie przywykłem przychodzić na proszony obiad z pustymi rękoma.
– Jak szef sobie życzy.
W domu czekała już na nich Tosia, a dziewczynki aż zapiszczały z radości na widok pudełka z nazwą znanej cukierni. Zapowiadała się prawdziwa uczta.
Komisarz lubił te Tosine obiadki. Zwykle jadał w knajpach albo zadowalał się pętkiem kiełbasy zagrzanej w domu. Jednak oprócz wspaniałego smaku potraw łaknął tej domowej atmosfery wypełnionej szczebiotem gospodyni i śmiechem dzieci. Mieszkał sam i z wiekiem ta samotność stawała się coraz bardziej uciążliwa. Owszem, miewał romanse, ale jakoś nie udało mu się znaleźć odpowiedniej kandydatki na żonę. Czasami myślał – źle szukałem, to i nie znalazłem, a teraz już za późno na zakładanie rodziny. Nieraz zazdrościł kolegom. Nawet Mizgajskiemu, który wbrew szydercom z dumą nosił miano damskiego krawca. Powtarzał: Może ja i damski krawiec, ale za to w paryskim wydaniu. Co prawda to prawda. Jego córkom trudno było odmówić wdzięku, urody i inteligencji. Wspaniałe dziewczynki: Irena, Danusia i Róża. Wszystkie trzy bardzo podobne do matki i wpatrzone w ojca jak w obraz. Teraz pałaszowały ciastka podarowane przez komisarza.
Po sytym posiłku obaj panowie usiedli wygodnie w fotelach. Sącząc wyśmienitą domową nalewkę, chcąc nie chcąc, powrócili do sprawy baronowej Nassau.
– Powiedz mi, Fred, usłyszałeś coś ciekawego, może zauważyłeś?
Kempiński wiedział, że jego podwładny nie jest zdolny do rozumowania dedukcyjnego. Ten etap śledztwa pozostawiał dla siebie. Jednak Fred posiadał rzecz bezcenną – niezawodną dyspozycję człowieka uczciwego. Zawsze rozpoznawał kłamstwo. Zupełnie jakby natura chciała w ten sposób wzmocnić jego instynkt samozachowawczy i umożliwić aspirantowi przetrwanie na tym łez padole, gdzie każdy mógłby wykorzystać tak szczere serce.
– Szefie, ten dozorca to swój chłop, ale pokojówka to coś nie tego.
– Co konkretnie masz na myśli?
– Nie wiem, jak to ująć, ale ta cała panna Julcia to w rozmowie jakby chciała pokazać się bardziej niemądra, niż jest.
– Tak?
– Co chwilę śmiała się, jak nie przymierzając, głupi do sera. Tak to się mogą ośmiolatki zachowywać, a nie panna na wydaniu.
– Wiesz, niektórzy śmiechem usiłują zamaskować zdenerwowanie. Dobrze, że zwróciłeś na to uwagę. Trzeba bliżej przyjrzeć się tej pannie Julci. Miała wszelkie możliwości, aby ułatwić zadanie złodziejowi. Teraz istotne jest, aby ustalić, czy miała ku temu powody.
– Oj, jak szef coś powie, to zawsze w punkt.
Obserwował dziewczynkę od dawna. Codziennie pokonywała tę samą trasę z piekarni, gdzie pracowała, do mieszkania w obskurnej kamienicy. Miała niespełna piętnaście lat, ale bieda dawała się we znaki całej rodzinie. Tak matka, jak i każde z sześciorga rodzeństwa miało swój udział w walce o przetrwanie. Skromnie ubrana, drobniutka blondynka o delikatnych rysach i bladej cerze. Dla wielu niepozorna, dla niego idealna. Idealna kopia.
Zaczął śledzić dziewczynę, jednocześnie czyniąc przygotowania do wielkiego wydarzenia, do święta, którego mimowolną uczestniczką stanie się już niebawem. Każdy najdrobniejszy szczegół ma znaczenie. Doskonała ceremonia wymaga odpowiedniej oprawy. Jego Pan wynurzył się z Cienia, wydał dyspozycje, określił warunki. Nadszedł czas zapłaty, tak jak nadejdzie czas nagrody. Myśl ta przepełniała go trwogą ze względu na potencjalne konsekwencje, lecz jednocześnie stanowiła obietnicę radości. Teraz to już nieważne. Nic nie ma znaczenia. Tylko ona się liczy. Przygotowania zostały zakończone.
Kempiński do późnej nocy oglądał zdjęcia skradzionych artefaktów. Chciał koniecznie dowiedzieć się czegoś więcej na ich temat, ale nie z ust uroczej Niny, tylko bezstronnego fachowca. Jedyną osobą spełniającą kryterium dyskrecji i fachowości był Jakub Pospieszalski, jego kolega z czasów licealnych.
Komisarz uśmiechnął się na samą myśl o szkolnym druhu. Jeszcze nie spotkał człowieka, którego nazwisko pozostawałoby w tak rażącej sprzeczności względem charakteru i sposobu bycia. Pospieszalski był flegmatykiem. Posiadał niezwykle sprawny, wręcz wybitny umysł, ale wszelkie czynności wykonywał w tempie ślimaczym. Z uwagi na temperament często się spóźniał, co nie ułatwiało mu szkolnej egzystencji. Obecnie wykładał w Zakładzie Archeologii Klasycznej i jako profesor mógł pozwolić sobie na wiele. Kempińskiego doszły słuchy, że studenci bardzo lubią swojego profesora, choć już dawno zyskał on przydomek Żółwialski.
Komisarz układał grafik na następny tydzień. Postanowił, że zadzwoni do zakładu i umówi się z Pospieszalskim. Musiał też bezzwłocznie wyznaczyć osobę, która rozpoczęłaby stałą obserwację pokojówki Julii.
Zasypiając, zamknął pod powiekami obraz Niny siedzącej na kanapie w barwnym, jedwabnym, orientalnym okryciu. Niesamowitej i fascynującej, tak bliskiej i nieosiągalnej zarazem.
------------------------------------------------------------------------
1.
1 : Witam szanowną panią baronową. Jestem komisarzem Policji, nazywam się Jan Kempiński, a to mój kolega, aspirant Mizgajski. Przybyliśmy w sprawie kradzieży, jaka miała miejsce w pani domu.2
Z samego rana energicznie wziął się do roboty. Wezwał Mizgajskiego i zapytał, kogo proponuje do obserwacji pokojówki. Wybór padł na Piotra Nocka. Chłopak służył w policji od niedawna, ale wyróżniał się wśród innych. Był bystry, obrotny i pełen zapału. Kilka minut później stał przed biurkiem komisarza naprężony niczym struna fortepianu.
– Spocznij, siadajcie posterunkowy. Mam dla ciebie zadanie wymagające sporej delikatności i sprytu. Nie ukrywam, że wypytywałem o twoje postępy i powiedziano mi, że się do tego nadajesz jak mało kto. Jest to poważna sprawa i od osiągniętych efektów uzależniona jest twoja kariera w policji.
– Cokolwiek komisarz rozkaże.
– Znałem twojego ojca i widzę, że odziedziczyłeś wiele jego cech. Cieszy mnie to niezmiernie. Prowadzimy śledztwo w sprawie kradzieży w domu baronowej von Nassau. Wczoraj byłem tam osobiście razem z aspirantem Mizgajskim. Mam pewne podejrzenia co do osoby pokojówki Julii Bazek. Chcę, żebyś ją śledził i zbierał wszystkie informacje na jej temat. Muszę wiedzieć, z kim się spotyka, w jakim towarzystwie się obraca, czy chodzi do lekarza, u którego fryzjera się czesze, w jakich sklepach robi zakupy. Rozumiesz: wszystko. Jesteś młody, przystojny. Możesz, rozpytując o nią, odgrywać rolę zakochanego absztyfikanta. Tu masz adres baronowej.
Piotr Nocek spojrzał na podaną kartkę i uśmiechnął się od ucha do ucha.
– Za pozwoleniem pana komisarza, moja ciotka prowadzi sklep, więc wiem, że regularnie dostarczają różne towary pod ten adres. Sam kilka razy zawoziłem je do baronowej w zastępstwie mego kuzyna. Ciotka często opowiada o pani Nassau. To jej najlepsza klientka. Absolutnie najwyższa półka, jak mawia ciotka.
– No i widzisz, dobrze kombinujesz.
– Właśnie pomyślałem, panie komisarzu, że powiem kuzynowi, aby przy okazji kolejnych dostaw miał baczenie na to, co się dzieje. On nie jest w ciemię bity i nic nie da po sobie poznać. Ja zajmę się obserwacją tej panny.
– Co twoja ciotka mówiła o baronowej?
– A wie pan, komisarzu, dużo mówiła. Podkreślała, że baronowa bogata bardzo, bo same najdroższe rzeczy zamawia. Zawsze płaci na czas. Nieraz musi wiele osób przyjmować, bo potrzebuje dużych ilości jedzenia i trunków. Różnych ludzi gości, w tym i cudzoziemców. Wiem też, że z żydowskiej jatki zamawia. Ciotka mówi, że baronowa jest wszechstronnie wykształcona i zna siedem języków obcych. Da pan komisarz wiarę, siedem języków?
– Dobrze, bierz się za robotę i melduj o wszystkim. I jeszcze jedno, obowiązuje pełna dyskrecja, o sprawie rozmawiasz tylko ze mną. Z nikim innym, rozumiesz?
– Tak jest, panie komisarzu!
Po wyjściu Nocka, Kempiński wybrał numer centrali i poprosił o połączenie z Zakładem Archeologii Klasycznej. Uzyskawszy informacje co do godzin pracy profesora Pospieszalskiego, postanowił pofatygować się tam osobiście. Kiedy przybył na miejsce i odnalazł salę, w której planowo miał odbywać się wykład, profesor akurat dostojnie kroczył korytarzem.
– Wszelki duch Pana Boga chwali! Kempiński!
– Witaj przyjacielu, to ja we własnej osobie.
Panowie uściskali się serdecznie.
– Mów, co cię sprowadza – zaczął Pospieszalski.
– Wiesz, to temat na dłuższą rozmowę. Chciałbym ci coś pokazać i skorzystać z twojej ogromnej wiedzy, przy czym zaznaczam, że zależy mi niezmiernie na dyskrecji.
Profesor rozejrzał się i przywołał jednego ze studentów:
– Otwórz pan salę i wpuść to całe towarzystwo, ja zaraz dojdę.
Student wziął klucze i wykonał polecenie profesora. Zostali na korytarzu sami.
– Masz te rzeczy przy sobie?
– Tak, ale tylko pod postacią fotografii. Artefakty zostały skradzione.
Kempiński wyciągnął zdjęcia, a profesor lupę, którą miał w torbie. Oglądał przez chwilę kilkanaście przedstawionych fotografii z wielką uwagą. Na widok jednego z przedmiotów gwizdnął głośno.
– Cudeńka mi tu przyniosłeś, Janku!
– Czyli uważasz przedstawione przedmioty za cenne?
– Za bezcenne, przyjacielu!
– Czy moglibyśmy jeszcze dziś spotkać się i porozmawiać? Bardzo zależy mi na czasie. Zdaję sobie sprawę, że burzy to twój porządek dnia, ale uwierz, sytuacja tego wymaga.
– Owszem, możemy zjeść razem kolację. Mam jednak prośbę, zostaw mi te zdjęcia, chcę się im dokładnie przyjrzeć, zwłaszcza tym z odbitką papirusu.
Kempiński zawahał się przez chwilę.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, co przed chwilą powiedziałem? Jest to materiał dotyczący policyjnego śledztwa. Nie może być prezentowany osobom postronnym.
– Za kogo ty mnie uważasz? Gdybyśmy nie znali się od lat, obraziłbym się na ciebie. Mam pewne wątpliwości. Zdjęcia są naprawdę porządne, ale tu detale mają rangę kardynalną. W tym wypadku naprawdę diabeł tkwi w szczegółach, rozumiesz? Zresztą ja nigdy nic nie robię na łapu-capu.
– Oj, to akurat wiem doskonale – powiedział Kempiński i roześmiał się, usiłując jakoś rozładować niezręczną sytuację. – To gdzie się spotykamy, Jakubie?
– Może u mnie, zadzwonię do gosposi, żeby przygotowała coś dla dwóch głodnych wilków. Ona znakomicie gotuje! Mieszkam na Franciszkańskiej sześć mieszkania trzy.
– Pamiętam adres, zatem do wieczora!
Kempiński wiele obiecywał sobie po tym spotkaniu. Pospieszalski posiadał rozległą wiedzę z wielu dziedzin. Doskonale znał historię Egiptu. Mało tego, brał udział w wykopaliskach prowadzonych na terenie tego kraju. Co nie mniej ważne, znał środowisko archeologów, ale również pasjonatów i kolekcjonerów. Jego wiedza mogła okazać się ze wszech miar pomocna.
Rozmyślając o możliwościach wykorzystania kompetencji przyjaciela, Kempiński wrócił na komisariat. Przy samym wejściu czekał na niego bardzo podekscytowany Mizgajski.
– Panie komisarzu, ta cała baronowa przyszła i czeka na pana!
– Gdzie ją posadziłeś?
– No jak to gdzie, w pana gabinecie!
– Długo czeka?
– Nie, jakieś dziesięć minut. Mówiłem, że komisarz w terenie, ale się uparła, że zaczeka.
Kempiński przyśpieszył kroku, po drodze pozbywając się płaszcza i kapelusza. Wszedł do gabinetu. Nina von Nassau siedziała w fotelu, beztrosko wydmuchując dym z papierosa. Na widok komisarza uśmiechnęła się promiennie.
– Witam panią w moich skromnych progach. Przykro mi, że musiała pani czekać.
– Nie trwało to długo. Chciałam osobiście przekazać panu szkic skradzionego pierścionka. Zrobiłam też listę osób, które miały lub mogły mieć dostęp do kluczy. Oczekuję więc pochwały w trybie natychmiastowym! – W jej głosie dało się wyczuć zadziorność i przekorę.
Komisarz obejrzał rysunek i pośpiesznie przebiegł wzrokiem listę osób z dostępem do kluczy.
– Spisała się pani znakomicie. Ja nie mogę pochwalić się jakimś znaczącym postępem w śledztwie, ale myślę, że najbliższe dni okażą się kluczowe.
– Przecież rozumiem, że nie jest pan cudotwórcą, a jedynie genialnym detektywem – powiedziała Nina, mrużąc przy tym filuternie oko.
– Przecenia mnie pani. Po prostu robię, co do mnie należy.
– Jest pan zbyt skromny – przerwała mu gwałtownie.
Kempiński szarmancko schylił głowę.
– Jeśli pan pozwoli, mam jeszcze jedną uwagę. Byłam dzisiaj na zakupach u Hersego i spotkałam tam pewnego człowieka. Poznałam go podczas pobytu w Egipcie i muszę przyznać, że wtedy zrobił na mnie korzystne wrażenie. Kilkakrotnie natknęłam się na niego już po powrocie do Warszawy. Były to raczej przypadkowe spotkania. Raz próbował zaprosić mnie na obiad, ale odmówiłam. Miałam wtedy inne sprawy na głowie. Zawsze robił wszystko, aby zwrócić na siebie moją uwagę. Momentami był wręcz nachalny. Za to dziś wyraźnie udawał, że mnie nie widzi. Z przekory podeszłam tak blisko, że nie mógł już odgrywać zamyślonego. Ukłonił się, a nawet podjął rozmowę, ale był przy tym podejrzanie zmieszany. Jakiś taki nerwowy. Nagle pożegnał się pod pretekstem ważnego spotkania i wyszedł. Jego zachowanie wydało mi się bardzo nienaturalne, a przynajmniej odbiegające od normy.
