Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Sprawiedliwość owiec - ebook

Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 maja 2026
3992 pkt
punktów Virtualo

Sprawiedliwość owiec - ebook

Kryminał pełen humoru, tajemnic i owczej perspektywy. Międzynarodowy bestseller przetłumaczony na 30 języków! Teraz również w kinach!

W sielskiej irlandzkiej wiosce Glennkill ginie pasterz. Policja się zastanawia, a owce… działają. Uzbrojone w fragmentaryczną wiedzę o ludziach (zdobytą dzięki czytanym na głos książkom), własną logikę i ogromną determinację, rozpoczynają śledztwo pełne pomyłek, nieporozumień i zaskakująco trafnych wniosków.

To kryminał, który bawi inteligentnym absurdem, czułością i humorem opartym na obserwacji. Lekki, przewrotny i absolutnie nie do pomylenia z żadnym innym – teraz także w wydaniu filmowym.

„Naprawdę niezwykła i wzruszająca. Najlepszy owczy kryminał, jaki przeczytasz przez cały rok”.

„Guardian”

„Cudownie odmienna. . . Połączenie błyskotliwego humoru i naiwności sprawia, że ta powieść jest zaskakującą i odświeżającą lekturą”.

„Boston Globe”

Leonie Swann – dorastała w pobliżu Monachium, obecnie mieszka i pracuje na angielskiej wsi niedaleko Cambridge. Uzyskała stopnie naukowe z filozofii, komunikacji i psychologii na Uniwersytecie Monachijskim i w Monachijskiej Szkole Filozofii. Jej debiutancka powieść, Sprawiedliwość owiec, została opublikowana w 2005 roku i odniosła sensacyjny sukces, przez wiele miesięcy zajmując czołowe miejsca na listach bestsellerów. Od tego czasu została przetłumaczona na dwadzieścia sześć języków i zdobyła prestiżową Glauser Prize, a także nagrodę PETA.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8435-085-0
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DRAMATIS OVES

Dra­ma­tis oves

w kolej­no­ści poja­wia­nia się

Matylda

ma bar­dzo dobry węch i jest z tego dumna

Sir Ritch­field

prze­wod­nik stada, nie­młody już i nie­do­sły­szący; szwan­kuje mu pamięć, lecz wzrok wciąż ma dobry

Panna Maple

naj­mą­drzej­sza owca w sta­dzie, może nawet naj­mą­drzej­sza owca w całym Glen­n­kill, a cał­kiem moż­liwe, że naj­mą­drzej­sza owca na całym świe­cie. Ni­gdy się nie pod­daje, ma docie­kliwy umysł i jest odpo­wie­dzialna, choć nie zawsze

Wrzo­so­wata

młoda, ener­giczna owca, która cza­sem naj­pierw mówi, a dopiero potem myśli

Chmurka

naj­bar­dziej weł­ni­sta owca w sta­dzie

Biały Wie­lo­ryb

cho­dząca pamięć stada: ni­gdy nie zapo­mina tego, co zoba­czy. Bar­dzo wytrwały, wiecz­nie głodny mery­nos o spi­ral­nych rogach

Otello

jest czarny, pocho­dzi z Hebry­dów, ma cztery rogi i tajem­ni­czą prze­szłość

Zora

czar­no­główka, która nie ma lęku wyso­ko­ści, jedyna owieczka z rogami w sta­dzie Geo­rge’a Glenna

Ram­zes

młody baran, który ma jesz­cze krót­kie rogi

Bystra

naj­szyb­sza owca w sta­dzie, prag­ma­tyczna myśli­cielka

Sara

owcza matka

Jagnię

które widziało coś dziw­nego

Mel­moth Wędro­wiec

bliź­nia­czy brat Sir Ritch­fielda, legen­darny baran, który znik­nął

Cor­de­lia

nie­zwy­kle lubi słowa

Maisie

młoda, naiwna owca

Zimowe Jagnię

trudne jagnię, wieczny mąci­ciel

Wil­low

druga naj­cich­sza owca w sta­dzie; ale nikomu to nie prze­szka­dza

Baran Gabriela

bar­dzo dziwny baran

Fosco

słusz­nie uważa, że jest mądryROZDZIAŁ 1. OTELLO DZIELNIE POJADA DALEJ

Roz­dział 1

Otello dziel­nie pojada dalej

Jesz­cze wczo­raj był zdrowy – powie­działa Matylda, ner­wowo strzy­gąc uszami.

– To nie ma nic do rze­czy – zauwa­żył Sir Ritch­field, naj­star­szy tryk w sta­dzie. – Nie umarł na cho­robę. Szpa­del to nie cho­roba.

Pasterz leżał w buj­nej, zie­lo­nej irlandz­kiej tra­wie obok sto­doły, nie­da­leko ścieżki przez pasio­nek. Leżał i ani drgnął. Na jego weł­nia­nym nor­we­skim swe­trze sie­działa samotna wrona, która z zawo­do­wym zain­te­re­so­wa­niem ana­li­zo­wała jego budowę wewnętrzną. Obok wrony przy­cup­nął wielce roz­ra­do­wany kró­lik. Owce odby­wały naradę nieco dalej, pra­wie na skraju urwi­ska.

Ran­kiem, gdy zna­la­zły paste­rza, nie­zwy­kle zim­nego i zupeł­nie mar­twego, zacho­wały spo­kój i były z tego nie­zmier­nie dumne. W pierw­szym przy­pły­wie trwogi zabrzmiało oczy­wi­ście kilka roz­pacz­li­wych okrzy­ków – „Kto nam teraz będzie przy­no­sił siano?”, „Wilk! Tu jest wilk!”– lecz Panna Maple szybko stłu­miła panikę. Wytłu­ma­czyła im, że tu, na naj­zie­leń­szych i naj­so­czyst­szych pastwi­skach w całej Irlan­dii, tylko idiota jadłby siano w środku lata, i że nawet naj­bar­dziej wyra­fi­no­wane wilki nie prze­bi­jają szpa­dlem swo­ich ofiar. Bo nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że to wła­śnie szpa­del ster­czał z wnętrz­no­ści paste­rza, mokrych teraz od rosy.

Panna Maple była naj­mą­drzej­szą owcą w całym Glen­n­kill. Nie­któ­rzy twier­dzili, że naj­mą­drzej­szą owcą na świe­cie. Ale nikt nie mógł tego udo­wod­nić. W Glen­n­kill orga­ni­zo­wano co prawda Kon­kurs na Naj­mą­drzej­szą Owcę – i to co roku – lecz nie­zwy­kła inte­li­gen­cja Panny Maple prze­ja­wiała się już w samym tym, że ni­gdy nie brała udziału w żad­nym kon­kur­sie. Zwy­cięzcę koro­no­wano naj­pierw wień­cem z koni­czyny (który to wie­niec można było potem zjeść), następ­nie obwo­żono go przez kilka dni po oko­licz­nych pubach, gdzie z oczami łza­wią­cymi od papie­ro­so­wego dymu musiał pić Guin­nessa, któ­rego goście wle­wali mu do gar­dła, aż nie mógł ustać na nogach. Co wię­cej, od tej pory odpo­wia­dał za dosłow­nie wszyst­kie pastwi­skowe psi­kusy, ponie­waż naj­mą­drzej­sza owca zawsze była głów­nym podej­rza­nym.

Ale Geo­rge Glenn już ni­gdy nie miał nikogo o nic podej­rze­wać. Leżał przy ścieżce ze szpa­dlem w brzu­chu, a jego owce zasta­na­wiały się, co robić. Stały na skraju urwi­ska mię­dzy błę­kit­nym jak woda nie­bem a nie­bie­skim jak niebo morzem, gdzie nie docie­rał zapach krwi i gdzie nie czuły się za nic odpo­wie­dzialne.

– Nie był zbyt dobrym paste­rzem – powie­działa Wrzo­so­wata, jar­liczka nie­wiele star­sza od jagnię­cia, która wciąż miała do Geo­rge’a pre­ten­sje o to, że pod koniec zimy przy­ciął jej piękny ogo­nek.

– Wła­śnie! – zawtó­ro­wała jej Chmurka, naj­bar­dziej weł­ni­sta i naj­bar­dziej oka­zała owca, jaką kie­dy­kol­wiek widziano. – Nie doce­niał naszej pracy. Mówił, że nor­weżki robią to lepiej! Że dają wię­cej wełny! Nosił swe­try z nor­we­skiej wełny: to hańba! Jaki inny pasterz znie­wa­żyłby tak wła­sne stado?

Uwagi te spro­wo­ko­wały dłuż­szą wymianę zdań mię­dzy Wrzo­so­watą, Chmurką i Bia­łym Wie­lo­ry­bem. Wie­lo­ryb utrzy­my­wał, że war­tość paste­rza mie­rzy się ilo­ścią dostar­cza­nej przez niego paszy i że pod tym wzglę­dem Geo­rge’owi nie można było nic zarzu­cić. W końcu uzgod­nili, że dobry pasterz to taki, który ni­gdy nie przy­cina jagnię­ciu ogonka, nie ma paster­skiego psa, daje owcom dużo dobrego jedze­nia, zwłasz­cza chleba i cukru – nie zapo­mi­na­jąc przy tym o jedze­niu zdro­wym, takim jak zie­le­nina, kon­cen­traty i buraki pastewne (bo wszyst­kie były owcami bar­dzo roz­sąd­nymi) – i nosi wyłącz­nie ubra­nia z pro­duk­tów wła­snego stada, jak choćby jed­no­czę­ściowe kabotki z przę­dzy, w któ­rych wyglą­dałby naprawdę ład­nie, bo pra­wie jak owca. Natu­ral­nie wie­działy, że istoty tak dosko­na­łej nie ma na całym świe­cie, jed­nak miło było poma­rzyć. Tro­chę powz­dy­chały i już miały się rozejść zado­wo­lone, że wyja­śniły sobie wszyst­kie pro­blemy.

Jed­nakże głosu nie zabrała jesz­cze Panna Maple. Ode­zwała się dopiero teraz.

– Nie chce­cie wie­dzieć, jak umarł?

Sir Ritch­field spoj­rzał na nią zasko­czony.

– Umarł od tego szpa­dla. Ty też byś umarła, gdyby prze­bito cię na wylot kawa­łem cięż­kiego żelaza. Nic dziw­nego, że nie żyje. – Sir Ritch­field lekko zadrżał.

– Ale skąd się ten szpa­del wziął?

– Ktoś go w niego wbił. – Dla Sir Ritch­fielda był to koniec dys­ku­sji, lecz pro­ble­mem zain­te­re­so­wał się nagle Otello, jedyna czarna owca w sta­dzie.

– To mógł zro­bić tylko czło­wiek albo… wielka małpa – powie­dział; Otello spę­dził mło­dość w dubliń­skim zoo i wspo­mi­nał o tym przy każ­dej oka­zji.

– Czło­wiek. – Panna Maple z satys­fak­cją kiw­nęła głową. – Moim zda­niem powin­ni­śmy spraw­dzić, co to za czło­wiek. Jeste­śmy to winni Geo­rge’owi. Ile­kroć złe psy pory­wały nasze jagnięta, Geo­rge zawsze szu­kał wino­wajcy. Poza tym był naszym paste­rzem. Nikt nie miał prawa prze­bi­jać go szpa­dlem. To wil­cze zacho­wa­nie. To mor­der­stwo.

Owce ogar­nął nie­po­kój. Zmie­nił się wiatr i powiało zapa­chem świe­żej krwi.

– A kiedy już go znaj­dziemy? – spy­tała ner­wowo Wrzo­so­wata. – Tego, kto wbił szpa­del. Co wtedy?

– Wtedy będzie… spra­wie­dli­wość! – zame­czał Otello.

– Spra­wie­dli­wość! – zame­czały pozo­stałe owce.

I tak to posta­no­wiono, że zagadkę nie­go­dzi­wego mor­der­stwa Geo­rge’a Glenna roz­wiążą jego wła­sne owce. Same, bez niczy­jej pomocy.

*

Naj­pierw Panna Maple poszła obej­rzeć zwłoki. Zro­biła to nie­chęt­nie. W let­nim irlandz­kim słońcu Geo­rge cuch­nął już tak bar­dzo, że każdą owcę prze­cho­dziły dresz­cze.

Zaczęła od tego, że okrą­żyła go z daleka ze sto­sow­nym respek­tem. Wrona zakra­kała, zatrze­po­tała czar­nymi skrzy­dłami i odle­ciała. Panna Maple pode­szła bli­żej, obej­rzała szpa­del, obwą­chała twarz i ubra­nie Geo­rge’a. W końcu – w tym momen­cie sto­jące w bez­piecz­nej odle­gło­ści i zbite w gro­madkę owce wstrzy­mały oddech – wetknęła nawet nos do rany i dokład­nie zba­dała ją od środka; tak to przy­naj­mniej wyglą­dało z miej­sca, gdzie stały. Wró­ciła z zakrwa­wio­nym pyszcz­kiem.

– No i co? – spy­tał Wie­lo­ryb, nie mogąc dłu­żej wytrzy­mać napię­cia; ni­gdy długo nie wytrzy­my­wał, bo źle zno­sił stres.

– Nie żyje – odparła Panna Maple. Chyba nie chciała nic wię­cej mówić, a już na pewno nie na ten temat. Obej­rzała się i popa­trzyła na ścieżkę. – Musimy być przy­go­to­wani. Wcze­śniej czy póź­niej przyjdą tu ludzie. Trzeba ich obser­wo­wać. I lepiej nie stójmy tak w kupie. To podej­rza­nie wygląda. Powin­ni­śmy zacho­wy­wać się natu­ral­nie.

– Prze­cież zacho­wu­jemy się natu­ral­nie – zapro­te­sto­wała Matylda. – Geo­rge nie żyje. Ktoś go zamor­do­wał. Mamy się obok niego paść, jedząc zbry­zganą krwią trawę?

– Tak, bo tak trzeba. – Wyrósł mię­dzy nimi czarny Otello. Na widok ich prze­ra­żo­nych min zafa­lo­wały mu noz­drza. – Nie mar­tw­cie się. Ja pójdę. Spę­dzi­łem mło­dość pod zagrodą dla mię­so­żer­nych. Tro­chę krwi wię­cej mnie nie zabije.

W tym momen­cie Wrzo­so­wata pomy­ślała, jaki ten Otello odważny. Posta­no­wiła paść się czę­ściej obok niego, oczy­wi­ście dopiero wtedy, kiedy zabiorą zwłoki Geo­rge’a i kiedy świeży, letni deszcz zmyje do czy­sta pastwi­sko.

Panna Maple przy­dzie­liła im sta­no­wi­ska obser­wa­cyjne. Sir Ritch­field, który mimo sędzi­wego wieku wciąż miał dobry wzrok, zajął pozy­cję na wzgó­rzu; roz­cią­gał się stam­tąd widok aż na bru­ko­waną drogę za żywo­pło­tami. Wie­lo­ryb miał kiep­skie oczy, za to dobrą pamięć. Dla­tego sta­nął obok Sir Ritch­fielda, żeby zapa­mię­ty­wać wszystko to, co ten zoba­czy. Wrzo­so­wata i Chmurka miały obser­wo­wać ścieżkę bie­gnącą przez łąkę: Wrzo­so­wata zajęła pozy­cję przy bra­mie od strony wio­ski, Chmurka nato­miast w miej­scu, gdzie ścieżka opa­dała w dół. Zora, czar­no­główka, która nie miała lęku wyso­ko­ści, sta­nęła na wąskiej skal­nej półce tuż pod szczy­tem urwi­ska, żeby obser­wo­wać stam­tąd plażę. Twier­dziła, że miała wśród przod­ków dziką gór­ską owcę i kiedy widziało się, z jaką swo­bodą i pew­no­ścią sie­bie truchta nad prze­pa­ścią, łatwo można było w to uwie­rzyć.

Otello znik­nął w cie­niu za dolme­nem, nie­da­leko miej­sca, gdzie leżał prze­bity szpa­dlem Geo­rge. Panna Maple warty nie trzy­mała. Wetknęła pysz­czek do poidła, pró­bu­jąc zmyć z nosa ślady krwi.

Pozo­stałe owce zacho­wy­wały się natu­ral­nie.

*

Nieco póź­niej na ścieżce poja­wił się nie­zu­peł­nie już trzeźwy Tom O’Mal­ley; szedł z Golagh do Glen­n­kill, do tam­tej­szego pubu. Świeże powie­trze dobrze mu robiło: zie­lona trawa, błę­kitne niebo. Uga­nia­jące się za zdo­by­czą mewy krzy­czały i wiro­wały w powie­trzu tak szybko, że zakrę­ciło mu się w gło­wie. Owce Geo­rge’a pasły się spo­koj­nie i malow­ni­czo. Jak na zdję­ciu z bro­szury rekla­mo­wej. Jedna z nich zapę­dziła się wyjąt­kowo daleko, bo aż na skalną półkę, i wyglą­dała tam jak mały biały lew.

– Hej, owieczko! – zawo­łał Tom. – Tylko nie spad­nij. Szkoda by było takiej ślicz­notki.

Owca spoj­rzała na niego z pogardą i nagle poczuł się głu­pio. Głu­pio i jak pijany. Ale to była już prze­szłość. Jesz­cze się wybije. W tury­styce. Tak jest, przy­szło­ścią Glen­n­kill była tury­styka. Musi obga­dać to z kum­plami w pubie.

Ale naj­pierw chciał przyj­rzeć się z bli­ska temu pięk­nemu, czar­nemu bara­nowi. Cztery rogi. Nie­zwy­kłe. Tak, Geo­rge miał wyjąt­kowe owce.

Ale czarny baran nie dał mu się podejść i pra­wie nie drgnąw­szy, z łatwo­ścią unik­nął dotyku jego ręki.

I wtedy Tom zoba­czył szpa­del.

Dobry szpa­del. Przy­dałby mu się taki. Posta­no­wił go wziąć. Tym­cza­sem ukryje go pod dolme­nem i wróci tu wie­czor­kiem. Ale po ciemku? Nie bar­dzo mu się to podo­bało. Ludzie róż­nie o tym miej­scu gadali. Ale on był czło­wie­kiem nowo­cze­snym, a szpa­del był pierw­sza klasa. Chwy­ta­jąc za ręko­jeść, trą­cił nogą coś mięk­kiego.

Minęło dużo czasu, odkąd miał w Sza­lo­nym Niedź­wie­dziu tak dużą i uważną publicz­ność jak tego popo­łu­dnia.

*

Nie­długo potem Wrzo­so­wata dostrze­gła grupkę ludzi bie­gną­cych ścieżką od strony wio­ski. Od razu zame­czała, raz krótko, raz długo i znowu krótko, a wtedy spod dolmenu nie­chęt­nie wyszedł Otello.

Na czele grupy biegł chudy męż­czy­zna, któ­rego owce nie znały. Wytę­żyły wzrok. Przy­wódca stada jest zawsze ważny.

Za chu­dziel­cem truch­tał rzeź­nik. Owce wstrzy­mały oddech. Już sam jego zapach wystar­czał, żeby zmię­kły im nogi w kola­nach. Rzeź­nik pach­niał śmier­cią. Prze­raź­li­wym krzy­kiem, bólem i krwią. Bały się go nawet psy.

Owce nie­na­wi­dziły rzeź­nika. I uwiel­biały Gabriela z wystrzę­pioną brodą, drob­nego czło­wieczka w mięk­kim kape­lu­szu ze spusz­czo­nym brze­giem, który z tru­dem nadą­żał za bie­gnącą przed nim górą mięsa. Wie­działy, dla­czego nie­na­wi­dzą rzeź­nika. Nie wie­działy, dla­czego uwiel­biają Gabriela, ale Gabrie­lowi nie można się było oprzeć. Jego psy umiały robić nie­sa­mo­wite sztuczki. Rok w rok zdo­by­wał główną nagrodę w Gorey, w kon­kur­sie dla naj­lep­szych psów paster­skich. Powia­dano, że umie roz­ma­wiać ze zwie­rzę­tami, ale to nie była prawda. Owce go nie rozu­miały, przy­naj­mniej wtedy, kiedy mówił po gaelicku. Lecz ile­kroć prze­cho­dził ścieżką przez łąkę, zawsze były dziw­nie wzru­szone i mile połech­tane, a on zawsze potra­fił uwieść je tak sku­tecz­nie, że ufnie do niego pod­cho­dziły.

Ludzie dobie­gli już pra­wie do zwłok. Owce zapo­mniały, że mają zacho­wy­wać się natu­ral­nie, i wycią­gnęły szyje, żeby lepiej widzieć. Przy­wódca ludz­kiego stada sta­nął jak wryty o kilka jagnię­cych sko­ków przed cia­łem Geo­rge’a. Przez chwilę chwiał się jak długa gałąź na wie­trze, lecz jego czujne, małe, ostre jak szpilki oczy przez cały czas patrzyły na szpa­del ster­czący z wnętrz­no­ści paste­rza.

Gabriel i rzeź­nik też przy­sta­nęli kilka kro­ków od trupa. Rzeź­nik wbił wzrok w zie­mię. Gabriel wyjął ręce z kie­szeni. Chu­dzie­lec zdjął czapkę.

Poja­da­jąc trawę, Otello dziel­nie prze­szedł tuż obok nich.

Potem, ciężko dysząc i sapiąc, ścieżką nad­bie­gła Lilly, a wraz z nią nad­pły­nął obłok pach­ną­cych bzem per­fum. Lilly miała mocno zaczer­wie­nioną twarz i rude, roz­wi­chrzone włosy i na widok Geo­rge’a wydała krótki, prze­raź­liwy krzyk. Owce spoj­rzały na nią spo­koj­nie. Lilly przy­cho­dziła cza­sem na łąkę, zwy­kle wie­czo­rem, i krzy­czała tak z byle powodu. Na przy­kład wtedy, kiedy wdep­nęła w owcze bobki. Albo kiedy zacze­piła spód­nicą o żywo­płot. Albo kiedy Geo­rge powie­dział coś, co się jej nie spodo­bało. Owce do tego przy­wy­kły. Czę­sto zni­kała z Geo­rge’em w przy­cze­pie. Jej dziwne krzyki zupeł­nie im nie prze­szka­dzały.

Ale zaraz potem wiatr poniósł przez łąkę krzyk zupeł­nie inny, prze­cią­gły i żało­sny. Biały Wie­lo­ryb i Chmurka nie wytrzy­mali i poga­lo­po­wali na wzgó­rze, gdzie zawsty­dzili się i ponow­nie spró­bo­wali przy­brać natu­ralny wygląd.

Nie zwra­ca­jąc uwagi na mokrą od wie­czor­nego desz­czu trawę, Lilly opa­dła na kolana obok zwłok. To ona tak strasz­nie krzy­czała. Niczym dwa ogłu­piałe owady, jej ręce wędro­wały na oślep po nor­we­skim swe­trze Geo­rge’a i szar­pały go za koł­nierz.

Nagle wyrósł obok niej rzeź­nik, który pocią­gnął ją mocno za ramię. Owce wstrzy­mały oddech. Rzeź­nik poru­szał się szybko jak kot. Coś powie­dział. Lilly spoj­rzała na niego oczami peł­nymi łez. Poru­szyła ustami, lecz mówiła za cicho. Rzeź­nik jej odpowie­dział. Potem chwy­cił ją za rękaw i odcią­gnął na bok. W tym samym momen­cie chu­dzie­lec zaczął mówić coś do Gabriela.

Otello rozej­rzał się w poszu­ki­wa­niu pomocy. Gdyby trzy­mał się bli­sko Gabriela, nie zdo­łałby pod­słu­chać roz­mowy rzeź­nika z Lilly – i vice versa. Ale nic z tego. Żadna z owiec nie chciała podejść ani do Geo­rge’a, ani do rzeź­nika, ponie­waż oby­dwaj pach­nieli śmier­cią. Wolały sku­pić się na pró­bach przy­bie­ra­nia natu­ral­nego wyglądu.

Wtem od strony poidła nad­bie­gła truch­tem Panna Maple, która wzięła na sie­bie obser­wa­cję rzeź­nika. Na nosie miała podej­rzaną, czer­woną plamę, ale ponie­waż wyta­rzała się w bło­cie, wyglą­dała po pro­stu jak bar­dzo brudna owca.

– …idio­tyczne zamie­sza­nie – mówił rzeź­nik. – Prze­stań robić z sie­bie wido­wi­sko. Wierz mi, skar­bie, masz teraz inne zmar­twie­nia. – Ser­del­ko­wa­tymi pal­cami wziął ją pod brodę i zadarł jej głowę, tak że musiała spoj­rzeć mu pro­sto w oczy.

– Dla­czego mie­liby mnie podej­rze­wać? – spy­tała, pró­bu­jąc się uwol­nić. – Dobrze nam się z Geo­rge’em ukła­dało.

Rzeź­nik jesz­cze moc­niej zaci­snął palce na jej pod­bródku.

– Dobrze – odparł. – Rze­czy­wi­ście. To im wystar­czy. A komu jesz­cze dobrze się z nim ukła­dało? Zacze­kaj tylko, aż otwo­rzą testa­ment, wtedy zoba­czymy, jak to z wami było. Nie przy­pusz­czam, żebyś robiła for­tunę na tych swo­ich kosme­ty­kach, a pusz­cza­jąc się na prawo i lewo w tej dziu­rze, też się nie wzbo­ga­cisz. Dla­tego bądź miła dla sta­rego Hama, a nie będziesz musiała się o nic mar­twić.

Gabriel coś powie­dział. Rzeź­nik odwró­cił się gwał­tow­nie i poma­sze­ro­wał do tam­tych, zosta­wia­jąc Lilly samą. Ta zadrżała i owi­nęła się szczel­niej sza­lem. Przez chwilę zda­wało się, że wybuch­nie pła­czem. Panna Maple wie­działa, jak się Lilly czuje. Być dotkniętą przez rzeź­nika – to tak, jakby za ucho chwy­ciła cię sama śmierć.

Ludzie znowu zaczęli roz­ma­wiać, ale owce stały zbyt daleko, żeby cokol­wiek usły­szeć. Potem zapa­dła nie­zręczna, wymowna cisza. Gabriel odwró­cił się i ruszył w kie­runku wio­ski, a chu­dzie­lec potruch­tał za nim. Lilly zawa­hała się i poszła w ich ślady.

Rzeź­nik Ham nie zwra­cał na nich uwagi. Pod­szedł do Geo­rge’a. Powoli pod­niósł swoją wielką rzeź­nicką łapę i gdy zawi­sła nad zwło­kami jak gruby bła­wa­tek, nakre­ślił nią w powie­trzu dwie linie. Dłuż­sza bie­gła od głowy Geo­rge’a do jego brzu­cha, a krót­sza od ramie­nia do ramie­nia. Wtedy zawo­łał go Gabriel i Ham też pospie­szył w kie­runku wio­ski.

*

Póź­niej trzech poli­cjan­tów przy­szło zro­bić zdję­cia. Przy­pro­wa­dzili bar­dzo wyper­fu­mo­waną dzien­ni­karkę. Ona też robiła zdję­cia, o wiele wię­cej zdjęć niż oni. Sta­nęła nawet na skraju urwi­ska, żeby sfo­to­gra­fo­wać Zorę na skal­nej półce oraz Sir Ritch­fielda i Bia­łego Wie­lo­ryba pasą­cych się przed dolme­nem. Owce były przy­zwy­cza­jone do tury­stów – takich z ple­ca­kami na ple­cach – któ­rzy cza­sem się im przy­glą­dali, ale przy tak dużym zain­te­re­so­wa­niu prasy wkrótce poczuły się nie­swojo. Wie­lo­ry­bowi pierw­szemu puściły nerwy, gło­śno mecząc, wbiegł na szczyt wzgó­rza. Zara­ził paniką pozo­sta­łych, nawet Pannę Maple i Otella, i w ciągu kilku minut w gro­madkę zbiło się tam całe, lekko zawsty­dzone stado.

Ale poli­cjanci nie zwra­cali na nie uwagi. Wycią­gnęli szpa­del z Geo­rge’a, wło­żyli ich – to zna­czy, Geo­rge’a i szpa­del – do dużych, pla­sti­ko­wych wor­ków, popeł­zali tro­chę po ziemi, wresz­cie znik­nęli w bia­łym samo­cho­dzie. Nie­długo potem zaczęło padać. Wkrótce pastwi­sko wyglą­dało tak, jakby nic się na nim nie wyda­rzyło.

Owce posta­no­wiły schro­nić się w sto­dole. Poszły tam całym sta­dem, ponie­waż teraz, tuż po śmierci Geo­rge’a, sto­doła wyda­wała się miej­scem posęp­nym i tro­chę zło­wro­gim. Tylko Panna Maple została na dwo­rze nieco dłu­żej, żeby deszcz zmył z niej błoto i resztki krwi z pyszczka.

Gdy weszła do sto­doły, owce stały wokół Otella i zasy­py­wały go gra­dem pytań, lecz jemu się nie spie­szyło.

– Jak mogłeś wytrzy­mać, sto­jąc tak bli­sko rzeź­nika? – zabe­czała nie­spo­koj­nie Wrzo­so­wata. – Ja umar­ła­bym ze stra­chu. Omal nie umar­łam, patrząc, jak do nas idzie!

Panna Maple prze­wró­ciła oczami. Ale musiała oddać mu spra­wie­dli­wość: podziw stada nie robił na nim naj­mniej­szego wra­że­nia. Spoj­rzał na nią i bar­dzo rze­czowo zaczął:

– Naj­pierw prze­mó­wił rzeź­nik. „Świ­nia”. Tak powie­dział.

Owce popa­trzyły po sobie zdu­mione. Żadna świ­nia ni­gdy nie posta­wiła racicy na ich pasionku!

Uwaga rzeź­nika nie miała sensu. Jed­nakże Otello był bar­dzo pewny sie­bie.

– Pach­niał gnie­wem. I stra­chem. Ale głów­nie gnie­wem. Chu­dzie­lec się go bał. A Gabriel nie. – Zasta­na­wiał się przez chwilę nad jego boha­ter­stwem, po czym kon­ty­nu­ował: – Lilly nie powie­działa niczego sen­sow­nego. Powta­rzała tylko: „Och, Geo­rge”. „Dla­czego aku­rat teraz?”. I: „Dla­czego mi to robisz?”. Może nie wie­działa, że on nie żyje. Potem rzeź­nik pocią­gnął ją za rękę. „Nie wolno go doty­kać”, powie­dział. Na to ona cicho odparła: „Pro­szę, chcę tylko pobyć z nim tro­chę sama”. Tamci mil­czeli, a rzeź­nik mruk­nął: „Jeśli ktoś w ogóle ma prawo, to tylko Kate”. Zabrzmiało to okrop­nie. Potem odcią­gnął ją od Geo­rge’a.

Owce mu przy­tak­nęły. One też dobrze to wszystko widziały. Podej­rze­nie natych­miast padło na rzeź­nika. Ale Panna Maple nie­cier­pli­wie pokrę­ciła głową.

– Kiedy rzeź­nik odszedł – cią­gnął Otello – chu­dzie­lec zaczął mówić do Gabriela. Dziw­nie pach­niał, whi­sky i Guin­nes­sem, ale nie tak, jakby pił. Pach­niało jego ciało i ubra­nie. A zwłasz­cza ręce.

– To on to zro­bił! – zabe­czał Ram­zes, mło­dziutki baran z bujną wyobraź­nią. – Polał sobie ręce whi­sky, bo nie mógł znieść zapa­chu krwi.

– To moż­liwe – odparła z waha­niem Panna Maple.

Matylda, która miała naj­lep­szy węch w sta­dzie, pokrę­ciła głową.

– Ludzie nie potra­fią wyczuć zapa­chu krwi tak jak my – powie­działa. – Oni pra­wie nie mają węchu.

– A potem chu­dzie­lec powie­dział cicho tak: „Tyle miał do zro­bie­nia, w gło­wie roiło mu się od zwa­rio­wa­nych pla­nów. Ale już ich chyba nie zre­ali­zuje, co?”. Mówił bar­dzo szybko, tak szybko, że nie zapa­mię­ta­łem wszyst­kiego, co padło. I cią­gle wra­cał do tych pla­nów. Chyba chciał wycią­gnąć coś z Gabriela. Ale Gabriel mil­czał.

Zamy­ślony Otello prze­krzy­wił głowę.

– Moim zda­niem chu­dzie­lec go dener­wo­wał. Wła­śnie dla­tego Gabriel zawo­łał rzeź­nika. Kiedy rzeź­nik pod­szedł bli­żej, chu­dzie­lec od razu zamilkł. A potem wszy­scy zaczęli mówić naraz. Lilly powie­działa: „Trzeba zawia­do­mić jego żonę”. Gabriel: „I poli­cję”. Rzeź­nik: „Zostanę z nim, aż przy­jadą”. A chu­dzie­lec na to, że: „Nikt nie zosta­nie tu sam”. Wtedy tamci spoj­rzeli na niego, tak jak baran patrzy na barana przed poje­dyn­kiem. Rzeź­nik się zaczer­wie­nił. Ale kiw­nął głową.

*

Panna Maple zaczęła zbie­rać pyta­nia. Owce miały powie­dzieć, czego nie zro­zu­miały i czego chcia­łyby się dowie­dzieć. Stała w środku stada z Bia­łym Wie­lo­ry­bem. Kiedy uznała, że pyta­nie jest warte zapa­mię­ta­nia, spo­glą­dała na niego i kiwała głową, a Wie­lo­ryb je zapa­mię­ty­wał. Kiedy coś już zapa­mię­tał, ni­gdy tego nie zapo­mi­nał.

– Dla­czego nas foto­gra­fo­wali? – spy­tała Matylda.

– Dla­czego padał deszcz? – spy­tała Chmurka.

– Dla­czego Geo­rge wyszedł na pasio­nek nocą? – To Wrzo­so­wata.

Panna Maple zer­k­nęła na Wie­lo­ryba i kiw­nęła głową. Wrzo­so­wata spoj­rzała z dumą na Otella.

– Dla­czego przy­szedł tu rzeź­nik? – spy­tała Matylda.

– Czego rzeź­nik chce od Lilly? – spy­tał Otello.

Panna Maple kiw­nęła głową.

– Co to zna­czy testa­ment? – spy­tała Bystra i Panna Maple znowu kiw­nęła głową.

– Kiedy znowu będziemy mogli paść się w miej­scu, gdzie leżał Geo­rge? – spy­tała Chmurka.

– Czy na pasio­nek wypę­dzą teraz świ­nie? – spy­tała Matylda.

– Dla­czego mor­derca zro­bił to szpa­dlem? Prze­cież mógł zepchnąć go z urwi­ska – zauwa­żyła Zora.

Panna Maple kiw­nęła głową.

– A co z wil­kiem? – spy­tała Sara. – Czy naszym jagnię­tom coś grozi? Jagnię­tom albo nam?

Panna Maple zawa­hała się, ale nie dała Wie­lo­ry­bowi znaku.

– Dla­czego ktoś nie zamor­duje rzeź­nika? – rzu­ciła Chmurka.

Kilka owiec zame­czało z apro­batą, lecz Panna Maple nie zare­ago­wała.

– Jak długo Geo­rge leżał na łące? – spy­tał Wie­lo­ryb.

Panna Maple kiw­nęła głową i Wie­lo­ryb się roz­pro­mie­nił.

Z kręgu owiec wytruch­tało jagnię. Nie miało jesz­cze imie­nia. Jagnię­ciu nadaje się imię dopiero wtedy, kiedy prze­żyje swoją pierw­szą zimę.

– Czy wróci tu duch Geo­rge’a? – spy­tało nie­śmiało.

Chmurka nachy­liła się ku niemu uspo­ka­ja­jąco i jagnię wtu­liło łebek w jej gęste runo.

– Nie, maleń­stwo, nie wróci. Ludzie nie mają duszy. Nie ma duszy, nie ma i ducha. To pro­ste.

– Jak możesz tak mówić? – zapro­te­sto­wał Wie­lo­ryb. – Nie wiemy, czy ludzie mają duszę, czy nie.

– Każde jagnię wie, że dusza mieszka w zmy­śle węchu. A ludzie nie mają dobrych nosów. – Matylda miała zna­ko­mity węch i czę­sto roz­my­ślała o pro­ble­mach duszy i nosa.

– Naj­wy­żej zoba­czysz takiego malut­kiego duszka. – Roz­ba­wiony Otello też nachy­lił się nad jagnię­ciem. – Nie ma się czego bać.

– Ale ja już go widzia­łem! – zabe­czało jagnię. – Był bar­dzo duży, o wiele więk­szy ode mnie, a ja mam bar­dzo dobry węch. I był kudłaty, i tań­czył. Począt­kowo myśla­łem, że to duch wilka, ale teraz wiem, że to był duch Geo­rge’a. Bar­dzo się prze­stra­szy­łem. Z rana myśla­łem, że to był tylko sen.

Panna Maple przyj­rzała mu się uważ­nie.

– Skąd wiesz, że Geo­rge już nie żył?

– Bo go widzia­łem.

– Widzia­łeś mar­twego Geo­rge’a i nic nam nie powie­dzia­łeś?

– Nie, to nie tak. – Jagnię pocią­gnęło nosem. – Widzia­łem szpa­del. Ale pod szpa­dlem musiał leżeć Geo­rge, prawda? – Jagnię zro­biło zamy­śloną minę. – A może on na ten szpa­del upadł?

Niczego wię­cej nie udało się zeń wycią­gnąć. Ot, wyszło w nocy ze sto­doły, ale nie wie­działo dla­czego. W świe­tle księ­życa zoba­czyło szpa­del i kudła­tego ducha, lecz nie potra­fiło opi­sać go dokład­niej. Było tak prze­ra­żone, że od razu zasnęło.

Zapa­dła cisza. Owce zbiły się w jesz­cze cia­śniej­szą gro­madkę. Jagnię scho­wało łebek w runie Chmurki, a pozo­stałe owce wbiły wzrok w zie­mię. Panna Maple wes­tchnęła.

– Dwa pyta­nia do Bia­łego Wie­lo­ryba. Kim jest duch wilka? I gdzie jest Tess?

Owce wymie­niły spoj­rze­nia. Rze­czy­wi­ście, gdzie była Tess, stary owcza­rek Geo­rge’a, jego naj­wier­niej­sza towa­rzyszka, jedyna praw­dziwa miłość jego życia, naj­ła­god­niej­szy pies paster­ski, jaki kie­dy­kol­wiek je pasał?

*

Kiedy owce poszły spać, Panna Maple dodała po cichu kolejne pyta­nie do listy. Powie­działa Ram­ze­sowi, że nie wie, czy ręce mor­dercy były zakrwa­wione. Tym­cza­sem tak naprawdę nie wie­działa nawet, czy mor­derca w ogóle miał ręce. Geo­rge miał spo­kojną twarz. Lekko pach­niał piwem i dymem, a pal­cami ści­skał dwa kwiatki. Uznała, że to tro­chę dziwne, ponie­waż Geo­rge nie inte­re­so­wał się kwia­tami. O wiele wię­cej czasu poświę­cał warzy­wom.

Ale zna­la­zła coś jesz­cze, coś, co kazało jej pod­wi­nąć nosem jego zakrwa­wiony nor­we­ski swe­ter. I tam, na bla­dym brzu­chu, tuż nad miej­scem, gdzie ster­czał szpa­del, zoba­czyła odcisk owczej racicy – jeden, poje­dyn­czy odcisk.ROZDZIAŁ 3. PANNA MAPLE MOKNIE

Roz­dział 3

Panna Maple mok­nie

George nie lubił ludzi. Ludzie rzadko kiedy zacho­dzili na łąkę – ot, cza­sem jakiś far­mer albo sta­ruszka, która chciała sobie poplot­ko­wać – a kiedy już zacho­dzili, Geo­rge wpa­dał w gniew. Pusz­czał wtedy bar­dzo gło­śną kasetę z sza­rego magne­to­fonu i ucie­kał do warzyw­nika, gdzie taplał się w bru­dzie, dopóki ten ktoś sobie nie poszedł.

Tak więc owce nie widziały dotąd stada ludzi i były zbyt zasko­czone, żeby wpaść w panikę. Póź­niej Wie­lo­ryb mówił, że było ich sied­miu, ale Wie­lo­ryb miał słaby wzrok. Zora nali­czyła ich dwu­dzie­stu, Panna Maple czter­dzie­stu pię­ciu, a Sir Ritch­field całe mnó­stwo, wię­cej niż mógł zli­czyć. Sęk w tym, że Sir Ritch­field miał fatalną pamięć, zwłasz­cza kiedy był zde­ner­wo­wany. Zapo­mniał, do ilu doli­czył, więc zaczął od początku i liczył tak dwa albo trzy razy. Psy też poli­czył.

Krót­ko­wzroczny Wie­lo­ryb patrzył posęp­nie na ludzi. Cóż, mogli daro­wać sobie teo­rię o mor­dercy, który wraca na miej­sce zbrodni. Wszy­scy tu wró­cili, a mor­derca musiał być wśród nich. Owce patrzyły cie­ka­wie na ludz­kie stado. Nie prze­wo­dził mu osob­nik ani naj­sil­niej­szy, ani naj­by­strzej­szy: na czele szedł Tom O’Mal­ley. Za nim dzieci, za dziećmi kobiety, a za kobie­tami męż­czyźni z rękami nie­zdar­nie wepchnię­tymi do kie­szeni. Na samym końcu sunęło kilku trzę­są­cych się sta­rusz­ków, któ­rzy szli powoli i chwiej­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij