Stąd do jutra - ebook
Osądzona za CUDZE grzechy, wróciła, by zawalczyć o SWOJE jutro.
Hanka w warsztacie samochodowym – miejscu, gdzie rządzi testosteron – czuje się jak ryba w wodzie. W podwarszawskim Karczewie pod okiem ojca mechanika uczy się fachu, potem przejmuje po nim salon samochodowy, rozbudowuje firmę, a wreszcie zdobywa poważne fundusze na dalsze inwestycje. Kiedy jednak nabiera przekonania, że kobieta, jeśli tylko zechce, może wszystko, sielanka dobiega końca.
Księgowa Hanki zostaje zamordowana, a ona nieoczekiwanie staje się główną podejrzaną. Nie ma alibi, a dowody przesądzają o jej winie.
Od tej pory wpada w wir wydarzeń, które stawiają jej dotychczasowe życie na głowie: więzienie, pościgi i tajemnice, przenikający do polityki świat szemranych interesów i dużych pieniędzy, czy relacje rodzinne – tak złożone, jak tylko potrafią być w prawdziwym życiu.
Hanka, „dziewczyna Bonda, pożal się Boże, z Mazowsza”, musi znaleźć odwagę i siłę, by wziąć sprawy w swoje ręce i dociec, gdzie kryje się prawdziwy morderca. Zwłaszcza że nie walczy tylko o siebie, ale i o przyszłość swoich bliskich.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-368-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
sobota, noc
Godzinę temu ryczał tu helikopter, teraz księżyc bujał się nad lądowiskiem, jak gdyby nigdy nic, mokra trawa lśniła zwiędłym srebrem, Wisła sunęła za ciemnym pasmem drzew, a wokół panował spokojny chłód. I dobrze, przynajmniej studził strach. Za to kiecka po przymusowej kąpieli w rzece oblepiła mnie jedwabiem jak całun. _Très précis_, jak by powiedziała moja paryska siostra Lilka.
Szczęknęła odbezpieczona broń.
Koniec, przegrałam. Dziewczyna Bonda, pożal się Boże, z Mazowsza. Zaraz skończy się to, co sto lat temu wybuchło mi w twarz.
Tamto morderstwo.30 kwietnia 2008 roku,
środa, noc
Wyjechali z Wiślanej. Było ciemno choć oko wykol.
– No nie miała kiedy zadzwonić! – jęknął sierżant Malicki, chyba setny raz od wyjazdu z komisariatu.
Podkomisarz Zbigniew Berkan mocniej zacisnął ręce na kierownicy. Jako szef mógłby teraz siedzieć u szwagra na imieninach, a nie tłuc się z Malickim do Karczewa na jakieś pijackie wezwanie. Niestety, rozpuścił załogę na majowy weekend i teraz jest, jak jest.
– …dziś gra Chelsea, mecz jak złoto, a jak nie będzie powtórki?! Do tego wideo szlag trafił! Jesssu, miałem z kumplami do Londynu na derby jechać, ale matka kasy nie dała. Mówi, że do salonu fryzjerskiego nowe wertykale kupuje. I sami, kuźwa, pojechali!
Berkan zaczął rozglądać się za zjazdem w Karczewską. Znał okolicę, ale ostatnio przybyło tu sporo nowych domów.
– …wczoraj wrócili i mówili, jak było. No, szefie, miód! W pubach pełna mobilizacja. Casualsy śpiewały w drodze na stadion. Na meczu bajer: doping, oprawy, race… atmosfera, że, kuźwa, zobaczyć to wszystko… Kibole tamtych to jakieś pikniki, po meczu po knajpach chlali. Trochę poszurali i rozjechali się do domów, a nasi…
Policjanci wreszcie dojechali na miejsce. Zgłoszenie przyszło o 23.34. Podkomisarz Berkan i sierżant Malicki pojawili się w Karczewie, powiat otwocki, województwo mazowieckie, o 23.48. Zawiadomienie złożyła Karasik Zofia, córka Władysława, zamieszkała w Karczewie, Karczewska 124h. Zgłaszająca bezładnie wykrzykiwała, że coś się stało tu obok, pies strasznie wyje, wcześniej były krzyki, a stary śpi, wiechę stawiał, napity okropnie, że Jezu!
Gdy policjanci wysiedli z radiowozu, zaatakował ich nie tylko psi jazgot, ale i niespodziewany chłód. Kwiecień przyzwyczaił ich już do przyjemnie ciepłych dni.
– Wyłącz tego koguta – nakazał Berkan Malickiemu, bo niebieska karuzela na dachu Poloneza sprawiła, że w okolicznych domach pozapalały się światła, a zza firanek zaczęli wyglądać zaintrygowani ludzie. Malicki zamiast tego włączył radio.
– _Chelsea prze do zwycięstwa, już dwa do jednego…_ – dobiegło wśród radiowych charkotów.
– Wyłącz to. Wychodzimy.
– Rany, pan poczeka! – Sierżant nachylił się do starego Ericssona.
Berkan zaczął wyciągać podwładnego z samochodu. Niestety, z głośnika popłynęło skrzekliwie: „Drogba podaje! Jest! Nie, faul. Albeloa. Teraz…” i Malicki stawił opór.
– Teraz to się trzeba rozejrzeć! – Berkan zatrzasnął drzwiczki auta, definitywnie odcinając sierżanta od meczu.
Ruszyli chodnikiem do furtki Karasików. Berkan wysoki i chudy, Malicki wielki i gruby.
– Ile pan stawia, że będzie?
Podkomisarz odruchowo odnotował stojące na poboczu samochody. Felicia, Brava, dwa Passaty kombi, Escort i Syrena 105, że też to jeszcze jeździ… Na końcu uliczki zamigotała latarnia, ale zaraz zgasła.
– No ile?
– Trzy do dwóch.
– Dla kogo?
Berkan wzruszył ramionami i spojrzał na zardzewiałą tabliczkę z napisem: UWAGA, ZŁY PIES. Furtka, o dziwo, ustąpiła dość łatwo.
– Nie wiem.
– Pan mówi.
– Widzisz gdzieś tego psa?
Zwierzak musiał być w kojcu, bo nic ich nie napadło. Za to na ścieżce zastopowała ich przedpotopowa pralka, będąca, jak się okazało, jedynie wstępem do dalszego składu gratów.
– Ale obskura. Nie można by pochować tego wszystkiego? Albo gdzie wywieźć? – Malicki rozejrzał się z niesmakiem.
Berkan nie odpowiedział – naoglądał się tego wokół Warszawy. Bogatsi zamykali się w ogrodach za ładnymi parkanami, a tutejsi żyli po staremu.
Psie wycie osiągnęło apogeum.
Zanim Berkan nacisnął guzik dzwonka, drzwi się otworzyły i na progu stanęła zażywna kobieta w szlafroku. Wzięła potężny wdech i ryknęła w ciemność:
– Do budy!!!
Psi jazgot umilkł, jak nożem uciął. Gospodyni zamknęła za sobą drzwi, żeby odgrodzić się z kolei od donośnego chrapania dochodzącego z wnętrza domu.
– To pani dzwoniła?
– A ja, panie Zbyszku. Straszne tam w nocy krzyki były, ale się starego dobudzić nie mogłam. Przyjechał po południu na rowerze, zjadł schabowe i znów gdzieś przepadł, ale na piechotę, a potem znów wrócił jeszcze bardziej pod gazem, no mówię panu, coraz gorszy.
– Czy państwo są właścicielami tamtej posesji?
– A tak… Mąż to kiedyś kupił od starego Gnatka, pan wie, świeć Panie…
– Widziała pani kogoś podejrzanego?
– Nie, żywego ducha. Tylko Aza zaczęła się wściekać i rzucać na siatkę, ale myślałam, że to któryś z tych jego moczymordów na ogrodzeniu za wódką się wiesza, pan wie, ale nie. – Tu pchnęła drzwi wejściowe i spojrzała z zaciętą twarzą na drzwi do stołowego. Między chrapnięciami dało się słyszeć:
– _…podaje do Babla, drybluje… teraz dośrodkowanie… Chelsea…_
– Nie sprawdzała pani?
– _…Babel przyspiesza… wypada na niego Ballack i Drogba…_
– W życiu! Się człowiek tych _997_ naoglądał, że za nic po ciemku nie wyjdę. Tu kiedyś, o, tam na rogu, dwóch siekierami się porąbało.
– _…jest! Proszę państwa, jest!!! Świetna akcja… Babel! BABEL!!!_
Malicki przepchnął się do stołowego, ale Berkan złapał go za ramię.
– Pani Zofio, pójdziemy zobaczyć, co się tam dzieje. Proszę na razie się nie kłaść, może wrócimy.
– To ja się biorę za pranie. Syn z synową wyjechali, pan wie, kupa pościeli została, dzieciaki tak brudzą, że nastarczyć nie można…
Trzasnęły drzwi, odcinając policjantów od telewizji i kibiców Chelsea. Wyszli w noc. Przebrnęli przez podwórze Karasików i podeszli do dziury w ogrodzeniu, która – jak ich pouczyła pani Zofia – była najkrótszą drogą wiodącą na sąsiednią posesję, bo klucz do kłódki stary dawno gdzieś posiał.
Było ciemno. Nic dziwnego – połowa okolicznych latarni została wytłuczona. Mieli latarki, a jakże. Berkan włączył swoją i omiótł otoczenie jasną smugą. Jeśli nawet leżały tu jakieś graty, dawno utonęły w zdziczałych malinach i ogromnych suchych wrotyczach. Ruszyli w stronę zabudowań. Badyle waliły ich po twarzach i rękach, a maliny drapały i czepiały się spodni. W końcu wyszli na popękany beton dziedzińca. O tym, że był to kiedyś warsztat samochodowy, przypominał wiszący na jednym z budynków zardzewiały szyld z napisem: AUTO-DE-LUX. Skierowali latarki na uchylone drzwi warsztatu. Z wyłamanej sztaby zwisała nowa kłódka.
*
Berkan stał na środku brudnej hali i gapił się w loch kanału do napraw. Cuchnęło stamtąd smarem i mdłym zapachem krwi. Podszedł bliżej, przykucnął i przesunął światłem po betonowych schodkach, a potem po dnie kanału. Kobieta. Na plecach ofiary leżał młotek i ładna niebieska torebka. Przeniósł snop światła na głowę kobiety, ale nie zobaczył jej twarzy. Zasłaniały ją sklejone krwią kosmyki, zwisające z potarganego koka. Kto to mógł być?
Podkomisarz wyprostował się i rozejrzał za podwładnym. Niestety, Malicki wciąż jeszcze rzygał za drzwiami warsztatu. Z czasem się przyzwyczai. Berkan zszedł niżej i przyjrzał się kobiecie. Spódnica i żakiet wydały mu się ładne i drogie, buty i torebka też. Wszystko chyba nowe. Widywał takie kobiety na przyjęciach u otwockich krezusów, kiedy sąsiedzi wzywali policję na interwencję. Wiadomo, jak naród popije, to rozrabia. Choćby i elita.
– Szef ją zna? – Malicki stanął u góry kanału.
– Raczej nie. Zresztą nie widać twarzy. Może nie jest stąd.
– Półkurew jakaś?
– Słucham?
– No, cichodajka.
– Nie wiem.
– Dawno temu ją tak urządzili?
– Nie wiem.
– Czego w tym syfie szukała?
Dobre pytanie.
Z kanału dobiegł jęk.
– Jessu, ona żyje?! – Malicki z wrażenia omal nie zleciał w dół.
Berkan złapał kobietę za nadgarstek. Skóra była ciepła, ale bez tętna. Przyłożył palce do szyi. Wyczuł słaby puls.
– Dzwoń po pogotowie! – wydarł się w sufit.
– Napadnięta kobieta… oznaki życia! – Malicki już krzyczał w komórkę. – Jaki tu adres?
– Karczew, Karczewska 124h! – odkrzyknął Berkan, odwracając kobietę na wznak. Na chwilę zastygł, ujrzawszy jej twarz, ale zaraz zaczął sztuczne oddychanie. Dłoń zaplątała mu się w polepiony krwią łańcuszek. Zerwał go i wsunął do kieszeni.
Przybyły dziesięć minut później lekarz z pogotowia stwierdził zgon i wezwał zakład medycyny sądowej. Malicki znów rzygał, zanieczyszczając miejsce zdarzenia, a Berkan dzwonił do dyżurnej:
– Aśka? Wzywaj powiatową i dochodzeniówkę. – Podał miejsce ujawnienia zwłok. – Znaleźliśmy kobietę z obrażeniami głowy, brak funkcji życiowych… Tak, prokuratora też. Sama się tak nie urządziła.
Wyszedł na wiosenny chłód. Wytarł palce w spodnie. Przeciągnął ręką po włosach. Wyjął łańcuszek i jeszcze raz przyjrzał się zawieszce. Zaraz potem wcisnął naszyjnik z powrotem do kieszeni. Wiedział, do kogo należy. Rozpoznał tę kobietę, ale nie był w stanie powiedzieć o tym nikomu. Nie teraz. Tym bardziej że wiedział, po co i do kogo tu przyszła.
Jego żona.1 maja 2008 roku,
czwartek, rano
Hanka patrzyła na swoje auta. Czerwone, czarne, szare, niebieskie, białe. Na ich zapraszające do środka wnętrza, które pachniały nowością, kusiły wygodą i nowoczesnością. Lubiła ten przedsmak luksusu i przygody, który dawały, a nade wszystko kochała ich dźwięk. Szczególnie gdy pod maską krył się silnik wysokiej mocy.
– Co żeś, kurwa, wziął, cepie jeden?! Po mikrofibrę leć, swirli narobisz!
– Jezu, szefie…
– Won do innej roboty!
Hanka wróciła do tu i teraz. Chłopaki ciągle jeszcze przecierały szyby, lusterka i maski wystawionych na pokaz samochodów. Tej roboty doglądał jej główny mechanik, pan Tadeusz. Jak zwykle w nerwach. Szósty krzyżyk na karku, a energii w bród. Spojrzała w szybę najbliższego auta i odruchowo poprawiła tlenioną grzywkę. W tle odbił się cały jej samochodowy świat – budynek salonu Renault, parking pełen wystawionych na sprzedaż pojazdów, sznury kolorowych chorągiewek powiewających nad komisem jej eksmęża Piotra, któremu dała drugą szansę. Obciągnęła granatowy żakiet, trochę opięty, chyba powinna schudnąć, i zerknęła jeszcze raz na krótką czuprynkę, czy w porządku, bo przecież dzisiaj wszyscy będą na nią patrzeć. Dotknęła wewnętrznej kieszeni, czy aby nie zapomniała kartki z przemówieniem. Niby je pamiętała, ale na pewno się zdenerwuje i coś poplącze. Dziś będzie przecież tyle ludzi.
– Hankaaa! Kucharze przyjechali!!! – rozdarł się pan Tadeusz.
Zawróciła w stronę salonu.
Na parkingu przed głównym wejściem przybyły na ich zamówienie catering rozkładał właśnie garnki, pudła, skrzynie i Bóg wie co, a końca nie było widać. Furgonetka, z której to wszystko wydobywano, najwyraźniej nie miała dna. To, co już się objawiło, wyglądało na strasznie drogie. Zabije tę Lilkę, co z tego, że siostra, i do tego z Paryża, kogo ona tu znów sprowadziła?!
Spokojnie.
Świeci słońce.
Jest maj.
I święto.
Potrójne… Poza tym, że był pierwszy maja, Święto Pracy, dziś w ich salonie miała się odbyć promocja najnowszego modelu Renault w klasie Laguna. Na dodatek była szczęśliwa, jak ktoś, kto ma trzydzieści sześć lat, właśnie się zaręczył z eksmężem – spojrzała na brylancik, który od wczoraj gościł na jej palcu – oraz dostał pierwszą transzę z dziesięciu milionów kredytu na rozbudowę firmy. Rany, życie jest piękne! Hanka wzięła głęboki oddech i uszczęśliwiona spojrzała na przybyłą ekipę.
– To nie jest miejsce na bufet. – Zza garów patrzył na nią dziwnie ubrany facet.
– Słucham?
– Poza tym to miała być jedynie usługa gastronomiczna, a tu jest chlew. Te wszystkie samochody psują powietrze.
O!
– Ale kiedy my właśnie je sprzedajemy, te samochody. I chodzi o to, żeby ich sprzedać jeszcze więcej.
Facet poczerwieniał. W tej sekundzie podbiegł do niego ubrany na biało młodzieniec i zawołał:
– Panie Rafaelu, foldery!
Ja cię kręcę, pan Rafael.
Młodzieniec rozłożył przed nosem Hanki wielki album. Wprawa w przebiegu operacji świadczyła o tym, że takich niedouczonych klientów jak ona było więcej.
Pan Rafael westchnął ciężko i zaczął:
– Event VIP – wymówił: ywent wi-aj-pi – wymaga szałowego jedzenia i szałowego wystroju. „Szałowo” znaczy modnie i drogo. – Tu puknął palcem w zdjęcie podpisane „_Nouvelle cuisine_”.
Hanka zobaczyła feerię barw i kształtów, w których rozpoznała coś do jedzenia. Niezwykłe to było, jak obrazy, nie – jak kolorowe rzeźby z kroplami, smugami, kwiatami i fikuśnymi wzorami. Chyba tego… nie dla amatorów schabowego i golonki. Ani głównego celu, dla którego przyjdzie tu większość gości – się najeść.
– _Nouvelle cuisine_. – Pan Rafael, smakując każdą sylabę, wymówił: nu-well kłi-zinn. – Nowa kuchnia, a właściwie kuchnia wyzwolona, dzięki której Fernand Point przywrócił smak i artyzm sztuce kulinarnej.
Aha.
Przyjrzała się obrazkom uważniej.
– Żadnych tłustych sosów, odgrzewania i mrożenia… – wyszeptał mistrz z odrazą.
Im dłużej patrzyła, tym mocniej czuła, jak kunszt pana Rafaela drożeje z minuty na minutę. Rany boskie, co ta Lilka znów wymyśliła! Tu nie Paryż, tu Otwock!
– _Nouvelle cuisine_ każe podkreślać konsystencję naturalnych smaków i barw, odważnie zestawiać dary natury, gotować na parze, a nie kisić w rondlach, oto, co ofiarowujemy naszym klientom.
Z torbami pójdę, gdzie z torbami – z tirami!
Ale zanim Hanka do końca się zdenerwowała, do pomocnika mistrza podbiegły dwie panny, coś mu naszeptały i zaczęły pospiesznie pakować manele z powrotem do furgonetki. W odpowiedzi na protest szefa jedna z dziewcząt krzyknęła:
– Nie ten adres!
Znikąd też, co jej się zazwyczaj nie zdarzało, bo zawsze ją pierwszą było widać i słychać, pojawiła się Lilka. Odgarnęła z twarzy ciemną falę długich włosów i uśmiechnęła się do Hanki. Widząc zaskoczone spojrzenie siostry, wyjaśniła:
– Przyjechali do konkurencji, tej za nami, na Wale Miedzeszyńskim. Sama ich poleciłam. Niech dla odmiany oni wyskoczą z kasy.
Boże w niebiesiech, nie będę płakać – pomyślała Hanka i biorąc kolejny oddech szczęścia, spojrzała na swoje królestwo. Świat znów zalśnił w pierwszomajowym słońcu. Oby tak dalej. Popatrzyła na siostrę – po wczorajszej imprezie imieninowej na cześć jej i Piotra śladu nie było.
Przygotowania do świętowania nowego modelu Renault, które miało zacząć się o godzinie dwunastej, były na ukończeniu. Samochody – główni aktorzy tego dnia – lśniły jak złoto, salon i okolica, włącznie z komisem Piotra, były wysprzątane, chłopaki domyte i porządnie ubrane, pan Tadeusz, jej prawa ręka, w swoim najlepszym kombinezonie jak malowany. Konkursy, za które odpowiadała ona sama i Ewa, na co dzień jej księgowa, czekały na klientów i ich pociechy. Jeszcze tylko ten catering. Za czasów panowania taty nikt by sobie takimi fanaberiami głowy nie zawracał. Ale ojca już z nimi nie było od pół roku i przybyła z Paryża Lilka stanęła okoniem wobec tradycyjnej grochówki. Zażądała „kultury jak u ludzi”. Więc oczywiście – catering. Patrząc na minę pana Tadeusza, przedstawiciela lokalnej myśli gastronomicznej, dodała łaskawie: „Dobra, ze swojską nutą”.
Hanka poczuła, że jest głodna. Właściwie to gdzie są ci od ich cateringu? Spojrzała na zegarek. 11.15. Późno. Wyjęła komórkę.
– Dzień dobry, gdzie pan jest?
– Pani powtórzy!!! – W tle krzyczeli ludzie i wyły syreny.
– Pytam, gdzie pan jest!
– Wypadek był! Pani poczeka, wysiądę!
Tu nastąpiły dwa stęknięcia i jedno trzaśnięcie. Po chwili kierowca ryknął do słuchawki:
– Jest pani tam?!
– Ale jak to „wypadek”…?
– Za Radomiem!
– To o której pan będzie?
– Nie wiem!
– Żarty pan sobie robi?!
– Pani dzwoni do szefa. – I się wyłączył.
No żeż cholera jasna, psia krew!
Nadbiegł pan Tadeusz.
– Lilka kazała ci powiedzieć, że catering nie dojedzie. Zwrócą zaliczkę i następne zamówienie będzie za pół ceny. – Popatrzył na Hankę. – Ale co my damy ludziom jeść?
Za dobrze im od rana szło, żeby coś się wreszcie nie miało spartolić. No super. Dadzą klientom to, czego naród przed baaardzo długim weekendem nie wykupił ze sklepów.
– Dobrze choć, że jest wódka i cola – pocieszył strapioną szefową główny mechanik. Tego bowiem „swojskie” menu nie objęło i musieli kupić sami. Teraz „tylko” trzeba się będzie wystarać o resztę.
Po półgodzinie praktykanci wysłani na zwiady do Biedronek i Lidlów donieśli, że półki w sklepach wymiecione, jest makaron i ser.
– No to impra poszła się jebać – podsumował pan Tadeusz.
Na dzisiaj zapowiedziały się ze dwie setki ludzi. Sąsiedzi, znajomi, dawni i obecni klienci, wójt, burmistrz, tutejsza inteligencja twórcza i pracująca, kierownik szkoły i ośrodka NFZ, okoliczni biznesmeni, rzemieślnicy, mecenas Rolski oraz kler. A ona będzie promować Lagunę III i świat Renault, serwując przez pięć godzin colę, wódę, kluchy i ser!
Zaraz. Ją. Trafi. Szlag.
Zawarczało. Na podjazd z impetem wjechała znajoma furgonetka. Czego znowu chce od niej ten wariat Rafael? Stęsknił się czy co?! Auto wyhamowało i z szoferki wyskoczył „biały” młodzieniec.
– Ci z Wału Miedzeszyńskiego nas wystawili. Pan Rafael pyta, czy nie chcielibyście nas za osiemdziesiąt procent ceny.
Hanka nie zrozumiała, co on do niej mówi. Była na etapie rozmyślania, od kogo by tu wycyganić dwadzieścia kilo mięsa na grilla, bo musztardę już miała. Prowansalską. Od Lilki. Ale da się zjeść.
Chłopak, nie uzyskawszy odpowiedzi, odwrócił się i spojrzał na kamienny profil szefa. Pan Rafael skinął głową.
– Eee… a za pół ceny?
Hanka, która teraz była na etapie dociekań, komu by tu ukraść chleb, nie zrozumiała.
– Kogo chcemy?
– Nas.
– Was?
– Hestohazią pahisię.
Tego też nie zrozumiała.
– No, nasz catering.
Aha.
– Nu-well kłi-zinn?
– Tak.
O.
– A dużo tego macie?
– Za dużo.
– LILKA!!! – ryknęła Hanka. – Chodź no tu! Cud!
*
Godzinę później między samochodami kręciła się setka gości i wciąż przybywali nowi. W przestronnym, szklanym wnętrzu salonu Renault, na największej ze ścian, wyświetlano filmy zachęcające do nabycia samochodów tej marki. Pośród wystawionych aut chodziło i jadło szykowne przysmaki spore grono ludzi, którym zaaferowany Piotr wraz z mechanikami objaśniali wady i zalety starych i nowych modeli.
Samochody oglądano z każdej możliwej strony i bawiono się w ich wnętrzach. Trwały konkursy familijne, która rodzina szybciej przejdzie przez pick-upa Tondara czy ilu członków rodziny zmieści się w Clio. W głównym holu salonu konkursowicze wymyślali obrazki na ofoliowanie Renault Kangoo. Nagrody były różne – od samochodowych gadżetów po wypożyczenie Koleosa na jednodniową wyprawę rodzinną. O tym właśnie zawiadamiała gości Lilka, na prośbę Hanki, ponieważ wciąż nie było widać Ewy. Zresztą jej męża, Zbyszka Berkana, też. Może miał dyżur w komisariacie… Ale żeby dzisiaj?
Hanka przeszła między grupkami rozbawionych gości i podeszła do okrytej srebrzystą płachtą Laguny III – ich dzisiejszego _number one._ Dotknęła plandeki i wygładziła fałdki.
– Uśmiech, _please_! – zawołał do nich fotograf.
Hanka posłała całusa w jego kierunku.
– Czy on nie musi się uczyć do matury? – Obok pojawił się jej Piotr. Niewysoki, wciąż niebrzydki.
Fotograf, czyli ich syn Jasiek, wzruszył na to ramionami i odszedł w tłum.
– Niech chwilę odsapnie. Ledwo wyciągnęłam go z łóżka.
– Za tydzień matura!
– Maturę to Jasiek będzie miał za dwa lata, panie eksmąż. Siedemnaście lat cię w Polsce nie było i jakoś dawaliśmy sobie radę.
O dziwo, Piotr się nie obraził, a nawet ją pocałował. I ona mu na to pozwoliła. Bo dlaczego nie? Pogłaskała go po policzku, a zaraz potem wygładziła płachtę skrywającą zarys Laguny.
– Czy ona nie jest piękna?
– Kosztuje tyle, że musi być piękna. – Obok nich pojawiła się Lilka pod rękę z Jaśkiem-fotografem i z wdziękiem oparła się o maskę. – Piękne samochody dla pięknych pań, _n’est-ce pas_? Strzelaj, młody. – Lilka puściła oko do Jaśka.
– A teraz… _SISTERS_! – Lilka, śmiejąc się, objęła mocno Hankę.
Pstryknęła migawka.
– Gdzie twoja myszowata służka? – Lilka śmignęła wzrokiem w tłum.
– Kto?
– Ewa.
– Jak ty mówisz…
– A jest inaczej? – Lilka zaśmiała się i odeszła ku trunkom.
Hanka odwróciła się do syna.
– Idź coś zjeść.
– Oj, mamo – westchnął Jasiek, ale posłusznie zawrócił ku stołom.
Teraz Hankę czekał największy stres, czyli przedstawienie bohatera dzisiejszego święta – samochodu Laguna III. Nie umiała przemawiać, krępowała się ludzkich spojrzeń, nie to, co ich rodzinna gwiazda Lilka.
Hanka obejrzała się na dzieci biegające po trawniku za balonami, na których pyszniło się logo Renault, oraz gości zajętych rozmowami i przyglądaniem się licznym atrakcjom. W tle łopotały dziesiątki flag pomnożonych przez odbicia w lustrzanych szybach salonu.
Idąc w stronę podium, rozglądała się na wszystkie strony. Gdzie, u licha, podziała się Ewa? Miała zacząć i ją zapowiedzieć, nie mówiąc o prowadzeniu konkursów.
Przy podium stała już Lilka. Hanka sięgnęła po mikrofon i wzięła, chyba po raz setny, głęboki wdech. Nie przypuszczała, że będzie aż tak się denerwować – ale jakżeby inaczej, w taki dzień?! Przykryła mikrofon ręką i rzuciła do Lilki:
– Ewa nie przyszła?
Siostra przecząco pokręciła głową, spoglądając równocześnie na swoje zakurzone szpilki. Trzeba było chodzić po bruku, a nie po tych cholernych piachach. Już jedną parę butów wczoraj zmarnowała.
Hanka pomyślała, że Ewa pewnie odsypia wczorajszą imprezę imieninową i finansowy maraton. Wczoraj był przecież trzydziesty kwietnia, końcówka roku podatkowego. Natyrała się biedna, że nawet dzisiejszym świętem się nie nacieszy.
– Odłóż coś dla niej. Koniecznie to różowe z czarnym.
Lilka kiwnęła głową, a potem przetarła chusteczką zakurzone pantofle. Hanka spojrzała na zegarek, jeszcze minuta. Zerknęła na front salonu – powinni już stamtąd nadejść z szampanem i kieliszkami. Uff, idą. No, na nią czas.
Skinęła na pana Tadka, ten machnął na praktykantów i z głośników rozległo się gromkie _Tako rzecze Zaratustra_ Straussa. Gdy umilkły fanfary, Hanka zaczęła przemowę.
– Witamy wszystkich państwa na naszym wielkim święcie! – Umilkła, bo poczuła, że nie panuje nad głosem, ale chyba nikt tego nie zauważył, gdyż powitały ją gromkie brawa.
Spojrzała na Piotrka, który właśnie nadszedł i pokazał jej podniesiony do góry kciuk. Pstryknął flesz, to Jasiek uwiecznił ich wszystkich na zdjęciu.
– Serdecznie witam całą społeczność Renault. Dziś przed państwem nasza nowa, wspaniała… – srebrzysta płachta spoczywająca na Lagunie zaczęła powoli sunąć ku tyłowi – jedyna i niepowtarzalna Laguna III!
Znów zabrzmiały fanfary, a po nich gromkie brawa. Wystrzeliły korki od szampana, ale fala oklasków, która rozbrzmiała w pobliżu podium, nagle zamarła. Ktoś krzyknął, ktoś się zaśmiał. Parę osób się cofnęło. Hanka spojrzała w ich stronę, potem na Lagunę. Przednią szybę i maskę auta pokrywały brązowe smugi. Co to ma być? Hanka zeszła z podium i podeszła bliżej auta. Stojący dalej ludzie zaczęli wyciągać głowy. Powiew wiatru przyniósł odór smrodu, a ona poczuła, że robi jej się niedobrze. Nadbiegł pan Tadek. Lilka gapiła się na Lagunę osłupiała. Piotr gdzieś znikł.
Pan Tadeusz, jedyny przytomny, zamachał do swoich ludzi. W tym momencie Hanka dostrzegła kartkę wsuniętą za wycieraczkę. Sięgnęła po nią, ale uprzedził ją pan Tadek. Otworzył, przeczytał, zmarszczył brwi, zmiął kartkę i wepchnął ją do kieszeni.
– Wymieniamy model! – rzucił w stronę nadbiegających mechaników.
Hanka wróciła na podium i siląc się na uśmiech, podeszła do mikrofonu.
– Szanowni państwo, jakiś chochlik spłatał nam figla, bo patrzymy nie na ten model, co trzeba. Zanim go wymienimy, zapraszamy na szampana!
Na szczęście Lilkę wreszcie odblokowało i poprowadziła gości na poczęstunek, zapraszając równocześnie do udziału w kolejnych atrakcjach. Hanka patrzyła, jak jej główny mechanik ze swoimi ludźmi z powrotem przykrywa Lagunę płachtą i przygotowuje ją do wycofania z ekspozycji. Zeszła z podium i zwróciła się do pana Tadka:
– Co było na tej kartce?
Ten posłusznie podał jej świstek. Czując paskudny zapach, odruchowo zmarszczyła nos.
– Idź do ludzi, ja wezwę policję – zarządził pan Tadeusz.
– Rany boskie, kto… – Lilka stanęła obok siostry.
Pojawił się też Piotr i zerkając Hance przez ramię, przeczytał:
– „JESZCZE MI, KURWO, ZAPŁACISZ”.
*
Szef ich komisariatu, Zbyszek Berkan, w cywilu brat Piotra, stał przed nią sztywny jak kij. Za nim prężył się nienagannie umundurowany byczek, zezując na porozkładane wokół żarcie. Nie dziwota, takich cudów pewnie jeszcze w życiu nie widział.
– Chodź. – Hanka wzięła Zbyszka pod ramię i poprowadziła w kierunku stojącej nieco z boku Laguny, z której ponownie ściągnięto płachtę. – Nie wiem, gdzie się podziewałeś, ale dobrze, że jesteś. Spisz jak najszybciej protokół, żeby chłopaki mogli zabrać się do mycia. No wiesz, mamy tu urwanie głowy. Sam widzisz, święto. Daruję ci, żeś się spóźnił, ale może zostaniesz po wszystkim? Są pyszności, jakich świat nie widział. I trochę wódeczki, ma się rozumieć. Przecież nie odmówisz? – Spojrzała na towarzyszącego szwagrowi byczka. – Kolega też się załapie.
Pociągnęła Zbyszka za podium, gdzie wciąż jeszcze stała nieszczęsna Laguna. Ale Zbyszek nie wyciągnął notesu, tylko stał i patrzył na Hankę. Przetarł ręką czoło i przeczesał dłonią włosy.
A cóż takiego mu powiedzieli przez telefon, że go aż tak zatkało? Hanka spojrzała uważniej na szwagra. Do spisania protokołu z zajścia mogli wysłać kogokolwiek, on teraz powinien raczyć się wódką razem z innymi.
– Jestem tu nieoficjalnie… Jak przyjadą, zostaniesz zatrzymana z artykułu 148 jako…
– Według ciebie sama usmarowałam auto gównem?
W ich stronę odwróciło się kilka głów. Ktoś zachichotał. Berkan wytarł ręce o spodnie, odchrząknął i zaczął na nowo:
– Zostaniesz zatrzymana jako podejrzana w sprawie zabójstwa. Wczoraj Ewa…
– Co ma do tego Ewa?
– Nie słuchasz.
– Bo gadasz głupoty. Ewka gdzieś tu biega spóźniona, sama wczoraj mówiła, że wpadnie od razu na jedzenie, bo będzie odsypiać cholerne podatki. Dzwonię do niej.
Hanka sięgnęła do kieszeni po komórkę, ale w tym momencie towarzyszący Zbyszkowi byczek wyjął jej Nokię z ręki.
– Co pan wyrabia?!
– Hanka, proszę, poproś kogoś, żeby ci załatwił adwokata.
– Zgłupiałeś?!
– Na miejscu zdarzenia znaleziono twoje odciski palców. Były w AFIS. Ewa…
– Sam do niej zadzwoń!
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo jest w kostnicy.
*
Nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę. Po rewelacjach Zbyszka kazali jej ruszać do radiowozu. Nawrzeszczała, że chyba ich pojebało. Więc nie tylko się nie wynieśli, ale jeszcze ją za te awantury skuli. A teraz policja, zamiast zajmować się zniszczonym samochodem, do czego została wezwana, postawiła ją w rozkroku nad nieszczęsną Laguną.
– Niech tu przyjdzie Barańska – usłyszała obcy głos. No tak, trudno, żeby ją macał po nogach jakiś chłop.
Hanka odwróciła się z otępiałą ciekawością za tą jakąś Barańską. Niewiele zobaczyła, bo w międzyczasie otoczył ich zwarty tłum. Widowisko na cały Otwock z przyległościami. Kątem oka dojrzała, jak wścibska masa ludzka zafalowała i nieco się rozstąpiła.
Przybyła policjantka obszukała zatrzymaną, przesuwając dłonią po jej udach, pośladkach, brzuchu, bokach i plecach. Hanka miała przed sobą wspaniały widok na uwaloną ekskrementami szybę. Znów zebrało jej się na wymioty. Jeśli to prawda, jeśli coś stało się Ewie… Zacisnęła usta. Przestała oddychać, żeby nie zwymiotować.
– Mają nakaz prokuratorski na zatrzymanie cię i przeszukanie – usłyszała Zbyszka. – Ja nie mogę się wtrącać. Między jej zalaną smrodem twarz i maskę Laguny ktoś wcisnął kartkę.
– Nakaz przeszukania – odezwał się znów obcy głos. – Sierżancie, spiszcie wszystkich gości, a potem ich wypuśćcie. I zbierzcie tutaj całą rodzinę.
– Tak jest, panie prokuratorze.
No właśnie – gdzie jej rodzina? Lilka zaraz im wszystko wyjaśni.
Tylko że chwilę później było jeszcze gorzej.
– Panie Tadku, nie!
Rozpędzony Tadeusz zaszarżował na trzymających ją gliniarzy. Prokurator oberwał w szczękę, Zbyszek w nos. A potem pana Tadka skuto i zapakowano do radiowozu za atak na stróżów prawa. Kierowca uruchomił policyjnego Poloneza i jej obrońca znikł ze sceny wydarzeń na amen.
O Boże.
Hanka odwróciła głowę w bok i zobaczyła bladego jak ściana Jaśka z dłońmi zaciśniętymi kurczowo na aparacie, Piotra, który poszarzał na twarzy, powtarzał: „Kurwa, kurwa…” i Lilkę, która jak nigdy stała cicho w drugim rzędzie i chłonęła wszystko szeroko otwartymi oczami. A wokół nich gapie wyciągali szyje i pokazywali ją sobie palcami.
Kiedy miała odwrócić rozmazany wzrok, zauważyła jakiś ruch. Ktoś znowu przepychał się przez tłum.
– Nazywam się Krzysztof Rzohowski. Reprezentuję panią Hannę Gnatek jako prawnik. Pod jakim zarzutem jest zatrzymana?
– On mówi, że zabiłam Ewę!
Krzysztof zwrócił się do Berkana.
– Zbyszku, przecież to nonsens!
Nawet nie zdążyła się ucieszyć, że Krzysztof wreszcie wszystko naprawi, gdy poczuła paskudne szarpnięcie. To policjantka pociągnęła ją w tył.
– Co znowu?!
– Pani pozwoli.
W drodze do radiowozu widziała jak przez mgłę gapiące się na nią dzieci, zaskoczoną twarz Lilki, przerażony wzrok Piotra i słyszała gorączkowo wołającego do niej Krzysztofa: „Jadę za tobą! Ściągnę mecenasa Rolskiego!”.
Byczek z patrolu otworzył przed nią drzwi. Po chwili siedziała w cuchnącym papierosami wnętrzu radiowozu. Przed oczami latały jej mroczki, głowę rozsadzał ból. Zaczęła z trudem łapać powietrze.
– Do Mostowskich – rzucił byczek do kierowcy.
Z oddali nadciągnął jękliwy odgłos karetki. Ktoś zasłabł?
Spojrzała na świat za oknem, na swój dom z magnolią w pąkach, na otoczony lśniącymi autami salon Renault, na tłum rozgadanych ludzi, na leżącego na ziemi Piotra i zastygłą w strachu twarz klęczącego nad nim Jaśka.