– To może być jakaś wskazówka. Na tym etapie śledztwa każdy trop ma znaczenie. Bardzo dobrze, że pani zwróciła na to uwagę i dała mi znać. Od początku wiedziałem, że mogę na panią liczyć. Jak nazywa się ten człowiek? Czym się zajmuje?
– To Samuel Adler. Wiem, że zarabia ogromne pieniądze na handlu. To tak zwany duży gracz. Adler to potentat nawet wśród hurtowników.
– Postaram się sprawdzić tego pana i dam znać, jeśli coś wzbudzi moje podejrzenia.
– Czy wobec tego, panie komisarzu, mogłabym zaprosić pana na kolację? Powiedzmy w ten piątek. Może pojawią się jakieś nowe tropy w śledztwie? Jestem bardzo ciekawa, a chyba zasłużyłam na wiedzę o wszystkich szczegółach.
Kempiński poczuł, że robi mu się nieswojo. Ona zaprasza mnie na kolację do siebie! Matko, ja chyba śnię! – pomyślał. Cudem zapanował nad drżeniem głosu.
– Oczywiście, będę zaszczycony. Mam nadzieję, że uda mi się zaspokoić pani ciekawość.
– Wobec tego czekam w piątek około osiemnastej. Adres pan zna.
Wdzięcznie wstała z fotela i podała mu rękę na pożegnanie. Wyglądała i pachniała zabójczo. Kempiński z ogromną przyjemnością ucałował jej dłoń, jednocześnie zapewniając, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby nadać śledztwu odpowiednie tempo.
Nina wyszła, a komisarz zdecydowanym ruchem wyciągnął z biurka wódkę i kieliszek. Nalewał i opróżniał go dwukrotnie. Teraz dopiero oprzytomniał. Przywołał się do porządku. Myślotok nie dawał mu jednak spokoju. No i po co się tak zachowywał? Jak jakiś cholerny smarkacz. Czyżby naprawdę się zakochał? Nie, to była zwykła popędliwość. Ale przecież czuł, że okłamuje samego siebie. Jaką magię stosowała ta kobieta? Czy miał u niej jakiekolwiek szanse, a jeśli tak, to na co dokładnie?
Zgodnie z umową przybył wieczorem do domu profesora Pospieszalskiego. Otworzyła mu leciwa gosposia, która tempo wykonywania poszczególnych czynności dostosowała do rytmu swojego chlebodawcy. Wreszcie kolacja została podana, a wygłodniali mężczyźni zaczęli ją łapczywie konsumować. Trzeba oddać gosposi sprawiedliwość, gotowała znakomicie.
– Czy odkryłeś coś interesującego? – zapytał Kempiński między kolejnymi kęsami.
– Tak, te zdjęcia przedstawiają bardzo stare i niezwykle rzadkie przedmioty. Oczywiście pod warunkiem, że to oryginały, a nie falsyfikaty. Ten dziwny krzyż na pierwszym zdjęciu to Ankh, jeden z atrybutów bogini Bastet, zaś kolejne zdjęcie przedstawia piękną statuetkę samej bogini z głową kota. Na jednym z papirusów umieszczono podobiznę bogini Maat, to ta z pawim piórem we włosach. Reszta zdjęć to kopie papirusu, na którym zapisano pewną rytualną inkantację. Nie miałem wystarczająco dużo czasu, aby dokładnie przeanalizować tekst, ale moim zdaniem kapłan Radamedes wznosi modły do bogini Maat o uwolnienie od klątwy. Wiesz, to jakby taka instrukcja zapisana punkt po punkcie.
– Masz na myśli usunięcie klątwy, oczywiście?
