Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Srebro na szkarłacie - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
30 marca 2026
29,90
2990 pkt
punktów Virtualo

Srebro na szkarłacie - ebook

SREBRO NA SZKARŁACIE Król Jeon, znany jako „Bestia z Goryeo”, nosi w sobie nienaturalny ogień, który zamiast dawać życie, obraca kości w popiół. W świecie, gdzie każdy ukłon skrywa ostrze, władca przestał już wypatrywać ocalenia. Wszystko zmienia się, gdy w mroku królewskiej sypialni pojawia się Liora. Srebrnowłosa szamanka z mroźnych szczytów przynosi ze sobą chłód, którego król łaknął od lat. Jednak w „Złotej Klatce” Manwoldae najgroźniejszą trucizną nie jest ta sączona do czarki z herbatą, lecz prawda pogrzebana głęboko pod fundamentami sali tronowej. Gdy dawne zbrodnie wychodzą na jaw, a pętla dworskich intryg zaciska się wokół tronu, Liora i Jeon muszą zdecydować, co spłonie pierwsze: ich serca czy królestwo budowane na zdradzie. Poznaj mroczną legendę o mrozie, który staje się ostatnią nadzieją, i o poświęceniu wypisanym srebrem na królewskim szkarłacie. W pałacu pełnym potworów największą odwagą jest pozostać człowiekiem.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397936218
Rozmiar pliku: 741 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Szczyty gór Taebaek stanowiły krainę, gdzie kończył się świat ludzi, a zaczynało królestwo duchów. W tej niedostępnej dziczy wiatr nie tylko wył, lecz krzyczał głosami tych, którzy zabłądzili, smagając zbocza z taką furią, jakby same bóstwa domagały się absolutnej, martwej ciszy. Każdy oddech był walką, a każda chwila postoju groziła zamianą w lodowy posąg. Na granicy chmur spokój pozostawał jedynie odległym, niespełnionym marzeniem.

Stara szamanka, znana w dolinach jedynie jako „Ta, która rozmawia z wiatrem”, otuliła się ciaśniej wytartym wilczym futrem. Zmrużyła oczy przed zacinającym śniegiem, który ciął skórę niczym tysiące miniaturowych noży. Szorstkie dłonie, poprzecinane mapą blizn, poprawiły ciężki, pleciony kosz przytroczony do pleców. Zioła, które zebrała, były warte tego morderczego mrozu – korzeń dzikiego żeń-szenia, _sansam_, odnaleziony o tej porze roku, był błogosławieństwem, za które niejeden urzędnik w stolicy oddałby połowę majątku.

Miała właśnie ruszyć w dół, w stronę samotni ukrytej w bezpiecznym załomie skał, gdy to usłyszała.

Dźwięk był cichy, a jednak przebił się przez opętańcze wycie wiatru z nienaturalną, przeszywającą siłą. Nie był to głodny ryk tygrysa ani złowieszcze krakanie kruka zwiastujące śmierć. Do uszu dobiegło słabe, urywane, na wskroś ludzkie kwilenie. Dźwięk, który w tym miejscu nie miał prawa istnieć.

Szamanka zamarła, a serce uderzyło jej mocniej – nie ze strachu, lecz ze zdumienia. W tych górach śmierć czyhała na każdym kroku, a litość bywała najkrótszą drogą do zguby. Rozsądek nakazywał uciekać i chronić własne, wątłe ciepło. Jednak nogi, prowadzone instynktem starszym od niej samej, poniosły ją w stronę występu skalnego, gdzie śnieg usypał zaspę o dziwnym kształcie.

Podeszła bliżej i poczuła zapach, który nie pasował do mrozu – metaliczną woń burzy i... spalenizny? Rozgarnęła biały puch i wstrzymała oddech, czując, jak zimno wdziera się do płuc.

W zagłębieniu, owinięte jedynie w strzępy dziwnej, jedwabistej tkaniny, której splotu nie potrafiła rozpoznać – zbyt delikatnego jak na Goryeo, zbyt wytrzymałego na jedwab z Zachodu – leżało niemowlę. Żyło, choć wedle wszelkich praw natury i bogów powinno już dawno zamarznąć na kość, stając się częścią góry. Co więcej, śnieg wokół dziecka nie leżał spokojnie. Topniał, cofał się i syczał cicho, jakby małe ciałko emanowało niewidzialnym, pulsującym żarem, tworząc wokół siebie kokon nienaturalnego ciepła.

Starucha pochyliła się i drżącą ręką, po zdjęciu grubej rękawicy, dotknęła policzka dziecka. Skóra była gorąca. Nie ciepła jak u zdrowego człowieka, lecz rozżarzona niczym kamień wyjęty z ogniska. To jednak nie parzące ciepło sprawiło, że cofnęła gwałtownie dłoń przyciskając ją do piersi.

To, co ujrzała, zmroziło jej krew.

W Goryeo, krainie, gdzie każdy rodził się z włosami barwy atramentu i oczami ciemnymi jak bezksiężycowa noc, ta istota wydawała się utkana z zupełnie innej materii. Jej skóra była przeraźliwie blada, mlecznobiała, niemal przezroczysta w zimnym świetle księżyca przebijającego się przez chmury. Wyglądała jak porcelana, która pęknie przy najlżejszym dotyku. Na małej główce, zamiast czarnego meszku, lśniły włoski w kolorze płynnego srebra, mieniące się niczym szron.

Wtedy dziecko otworzyło oczy.

Szamanka zachwiała się i oparła o skałę, by nie upaść. Oczy niemowlęcia były błękitne. Nie ciemne, nie brązowe, lecz jasne jak lód na najgłębszym górskim jeziorze, jak samo niebo w mroźny dzień, gdy słońce jest daleko. Patrzyły na nią z dziwną, dorosłą wręcz intensywnością, pozbawioną dziecięcej nieświadomości. Były to oczy kogoś, kto widzi więcej niż świat materialny.

– Dokkaebi... – szepnęła stara kobieta, drżącą ręką kreśląc w powietrzu znak chroniący przed złymi mocami. – Demon w ludzkiej skórze?

Dziecko jednak nie zapłakało, nie wydało z siebie demonicznego skowytu. Wyciągnęło jedynie małą, bladą rączkę i chwyciło szamankę za palec. Uścisk był zaskakująco mocny. W tym dotyku nie było zła, którego się spodziewała. Było życie. Czyste, pulsujące, uparte życie, które wbrew logice, mrozowi i samotności przetrwało na tym pustkowiu. Energia przepłynęła przez ramię kobiety, rozgrzewając jej stare kości.

Starucha rozejrzała się nerwowo, jakby spodziewała się pościgu. Śnieg zasypywał ślady, nikogo tu nie było. Tylko góry i wiatr. Skąd się tu wzięło? Kto je porzucił na pewną śmierć? A może... kto je tu ukrył, wiedząc, że świat na dole go nie przyjmie?

Wiedziała jedno. Jeśli zostawi to dziecko tutaj, góra zabierze je przed świtem. Duchy nie lubią konkurencji. Ale jeśli zabierze je na dół, do wiosek, do ludzi... Obraz przyszłości był jasny i brutalny.

Zacisnęła usta w wąską, surową kreskę. Znała serca ludzi z dolin – wiedziała, że strach jest tam walutą cenniejszą niż złoto, a to, co obce, szybko staje się przekleństwem i powodem do ślepej nienawiści. Zabiliby je. Ukamienowaliby jako demona, wiedźmę, zły omen sprowadzający suszę, powódź i nieszczęście na zbiory. Te srebrne włosy i lodowate oczy byłyby wyrokiem śmierci, zanim dziecko zdążyłoby wypowiedzieć pierwsze słowo. W pałacu uznano by je za klątwę, w chacie chłopa za potwora.

– Nie jesteś stąd, mała – mruknęła szamanka, a jej głos, zwykle szorstki i nieznoszący sprzeciwu, nieco zmiękł. – Jesteś pęknięciem w osnowie świata. Zagadką, której ten kraj nie jest gotów rozwiązać.

Pochyliła się i podniosła dziecko, otulając je połami swojego cuchnącego dymem futra. Poczuła dziwne, bolesne ukłucie w sercu. Przeczucie, ciężkie jak ołów. To dziecko nie trafiło w jej ręce przez przypadek. Los, ten stary i okrutny żartowniś, rzucił jej wyzwanie u schyłku życia.

Dziewczynka wtuliła się w ciepło, a jej srebrne włoski łaskotały szorstką skórę kobiety na szyi. Była lekka jak piórko, a jednak ciążyła niczym fatum.

– Ukryję cię – obiecała szeptem, który wiatr natychmiast porwał i poniósł w doliny. – Góry będą twoim domem, a chmury murem. Świat o tobie zapomni, dopóki nie będziesz gotowa, by mu o sobie przypomnieć. Nauczę cię, jak przetrwać wśród wilków i duchów, bo one będą łaskawsze niż ludzie.

Szamanka odwróciła się od przepaści i ruszyła w dół, w stronę bezpiecznego cienia lasu, niosąc na rękach istotę, która wyglądała, jakby powstała z księżycowego światła i gwiezdnego pyłu. Nie wiedziała jeszcze, że niesie iskrę, która pewnego dnia może strawić ogniem całe królestwo – lub ocalić je z popiołów, gdy tron spłynie krwią.

Na razie liczyło się tylko jedno: by ta mała iskra nie zgasła podczas długiej nocy.ROZDZIAŁ 1

Góry Taebaek nie wybaczały słabości, a zima w ich wyższych partiach była sędzią surowym i ostatecznym. Liora nauczyła się tego, zanim jeszcze potrafiła wymówić własne imię. Matka – bo tak nazywała starą szamankę, choć nie łączyła ich ani kropla wspólnej krwi, a jedynie więzy splecione przez los i magię – nie należała do kobiet, które ocierają łzy czy śpiewają kołysanki. Uczucie, którym ją darzyła, było szorstkie jak granit i ostre jak wiatr na grani.

Kiedy mała Liora wracała z lasu z dłońmi pociętymi od kolców, starucha nie tuliła jej do piersi. Zamiast tego rzucała dziewczynce pęk ziół i kawałek czystego lnu.

– Świat na dole cię nie pogłaszcze – mawiała stara szamanka, beznamiętnie mieląc w kamiennym moździerzu suszone korzenie tojeści, podczas gdy jej oczy śledziły każdy ruch dziecka. – Jeśli góra cię złamie, ludzie cię dobiją i nawet nie obejrzą się za siebie. Musisz być twardsza niż skała, na której stoisz. Musisz być jak sosna, która wygina się na wietrze, ale nigdy nie pęka.

Liora wzięła te nauki do serca. Wyrosła na kobietę przypominającą same góry – piękną, lecz nieprzystępną. Dzika i niepokojąca uroda kazała wędrowcom wstrzymywać oddech z zachwytu, by chwilę później cofać się o krok w instynktownym lęku. Srebrne włosy, splecione w gruby, ciężki warkocz sięgający pasa, lśniły na tle ciemnej zieleni sosen niczym strumień w świetle księżyca. Skóra, blada jak pierwszy, nietknięty stopą śnieg, nigdy nie nabrała złocistego koloru od słońca czy wiatru, mimo lat spędzonych pod gołym niebem.

Była inna. Obca. Jakby sama obecność dziewczyny zakrzywiała rzeczywistość.

Las stanowił jej jedyną prawdziwą ojczyznę, sanktuarium, w którym nie musiała ukrywać twarzy. Tam, wśród milczących, omszałych dębów i szepczących górskich strumieni, czuła się wolna. Drzewa nie oceniały pochodzenia. Sarny nie uciekały na widok jasnych oczu, a kruki siadały na gałęziach nisko nad jej głową, jakby uznawały ją za jedną ze swoich. Dla natury była po prostu elementem krajobrazu, tak samo oczywistym jak mgła o poranku czy szron na liściach paproci.

Mieszkańcy dolin byli jednak ulepieni z innej gliny – kruchej, zmiennej i przesiąkniętej lękiem.

Liora rzadko schodziła poniżej linii chmur, do świata rządzonego przez plotki i przesądy. Unikała wiosek przyklejonych do stromych zboczy niczym gniazda jaskółek. Pamiętała kamienie rzucane w jej stronę, gdy jako dziecko nieopatrznie zbliżyła się do rówieśników. Pamiętała słowa, które cięły głębiej niż krzemień: odmieniec, biały demon, przeklęta znajda.

A jednak ci sami ludzie, którzy za dnia pluli na jej cień i kreślili znaki ochronne w powietrzu, nocami przychodzili pod chatę, skomląc i błagając o litość.

Zjawiali się zawsze pod osłoną mroku, wstydząc się własnej potrzeby. Przychodzili, gdy śmierć zaglądała im w oczy, a wiejscy znachorzy, wyczerpawszy mikstury i zaklęcia, rozkładali bezradnie ręce. Kobiety, które w bólach nie mogły wydać na świat potomstwa. Drwale z nogami zmiażdżonymi przez głazy. Matki niosące dzieci trawione gorączką tak wysoką, że małe ciała parzyły przez ubranie.

Liora nigdy nie odmawiała. Mimo lęku, który czuła, widząc zacięte twarze, i mimo pogardy wyczuwalnej w uciekających spojrzeniach, nie potrafiła odwrócić się plecami do cierpienia. To był jej dar i jednocześnie największa klątwa.

Pamiętała ostatnią wizytę – kobietę z doliny, która przyniosła niemowlę sine od kaszlu. Gdy Liora położyła dłonie na piersi dziecka, poczuła, jak we wnętrzu pęka niewidzialna tama. Ciepło, gęste i złociste, wypłynęło z samego środka jej istoty, przenikając w tkanki małego człowieka. To nie była tylko medycyna; to była wymiana. Zamykała rany, sklejała kości, wyciągała chorobę niczym czarną, lepką truciznę, przyjmując na siebie ciężar obcego bólu. Dziecko zaczerpnęło głęboki oddech, a jego policzki zaróżowiły się życiem.

Matka jednak nie podziękowała. Wyrwała niemowlę z rąk uzdrowicielki, jakby dotyk Liory mógł je splamić. Zostawiła na progu kosz z jedzeniem oraz belę błękitnego materiału i uciekła w mrok. Odchodziła, kreśląc w powietrzu znaki ochronne, jakby wdzięczność okazywana „demonowi” była grzechem, za który przyjdzie jej słono zapłacić.

Liora została sama, drżąca z wyczerpania, z pustką w sercu, której żadna liczba darów nie mogła wypełnić.

Unikała ludzi nie tylko z powodu ich niechęci. Drżała przed myślą, że niezwykłość przyciągnie uwagę tych, od których powinna trzymać się z daleka – że ktoś dostrzeże w niej nie potwora, lecz rzadki okaz, który można wykorzystać w pałacowych intrygach. To przeczucie potęgowały wizje, które niczym krwawe ostrzeżenia szeptały o nieuchronnym splątaniu losu z królewskim dworem. Najbardziej przerażało ją jednak to, co działo się pod powiekami. Budziły w niej grozę obrazy, które wyglądały jak sny, lecz okazywały się rzeczywistością.

Wizje towarzyszyły jej od zawsze niczym niechciany cień. Początkowo przypominały poranną mgłę – niewyraźne kształty, plamy kolorów, cudze emocje. Nawet najsłodsze leśne owoce w ustach nagle nabierały smaku pordzewiałego żelaza. Widziała czerwień tak intensywną, że aż bolały oczy. Z czasem obrazy nabrały przerażającej ostrości, układając się w historię, której nie chciała znać.

Pusty, złoty tron. Szaty haftowane w pięciopalczaste smoki, symbol najwyższej władzy Goryeo, ociekające czymś gęstym i ciemnym. Dym, który nie pachniał kojącym sandałowcem, lecz spalenizną i strachem. I ten dźwięk – wszechobecny brzęk stali uderzającej o stal oraz krzyk mordowanych, po którym następowała głucha cisza.

Tego popołudnia wizja nie nadeszła powoli. Uderzyła w nią z siłą lawiny.

Liora zbierała właśnie dziką miętę przy strumieniu, ciesząc się chłodem wody, gdy świat nagle zawirował i pękł. Upuściła wiklinowy koszyk. Kolana ugięły się pod nią, a dłonie wbiły w wilgotny mech, szukając oparcia, którego tam nie było.

Las zniknął. Szum wody ucichł.

Znalazła się w wielkiej sali, przytłaczającej przepychem i chłodem. Powietrze było ciężkie od zapachu drogich kadzideł i starej krwi. Posadzka z polerowanego kamienia lśniła niczym tafla lodu. Na wysokim podwyższeniu, na tronie zbyt dużym dla jednego człowieka, siedział mężczyzna w szkarłatnych szatach. Jego twarz była zamazana, lecz napięte ramiona i dłonie zaciśnięte na podłokietnikach zdradzały arogancję wymieszaną z pierwotnym strachem.

Wtedy z hukiem otworzyły się wielkie, rzeźbione wrota.

Do sali wkroczył inny mężczyzna. Mrok zdawał się przywierać do jego sylwetki, spływać z ramion niczym płaszcz. Ubrany w czerń, poruszał się z gracją drapieżnika. Nie zwolnił kroku przed obliczem władcy. Nie pochylił głowy. Nie oddał pokłonu, który stanowił fundament porządku świata, łamiąc uświęcone prawo jednym nieruchomym spojrzeniem.

Szedł prosto do tronu, a każdy jego krok był wyrokiem.

W dłoni błyszczał mu miecz – nagi, prosty, stworzony tylko do jednego celu. Stal lśniła złowrogo w półmroku sali.

Mężczyzna w czerwieni próbował wstać, otworzył usta, by wydać rozkaz, lecz dźwięk uwiązł mu w gardle. Postać w czerni nie wahała się ani sekundy. Cios był szybki i brutalny, wyzuty z wszelkich emocji. Głowa w koronie, symbolu boskiego mandatu, potoczyła się z głuchym łoskotem po stopniach, zostawiając za sobą szkarłatny ślad. Krew trysnęła na złote smoki haftowane na parawanie, barwiąc je na kolor zbrodni.

Liora krzyknęła.

Krzyk wyrwał ją z transu. Otworzyła oczy, łapiąc powietrze chrapliwymi haustami. Wciąż była w lesie. Ptaki śpiewały, woda szumiała, lecz na języku nadal czuła metaliczny posmak. Drżała tak mocno, że nie mogła utrzymać się na nogach. Serce biło niczym oszalały ptak uwięziony w klatce żeber.

To nie było majaczenie. To była zapowiedź. Czas ucieczki dobiegł końca. Przeznaczenie, przed którym Matka próbowała ją chronić, właśnie ją odnalazło.

Wróciła do chaty blada, potykając się o wystające korzenie. Szamanka siedziała przy palenisku. Spojrzała na dziewczynę znad płomieni, mrużąc bystre oczy, w których odbijały się lata widzenia rzeczy ukrytych. Nie musiała pytać. Wiedziała.

– Nadchodzi? – zapytała tylko starucha, a jej głos brzmiał staro i krucho jak same góry.

– Już tu jest – szepnęła Liora, osuwając się na ławę. Wzrok błądził nerwowo ku oknu, ku ścieżce prowadzącej w stronę świata ludzi. – Widziałam krew na tronie. Widziałam śmierć króla.

Nie przyszło im długo czekać na potwierdzenie. Dźwięk, który godzinę później przerwał ciszę wieczoru, nie należał do natury. To nie był wiatr łamiący gałęzie. To był rytmiczny, obcy szczęk zbroi i tupot wojskowych butów uderzających o kamienie. Psy w dolinie wyły ze strachu, wyczuwając drapieżniki groźniejsze od wilków.

Liora wybiegła przed chatę, czując, jak serce podchodzi jej do gardła.

Z lasu wyłonili się żołnierze. Nie była to zwykła straż miejska. Zbroje mieli czarne i matowe, wykonane z najwyższą precyzją. Poruszali się z zabójczą dyscypliną. Na piersiach nosili emblemat, który Liora znała z opowieści Matki – stylizowanego feniksa oplatającego słońce. Znak osobistej gwardii Królowej Matki. Elita. Zabójcy.

Było ich dziesięciu. Otoczyli chatę idealnym półokręgiem, odcinając drogę ucieczki.

– Liora? – Głos dowódcy o twarzy pociętej bliznami był beznamiętny. Nie pytał, stwierdzał fakt.

Dziewczyna cofnęła się, czując, jak w dłoniach budzi się ciepło – instynktowna reakcja magii. Wiedziała jednak z bolesną jasnością, że ta moc służy do dawania życia, a nie do walki z ludźmi wykutymi z żelaza.

– Uciekaj! Biegnij w góry! – krzyknęła nagle szamanka. Wybiegła z chaty z sękatym kosturem i rzuciła w stronę żołnierzy garść szarego proszku, który buchnął gęstym dymem.

Ale oni byli na to gotowi.

Dwóch żołnierzy dopadło staruszkę, zanim zdążyła wypowiedzieć zaklęcie. Brutalnie uderzyli ją drzewcami włóczni, powalając na ziemię. Suchy trzask łamanej kości przebił powietrze, mrożąc krew w żyłach dziewczyny.

– Matko! – Liora wrzasnęła, rzucając się w jej stronę.

W tej samej chwili potężne ramię oplotło ją w pasie niczym żelazna obręcz. Szarpała się, próbowała uwolnić energię, lecz moc dławiła się strachem.

Poczuła tępe uderzenie w tył głowy. Świat eksplodował oślepiającą bielą, a potem zapadła ciężka ciemność. Ostatnim, co usłyszała, był rozpaczliwy krzyk szamanki i chłodny rozkaz dowódcy:

– Brać ją. Związać i na koń. Królowa nie lubi czekać, a ta dziewczyna jest cenniejsza niż złoto.ROZDZIAŁ 2

Podróż nie przypominała wyprawy; była powolnym, nieuchronnym osuwaniem się w przepaść. Liora nie jechała w siodle, mimo rozkazów, jakie dowódca wydał jeszcze na szczycie. Wierzchowiec posłużył jedynie do zwiezienia jej ze stromych, niedostępnych dla kół zboczy Taebaek. Gdy tylko dotarli do traktu u podnóża gór, gdzie czekały wozy, potraktowano ją gorzej niż bydło prowadzone na rzeź. Dziewczynę wrzucono do ciasnej, drewnianej klatki przymocowanej do wozu – jednej z tych, w których zwykle przewozi się dzikie zwierzęta na targ lub najgorszych skazańców na szafot. Droga do stolicy, Kaesong, trwała dni, które zlały się w jedną bolesną plamę głodu, pragnienia i upokorzenia.

Każdy wybój na kamienistej drodze wbijał drzazgi w skórę, a twarde deski podłogi odparzyły bose stopy. Każdy podmuch wiatru niósł ze sobą gryzący pył, który osiadał na srebrnych włosach, gasząc ich księżycowy blask i zmieniając pasma w poszarzałe strąki. Gwardziści rzucali jej resztki jedzenia przez pręty, śmiejąc się, gdy zmuszona była walczyć o każdy kęs niczym wygłodniały pies. Ale najgorszy nie był ból ciała ani pragnienie sprawiające, że język przywierał do podniebienia. Najgorszy był wzrok gapiów.

Gdy mijali wioski i miasteczka, ludzie wylegli na ulice. Wieść o pochwyceniu „leśnego demona” wyprzedzała tabor, niosąc się lotem błyskawicy i gęstniejąc od kłamstw przy każdym powtórzeniu. Ludzie nie patrzyli z ciekawością, lecz z tą pierwotną, złowieszczą fascynacją, która każe gapić się na potwora i czerpać satysfakcję z faktu, że to nie my tkwimy za kratami.

– Dokkaebi! – krzyczało umorusane dziecko, biegnąc za wozem i rzucając w klatkę zgniłym jabłkiem. Rozkładający się owoc roztrzaskał się o pręty, opryskując policzek Liory lepkim, cuchnącym sokiem. Dziewczyna nie drgnęła, nie starła brudu. Siedziała nieruchomo jak posąg.

– Biała wiedźma! Przeklęta! – wtórowała chłopcu matka, gwałtownie zasłaniając oczy młodszej córce, jakby sam widok więźniarki mógł sprowadzić na dziecko śmiertelną chorobę.

– Spalić to, zanim rzuci urok na zbiory! To przez takich jak ona rzeki wysychają! – wrzeszczał starzec, wygrażając sękatą laską.

Liora siedziała wyprostowana, z nogami podciągniętymi pod brodę, ignorując ból ścierpniętych mięśni. Błękitne oczy, teraz podkrążone ze zmęczenia, patrzyły przed siebie, przenikając przez tłum, jakby ludzie byli tylko mgłą. Matka uczyła ją, że kamień rzucony w wodę robi kręgi tylko wtedy, gdy tafla pozostaje spokojna. Jeśli woda jest burzliwa, głaz tonie bez śladu. Liora była burzą zamkniętą w klatce, gromadzącą siły na moment, w którym pękną zapory.

A potem, po dniach męki, na horyzoncie wyłonił się cel wędrówki: Pałac Manwoldae.

Z oddali wyglądał jak klejnot rzucony niedbale w dolinę. Dachówki w kolorze drogocennego jadeitu lśniły w słońcu, a czerwone kolumny zdawały się podpierać samo niebo, demonstrując potęgę dynastii. Budowla była kunsztowna i harmonijna, zdolna zaprzeć dech w piersiach każdemu, kto widział ją po raz pierwszy. Ale gdy wóz z turkotem przetoczył się przez potężną, okutą żelazem bramę, Liora nie poczuła zachwytu.

Poczuła nagłe, gwałtowne mdłości, które skręciły jej żołądek w supeł.

Uderzyło to w nią mocniej niż pięść żołnierza. Smród. Nie był to jednak zapach nieczystości, końskiego łajna czy pomyj – te wonie znała z wiosek, stanowiły naturalną część cyklu życia i śmierci. To, co poczuła teraz, drażniło zmysł, którego nie posiadał nikt inny – zmysł wyczulony na energię. Powietrze wewnątrz murów Manwoldae nie było przejrzyste; dla Liory miało teksturę i barwę, a jego gęstość sprawiała, że niemal nie dało się nim oddychać. Było oleiste, jakby każda zbrodnia popełniona w tym miejscu zostawiła po sobie niewidzialny, dławiący opar. Każdy wdech stawał się walką – płuca dławiła lepka, czarna substancja złożona z cudzych kłamstw i cierpienia. To nie było powietrze, lecz zawiesina toksyn, przez którą klatka piersiowa unosiła się z trudem, a każdy płytki oddech piekł w gardle niczym dym z palonego torfu.

Pałac cuchnął zgnilizną przykrytą warstwami najdroższych perfum, co tylko potęgowało odrazę. Liora czuła metaliczny, ostry posmak zdrady, osiadający na języku niczym zardzewiała moneta. Czuła słodkawą, mdłą i duszącą woń chciwości, przypominającą zapach przejrzałych, psujących się lilii w zamkniętym pomieszczeniu. I nade wszystko czuła ostry, drażniący odór czystego, wyrachowanego okrucieństwa – zapach tak gęsty, że zdawał się niemal materializować przed oczami w formie mrocznych smug snujących się przy posadzce. Mury, choć pięknie malowane w smoki i feniksy, ociekały niewidzialnym, czarnym szlamem ludzkich grzechów, które wsiąkały w kamienie przez stulecia intryg. Dziewczyna zakryła usta dłonią, walcząc z odruchem wymiotnym. To miejsce było chore. Bardziej niż jakikolwiek trędowaty czy umierający na zarazę człowiek, którego kiedykolwiek dotknęła.

Wyprowadzono ją z klatki brutalnie, szarpiąc za skute łańcuchami ręce. Popychano ją w stronę głównego dziedzińca, nie zważając na to, że potyka się o własne nogi. Prosta, lniana szata była poszarpana i brudna, a bose stopy krwawiły, lecz Liora szła z wysoko podniesioną głową. Spojrzenie miała jasne i nieustępliwe. Nie zamierzała dać im satysfakcji. Nie zamierzała pokazać trwogi, którą ci ludzie się karmili.

Wprowadzono ją do sali, która miała onieśmielać przepychem. Ściany zdobiły jedwabne zwoje haftowane złotą nicią, zewsząd unosił się dym z misternie rzeźbionych kadzielnic, a światło przesączało się przez parawany z najcieńszego papieru. Na samym końcu tej świątyni władzy, na podwyższeniu, siedziała kobieta.

Królowa Matka.

Była piękna w sposób, w jaki piękny bywa wieczny mróz albo sztylet – majestatyczna, ostra i zabójcza. Twarz, pobielona pudrem, przypominała maskę doskonałości; ani jedna zmarszczka nie zdradzała wieku czy poruszenia, ale w oczach czaił się chłód zdolny zamrozić duszę. Nie patrzyła na Liorę jak na człowieka czy nawet jak na wroga. Patrzyła na nią jak na narzędzie – dłuto, które może okazać się przydatne lub które trzeba będzie złamać i wyrzucić, jeśli okaże się tępe.

Wokół niej, niczym egzotyczne ptaki zamknięte w złotej wolierze, siedziały cztery kobiety. Żony króla. Liora, mimo tragicznego położenia, instynktownie prześwietliła je jednym spojrzeniem, dostrzegając pod maskami pudru i jedwabiu znacznie więcej, niż mogłyby zdradzić stroje.

Pierwsza z lewej, Pani Min, siedziała sztywno, jakby połknęła miecz. Szaty w kolorze głębokiego karmazynu były nienaganne, a każdy włos w skomplikowanej fryzurze znajdował się na swoim miejscu. Patrzyła na Liorę z nieskrywaną, fizyczną wręcz pogardą, marszcząc nos, jakby obecność brudnej dziewczyny z gór obrażała jej wysokie urodzenie. Biła od niej woń buty tak silna, że aż gryzła w oczy. To była kobieta wierząca, że świat istnieje tylko po to, by jej służyć.

Obok siedziała So-Hee. Na jej ustach błąkał się delikatny, niemal niewinny uśmiech, ale oczy miała czujne, wilgotne i zimne niczym u żmii czatującej w trawie. Szeptała coś do ucha najmłodszej z żon, zasłaniając usta jedwabnym wachlarzem i nie spuszczając wzroku z przybyłej. Atmosfera wokół niej gęstniała od niewypowiedzianych kłamstw, była duszna i lepka jak pajęczyna. Sama So-Hee przypominała cichą truciznę – o słodkim smaku, lecz śmiertelnym działaniu, sączoną do ust otoczenia powolnymi kroplami.

Najmłodsza, Yoon, bawiła się nerwowo jadeitową zawieszką _norigae_ przy pasie, niemal rwąc frędzle. Była piękna jak lalka z porcelany, ale pusta w środku. Jej tchnienie, rozedrgane i pełne zamętu, zdradzało trwogę o utratę pozycji. Patrzyła na Liorę ze strachem, ale i z niezdrową ciekawością, jakby oglądała dwugłowe cielę na jarmarku.

I była jeszcze czwarta: Mirae. Siedziała nieco z boku, wyprostowana, z dłońmi splecionymi na kolanach w geście spokoju. Nie miała na sobie tyle krzykliwej biżuterii co pozostałe; strój miała prostszy, w barwach ziemi i stali. Twarz pozostawała niemal obojętna na otaczający przepych, ale w ciemnych oczach Liora dostrzegła coś, czego brakowało innym – głęboki smutek i ukrytą siłę żelaza. Nie bił od niej odór zepsucia. Pachniała czymś, co Liora znała z lasu po wielkim pożarze – ciszą nastającą, gdy ogień strawi już wszystko. Był to zapach popiołu i pogodzenia się z losem.

– Więc to jest ten cud z gór? Ta, o której szepczą wieśniacy? – Głos Królowej Matki przeciął ciszę jak jedwabna struna. – Wygląda jak upiór wyciągnięty z grobu.

– Jestem uzdrowicielką, Pani. Nie upiorem – odezwała się Liora. Głos, choć chrapliwy od pragnienia i pyłu, miała mocny i pewny.

Strażnik uderzył ją drzewcem włóczni w plecy, aż zachwiała się na nogach.

– Milcz, dopóki nie dostaniesz pozwolenia, odmieńcu!

Królowa Matka uniosła dłoń, powstrzymując mężczyznę jednym leniwym gestem. Wstała i powoli zeszła z podwyższenia. Ciężkie, haftowane szaty szumiały przy każdym kroku. Podeszła do Liory tak blisko, że dziewczyna poczuła zapach jej perfum – duszących, zimnych kwiatów i piżma, które nie maskowały, lecz podkreślały aurę bezwzględności. Królowa chwyciła ją za brodę paznokciami ozdobionymi złotymi nakładkami, zmuszając do spojrzenia w oczy.

– Nie obchodzi mnie, czym jesteś – syknęła. – Demonem, duchem, pomyłką natury czy córką samej góry. Obchodzi mnie tylko to, co potrafisz zrobić tymi rękami.

Puściła ją gwałtownie, z obrzydzeniem, i wytarła palce w jedwabną chusteczkę, którą natychmiast podała jej usłużna So-Hee.

– Mój syn, Król Jeon, cierpi – ogłosiła, wracając na tron. – Jego ciało trawi ogień, którego żaden z uczonych medyków nie potrafi ugasić. Jeśli twoje dłonie naprawdę czynią cuda, o jakich donoszą moi szpiedzy, uleczysz go.

– A jeśli nie? – zapytała Liora, czując, jak serce uderza niczym tabun dzikich koni.

Usta Królowej Matki wygięły się w czymś, co przypominało uśmiech drapieżnika bawiącego się ofiarą.

– Jeśli zawiedziesz, każę obedrzeć cię ze skóry tak dokładnie, byś pozostała żywa do ostatniego cięcia. Twoje krzyki będą moją kołysanką. A potem każę powiesić twoje ścierwo na murach miasta, by ptaki mogły ucztować na tym niezwykłym, białym ciele. Każda chwila zwłoki przybliża cię do tego losu. Zabierzcie mi ją z oczu.

Liora została wyprowadzona, lecz nie zawleczono jej do lochów. Przejął ją starszy mężczyzna o twarzy porytej głębokimi zmarszczkami. Nosił szaty żałobne, konopne, poplamione ziołami i atramentem. Medyk Lee nie użył siły. Wskazał jedynie gestem, by szła za nim.

– Chodź, dziecko – powiedział cicho. – Tu ściany mają uszy, a podłogi oczy. Nie mów nic, dopóki nie będziemy bezpieczni.

Prowadził ją przez labirynt korytarzy, z dala od ogrodów i bogatych komnat. Wiódł ją na same tyły pałacowych zabudowań, gdzie cienie były najdłuższe. Zatrzymał się przed niskimi drzwiami i wprowadził ją do małego pomieszczenia, które służyło za składzik na bandaże i zioła. Było tam ciasno i duszno, a jedynym meblem była prosta, drewniana prycza.

– To po prostu kolejna klatka – mruknęła Liora, rozcierając sine od kajdan nadgarstki.

– To jedyne miejsce w tym przeklętym pałacu, gdzie nikt nie będzie cię szukał ani podsłuchiwał – odparł Lee, zapalając lampkę oliwną. Usiadł na starej skrzyni i spojrzał na nią z mieszaniną litości i trwogi. – Nie rozumiesz, w co wdepnęłaś, dziewczyno. Myślisz, że to tylko kaprys królowej?

– Wdepnęłam w gniazdo żmij, czuję to wyraźnie – odparła hardo, choć dygotała. – Powiedz mi, co dolega królowi. Co to za ogień, o którym mówiła ta kobieta?

Starzec westchnął ciężko.

– To nie jest zwykła choroba. To... kara. Albo klątwa. Zależy, kogo spytasz.

Zniżył głos do szeptu, nachylając się ku niej.

– Król Jeon... nie zdobył tronu prawem dziedziczenia. Zabił starszego brata, prawowitego następcę. Własnoręcznie, mieczem, którego ostrze wciąż trzyma w komnacie. Zrobił to tuż po koronacji, na oczach całego dworu. Mówią, że krew brata wciąż jest na jego rękach, choć myje je dziesięć razy dziennie.

Liora poczuła dreszcz. Wizja. Miecz ociekający czerwienią. Pusty tron. Wszystko się zgadzało.

– Od tamtego dnia – ciągnął medyk – król się zmienił. Stał się okrutny i podejrzliwy. Widzi spiski w cieniach. Ale najgorsze są ataki. Mówi, że jego kości płoną żywym ogniem, jakby w żyłach płynął roztopiony ołów. Kiedy nadchodzi atak, Jeon traci zmysły. Zmienia się w bestię. Rozbija meble, katuje służbę... – Lee położył palec na ustach. – To, co mówię, jest trzymane w ścisłej tajemnicy. Jeśli prawda wyjdzie poza te mury, królestwo zapłonie w wojnie domowej.

Spojrzał jej głęboko w oczy.

– Królowa Matka chce, żebyś go uleczyła, bo potrzebuje syna zdolnego utrzymać potęgę korony. Jeśli ci się uda, staniesz się jej własnością w złotej klatce. Jeśli zawiedziesz – zginiesz w męczarniach.

– A król? – zapytała cicho.

– Król jest niebezpieczniejszy od nich wszystkich. W bólu bywa nieobliczalny. Może cię zabić w przypływie szału albo w chwili jasności, bo będziesz świadkiem jego największej słabości. Jesteś w potrzasku, dziecko. Jak mała, biała mysz wpuszczona do klatki z rannym, wściekłym tygrysem.

Wstał, zostawiając jej kaganek i miskę z wodą.

– Odpocznij. Wkrótce staniesz przed obliczem smoka. Modlę się, by twoi bogowie okazali się silniejsi niż tutejsze demony.

Zostawił ją samą. Liora usiadła na pryczy, podciągając kolana pod brodę. Smród pałacu wciskał się szparami do środka, lepki i pełen zła. Po raz pierwszy od lat pozwoliła, by łza bezsilności spłynęła po jej policzku, żłobiąc jasną ścieżkę w warstwie pyłu.ROZDZIAŁ 3

Kiedy wrota składzika ustąpiły pod ciężkim kopniakiem, Liora nie drgnęła. Siedziała nieruchomo na twardym posłaniu, w tej samej pozycji, w której zostawił ją medyk Lee. Oddychała płytko, próbując nie wpuszczać do płuc dusznej woni pałacu, podszytej kurzem i cudzym strachem.

– W górę, dzikusko! – warknął gwardzista, uderzając drzewcem włóczni o kamienną posadzkę. – Syn Niebios wyraził wolę, by ujrzeć twe białe lico. Nie każ słońcu stygnąć, bo jestem gotowy sprawdzić, czy ten srebrny warkocz trzyma się równie mocno co twoja duma.

Wstała powoli. Mięśnie miała zesztywniałe, lecz kręgosłup pozostał prosty. Prowadzono ją korytarzami, które porażały przepychem: ściany lśniły czerwoną laką, a inkrustacje z macicy perłowej układały się w żurawie brodzące w sitowiu. Dla dworzan był to dowód potęgi Goryeo, dla niej – mury bogatego grobowca. Czuła na karku palące spojrzenia sług i urzędników, słyszała szepty chowane za jedwabnymi wachlarzami. Była dla nich dziwem, białą kanią rzuconą wprost w gniazdo kruków.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij