-
nowość
Srebro i krew - ebook
Srebro i krew - ebook
Coś czai się w lesie…
Riela wchodzi tam niechętnie, ale nie ma wyboru. Jako jedyna magini musi zabić bestię terroryzującą wioskę. Problem w tym, że bestii jest więcej…
Gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, Riela jest przekonana, że jej koniec jest bliski. Jednak wtedy pojawia się niebezpiecznie pociągający mężczyzna władający księżycową magią – ratuje ją i zabiera do swojego zamku.
Garrick nie jest zwykłym magiem. To wygnany władca, którego moc gaśnie…
W zamku pełnym tajemnic, otoczonym zdradliwym lasem, między dwojgiem magów pojawia się iskra pożądania – a potem coś więcej. Im bardziej odkrywają magię Rieli, tym wyraźniejsze staje się jedno: to ona może ocalić królestwo Garricka.
Albo je ostatecznie zniszczyć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368592894 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_A Etheri się budzą, by na manowce nas wodzić._
_Zostań tam, gdzie chroni cię ogień płonący,_
_Inaczej zwabią cię i wciągną w głąb nocy._
_Gdy dasz się otumanić leśnej magii władzą,_
_Zapamiętaj me słowa, niechaj cię prowadzą:_
_Szmaragdowa Królowa z jasnego dworu wiosny_
_Kocha blask i wszelką zieleń, która rośnie._
_Jeśli na dworze letnim u Złotej Królowej gościsz,_
_Wiedz, że pragnie tego, co straciła w przeszłości._
_Z jesiennego dworu Miedzianej Osobie_
_Przynoś dary bogate, by zjednać ją sobie._
_Szafirowa Królowa w zimowym dworze srogim_
_Nie wypuści już tego, kto wstąpi w jej progi._
_Lecz jeśli na twej drodze wyłoni się z cienia_
_Król Róż albo też Król Kamienia,_
_Nie łudź się, że zdołasz uciec z takiej matni,_
_Gdyż dzień ten będzie w życiu twym ostatni._ROZDZIAŁ 1
RIELA
Migotliwy blask pochodni zamieniał twarze mieszkańców wsi w rozwścieczone maski, ale to widok połyskującej lepko krwi sprawił, że żołądek mi się zacisnął.
Nie byłam uzdrowicielką, więc nie mieli powodów, by przynosić w środku nocy pod moje drzwi rannego myśliwego.
Hector jęczał z bólu, a jego żona Mirra wpatrywała się we mnie z furią pełną przekonania o własnej słuszności.
– To twoja wina! – wrzasnęła.
Znowu zapomniałam nakręcić zegar, ale blady sierp Protektorki, większego z dwóch księżyców Edei, nadal wisiał nad drzewami, a Łowca jeszcze nie wstał, czyli było bliżej północy niż świtu. Niepokój mocniej ścisnął mi serce.
– Spałam – wymamrotałam, starając się odzyskać spokój, który roztrzaskał się wraz z drzwiami. – Nic nie zrobiłam.
– Właśnie! – krzyknęła triumfalnie Mirra. – Twoja magia przyciąga tutaj potwory, a ty nie robisz nic, żeby nas chronić.
– Moja magia ocaliła ci życie – przypomniałam ostro. Spojrzałam gniewnie na tłum. – Wy wszyscy uratowaliście życie dzięki mnie. Cała wieś ocalała.
Połowa zebranych wydawała się wahać, ale druga część, niezrażona, odwzajemniała moje rozzłoszczone spojrzenie. Sądząc po rozmiarach grupy, było tu prawie dwie trzecie mieszkańców wsi, a ja znałam ich co do jednego. Obecność każdego z nich była jak nóż wbity w plecy.
Ledwie zdążyłam narzucić szlafrok na koszulę nocną, gdy tłum wyłamał moje drzwi. Podkulałam palce bosych stóp, stojąc na zimnej podłodze. Byłam obdarzona magią, ale niewyszkoloną i zawodną. Gdyby postanowili wyrzucić mnie z domu, mogliby to zrobić.
