Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Sprawa Dantona - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 lutego 2026
4,50
450 pkt
punktów Virtualo

Sprawa Dantona - ebook

Klasyczny tekst w nowoczesnej formie ebooka. Pobierz go już dziś na swój podręczny czytnik i ciesz się lekturą!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7991-601-6
Rozmiar pliku: 590 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ODSŁONA I

Na ulicy przed sklepem piekarza. Na narożniku jaskrawy afisz. Zmrok poranny. Mularz, człowiek powyżej czterdziestki, tuż u drzwi; Szpicel, wiek nieokreślony, spaceruje bez celu na przestrzeni przed drzwiami.

_SZPICEL_

/ niepotrzebnym szeptem /

Widzieliście, obywatelu… afisz?

_MULARZ_

/ głośno, niechętnie /

Co znowu za afisz?

_SZPICEL_

O, tam na rogu… znów przylepili po nocy, psiekrwie!…

_MULARZ_

A niechże sobie… mało ich to ponalepiali od Nowego Roku? Dla nas afisz nie nowina.

_SZPICEL_

Ależ obywatelu, to _oni_… to Wielki Sędzia!

_MULARZ_

Wielki Sędzia! — Tydzień jak Wielki Sędzia poszedł z dymem. Jeszcze się po nim całowali.

_SZPICEL_

No a tam macie go znowu! — Ej, obywatelu: Wielki Sędzia to nie byle kto! jeszcze ciszej Wam plotą, że to niby ma być Pache… Poczciwiec Pache! Noworodek Pache! — A ja wam powiadam, oby…

_MULARZ_

A stulisz ty nareszcie pysk z tym twoim Wielkim Sędzią? — Co mnie to obchodzi, czy to Pache, czy nie Pache robi z siebie zatraconego durnia?

_SZPICEL_

Ależ nie złośćcie się tak od ra…

_MULARZ_

/ dowiaduje się /

Pudziesz?

/ Szpicel daje za wygraną. Odchodzi i kręci się dookoła przybywających: Madeleine, ok. 30 lat i Suzon, 15 lat. /

_SUZON_

/ zatrzymuje się pod afiszem /

Ooo, Madeleine! Chodź no, zobacz! Znowu afisz!

_MADELEINE_

/ przystaje za Mularzem /

Ech, to zwykły…

_SUZON_

Gdzie tam zwykły! Dokładnie to samo, co dawniej… zachwycona Słuchaj: „Obywatele! Znosicie od dwu lat rządy Konwencji, a z każdym miesiącem trudniej wam o chleb. Obywatele! Nie dajcie sobie zamydlić oczu! Wiedzcie, że w łonie Konwencji — na samym stoku niezachwianej „Góry” — czają się zdrajcy: tygrysy, co poże…”

_MADELEINE_

/ gwałtownie /

Nie czytaj tych bredni! Chodź tu, bo ci zajmą miejsce!

/ Nadchodzą: Blondyn, Inteligent, Drukarz, 30–40 lat. Wyścigi między Blondynem a Suzon; dziewczynka przegrałaby, lecz Szpicel broni jej miejsca. /

_SZPICEL_

/ w napoleońskiej pozie /

Przepraszam. To rezerwowane miejsce kobiety.

/ Ustępuje Suzon, która mu dziękuje roztargnionym skinieniem. /

/ równocześnie /

_BLONDYN_

Co takiego?!…

_SZPICEL_

Dla prawdziwego sankiuloty rezerwowane miejsca kobiet są nietykalne.

_DRUKARZ_

Oj… a cóż będzie w takim razie z przyszłością narodu?…

_SUZON_

/ półgłosem /

Madeleine — Madeleine — więc przecież coś z tego będzie!

_MADELEINE_

/ szeptem /

Suzon, będziesz ty cicho nareszcie?

_DRUKARZ_

/ obojętnie /

Widzieliście? Hebertyści znów chcą nam głowy zawracać.

_MULARZ_

Ci panicze z Biur Wojennych sądzą, że nam _jeszcze_ mało rozruchów i strzelania, i gilotyn!

_BLONDYN_

To wszystko ten wariat Vincent: ma ci smarkacz armię po to, żeby Paryż żywić; tymczasem jemu się zachciewa Konwencję tą armią burzyć! — Bodaj czy mu się nawet korona nie marzy…

/ Dochodzą: Młody Inwalida, Elegant, Student i Stary Zegarmistrz. /

_INTELIGENT_

/ trochę tajemniczo /

Więc wam się zdaje, że to Vincent tak minuje Paryż od trzech miesięcy? Że to Vincent zamierza się na rząd, ba — na sam Wielki Komitet? Vincent?…

_ELEGANT_

No a kto? Hébert może? Ha, ha!

/ śmiech /

_BLONDYN_

Albo Pache?

/ wzmożona wesołość /

_INTELIGENT_

Hébert i Pache to pionki, a Vincent — to młodziutki generalik o ptasim mózgu. Inwalida marszczy się groźnie Nie takiej to musi być miary, kto śmie podnieść rękę na Komitet Ocalenia Publicznego — dziś, gdy ten Komitet literalnie kraj na plecach niesie i kieruje polityką Europy…

Moi drodzy: w Paryżu, a może na całym świecie, jest jeden tylko człowiek, co by się na to ważył — Ale to nie Vincent.

_SZPICEL_

Tylko?… Wyostrzyliście nam ciekawość, obywatelu…

/ Inteligent spostrzega się, kim jest ten człowiek i milknie przerażony. /

_SUZON_

/ namiętnie /

Kto to taki? To ten ma być Wielkim Sędzią, prawda? Kto to?…

/ Napięte milczenie. Inteligent wskazuje oczami na Szpicla. /

_DRUKARZ_

/ zamyślony /

Wszystko jedno: tę Konwencję warto by raz gruntownie wyczyścić — nawet za cenę rozruchów. O, jakżeśmy odbiegli od dziewięćdziesiątego drugiego! Dzisiejszy rząd to istne bagno korupcji i fałszer…

/ Inteligent szczypie go z miłości bliźniego. Wiadomość o Szpiclu rozchodzi się znakami i sprowadza milczenie powszechne. By odwieść uwagę Szpicel zbliża się do Suzon. /

/ równocześnie /

_BLONDYN_

/ po przykrej ciszy /

Ale co to się znów z tym chlebem stało? Już od trzech tygodni było zupełnie dobrze, a tu raptem masz — stój znów w ogonkach przez dzień i noc!

/ Dochodzą w odstępach: Starsza Dama, Gospodyni, pięć kobiet i sześciu mężczyzn. /

_INTELIGENT_

/ jeszcze blady /

A cóż, obywatelu — wojna.

_DRUKARZ_

To nie wojna, to te cholery skupywacze! Na nic policja; na nic gilotyna; bezczelne to jak szczury.

_BLONDYN_

Ci to mają zyski dopiero! Raz z swego rzemiosła świńskiego, a potem to im Jego Brytyjska Mość Pitt drugie tyle płaci, że morzą rewolucję głodem…

_ZEGARMISTRZ_

Jak płaci tym, co zarażają Konwencję, a w nas niszczą resztki wiary…

_STUDENT_

/ cicho /

Wiecie, co mnie się zdaje? Ten nagły głód nie jest naturalny. Wywołują go umyślnie ci, co chcą rząd wywrócić: głodzą nas w tym celu jak zwierzęta na arenę!