– Tak, dokładnie tak. Jest jeszcze zdjęcie broszy. Bardzo ładna robota, ale tu ci nie pomogę, bo nie wiem, jaki kamień jest w oprawie.
– Czy one stanowią jakąś całość, czy też nie są ze sobą związane?
– Kolekcja to nie jest, ale można przypuszczać, że miały służyć do przeprowadzenia rytuału opisanego na papirusie. Nie są to w każdym razie przedmioty zgromadzone przypadkowo.
– Rozumiem. Powiedz mi, czy twoim zdaniem istnieją kolekcjonerzy gotowi zlecić kradzież, aby je zdobyć?
Pytanie było retoryczne, ale Kempiński usiłował sprowokować Pospieszalskiego do podjęcia tematu. Profesor połknął haczyk.
– Janku, są ludzie gotowi za takie rzeczy zabić i to bez wahania.
– Czy znasz może kogoś takiego, zwłaszcza wśród mieszkańców naszej pięknej stolicy?
– Musiałbym się zastanowić.
Profesor wyraźnie bił się z myślami. Kempiński postanowił zachęcić go do zwierzeń, upewniając o poufnym charakterze ich spotkania.
– Jakubie, to nie jest oficjalna rozmowa. Nic z tego, co zostanie dzisiaj powiedziane, nie znajdzie się w policyjnym raporcie. Bądź spokojny.
Profesor spojrzał na Kempińskiego. Wolno odłożył sztućce, po czym złożył dłonie jak do modlitwy. Przez chwilę milczał, przygryzając nerwowo wargi.
– Znamy się od lat i wielokrotnie dałeś dowody honorowego podejścia do życia. Dlatego, choć niezręcznie mi o tym mówić, podzielę się z tobą moimi podejrzeniami. Zapewne jesteś świadom faktu, że badania i wyjazdy na wykopaliska archeologiczne są bardzo kosztowne. Uczelnia może pewne ekspedycje organizować tylko dzięki hojnym darczyńcom. Bez nich byłoby to niemożliwe.
Profesor zawiesił głos. Kempiński pospiesznie ponowił zapewnienie:
– Powtarzam, nikt nigdy nie dowie się o tej rozmowie.
– Janek, ufam ci przecież. Po prostu bez tych badań i wykopalisk nie potrafię już żyć. To moja miłość, ale ad rem, jest jeden człowiek, którego mógłbym podejrzewać o taką bezwzględność. Poznałem go lata temu na wykopaliskach w Luksorze. Byłem wtedy pierwszy raz w Egipcie i osobiście znałem raptem kilka osób ze środowiska naukowego. On za to znał wszystkich – naukowców, osoby z ministerstwa, komisarzy, bogatych turystów oraz paserów i złodziei. Po powrocie do kraju odwiedził mnie na uczelni i zaproponował finansowanie kolejnej ekspedycji. Tak też się stało. To bardzo bogaty i wpływowy człowiek. Myślę, że dostatecznie sfiksowany, aby zrobić to, o czym mówisz. To maniak.
– Nazwisko proszę, nazwisko – przerwał zniecierpliwiony Kempiński.
– Nazywa się Samuel Adler.
– Bardzo mi dzisiaj pomogłeś, przyjacielu. Jestem twoim dłużnikiem.
Na odchodne, po raz kolejny zapewnił Pospieszalskiego o poufnym charakterze ich spotkania, podziękował serdecznie za poczęstunek i odebrał zdjęcia skradzionych przedmiotów.
Kempiński niemal pół nocy spędził na studiowaniu albumu i kilku publikacji wypożyczonych z przepastnej biblioteki profesora Pospieszalskiego. Musiał przyznać, że naprawdę dawały do myślenia. Przebogata kultura, wspaniałe zabytki. Sam nabrał nagle ochoty, aby kiedyś zobaczyć te cuda na własne oczy. Byłaby to piękna podróż, szczególnie w miłym towarzystwie.