Sprawa Dantona - ebook
Klasyczny tekst w nowoczesnej formie ebooka. Pobierz go już dziś na swój podręczny czytnik i ciesz się lekturą!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Klasyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7991-601-6 |
| Rozmiar pliku: | 590 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ODSŁONA I
Na ulicy przed sklepem piekarza. Na narożniku jaskrawy afisz. Zmrok poranny. Mularz, człowiek powyżej czterdziestki, tuż u drzwi; Szpicel, wiek nieokreślony, spaceruje bez celu na przestrzeni przed drzwiami.
_SZPICEL_
/ niepotrzebnym szeptem /
Widzieliście, obywatelu… afisz?
_MULARZ_
/ głośno, niechętnie /
Co znowu za afisz?
_SZPICEL_
O, tam na rogu… znów przylepili po nocy, psiekrwie!…
_MULARZ_
A niechże sobie… mało ich to ponalepiali od Nowego Roku? Dla nas afisz nie nowina.
_SZPICEL_
Ależ obywatelu, to _oni_… to Wielki Sędzia!
_MULARZ_
Wielki Sędzia! — Tydzień jak Wielki Sędzia poszedł z dymem. Jeszcze się po nim całowali.
_SZPICEL_
No a tam macie go znowu! — Ej, obywatelu: Wielki Sędzia to nie byle kto! jeszcze ciszej Wam plotą, że to niby ma być Pache… Poczciwiec Pache! Noworodek Pache! — A ja wam powiadam, oby…
_MULARZ_
A stulisz ty nareszcie pysk z tym twoim Wielkim Sędzią? — Co mnie to obchodzi, czy to Pache, czy nie Pache robi z siebie zatraconego durnia?
_SZPICEL_
Ależ nie złośćcie się tak od ra…
_MULARZ_
/ dowiaduje się /
Pudziesz?
/ Szpicel daje za wygraną. Odchodzi i kręci się dookoła przybywających: Madeleine, ok. 30 lat i Suzon, 15 lat. /
_SUZON_
/ zatrzymuje się pod afiszem /
Ooo, Madeleine! Chodź no, zobacz! Znowu afisz!
_MADELEINE_
/ przystaje za Mularzem /
Ech, to zwykły…
_SUZON_
Gdzie tam zwykły! Dokładnie to samo, co dawniej… zachwycona Słuchaj: „Obywatele! Znosicie od dwu lat rządy Konwencji, a z każdym miesiącem trudniej wam o chleb. Obywatele! Nie dajcie sobie zamydlić oczu! Wiedzcie, że w łonie Konwencji — na samym stoku niezachwianej „Góry” — czają się zdrajcy: tygrysy, co poże…”
_MADELEINE_
/ gwałtownie /
Nie czytaj tych bredni! Chodź tu, bo ci zajmą miejsce!
/ Nadchodzą: Blondyn, Inteligent, Drukarz, 30–40 lat. Wyścigi między Blondynem a Suzon; dziewczynka przegrałaby, lecz Szpicel broni jej miejsca. /
_SZPICEL_
/ w napoleońskiej pozie /
Przepraszam. To rezerwowane miejsce kobiety.
/ Ustępuje Suzon, która mu dziękuje roztargnionym skinieniem. /
/ równocześnie /
_BLONDYN_
Co takiego?!…
_SZPICEL_
Dla prawdziwego sankiuloty rezerwowane miejsca kobiet są nietykalne.
_DRUKARZ_
Oj… a cóż będzie w takim razie z przyszłością narodu?…
_SUZON_
/ półgłosem /
Madeleine — Madeleine — więc przecież coś z tego będzie!
_MADELEINE_
/ szeptem /
Suzon, będziesz ty cicho nareszcie?
_DRUKARZ_
/ obojętnie /
Widzieliście? Hebertyści znów chcą nam głowy zawracać.
_MULARZ_
Ci panicze z Biur Wojennych sądzą, że nam _jeszcze_ mało rozruchów i strzelania, i gilotyn!
_BLONDYN_
To wszystko ten wariat Vincent: ma ci smarkacz armię po to, żeby Paryż żywić; tymczasem jemu się zachciewa Konwencję tą armią burzyć! — Bodaj czy mu się nawet korona nie marzy…
/ Dochodzą: Młody Inwalida, Elegant, Student i Stary Zegarmistrz. /
_INTELIGENT_
/ trochę tajemniczo /
Więc wam się zdaje, że to Vincent tak minuje Paryż od trzech miesięcy? Że to Vincent zamierza się na rząd, ba — na sam Wielki Komitet? Vincent?…
_ELEGANT_
No a kto? Hébert może? Ha, ha!
/ śmiech /
_BLONDYN_
Albo Pache?
/ wzmożona wesołość /
_INTELIGENT_
Hébert i Pache to pionki, a Vincent — to młodziutki generalik o ptasim mózgu. Inwalida marszczy się groźnie Nie takiej to musi być miary, kto śmie podnieść rękę na Komitet Ocalenia Publicznego — dziś, gdy ten Komitet literalnie kraj na plecach niesie i kieruje polityką Europy…
Moi drodzy: w Paryżu, a może na całym świecie, jest jeden tylko człowiek, co by się na to ważył — Ale to nie Vincent.
_SZPICEL_
Tylko?… Wyostrzyliście nam ciekawość, obywatelu…
/ Inteligent spostrzega się, kim jest ten człowiek i milknie przerażony. /
_SUZON_
/ namiętnie /
Kto to taki? To ten ma być Wielkim Sędzią, prawda? Kto to?…
/ Napięte milczenie. Inteligent wskazuje oczami na Szpicla. /
_DRUKARZ_
/ zamyślony /
Wszystko jedno: tę Konwencję warto by raz gruntownie wyczyścić — nawet za cenę rozruchów. O, jakżeśmy odbiegli od dziewięćdziesiątego drugiego! Dzisiejszy rząd to istne bagno korupcji i fałszer…
/ Inteligent szczypie go z miłości bliźniego. Wiadomość o Szpiclu rozchodzi się znakami i sprowadza milczenie powszechne. By odwieść uwagę Szpicel zbliża się do Suzon. /
/ równocześnie /
_BLONDYN_
/ po przykrej ciszy /
Ale co to się znów z tym chlebem stało? Już od trzech tygodni było zupełnie dobrze, a tu raptem masz — stój znów w ogonkach przez dzień i noc!
/ Dochodzą w odstępach: Starsza Dama, Gospodyni, pięć kobiet i sześciu mężczyzn. /
_INTELIGENT_
/ jeszcze blady /
A cóż, obywatelu — wojna.
_DRUKARZ_
To nie wojna, to te cholery skupywacze! Na nic policja; na nic gilotyna; bezczelne to jak szczury.
_BLONDYN_
Ci to mają zyski dopiero! Raz z swego rzemiosła świńskiego, a potem to im Jego Brytyjska Mość Pitt drugie tyle płaci, że morzą rewolucję głodem…
_ZEGARMISTRZ_
Jak płaci tym, co zarażają Konwencję, a w nas niszczą resztki wiary…
_STUDENT_
/ cicho /
Wiecie, co mnie się zdaje? Ten nagły głód nie jest naturalny. Wywołują go umyślnie ci, co chcą rząd wywrócić: głodzą nas w tym celu jak zwierzęta na arenę!
/ niedowierzanie — oburzenie — poparcie, wciąż stłumione i z bacznym okiem na flirtująceg Szpicla /
_SZPICEL_
Cóż wy taka smutna, obywateleczko? Narzeczony na wojnie, co?
_SUZON_
Proszę mi dać spokój.
_SZPICEL_
Nie gniewajcie się, panienko; ja was przecież chcę pocieszyć…
_SUZON_
/ krzyczy /
Proszę odejść!
_MADELEINE_
Wynoś się pan!
_SZPICEL_
Obywatelko, ja nie do was. Ja do tej _młodej_ panienki.
/ szamotanie /
_MULARZ_
/ silnie trącony przez Szpicla chwyta go za kołnierz i rzuca /
Kundlu parszywy, znoś mi się stąd!
/ błyskawiczne porozumienie wśród innych /
_INTELIGENT_
/ do wracającego Szpicla /
Gdzie wasze miejsce?
_SZPICEL_
Wszędzie. Ulica jest dla wszystkich.
_DRUKARZ_
Poza rzędami nie wolno się wałęsać.
_SZPICEL_
/ nadrabia miną /
Niby co? A kto mi zakaże?
_DRUKARZ_
Ja!
/ poparcie /
_ELEGANT_
I potrafimy wyegzekwować rozporządzenie!
/ Onieśmielony Szpicel próbuje się wcisnąć za Suzon. /
_INTELIGENT_
O, nie! Trzeba było stać tu od początku!
_DRUKARZ_
/ wyciąga go i rzuca, ku nieukrywanej radości Suzon /
Dalej, na sam koniec!
/ Szpicel ponawia próbą kilkakrotnie, lecz daremnie, staje wreszcie na końcu, ledwo widoczny. Po pewnym czasie znika. /
_BLONDYN_
No, nareszcie! O, ale jacyśmy jeszcze nieostrożni!
/ Nagle dzwon zaczyna bić. Znieruchomiała cisza. /
_INTELIGENT_
/ cicho /
Cóż to znaczy… o tej porze?
_MADELEINE_
/ szeptanym krzykiem /
Na trwogę!!!
_BLONDYN_
Dobranoc. Mamy insurekcję.
/ po zdrętwieniu wzrastające poruszenie /
_SUZON_
/ w napięciu /
Wiedziałam, że dziś się coś stanie!…
_KOBIETA A_
/ w krzyk /
Prędko, do domu!
/ Zamieszanie. Nikt nie chce pierwszy opuścić miejsca — nuż to pusty alarm, a chleb przepadnie. Crescendo accelerando molto : /
_MĘŻCZYZNA A_
No a chleb?!
_KOBIETA B_
Ma być nowa rzeź! Jak we wrześniu!!
_KOBIETA C_
Teraz to bandy Vincenta! Będzie gorzej!
/ Krzyk zlewa się w chaos: /
_KRZYK_
Prędzej! — Do domów! — Wracajmy! — Okiennice i bramy! — Uciekać!! Rzeź!!! — A chleb?! — Stratują nas! — Muszę mieć chleb! — Nie ruszę się! — A niechże rżną: muszę — mieć — chleb!!!
/ Dzwon milknie; napięcie bez tchu, potem westchnienie ulgi i wybuch nerwowej wesołości. /
_MULARZ_
/ do kobiet na końcu /
Idiotki!
/ wesołe wyzwiska kumoszek /
_SUZON_
/ z westchnieniem /
Szkoda!
_INWALIDA_
To nowa rekwizycja dzwonów. Próbują dla wyboru. — Tym razem mają podobno już brać i z Notre-Dame.
_DAMA_
Rekwizycje — pobory — zimno — głód — i nasi synowie, co giną setkami dzień w dzień. — Czyż się ta wojna nigdy nie skończy?
_BLONDYN_
A spytajcież się Komitetu Ocalenia, czemu nie chce zawrzeć pokoju!
_INTELIGENT_
Ładnie byśmy wyszli wszyscy razem na pokoju przedwcześnie zawartym, podyktowanym przez wroga!
_STUDENT_
/ zapalczywie /
Myślicie, że Komitet dla sportu wojnę prowadzi, czy co? Albo o jakiś kawałeczek gruntu, jak królowie?!
_ELEGANT_
Wszystko jedno. Dawniej rewolucja była weselsza. Teraz stała się ponura i nudna.
/ ciche oburzenie u Drukarza, Studenta i Zegarmistrza /
_INWALIDA_
O, to prawda! O ileż było weselej w dziewięćdziesiątym drugim! Dziesiątego sierpnia… Wiecie, tej jednej godziny na placu Karuzeli, gdy mi łapę przetrącili — nie oddałbym za sto zdrowych ramion. Wojna na ulicy, to… to sam raj.
/ śmiech i oburzenie /
_INTELIGENT_
/ przyjaźnie /
A dla kogo walczycie i o co, to już was nie obchodzi, prawda?
_INWALIDA_
Pewno, że obchodzi! Myślicie, że wesoło bić się pod szpicrutą oficera o jakieś osobiste rodzinne nieporozumienia między królami — dla których jesteśmy towarem tańszym od koni? O, nie, mój panie! To jednak nie to samo, co z _własnej woli_ stawiać i wywracać barykady o Prawa Człowieka!
_ZEGARMISTRZ_
Prawa Człowieka! — To była cztery lata temu wiara, dla której _każdy_, bez wahania, oddawał życie, a nawet mienie. Tymczasem cztery lata minęły; cierpimy i walczymy bez wytchnienia; a co zdobędziemy, to zagrabią albo zmarnują nasi przedstawiciele. — Rząd wolnościowy! Wodzowie wolnego ludu! Człowiek, co zyskał władzę, z miejsca staje się świnią, wszędzie i zawsze; wszystko jedno, czy siedzi na tronie, czy w Konw…
/ Szmer oburzenia i przestrachu wzbudzony już w połowie przechodzi w stłumiony krzyk i przerywa. /
_GŁOSY_
/ wszyscy oglądają się trwożliwie za Szpiclem /
Czy on oszalał?! — Zmiłujcie się! — Wstydziłbyś się! Człowieku, miejże rozum! Głową to przypłacisz!
_ZEGARMISTRZ_
Głową? Wielkie nieszczęście! Dla człowieka, co stracił wiarę, śmierć nie taka straszna!
_INTELIGENT_
Pocieszcie się, obywatelu: rewolucja nie zboczyła z drogi. Lecz Praw Człowieka nie można wywalczyć w sześć tygodni — po tysiącleciach niewoli.
_STUDENT_
/ do Zegarmistrza /
Pańska rozpacz to dezercja — rozumie pan? Walczymy dopiero cztery lata; i będziemy walczyć do samej śmierci. Nie o nas chodzi, o nie! Chodzi o swobodę ludzkiego rozwoju — może dopiero dla naszych prawnuków!
/ Szpicel znów się pojawia. /
_GOSPODYNI_
Łatwo wam gadać, paniczu. Gdybyście mieli rodzinę do wyżywienia — myślelibyście inaczej po takich czterech latach.