/ niedowierzanie — oburzenie — poparcie, wciąż stłumione i z bacznym okiem na flirtująceg Szpicla /

_SZPICEL_

Cóż wy taka smutna, obywateleczko? Narzeczony na wojnie, co?

_SUZON_

Proszę mi dać spokój.

_SZPICEL_

Nie gniewajcie się, panienko; ja was przecież chcę pocieszyć…

_SUZON_

/ krzyczy /

Proszę odejść!

_MADELEINE_

Wynoś się pan!

_SZPICEL_

Obywatelko, ja nie do was. Ja do tej _młodej_ panienki.

/ szamotanie /

_MULARZ_

/ silnie trącony przez Szpicla chwyta go za kołnierz i rzuca /

Kundlu parszywy, znoś mi się stąd!

/ błyskawiczne porozumienie wśród innych /

_INTELIGENT_

/ do wracającego Szpicla /

Gdzie wasze miejsce?

_SZPICEL_

Wszędzie. Ulica jest dla wszystkich.

_DRUKARZ_

Poza rzędami nie wolno się wałęsać.

_SZPICEL_

/ nadrabia miną /

Niby co? A kto mi zakaże?

_DRUKARZ_

Ja!

/ poparcie /

_ELEGANT_

I potrafimy wyegzekwować rozporządzenie!

/ Onieśmielony Szpicel próbuje się wcisnąć za Suzon. /

_INTELIGENT_

O, nie! Trzeba było stać tu od początku!

_DRUKARZ_

/ wyciąga go i rzuca, ku nieukrywanej radości Suzon /

Dalej, na sam koniec!

/ Szpicel ponawia próbą kilkakrotnie, lecz daremnie, staje wreszcie na końcu, ledwo widoczny. Po pewnym czasie znika. /

_BLONDYN_

No, nareszcie! O, ale jacyśmy jeszcze nieostrożni!

/ Nagle dzwon zaczyna bić. Znieruchomiała cisza. /

_INTELIGENT_

/ cicho /

Cóż to znaczy… o tej porze?

_MADELEINE_

/ szeptanym krzykiem /

Na trwogę!!!

_BLONDYN_

Dobranoc. Mamy insurekcję.

/ po zdrętwieniu wzrastające poruszenie /

_SUZON_

/ w napięciu /

Wiedziałam, że dziś się coś stanie!…

_KOBIETA A_

/ w krzyk /

Prędko, do domu!

/ Zamieszanie. Nikt nie chce pierwszy opuścić miejsca — nuż to pusty alarm, a chleb przepadnie. Crescendo accelerando molto : /

_MĘŻCZYZNA A_

No a chleb?!

_KOBIETA B_

Ma być nowa rzeź! Jak we wrześniu!!

_KOBIETA C_

Teraz to bandy Vincenta! Będzie gorzej!

/ Krzyk zlewa się w chaos: /

_KRZYK_

Prędzej! — Do domów! — Wracajmy! — Okiennice i bramy! — Uciekać!! Rzeź!!! — A chleb?! — Stratują nas! — Muszę mieć chleb! — Nie ruszę się! — A niechże rżną: muszę — mieć — chleb!!!

/ Dzwon milknie; napięcie bez tchu, potem westchnienie ulgi i wybuch nerwowej wesołości. /

_MULARZ_

/ do kobiet na końcu /

Idiotki!

/ wesołe wyzwiska kumoszek /

_SUZON_

/ z westchnieniem /

Szkoda!

_INWALIDA_

To nowa rekwizycja dzwonów. Próbują dla wyboru. — Tym razem mają podobno już brać i z Notre-Dame.

_DAMA_

Rekwizycje — pobory — zimno — głód — i nasi synowie, co giną setkami dzień w dzień. — Czyż się ta wojna nigdy nie skończy?

_BLONDYN_

A spytajcież się Komitetu Ocalenia, czemu nie chce zawrzeć pokoju!

_INTELIGENT_

Ładnie byśmy wyszli wszyscy razem na pokoju przedwcześnie zawartym, podyktowanym przez wroga!

_STUDENT_

/ zapalczywie /

Myślicie, że Komitet dla sportu wojnę prowadzi, czy co? Albo o jakiś kawałeczek gruntu, jak królowie?!

_ELEGANT_

Wszystko jedno. Dawniej rewolucja była weselsza. Teraz stała się ponura i nudna.

/ ciche oburzenie u Drukarza, Studenta i Zegarmistrza /

_INWALIDA_

O, to prawda! O ileż było weselej w dziewięćdziesiątym drugim! Dziesiątego sierpnia… Wiecie, tej jednej godziny na placu Karuzeli, gdy mi łapę przetrącili — nie oddałbym za sto zdrowych ramion. Wojna na ulicy, to… to sam raj.

/ śmiech i oburzenie /

_INTELIGENT_

/ przyjaźnie /

A dla kogo walczycie i o co, to już was nie obchodzi, prawda?

_INWALIDA_

Pewno, że obchodzi! Myślicie, że wesoło bić się pod szpicrutą oficera o jakieś osobiste rodzinne nieporozumienia między królami — dla których jesteśmy towarem tańszym od koni? O, nie, mój panie! To jednak nie to samo, co z _własnej woli_ stawiać i wywracać barykady o Prawa Człowieka!

_ZEGARMISTRZ_

Prawa Człowieka! — To była cztery lata temu wiara, dla której _każdy_, bez wahania, oddawał życie, a nawet mienie. Tymczasem cztery lata minęły; cierpimy i walczymy bez wytchnienia; a co zdobędziemy, to zagrabią albo zmarnują nasi przedstawiciele. — Rząd wolnościowy! Wodzowie wolnego ludu! Człowiek, co zyskał władzę, z miejsca staje się świnią, wszędzie i zawsze; wszystko jedno, czy siedzi na tronie, czy w Konw…

/ Szmer oburzenia i przestrachu wzbudzony już w połowie przechodzi w stłumiony krzyk i przerywa. /

_GŁOSY_

/ wszyscy oglądają się trwożliwie za Szpiclem /

Czy on oszalał?! — Zmiłujcie się! — Wstydziłbyś się! Człowieku, miejże rozum! Głową to przypłacisz!

_ZEGARMISTRZ_

Głową? Wielkie nieszczęście! Dla człowieka, co stracił wiarę, śmierć nie taka straszna!

_INTELIGENT_

Pocieszcie się, obywatelu: rewolucja nie zboczyła z drogi. Lecz Praw Człowieka nie można wywalczyć w sześć tygodni — po tysiącleciach niewoli.

_STUDENT_

/ do Zegarmistrza /

Pańska rozpacz to dezercja — rozumie pan? Walczymy dopiero cztery lata; i będziemy walczyć do samej śmierci. Nie o nas chodzi, o nie! Chodzi o swobodę ludzkiego rozwoju — może dopiero dla naszych prawnuków!

/ Szpicel znów się pojawia. /

_GOSPODYNI_

Łatwo wam gadać, paniczu. Gdybyście mieli rodzinę do wyżywienia — myślelibyście inaczej po takich czterech latach.