– Czego ode mnie oczekujecie? – zapytałam w końcu. Gorycz i poczucie zdrady wypełniały mi serce.
– Zabijesz potwora, który zaatakował w lesie Hectora, i ochronisz nas przed kolejnym atakiem. – Mirra zmrużyła oczy. – Potem będziesz nas nadal chronić, tak jak powinnaś to robić od samego początku.
Moja cierpliwość się wyczerpała.
– Czyli Hector poszedł w nocy do Zapomnianej Puszczy? Co on tam robił? Nawet dzieci wiedzą, że ten las należy po zmroku omijać szerokim łukiem.
Zakaz wstępu do Zapomnianej Puszczy, oficjalnie nazywanej Kilishańskim Obszarem Ochronnym, obowiązywał od co najmniej dwóch dekad. Dekret został wydany ze względu na bezpieczeństwo mieszkańców wsi na obrzeżach, a nie dla ochrony samego lasu, ale król panował daleko, zaś ludzie byli głodni. Śmiałkowie, którzy zapuszczali się w ten gąszcz, zwykle wracali z jeleniem lub dwoma – o ile w ogóle wracali. Hector miał szczęście, że skończyło się na zakrwawionym ramieniu.
Twarz Mirry poczerwieniała z wściekłości.
– Był na polowaniu!
Z całą pewnością coś tropił, ale bardzo wątpiłam, że był to jeleń. Westchnęłam z cichą rezygnacją. To nie miało znaczenia. Mirra nienawidziła mnie od czasu, gdy kilka lat temu publicznie upokorzyłam Hectora, wrzucając go do świńskiego koryta, kiedy na święcie wiosennym próbował mnie po pijaku pocałować. Gdyby nie uniemożliwił mi ucieczki, nic by się nie stało, ale to wyraźnie nie miało znaczenia.
Teraz ponownie obarczono mnie winą za głupotę Hectora. Po cichu mruknęłam coś bluźnierczego na temat świętej Damy, patronki sprawiedliwości. Gdyby sprawiedliwość naprawdę istniała, Hector polowałby na własne potwory, a ja nadal byłabym bezpieczna w łóżku.
Ale chociaż nie podobało mi się, że jestem zmuszana, a nie proszona o pomoc, nie mogłam ignorować niebezpieczeństwa. Potwór dostatecznie rozzuchwalony, żeby zaatakować myśliwego, nie będzie miał żadnych oporów przed napaścią na kogoś, kto nie ma szans się obronić.
Uniosłam podbródek i spojrzałam na tłum.
– Wyruszę rano.
– Wyruszysz natychmiast! – warknęła Mirra.
– Wyruszę rano – powtórzyłam stanowczo, chociaż tłum zaczął szemrać z niezadowoleniem. Spojrzałam na nich gniewnie. – Wysyłanie do lasu w środku nocy jedynej osoby we wsi obdarzonej magią to doskonały sposób na to, żeby nie mieć ani jednej osoby obdarzonej magią, która mogłaby walczyć z potworami.
Miejscowy piekarz zrobił krok do przodu.
– Niech tak będzie – powiedział, a chociaż znajdował się w tłumie, jego twarz była ściągnięta troską. – Możesz wyruszyć o świcie. Przygotujemy dla ciebie zapasy.
Rozległy się kolejne pomruki niezadowolenia, ale Hadwin był powszechnie lubiany, więc szybko zdołał wszystkich przekonać. Tłum się rozproszył, aż pozostał tylko on jeden.
– Przykro mi, Rielo – powiedział cicho. – Próbowałem wpłynąć na ich zdanie, zanim tutaj przyszliśmy, ale Mirra zdążyła już nakręcić panikę. Wiesz, jaka ona potrafi być. Nie dało się z nimi rozmawiać.
Rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy jesteśmy sami, a potem zniżył głos do szeptu.
– Powinnaś wyruszyć od razu. Dam ci jakieś zapasy. Jeśli udasz się do Obriku, król z pewnością…
– Nie zamierzam uciekać do stolicy ani do króla – sprzeciwiłam się cicho. Istniał powód, dla którego nie starałam się o żadne formalne szkolenie, gdy w zeszłym roku nieoczekiwanie ujawniła się moja magia. Magowie stawali się coraz rzadsi, więc król zaczął powoływać pod przymusem tych, którzy nie chcieli zgłaszać się na ochotnika.
Królewscy magowie zaś znajdowali się zawsze na linii frontu każdej bezsensownej wojny, którą postanowił prowadzić król Antwon. Gdybym udała się do stolicy, nigdy więcej nie zobaczyłabym mojej chaty ani stron rodzinnych.
Potarłam twarz dłońmi i westchnęłam. Istniała tylko jedna opcja.
– Znajdę tego potwora i zabiję go – oznajmiłam z większą pewnością siebie, niż odczuwałam.
Piekarz zmarszczył brwi, a potem wskazał bezradnie moje rozbite drzwi.
– Nie powinnaś ryzykować. Ludzie boją się tego, czego nie rozumieją.
– Wiem. Ale bogowie, święci, czy też ktokolwiek inny, postanowili mnie obdarzyć magią, a to jest mój dom. Nie porzucę go tylko dlatego, że Hector był na tyle głupi, żeby zakradać się na schadzki do lasu.
Chata wyglądała skromnie, ale należąca do mnie ziemia była bezcenna. Tutaj spoczywała pochowana moja matka. Podobnie jak ojciec. Nie pozwolę, żeby wygnali mnie ludzie, których uważałam za przyjaciół i sąsiadów. Nie mogłam także pozwolić, by potwór grasował na wolności, skoro miałam siłę, żeby go powstrzymać – a przynajmniej przypuszczałam, że taką mam.
Następnym razem mógł porwać dziecko, a tego nigdy bym sobie nie wybaczyła.
– Ojciec byłby z ciebie dumny – stwierdził Hadwin.
Mogłam mieć tylko nadzieję, że te słowa okażą się prawdą także wtedy, gdy znajdę potwora.
*
Niepokój przechodził mi dreszczami po kręgosłupie, gdy wpatrywałam się w szereg drzew wyznaczających granicę lasu. W przyćmionym blasku świtu każdy masywny pień stał na baczność jak milczący strażnik, spowity cieniami i znajdujący się o wiele za blisko.
Przez całe życie mieszkałam w pobliżu tej ogromnej, niebezpiecznej puszczy, ale byłam w niej tylko raz – to było jedno z moich najwcześniejszych wspomnień. Przeraziłam ojca do tego stopnia, że rozpłakał się, kiedy mnie znalazł, a gdy się upewnił, że jestem cała i zdrowa, kazał mi obiecać, że nigdy tutaj nie wrócę.
Od tamtej pory ani razu nie weszłam do tego lasu.
Nie miałam pojęcia o zabijaniu potworów, ale ojciec rozumiałby, dlaczego musiałam spróbować. Rozumiałby także to rozgoryczenie, które wypełniało moją pierś.
Byłam przydatna dla wsi tak długo, jak długo byłam użyteczna. Wiedziałam o tym, i oni o tym wiedzieli, chociaż wszyscy udawaliśmy, że jest inaczej. Przynajmniej do ostatniej nocy. Gniewny tłum z pochodniami był czymś trudnym do wybaczenia i zapomnienia.
Większość tego tłumu poszła za mną rano na krawędź lasu, tak jakby chcieli mieć pewność, że nie zamierzam uciekać. Miałam dwadzieścia osiem lat, byłam niezamężna i nie mogłam liczyć na opiekę wpływowej rodziny. Nie mogłam liczyć na nikogo – poza sobą.
Zaś sądząc po tym, co zamierzałam zrobić, nie liczyłabym też za bardzo na siebie.
Stojąca obok mnie kowalka przestąpiła niepewnie z nogi na nogę i odchrząknęła. Kiedy odwróciłam się do niej, podała mi sztylet i miecz z identycznymi srebrnymi rękojeściami i trzonami owiniętymi czarnymi skórzanymi paskami.
– Naostrzyłam je dzisiaj rano.
– Dziękuję. – Przypięłam pochwy do pasa, mając nadzieję, że wyglądam, jakbym robiła to ze spokojną pewnością siebie. Gdybym jej powiedziała, że nie potrafię posługiwać się żadną bronią, tylko bym ją zmartwiła, a ostrze może być większą pomocą w starciu z potworem niż moja zawodna magia i niepełne informacje.
Hector okazał się praktycznie bezużyteczny. Nie widział bestii w ciemności i nie potrafił powiedzieć niczego poza tym, że warczała na niego i zanim zdołał ją odpędzić, rozorała mu pazurami ramię. Najróżniejsze bestie mogły warczeć i atakować w ten sposób, więc miło by było trochę zawęzić opis, zanim będę musiała walczyć z którąś z nich.
Byłoby miło, gdybym w ogóle nie musiała walczyć.
Podniosłam torbę i stłumiłam rozgoryczenie. Niektórym z mieszkańców wsi nadal na mnie zależało i dlatego właśnie wyruszałam. Hadwin przekonał ludzi z tłumu, żeby dali mi zapasy, chociaż stanowiło to dodatkowe obciążenie w i tak już trudnym roku.
Miałam teraz miecz i sztylet, matę do spania i brezent zabezpieczający przed deszczem. Hadwin dał mi dostatecznie dużo sucharów podróżnych, żeby wystarczyły na dwa tygodnie, może trzy, jeśli będę je uzupełniać darami natury. Rzucił także znaczące spojrzenie, gdy mi je podawał.
Dwa tygodnie to dość czasu, żeby dotrzeć do stolicy – chociaż nie zamierzałam tego próbować.
Na koniec, zapewne całkiem niemądrze, zabrałam dwa moje najcenniejsze skarby: książki pozostawione przez rodziców. Baśnie ojca i poezje matki.
Nie byłam pewna, jak te książki pomogą mi w walce z potworem, ale nie potrafiłam się zdobyć na pozostawienie ich w domu, skoro tłum już raz wdarł się do mojej chaty. Stojąc teraz pod lasem, znajdowałam pociechę w ich znajomym ciężarze, chociaż nie wykluczałam, że zmienię zdanie przed zakończeniem wędrówki.
Wyprostowałam plecy i zebrałam całą odwagę.
– Niechaj święci cię chronią – powiedziała stojąca obok kowalka. Po dłuższej chwili dodała bardzo cichutko: – I oby monarchowie nie zwrócili na ciebie spojrzenia.
To stare błogosławieństwo było niespodziewane w ustach osoby, która nie potrafiła patrzeć mi w oczy, odkąd ujawniła się moja magia. Gdy rzuciłam kowalce pytające spojrzenie, pochyliła głowę z czymś, co mogło być żalem, a potem bez oglądania się za siebie odwróciła się do swojego wozu i reszty tłumu.
Odetchnęłam powoli i weszłam w chłodny cień drzew. Przeszedł mnie dreszcz i sprawił, że włoski na moich rękach się zjeżyły. Przekroczyłam właśnie niewidzialną barierę, zaś po lesie rozszedł się niedosłyszalny sygnał.
Potwór wiedział, że tutaj jestem.
Chociaż przez całe życie czytałam, a przez ostatni rok sporadycznie eksperymentowałam, potrafiłam wykorzystywać moc tylko w dwóch konkretnych celach: w tworzeniu światła i wyczuwaniu magii na odległość. Żadna z tych umiejętności nie mogła pomóc w walce z potworem, ale przydadzą się przynajmniej, żeby go znaleźć.
Wezwałam magię i posłałam ją przed siebie, w myślach przebiegając las na cienkich jak pajęczyna falach mocy. Kilka pobliskich smug koloru należało prawdopodobnie do pomniejszych bestii, ale na samej krawędzi moich zmysłów migotało srebro, bardziej intensywne i silniejsze od pozostałych barw.
Skierowałam się w stronę jasnego lśnienia magii i ruszyłam przed siebie, a gliniaste dno lasu tłumiło odgłos kroków.
*
Po całym dniu marszu bez żadnego śladu potwora półmrok w lesie przemienił się w prawdziwe ciemności. Magiczne światło, które wezwałam, nie było w stanie skutecznie rozpraszać cieni, a nocna samotność pod gołym niebem przypominała o wielu baśniach, które czytał mi ojciec.
Tyle że ja nie byłam odważną księżniczką ani śmiałym rycerzem, a jeśli wpadnę w tarapaty, które mnie przerosną, nie pojawi się żaden bohater, żeby mnie uratować. Nie miałam jednak także do wykonania misji polegającej na pokonaniu maga niemal równego bogom albo zabiciu smoka (miejmy nadzieję), więc być może uda mi się odnieść sukces.
W gruncie rzeczy zawsze najbardziej lubiłam opowieści o księżniczkach, które same potrafiły się uratować.
Zaczęłam się właśnie zastanawiać nad znalezieniem bezpiecznego miejsca i zatrzymaniem na noc, gdy las wokół mnie ucichł i znieruchomiał. Nawet brzęczące owady umilkły, a las spowiła czujna cisza zapowiadająca niebezpieczeństwo.
Wzmocniłam moje magicznie światło, a potem ostrożnie wyciągnęłam nowy sztylet i rozproszyłam moc w poszukiwaniu zagrożenia. Jasne źródło srebrnej magii, które tropiłam, nie ruszyło się z miejsca, ale teraz pojawiła się smuga szkarłatu i powoli się do mnie zbliżała.
Ignorowałam te mniejsze smugi, ponieważ one ignorowały mnie. Zakładałam, że to raczej ofiary niż drapieżniki, ale być może w tej części puszczy grasował więcej niż jeden potwór. To by pasowało do mojego pecha.
Niskie, gardłowe warczenie zawibrowało wśród drzew, a ja stężałam, szykując się do walki. Kolana drżały mi ze zdenerwowania, ale odwróciłam się, żeby stawić czoło szkarłatnej magii, i wtedy właśnie smuga rozdzieliła się na dwie.
Na języku poczułam gorzki smak strachu. Jeden potwór był trudnym wyzwaniem. Dwa stawały się niemożliwym.
Pierwsza szkarłatna smuga okrążała mnie od prawej strony, podczas gdy druga nie ruszała się z miejsca. Bestie chciały mnie wziąć w dwa ognie. Odwróciłam się do okrążającej mnie magii, ale blask mojego światła nie potrafił rozproszyć zbliżających się cieni.
Sztylet drżał mi w dłoni, a gładka skóra na rękojeści wydawała się niebezpiecznie śliska. Miecz dawałby większy zasięg, ale był ciężki i niezgrabny. Wyszłam z założenia, że lepiej wyjdę na posługiwaniu się bronią, którą jestem w stanie unieść, nawet jeśli nie radzę sobie z nią najlepiej.
Jeśli miałam przetrwać, musiałam zadawać jak największe obrażenia w jak najkrótszym czasie.
W tym momencie pierwsza bestia pojawiła się w polu mojego widzenia, a ja w duchu roześmiałam się z własnej pychy. Potwór był wyższy niż sięgały moje ramiona, ze świecącymi czerwonymi oczami i ciałem zrobionym z ciasno posplatanych, krwistoczerwonych pnączy. Ciernie porastały go jak futro, a na ich ostrych szpicach lśniła trucizna.
Istota taka jak ta nigdy nie pojawiła się w żadnej z książek, które czytałam, więc nie miałam pojęcia, jak można ją bezpiecznie pokonać. Nawet gdyby mój sztylet zdołał przeciąć pnącza, ciernie rozerwą mnie na strzępy.
Nigdy nie używałam magii do walki, ale desperacja była najlepszą nauczycielką, więc stanęłam pewniej na nogach i spróbowałam sobie przypomnieć, jakie uczucie mi towarzyszyło, gdy zmieniłam bieg powodzi i ocaliłam wieś.
Pamiętałam głównie ból. Miałam nadzieję, że uda się uniknąć powtórki.
Moja magia, którą postrzegałam umysłem, zalśniła burzliwym błękitem, ale pomimo intensywnego pragnienia, by stała się tarczą, bronią lub czymkolwiek, pozostawała bierna i niewspółpracująca. Tylko magiczne światło unoszące się nad głową świadczyło o tym, że w ogóle mam jakieś moce.
Ściskałam rękojeść sztyletu, aż zaczęła mi się wrzynać w dłoń. Będę musiała walczyć bez pomocy magii.
Zanim zdążyłam się zdecydować na najlepsze podejście, potwór rzucił się na mnie z odgłosem przypominającym szelest wiatru w liściach. Był szybki – naprawdę szybki. Odskoczyłam na bok i omal nie straciłam równowagi z powodu ciężaru torby, ale zamachnęłam się sztyletem z siłą, którą wspomagał strach. Czubkiem przejechałam po pnączu na boku bestii, wytaczając lepki czerwony sok oraz zapach róż.
Stwór ryknął i obrócił się z nadnaturalną zwinnością. Nie miałam czasu zrobić uniku. Brutalne szczęki zacisnęły się na moim lewym ramieniu, wrzasnęłam z bólu i raz za razem dźgałam potwora w szyję. Pnącza pękały, a ciernie kaleczyły mi skórę. Po prawej ręce rozchodził się palący żar.
Bestia potrząsnęła łbem, wbiła mi zęby głębiej w ramię i nareszcie, nareszcie moja magia ożyła. Potwór otworzył pysk z bolesnym skowytem i odskoczył do tyłu. Ruszyłam chwiejnie za nim. Lewe ramię paliło jak ogniem, podobnie jak prawe, ale z ponurą determinacją zadałam bestii cios sztyletem w głowę.
Zrobiła unik, więc sztylet przeciął powietrze. Przeklinałam wszystkich cholernych świętych, a w szczególności Stasa, patrona chaosu, ognia i trucizn. Nie wierzyłam w świętych – ani w monarchów, skoro już o tym mowa – ale wierzył w nich ojciec, a przeklinanie ich lub dziękowanie im stanowiło źródło znajomej pociechy. Głównie przeklinanie. Ten potwór wydawał się stworzony z myślą o samym Stasie.
Ledwie czułam lepką, pokrytą roślinnym sokiem rękojeść w prawej ręce, a ziemia zaczęła się kołysać – albo też ja się kołysałam. Musiałam zabić oba potwory i to szybko. Albo poniosę porażkę.
Nie zamierzałam się z nią godzić.
Srebrna magia zapulsowała w pobliżu jak blask księżyca na falującej wodzie. Niski, gardłowy dźwięk będący czymś pomiędzy odgłosem rozbawienia a warknięciem sprawił, że przeszedł mi dreszcz po kręgosłupie. Taki dźwięk nie mógłby się wydobywać z ludzkiego gardła i wydawało się, że dochodzi ze wszystkich stron jednocześnie.
Potwór obok mnie odwrócił się, by stawić czoło większemu zagrożeniu, a ja wykorzystałam ten moment nieuwagi, żeby wbić mu głębiej sztylet w bok. Pociągnęłam ostrze do siebie, przecinając kolejne pnącza.
Bestia warknęła i się odwróciła, po czym wyrwała mi sztylet. Ja także warknęłam i spróbowałam dobyć miecza, ale prawa ręka nie pozwoliła ruszyć się na tyle, żeby wyciągnąć ostrze z pochwy. Poruszanie lewą także było piekielnie bolesne, ale zdołałam oswobodzić broń, a potem omal jej nie upuściłam.
Ciemne plamki tańczyły mi przed oczami, a rękojeść miecza była śliska od mojej krwi, ale przynajmniej nadal miałam broń. Podziękowałam w duchu kowalce za jej dobre serce.
Bestia się zachwiała i zwaliła na ziemię, dysząc ciężko. Z ran, które jej zadałam, sączył się gęsty czerwony sok. Ta została pokonana, ale była jeszcze przynajmniej jedna, ukryta wśród drzew, a mnie szybko opuszczały siły.
Utykając, podeszłam do powalonego potwora. Zanim zdążyłam się do niego zbliżyć i zabrać sztylet, pomiędzy nami pojawił się ciemnowłosy mężczyzna z długim lśniącym mieczem. Wzdrygnęłam się z zaskoczenia. Skąd on się wziął? Aura barwy blasku księżyca oznaczała, że jest magiem, ale nie używał magii, tylko czystej siły, gdy potężnym zamachem ciął oburącz leżącą bestię.
Rozległ się przeraźliwy dźwięk przypominający pękające drewno, a potem zrobiona z pnączy bestia rozsypała się w proch. Mój sztylet upadł na zasypaną liśćmi ziemię, ale ja nie potrafiłam oderwać wzroku od mężczyzny.
To był mag i to prawdziwy, sądząc po jego zbroi. Czy inna wieś jakimś cudem zebrała dość pieniędzy, żeby zatrudnić najemnika, który zabije potwora? Magowie byli rzadkością, zaś nieliczni, którzy uniknęli służby królowi, żądali za swoje usługi niebotycznych kwot.
Nabrałam otuchy. Może jednak uda mi się przeżyć, dokuśtykać do domu i ogłosić zwycięstwo – zakładając, że ogień rozchodzący się po ręce nie był śmiertelny i że nie wykrwawię się po drodze na śmierć.
Pomiędzy drzewami po lewej stronie rozległo się wściekłe warczenie i druga zrobiona z pnączy bestia skoczyła w krąg światła. Przyjrzała się nam z niepokojącą inteligencją, a potem rzuciła się na mnie, dochodząc do prawidłowego wniosku, że będę łatwiejszym celem.
Płomienna agonia ogarnęła moje ręce, gdy z trudem unosiłam miecz. Potwór pokonał w mgnieniu oka połowę dzielącej nas odległości, a ja wiedziałam, że nie będę dostatecznie szybka.
W odróżnieniu od maga.
Nie wiem, jakim cudem zbliżył się tak żwawo, ale nagle zobaczyłam przed sobą jego plecy. Ciężki miecz przecinał powietrze z łatwością i bez wysiłku, a potwór mógł próbować, ile chciał, ale nie miał szans go wyminąć.
Mag zmusił bestię, żeby zaczęła się wycofywać, a gdy znalazła się prawie na granicy kręgu światła, najemnik z niewiarygodną siłą zaatakował ją mieczem. Rozległ się trzask drewna i potwór pękł na dwie części jak polano na pieńku.
Wpatrywałam się przez chwilę z oszołomionym niedowierzaniem, jak bestia rozsypuje się w proch.
Nadal patrzyłam na tę scenę, ale nic się nie zmieniło. Zostałam sama z uzbrojonym magiem, który właśnie posiekał na kawałki potwora zrobionego ze splątanych pnączy. Teraz odwrócił się do mnie, a mój magiczny blask sprawiał, że na jego przystojnej twarzy i srebrnych oczach kładły się głębokie cienie.
To było niemożliwe. Zamrugałam, starając się odzyskać ostrość widzenia, ale to nie pomagało. Z najwyższym trudem utrzymywałam się na nogach.
Za jego plecami spomiędzy drzew wyłonił się powoli czarny cień przypominający kształtem wilka, a ja obolałymi rękami uniosłam chwiejnie miecz. Oczy zwierzęcia zalśniły w świetle, jego wzrok mnie unieruchomił. Z głębi gardła wilka rozległ się niski warkot. Nowo przybyły potwór był rozmiarów konia, a jego futro dorównywało barwą kłębiącym się wokół nas cieniom.
To tyle, jeśli chodzi o powrót do domu.
Mag nie schował broni ani nie odwrócił się do nowego zagrożenia. Obserwował mnie z nieruchomym spokojem, od którego po plecach przeszedł mi dreszcz.
Wilk okrążył mnie z lewej strony, zmuszając, żebym zdecydowała, czy obserwuję jego, czy też maga. Wybrałam wilka, ale obrót sprawił, że do reszty straciłam równowagę. Oparłam czubek miecza na ziemi i wykorzystałam go jak laskę, chwiejąc się na nogach, a kiedy to nie pomogło, zacisnęłam powieki i usztywniłam kolana, aż świat przestał się kołysać.
Ogień z moich rąk sięgnął aż do piersi, a oddychanie stało się nowym priorytetem. Mag będzie musiał bez mojej pomocy poradzić sobie z wilkiem.
Kiedy znowu podniosłam wzrok, najemnik stał tuż przede mną. Pisnęłam i spróbowałam odskoczyć, ale ciało ze mną nie współpracowało. Poleciałam do tyłu jak zwalone drzewo. Mężczyzna zacisnął mocne palce na mojej prawej ręce i postawił mnie z powrotem do pionu.
Ciemne brwi uniosły się nad pełnymi nieufności srebrnymi oczami.
– Lepiej wykorzystasz energię, lecząc się. – Zmarszczył brwi i przesunął spojrzeniem po moich pokaleczonych, obolałych rękach. – Ile cierni cię zraniło?
– Nie wiem, jak się uzdrawia – wyznałam ochrypłym głosem. Oddychanie zdecydowanie stawało się coraz trudniejsze. – Nie wiem też, ile cierni. – Roześmiałam się cicho. – Za dużo, sądząc po tym, jak pali. – Popatrzyłam w jego migotliwe oczy. – Oraz po halucynacjach. Jesteś o wiele za piękny, żebyś mógł być prawdziwy. Zupełnie jak z baśni. Szkoda, że kończącej się tragicznie.
Zaskoczenie odmalowało się na jego twarzy, zanim zdołał nad nią zapanować.
– Zapewniam cię, że jestem prawdziwy. Jestem…
– Powinieneś stąd iść – przerwałam mu. Jeśli był prawdziwy, nie miałam czasu na grzeczności. – Zabiłeś potwora, ale ten las jest niebezpieczny.
– Wiem.
W jego głosie było coś, czego nie potrafiłabym nazwać, więc tylko skinęłam głową.
– To dobrze. – Odwróciłam się, żeby spojrzeć na wilka, ale mężczyzna nadal trzymał mnie za ramię. Szarpnęłam się lekko i syknęłam, gdy poczułam agonalny ból gorętszy niż ogień w żyłach.
Kolana się pode mną ugięły, więc osunęłam się na osłoniętą skórzaną zbroją pierś maga. Spróbowałam się wyprostować, ponieważ ta zbroja wyglądała na naprawdę kosztowną, a ja byłam pewna, że na nią krwawię, ale moje ciało było u kresu sił.
– Jestem z Kilish – wymamrotałam. – Powiedz im, że potwór nie żyje, podobnie jak Riela. Oddaj mi przysługę i postaraj się opisać moje czyny dostatecznie bohatersko, żeby udławili się poczuciem winy. – Prychnęłam gorzkim śmiechem, który przemienił się w gwałtowny, męczący kaszel. Gdy zdołałam zaczerpnąć oddech, na ile to było możliwe, dodałam: – Możesz jako zapłatę zabrać mi miecz i sztylet. Ja nie zostanę na tym świecie już długo, więc nie będę ich potrzebować, a kowalka to zrozumie.
Mężczyzna westchnął z cichą rezygnacją, a potem księżycowa magia wypełniła mnie jak chłodny wiatr, kojąc najgorszy ból.
– Nie umrzesz.
– Jestem pewna, że tak – sprzeciwiłam się. – Jeśli nie wykończy mnie trucizna, zrobi to wilk.
Coś prychnęło w ciemności, a ja z trudem uniosłam głowę. Nie czułam już rękojeści miecza w dłoni, a chociaż moce maga stłumiły trochę ból, nie przywróciły sił odebranych przez truciznę.
– Śpij – polecił mężczyzna, a jego magia owinęła się wokół mnie. Potem dodał bardzo cicho: – Jesteś bezpieczna.
Walczyłam, żeby nie stracić przytomności, wypytać go o potwory, magię i o to, dlaczego jego oczy lśnią srebrem, ale ciężka senność spadła na mnie jak fala i pociągnęła miękko w rozjaśnione księżycem sny.