_STUDENT_
/ przyjaźnie, wskazuje oczami na Szpicla /
Ale nie myślałbym głośno, obywatelko.
_INTELIGENT_
A Konwencję należy podziwiać, zamiast mieć do niej małostkowe pretensje. Cóż stąd, że wśród siedmiuset deputowanych jest parę głupców i łotrów? Cóż oni znaczą — wobec jednego Robespierre'a na przykład?
/ To nazwisko działa jak lekki prąd elektryczny. /
_DRUKARZ_
To fakt: odkąd on chory, rewolucja zwalnia biegu i zaczyna się chwiać.
_STUDENT_
/ żarliwie /
To człowiek wyjątkowy. Jedyny umysł zdolny objąć całokształt sytuacji i to pod każdym kątem widzenia; a przy tym czysty.
_MULARZ_
Właśnie. Bo zresztą, jak który bystry — to złodziej…
_DRUKARZ_
/ szeptem /
Jak „Człowiek Dziesiątego Sierpnia”…
/ oburzenie Blondyna /
_MULARZ_
…a często także i zdrajca. — Tymczasem jemu jednemu można zaufać naprawdę.
_STUDENT_
Rządzi lepiej niż najlepszy król; lecz o dyktaturze nie pomyśli nawet!
_BLONDYN_
/ groźnie /
No, niechby tylko spróbował! — Ale on się już wysłużył, moi drodzy.
_STUDENT_
Oszalałeś?!
_INWALIDA_
Tak, to prawda! Chaumette też mówi, że to człowiek zużyty; i ma zupełną rację!
_BLONDYN_
Rewolucja dawno ukończona; teraz potrzeba Republice pokoju i swobody; tymczasem on przeciąga wojnę, przeciąga terror, wyczerpuje i zniechęca naród…
_DRUKARZ_
Aha, ten chodził do szkoły Dantona!
_INWALIDA_
Idioto! Jest wręcz przeciwnie; Robespierre był dobry, póki starczyły środki łagodne. Za to dziś trzeba _energii_! Dziś trzeba środków radykalnych, których on się boi — inaczej kontrrewolucja zarazi cały kraj, jak już zaraziła Konwencję…
_BLONDYN_
Wolę ja szkołę Dantona od szkoły Héberta! To wy, zdrajcy, nas głodzicie! Takie to te wasze radykalne środki!
/ Zanosi się na starcie. Uwagę odwodzi nadejście konwoju egzekucyjnego ze skazańcem. Konwój ma wejść w przecznicę, zastawioną przez czekających. Musi się więc zatrzymać, a rząd przesuwa się z trudem, gdyż silniejsi wypychają słabszych za lada drgnieniem. /
_BLONDYN_
/ cicho /
O — albo patrzcie na to. Czy to ma sens? Dzień w dzień kogoś prowadzą. Przecie już się mdło robi na samą myśl o tej wiecznej jatce publicznej! I czemu ten wasz Komitet nie przestanie?
_ELEGANT_
Hej, co to za jeden?
/ Milicja ignoruje pytanie. /
_INWALIDA_
Gadajcie: co to za jeden?
_ŻOŁNIERZ_
Emigrant; ale co wam do tego?
_SZPICEL_
/ zbliża się /
Co nam do zbawienia Ojczyzny, hę? Co nam do tego?
_INTELIGENT_
Cóż to, na piechotkę dla odmiany?
_ŻOŁNIERZ_
Jak jeden, to po co go wieźć? Zdrów jest, może iść.
_SZPICEL_
Pewno — w jedną stronę może iść. — Ale z powrotem będzie trudniej… co, panie hrabio? Na piechotkę — z powrotem?…
/ śmiech dwu-trzech osób, krótki, bo bez rezonansu /
_MĘŻCZYZNA B_
Czemużby nie? O tak, główkę pod pachę i dalej!
/ Konwój rusza. /
_SUZON_
/ drżącym głosem /
O mój Boże… a on taki ładny… biedaczek!
/ Trochę przychylnego śmiechu — lecz na ogół nastrój niechętny. Konwój mija. /
_DAMA_
O tak — to rzeczywiście smutny widok…
_STUDENT_
Raczej dziękujcie Bogu za energię i czujność Komitetów! Więc wolelibyście, żeby asygnaty spadły do wartości starego papieru? Żeby każdy mógł żądać tysiąc funtów za wiązkę drzewa i okradać was z tej odrobiny jadła, jaką przynajmniej teraz dostajecie?!
/ Dwaj uzbrojeni żołnierze Armii Rewolucyjnej pukają do okiennicy i ustawiają się po obu stronach wejścia. /
_GŁOSY_
/ szmer ulgi, radości /
Nareszcie! — Trzy godziny każą nam czekać! — Byleśmy tylko wszyscy dostali…
/ Piekarz otwiera. Okrzyk radości; wchodzi Mularz. /
_SUZON_
/ cicho do towarzyszki /
Co to za jedni?
_MADELEINE_
Toś ty jeszcze nigdy w ogonku nie stała? — Armia Rewolucyjna. Żołnierze Vincenta.
_SUZON_
A oni nam po co?
_BLONDYN_
Utrzymać porządek. — Zobaczycie, jaki oni ten porządek utrzymują.
/ Mularz wraca; wchodzi Madeleine. Zatrzymują Mularza, czepiają się go. /
_GŁOSY_
Ile tam jeszcze sztuk? — Ile bochenków? — Ile on tam ma? — Czy starczy dla wszystkich? — Czy jest dość?
_MULARZ_
/ uwalnia się /
A czy ja wiem? Nie liczyłem!
/ Odchodzi. Tłum w napięciu. /
_KOBIETA A_
/ półgłosem /
To znaczy, że za mało!…
/ Szmer niepokoju. Powstaje elektryczne naprężenie gotowości. /
_MADELEINE_
/ wybiega; szeptem do Suzon /
Spiesz się — już tylko siedem sztuk!
/ Exit. Podsłuchana wiadomość spływa błyskawicznie wzdłuż rzędu szeptem — który prawie natychmiast przechodzi w krzyk. /
_GŁOSY_
Siedem sztuk — siedem bochenków — co, _znowu_! — Prędzej, do środka! _Mnie_ się należy!! — Ja _muszę_ dziś dostać!!!
/ Nim Suzon dobiegła do drzwi, rząd się rozsypał. Koniec rzuca się naprzód; za nim wszyscy. Piekarz zatrzasnął drzwi, przygniatając rękę jakiejś kobiecie. Przeraźliwy krzyk bólu. Tłum rozwścieczony dusi się pod drzwiami. Jęki, krzyk, przekleństwa. Wreszcie wyskakują poszczególne głosy: /
_DRUKARZ_
/ wskazuje na posągowych żołnierzy /
My się zabijamy… a ci tu, psiakrew, stoją jak malowani, widzicie ich!
/ Tłum zluźnia się nieco i orientuje zgodnie przeciwko nim, lecz na razie bez zaczepności. /
_GŁOSY_
/ zirytowane, lecz dobroduszne /
No, ruszcie się, ruszcie — dalej! — A radźcież nam teraz, od czego wy jesteście? — Armia Rewolucyjna! — Im tylko przewroty w głowie! — Wypchać by was, jednego z drugim, a waszych Vincentów też! — Żeby który bodaj palcem kiwnął… — Gadajcie przynajmniej: co mamy robić?!
_ŻOŁNIERZ_
I wynoście się do domów, marsz!
/ Szmer zdumienia — ryk wściekłości. Tłum przybiera postawę agresywną, naciera nawet, lecz nie śmie atakować. /
_KRZYK_
Oni naumyślnie! — Łapówkę wzięli, żeby nas nie wpuścić! Kreatury zdrajców!
/ Drukarz zamierza się na żołnierza; ten nastawia bagnet. Ostry krzyk przerażenia. Tłum odskakuje od broni jak zgłodniałe psy od bata: o krok. Jest stosunkowo ciszej, gdyż furia i strach tłumią teraz głosy. Groźne zawieszenie po obu stronach. /
_KRZYK_
Z bagnetem na lud!… Pitt ich opłacił! — Bydlęta! — Świnie! — Banda!— Do stu piorunów, ja chcę _chleba_! kobieta: A wyrwijże im który te rożna!
/ Nie ma rezonansu: tłum jest bezbronny, nie wie, co począć. /
_INWALIDA_
/ znajduje wyjście /
Wywalić drzwi!!!
/ Zawieszenie momentalnie przechodzi w akcję. Tłum zmienia orientację ku uldze żołnierzy, którzy też nie bronią nowego jej celu. Owszem, ostentacyjnie opuszczają broń. Krzyk się wzmaga. /
_KRZYK_
/ jaskrawszy /
Wywalić! — Tam mnóstwo chleba! — To skupywacz! — Wywalić! — Dalej, wywalić!!
/ Żołnierze ustępują, lecz kobiety rzucają się na drzwi, bronią ich z wrzaskiem. /
_KOBIETY_
O, nie! My _też_ chcemy chleba! — Niedoczekanie wasze! Albo wszyscy, albo nikt! — Precz stąd! — Nam się pierwej należy! — Złodzieje! — Bandyci!!
/ Zbiegowisko. Głowy u okien. Zachwyt tłumu, świst, krzyki, śmiech, wycie. Okrzyki zachęty jak na zapasach. Dzieci rzucają kamieniami. Mężczyźni wśród pisku odciągają baby i walą w drzwi ciężarem ciał. /
_MĘŻCZYŹNI_
Dalej, wal go! — Baby, na bok!
/ Orgia; szturmują. Wtem zjawiają się, ex machina, trzej komisarze sekcji. Tłum zastyga momentalnie; tylko oblężenie trwa jeszcze parę sekund dzięki nieświadomości szturmujących. Gdy tylko się spostrzegli — nieruchomieją. Cisza kościelna. /
_KOMISARZ I_
/ gdy już słychać oddech — efektownie cicho /
Co się tu dzieje?
_CHÓR_
/ wybucha /
Chleba… brak chleba… bezprawie… od trzech dni… skupywacz… i _znowu_… naumyślnie… zdrajcy!… nieprawda… siedem sztuk… zataraso…
_KOMISARZ I_
/ grzmi /
Cicho! Gadać po ludzku!
/ cisza. Potem artykułowane głosy. /
_GŁOSY_
Znów tylko siedem bochenków! Dzień w dzień za mało! — On _musi_ nas wpuścić! — Nie ma prawa! — Tymczasem, o, zatrzasnął, bestia! — On ma pełny magazyn: to skupywacz! coraz gwałtowniej Tak jest, skupywacz! — Pitt go opłaca, a tych tu też! — Trzeba wyłamać drzwi! — Zobaczymy, ile on tam schował! poklask Wyłamać! — Trzeba wyłamać!!
_KOMISARZ I_
/ ponad hałasem /
Kto jeszcze raz powie „wyłamać”, zostanie aresztowany. Cisza. Nikły, żałosny protest Skoro jest siedem bochenków — dostanie je tych siedmioro, na których kolej. u końca pierwotnego rzędu znów nieśmiały protest. Kto miał teraz wejść?
/ Zgłaszają się wszyscy. Konsternacja. Śmiech. /
_KOMISARZ II_
/ do żołnierzy /
A wy od czego? — Dla ozdoby? — I to wy pozwalacie na takie skandale?!
_ŻOŁNIERZ II_
A co, to nasza wina, że ten tam ma siedem bochenków?
_DRUKARZ_
/ wśród gwaru bezradnej irytacji /
Ależ podzielmy się, ludzie!
_GŁOSY_
/ nagłe ożywienie /
Co… podzielić? — Podzielić, mówi… — A dobrze! — Świetny pomysł! — Ilu nas jest? — Liczyć! — Podzielić! Podzielić! — Osiemnastu. — Ilu tam? Dwudziestu trzech — siedemnastu — nie _ruszać_ się! — Dwudziestu jeden. — Tak, dwudziestu jeden! — Równy rachunek! protest E, co mi tam po kromeczce… — Ja _muszę_ przynieść bochenek! — Czekam od świtu! — Mam prawo do całego chleba! — Żadnych podziałów! Było przyjść wcześniej! — Myślą, że wszystko dla nich!
_INTELIGENT_
No to nikt nic nie dostanie!
_KOMISARZ I_
Dalej, obywatele: ustawić się trójkami, prędzej! Każdy dostanie po jednej trzeciej, a my zrewidujemy sklep.
/ Ustawiają się stosunkowo spokojnie, chętni zmuszają niechętnych. Szpicel zbliżył się do Komisarzy; szepce do I i II. /
_KOMISARZ III_
/ podczas gdy piekarz otwiera i wpuszcza Drukarza, Suzon i Blondyna /
To ja pójdę zobaczyć. Ale wątpię, czy co znajdę: to człowiek uczciwy.
/ Odchodzi. Szpicel usuwa się za narożnik i patrzy. Komisarze ustawiają się przy drzwiach. Drukarz wraca. /
_KOMISARZ II_
/ kładzie mu rękę na ramieniu /
Aresztuję was w imieniu prawa.
/ Cisza grobowa zalega nagle ulicę. Drukarz zdrętwiał; chwila milczenia. /
_DRUKARZ_
/ odzyskuje głos /
Z-za-a co?…
_KOMISARZ II_
/ do tłumu /
Czy on powiedział, że trzeba usunąć Konwencję?
/ Zdumienie powszechne; stopniowo ożywiają się. /
_GŁOSY_
Nie… — Ależ skąd! — No tak, właściwie powiedział… — Nie: nie „usunąć”! — Przekręcili! — Ale to tylko tak — i nie że trzeba — że warto by — ale to tylko tak ot, nic niie myślał — z naciskiem nie powiedział przecie „usunąć”!
_KOMISARZ II_
No, tylko jak?
_ELEGANT_
Wyczyścić!
/ Tłum drgnął krótkim śmiechem, który natychmiast gaśnie. Suzon wychodzi i zatrzymuje się w drzwiach przerażona. /
_KOMISARZ II_
Trudno; zabierzcie chleb, a dajcie mi kartę. W komitecie sekcji sprawa pewno się wyjaśni.