_STUDENT_

/ przyjaźnie, wskazuje oczami na Szpicla /

Ale nie myślałbym głośno, obywatelko.

_INTELIGENT_

A Konwencję należy podziwiać, zamiast mieć do niej małostkowe pretensje. Cóż stąd, że wśród siedmiuset deputowanych jest parę głupców i łotrów? Cóż oni znaczą — wobec jednego Robespierre'a na przykład?

/ To nazwisko działa jak lekki prąd elektryczny. /

_DRUKARZ_

To fakt: odkąd on chory, rewolucja zwalnia biegu i zaczyna się chwiać.

_STUDENT_

/ żarliwie /

To człowiek wyjątkowy. Jedyny umysł zdolny objąć całokształt sytuacji i to pod każdym kątem widzenia; a przy tym czysty.

_MULARZ_

Właśnie. Bo zresztą, jak który bystry — to złodziej…

_DRUKARZ_

/ szeptem /

Jak „Człowiek Dziesiątego Sierpnia”…

/ oburzenie Blondyna /

_MULARZ_

…a często także i zdrajca. — Tymczasem jemu jednemu można zaufać naprawdę.

_STUDENT_

Rządzi lepiej niż najlepszy król; lecz o dyktaturze nie pomyśli nawet!

_BLONDYN_

/ groźnie /

No, niechby tylko spróbował! — Ale on się już wysłużył, moi drodzy.

_STUDENT_

Oszalałeś?!

_INWALIDA_

Tak, to prawda! Chaumette też mówi, że to człowiek zużyty; i ma zupełną rację!

_BLONDYN_

Rewolucja dawno ukończona; teraz potrzeba Republice pokoju i swobody; tymczasem on przeciąga wojnę, przeciąga terror, wyczerpuje i zniechęca naród…

_DRUKARZ_

Aha, ten chodził do szkoły Dantona!

_INWALIDA_

Idioto! Jest wręcz przeciwnie; Robespierre był dobry, póki starczyły środki łagodne. Za to dziś trzeba _energii_! Dziś trzeba środków radykalnych, których on się boi — inaczej kontrrewolucja zarazi cały kraj, jak już zaraziła Konwencję…

_BLONDYN_

Wolę ja szkołę Dantona od szkoły Héberta! To wy, zdrajcy, nas głodzicie! Takie to te wasze radykalne środki!

/ Zanosi się na starcie. Uwagę odwodzi nadejście konwoju egzekucyjnego ze skazańcem. Konwój ma wejść w przecznicę, zastawioną przez czekających. Musi się więc zatrzymać, a rząd przesuwa się z trudem, gdyż silniejsi wypychają słabszych za lada drgnieniem. /

_BLONDYN_

/ cicho /

O — albo patrzcie na to. Czy to ma sens? Dzień w dzień kogoś prowadzą. Przecie już się mdło robi na samą myśl o tej wiecznej jatce publicznej! I czemu ten wasz Komitet nie przestanie?

_ELEGANT_

Hej, co to za jeden?

/ Milicja ignoruje pytanie. /

_INWALIDA_

Gadajcie: co to za jeden?

_ŻOŁNIERZ_

Emigrant; ale co wam do tego?

_SZPICEL_

/ zbliża się /

Co nam do zbawienia Ojczyzny, hę? Co nam do tego?

_INTELIGENT_

Cóż to, na piechotkę dla odmiany?

_ŻOŁNIERZ_

Jak jeden, to po co go wieźć? Zdrów jest, może iść.

_SZPICEL_

Pewno — w jedną stronę może iść. — Ale z powrotem będzie trudniej… co, panie hrabio? Na piechotkę — z powrotem?…

/ śmiech dwu-trzech osób, krótki, bo bez rezonansu /

_MĘŻCZYZNA B_

Czemużby nie? O tak, główkę pod pachę i dalej!

/ Konwój rusza. /

_SUZON_

/ drżącym głosem /

O mój Boże… a on taki ładny… biedaczek!

/ Trochę przychylnego śmiechu — lecz na ogół nastrój niechętny. Konwój mija. /

_DAMA_

O tak — to rzeczywiście smutny widok…

_STUDENT_

Raczej dziękujcie Bogu za energię i czujność Komitetów! Więc wolelibyście, żeby asygnaty spadły do wartości starego papieru? Żeby każdy mógł żądać tysiąc funtów za wiązkę drzewa i okradać was z tej odrobiny jadła, jaką przynajmniej teraz dostajecie?!

/ Dwaj uzbrojeni żołnierze Armii Rewolucyjnej pukają do okiennicy i ustawiają się po obu stronach wejścia. /

_GŁOSY_

/ szmer ulgi, radości /

Nareszcie! — Trzy godziny każą nam czekać! — Byleśmy tylko wszyscy dostali…

/ Piekarz otwiera. Okrzyk radości; wchodzi Mularz. /

_SUZON_

/ cicho do towarzyszki /

Co to za jedni?

_MADELEINE_

Toś ty jeszcze nigdy w ogonku nie stała? — Armia Rewolucyjna. Żołnierze Vincenta.

_SUZON_

A oni nam po co?

_BLONDYN_

Utrzymać porządek. — Zobaczycie, jaki oni ten porządek utrzymują.

/ Mularz wraca; wchodzi Madeleine. Zatrzymują Mularza, czepiają się go. /

_GŁOSY_

Ile tam jeszcze sztuk? — Ile bochenków? — Ile on tam ma? — Czy starczy dla wszystkich? — Czy jest dość?

_MULARZ_

/ uwalnia się /

A czy ja wiem? Nie liczyłem!

/ Odchodzi. Tłum w napięciu. /

_KOBIETA A_

/ półgłosem /

To znaczy, że za mało!…

/ Szmer niepokoju. Powstaje elektryczne naprężenie gotowości. /

_MADELEINE_

/ wybiega; szeptem do Suzon /

Spiesz się — już tylko siedem sztuk!

/ Exit. Podsłuchana wiadomość spływa błyskawicznie wzdłuż rzędu szeptem — który prawie natychmiast przechodzi w krzyk. /

_GŁOSY_

Siedem sztuk — siedem bochenków — co, _znowu_! — Prędzej, do środka! _Mnie_ się należy!! — Ja _muszę_ dziś dostać!!!

/ Nim Suzon dobiegła do drzwi, rząd się rozsypał. Koniec rzuca się naprzód; za nim wszyscy. Piekarz zatrzasnął drzwi, przygniatając rękę jakiejś kobiecie. Przeraźliwy krzyk bólu. Tłum rozwścieczony dusi się pod drzwiami. Jęki, krzyk, przekleństwa. Wreszcie wyskakują poszczególne głosy: /

_DRUKARZ_

/ wskazuje na posągowych żołnierzy /

My się zabijamy… a ci tu, psiakrew, stoją jak malowani, widzicie ich!

/ Tłum zluźnia się nieco i orientuje zgodnie przeciwko nim, lecz na razie bez zaczepności. /

_GŁOSY_

/ zirytowane, lecz dobroduszne /

No, ruszcie się, ruszcie — dalej! — A radźcież nam teraz, od czego wy jesteście? — Armia Rewolucyjna! — Im tylko przewroty w głowie! — Wypchać by was, jednego z drugim, a waszych Vincentów też! — Żeby który bodaj palcem kiwnął… — Gadajcie przynajmniej: co mamy robić?!

_ŻOŁNIERZ_

I wynoście się do domów, marsz!

/ Szmer zdumienia — ryk wściekłości. Tłum przybiera postawę agresywną, naciera nawet, lecz nie śmie atakować. /

_KRZYK_

Oni naumyślnie! — Łapówkę wzięli, żeby nas nie wpuścić! Kreatury zdrajców!

/ Drukarz zamierza się na żołnierza; ten nastawia bagnet. Ostry krzyk przerażenia. Tłum odskakuje od broni jak zgłodniałe psy od bata: o krok. Jest stosunkowo ciszej, gdyż furia i strach tłumią teraz głosy. Groźne zawieszenie po obu stronach. /

_KRZYK_

Z bagnetem na lud!… Pitt ich opłacił! — Bydlęta! — Świnie! — Banda!— Do stu piorunów, ja chcę _chleba_! kobieta: A wyrwijże im który te rożna!

/ Nie ma rezonansu: tłum jest bezbronny, nie wie, co począć. /

_INWALIDA_

/ znajduje wyjście /

Wywalić drzwi!!!

/ Zawieszenie momentalnie przechodzi w akcję. Tłum zmienia orientację ku uldze żołnierzy, którzy też nie bronią nowego jej celu. Owszem, ostentacyjnie opuszczają broń. Krzyk się wzmaga. /

_KRZYK_

/ jaskrawszy /

Wywalić! — Tam mnóstwo chleba! — To skupywacz! — Wywalić! — Dalej, wywalić!!

/ Żołnierze ustępują, lecz kobiety rzucają się na drzwi, bronią ich z wrzaskiem. /

_KOBIETY_

O, nie! My _też_ chcemy chleba! — Niedoczekanie wasze! Albo wszyscy, albo nikt! — Precz stąd! — Nam się pierwej należy! — Złodzieje! — Bandyci!!

/ Zbiegowisko. Głowy u okien. Zachwyt tłumu, świst, krzyki, śmiech, wycie. Okrzyki zachęty jak na zapasach. Dzieci rzucają kamieniami. Mężczyźni wśród pisku odciągają baby i walą w drzwi ciężarem ciał. /

_MĘŻCZYŹNI_

Dalej, wal go! — Baby, na bok!

/ Orgia; szturmują. Wtem zjawiają się, ex machina, trzej komisarze sekcji. Tłum zastyga momentalnie; tylko oblężenie trwa jeszcze parę sekund dzięki nieświadomości szturmujących. Gdy tylko się spostrzegli — nieruchomieją. Cisza kościelna. /

_KOMISARZ I_

/ gdy już słychać oddech — efektownie cicho /

Co się tu dzieje?

_CHÓR_

/ wybucha /

Chleba… brak chleba… bezprawie… od trzech dni… skupywacz… i _znowu_… naumyślnie… zdrajcy!… nieprawda… siedem sztuk… zataraso…

_KOMISARZ I_

/ grzmi /

Cicho! Gadać po ludzku!

/ cisza. Potem artykułowane głosy. /

_GŁOSY_

Znów tylko siedem bochenków! Dzień w dzień za mało! — On _musi_ nas wpuścić! — Nie ma prawa! — Tymczasem, o, zatrzasnął, bestia! — On ma pełny magazyn: to skupywacz! coraz gwałtowniej Tak jest, skupywacz! — Pitt go opłaca, a tych tu też! — Trzeba wyłamać drzwi! — Zobaczymy, ile on tam schował! poklask Wyłamać! — Trzeba wyłamać!!

_KOMISARZ I_

/ ponad hałasem /

Kto jeszcze raz powie „wyłamać”, zostanie aresztowany. Cisza. Nikły, żałosny protest Skoro jest siedem bochenków — dostanie je tych siedmioro, na których kolej. u końca pierwotnego rzędu znów nieśmiały protest. Kto miał teraz wejść?

/ Zgłaszają się wszyscy. Konsternacja. Śmiech. /

_KOMISARZ II_

/ do żołnierzy /

A wy od czego? — Dla ozdoby? — I to wy pozwalacie na takie skandale?!

_ŻOŁNIERZ II_

A co, to nasza wina, że ten tam ma siedem bochenków?

_DRUKARZ_

/ wśród gwaru bezradnej irytacji /

Ależ podzielmy się, ludzie!

_GŁOSY_

/ nagłe ożywienie /

Co… podzielić? — Podzielić, mówi… — A dobrze! — Świetny pomysł! — Ilu nas jest? — Liczyć! — Podzielić! Podzielić! — Osiemnastu. — Ilu tam? Dwudziestu trzech — siedemnastu — nie _ruszać_ się! — Dwudziestu jeden. — Tak, dwudziestu jeden! — Równy rachunek! protest E, co mi tam po kromeczce… — Ja _muszę_ przynieść bochenek! — Czekam od świtu! — Mam prawo do całego chleba! — Żadnych podziałów! Było przyjść wcześniej! — Myślą, że wszystko dla nich!

_INTELIGENT_

No to nikt nic nie dostanie!

_KOMISARZ I_

Dalej, obywatele: ustawić się trójkami, prędzej! Każdy dostanie po jednej trzeciej, a my zrewidujemy sklep.

/ Ustawiają się stosunkowo spokojnie, chętni zmuszają niechętnych. Szpicel zbliżył się do Komisarzy; szepce do I i II. /

_KOMISARZ III_

/ podczas gdy piekarz otwiera i wpuszcza Drukarza, Suzon i Blondyna /

To ja pójdę zobaczyć. Ale wątpię, czy co znajdę: to człowiek uczciwy.

/ Odchodzi. Szpicel usuwa się za narożnik i patrzy. Komisarze ustawiają się przy drzwiach. Drukarz wraca. /

_KOMISARZ II_

/ kładzie mu rękę na ramieniu /

Aresztuję was w imieniu prawa.

/ Cisza grobowa zalega nagle ulicę. Drukarz zdrętwiał; chwila milczenia. /

_DRUKARZ_

/ odzyskuje głos /

Z-za-a co?…

_KOMISARZ II_

/ do tłumu /

Czy on powiedział, że trzeba usunąć Konwencję?

/ Zdumienie powszechne; stopniowo ożywiają się. /

_GŁOSY_

Nie… — Ależ skąd! — No tak, właściwie powiedział… — Nie: nie „usunąć”! — Przekręcili! — Ale to tylko tak — i nie że trzeba — że warto by — ale to tylko tak ot, nic niie myślał — z naciskiem nie powiedział przecie „usunąć”!

_KOMISARZ II_

No, tylko jak?

_ELEGANT_

Wyczyścić!

/ Tłum drgnął krótkim śmiechem, który natychmiast gaśnie. Suzon wychodzi i zatrzymuje się w drzwiach przerażona. /

_KOMISARZ II_

Trudno; zabierzcie chleb, a dajcie mi kartę. W komitecie sekcji sprawa pewno się wyjaśni.

/ Odchodzi z więźniem. /

/ równocześnie /

_SZMER_

/ grozy i gniewu /

To ten szpicel… kręcił się od świtu… Wszędzie tego pełno, jak wszy… A wiidziicie, nie mówiłem? Widzicie, jak to dziś trzeba uważać?!

_KOMISARZ I_

/ do Suzon, która robi krok naprzód /

Wy też musicie kartę pokazać.

_SUZON_

/ zmartwiała /

_Ja_?!!

_KOMISARZ I_

Tak, właśnie wy.

_SUZON_

/ oszalała /

Ależ ja nic nie… za co wy mnie… krzyk, który sprowadza nagłą a zupełną ciszą Jezus Maria, oni mnie zetną!!!

_KOMISARZ I_

/ podejrzliwie /

Prędzej, obywatelko. Kartę. Bierze jej z rąk chleb, który jej przeszkadza przy szukaniu.

_SUZON_

Ale to dla domu!…

_KOMISARZ I_

Ja wam tylko potrzymam. Znajdźcie kartę.

_INTELIGENT_

Co ta mała przeskrobała, komisarzu?

_KOMISARZ I_

Podobno zdradziła takie wzruszenie na widok skazanego emigranta, że należy przypuszczać, iż to jej kochanek…

_SUZON_

/ jak młody kogut /

_Co_?!!

_KOMISARZ I_

… lub krewny.

/ Tłum patrzy po sobie; nagle wybucha śmiechem. /

_GŁOSY_

Powiedziała, że ładny, to wszystko! — Żal jej było przystojnego chłopca, przecie to jeszcze głupiutkie! — Dla niej chłopiec to chłopiec!

_SUZON_

O, tu karta… A teraz mnie za to zabiją!

/ Zdwojona wesołość. Komisarz III wychodzi z sklepu i patrzy. /

_KOMISARZ I_

Nie zabiją, nie — chyba żeście chciała objąć dyktaturę nad krajem. — Czy ją kto z was zna?

_GOSPODYNI_

Naturalnie! To Suzanne Ferrus, córka fryzjera spod dwunastego!

_GŁOSY_

/ ubawione /

A puśćcież ją! — Ona myśli, że teraz to już prosto na szafot!

_KOMISARZ I_

/ porównał z kartą /

Tak… do III Jak sądzisz: co począć z tym ptaszkiem? Wziąć do sekcji i przepytać, czy od razu puścić?

_KOMISARZ III_

Puść ją. Nie mamy czasu na nonsensy. — A trzeba być idiotą, żeby myśleć, że arystokratka zacznie w głos żałować swego wspólnika, na ulicy.

_KOMISARZ I_

No, obywatelko — ruszajcie zatem.

/ zadowolenie tłumu /

_SUZON_

/ śmieje się wśród gorących łez; wykonuje dyg /

Dziękuję wam, obywatele!

/ ucieka /

_KOMISARZ I_

Hej! Wasz chleb! Macie tu wasz chleb! śmiech powszechny.Suzon wraca i bierze chleb; po drodze zaczepiają ją przyjaźnie. Do kolegi Więc cóż? Znalazłeś co?

_KOMISARZ III_

Nic zupełnie. Wiedziałem z góry, że to nie spekulant.

_KOMISARZ I_

/ przejmująco zimnym tonem /

Hej, kolego! Strzeż no ty się przed zbytnią ufnością do ludzi! Teraz musimy podejrzewać _wszystkich_!…ODSŁONA 2

_Skromny pokój Robespierre'a. Trybun siedzi cierpliwie, czekając, aż fryzjer skończy pracą z jego włosami, i cieszy się życiem w przedwiosenny dzień. Fryzjer posypuje gotową fryzurę pudrem; pacjent podnosi lustro ręczne — trochę nieufnie — a ujrzawszy się, szczerzy w uśmiechu kredowe zęby._

_ROBESPIERRE_

To już przesada. Wyglądam jak gigantyczny przekwitły ostromlecz.

_FRYZJER_

To pańska zwykła fryzura. Tylko twarz panu wychudła i dlatego zapewne wydaje się…

_ROBESPIERRE_

Może być. — Poradźcież co na to; nie można zachować powagi na mój widok.

_FRYZJER_

Dziś już za późno. Jutro znów przytnę panu włosy. — Swoją drogą nikt wśród moich klientów nie ma tak gęstych. Grzebień w nich tonie.

_ROBESPIERRE_

/ po kilku sekundach /

À propos klientów — macie mnóstwo źródeł informacji. Podobno Wielki Sędzia znów kusi po nocach? Czyście co słyszeli?

_FRYZJER_

/ zakłopotany /

Słyszy się takie nonsensy…

_ROBESPIERRE_

No cóż takiego? Może to _ja_ mam być tą tajemniczą istotą obecnie?

_FRYZJER_

Na Boga! — Nie, do _tego_ jeszcze nie doszło…

_ROBESPIERRE_

/ już troszkę energicznie /

No więc?

_FRYZJER_

Powiadają, ż-że… że Danton.

/ Robespierre zastygł. Dotkliwa cisza. /

_ROBESPIERRE_

/ naturalnie, lecz zbyt monotonnie /

Skąd to macie…

_FRYZJER_

/ coraz bardziej nieswój /

Wybaczcie, obywatelu… nie mogę… to jest wo-wolałbym… nie…

_ROBESPIERRE_

/ obojętnie /

Mniejsza o to. lekkie pukanie Proszę!

/ Wchodzi Eléonore Duplay , 25 lat. Zatrzymuje się w drzwiach. /

_ROBESPIERRE_

Dzień dobry! Proszę wybaczyć, że nie wstaję. Niechże pani wejdzie…

_ELÉONORE_

/ podaje mu rękę i siada /

Wstał pan już? — Czy nie za wcześnie jednak?…

_ROBESPIERRE_

/ szczerzy zęby /

Za wcześnie… po pięciu tygodniach! — Zresztą, w taki dzień jak dziś trup by wstał.

_ELÉONORE_

Ale podłoga chwieje się jeszcze… prawda?

_ROBESPIERRE_

Troszkę — lecz to jej dodaje uroku. — Nie mogę się nasycić rozkoszą swobodnego ruchu. Mięśnie zmartwychwstają… Życie jest rzeczą nad wyraz przyjemną, proszę pani.

/ Fryzjer cofnął się o krok i mierzy swoje dzieło. /

_FRYZJER_

No — sądzę, że pan gotów.

/ Podaje mu lustro, które Robespierre lękliwie odpycha. /

_ROBESPIERRE_

Nie… wolę się nie widzieć. Dziękuję wam. — Jutro proszę już przyjść o zwykłej porze! Fryzjer kłania się i wychodzi. Robespierre obraca się w krześle, ręce do łokci opiera o poręcz i patrzy z nieokreślonym uśmiechem w oczy równie nieruchomej kochanki. Nagle wstaje i podaje jej dłonie Przywitajmy się, lwico. Eléonore wstaje spokojnie; obejmują się i całują. Lecz to jej nie wystarcza; opuszcza się z wolna na kolana, łasząc się twarzą i torsem o ramię, pierś, bok, biodro i udo przyjaciela. On stoi oparty o dość odległy stół — by nie stracić równowagi, gdy mu ramionami otoczyła kolana — i przegięty wstecz w postawie rozkosznie niewygodnej. Broni się — bez przekonania — lewą ręką. Dopiero gdy mu się uścisk osuwa poniżej biódr, chwyta powietrze trochę gwałtownie i prosi poważniej — Och, Léo… przestań. ona udaje oczywiście, że nie słyszy. Ciszej a intensywniej Przestań… przestań.

/ Odpycha ją prawie. Gdy wstała, przeciąga się niespokojnie całym ciałem. Potrząsa głową, jakby chciał coś z włosów strzepnąć. Końcem stopy zakreśla linie na podłodze. /

_ELÉONORE_

/ siada. Wesoło, lecz z ukrytą goryczą /

Prawda. Wykroczyłam przeciw twoim zasadom.

_ROBESPIERRE_

/ zdziwiony podnosi głowę /

Moim zasadom… ty?!

_ELÉONORE_

Jedną z nich w każdym razie umiejętnie wbiłeś mi w pamięć: „Wszelki objaw miłości przy świetle dziennym jest nietaktem w najgorszym guście”.

_ROBESPIERRE_

/ siada /

To agresywne zasady człowieka pracy — mnie, zmokłej kurze, tak dzisiaj obce!

_ELÉONORE_

Chwała Bogu. Już sobie i pazury ostrzyć zaczynamy. .. dla próby na sobie samym, przypatruje mu się Tak: jesteś zdrów. — Szkoda.

_ROBESPIERRE_

No _wiesz_…

_ELÉONORE_

/ delikatnie wzrusza ramionami /

Trudno, najdroższy: byłam szczęśliwa dzięki twemu cierpieniu. Tyś się skręcał w szponach malarii — za to ja miałam cię przez całe godziny, ba — przez dni i noce. Choroba nie szpeci cię nawet: z tym wyrazem tragicznej bierności było ci niezmiernie do twarzy. Siedziałam i uczyłam się twych rysów na pamięć. Nie pielęgnowałam cię: nie jestem żoną. Ładnie byś zresztą na tym wyszedł! W rękach mojej matki byłeś bezpieczny.

_ROBESPIERRE_

/ przypatruje się jej zamyślony /

Gdybym tylko mógł uwierzyć w ten twój metaliczny egoizm, lwico…

_ELÉONORE_

Przyjacielu: miłość to nie miłosierdzie.

_ROBESPIERRE_

/ podstępnie, po kilku sekundach /

A dzieci, dearest?…

_ELÉONORE_

/ zdumiona /

Dzieci? z podgiętymi kątami ust Człowieku: a na cóż mi nędzna karykatura, gdy mam oryginał? — Niech sobie natura zakłada wylęgarnie w innych ciałach — niezdolnych do szczęścia.

_ROBESPIERRE_

/ naiwnie zdziwiony /

Szczęścia?… — Ach, dwa lata temu chyba! z niesymetrycznie przeciągniętymi ustami Zapewne… nasze ówczesne wieczory… i noce… Nasze idylliczne plany — Great God! — Gdym myślał, że się spełnia swoją porcję rewolucyjnej roboty za rok lub dwa, a potem wraca do domu! — Léo: te czasy _minęły_!

_ELÉONORE_

W porównaniu do dziś byłam wówczas uboga

_ROBESPIERRE_

Kochałem cię wtedy. — Dziś jesteś mi środkiem nasennym.

_ELÉONORE_

Wiem.

_ROBESPIERRE_

Dziecko, ty kłamiesz! Tym gorzej, jeśli też i wobec siebie samej! Natura w tobie uczepiła się płonnej nadziei — i dla tego kłamstwa marnujesz swe cenne życie w sposób wręcz ohydny!

Léo: rewolucja potrwa z dwa stulecia. _Nigdy_ nie będę wolny, rozumiesz? Nigdy. Rząd dwudziestogodzinnych dni coraz cięższej pracy aż do samej śmierci. Dziś mam trzydzieści pięć lat… nim dobrnę do czterdziestki będę ruiną — niczym najrozrzuitniejszy pięćdziesięcioletni rozpustnik!

_ELÉONORE_

I cóż stąd, jedyny? Póki mogę cię widzieć choćby w przelocie — póty przesycasz mi życie niewypowiedzianą radością. Gdy mnie rzucisz — będę cię przecież widzieć co dzień z galerii Konwencji i klubu.

_ROBESPIERRE_

Kobieto: czy ty nie czujesz, jak cię taka niewola _poniża_?! Posłuchaj: rewolucja wchłania nie tylko mój czas — lecz całą moją istotę. Dziś już nie posiadam osobistego życia. Przestaję być człowiekiem: ludzka wrażliwość, ludzkie uczucia, pragnienia — wszystko to zsycha stopniowo i odpada w tej piekielnej temperaturze ześrodkowanego wysiłku. Staję się bezosobowym, potwornie rozszerzonym, rozognionym mózgiem. Dziś widzę, co się ze mną dzieje, bo mam czas… i aż mi nieswojo. — Dziecko: ja cię już nie kocham. Jesteś mi dosłownie _obojętna_! — Zważ: jedyna obecnie sposobność, by spędzić parę minut razem — to gorączkowe spazmy żądzy u mnie; spazmy, które są podłą męczarnią, a wynikają z bestialnego wyczerpania. Czy ty wiesz, Léo, że mi jest absolutnie wszystko jedno, kto mnie od tej udręki uwolni? — Czy wiesz, że cię nieraz pierwsza lepsza dziewka zastępuje… i że mi to nie sprawia różnicy? Że jeśli się do ciebie zbliżam — to tylko dlatego, że brak mi sił, by przejść kilka ulic i oszczędzić ci przynajmniej _tego_ poniżenia?…

Léo — człowieku — przecież to hańba! Szarpnij się, chociaż ci trudno — i uwolńże się nareszcie!

_ELÉONORE_

/ z lekkim westchnieniem /

Nie wysilaj się, carino. Czyż twoja w tym wina, że los przeznaczył mnie do twego użytku? Robespierre marszczy brwi. Ona uśmiecha się wąsko O co ty się trapisz? Przecie po to tu właśnie jestem, by ci oszczędzić wędrówek po mieście, gdyś zmęczony, i uchronić cię od zakażenia. — Gorszę cię? Nie, nie, chéri : choćbyś dobierał słów jeszcze zjadliwszych — nie zmienisz naturalnego faktu, że jestem twoją własnością. Cokolwiek od ciebie pochodzi — jest mi sensem istnienia, nie hańbą.

_ROBESPIERRE_

/ po krótkiej chwili /

Wstyd mi za ciebie.

_ELÉONORE_

Przesadzasz.

/ Znienacka chwyta mu rękę i całuje. W odpowiedzi Robespierre nachyla się nagle, ujmuje ją za głową i oddaje pocałunek w usta z intensywnością drapieżną. /

_ROBESPIERRE_

/ z głęboką szczerością /

Tak, przyjacielu — wstyd mi za ciebie: to fakt. — Ale równocześnie mogę odczuć twą wspaniałość… dziś, gdy po pięciu tygodniach wypoczynku — człowiek we mnie nieśmiało próbuje się ocknąć. — Za dwa tygodnie… będziesz mi znów już tylko ciałem kobiecym… pod ręką. — Och, jacyście wy szczęśliwi — ludzie prywatni!… I jakże ciebie straszliwie szkoda, Léo!

