Stalker - ebook
Ona myślała, że to początek pięknego romansu.
On postanowił ją...zabić.
W zasypanej śniegiem Szklarskiej Porębie odbywa się spotkanie z Patrycją Prus, bestsellerową autorką kryminałów. W wypełnionej czytelnikami sali pisarka dostrzega przystojnego mężczyznę, który nie spuszcza z niej wzroku. Ciemny blondyn z drugiego rzędu przedstawia się jako Borys i nawiązuje z nią krótki dialog. Nieznajomy jest w jej typie i mocno ją intryguje, niestety opuszcza spotkanie przed jego zakończeniem i… znika.
Młoda kobieta nie potrafi przestać o nim myśleć, obsesyjnie stara się odkryć, kim jest, ale Borys przepadł, jakby zapadł się pod ziemię. Wraca jakiś czas później, pojawiając się na wieczorze autorskim w jednej z krakowskich księgarń, a po spotkaniu odwozi mocno przeziębioną Patrycję do domu.
Ostatnie tygodnie nie są dla niej dobre. Ktoś usiłuje ją nastraszyć, pisarka dostaje również enigmatyczne telefony, a dzwoniący mężczyzna podaje się za jej zmarłego narzeczonego.
Kiedy Borys zaprasza ją na spacer, zgadza się z radością. Zdążyła się już mocno zauroczyć tym przystojnym, tajemniczym mężczyzną, który określa się mianem jej fana, a wiosenna wyprawa na Kopiec Kościuszki wydaje się idealnym początkiem nowego rozdziału i próbą odcięcia się od tragicznej przeszłości.
Patrycja nie ma jednak pojęcia, że przyjęcie zaproszenia na romantyczną kolację w jego domu okaże się największym błędem jej życia, a spotkanie z fanem przerodzi się w śmiertelnie niebezpieczną grę – zdana tylko na siebie, przerażona i porzucona na pewną śmierć, młoda pisarka stoczy walkę o własne życie.
Ale to jeszcze nie koniec koszmaru…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-112-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Przez chwilę wokół niej panowała niczym niezmącona cisza, jednak dosłownie sekundę później usłyszała czyjeś ciężkie kroki na werandzie._
_Ktoś był przy frontowych drzwiach._
_Mężczyzna._
_Zarys jego sylwetki dostrzegła za cienką, ciemnoszarą okienną zasłoną – intruz kręcił się przy domu z zamiarem wtargnięcia do środka._
_Przyłożyła dłoń do ust ze strachu, że z jej spierzchniętych warg wyrwie się okrzyk przerażenia. Panika narastała z sekundy na sekundę, otulała ją niczym gryzący gęsty dym. Nie wiedziała, która jest godzina. Druga nad ranem? Piąta? Jesienno-zimowe noce były tak przeraźliwie ciemne i jakby nie miały końca…_
_Skrzypnęła drewniana deska. Nawet zza zamkniętych frontowych drzwi wyraźnie słyszała ten upiorny, kojarzący się z horrorem odgłos._
_Intuicja jej więc nie myliła – przyszedł po nią, zrobił kolejny krok. Zapragnął czegoś więcej i właśnie zamierzał po to sięgnąć. Zgwałci ją? Zamorduje w jakimś amoku? A może wręcz przeciwnie – przybył wyznać jej miłość – przekonany, że ona również coś do niego czuje, kompletnie oszalały z uwielbienia, jakim ją darzył._
_Zakręciło jej się w głowie, bała się, że zemdleje. Zagryzła wargę i siedząc w ciszy zastanawiała, co robić. Tego wieczoru zdecydowanie zbyt dużo wypiła, nadal czuła się otępiała po tej butelce wina, które w siebie wlała. Przełknęła ślinę i zerknęła w stronę okna._
_Intruz przeszedł na drugą stronę werandy, teraz słyszała już tylko skrzypienie drewnianych desek pod podeszwami jego ciężkich zimowych butów. Ale przecież wiedziała, że nie odejdzie. Posunął się do nocnych odwiedzin, więc musiał mieć sprecyzowane zamiary. Nie wycofa się, skoro dotarł aż tu, zrozumiała._
_Najchętniej zapaliłaby światło, ale podejrzewała, że to fatalny ruch. Niech on myśli, że nadal głęboko śpi, być może to zapewni jej chociaż cień przewagi._
_Zarys męskiej sylwetki ponownie pojawił się za oknem, a w świetle zbliżającego się do pełni księżyca ponury cień wyglądał naprawdę upiornie._
_Przypomniała sobie wszystkie przeczytane horrory i przeszedł ją dreszcz. Ale to przecież człowiek, pomyślała, nie może popadać w paranoję. Nie wampir, jakiś upiór ani demon rodem ze słowiańskiej mitologii. Na jej werandzie stał człowiek z krwi i kości. Nie, żeby to było pocieszające. Ludzie to bestie podobne do tych opisywanych na kartach mrocznych baśni. Człowiek wcale nie brzmiało lepiej niż strzygoń czy wilkołak. Ba, wolałaby chyba tej nocy zmierzyć się z wampirem niż z mężczyzną, który po nią przyszedł. Bo przecież już wiedziała, jak bardzo jest szalony. A z objęć takiego mrocznego szaleństwa niełatwo się wyswobodzić…_
_Kiedy nocny gość ponownie przeszedł na drugą stronę werandy, wstała. A później bosa, stąpając na czubkach palców, ruszyła w stronę kuchni._
_Nóż leżał na desce, gdzie zostawiła go wieczorem, nadal oblepiony obeschniętymi kawałkami kurczaka, ale jakie to miało znaczenie?_
_Szła blisko ściany, starając się poruszać bezszelestnie._
_Nie pozwoli mu się skrzywdzić, będzie walczyć! Kiedyś była naiwna, ale teraz potrafi się bronić. Nie jest już tamtą lekkomyślną, zbyt ufną kobietą._
_Kroki na werandzie ucichły._
_Wzięła głęboki wdech i ruszyła w stronę stołu, na którym leżała drewniana deska. Jej oczy przyzwyczaiły się już do otaczającej ją ciemności, w blasku zbliżającego się do pełni księżyca dostrzegła ostrze dużego ząbkowanego noża._
_Intruz szarpnął za klamkę._
_Wydała z siebie stłumiony okrzyk, śmiertelnie przerażona._
_Liczył na to, że nie zamknęła drzwi? Czasem jej się to zdarzało, zwłaszcza kiedy była pijana, ale nie tej nocy._
_Usłyszała, jak woła ją po imieniu, i kurczowo zacisnęła palce na twardej rękojeści noża._
_Boże, nie pozwól mi umrzeć, nie w taki sposób – zmówiła w duchu modlitwę i ruszyła w stronę pogrążonego w ciemnościach, zabałaganionego salonu._
_Nadal lekko kręciło jej się w głowie po wypitym do lustra winie, ale dzięki zalewającej ją adrenalinie odzyskała jasność myślenia._
_Nie da mu się zabić! Nie tak, nie jemu!_
_Pomyślała o sąsiadach. Najbliższy dom znajdował się ponad osiemset metrów dalej, za jeziorem. Nikt nie usłyszy jej krzyku, do nikogo nie dotrze jej wołanie o pomoc. Zrozumiała, że jest zdana tylko na siebie. To była przerażająca, ale też w pewien sposób kojąca myśl. Poradzi sobie, albo tu zginie – nie było nic pomiędzy, a ona przecież zawsze lubiła klarowne sytuacje._
_Uciekła na Mazury, żeby ukryć się przed ludźmi, ale nawet tu dopadło ją przeznaczenie. A może nie ma czegoś takiego jak z góry wyznaczony los? Może po prostu miała pecha?_
_Przywarła plecami do ściany i nasłuchiwała._
_Nocny gość ponownie zawołał ją po imieniu, a pod jego stopami zajęczały drewniane deski._
_Chwilę później zrobiło się cicho, ale wiedziała, że to tylko… cisza przed ostatecznym starciem z nieuniknionym._1
Pisarka. Czasem, kiedy patrzyła w lustro, chciało jej się śmiać. Takie patetyczne słowo… Tyle w nim prestiżu i groteski jednocześnie. Bo kim jest pisarz? Zwykłym kłamcą. Napuszonym, pompatycznym egocentrykiem żyjącym z opowiadania mniej lub bardziej krwawych historyjek. Arogantem przekonanym o własnym geniuszu, pozerem i narcyzem napawającym się uwielbieniem fanów – Patrycja leciutko się uśmiechnęła i sięgnęła po ulubioną ciemnoczerwoną szminkę.
Fani. Owszem, miała ich, jak każdy poczytny autor czy autorka. Czy były ich setki, tysiące, a może dziesiątki tysięcy? Jej cykl kryminalny z podkomisarz Werą Irzykowską wciąż nie spadał z topki bestsellerów Empiku, a ona sama bywała zapraszana na tak wiele spotkań, targów i wieczorów autorskich, że czasem z trudem przypominała sobie, w jakim akurat znajduje się miejscu. Sukces, który osiągnęła, cieszył, choć bywały takie dni, kiedy przyprawiał ją o zawrót głowy. Wiedziała już, że nie ma odwrotu od popularności i życia, które stało się jej udziałem. Ludzie regularnie oglądali ją w telewizji i coraz częściej rozpoznawali na krakowskich ulicach, prosili o autograf w kawiarniach, zaczepiali w ulubionej księgarni. Jej twarz stała się własnością publiczną – wypatrywana przez czujne oczy w tłumie zwykłych przechodniów nie była już wyłącznie sobą. Była pisarką. Autorką bestsellerów. Kobietą, którą można było zaczepić na zatłoczonym pchlim targu, poprosić o imienną dedykację w zatłoczonym tramwaju, wyznać jej miłość bądź… niechęć. Tak, bywały i takie sytuacje, kiedy ludzie podchodzili do niej, żeby powiedzieć, że jej książki są czystą grafomanią, na którą niepotrzebnie wyrzucili ciężko zarobione pieniądze. Nigdy nie zapomni spotkania na krakowskim Podgórzu. Szła Kalwaryjską, kiedy podeszła do niej siwiejąca kobieta w nieco za dużym szarym płaszczu. „Pisze pani bzdury, których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien nazywać literaturą!” – krzyknęła nieznajoma, po tym jak zaszła Patrycji drogę. Zaskoczona pisarka zastanawiała się, jak odpowiedzieć na tak zajadły atak, ale starsza pani dosłownie zepchnęła ją z drogi i zaskakująco żwawym krokiem ruszyła w stronę przystanku. Ludzie potrafili wynieść na szczyty, ale równie szybko zrzucić swoich ulubieńców z piedestału, a Patrycja, mimo spektakularnego sukcesu swoich tytułów, starała się nigdy o tym nie zapominać.
Tego lutowego wieczoru, na kilka dni przed Walentynkami, gościła ją zasypana śniegiem Szklarska Poręba, miasto, w którym rozgrywała się akcja ósmego tomu przygód podkomisarz Wery Irzykowskiej.
Ósmy tom… Kiedy to wszystko napisała i co ważniejsze, jakim cudem nadal udawało jej się pracować po tym wszystkim, przez co przeszła? – pomyślała.
Nie chciała jednak wracać do traumatycznych wspomnień, nie dziś! Tego wieczoru musiała po prostu świetnie wyglądać i błysnąć elokwencją. Tego zapewne oczekiwali od niej gromadzący się już powoli w sali konferencyjnej czytelnicy i tego wymagał jej wydawca.
Platinum Mountain Hotel & SPA, w którym zorganizowano wieczór promujący zbliżającą się premierę tomu ósmego, ugościł ją ciepło i podarował jej chwilę tak bardzo potrzebnego relaksu, wyczerpana długimi tygodniami ciężkiej pracy nad książką. Miejsce wybrał jej wydawca, zaskoczył ją, prawdę mówiąc. Spodziewała się raczej kameralnego spotkania w tutejszej bibliotece, a jednak zaproponowano jej coś znacznie bardziej spektakularnego. Godzinę wcześniej widziała salę o wdzięcznej nazwie Ametyst i zastanawiała się, czy jej czytelnikom uda się ją zapełnić. Liczyła na tłumy. Wiedziała, że w hotelu są ludzie z jej wydawnictwa i kilku zaproszonych lokalnych blogerów, ale jakiej frekwencji mogła się spodziewać tego mroźnego wieczoru? Biorąc pod uwagę koszty najmu sali i jej kilkudniowego pobytu w hotelu, które opłacało wydawnictwo, byłby wstyd, gdyby przyszła ledwie garstka osób, przeleciało jej przez myśl. Szybko jednak przestała się tym przejmować. Przyjdą. Zawsze przychodzili. Jej książki sprzedawały się jak ciepłe bułeczki z cynamonem. Tylko w zeszłym roku zarobiła na nich prawie milion złotych. Ludzie czytali jej powieści i marzyli o tym, by poznać ją samą. O świecącej pustkami sali nie mogło być mowy.
Patrycja uśmiechnęła się do lustra i wsunęła palce w długie ciemne włosy. Od lat farbowała je na kruczą czerń, uwielbiała ten odcień. Potrząsnęła głową, przyglądając się opadającej na jej ramiona i piersi lśniącej kaskadzie. Nie była klasyczną pięknością. Miała zbyt wydatny nos, groteskowo duże usta i zbyt blisko osadzone piwne oczy, ale gęste, zadbane włosy były jej atutem i talizmanem. Starannie wytuszowała rzęsy, krytycznym okiem oceniła zrobiony na szybko makijaż i sięgnęła po okulary w ciemnozielonych oprawkach. W wąskiej czarnej sukience czuła się kobieco i profesjonalnie jednocześnie. Czerń pasowała do niej zarówno zawodowo, jak i prywatnie.
Zarzuciła na ramiona krótkie sztuczne futerko, wyszła na balkon i oparta o drewnianą balustradę przez dłuższą chwilę wpatrywała się ciemną ścianę pobliskiego lasu.
Pisanie pozwoliło jej przetrwać najtrudniejsze chwile. To dzięki pracy nad pierwszym tomem cyklu z Werą, który rozpoczęła kilka tygodni po pogrzebie tragicznie zmarłego narzeczonego, nadal utrzymywała się na powierzchni, chociaż przecież powinna utonąć. Dawid. Był przy niej nadal, w każdej chwili jej życia. Nawet teraz, drżąc z chłodu, otulona wirującymi płatkami śniegu, dosłownie czuła na karku jego ciepły oddech. Ale przecież zmarli nie oddychają… Poczuła napływające do oczu łzy i uszczypnęła się w rękę. Nie będzie płakać. Nie teraz, powiedziała sobie.
Chwilę później wróciła do pokoju, zamknęła balkonowe drzwi i cisnęła futerko na łóżko. Do osiemnastej brakowało już tylko siedmiu minut i zdecydowała, że powoli może się zbierać. Nigdy się nie spóźniała, uważała to za brak szacunku. Wolała zjawiać się wcześniej, żeby móc przyjrzeć się gościom i nacieszyć atmosferą radosnego wyczekiwania. Lubiła uśmiechy na zupełnie obcych twarzach, które pojawiały się, kiedy wchodziła do pomieszczenia. Chętnie też pozowała do zdjęć, uwielbiała być w centrum uwagi, nie miała z tym najmniejszego problemu, przynajmniej podczas oficjalnych spotkań. Nagabywana na ulicy nie była już tak zachwycona tym, że ktoś chce sobie z nią zrobić spontanicznego selfiaka, ale wiedziała, że to cena jej sukcesu i po prostu się uśmiechała, bez względu na to, czy akurat wracała od dentysty z odrętwiałą od podanego znieczulenia żuchwą, z pogrzebu zaprzyjaźnionej sąsiadki czy z pobliskich delikatesów.
Wzięła głęboki oddech i musnęła zawieszony na łańcuszku pierścionek zaręczynowy. Tego wieczoru intensywniej niż zazwyczaj czuła obecność Dawida.
– Tęsknię za tobą, kochanie – szepnęła.
Chwilę później wyszła z hotelowego pokoju.
Idąc utrzymanym w beżowych odcieniach korytarzem, uśmiechnęła się do młodego mężczyzny ciągnącego dużą czarną walizkę.
Ludzie. Mijamy ich codziennie i zupełnie nie znamy ich historii. Czy młody brunet w szarym swetrze i spranych dżinsach jest szczęśliwy? A może skrywa jakiś mroczny, ponury sekret, albo – zupełnie jak ona – przeżył koszmar, z którego nadal ciężko mu się otrząsnąć? Uśmiech bywa zbroją. Nosimy go na twarzach, nawet jeśli nasze dusze spowija nieprzenikniony mrok, pomyślała.
Wcisnęła guzik windy.
Dwa kolejne dni miała spędzić w Szklarskiej Porębie, a później wrócić do rodzinnego Krakowa. Zamierzała rozpocząć pracę nad kolejnym tytułem, nie chciała tkwić w bezczynności, która zawsze źle się dla niej kończyła. Kiedy nie była zajęta pisaniem, powracały ponure wspomnienia, a smutek otulał ją niczym sunąca od strony wody wilgotna, gęsta mgła. Tej nocy znowu śnił jej się Dawid. Leciał w powietrzu, rozpaczliwie wymachując ramionami, a ona obudziła się z krzykiem. Co czuje człowiek, który spada w przepaść? Czy zdążył się przestraszyć? Przeleciało mu przed oczyma całe życie? Myślał o niej? Jak długo trwa upadek z kilkuset metrów? Czy zderzenie ze skałami u podnóża góry boli? To w górach się poznali i tam jeździli, żeby uciec od całego świata. Patrycja pracowała wtedy w Urzędzie Miasta Krakowa i nie miała pojęcia, że kiedyś zostanie popularną pisarką. Nie lubiła swojej pracy, stresowała ją i nużyła jednocześnie. Czuła się uwięziona za biurkiem, a ich wspólne wypady w Tatry dodawały jej energii. To w Dolinie Raczkowej, w drodze na Bystrą, Dawid poprosił ją o rękę, a ona powiedziała „tak”. I to właśnie tam wybrał się tamtego feralnego dnia, tym razem dwa lata później, sam. Początkowo planowali, że pojadą razem, jak zawsze, ale obudziła się z bolącym gardłem i cieknącym nosem. „Zostań, obejrzymy coś na Netfliksie, zamówimy pizzę i napijemy się wina” – poprosiła. Nie chciała, żeby sam szedł w tę wielogodzinną, wymagającą trasę. Ale on koniecznie pragnął jechać, jakby coś go w te góry ciągnęło… Pocałował ją w czubek nosa, zrobił jej herbatę z cytryną i wyszedł. Zasnęła niemal od razu po jego wyjściu, czuła, że łapie ją gorączka. Niepokój przyszedł wczesnym popołudniem, dławił ją w gardle, uciskał. Czuła, że stało się coś złego, i nie potrafiła się od tego uczucia uwolnić.
Ciało Dawida, dzięki użyciu dronów, znaleziono w żlebie, kilkaset metrów poniżej szczytu, na który planował wejść. Zanim to jednak nastąpiło, przeżyła dwie doby strachu, rozpaczy i niepewności. Podświadomie czuła, że jej ukochany zginął. A jednak jakaś część niej nie potrafiła zrezygnować z nadziei. Uczepiła się jej kurczowo, nie umiała wypuścić jej z rąk. „On się znajdzie!” – powtarzała jego matce, ojcu i bratu. I znalazł się. Martwy.
Wbiła paznokcie w dłoń i syknęła z bólu. Gdyby wtedy jej posłuchał, byliby już po ślubie. Miał tyle planów i marzeń, był taki pełen życia, a wystarczył jeden niewłaściwy krok i wszystko przepadło w zaledwie sekundzie…
Kiedy dotarła do sali konferencyjnej, na miejscu zdążył się już zebrać tłum – na jej oko ponad sto pięćdziesiąt osób. Nieźle jak na zasypaną śniegiem Szklarską Porębę.
Rozluźniła mięśnie twarzy i szeroko się uśmiechnęła. Nigdy, w żadnym z wywiadów, Patrycja nie zdradziła, w jak tragicznych okolicznościach straciła narzeczonego. Nie była jeszcze wtedy pisarką, nikogo nie obchodziło jej prywatne życie, a ona nie chciała rzucać strasznego losu Dawida na pastwę ocen i komentarzy obcych ludzi. Zdawała sobie sprawę, że promocyjnie to byłoby czyste złoto – poczytna pisarka serii kryminalnej i jej utracona miłość. Jednak nawet wizja jeszcze lepszej sprzedaży nie przekonywała jej do zmiany zdania. Dawid i to, co go spotkało, to nie była sprawa publiczna. Nie chciała czytać o nim komentarzy w sieci, zachowała ten sekret dla siebie. Czasem otwarcie pytano ją, czy kogoś ma. „Lubię być sama” – odpowiadała, by uciąć dyskusję. Smutną prawdę znała jedynie garstka jej dawnych znajomych i rodziny – jej i Dawida. Czytelnikom nie zamierzała jej zdradzać. Czasem bała się, że ktoś z jej przeszłości kiedyś się wygada. Powie dwa słowa za dużo, chlapnie coś po piwie czy dwóch, wieść się rozniesie, a ona będzie musiała odpowiadać na niewygodne pytania. Jednak, jak dotąd, nic takiego się nie wydarzyło.
Bywało, że wrzucała w Google zdanie: „Tragiczna śmierć narzeczonego polskiej pisarki”, ale nic nie wyskakiwało. Świat jeszcze nie wiedział…
Uśmiechnęła się do siedzących najbliżej wejścia kobiet w średnim wieku i wyłowiła z tłumu znajomą twarz. Pomachała swojej redaktorce, przybyłej aż z Warszawy, i podeszła do stołu, przy którym siedział już prowadzący spotkanie młody dolnośląski bloger Igor Zieliński. Zastanawiała się, czy nie będzie mu gorąco w grubym swetrze z golfem. Przy okazji wyczuła od niego piwo, co nawet ją rozbawiło – rzadko ktoś miał jaja, żeby prowadzić spotkanie z nią po alkoholu, nawet jeśli był to jedynie niewielki kufel jasnego pszenicznego.
– Przed państwem Patrycja Prus, autorka bestsellerowej serii kryminalnej z podkomisarz Werą Irzykowską. – Zieliński przedstawił ją publiczności, a ta zaczęła klaskać.
Tak naprawdę nazywała się Patrycja Prusakowska, ale jej wydawca uznał, że Prus brzmi bardziej „chwytliwie” i jest łatwiejsze do zapamiętania. Nie oponowała. Kolejne kłamstwo wokół jej życia nie robiło jej już wielkiej różnicy… Zresztą, czy w przypadku zatajenia przed czytelnikami historii jej związku z Dawidem można mówić o kłamstwie? Po prostu chciała chronić resztkę prywatności. Tak, lubiła być w centrum uwagi, ale o niektórych sprawach jej fani nie musieli wiedzieć.