/ Odchodzi z więźniem. /
/ równocześnie /
_SZMER_
/ grozy i gniewu /
To ten szpicel… kręcił się od świtu… Wszędzie tego pełno, jak wszy… A wiidziicie, nie mówiłem? Widzicie, jak to dziś trzeba uważać?!
_KOMISARZ I_
/ do Suzon, która robi krok naprzód /
Wy też musicie kartę pokazać.
_SUZON_
/ zmartwiała /
_Ja_?!!
_KOMISARZ I_
Tak, właśnie wy.
_SUZON_
/ oszalała /
Ależ ja nic nie… za co wy mnie… krzyk, który sprowadza nagłą a zupełną ciszą Jezus Maria, oni mnie zetną!!!
_KOMISARZ I_
/ podejrzliwie /
Prędzej, obywatelko. Kartę. Bierze jej z rąk chleb, który jej przeszkadza przy szukaniu.
_SUZON_
Ale to dla domu!…
_KOMISARZ I_
Ja wam tylko potrzymam. Znajdźcie kartę.
_INTELIGENT_
Co ta mała przeskrobała, komisarzu?
_KOMISARZ I_
Podobno zdradziła takie wzruszenie na widok skazanego emigranta, że należy przypuszczać, iż to jej kochanek…
_SUZON_
/ jak młody kogut /
_Co_?!!
_KOMISARZ I_
… lub krewny.
/ Tłum patrzy po sobie; nagle wybucha śmiechem. /
_GŁOSY_
Powiedziała, że ładny, to wszystko! — Żal jej było przystojnego chłopca, przecie to jeszcze głupiutkie! — Dla niej chłopiec to chłopiec!
_SUZON_
O, tu karta… A teraz mnie za to zabiją!
/ Zdwojona wesołość. Komisarz III wychodzi z sklepu i patrzy. /
_KOMISARZ I_
Nie zabiją, nie — chyba żeście chciała objąć dyktaturę nad krajem. — Czy ją kto z was zna?
_GOSPODYNI_
Naturalnie! To Suzanne Ferrus, córka fryzjera spod dwunastego!
_GŁOSY_
/ ubawione /
A puśćcież ją! — Ona myśli, że teraz to już prosto na szafot!
_KOMISARZ I_
/ porównał z kartą /
Tak… do III Jak sądzisz: co począć z tym ptaszkiem? Wziąć do sekcji i przepytać, czy od razu puścić?
_KOMISARZ III_
Puść ją. Nie mamy czasu na nonsensy. — A trzeba być idiotą, żeby myśleć, że arystokratka zacznie w głos żałować swego wspólnika, na ulicy.
_KOMISARZ I_
No, obywatelko — ruszajcie zatem.
/ zadowolenie tłumu /
_SUZON_
/ śmieje się wśród gorących łez; wykonuje dyg /
Dziękuję wam, obywatele!
/ ucieka /
_KOMISARZ I_
Hej! Wasz chleb! Macie tu wasz chleb! śmiech powszechny.Suzon wraca i bierze chleb; po drodze zaczepiają ją przyjaźnie. Do kolegi Więc cóż? Znalazłeś co?
_KOMISARZ III_
Nic zupełnie. Wiedziałem z góry, że to nie spekulant.
_KOMISARZ I_
/ przejmująco zimnym tonem /
Hej, kolego! Strzeż no ty się przed zbytnią ufnością do ludzi! Teraz musimy podejrzewać _wszystkich_!…ODSŁONA 2
_Skromny pokój Robespierre'a. Trybun siedzi cierpliwie, czekając, aż fryzjer skończy pracą z jego włosami, i cieszy się życiem w przedwiosenny dzień. Fryzjer posypuje gotową fryzurę pudrem; pacjent podnosi lustro ręczne — trochę nieufnie — a ujrzawszy się, szczerzy w uśmiechu kredowe zęby._
_ROBESPIERRE_
To już przesada. Wyglądam jak gigantyczny przekwitły ostromlecz.
_FRYZJER_
To pańska zwykła fryzura. Tylko twarz panu wychudła i dlatego zapewne wydaje się…
_ROBESPIERRE_
Może być. — Poradźcież co na to; nie można zachować powagi na mój widok.
_FRYZJER_
Dziś już za późno. Jutro znów przytnę panu włosy. — Swoją drogą nikt wśród moich klientów nie ma tak gęstych. Grzebień w nich tonie.
_ROBESPIERRE_
/ po kilku sekundach /
À propos klientów — macie mnóstwo źródeł informacji. Podobno Wielki Sędzia znów kusi po nocach? Czyście co słyszeli?
_FRYZJER_
/ zakłopotany /
Słyszy się takie nonsensy…
_ROBESPIERRE_
No cóż takiego? Może to _ja_ mam być tą tajemniczą istotą obecnie?
_FRYZJER_
Na Boga! — Nie, do _tego_ jeszcze nie doszło…
_ROBESPIERRE_
/ już troszkę energicznie /
No więc?
_FRYZJER_
Powiadają, ż-że… że Danton.
/ Robespierre zastygł. Dotkliwa cisza. /
_ROBESPIERRE_
/ naturalnie, lecz zbyt monotonnie /
Skąd to macie…
_FRYZJER_
/ coraz bardziej nieswój /
Wybaczcie, obywatelu… nie mogę… to jest wo-wolałbym… nie…
_ROBESPIERRE_
/ obojętnie /
Mniejsza o to. lekkie pukanie Proszę!
/ Wchodzi Eléonore Duplay , 25 lat. Zatrzymuje się w drzwiach. /
_ROBESPIERRE_
Dzień dobry! Proszę wybaczyć, że nie wstaję. Niechże pani wejdzie…
_ELÉONORE_
/ podaje mu rękę i siada /
Wstał pan już? — Czy nie za wcześnie jednak?…
_ROBESPIERRE_
/ szczerzy zęby /
Za wcześnie… po pięciu tygodniach! — Zresztą, w taki dzień jak dziś trup by wstał.
_ELÉONORE_
Ale podłoga chwieje się jeszcze… prawda?
_ROBESPIERRE_
Troszkę — lecz to jej dodaje uroku. — Nie mogę się nasycić rozkoszą swobodnego ruchu. Mięśnie zmartwychwstają… Życie jest rzeczą nad wyraz przyjemną, proszę pani.
/ Fryzjer cofnął się o krok i mierzy swoje dzieło. /
_FRYZJER_
No — sądzę, że pan gotów.
/ Podaje mu lustro, które Robespierre lękliwie odpycha. /
_ROBESPIERRE_
Nie… wolę się nie widzieć. Dziękuję wam. — Jutro proszę już przyjść o zwykłej porze! Fryzjer kłania się i wychodzi. Robespierre obraca się w krześle, ręce do łokci opiera o poręcz i patrzy z nieokreślonym uśmiechem w oczy równie nieruchomej kochanki. Nagle wstaje i podaje jej dłonie Przywitajmy się, lwico. Eléonore wstaje spokojnie; obejmują się i całują. Lecz to jej nie wystarcza; opuszcza się z wolna na kolana, łasząc się twarzą i torsem o ramię, pierś, bok, biodro i udo przyjaciela. On stoi oparty o dość odległy stół — by nie stracić równowagi, gdy mu ramionami otoczyła kolana — i przegięty wstecz w postawie rozkosznie niewygodnej. Broni się — bez przekonania — lewą ręką. Dopiero gdy mu się uścisk osuwa poniżej biódr, chwyta powietrze trochę gwałtownie i prosi poważniej — Och, Léo… przestań. ona udaje oczywiście, że nie słyszy. Ciszej a intensywniej Przestań… przestań.
/ Odpycha ją prawie. Gdy wstała, przeciąga się niespokojnie całym ciałem. Potrząsa głową, jakby chciał coś z włosów strzepnąć. Końcem stopy zakreśla linie na podłodze. /
_ELÉONORE_
/ siada. Wesoło, lecz z ukrytą goryczą /
Prawda. Wykroczyłam przeciw twoim zasadom.
_ROBESPIERRE_
/ zdziwiony podnosi głowę /
Moim zasadom… ty?!
_ELÉONORE_
Jedną z nich w każdym razie umiejętnie wbiłeś mi w pamięć: „Wszelki objaw miłości przy świetle dziennym jest nietaktem w najgorszym guście”.
_ROBESPIERRE_
/ siada /
To agresywne zasady człowieka pracy — mnie, zmokłej kurze, tak dzisiaj obce!
_ELÉONORE_
Chwała Bogu. Już sobie i pazury ostrzyć zaczynamy. .. dla próby na sobie samym, przypatruje mu się Tak: jesteś zdrów. — Szkoda.
_ROBESPIERRE_
No _wiesz_…
_ELÉONORE_
/ delikatnie wzrusza ramionami /
Trudno, najdroższy: byłam szczęśliwa dzięki twemu cierpieniu. Tyś się skręcał w szponach malarii — za to ja miałam cię przez całe godziny, ba — przez dni i noce. Choroba nie szpeci cię nawet: z tym wyrazem tragicznej bierności było ci niezmiernie do twarzy. Siedziałam i uczyłam się twych rysów na pamięć. Nie pielęgnowałam cię: nie jestem żoną. Ładnie byś zresztą na tym wyszedł! W rękach mojej matki byłeś bezpieczny.
_ROBESPIERRE_
/ przypatruje się jej zamyślony /
Gdybym tylko mógł uwierzyć w ten twój metaliczny egoizm, lwico…
_ELÉONORE_
Przyjacielu: miłość to nie miłosierdzie.
_ROBESPIERRE_
/ podstępnie, po kilku sekundach /
A dzieci, dearest?…
_ELÉONORE_
/ zdumiona /
Dzieci? z podgiętymi kątami ust Człowieku: a na cóż mi nędzna karykatura, gdy mam oryginał? — Niech sobie natura zakłada wylęgarnie w innych ciałach — niezdolnych do szczęścia.
_ROBESPIERRE_
/ naiwnie zdziwiony /
Szczęścia?… — Ach, dwa lata temu chyba! z niesymetrycznie przeciągniętymi ustami Zapewne… nasze ówczesne wieczory… i noce… Nasze idylliczne plany — Great God! — Gdym myślał, że się spełnia swoją porcję rewolucyjnej roboty za rok lub dwa, a potem wraca do domu! — Léo: te czasy _minęły_!
_ELÉONORE_
W porównaniu do dziś byłam wówczas uboga
_ROBESPIERRE_
Kochałem cię wtedy. — Dziś jesteś mi środkiem nasennym.
_ELÉONORE_
Wiem.
_ROBESPIERRE_
Dziecko, ty kłamiesz! Tym gorzej, jeśli też i wobec siebie samej! Natura w tobie uczepiła się płonnej nadziei — i dla tego kłamstwa marnujesz swe cenne życie w sposób wręcz ohydny!
Léo: rewolucja potrwa z dwa stulecia. _Nigdy_ nie będę wolny, rozumiesz? Nigdy. Rząd dwudziestogodzinnych dni coraz cięższej pracy aż do samej śmierci. Dziś mam trzydzieści pięć lat… nim dobrnę do czterdziestki będę ruiną — niczym najrozrzuitniejszy pięćdziesięcioletni rozpustnik!
_ELÉONORE_
I cóż stąd, jedyny? Póki mogę cię widzieć choćby w przelocie — póty przesycasz mi życie niewypowiedzianą radością. Gdy mnie rzucisz — będę cię przecież widzieć co dzień z galerii Konwencji i klubu.
_ROBESPIERRE_
Kobieto: czy ty nie czujesz, jak cię taka niewola _poniża_?! Posłuchaj: rewolucja wchłania nie tylko mój czas — lecz całą moją istotę. Dziś już nie posiadam osobistego życia. Przestaję być człowiekiem: ludzka wrażliwość, ludzkie uczucia, pragnienia — wszystko to zsycha stopniowo i odpada w tej piekielnej temperaturze ześrodkowanego wysiłku. Staję się bezosobowym, potwornie rozszerzonym, rozognionym mózgiem. Dziś widzę, co się ze mną dzieje, bo mam czas… i aż mi nieswojo. — Dziecko: ja cię już nie kocham. Jesteś mi dosłownie _obojętna_! — Zważ: jedyna obecnie sposobność, by spędzić parę minut razem — to gorączkowe spazmy żądzy u mnie; spazmy, które są podłą męczarnią, a wynikają z bestialnego wyczerpania. Czy ty wiesz, Léo, że mi jest absolutnie wszystko jedno, kto mnie od tej udręki uwolni? — Czy wiesz, że cię nieraz pierwsza lepsza dziewka zastępuje… i że mi to nie sprawia różnicy? Że jeśli się do ciebie zbliżam — to tylko dlatego, że brak mi sił, by przejść kilka ulic i oszczędzić ci przynajmniej _tego_ poniżenia?…
Léo — człowieku — przecież to hańba! Szarpnij się, chociaż ci trudno — i uwolńże się nareszcie!
_ELÉONORE_
/ z lekkim westchnieniem /
Nie wysilaj się, carino. Czyż twoja w tym wina, że los przeznaczył mnie do twego użytku? Robespierre marszczy brwi. Ona uśmiecha się wąsko O co ty się trapisz? Przecie po to tu właśnie jestem, by ci oszczędzić wędrówek po mieście, gdyś zmęczony, i uchronić cię od zakażenia. — Gorszę cię? Nie, nie, chéri : choćbyś dobierał słów jeszcze zjadliwszych — nie zmienisz naturalnego faktu, że jestem twoją własnością. Cokolwiek od ciebie pochodzi — jest mi sensem istnienia, nie hańbą.
_ROBESPIERRE_
/ po krótkiej chwili /
Wstyd mi za ciebie.
_ELÉONORE_
Przesadzasz.
/ Znienacka chwyta mu rękę i całuje. W odpowiedzi Robespierre nachyla się nagle, ujmuje ją za głową i oddaje pocałunek w usta z intensywnością drapieżną. /
_ROBESPIERRE_
/ z głęboką szczerością /
Tak, przyjacielu — wstyd mi za ciebie: to fakt. — Ale równocześnie mogę odczuć twą wspaniałość… dziś, gdy po pięciu tygodniach wypoczynku — człowiek we mnie nieśmiało próbuje się ocknąć. — Za dwa tygodnie… będziesz mi znów już tylko ciałem kobiecym… pod ręką. — Och, jacyście wy szczęśliwi — ludzie prywatni!… I jakże ciebie straszliwie szkoda, Léo!
_ELÉONORE_
Ale te dwa tygodnie, Maxime — darujesz mi! — Powiedziałeś wyraźnie!
_ROBESPIERRE_
/ patrzy przez okno /
/ Wyjmuje pilnik, siodełko etc. i zaczyna umiejętnie piłować paznokcie. /
_ELÉONORE_
/ prawie przestraszona /
Jak to… sądzisz, że się wyliżesz za cztery dni?
_ROBESPIERRE_
Przecie już mi nic nie jest. Za to — jestem maniakalnie spragniony _waszego_ życia. Chorobliwie: jak pijak, gdy mu odmówią alkoholu…
/ Pukanie. Wstaje i podchodzi do drzwi. /
_GŁOS_
/ podrostka, który podaje korespondencją przez drzwi /
Listy dla pana. Tu depesza z Komitetu Bezpieczeństwa.
/ Całkowicie zaabsorbowany Robespierre niecierpliwie przerzuca listy stojąc przy stole. Na końcu rozdziera depeszą. /
_ELÉONORE_
/ zaniepokojona, nieśmiało /
Maxime, pow…
_ROBESPIERRE_
Psssst, _poczekaj_…
_ELÉONORE_
/ półszeptem /
Żmijo!…
_ROBESPIERRE_
/ muzykalnym świstem zbiega gamę chromatyczną. Czyta parą słów dalej; podnosi raźno głowę /
Już po moich wakacjach, Léo.
/ Eléonore opuszcza powieki. Odwraca się spokojnie twarzą do okna. /
_ROBESPIERRE_
/ mówi i czyta równocześnie /
Za pół godziny… muszę… być w Ko-mitecie… odrywa na chwilę oczy Więc proszę cię o filiżankę kawy. Jeśli chleba nie ma, to nic nie szkodzi.
_ELÉONORE_
Natychmiast.
/ Robespierre podnosi oczy i śledzi ją z uśmiechem trochę smutnym, aż znika za drzwiami. Wtedy siada i zamyśla się, wpatrzony w ścianę przeciwległą. Twarz mu się ścina. — Pukanie ułożone w rytm. Na monosylabiczną odpowiedź wkracza do pokoju Saint-Just. /
_SAINT-JUST_
Jesteś przytomny — wstałeś nawet. To całe szczęście, zasiada, nie czekając na zaproszenie. Robespierre podejmuje pilnik na nowo Czy dostałeś zeznanie Haindla?
_ROBESPIERRE_
/ znad swej pracy wskazuje depeszę skinieniem w bok /
A jakże. Dopiero co.
_SAINT-JUST_
Widzisz, że miałem rację? — Gdybyś mi był dał wolną rękę tydzień temu, mielibyśmy dziś spokój. A Bóg wie, co z tego teraz będzie.
_ROBESPIERRE_
Nic się nie stało ani nie stanie. To tylko hebertyści.
_SAINT-JUST_
/ opiera się wstecz /
Tylko!…
_ROBESPIERRE_
Tylko. Puste pałki są nieszkodliwe, nawet gdy chcą wysadzać Paryż w powietrze. Rozwiążemy Armię Rewolucyjną, a Vincenta osadzimy w więzieniu. Voilà tout .
/ Milczenie. Saint-Just przypatruje mu się krytycznie. /
_SAINT-JUST_
Maxime — wstrzymywałem się dotąd od indagacji — ale zaczynasz mnie niepokoić. Skąd ta podejrzana skłonność do pół- i ćwierćśrodków — u _ciebie_?!
_ROBESPIERRE_
Moja niechęć do przelewu krwi, chciałeś powiedzieć? — Synu, bo stoimy na samej granicy terroru. Jesteśmy zmuszeni tępić fałszerzy, skupywaczy, zdrajców. A jeśli się tego straszliwego środka nie opanuje — nie zdoła pohamować jego tendencji do potęgowania się — to każdy nowy krok jest krokiem ku katastrofie.
_SAINT-JUST_
Lecz skoro nie ma innego środka wewnętrznej obrony?
_ROBESPIERRE_
Gdy nie ma — to trudno. Ale uczniak Vincent, raz, nie jest niebezpieczny — po wtóre, jest, lub był, działaczem rewolucyjnym. To znaczy, że dla pewnego procentu ludności — jest _wodzem_. A piętnować i tracić wodzów, przyjacielu — to niszczyć rewolucję w samym rdzeniu jej życia: w duszach ludzkich. Bo wtedy ludzie _tracą wiarę_.
Radzę ci pomedytować nad tymi dwoma słowami.
_SAINT-JUST_
/ po chwili /
Gdyby szło o Collota, powiedzmy… ale Vincent! Za nim idzie kilkudziesięciu zatraceńców w najgorszym razie.
_ROBESPIERRE_
Wystarczy, gdy zwątpienie zgasi kilkadziesiąt dusz. Bo zwątpienie szerzy się jak dżuma. Wiara — przebudzenie się ludzkiej duszy w zwierzęciu roboczym — to słaby płomyk. Jeśli jej nie będziemy strzec jak Ciała Pańskiego — możemy dożyć dnia, gdy zniechęcona Francja jednogłośnie zażąda powrotu do chlebodajnej niewoli. A co wtedy, Saint-Just? odkłada pilnik i wpatruje się w przyjaciela z skośnym, asymetrycznym uśmiechem Wyobrażasz sobie naród francuski zmuszony być wolnym pod presją armat rewolucyjnego rządu?…
_SAINT-JUST_
/ po chwili pustego milczenia /
To dedukcje bez miary, uwieszone na włosku. Dla przyszłego stulecia — nie można poświęcać jutra.
_ROBESPIERRE_
/ podpiera nagle głowę na obu dłoniach, jakby mu przybrała na wadze /
Komunały są czasem… oślepiające. Eléonore wchodzi, przynosząc śniadanie. Witają się przyjaźnie z Saint-Justem, Robespierre wstaje i pomaga jej nakryć Dziękuję ci serdecznie… co, prawdziwy chleb?! Ulubienico bogów, bądź błogosławiona! Antoine, cukru oczywiście nie ma — czy mam cię gościć tą smołą?
_SAINT-JUST_
Będę ci wdzięczny. Nie spałem; jestem zmęczony i zły.
/ Eléonore exit. /
_ROBESPIERRE_
/ nalewając kawę /
Wszystko jedno, Saint-Just. W tym wypadku — dobro Republiki nie wymaga ofiar ludzkich. Nie traćmy proporcji z oczu.
_SAINT-JUST_
/ podczas gdy tamten zabiera się do krajania chleba — pije łyk w zamyśleniu, po czym opiera się o poręcz /
Pozwól zatem, że uzupełnię informacje Haindla dwoma drobnymi faktami:
Po pierwsze: chodzą wiarygodne pogłoski, że Desmoulins napisał nowy numer — to by był siódmy — w którym otwarcie wzywa ogół do buntu przeciw Komitetom; po drugie: od trzech dni Paryż szepce o bliskim przewrocie i o dyktaturze Wielkiego Sędziego jako o rzeczy… prawdopodobnej.
A pamiętasz, prawda, że pierwotny Wielki Sędzia — którym miał być Pache — został uroczyście wyśmiany przez całe miasto.
Sapienti sat.
_ROBESPIERRE_
/ już przy pierwszej rewelacji odłożył nagle bochenek i nóż. Stoi wyprostowany z rękami na stole; zmarszczył nieco brwi. Gwałtownie /
Tym razem kto?…
_SAINT-JUST_
Nikt nie wymawia nazwiska. Czyli że…
/ Pije, bierze sobie ukrajaną kromkę, ale obserwuje przyjaciela bezustannie. /
_ROBESPIERRE_
/ odrywa się szarpnięciem od stołu, odchodzi ku oknu. Z głębi serca, po krótkiej chwili /
Przeklęta banda!! wraca z wolna Tak. To samo mówił mi fryzjer — wykrztusił nawet nazwisko, zatrzymuje się Nie uwierzyłem… półgłosem, w którym tętni krzyk Czy ten cham oszalał?! Ratować własną skórę za cenę katastrofy państwowej… pada na krzesło. Szeptem Wielki Boże!…
_SAINT-JUST_
Pij, bo wystygnie.
_ROBESPIERRE_
/ przyjrzał się kawie dokładnie, ale jej nie rusza. Spokojnie /
Skoro hebertyści są na żołdzie Dantona — to rzeczywiście nie ma rady. Trzeba będzie poświęcić czterech wodzów, żeby go rozbroić. Zabiera się do śniadania z determinacją, bo bez apetytu.
_SAINT-JUST_
Maxime — mówię do dawnego, nieugiętego Robespierre'a: oszczędzimy społeczeństwu wiele, jeśli poślemy Dantona razem z Vincentem. Od razu.
_ROBESPIERRE_
/ obraca się sztywnie /
Danton jest nietykalny, Saint-Just.
_SAINT-JUST_
Człowiek, co sprowadził na Paryż te trzy tygodnie głodu — musi zginąć na szafocie już za to jedno, jeśli sprawiedliwość rewolucyjna istnieje.
_ROBESPIERRE_
/ przeciąga kurczowo usta, podnosi jedną brew — bardzo cicho, a tonem jak kwas siarkowy /
Sprawiedliwość rewolucyjna!!… patrzy wprost przed siebie, pochylony jakby pod uciskiem na karku. Naraz uprzytomnił sobie, że daje zgorszenie i opanowuje się Danton jest nietykalny, bo Danton — to Człowiek Dziesiątego Sierpnia. Idiotyczny jak zawsze przypadek _jego_ właśnie — obrał za symbol. Nie dla jakiegoś procentu ludności: dla całej Francji. Stracić go, to wyprzeć się samych podstaw Rewolucji. zrywa się w niepokoju graniczącym z popłochem. Krąży nerwowo Ale na tym nawet nie koniec… stracenie Dantona sprowadziłoby sytuację bez wyjścia… szereg logicznie koniecznych klęsk… dosłownie samobójstwo Republiki!… przystaje nagle. Ściska dłonie; powieki mu drgają Całe szczęście, że Danton nie jest — w gruncie rzeczy — niebezpieczny.
/ siada /
_SAINT-JUST_
/ literalnie uszom nie wierzy /
Coś ty powiedział?…
_ROBESPIERRE_
/ jedząc i pijąc /
Danton nie jest niebezpieczny, bo jako umysł — jest zerem. Sam czyn, choćby nie wiem jak krwiożerczy, a nie ożywiony ideą — jest tak groźny jak pięść rozsierdzonego dziecka, co bije w stalową ścianę. Ani pucze Vincenta, ani tchórzliwe okropności Dantona nie zachwieją Republiki. Niebezpieczna jest dopiero przewrotna _myśl_ w ponętnych słowach.
_SAINT-JUST_
Mój drogi: a więc… Desmoulins?…
_ROBESPIERRE_
/ definitywnie traci apetyt /
Tak… Desmoulins. pauza Ten ci umiał dorobić Dantonowi ideę, aż miło… akurat taki sentymentalny a sensacyjny absurd, jakiego potrzeba, żeby masy całe zaślepić… Ten osioł, Chryste Panie! — Utalentowane niemowlę!…
_SAINT-JUST_
/ ostrzej /
Regaliści nie kryją się już ze swym uwielbieniem dla tego renegata Rewolucji. Urządzają mu publiczne owacje… naraz groźnie Desmoulins pójdzie pod nóż, za twoją zgodą… lub bez.
_ROBESPIERRE_
/ z wolna obraca głowę. Parę sekund zmagania się dwu woli /
— Nie. znów zaciekła przerwa Nie urządzimy bezmyślnej jatki, póki istnieje prostszy sposób.
_SAINT-JUST_
/ zdławionym głosem /
Wiesz, chciałbym go poznać, ten twój prostszy sposób.
_ROBESPIERRE_
/ wstaje coraz silniej podniecony. Zaczyna drżeć co parę sekund. Obejmuje napiętymi dłońmi ramiona na wysokości deltoidów, chcąc je ogrzać /
Chodzi tylko o to, prawda, żeby zamknąć Camille'owi buzię. — Każemy zatem aresztować jego wydawcę, Desenne'a. Numer siódmy nie wyjdzie, a fakt aresztowania napędzi gorliwym czytelnikom „Vieux Cordeliera” nieco zbawiennego strachu. Równocześnie hebertyści pójdą przed sąd; więc jeśli się Danton teraz nie opamięta — to znaczy, że jest niepoczytalny. ścina zęby, trzęsąc się Zachowajmy my przynajmniej głowę na karku, Antoine, gdy histeria strachu ogarnia jednego po drugim. I na miłość boską, nie dajmy zamienić placu Rewolucji — w szlachtuz. Bo to symptom paniki rządu, przyjacielu!
_SAINT-JUST_
/ po głębokim namyśle /
Wiesz, Maxime… ja znowu radzę ci pomedytować nad dwoma wierszami, które Camille w tym nowym numerze podobno tobie poświęca: „Jeśli nie wiesz, czego czasy żądają, i nie słyszysz głosu wołających faktów… ineptus esse diceris”.
_ROBESPIERRE_
/ rozweselony /
To _on_ — do _mnie_ powiedział? Właśnie _on_! Bezczelność tego cudownego dziecka nie zna granic. — Wwww! Czy się naprawdę tak zimno nagle zrobiło? Podaj mi surdut z łaski swojej!
_SAINT-JUST_
/ podaje /
Co, zimno?! stoi tak blisko, że czuje anormalnie gorącą atmosferą ciała To znaczy, że znów masz gorączkę. Niech cię anieli…
_ROBESPIERRE_
To nic. Przejdzie.
_SAINT-JUST_
Przejdzie! — Trudno. Dam radę sam. Collot nie waży się chyba oponować.
_ROBESPIERRE_
/ wciąga płaszcz i rękawiczki /
Nie. Mój powrót może nam zapewnić przewagę. opiera się miękko o futrynę drzwi Cztery dni!!…
_SAINT-JUST_
/ posępnie /
Majaczysz?
_ROBESPIERRE_
/ wybucha śmiechem, co niekoniecznie uspokaja przyjaciela /
_Teraz_ już nie, najmilszy… właśnie wytrzeźwiałem.
_SAINT-JUST_
/ wychodząc za nim /
No… daj Boże.
Na ulicy przed sklepem piekarza. Na narożniku jaskrawy afisz. Zmrok poranny. Mularz, człowiek powyżej czterdziestki, tuż u drzwi; Szpicel, wiek nieokreślony, spaceruje bez celu na przestrzeni przed drzwiami.
_SZPICEL_
/ niepotrzebnym szeptem /
Widzieliście, obywatelu… afisz?
_MULARZ_
/ głośno, niechętnie /
Co znowu za afisz?
_SZPICEL_
O, tam na rogu… znów przylepili po nocy, psiekrwie!…
_MULARZ_
A niechże sobie… mało ich to ponalepiali od Nowego Roku? Dla nas afisz nie nowina.
_SZPICEL_
Ależ obywatelu, to _oni_… to Wielki Sędzia!
_MULARZ_
Wielki Sędzia! — Tydzień jak Wielki Sędzia poszedł z dymem. Jeszcze się po nim całowali.
_SZPICEL_
No a tam macie go znowu! — Ej, obywatelu: Wielki Sędzia to nie byle kto! jeszcze ciszej Wam plotą, że to niby ma być Pache… Poczciwiec Pache! Noworodek Pache! — A ja wam powiadam, oby…
_MULARZ_
A stulisz ty nareszcie pysk z tym twoim Wielkim Sędzią? — Co mnie to obchodzi, czy to Pache, czy nie Pache robi z siebie zatraconego durnia?
_SZPICEL_
Ależ nie złośćcie się tak od ra…
_MULARZ_
/ dowiaduje się /
Pudziesz?
/ Szpicel daje za wygraną. Odchodzi i kręci się dookoła przybywających: Madeleine, ok. 30 lat i Suzon, 15 lat. /
_SUZON_
/ zatrzymuje się pod afiszem /
Ooo, Madeleine! Chodź no, zobacz! Znowu afisz!
_MADELEINE_
/ przystaje za Mularzem /
Ech, to zwykły…
_SUZON_
Gdzie tam zwykły! Dokładnie to samo, co dawniej… zachwycona Słuchaj: „Obywatele! Znosicie od dwu lat rządy Konwencji, a z każdym miesiącem trudniej wam o chleb. Obywatele! Nie dajcie sobie zamydlić oczu! Wiedzcie, że w łonie Konwencji — na samym stoku niezachwianej „Góry” — czają się zdrajcy: tygrysy, co poże…”
_MADELEINE_
/ gwałtownie /
Nie czytaj tych bredni! Chodź tu, bo ci zajmą miejsce!
/ Nadchodzą: Blondyn, Inteligent, Drukarz, 30–40 lat. Wyścigi między Blondynem a Suzon; dziewczynka przegrałaby, lecz Szpicel broni jej miejsca. /
_SZPICEL_
/ w napoleońskiej pozie /
Przepraszam. To rezerwowane miejsce kobiety.
/ Ustępuje Suzon, która mu dziękuje roztargnionym skinieniem. /
/ równocześnie /
_BLONDYN_
Co takiego?!…
_SZPICEL_
Dla prawdziwego sankiuloty rezerwowane miejsca kobiet są nietykalne.
_DRUKARZ_
Oj… a cóż będzie w takim razie z przyszłością narodu?…
_SUZON_
/ półgłosem /
Madeleine — Madeleine — więc przecież coś z tego będzie!
_MADELEINE_
/ szeptem /
Suzon, będziesz ty cicho nareszcie?
_DRUKARZ_
/ obojętnie /
Widzieliście? Hebertyści znów chcą nam głowy zawracać.
_MULARZ_
Ci panicze z Biur Wojennych sądzą, że nam _jeszcze_ mało rozruchów i strzelania, i gilotyn!
_BLONDYN_
To wszystko ten wariat Vincent: ma ci smarkacz armię po to, żeby Paryż żywić; tymczasem jemu się zachciewa Konwencję tą armią burzyć! — Bodaj czy mu się nawet korona nie marzy…
/ Dochodzą: Młody Inwalida, Elegant, Student i Stary Zegarmistrz. /
_INTELIGENT_
/ trochę tajemniczo /
Więc wam się zdaje, że to Vincent tak minuje Paryż od trzech miesięcy? Że to Vincent zamierza się na rząd, ba — na sam Wielki Komitet? Vincent?…
_ELEGANT_
No a kto? Hébert może? Ha, ha!
/ śmiech /
_BLONDYN_
Albo Pache?
/ wzmożona wesołość /
_INTELIGENT_
Hébert i Pache to pionki, a Vincent — to młodziutki generalik o ptasim mózgu. Inwalida marszczy się groźnie Nie takiej to musi być miary, kto śmie podnieść rękę na Komitet Ocalenia Publicznego — dziś, gdy ten Komitet literalnie kraj na plecach niesie i kieruje polityką Europy…
Moi drodzy: w Paryżu, a może na całym świecie, jest jeden tylko człowiek, co by się na to ważył — Ale to nie Vincent.
_SZPICEL_
Tylko?… Wyostrzyliście nam ciekawość, obywatelu…
/ Inteligent spostrzega się, kim jest ten człowiek i milknie przerażony. /
_SUZON_
/ namiętnie /
Kto to taki? To ten ma być Wielkim Sędzią, prawda? Kto to?…
/ Napięte milczenie. Inteligent wskazuje oczami na Szpicla. /
_DRUKARZ_
/ zamyślony /
Wszystko jedno: tę Konwencję warto by raz gruntownie wyczyścić — nawet za cenę rozruchów. O, jakżeśmy odbiegli od dziewięćdziesiątego drugiego! Dzisiejszy rząd to istne bagno korupcji i fałszer…
/ Inteligent szczypie go z miłości bliźniego. Wiadomość o Szpiclu rozchodzi się znakami i sprowadza milczenie powszechne. By odwieść uwagę Szpicel zbliża się do Suzon. /
/ równocześnie /
_BLONDYN_
/ po przykrej ciszy /
Ale co to się znów z tym chlebem stało? Już od trzech tygodni było zupełnie dobrze, a tu raptem masz — stój znów w ogonkach przez dzień i noc!
/ Dochodzą w odstępach: Starsza Dama, Gospodyni, pięć kobiet i sześciu mężczyzn. /
_INTELIGENT_
/ jeszcze blady /
A cóż, obywatelu — wojna.
_DRUKARZ_
To nie wojna, to te cholery skupywacze! Na nic policja; na nic gilotyna; bezczelne to jak szczury.
_BLONDYN_
Ci to mają zyski dopiero! Raz z swego rzemiosła świńskiego, a potem to im Jego Brytyjska Mość Pitt drugie tyle płaci, że morzą rewolucję głodem…
_ZEGARMISTRZ_
Jak płaci tym, co zarażają Konwencję, a w nas niszczą resztki wiary…
_STUDENT_
/ cicho /
Wiecie, co mnie się zdaje? Ten nagły głód nie jest naturalny. Wywołują go umyślnie ci, co chcą rząd wywrócić: głodzą nas w tym celu jak zwierzęta na arenę!
/ niedowierzanie — oburzenie — poparcie, wciąż stłumione i z bacznym okiem na flirtująceg Szpicla /
_SZPICEL_
Cóż wy taka smutna, obywateleczko? Narzeczony na wojnie, co?
_SUZON_
Proszę mi dać spokój.
_SZPICEL_
Nie gniewajcie się, panienko; ja was przecież chcę pocieszyć…
_SUZON_
/ krzyczy /
Proszę odejść!
_MADELEINE_
Wynoś się pan!
_SZPICEL_
Obywatelko, ja nie do was. Ja do tej _młodej_ panienki.
/ szamotanie /
_MULARZ_
/ silnie trącony przez Szpicla chwyta go za kołnierz i rzuca /
Kundlu parszywy, znoś mi się stąd!
/ błyskawiczne porozumienie wśród innych /
_INTELIGENT_
/ do wracającego Szpicla /
Gdzie wasze miejsce?
_SZPICEL_
Wszędzie. Ulica jest dla wszystkich.
_DRUKARZ_
Poza rzędami nie wolno się wałęsać.
_SZPICEL_
/ nadrabia miną /
Niby co? A kto mi zakaże?
_DRUKARZ_
Ja!
/ poparcie /
_ELEGANT_
I potrafimy wyegzekwować rozporządzenie!
/ Onieśmielony Szpicel próbuje się wcisnąć za Suzon. /
_INTELIGENT_
O, nie! Trzeba było stać tu od początku!
_DRUKARZ_
/ wyciąga go i rzuca, ku nieukrywanej radości Suzon /
Dalej, na sam koniec!
/ Szpicel ponawia próbą kilkakrotnie, lecz daremnie, staje wreszcie na końcu, ledwo widoczny. Po pewnym czasie znika. /
_BLONDYN_
No, nareszcie! O, ale jacyśmy jeszcze nieostrożni!
/ Nagle dzwon zaczyna bić. Znieruchomiała cisza. /
_INTELIGENT_
/ cicho /
Cóż to znaczy… o tej porze?
_MADELEINE_
/ szeptanym krzykiem /
Na trwogę!!!
_BLONDYN_
Dobranoc. Mamy insurekcję.
/ po zdrętwieniu wzrastające poruszenie /
_SUZON_
/ w napięciu /
Wiedziałam, że dziś się coś stanie!…
_KOBIETA A_
/ w krzyk /
Prędko, do domu!
/ Zamieszanie. Nikt nie chce pierwszy opuścić miejsca — nuż to pusty alarm, a chleb przepadnie. Crescendo accelerando molto : /
_MĘŻCZYZNA A_
No a chleb?!
_KOBIETA B_
Ma być nowa rzeź! Jak we wrześniu!!
_KOBIETA C_
Teraz to bandy Vincenta! Będzie gorzej!
/ Krzyk zlewa się w chaos: /
_KRZYK_
Prędzej! — Do domów! — Wracajmy! — Okiennice i bramy! — Uciekać!! Rzeź!!! — A chleb?! — Stratują nas! — Muszę mieć chleb! — Nie ruszę się! — A niechże rżną: muszę — mieć — chleb!!!
/ Dzwon milknie; napięcie bez tchu, potem westchnienie ulgi i wybuch nerwowej wesołości. /
_MULARZ_
/ do kobiet na końcu /
Idiotki!
/ wesołe wyzwiska kumoszek /
_SUZON_
/ z westchnieniem /
Szkoda!
_INWALIDA_
To nowa rekwizycja dzwonów. Próbują dla wyboru. — Tym razem mają podobno już brać i z Notre-Dame.
_DAMA_
Rekwizycje — pobory — zimno — głód — i nasi synowie, co giną setkami dzień w dzień. — Czyż się ta wojna nigdy nie skończy?
_BLONDYN_
A spytajcież się Komitetu Ocalenia, czemu nie chce zawrzeć pokoju!
_INTELIGENT_
Ładnie byśmy wyszli wszyscy razem na pokoju przedwcześnie zawartym, podyktowanym przez wroga!
_STUDENT_
/ zapalczywie /
Myślicie, że Komitet dla sportu wojnę prowadzi, czy co? Albo o jakiś kawałeczek gruntu, jak królowie?!
_ELEGANT_
Wszystko jedno. Dawniej rewolucja była weselsza. Teraz stała się ponura i nudna.
/ ciche oburzenie u Drukarza, Studenta i Zegarmistrza /
_INWALIDA_
O, to prawda! O ileż było weselej w dziewięćdziesiątym drugim! Dziesiątego sierpnia… Wiecie, tej jednej godziny na placu Karuzeli, gdy mi łapę przetrącili — nie oddałbym za sto zdrowych ramion. Wojna na ulicy, to… to sam raj.
/ śmiech i oburzenie /
_INTELIGENT_
/ przyjaźnie /
A dla kogo walczycie i o co, to już was nie obchodzi, prawda?
_INWALIDA_
Pewno, że obchodzi! Myślicie, że wesoło bić się pod szpicrutą oficera o jakieś osobiste rodzinne nieporozumienia między królami — dla których jesteśmy towarem tańszym od koni? O, nie, mój panie! To jednak nie to samo, co z _własnej woli_ stawiać i wywracać barykady o Prawa Człowieka!
_ZEGARMISTRZ_
Prawa Człowieka! — To była cztery lata temu wiara, dla której _każdy_, bez wahania, oddawał życie, a nawet mienie. Tymczasem cztery lata minęły; cierpimy i walczymy bez wytchnienia; a co zdobędziemy, to zagrabią albo zmarnują nasi przedstawiciele. — Rząd wolnościowy! Wodzowie wolnego ludu! Człowiek, co zyskał władzę, z miejsca staje się świnią, wszędzie i zawsze; wszystko jedno, czy siedzi na tronie, czy w Konw…
/ Szmer oburzenia i przestrachu wzbudzony już w połowie przechodzi w stłumiony krzyk i przerywa. /
_GŁOSY_
/ wszyscy oglądają się trwożliwie za Szpiclem /
Czy on oszalał?! — Zmiłujcie się! — Wstydziłbyś się! Człowieku, miejże rozum! Głową to przypłacisz!
_ZEGARMISTRZ_
Głową? Wielkie nieszczęście! Dla człowieka, co stracił wiarę, śmierć nie taka straszna!
_INTELIGENT_
Pocieszcie się, obywatelu: rewolucja nie zboczyła z drogi. Lecz Praw Człowieka nie można wywalczyć w sześć tygodni — po tysiącleciach niewoli.
_STUDENT_
/ do Zegarmistrza /
Pańska rozpacz to dezercja — rozumie pan? Walczymy dopiero cztery lata; i będziemy walczyć do samej śmierci. Nie o nas chodzi, o nie! Chodzi o swobodę ludzkiego rozwoju — może dopiero dla naszych prawnuków!
/ Szpicel znów się pojawia. /
_GOSPODYNI_
Łatwo wam gadać, paniczu. Gdybyście mieli rodzinę do wyżywienia — myślelibyście inaczej po takich czterech latach.
_STUDENT_
/ przyjaźnie, wskazuje oczami na Szpicla /
Ale nie myślałbym głośno, obywatelko.
_INTELIGENT_
A Konwencję należy podziwiać, zamiast mieć do niej małostkowe pretensje. Cóż stąd, że wśród siedmiuset deputowanych jest parę głupców i łotrów? Cóż oni znaczą — wobec jednego Robespierre'a na przykład?
/ To nazwisko działa jak lekki prąd elektryczny. /
_DRUKARZ_
To fakt: odkąd on chory, rewolucja zwalnia biegu i zaczyna się chwiać.
_STUDENT_
/ żarliwie /
To człowiek wyjątkowy. Jedyny umysł zdolny objąć całokształt sytuacji i to pod każdym kątem widzenia; a przy tym czysty.
_MULARZ_
Właśnie. Bo zresztą, jak który bystry — to złodziej…
_DRUKARZ_
/ szeptem /
Jak „Człowiek Dziesiątego Sierpnia”…
/ oburzenie Blondyna /
_MULARZ_
…a często także i zdrajca. — Tymczasem jemu jednemu można zaufać naprawdę.
_STUDENT_
Rządzi lepiej niż najlepszy król; lecz o dyktaturze nie pomyśli nawet!
_BLONDYN_
/ groźnie /
No, niechby tylko spróbował! — Ale on się już wysłużył, moi drodzy.
_STUDENT_
Oszalałeś?!
_INWALIDA_
Tak, to prawda! Chaumette też mówi, że to człowiek zużyty; i ma zupełną rację!
_BLONDYN_
Rewolucja dawno ukończona; teraz potrzeba Republice pokoju i swobody; tymczasem on przeciąga wojnę, przeciąga terror, wyczerpuje i zniechęca naród…
_DRUKARZ_
Aha, ten chodził do szkoły Dantona!
_INWALIDA_
Idioto! Jest wręcz przeciwnie; Robespierre był dobry, póki starczyły środki łagodne. Za to dziś trzeba _energii_! Dziś trzeba środków radykalnych, których on się boi — inaczej kontrrewolucja zarazi cały kraj, jak już zaraziła Konwencję…
_BLONDYN_
Wolę ja szkołę Dantona od szkoły Héberta! To wy, zdrajcy, nas głodzicie! Takie to te wasze radykalne środki!
/ Zanosi się na starcie. Uwagę odwodzi nadejście konwoju egzekucyjnego ze skazańcem. Konwój ma wejść w przecznicę, zastawioną przez czekających. Musi się więc zatrzymać, a rząd przesuwa się z trudem, gdyż silniejsi wypychają słabszych za lada drgnieniem. /
_BLONDYN_
/ cicho /
O — albo patrzcie na to. Czy to ma sens? Dzień w dzień kogoś prowadzą. Przecie już się mdło robi na samą myśl o tej wiecznej jatce publicznej! I czemu ten wasz Komitet nie przestanie?
_ELEGANT_
Hej, co to za jeden?
/ Milicja ignoruje pytanie. /
_INWALIDA_
Gadajcie: co to za jeden?
_ŻOŁNIERZ_
Emigrant; ale co wam do tego?
_SZPICEL_
/ zbliża się /
Co nam do zbawienia Ojczyzny, hę? Co nam do tego?
_INTELIGENT_
Cóż to, na piechotkę dla odmiany?
_ŻOŁNIERZ_
Jak jeden, to po co go wieźć? Zdrów jest, może iść.
_SZPICEL_
Pewno — w jedną stronę może iść. — Ale z powrotem będzie trudniej… co, panie hrabio? Na piechotkę — z powrotem?…
/ śmiech dwu-trzech osób, krótki, bo bez rezonansu /
_MĘŻCZYZNA B_
Czemużby nie? O tak, główkę pod pachę i dalej!
/ Konwój rusza. /
_SUZON_
/ drżącym głosem /
O mój Boże… a on taki ładny… biedaczek!
/ Trochę przychylnego śmiechu — lecz na ogół nastrój niechętny. Konwój mija. /
_DAMA_
O tak — to rzeczywiście smutny widok…
_STUDENT_
Raczej dziękujcie Bogu za energię i czujność Komitetów! Więc wolelibyście, żeby asygnaty spadły do wartości starego papieru? Żeby każdy mógł żądać tysiąc funtów za wiązkę drzewa i okradać was z tej odrobiny jadła, jaką przynajmniej teraz dostajecie?!
/ Dwaj uzbrojeni żołnierze Armii Rewolucyjnej pukają do okiennicy i ustawiają się po obu stronach wejścia. /
_GŁOSY_
/ szmer ulgi, radości /
Nareszcie! — Trzy godziny każą nam czekać! — Byleśmy tylko wszyscy dostali…
/ Piekarz otwiera. Okrzyk radości; wchodzi Mularz. /
_SUZON_
/ cicho do towarzyszki /
Co to za jedni?
_MADELEINE_
Toś ty jeszcze nigdy w ogonku nie stała? — Armia Rewolucyjna. Żołnierze Vincenta.
_SUZON_
A oni nam po co?
_BLONDYN_
Utrzymać porządek. — Zobaczycie, jaki oni ten porządek utrzymują.
/ Mularz wraca; wchodzi Madeleine. Zatrzymują Mularza, czepiają się go. /
_GŁOSY_
Ile tam jeszcze sztuk? — Ile bochenków? — Ile on tam ma? — Czy starczy dla wszystkich? — Czy jest dość?
_MULARZ_
/ uwalnia się /
A czy ja wiem? Nie liczyłem!
/ Odchodzi. Tłum w napięciu. /
_KOBIETA A_
/ półgłosem /
To znaczy, że za mało!…
/ Szmer niepokoju. Powstaje elektryczne naprężenie gotowości. /
_MADELEINE_
/ wybiega; szeptem do Suzon /
Spiesz się — już tylko siedem sztuk!
/ Exit. Podsłuchana wiadomość spływa błyskawicznie wzdłuż rzędu szeptem — który prawie natychmiast przechodzi w krzyk. /
_GŁOSY_
Siedem sztuk — siedem bochenków — co, _znowu_! — Prędzej, do środka! _Mnie_ się należy!! — Ja _muszę_ dziś dostać!!!
/ Nim Suzon dobiegła do drzwi, rząd się rozsypał. Koniec rzuca się naprzód; za nim wszyscy. Piekarz zatrzasnął drzwi, przygniatając rękę jakiejś kobiecie. Przeraźliwy krzyk bólu. Tłum rozwścieczony dusi się pod drzwiami. Jęki, krzyk, przekleństwa. Wreszcie wyskakują poszczególne głosy: /
_DRUKARZ_
/ wskazuje na posągowych żołnierzy /
My się zabijamy… a ci tu, psiakrew, stoją jak malowani, widzicie ich!
/ Tłum zluźnia się nieco i orientuje zgodnie przeciwko nim, lecz na razie bez zaczepności. /
_GŁOSY_
/ zirytowane, lecz dobroduszne /
No, ruszcie się, ruszcie — dalej! — A radźcież nam teraz, od czego wy jesteście? — Armia Rewolucyjna! — Im tylko przewroty w głowie! — Wypchać by was, jednego z drugim, a waszych Vincentów też! — Żeby który bodaj palcem kiwnął… — Gadajcie przynajmniej: co mamy robić?!
_ŻOŁNIERZ_
I wynoście się do domów, marsz!
/ Szmer zdumienia — ryk wściekłości. Tłum przybiera postawę agresywną, naciera nawet, lecz nie śmie atakować. /
_KRZYK_
Oni naumyślnie! — Łapówkę wzięli, żeby nas nie wpuścić! Kreatury zdrajców!
/ Drukarz zamierza się na żołnierza; ten nastawia bagnet. Ostry krzyk przerażenia. Tłum odskakuje od broni jak zgłodniałe psy od bata: o krok. Jest stosunkowo ciszej, gdyż furia i strach tłumią teraz głosy. Groźne zawieszenie po obu stronach. /
_KRZYK_
Z bagnetem na lud!… Pitt ich opłacił! — Bydlęta! — Świnie! — Banda!— Do stu piorunów, ja chcę _chleba_! kobieta: A wyrwijże im który te rożna!
/ Nie ma rezonansu: tłum jest bezbronny, nie wie, co począć. /
_INWALIDA_
/ znajduje wyjście /
Wywalić drzwi!!!
/ Zawieszenie momentalnie przechodzi w akcję. Tłum zmienia orientację ku uldze żołnierzy, którzy też nie bronią nowego jej celu. Owszem, ostentacyjnie opuszczają broń. Krzyk się wzmaga. /
_KRZYK_
/ jaskrawszy /
Wywalić! — Tam mnóstwo chleba! — To skupywacz! — Wywalić! — Dalej, wywalić!!
/ Żołnierze ustępują, lecz kobiety rzucają się na drzwi, bronią ich z wrzaskiem. /
_KOBIETY_
O, nie! My _też_ chcemy chleba! — Niedoczekanie wasze! Albo wszyscy, albo nikt! — Precz stąd! — Nam się pierwej należy! — Złodzieje! — Bandyci!!
/ Zbiegowisko. Głowy u okien. Zachwyt tłumu, świst, krzyki, śmiech, wycie. Okrzyki zachęty jak na zapasach. Dzieci rzucają kamieniami. Mężczyźni wśród pisku odciągają baby i walą w drzwi ciężarem ciał. /
_MĘŻCZYŹNI_
Dalej, wal go! — Baby, na bok!
/ Orgia; szturmują. Wtem zjawiają się, ex machina, trzej komisarze sekcji. Tłum zastyga momentalnie; tylko oblężenie trwa jeszcze parę sekund dzięki nieświadomości szturmujących. Gdy tylko się spostrzegli — nieruchomieją. Cisza kościelna. /
_KOMISARZ I_
/ gdy już słychać oddech — efektownie cicho /
Co się tu dzieje?
_CHÓR_
/ wybucha /
Chleba… brak chleba… bezprawie… od trzech dni… skupywacz… i _znowu_… naumyślnie… zdrajcy!… nieprawda… siedem sztuk… zataraso…
_KOMISARZ I_
/ grzmi /
Cicho! Gadać po ludzku!
/ cisza. Potem artykułowane głosy. /
_GŁOSY_
Znów tylko siedem bochenków! Dzień w dzień za mało! — On _musi_ nas wpuścić! — Nie ma prawa! — Tymczasem, o, zatrzasnął, bestia! — On ma pełny magazyn: to skupywacz! coraz gwałtowniej Tak jest, skupywacz! — Pitt go opłaca, a tych tu też! — Trzeba wyłamać drzwi! — Zobaczymy, ile on tam schował! poklask Wyłamać! — Trzeba wyłamać!!
_KOMISARZ I_
/ ponad hałasem /
Kto jeszcze raz powie „wyłamać”, zostanie aresztowany. Cisza. Nikły, żałosny protest Skoro jest siedem bochenków — dostanie je tych siedmioro, na których kolej. u końca pierwotnego rzędu znów nieśmiały protest. Kto miał teraz wejść?
/ Zgłaszają się wszyscy. Konsternacja. Śmiech. /
_KOMISARZ II_
/ do żołnierzy /
A wy od czego? — Dla ozdoby? — I to wy pozwalacie na takie skandale?!
_ŻOŁNIERZ II_
A co, to nasza wina, że ten tam ma siedem bochenków?
_DRUKARZ_
/ wśród gwaru bezradnej irytacji /
Ależ podzielmy się, ludzie!
_GŁOSY_
/ nagłe ożywienie /
Co… podzielić? — Podzielić, mówi… — A dobrze! — Świetny pomysł! — Ilu nas jest? — Liczyć! — Podzielić! Podzielić! — Osiemnastu. — Ilu tam? Dwudziestu trzech — siedemnastu — nie _ruszać_ się! — Dwudziestu jeden. — Tak, dwudziestu jeden! — Równy rachunek! protest E, co mi tam po kromeczce… — Ja _muszę_ przynieść bochenek! — Czekam od świtu! — Mam prawo do całego chleba! — Żadnych podziałów! Było przyjść wcześniej! — Myślą, że wszystko dla nich!
_INTELIGENT_
No to nikt nic nie dostanie!
_KOMISARZ I_
Dalej, obywatele: ustawić się trójkami, prędzej! Każdy dostanie po jednej trzeciej, a my zrewidujemy sklep.
/ Ustawiają się stosunkowo spokojnie, chętni zmuszają niechętnych. Szpicel zbliżył się do Komisarzy; szepce do I i II. /
_KOMISARZ III_
/ podczas gdy piekarz otwiera i wpuszcza Drukarza, Suzon i Blondyna /
To ja pójdę zobaczyć. Ale wątpię, czy co znajdę: to człowiek uczciwy.
/ Odchodzi. Szpicel usuwa się za narożnik i patrzy. Komisarze ustawiają się przy drzwiach. Drukarz wraca. /
_KOMISARZ II_
/ kładzie mu rękę na ramieniu /
Aresztuję was w imieniu prawa.
/ Cisza grobowa zalega nagle ulicę. Drukarz zdrętwiał; chwila milczenia. /
_DRUKARZ_
/ odzyskuje głos /
Z-za-a co?…
_KOMISARZ II_
/ do tłumu /
Czy on powiedział, że trzeba usunąć Konwencję?
/ Zdumienie powszechne; stopniowo ożywiają się. /
_GŁOSY_
Nie… — Ależ skąd! — No tak, właściwie powiedział… — Nie: nie „usunąć”! — Przekręcili! — Ale to tylko tak — i nie że trzeba — że warto by — ale to tylko tak ot, nic niie myślał — z naciskiem nie powiedział przecie „usunąć”!
_KOMISARZ II_
No, tylko jak?
_ELEGANT_
Wyczyścić!
/ Tłum drgnął krótkim śmiechem, który natychmiast gaśnie. Suzon wychodzi i zatrzymuje się w drzwiach przerażona. /
_KOMISARZ II_
Trudno; zabierzcie chleb, a dajcie mi kartę. W komitecie sekcji sprawa pewno się wyjaśni.
/ Odchodzi z więźniem. /
/ równocześnie /
_SZMER_
/ grozy i gniewu /
To ten szpicel… kręcił się od świtu… Wszędzie tego pełno, jak wszy… A wiidziicie, nie mówiłem? Widzicie, jak to dziś trzeba uważać?!
_KOMISARZ I_
/ do Suzon, która robi krok naprzód /
Wy też musicie kartę pokazać.
_SUZON_
/ zmartwiała /
_Ja_?!!
_KOMISARZ I_
Tak, właśnie wy.
_SUZON_
/ oszalała /
Ależ ja nic nie… za co wy mnie… krzyk, który sprowadza nagłą a zupełną ciszą Jezus Maria, oni mnie zetną!!!
_KOMISARZ I_
/ podejrzliwie /
Prędzej, obywatelko. Kartę. Bierze jej z rąk chleb, który jej przeszkadza przy szukaniu.
_SUZON_
Ale to dla domu!…
_KOMISARZ I_
Ja wam tylko potrzymam. Znajdźcie kartę.
_INTELIGENT_
Co ta mała przeskrobała, komisarzu?
_KOMISARZ I_
Podobno zdradziła takie wzruszenie na widok skazanego emigranta, że należy przypuszczać, iż to jej kochanek…
_SUZON_
/ jak młody kogut /
_Co_?!!
_KOMISARZ I_
… lub krewny.
/ Tłum patrzy po sobie; nagle wybucha śmiechem. /
_GŁOSY_
Powiedziała, że ładny, to wszystko! — Żal jej było przystojnego chłopca, przecie to jeszcze głupiutkie! — Dla niej chłopiec to chłopiec!
_SUZON_
O, tu karta… A teraz mnie za to zabiją!
/ Zdwojona wesołość. Komisarz III wychodzi z sklepu i patrzy. /
_KOMISARZ I_
Nie zabiją, nie — chyba żeście chciała objąć dyktaturę nad krajem. — Czy ją kto z was zna?
_GOSPODYNI_
Naturalnie! To Suzanne Ferrus, córka fryzjera spod dwunastego!
_GŁOSY_
/ ubawione /
A puśćcież ją! — Ona myśli, że teraz to już prosto na szafot!
_KOMISARZ I_
/ porównał z kartą /
Tak… do III Jak sądzisz: co począć z tym ptaszkiem? Wziąć do sekcji i przepytać, czy od razu puścić?
_KOMISARZ III_
Puść ją. Nie mamy czasu na nonsensy. — A trzeba być idiotą, żeby myśleć, że arystokratka zacznie w głos żałować swego wspólnika, na ulicy.
_KOMISARZ I_
No, obywatelko — ruszajcie zatem.
/ zadowolenie tłumu /
_SUZON_
/ śmieje się wśród gorących łez; wykonuje dyg /
Dziękuję wam, obywatele!
/ ucieka /
_KOMISARZ I_
Hej! Wasz chleb! Macie tu wasz chleb! śmiech powszechny.Suzon wraca i bierze chleb; po drodze zaczepiają ją przyjaźnie. Do kolegi Więc cóż? Znalazłeś co?
_KOMISARZ III_
Nic zupełnie. Wiedziałem z góry, że to nie spekulant.
_KOMISARZ I_
/ przejmująco zimnym tonem /
Hej, kolego! Strzeż no ty się przed zbytnią ufnością do ludzi! Teraz musimy podejrzewać _wszystkich_!…ODSŁONA 2
_Skromny pokój Robespierre'a. Trybun siedzi cierpliwie, czekając, aż fryzjer skończy pracą z jego włosami, i cieszy się życiem w przedwiosenny dzień. Fryzjer posypuje gotową fryzurę pudrem; pacjent podnosi lustro ręczne — trochę nieufnie — a ujrzawszy się, szczerzy w uśmiechu kredowe zęby._
_ROBESPIERRE_
To już przesada. Wyglądam jak gigantyczny przekwitły ostromlecz.
_FRYZJER_
To pańska zwykła fryzura. Tylko twarz panu wychudła i dlatego zapewne wydaje się…
_ROBESPIERRE_
Może być. — Poradźcież co na to; nie można zachować powagi na mój widok.
_FRYZJER_
Dziś już za późno. Jutro znów przytnę panu włosy. — Swoją drogą nikt wśród moich klientów nie ma tak gęstych. Grzebień w nich tonie.
_ROBESPIERRE_
/ po kilku sekundach /
À propos klientów — macie mnóstwo źródeł informacji. Podobno Wielki Sędzia znów kusi po nocach? Czyście co słyszeli?
_FRYZJER_
/ zakłopotany /
Słyszy się takie nonsensy…
_ROBESPIERRE_
No cóż takiego? Może to _ja_ mam być tą tajemniczą istotą obecnie?
_FRYZJER_
Na Boga! — Nie, do _tego_ jeszcze nie doszło…
_ROBESPIERRE_
/ już troszkę energicznie /
No więc?
_FRYZJER_
Powiadają, ż-że… że Danton.
/ Robespierre zastygł. Dotkliwa cisza. /
_ROBESPIERRE_
/ naturalnie, lecz zbyt monotonnie /
Skąd to macie…
_FRYZJER_
/ coraz bardziej nieswój /
Wybaczcie, obywatelu… nie mogę… to jest wo-wolałbym… nie…
_ROBESPIERRE_
/ obojętnie /
Mniejsza o to. lekkie pukanie Proszę!
/ Wchodzi Eléonore Duplay , 25 lat. Zatrzymuje się w drzwiach. /
_ROBESPIERRE_
Dzień dobry! Proszę wybaczyć, że nie wstaję. Niechże pani wejdzie…
_ELÉONORE_
/ podaje mu rękę i siada /
Wstał pan już? — Czy nie za wcześnie jednak?…
_ROBESPIERRE_
/ szczerzy zęby /
Za wcześnie… po pięciu tygodniach! — Zresztą, w taki dzień jak dziś trup by wstał.
_ELÉONORE_
Ale podłoga chwieje się jeszcze… prawda?
_ROBESPIERRE_
Troszkę — lecz to jej dodaje uroku. — Nie mogę się nasycić rozkoszą swobodnego ruchu. Mięśnie zmartwychwstają… Życie jest rzeczą nad wyraz przyjemną, proszę pani.
/ Fryzjer cofnął się o krok i mierzy swoje dzieło. /
_FRYZJER_
No — sądzę, że pan gotów.
/ Podaje mu lustro, które Robespierre lękliwie odpycha. /
_ROBESPIERRE_
Nie… wolę się nie widzieć. Dziękuję wam. — Jutro proszę już przyjść o zwykłej porze! Fryzjer kłania się i wychodzi. Robespierre obraca się w krześle, ręce do łokci opiera o poręcz i patrzy z nieokreślonym uśmiechem w oczy równie nieruchomej kochanki. Nagle wstaje i podaje jej dłonie Przywitajmy się, lwico. Eléonore wstaje spokojnie; obejmują się i całują. Lecz to jej nie wystarcza; opuszcza się z wolna na kolana, łasząc się twarzą i torsem o ramię, pierś, bok, biodro i udo przyjaciela. On stoi oparty o dość odległy stół — by nie stracić równowagi, gdy mu ramionami otoczyła kolana — i przegięty wstecz w postawie rozkosznie niewygodnej. Broni się — bez przekonania — lewą ręką. Dopiero gdy mu się uścisk osuwa poniżej biódr, chwyta powietrze trochę gwałtownie i prosi poważniej — Och, Léo… przestań. ona udaje oczywiście, że nie słyszy. Ciszej a intensywniej Przestań… przestań.
/ Odpycha ją prawie. Gdy wstała, przeciąga się niespokojnie całym ciałem. Potrząsa głową, jakby chciał coś z włosów strzepnąć. Końcem stopy zakreśla linie na podłodze. /
_ELÉONORE_
/ siada. Wesoło, lecz z ukrytą goryczą /
Prawda. Wykroczyłam przeciw twoim zasadom.
_ROBESPIERRE_
/ zdziwiony podnosi głowę /
Moim zasadom… ty?!
_ELÉONORE_
Jedną z nich w każdym razie umiejętnie wbiłeś mi w pamięć: „Wszelki objaw miłości przy świetle dziennym jest nietaktem w najgorszym guście”.
_ROBESPIERRE_
/ siada /
To agresywne zasady człowieka pracy — mnie, zmokłej kurze, tak dzisiaj obce!
_ELÉONORE_
Chwała Bogu. Już sobie i pazury ostrzyć zaczynamy. .. dla próby na sobie samym, przypatruje mu się Tak: jesteś zdrów. — Szkoda.
_ROBESPIERRE_
No _wiesz_…
_ELÉONORE_
/ delikatnie wzrusza ramionami /
Trudno, najdroższy: byłam szczęśliwa dzięki twemu cierpieniu. Tyś się skręcał w szponach malarii — za to ja miałam cię przez całe godziny, ba — przez dni i noce. Choroba nie szpeci cię nawet: z tym wyrazem tragicznej bierności było ci niezmiernie do twarzy. Siedziałam i uczyłam się twych rysów na pamięć. Nie pielęgnowałam cię: nie jestem żoną. Ładnie byś zresztą na tym wyszedł! W rękach mojej matki byłeś bezpieczny.
_ROBESPIERRE_
/ przypatruje się jej zamyślony /
Gdybym tylko mógł uwierzyć w ten twój metaliczny egoizm, lwico…
_ELÉONORE_
Przyjacielu: miłość to nie miłosierdzie.
_ROBESPIERRE_
/ podstępnie, po kilku sekundach /
A dzieci, dearest?…
_ELÉONORE_
/ zdumiona /
Dzieci? z podgiętymi kątami ust Człowieku: a na cóż mi nędzna karykatura, gdy mam oryginał? — Niech sobie natura zakłada wylęgarnie w innych ciałach — niezdolnych do szczęścia.
_ROBESPIERRE_
/ naiwnie zdziwiony /
Szczęścia?… — Ach, dwa lata temu chyba! z niesymetrycznie przeciągniętymi ustami Zapewne… nasze ówczesne wieczory… i noce… Nasze idylliczne plany — Great God! — Gdym myślał, że się spełnia swoją porcję rewolucyjnej roboty za rok lub dwa, a potem wraca do domu! — Léo: te czasy _minęły_!
_ELÉONORE_
W porównaniu do dziś byłam wówczas uboga
_ROBESPIERRE_
Kochałem cię wtedy. — Dziś jesteś mi środkiem nasennym.
_ELÉONORE_
Wiem.
_ROBESPIERRE_
Dziecko, ty kłamiesz! Tym gorzej, jeśli też i wobec siebie samej! Natura w tobie uczepiła się płonnej nadziei — i dla tego kłamstwa marnujesz swe cenne życie w sposób wręcz ohydny!
Léo: rewolucja potrwa z dwa stulecia. _Nigdy_ nie będę wolny, rozumiesz? Nigdy. Rząd dwudziestogodzinnych dni coraz cięższej pracy aż do samej śmierci. Dziś mam trzydzieści pięć lat… nim dobrnę do czterdziestki będę ruiną — niczym najrozrzuitniejszy pięćdziesięcioletni rozpustnik!
_ELÉONORE_
I cóż stąd, jedyny? Póki mogę cię widzieć choćby w przelocie — póty przesycasz mi życie niewypowiedzianą radością. Gdy mnie rzucisz — będę cię przecież widzieć co dzień z galerii Konwencji i klubu.
_ROBESPIERRE_
Kobieto: czy ty nie czujesz, jak cię taka niewola _poniża_?! Posłuchaj: rewolucja wchłania nie tylko mój czas — lecz całą moją istotę. Dziś już nie posiadam osobistego życia. Przestaję być człowiekiem: ludzka wrażliwość, ludzkie uczucia, pragnienia — wszystko to zsycha stopniowo i odpada w tej piekielnej temperaturze ześrodkowanego wysiłku. Staję się bezosobowym, potwornie rozszerzonym, rozognionym mózgiem. Dziś widzę, co się ze mną dzieje, bo mam czas… i aż mi nieswojo. — Dziecko: ja cię już nie kocham. Jesteś mi dosłownie _obojętna_! — Zważ: jedyna obecnie sposobność, by spędzić parę minut razem — to gorączkowe spazmy żądzy u mnie; spazmy, które są podłą męczarnią, a wynikają z bestialnego wyczerpania. Czy ty wiesz, Léo, że mi jest absolutnie wszystko jedno, kto mnie od tej udręki uwolni? — Czy wiesz, że cię nieraz pierwsza lepsza dziewka zastępuje… i że mi to nie sprawia różnicy? Że jeśli się do ciebie zbliżam — to tylko dlatego, że brak mi sił, by przejść kilka ulic i oszczędzić ci przynajmniej _tego_ poniżenia?…
Léo — człowieku — przecież to hańba! Szarpnij się, chociaż ci trudno — i uwolńże się nareszcie!
_ELÉONORE_
/ z lekkim westchnieniem /
Nie wysilaj się, carino. Czyż twoja w tym wina, że los przeznaczył mnie do twego użytku? Robespierre marszczy brwi. Ona uśmiecha się wąsko O co ty się trapisz? Przecie po to tu właśnie jestem, by ci oszczędzić wędrówek po mieście, gdyś zmęczony, i uchronić cię od zakażenia. — Gorszę cię? Nie, nie, chéri : choćbyś dobierał słów jeszcze zjadliwszych — nie zmienisz naturalnego faktu, że jestem twoją własnością. Cokolwiek od ciebie pochodzi — jest mi sensem istnienia, nie hańbą.
_ROBESPIERRE_
/ po krótkiej chwili /
Wstyd mi za ciebie.
_ELÉONORE_
Przesadzasz.
/ Znienacka chwyta mu rękę i całuje. W odpowiedzi Robespierre nachyla się nagle, ujmuje ją za głową i oddaje pocałunek w usta z intensywnością drapieżną. /
_ROBESPIERRE_
/ z głęboką szczerością /
Tak, przyjacielu — wstyd mi za ciebie: to fakt. — Ale równocześnie mogę odczuć twą wspaniałość… dziś, gdy po pięciu tygodniach wypoczynku — człowiek we mnie nieśmiało próbuje się ocknąć. — Za dwa tygodnie… będziesz mi znów już tylko ciałem kobiecym… pod ręką. — Och, jacyście wy szczęśliwi — ludzie prywatni!… I jakże ciebie straszliwie szkoda, Léo!
_ELÉONORE_
Ale te dwa tygodnie, Maxime — darujesz mi! — Powiedziałeś wyraźnie!
_ROBESPIERRE_
/ patrzy przez okno /
/ Wyjmuje pilnik, siodełko etc. i zaczyna umiejętnie piłować paznokcie. /
_ELÉONORE_
/ prawie przestraszona /
Jak to… sądzisz, że się wyliżesz za cztery dni?
_ROBESPIERRE_
Przecie już mi nic nie jest. Za to — jestem maniakalnie spragniony _waszego_ życia. Chorobliwie: jak pijak, gdy mu odmówią alkoholu…
/ Pukanie. Wstaje i podchodzi do drzwi. /
_GŁOS_
/ podrostka, który podaje korespondencją przez drzwi /
Listy dla pana. Tu depesza z Komitetu Bezpieczeństwa.
/ Całkowicie zaabsorbowany Robespierre niecierpliwie przerzuca listy stojąc przy stole. Na końcu rozdziera depeszą. /
_ELÉONORE_
/ zaniepokojona, nieśmiało /
Maxime, pow…
_ROBESPIERRE_
Psssst, _poczekaj_…
_ELÉONORE_
/ półszeptem /
Żmijo!…
_ROBESPIERRE_
/ muzykalnym świstem zbiega gamę chromatyczną. Czyta parą słów dalej; podnosi raźno głowę /
Już po moich wakacjach, Léo.
/ Eléonore opuszcza powieki. Odwraca się spokojnie twarzą do okna. /
_ROBESPIERRE_
/ mówi i czyta równocześnie /
Za pół godziny… muszę… być w Ko-mitecie… odrywa na chwilę oczy Więc proszę cię o filiżankę kawy. Jeśli chleba nie ma, to nic nie szkodzi.
_ELÉONORE_
Natychmiast.
/ Robespierre podnosi oczy i śledzi ją z uśmiechem trochę smutnym, aż znika za drzwiami. Wtedy siada i zamyśla się, wpatrzony w ścianę przeciwległą. Twarz mu się ścina. — Pukanie ułożone w rytm. Na monosylabiczną odpowiedź wkracza do pokoju Saint-Just. /
_SAINT-JUST_
Jesteś przytomny — wstałeś nawet. To całe szczęście, zasiada, nie czekając na zaproszenie. Robespierre podejmuje pilnik na nowo Czy dostałeś zeznanie Haindla?
_ROBESPIERRE_
/ znad swej pracy wskazuje depeszę skinieniem w bok /
A jakże. Dopiero co.
_SAINT-JUST_
Widzisz, że miałem rację? — Gdybyś mi był dał wolną rękę tydzień temu, mielibyśmy dziś spokój. A Bóg wie, co z tego teraz będzie.
_ROBESPIERRE_
Nic się nie stało ani nie stanie. To tylko hebertyści.
_SAINT-JUST_
/ opiera się wstecz /
Tylko!…
_ROBESPIERRE_
Tylko. Puste pałki są nieszkodliwe, nawet gdy chcą wysadzać Paryż w powietrze. Rozwiążemy Armię Rewolucyjną, a Vincenta osadzimy w więzieniu. Voilà tout .
/ Milczenie. Saint-Just przypatruje mu się krytycznie. /
_SAINT-JUST_
Maxime — wstrzymywałem się dotąd od indagacji — ale zaczynasz mnie niepokoić. Skąd ta podejrzana skłonność do pół- i ćwierćśrodków — u _ciebie_?!
_ROBESPIERRE_
Moja niechęć do przelewu krwi, chciałeś powiedzieć? — Synu, bo stoimy na samej granicy terroru. Jesteśmy zmuszeni tępić fałszerzy, skupywaczy, zdrajców. A jeśli się tego straszliwego środka nie opanuje — nie zdoła pohamować jego tendencji do potęgowania się — to każdy nowy krok jest krokiem ku katastrofie.
_SAINT-JUST_
Lecz skoro nie ma innego środka wewnętrznej obrony?
_ROBESPIERRE_
Gdy nie ma — to trudno. Ale uczniak Vincent, raz, nie jest niebezpieczny — po wtóre, jest, lub był, działaczem rewolucyjnym. To znaczy, że dla pewnego procentu ludności — jest _wodzem_. A piętnować i tracić wodzów, przyjacielu — to niszczyć rewolucję w samym rdzeniu jej życia: w duszach ludzkich. Bo wtedy ludzie _tracą wiarę_.
Radzę ci pomedytować nad tymi dwoma słowami.
_SAINT-JUST_
/ po chwili /
Gdyby szło o Collota, powiedzmy… ale Vincent! Za nim idzie kilkudziesięciu zatraceńców w najgorszym razie.
_ROBESPIERRE_
Wystarczy, gdy zwątpienie zgasi kilkadziesiąt dusz. Bo zwątpienie szerzy się jak dżuma. Wiara — przebudzenie się ludzkiej duszy w zwierzęciu roboczym — to słaby płomyk. Jeśli jej nie będziemy strzec jak Ciała Pańskiego — możemy dożyć dnia, gdy zniechęcona Francja jednogłośnie zażąda powrotu do chlebodajnej niewoli. A co wtedy, Saint-Just? odkłada pilnik i wpatruje się w przyjaciela z skośnym, asymetrycznym uśmiechem Wyobrażasz sobie naród francuski zmuszony być wolnym pod presją armat rewolucyjnego rządu?…
_SAINT-JUST_
/ po chwili pustego milczenia /
To dedukcje bez miary, uwieszone na włosku. Dla przyszłego stulecia — nie można poświęcać jutra.
_ROBESPIERRE_
/ podpiera nagle głowę na obu dłoniach, jakby mu przybrała na wadze /
Komunały są czasem… oślepiające. Eléonore wchodzi, przynosząc śniadanie. Witają się przyjaźnie z Saint-Justem, Robespierre wstaje i pomaga jej nakryć Dziękuję ci serdecznie… co, prawdziwy chleb?! Ulubienico bogów, bądź błogosławiona! Antoine, cukru oczywiście nie ma — czy mam cię gościć tą smołą?
_SAINT-JUST_
Będę ci wdzięczny. Nie spałem; jestem zmęczony i zły.
/ Eléonore exit. /
_ROBESPIERRE_
/ nalewając kawę /
Wszystko jedno, Saint-Just. W tym wypadku — dobro Republiki nie wymaga ofiar ludzkich. Nie traćmy proporcji z oczu.
_SAINT-JUST_
/ podczas gdy tamten zabiera się do krajania chleba — pije łyk w zamyśleniu, po czym opiera się o poręcz /
Pozwól zatem, że uzupełnię informacje Haindla dwoma drobnymi faktami:
Po pierwsze: chodzą wiarygodne pogłoski, że Desmoulins napisał nowy numer — to by był siódmy — w którym otwarcie wzywa ogół do buntu przeciw Komitetom; po drugie: od trzech dni Paryż szepce o bliskim przewrocie i o dyktaturze Wielkiego Sędziego jako o rzeczy… prawdopodobnej.
A pamiętasz, prawda, że pierwotny Wielki Sędzia — którym miał być Pache — został uroczyście wyśmiany przez całe miasto.
Sapienti sat.
_ROBESPIERRE_
/ już przy pierwszej rewelacji odłożył nagle bochenek i nóż. Stoi wyprostowany z rękami na stole; zmarszczył nieco brwi. Gwałtownie /
Tym razem kto?…
_SAINT-JUST_
Nikt nie wymawia nazwiska. Czyli że…
/ Pije, bierze sobie ukrajaną kromkę, ale obserwuje przyjaciela bezustannie. /
_ROBESPIERRE_
/ odrywa się szarpnięciem od stołu, odchodzi ku oknu. Z głębi serca, po krótkiej chwili /
Przeklęta banda!! wraca z wolna Tak. To samo mówił mi fryzjer — wykrztusił nawet nazwisko, zatrzymuje się Nie uwierzyłem… półgłosem, w którym tętni krzyk Czy ten cham oszalał?! Ratować własną skórę za cenę katastrofy państwowej… pada na krzesło. Szeptem Wielki Boże!…
_SAINT-JUST_
Pij, bo wystygnie.
_ROBESPIERRE_
/ przyjrzał się kawie dokładnie, ale jej nie rusza. Spokojnie /
Skoro hebertyści są na żołdzie Dantona — to rzeczywiście nie ma rady. Trzeba będzie poświęcić czterech wodzów, żeby go rozbroić. Zabiera się do śniadania z determinacją, bo bez apetytu.
_SAINT-JUST_
Maxime — mówię do dawnego, nieugiętego Robespierre'a: oszczędzimy społeczeństwu wiele, jeśli poślemy Dantona razem z Vincentem. Od razu.
_ROBESPIERRE_
/ obraca się sztywnie /
Danton jest nietykalny, Saint-Just.
_SAINT-JUST_
Człowiek, co sprowadził na Paryż te trzy tygodnie głodu — musi zginąć na szafocie już za to jedno, jeśli sprawiedliwość rewolucyjna istnieje.
_ROBESPIERRE_
/ przeciąga kurczowo usta, podnosi jedną brew — bardzo cicho, a tonem jak kwas siarkowy /
Sprawiedliwość rewolucyjna!!… patrzy wprost przed siebie, pochylony jakby pod uciskiem na karku. Naraz uprzytomnił sobie, że daje zgorszenie i opanowuje się Danton jest nietykalny, bo Danton — to Człowiek Dziesiątego Sierpnia. Idiotyczny jak zawsze przypadek _jego_ właśnie — obrał za symbol. Nie dla jakiegoś procentu ludności: dla całej Francji. Stracić go, to wyprzeć się samych podstaw Rewolucji. zrywa się w niepokoju graniczącym z popłochem. Krąży nerwowo Ale na tym nawet nie koniec… stracenie Dantona sprowadziłoby sytuację bez wyjścia… szereg logicznie koniecznych klęsk… dosłownie samobójstwo Republiki!… przystaje nagle. Ściska dłonie; powieki mu drgają Całe szczęście, że Danton nie jest — w gruncie rzeczy — niebezpieczny.
/ siada /
_SAINT-JUST_
/ literalnie uszom nie wierzy /
Coś ty powiedział?…
_ROBESPIERRE_
/ jedząc i pijąc /
Danton nie jest niebezpieczny, bo jako umysł — jest zerem. Sam czyn, choćby nie wiem jak krwiożerczy, a nie ożywiony ideą — jest tak groźny jak pięść rozsierdzonego dziecka, co bije w stalową ścianę. Ani pucze Vincenta, ani tchórzliwe okropności Dantona nie zachwieją Republiki. Niebezpieczna jest dopiero przewrotna _myśl_ w ponętnych słowach.
_SAINT-JUST_
Mój drogi: a więc… Desmoulins?…
_ROBESPIERRE_
/ definitywnie traci apetyt /
Tak… Desmoulins. pauza Ten ci umiał dorobić Dantonowi ideę, aż miło… akurat taki sentymentalny a sensacyjny absurd, jakiego potrzeba, żeby masy całe zaślepić… Ten osioł, Chryste Panie! — Utalentowane niemowlę!…
_SAINT-JUST_
/ ostrzej /
Regaliści nie kryją się już ze swym uwielbieniem dla tego renegata Rewolucji. Urządzają mu publiczne owacje… naraz groźnie Desmoulins pójdzie pod nóż, za twoją zgodą… lub bez.
_ROBESPIERRE_
/ z wolna obraca głowę. Parę sekund zmagania się dwu woli /
— Nie. znów zaciekła przerwa Nie urządzimy bezmyślnej jatki, póki istnieje prostszy sposób.
_SAINT-JUST_
/ zdławionym głosem /
Wiesz, chciałbym go poznać, ten twój prostszy sposób.
_ROBESPIERRE_
/ wstaje coraz silniej podniecony. Zaczyna drżeć co parę sekund. Obejmuje napiętymi dłońmi ramiona na wysokości deltoidów, chcąc je ogrzać /
Chodzi tylko o to, prawda, żeby zamknąć Camille'owi buzię. — Każemy zatem aresztować jego wydawcę, Desenne'a. Numer siódmy nie wyjdzie, a fakt aresztowania napędzi gorliwym czytelnikom „Vieux Cordeliera” nieco zbawiennego strachu. Równocześnie hebertyści pójdą przed sąd; więc jeśli się Danton teraz nie opamięta — to znaczy, że jest niepoczytalny. ścina zęby, trzęsąc się Zachowajmy my przynajmniej głowę na karku, Antoine, gdy histeria strachu ogarnia jednego po drugim. I na miłość boską, nie dajmy zamienić placu Rewolucji — w szlachtuz. Bo to symptom paniki rządu, przyjacielu!
_SAINT-JUST_
/ po głębokim namyśle /
Wiesz, Maxime… ja znowu radzę ci pomedytować nad dwoma wierszami, które Camille w tym nowym numerze podobno tobie poświęca: „Jeśli nie wiesz, czego czasy żądają, i nie słyszysz głosu wołających faktów… ineptus esse diceris”.
_ROBESPIERRE_
/ rozweselony /
To _on_ — do _mnie_ powiedział? Właśnie _on_! Bezczelność tego cudownego dziecka nie zna granic. — Wwww! Czy się naprawdę tak zimno nagle zrobiło? Podaj mi surdut z łaski swojej!
_SAINT-JUST_
/ podaje /
Co, zimno?! stoi tak blisko, że czuje anormalnie gorącą atmosferą ciała To znaczy, że znów masz gorączkę. Niech cię anieli…
_ROBESPIERRE_
To nic. Przejdzie.
_SAINT-JUST_
Przejdzie! — Trudno. Dam radę sam. Collot nie waży się chyba oponować.
_ROBESPIERRE_
/ wciąga płaszcz i rękawiczki /
Nie. Mój powrót może nam zapewnić przewagę. opiera się miękko o futrynę drzwi Cztery dni!!…
_SAINT-JUST_
/ posępnie /
Majaczysz?
_ROBESPIERRE_
/ wybucha śmiechem, co niekoniecznie uspokaja przyjaciela /
_Teraz_ już nie, najmilszy… właśnie wytrzeźwiałem.
_SAINT-JUST_
/ wychodząc za nim /
No… daj Boże.
więcej..