_ELÉONORE_

Ale te dwa tygodnie, Maxime — darujesz mi! — Powiedziałeś wyraźnie!

_ROBESPIERRE_

/ patrzy przez okno /

/ Wyjmuje pilnik, siodełko etc. i zaczyna umiejętnie piłować paznokcie. /

_ELÉONORE_

/ prawie przestraszona /

Jak to… sądzisz, że się wyliżesz za cztery dni?

_ROBESPIERRE_

Przecie już mi nic nie jest. Za to — jestem maniakalnie spragniony _waszego_ życia. Chorobliwie: jak pijak, gdy mu odmówią alkoholu…

/ Pukanie. Wstaje i podchodzi do drzwi. /

_GŁOS_

/ podrostka, który podaje korespondencją przez drzwi /

Listy dla pana. Tu depesza z Komitetu Bezpieczeństwa.

/ Całkowicie zaabsorbowany Robespierre niecierpliwie przerzuca listy stojąc przy stole. Na końcu rozdziera depeszą. /

_ELÉONORE_

/ zaniepokojona, nieśmiało /

Maxime, pow…

_ROBESPIERRE_

Psssst, _poczekaj_…

_ELÉONORE_

/ półszeptem /

Żmijo!…

_ROBESPIERRE_

/ muzykalnym świstem zbiega gamę chromatyczną. Czyta parą słów dalej; podnosi raźno głowę /

Już po moich wakacjach, Léo.

/ Eléonore opuszcza powieki. Odwraca się spokojnie twarzą do okna. /

_ROBESPIERRE_

/ mówi i czyta równocześnie /

Za pół godziny… muszę… być w Ko-mitecie… odrywa na chwilę oczy Więc proszę cię o filiżankę kawy. Jeśli chleba nie ma, to nic nie szkodzi.

_ELÉONORE_

Natychmiast.

/ Robespierre podnosi oczy i śledzi ją z uśmiechem trochę smutnym, aż znika za drzwiami. Wtedy siada i zamyśla się, wpatrzony w ścianę przeciwległą. Twarz mu się ścina. — Pukanie ułożone w rytm. Na monosylabiczną odpowiedź wkracza do pokoju Saint-Just. /

_SAINT-JUST_

Jesteś przytomny — wstałeś nawet. To całe szczęście, zasiada, nie czekając na zaproszenie. Robespierre podejmuje pilnik na nowo Czy dostałeś zeznanie Haindla?

_ROBESPIERRE_

/ znad swej pracy wskazuje depeszę skinieniem w bok /

A jakże. Dopiero co.

_SAINT-JUST_

Widzisz, że miałem rację? — Gdybyś mi był dał wolną rękę tydzień temu, mielibyśmy dziś spokój. A Bóg wie, co z tego teraz będzie.

_ROBESPIERRE_

Nic się nie stało ani nie stanie. To tylko hebertyści.

_SAINT-JUST_

/ opiera się wstecz /

Tylko!…

_ROBESPIERRE_

Tylko. Puste pałki są nieszkodliwe, nawet gdy chcą wysadzać Paryż w powietrze. Rozwiążemy Armię Rewolucyjną, a Vincenta osadzimy w więzieniu. Voilà tout .

/ Milczenie. Saint-Just przypatruje mu się krytycznie. /

_SAINT-JUST_

Maxime — wstrzymywałem się dotąd od indagacji — ale zaczynasz mnie niepokoić. Skąd ta podejrzana skłonność do pół- i ćwierćśrodków — u _ciebie_?!

_ROBESPIERRE_

Moja niechęć do przelewu krwi, chciałeś powiedzieć? — Synu, bo stoimy na samej granicy terroru. Jesteśmy zmuszeni tępić fałszerzy, skupywaczy, zdrajców. A jeśli się tego straszliwego środka nie opanuje — nie zdoła pohamować jego tendencji do potęgowania się — to każdy nowy krok jest krokiem ku katastrofie.

_SAINT-JUST_

Lecz skoro nie ma innego środka wewnętrznej obrony?

_ROBESPIERRE_

Gdy nie ma — to trudno. Ale uczniak Vincent, raz, nie jest niebezpieczny — po wtóre, jest, lub był, działaczem rewolucyjnym. To znaczy, że dla pewnego procentu ludności — jest _wodzem_. A piętnować i tracić wodzów, przyjacielu — to niszczyć rewolucję w samym rdzeniu jej życia: w duszach ludzkich. Bo wtedy ludzie _tracą wiarę_.

Radzę ci pomedytować nad tymi dwoma słowami.

_SAINT-JUST_

/ po chwili /

Gdyby szło o Collota, powiedzmy… ale Vincent! Za nim idzie kilkudziesięciu zatraceńców w najgorszym razie.

_ROBESPIERRE_

Wystarczy, gdy zwątpienie zgasi kilkadziesiąt dusz. Bo zwątpienie szerzy się jak dżuma. Wiara — przebudzenie się ludzkiej duszy w zwierzęciu roboczym — to słaby płomyk. Jeśli jej nie będziemy strzec jak Ciała Pańskiego — możemy dożyć dnia, gdy zniechęcona Francja jednogłośnie zażąda powrotu do chlebodajnej niewoli. A co wtedy, Saint-Just? odkłada pilnik i wpatruje się w przyjaciela z skośnym, asymetrycznym uśmiechem Wyobrażasz sobie naród francuski zmuszony być wolnym pod presją armat rewolucyjnego rządu?…

_SAINT-JUST_

/ po chwili pustego milczenia /

To dedukcje bez miary, uwieszone na włosku. Dla przyszłego stulecia — nie można poświęcać jutra.

_ROBESPIERRE_

/ podpiera nagle głowę na obu dłoniach, jakby mu przybrała na wadze /

Komunały są czasem… oślepiające. Eléonore wchodzi, przynosząc śniadanie. Witają się przyjaźnie z Saint-Justem, Robespierre wstaje i pomaga jej nakryć Dziękuję ci serdecznie… co, prawdziwy chleb?! Ulubienico bogów, bądź błogosławiona! Antoine, cukru oczywiście nie ma — czy mam cię gościć tą smołą?

_SAINT-JUST_

Będę ci wdzięczny. Nie spałem; jestem zmęczony i zły.

/ Eléonore exit. /

_ROBESPIERRE_

/ nalewając kawę /

Wszystko jedno, Saint-Just. W tym wypadku — dobro Republiki nie wymaga ofiar ludzkich. Nie traćmy proporcji z oczu.

_SAINT-JUST_

/ podczas gdy tamten zabiera się do krajania chleba — pije łyk w zamyśleniu, po czym opiera się o poręcz /

Pozwól zatem, że uzupełnię informacje Haindla dwoma drobnymi faktami:

Po pierwsze: chodzą wiarygodne pogłoski, że Desmoulins napisał nowy numer — to by był siódmy — w którym otwarcie wzywa ogół do buntu przeciw Komitetom; po drugie: od trzech dni Paryż szepce o bliskim przewrocie i o dyktaturze Wielkiego Sędziego jako o rzeczy… prawdopodobnej.

A pamiętasz, prawda, że pierwotny Wielki Sędzia — którym miał być Pache — został uroczyście wyśmiany przez całe miasto.

Sapienti sat.

_ROBESPIERRE_

/ już przy pierwszej rewelacji odłożył nagle bochenek i nóż. Stoi wyprostowany z rękami na stole; zmarszczył nieco brwi. Gwałtownie /

Tym razem kto?…

_SAINT-JUST_

Nikt nie wymawia nazwiska. Czyli że…

/ Pije, bierze sobie ukrajaną kromkę, ale obserwuje przyjaciela bezustannie. /

_ROBESPIERRE_

/ odrywa się szarpnięciem od stołu, odchodzi ku oknu. Z głębi serca, po krótkiej chwili /

Przeklęta banda!! wraca z wolna Tak. To samo mówił mi fryzjer — wykrztusił nawet nazwisko, zatrzymuje się Nie uwierzyłem… półgłosem, w którym tętni krzyk Czy ten cham oszalał?! Ratować własną skórę za cenę katastrofy państwowej… pada na krzesło. Szeptem Wielki Boże!…

_SAINT-JUST_

Pij, bo wystygnie.

_ROBESPIERRE_

/ przyjrzał się kawie dokładnie, ale jej nie rusza. Spokojnie /

Skoro hebertyści są na żołdzie Dantona — to rzeczywiście nie ma rady. Trzeba będzie poświęcić czterech wodzów, żeby go rozbroić. Zabiera się do śniadania z determinacją, bo bez apetytu.

_SAINT-JUST_

Maxime — mówię do dawnego, nieugiętego Robespierre'a: oszczędzimy społeczeństwu wiele, jeśli poślemy Dantona razem z Vincentem. Od razu.

_ROBESPIERRE_

/ obraca się sztywnie /

Danton jest nietykalny, Saint-Just.

_SAINT-JUST_

Człowiek, co sprowadził na Paryż te trzy tygodnie głodu — musi zginąć na szafocie już za to jedno, jeśli sprawiedliwość rewolucyjna istnieje.

_ROBESPIERRE_

/ przeciąga kurczowo usta, podnosi jedną brew — bardzo cicho, a tonem jak kwas siarkowy /

Sprawiedliwość rewolucyjna!!… patrzy wprost przed siebie, pochylony jakby pod uciskiem na karku. Naraz uprzytomnił sobie, że daje zgorszenie i opanowuje się Danton jest nietykalny, bo Danton — to Człowiek Dziesiątego Sierpnia. Idiotyczny jak zawsze przypadek _jego_ właśnie — obrał za symbol. Nie dla jakiegoś procentu ludności: dla całej Francji. Stracić go, to wyprzeć się samych podstaw Rewolucji. zrywa się w niepokoju graniczącym z popłochem. Krąży nerwowo Ale na tym nawet nie koniec… stracenie Dantona sprowadziłoby sytuację bez wyjścia… szereg logicznie koniecznych klęsk… dosłownie samobójstwo Republiki!… przystaje nagle. Ściska dłonie; powieki mu drgają Całe szczęście, że Danton nie jest — w gruncie rzeczy — niebezpieczny.

/ siada /

_SAINT-JUST_

/ literalnie uszom nie wierzy /

Coś ty powiedział?…

_ROBESPIERRE_

/ jedząc i pijąc /

Danton nie jest niebezpieczny, bo jako umysł — jest zerem. Sam czyn, choćby nie wiem jak krwiożerczy, a nie ożywiony ideą — jest tak groźny jak pięść rozsierdzonego dziecka, co bije w stalową ścianę. Ani pucze Vincenta, ani tchórzliwe okropności Dantona nie zachwieją Republiki. Niebezpieczna jest dopiero przewrotna _myśl_ w ponętnych słowach.

_SAINT-JUST_

Mój drogi: a więc… Desmoulins?…

_ROBESPIERRE_

/ definitywnie traci apetyt /

Tak… Desmoulins. pauza Ten ci umiał dorobić Dantonowi ideę, aż miło… akurat taki sentymentalny a sensacyjny absurd, jakiego potrzeba, żeby masy całe zaślepić… Ten osioł, Chryste Panie! — Utalentowane niemowlę!…

_SAINT-JUST_

/ ostrzej /

Regaliści nie kryją się już ze swym uwielbieniem dla tego renegata Rewolucji. Urządzają mu publiczne owacje… naraz groźnie Desmoulins pójdzie pod nóż, za twoją zgodą… lub bez.

_ROBESPIERRE_

/ z wolna obraca głowę. Parę sekund zmagania się dwu woli /

— Nie. znów zaciekła przerwa Nie urządzimy bezmyślnej jatki, póki istnieje prostszy sposób.

_SAINT-JUST_

/ zdławionym głosem /

Wiesz, chciałbym go poznać, ten twój prostszy sposób.

_ROBESPIERRE_

/ wstaje coraz silniej podniecony. Zaczyna drżeć co parę sekund. Obejmuje napiętymi dłońmi ramiona na wysokości deltoidów, chcąc je ogrzać /

Chodzi tylko o to, prawda, żeby zamknąć Camille'owi buzię. — Każemy zatem aresztować jego wydawcę, Desenne'a. Numer siódmy nie wyjdzie, a fakt aresztowania napędzi gorliwym czytelnikom „Vieux Cordeliera” nieco zbawiennego strachu. Równocześnie hebertyści pójdą przed sąd; więc jeśli się Danton teraz nie opamięta — to znaczy, że jest niepoczytalny. ścina zęby, trzęsąc się Zachowajmy my przynajmniej głowę na karku, Antoine, gdy histeria strachu ogarnia jednego po drugim. I na miłość boską, nie dajmy zamienić placu Rewolucji — w szlachtuz. Bo to symptom paniki rządu, przyjacielu!

_SAINT-JUST_

/ po głębokim namyśle /

Wiesz, Maxime… ja znowu radzę ci pomedytować nad dwoma wierszami, które Camille w tym nowym numerze podobno tobie poświęca: „Jeśli nie wiesz, czego czasy żądają, i nie słyszysz głosu wołających faktów… ineptus esse diceris”.

_ROBESPIERRE_

/ rozweselony /

To _on_ — do _mnie_ powiedział? Właśnie _on_! Bezczelność tego cudownego dziecka nie zna granic. — Wwww! Czy się naprawdę tak zimno nagle zrobiło? Podaj mi surdut z łaski swojej!

_SAINT-JUST_

/ podaje /

Co, zimno?! stoi tak blisko, że czuje anormalnie gorącą atmosferą ciała To znaczy, że znów masz gorączkę. Niech cię anieli…

_ROBESPIERRE_

To nic. Przejdzie.

_SAINT-JUST_

Przejdzie! — Trudno. Dam radę sam. Collot nie waży się chyba oponować.

_ROBESPIERRE_

/ wciąga płaszcz i rękawiczki /

Nie. Mój powrót może nam zapewnić przewagę. opiera się miękko o futrynę drzwi Cztery dni!!…

_SAINT-JUST_

/ posępnie /

Majaczysz?

_ROBESPIERRE_

/ wybucha śmiechem, co niekoniecznie uspokaja przyjaciela /

_Teraz_ już nie, najmilszy… właśnie wytrzeźwiałem.

_SAINT-JUST_

/ wychodząc za nim /

No… daj Boże.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij