Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • nowość
  • Empik Go W empik go

Stalowe róże - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
2 kwietnia 2025
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Stalowe róże - ebook

Stalowe róże nigdy nie stracą swojej doskonałości. Ich płatki są jednak zimne i ostre. Przypominają, że pozory mogą mylić i że piękno też potrafi śmiertelnie zranić.

Mythlen postanawia uciec od świata, który ją stworzył, a który teraz może ją unicestwić. Narzeczonego porzuca na ślubnym kobiercu i w drodze ku swojej wolności szuka schronienia w lesie. Trafia tam jednak pod dach dwóch tajemniczych mężczyzn. A według znanych jej wierzeń znajomość z nimi może się okazać skrajnie niebezpieczna i sprowadzić na nią nieszczęście.

Bo skoro wszyscy od zawsze tak mówią, to musi być prawda! Czyż nie?

Czy Mythlen uciekła z jednej pułapki, aby wpaść w drugą?
Jaką cenę trzeba zapłacić za prawdziwą wolność?

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7995-826-9
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis treści

- PROLOG
- CZĘŚĆ PIERWSZA: KORZEŃ
- ROZDZIAŁ I
- ROZDZIAŁ II
- ROZDZIAŁ III
- ROZDZIAŁ IV
- ROZDZIAŁ V
- ROZDZIAŁ VI
- ROZDZIAŁ VII
- ROZDZIAŁ VIII
- ROZDZIAŁ IX
- ROZDZIAŁ X
- ROZDZIAŁ XI
- ROZDZIAŁ XII
- CZĘŚĆ DRUGA: KIELICH
- ROZDZIAŁ XIII
- ROZDZIAŁ XIV
- ROZDZIAŁ XV
- ROZDZIAŁ XVI
- ROZDZIAŁ XVII
- ROZDZIAŁ XVIII
- ROZDZIAŁ XIX
- ROZDZIAŁ XX
- ROZDZIAŁ XXI
- ROZDZIAŁ XXII
- ROZDZIAŁ XXIII
- ROZDZIAŁ XXIV
- ROZDZIAŁ XXV
- ROZDZIAŁ XXVI
- ROZDZIAŁ XXVII
- ROZDZIAŁ XXVIII
- CZĘŚĆ TRZECIA: KOLCE
- ROZDZIAŁ XXIX
- ROZDZIAŁ XXX
- ROZDZIAŁ XXXI
- ROZDZIAŁ XXXII
- ROZDZIAŁ XXXIII
- ROZDZIAŁ XXXIV
- ROZDZIAŁ XXXV
- ROZDZIAŁ XXXVI
- ROZDZIAŁ XXXVII
- ROZDZIAŁ XXXVIII
- ROZDZIAŁ XXXIX
- ROZDZIAŁ XL
- ROZDZIAŁ XLI
- EPILOG
- PODZIĘKOWANIAPROLOG

Znaleziono księgę. Niezbyt starą, acz pożółkłą i pokarbowaną od wilgoci. Gdy ją otworzono, rozszedł się zapach papieru nadgryzionego zębem czasu.

Nadeszli zimą, głosiło pierwsze zdanie.

Jego przyjaciele. Jedyni i prawie ostatni.

Powitali go z serdecznością naturalną dla osób z ich sfery. A pożegnali krzykiem. Agonalnym i błagającym o litość.

Ich krew zmieszała się z brudem na podłodze.

Ich łzy nasączyły ubrania mokre od trunków.

A ich wspomnienie wypełniło jego myśli.

On bowiem się ostał. Jako jedyny nie zginął od miecza. Ludzie jednak, miast się radować, iż ich rodzimy dziedzic przeżył, wypędzili go, uznawszy, że ciąży na nim klątwa. Że niesie zgubę każdemu, kogo pozna.

Ludzie ci byli niczym stalowe róże.

Piękne.

Kuszące.

I zabójcze, gdy zapragnęło się ich pokrzepiającego dotyku.

Okazali się tym i niczym więcej.

Tak napisał autor.

Jego nazwisko było jednak zamazane.

Twórca pozostał nieznany, mimo iż dzieło, które stworzył, rozeszło się po całym kontynencie.

Mimo iż zapisał całą prawdę o ludzkości.ROZDZIAŁ I

Krew spływała po śnieżnobiałym gorsecie jej sukni. Materiał zaś darł się na strzępy, pozostawiając resztki na ostrych gałęziach krzewów. A księżyc? Księżyc skrył swój masyw za chmurami, jakby nie chciał oświetlać drogi młodej kobiecie. Biegła więc po omacku, co rusz potykając się i przewracając. Jej piękną twarz zdobiły teraz liczne zadrapania i ziemia, nadająca jej cerze ciemniejszego wyglądu. Dyszała ciężko i co chwila podpierała się o napotkane pnie drzew. Nie przerywała jednak biegu, wiedząc, że ta okazja nigdy więcej się nie powtórzy. To była jej jedyna szansa na ucieczkę.

Mknęła więc dalej, jakby w ten sposób mogła zbiec przed przeznaczeniem.

Nie wzięła ze sobą nic prócz rodowej biżuterii, którą chciała jak najszybciej sprzedać. Nie miała jedzenia. Nie miała wody. Nie miała broni.

Nie miała tak naprawdę nic – tylko nadzieję i przemożną złość na cały świat oraz na los, który ją spotkał.

Usłyszawszy wilczy skowyt, wpadła z impetem na drzewo. Od uderzenia dostała zawrotów głowy, które zelżały dopiero, gdy osunęła się na miękką trawę. Nasłuchiwała zbliżających się łowców. Czuła bowiem pewność, że właśnie ich wysłał jej niedoszły mąż, by ją odszukali. Jedynym jej sprzymierzeńcem stał się czas, gdyż nigdy nie miała zdolności, które pozwoliłyby jej się schować lub przeżyć w dzikim lesie, a… była przekonana, że jej ucieczka nie została od razu zauważona. Zbiegła tuż po tym, jak służąca odziała ją w tę przepiękną kreację, a na długo przed tym, nim przybyła inna służka, mająca zaprowadzić ją do kaplicy. A działo się to wieczorem. Mythlen doprawdy nigdy nie widziała piękniejszej scenerii od tej, która miała towarzyszyć jej w drodze do ołtarza. Niebo krwawiło różem, a niebieskie chmury oddzielały jego połacie od skrajnie żółtych partii położonych najbliżej słońca. Jej narzeczony pragnął, by ślubowi asystowały niemożebnie romantyczna atmosfera i klimat wręcz błagający, by się tej nocy zakochać. Salę, w której zamierzali biesiadować, rozświetlały setki świec, a suknię Mythlen przyozdobiono prawdziwymi perłami, żeby odbijały ich płomyki.

Tego wieczora przyćmiłaby wszystkie kobiety w hrabstwie, a może i w całym królestwie Dor Kva’aru. Być może wieść o jej ślubie dotarłaby nawet do zamorskich miejscowości lub przedarła się przez wschodnie góry. Być może przyjaciel króla chwaliłby się nią w ościennych państwach. Być może. Nie wątpiła jednak, że wieść o ucieczce pięknej narzeczonej będzie chętniej opowiadana niż relacja z niedoszłego ślubu.

Pomimo bólu uśmiechnęła się do siebie. Po trosze na pocieszenie, a po trosze zawadiacko, poczuwszy nagle, że jest wolna.

Mimo że nie była, o czym przypomniał jej kolejny skowyt drapieżnika, który rozległ się tym razem nieco bliżej. Cóż takiego działo się z tym zwierzęciem, że tak jęczało? Czyżby ktoś na nie zapolował? W nocy…?

A może to jej narzeczony już ją znalazł i teraz kazał nastraszyć?

Wstała, zakasała porwaną w strzępy spódnicę sukni i parła przed siebie, boleśnie ocierając kostki o twarde pantofle. Po tym krótkim odpoczynku zaczęły boleć ją mięśnie, a gdy adrenalina opuściła jej ciało, zrozumiała, jak bardzo pieką ją wszystkie zadrapania. Ale musiała brnąć dalej, nie mogła teraz zawrócić. Nawet jeżeli mieliby ją znaleźć, przynajmniej przegra tę bitwę z honorem. A potem znów ucieknie.

Nie dopuści do ślubu z tym człowiekiem.

Po kilku minutach znów przystanęła – tym razem, by oderwać resztki spódnicy, które tylko jej zawadzały. Już i tak nie mogła bowiem wyglądać gorzej. Rzuciła strzępy na ziemię, nie przejąwszy się zupełnie tym, iż zostawia łowcom jawny ślad swojego bytowania tutaj, po czym postawiła kolejny, niezliczony tego dnia krok. Teraz miała na sobie jedynie pończochy, halkę i gorset. Był to strój, który iście nie przystawał kobiecie z jej sfer, lecz przecież wszystko to, co do tej pory zrobiła, również jej nie przystawało.

Nie chciała, by ją znaleziono, ale nie bała się gniewu narzeczonego. Nie bała się wykluczenia z życia towarzyskiego w jej hrabstwie ani pewnej utraty tytułu. Bała się jedynie biedy, choć i z tym mogła sobie przecież poradzić.

Jej bieg nie był już tak szaleńczy jak przed dwoma godzinami. Przypominał bardziej nierówny marsz, przerywany słanianiem się ze zmęczenia. Pomimo najszczerszych starań nie potrafiła uspokoić oddechu i obawiała się, że za moment zemdleje. Dziękowała chociaż za to, że tuż po wyjściu służącej poświęciła kilka minut na poluzowanie gorsetu.

W pewnym momencie wybiegła na trakt, ale nie umiała określić, gdzie dokładnie się znajduje ani czy przypadkiem nie zatoczyła koła.

I aż podskoczyła z przerażenia, gdy tuż za sobą usłyszała kroki i popiskiwanie psa.

Obróciła się na pięcie, jednak w tych ciemnościach nie dojrzała wiele. Poczuła się osaczona, mimo iż nic nie mówiło, że tak właśnie się stało.

Po chwili z gęstego cienia wyłoniła się sylwetka rosłego myśliwego, trzymającego na rękach szarego wilka. Nie miał go wszak przerzuconego przez ramię, jak to czynili mężczyźni po udanym polowaniu. Zwierzę spoczywało na przegubach jego rąk, jakby było niesioną kobietą.

Mythlen odruchowo cofnęła się na ten niecodzienny widok i uniosła oczy na nieznajomego. Pod kapturem nie widziała dokładnie jego twarzy, ale dostrzegła, że żaden mięsień się na niej nie poruszył. Serce podeszło jej do gardła, gdy zrozumiała, iż właśnie spotyka w lesie obcego mężczyznę, będąc jednocześnie niemal w samej bieliźnie.

Przez długi moment oboje po prostu stali, patrząc na siebie. Dopiero cichy skowyt niesionego wilka nakazał im przerwać to milczenie.

Myśliwy przemówił pierwszy, głos miał nieco ochrypły, zapewne długo się nie odzywał.

– Czy chcę wiedzieć, co samotna kobieta robi nocą w środku lasu?

Mythlen czuła na sobie jego czujne spojrzenie.

– Uciekłam – odrzekła po prostu i skrzyżowała ramiona na piersi.

Mężczyzna poruszył rękoma, jakby zaczynały mu drętwieć pod ciężarem ogromnego wilka. Czemu właściwie go niósł? I co zamierzał z nim zrobić?

– Sprzed ołtarza? – domyślił się i nabrał ze świstem powietrza.

– Zgadza się – przyznała.

Pomimo zmęczenia jej myśli wręcz krzyczały, by nie przerywała biegu i nie wdawała się w rozmowę z tym człowiekiem. Była jednak wykończona i zastanawiała się, czy… czy ten jej pomoże.

Równocześnie nie chciała sprowadzać na siebie nieprzewidzianego zagrożenia.

Nagle zrobiło jej się gorąco. Co ona wyprawiała? Nie miała wszak pojęcia o przetrwaniu w dzikim lesie i tym bardziej nie wiedziała, jak mogłaby się obronić przed tym mężczyzną, gdyby on zechciał ją skrzywdzić. Och… naprawdę nie należało się zatrzymywać.

Cofnęła się jeszcze o krok, gdy nieznajomy ruszył w jej stronę.

– Bardzo romantycznie. Skąd uciekłaś?

Księżyc przebił się wreszcie przez chmury i zamigotał w jego złocistych tęczówkach. Przeszły ją ciarki, bo oczy myśliwego skrajnie przypominały ślepia niesionego przezeń wilka.

Początkowo chciała skłamać, lecz ostatecznie wydukała:

– Z zamku Kayen. – Odruchowo uniosła palec i skierowała go w stronę, z której przyszła, lecz opuściła go szybko, bo nie miała przecież pojęcia, czy przemieszczała się w linii prostej.

Mężczyzna skinął głową w zamyśleniu. Przez chwilę sądziła, że zaoferuje jej pomoc, lecz on wtedy wskazał podbródkiem coś znajdującego się za jej plecami i ponownie zmierzył ją spojrzeniem złotych oczu. Tym razem uśmiechał się jednak na wpół ze znużeniem, a na wpół lubieżnie, co potraktowała jako ostrzeżenie.

– Więc idź dalej na wschód.

Zaciskała usta, wpatrując się w niego z niepokojem, nim się odwróciła, zmęczona, nawet mu nie podziękowawszy. Nie pomyślała, że mężczyzna niesamowicie jej pomógł, bo gdyby tylko skręciła na tym trakcie w lewo, trafiłaby z powrotem na zamek.

Uszedłszy kilkanaście kroków, spojrzała przez ramię, by zobaczyć, w którą stronę pójdzie nieznajomy z wilkiem, jego już jednak nigdzie nie było.

Zniknął, a ona znów została sama.

Czy tak miało być już zawsze?

Wiatr potargał jeszcze mocniej jej czarne włosy, aż przysłonił na moment widok. Pomyślała znów o napotkanym przed momentem myśliwym. Poza uśmiechem, który jej posłał, nie wykazywał nią zainteresowania, mimo iż stanowiła niebywale, żałośnie wręcz łatwy cel. Mogła podejrzewać, że po prostu był strudzony, i nie chciała też źle myśleć o każdym napotkanym człowieku. Wolała zachować w sercu dobre wspomnienie kogoś, kto wskazał jej drogę.

Próbowała sobie przypomnieć mapę lasów w jej hrabstwie, jednak nawet po rozrysowaniu na ziemi kilku dróg nie mogła z całą pewnością przesądzić, którym traktem teraz podążała. Tak czy inaczej, rankiem powinna dotrzeć do miasta. Tylko że i tak nie będzie mogła tak po prostu sprzedać tam rodowej biżuterii, bo to na pewno przyczyniłoby się do jej zdemaskowania.

Stwierdziła więc, że ruszy na północ, do stawu, ale przypomniała sobie, że ten stanowił jedyne źródło wody w okolicy, więc udanie się w tamtym kierunku też poskutkowałoby tym, że szybciej ją znajdą.

Och, była skończona.

Z wściekłością chwyciła pobliski kamień i cisnęła nim o najbliższy pień. Odbiwszy się od niego, wydał cichy i głuchy huk, który zbudził ptactwo śpiące w koronach drzew. Rozległ się przeciągły skrzek, a ją przeszły ciarki.

Podniosła się z kolan, otrzepała przybrudzoną halkę i znów poczęła iść przed siebie chwiejnym krokiem. Żwir chrzęścił pod jej stopami zbyt głośno, toteż zboczyła z traktu, trzymała się jednak jego linii.

Miała wrażenie, że minęła wieczność, nim usłyszał stukot końskich kopyt. Skryła się za pniem drzewa i odszukała wzrokiem białego wierzchowca, stępem prowadzonego przez jeźdźca po drodze. Mężczyzna siedział w siodle elegancko, a jego jasne włosy błyszczały niczym zboże w słońcu. Rozglądał się po leśnych połaciach, toteż Mythlen kucnęła, by być mniej widoczna.

– Jest tu pani? – spytał mężczyzna.

Ściągnęła brwi. Czyżby to był podstęp ze strony jej narzeczonego? Czego mógłby potrzebować od niej ten człowiek?

– Chcę pani pomóc – powiedział dosyć cicho, ale na tyle głośno, by wyraźnie go usłyszała.

Nie zamierzała jednak mu zaufać. Czemuż miałaby uwierzyć niespodzianie napotkanemu mężczyźnie? Drugiemu tej nocy…

– Pani nie może być tu sama, znajdą panią – dodał, zmrużywszy oczy. Nagle zwolnił i znów rozejrzał się dookoła. Westchnął głośno, ze zrezygnowaniem. – Mój kuzyn źle postąpił, powinien pani pomóc.

Mythlen wbiła paznokcie w spód dłoni. Kuzyn… Ten zakapturzony mężczyzna z wilkiem miałby być kuzynem tego eleganckiego jeźdźca? Nie chciało jej się w to wierzyć, jednak, nie widząc innego rozwiązania, wstała i odgarnęła włosy z twarzy.

– I pomógł – odparła, ku zaskoczeniu nieznajomego, który akurat patrzył w drugą stronę.

Dostrzegłszy ją, zeskoczył z siodła i podszedł do niej. Jego zachowanie zdawało się mniej gwałtowne od ruchów tego, który wskazał jej drogę.

Schował jedną dłoń do kieszeni płaszcza.

– Ale ta pomoc na nic by się nie zdała – stwierdził rzeczowo i zlustrował ją wzrokiem.

Wyprostowała się więc, z nadzieją, iż dzięki temu nie będzie wyglądała aż tak żałośnie.

– Doskonale bym sobie poradziła.

– O ile przeżyłaby pani następny dzień – mruknął, przeczesawszy palcami blond włosy.

Mythlen widziała jego wzrok, ciągle wracający do przednich wiązań jej gorsetu, ale była zbyt zmęczona, by go o to obwiniać.

– Nie oczekuję niczyjej łaski.

Roześmiał się krótko.

– Och, to do pani bardzo pasuje.

– Słucham? – Uniosła brew ze zdziwieniem.

Mężczyzna wzruszył nonszalancko ramionami.

– Kobieta, która bez przygotowania ucieka sprzed ołtarza, musi być niezwykle uparta. Ale zapewniam, że nie okazuję pani łaski bez powodu. – Baczny wzrok jego niebieskich oczu stał się nieco bardziej intensywny. – Powiedzmy, że chciałbym spłacić dług. – Wyciągnął do niej odzianą w dłoń rękawiczkę, którą ta po chwili wahania ujęła.

– Dziękuję – szepnęła, choć nie wiedziała jeszcze, za co mu dziękowała. Ale, och, na wszystkie morza, była zbyt zmęczona, by dalej brnąć przez ten las!

Jeździec poprowadził ją do konia, co dotarło do niej dopiero po dłuższej chwili.

Stanęła przed nim gwałtownie i wyrywała dłoń z uścisku mężczyzny.

– Co się stało? – Popatrzył na nią podejrzliwie.

Potrząsnęła głową, aż ciemne włosy rozsypały się dookoła twarzy.

– Nic – skłamała, ponieważ w rzeczywistości bała się jeździć konno. Ostatnim razem podróżowała wierzchem za życia jej ojca. Potem, podczas powrotu z pogrzebu, spadła ze swojej klaczy i od tamtego momentu nie chciała nawet myśleć o ponownym siadaniu w siodle. Teraz jednak musiała się przełamać.

Na roztrzęsionych nogach, z pomocą mężczyzny, wspięła się na koński grzbiet i omal nie krzyknęła, gdy zwierzę się poruszyło. Blondyn, który akurat postawił stopę w strzemieniu, znów uraczył ją spojrzeniem spod uniesionych brwi.

– Boi się pani koni?

Spróbowała swoje przerażenie skryć za uśmiechem.

– Skądże. To tylko zmęczenie.

Nie wyglądał na przekonanego, ale przełożył nogę na drugą stronę siodła i dobył wodzy.

– Proszę się trzymać – polecił. – Nie mieszkamy daleko, ale nie chcę marnować czasu na stęp.

Objęła go więc w pasie, starała się jednak zachować pewien dystans. Lecz kiedy ruszył, porzuciła ten pomysł na rzecz zminimalizowania zmagań z towarzyszącą im prędkością. Zacisnęła kurczowo palce na koszuli nieznajomego, gdy ten pogalopował wzdłuż traktu, a potem wąską ścieżką w głąb lasu.

Nawet za czasów, gdy jeździła z ojcem na polowania, nie rozpędzała swojego wierzchowca do takiej prędkości. Poruszała się zazwyczaj wolno, by móc podziwiać krajobrazy, dlatego nic dziwnego, że omal nie zwymiotowała pod wpływem gwałtownego kołysania.

Wiatr smagał jej włosy, tworząc z nich niby koński ogon za jej głową. Nieznajomy nic się nie odzywał, a ją coraz bardziej ogarniało zmęczenie, które resztkami sił próbowała od siebie odgonić. Musiała być czujna. Jeszcze przez kilka godzin, potem może odpocznie.

– Jest pani szlachcianką?

– Tak – odparła. Nie było sensu go oszukiwać, bowiem jej strój i biżuteria mówiły same za siebie.

– Proszę więc wybaczyć, że wiozę panią do naszego domu. Wiem, że nie wypada młodej kobiecie przebywać z dwoma mężczyznami, ale…

– Z każdym słowem czuję się coraz bardziej przerażona – mruknęła, na wpół żartobliwie, na wpół prawdziwie.

– Będzie pani u nas bezpieczna, zapewniam.

– Dziękuję. – Wątpiła, by to usłyszał, gdyż głos jej się załamał w połowie i przycichł. Nie wiedziała, czy powinna mu ufać. A raczej, czy powinna czuć się bezpieczna, bowiem ufać zamierzała tylko sobie.

– Jak ma pani na imię?

– Mythlen.

– Pięknie. – Spojrzał na nią szybko przez ramię. – Ja jestem Gareth.

Nie zapytał o nazwisko, co przyjęła z ulgą. Nie zniosłaby jeszcze jednego obnażenia.

Las, o dziwo, z każdym przebytym metrem stawał się coraz jaśniejszy. Musiała skupić wzrok na konkretnym punkcie, by wreszcie dojrzeć wyrąbane drzewa. A więc znajdowali się już niedaleko.

– Mój kuzyn to Jothan – powiedział i zatrzymał konia w miejscu, z którego nie było widać ich domu.

Mythlen spodziewała się starej myśliwskiej chatki, ale potem zwróciła uwagę na starannie skrojony płaszcz Garetha i stwierdziła, że taki elegant nie mógłby mieszkać w rozpadającej się ruderze.

– To tutaj? – Rozejrzała się nieprzytomnie, gdy oboje zeszli na ziemię.

Była szczęśliwa, że jazda dobiegła końca, ale jednocześnie odczuwała niepokój, bo nie dostrzegała żadnego budynku… Czy mężczyzna zabrał ją po prostu w sam środek lasu? Och, jakąż głupotą się wykazała!

Zaczęła się wycofywać, gdy Gareth sięgał po uzdę. Dostrzegłszy Mythlen, która właśnie chciała się zerwać do biegu, uniósł wysoko brwi.

– Wiem, jak to wygląda, ale nie mogę dojechać bliżej domu – wyjaśnił i zacisnął usta. – Jothan trzyma tam wilki, a te, mimo tresury, czasem źle reagują na konie. Mój jest całkiem spokojny, ale i on raz zrzucił mnie z siodła, gdy usłyszał powarkiwanie.

Mythlen to wszystko wydawało się skrajnie nieprawdopodobne, ale przyjęła tłumaczenia do wiadomości i skinęła głową. Pospieszyła za mężczyzną.

A więc Jothan, którego spotkała wcześniej, zajmował się tresurą wilków… To wyjaśniałoby, dlaczego zamiast zabić ranne zwierzę i zedrzeć z niego skórę na sprzedaż, niósł je w ramionach. Zapewne chciał wyleczyć tamtego drapieżnika. Zdaje się, że trafiła na dziwnych ludzi…

W końcu dotarli do wspomnianego wcześniej domu młodzieńców, który okazał się całkiem sporą i raczej zadbaną posiadłością. Oczywiście w niczym nieprzypominającą tych, które dotąd widywała – była kilkukrotnie mniejsza – ale nie wyglądała na zniszczoną lub ubogą. Albo to mrok tworzył taką ułudę.

W środku było ciemno, dlatego, poprzez brak świateł z okien, z trudem dostrzegła Jothana, czekającego na nich w progu domostwa. Siedział na schodach w towarzystwie trzech wilków, które zaczęły cicho warczeć. Na Mythlen lub na konia, tego dziewczyna nie umiała przesądzić.

Rzuciła Garethowi spojrzenie i z podziwem zauważyła, jak szybko udało mu się uspokoić jego wierzchowca. Zaraz potem jednak skupiła się na siedzącym u drzwi Jothanie. Jedną rękę oparł nonszalancko o kolano, a drugą gładził wilczy łeb.

Oblał ją zimny pot, gdy napotkała wzrok złotych oczu mężczyzny. Nie myliła się wcześniej – jego tęczówki wyglądały zupełnie jak te jego towarzyszy.

Cztery pary żółtych oczu, jedna ludzka i trzy wilcze, wpatrywały się w nią, gdy powoli zbliżała się do posiadłości.ROZDZIAŁ II

W środku domu, do którego Jothan łaskawie ją wpuścił, panował nieprzebrany mrok, ale mężczyznom zdawało się to nie przeszkadzać. Gareth wymruczał coś nieprzychylnego do swojego kuzyna i poprowadził ją do pomieszczenia znajdującego się naprzeciw drzwi frontowych, tuż za przedsionkiem, które okazało się salonem. A przynajmniej tak Mythlen uznała po wyłaniającym się z ciemności zarysie mebli. Gareth poprosił, żeby usiadła, jednak ona stała w miejscu, tam, gdzie ją zostawił, dopóki blondyn nie rozpalił dwóch świec znajdujących się na stole.

– Chcesz, żeby nas dekapitowali? – warknął Jothan do Garetha tuż za plecami dziewczyny.

Wzdrygnęła się, usłyszawszy jego wrogi ton, i naraz postanowiła przejść na drugi koniec pokoju, bliżej Garetha, który zdawał się milszy w obejściu. W towarzystwie tego drugiego zaczynała odczuwać niepokój.

– Od kiedy boisz się dekapitacji? – zapytał prześmiewczo Gareth i zasiadł przy stole. Wskazał jednocześnie Mythlen fotel stojący nieopodal, na którym ochoczo przycupnęła, by dać nareszcie odpocząć zmęczonym nogom.

– Jesteś nienormalny, Garecie. – Jothan podszedł szybko do kuzyna i nachylił się nad nim, aż Mythlen przez moment obawiała się, że go uderzy. Wyglądał na silnego mężczyznę i nie chciała, by do tego doszło. Nie z tak błahego powodu. – To jest jakaś szlachecka baba, która nie powinna mieć z nami nic wspólnego, a ty sprowadzasz ją tak po prostu do naszego domu? Jeśli ją znajdą, to ukręcę ci łeb.

– Myślę, że kiedy ją tu znajdą, to oni pierwsi ukręcą mi łeb, więc powinieneś się pospieszyć, bo głowę mam jedną – odparł Gareth i postukał się po czole, zupełnie nieprzejęty pogróżkami.

– Jeżeli to aż taki problem, wyjdę – odezwała się nieśmiało Mythlen, z trudem powstrzymująca drżenie w głosie.

Jothan spojrzał na nią z szyderczym uśmiechem.

– Proszę. Może odprowadzę panienkę? – W ułamku sekundy znalazł się przy niej, a ona odruchowo odtrąciła jego dłoń, którą chciał chwycić jej nadgarstek. Jothan wyprostował się gwałtownie i zmierzył kuzyna wzrokiem. – Po co ci ona? Nie dość, że szlachcianka, to jeszcze buńczuczna.

– A po co ty mi, do ciężkiej cholery, byłeś, gdy cię tu przyjmowałem?! – wrzasnął z gwałtownością, która nie pasowała jej do Garetha.

Lecz przecież bazowała tylko na pierwszym wrażeniu. Nie znała ich.

Jothan zacisnął szczęki, więc Gareth kontynuował:

– I po co ja byłem wujkowi, gdy mnie ojciec z domu wyrzucił? Myślisz, że sam sobie tę chałupę wybudowałem?! – wykrzyknął i tym razem wstał gwałtownie, aż krzesło przewróciło się z hukiem.

Teraz Mythlen była pewna, że natrafiła na wariatów.

Mężczyźni przez chwilę mierzyli się groźnym wzrokiem, aż w końcu Jothan pokiwał wolno głową.

– Zapomniałem, że z ciebie taki idealista.

Gareth zaśmiał się krótko i opadł na krzesło obok. To poprzednie nadal leżało na podłodze. Zapadła cisza. Mythlen zaciskała dłonie na kolanach, a Jothan, odgarnąwszy z czoła brązowe loki, spojrzał na nią nieprzychylnie.

– Jakie nosisz nazwisko? – zapytał zaskakująco spokojnie.

– D’Alarri.

Kuzyni wymienili spojrzenia, z których ciężko było cokolwiek wyczytać. Miała jednak nadzieję, że jej ród nie sprawił im problemów.

– Weźmiemy ją dla okupu – stwierdził nagle Jothan i uśmiechnął się z satysfakcją.

Z twarzy Garetha odpłynęły wszystkie kolory. Z twarzy Mythlen również.

– Słucham?! – Poderwała się z fotela mimo zawrotów głowy.

Jothan wzruszył szerokimi ramionami.

– Taka okazja się nie powtórzy, a ty jesteś na tyle śliczna, że twój narzeczony powinien chcieć cię wykupić. A jak jego wołają?

Gareth znów wstał z krzesła, tym razem jednak go nie przewrócił. Stanął między Mythlen a swoim kuzynem.

– Bracie, czy tobie rozum odjęło? – Głos miał władczy i chłodny i mimo że był niższy o kilka centymetrów od Jothana, zdawał się teraz nad nim górować. – Nie jesteśmy bandytami.

– Bogaczami również nie – odparował Jothan i się wyprostował.

– Przecież mogę zapłacić – wypaliła i pogładziła za plecami koraliki bransolety.

Obydwaj mężczyźni odwrócili się w jej stronę, po czym zmierzyli ją czujnymi spojrzeniami. Zrozumiała, jak mogło to zabrzmieć, jednak nim zdążyła cokolwiek dodać, Jothan wyminął Garetha i podszedł, by ująć jej podbródek w palce. Nie była na tyle szybka, by się w porę odsunąć.

– Mam nadzieję, że w naturze – mruknął, wpatrzony w jej twarz. – Przynajmniej tyle byśmy z tego mieli.

Ujrzawszy jego bezczelny, skrajnie lubieżny uśmiech, wyrwała się gwałtownie i spoliczkowała go, czego mężczyzna chyba się nie spodziewał. W przeciwnym razie zapewne by jej to uniemożliwił.

– Nienawidzę szlachty – warknął i posyłał jej wrogie spojrzenie złotych oczu.

– Jeżeli tylko po to mnie tu sprowadziliście, wolę być martwa – wysyczała, bo nie panowała już nad drgawkami, które nagle zaczęły spowijać jej ciało. Miała wrażenie, jakby ktoś wystawił ją na mróz.

– Nie – zaprotestował od razu Gareth. – To po prostu Jothan ma ośli rozum i chyba zapomniał, jak traktuje się kobiety. – Ostatnie słowa były wypowiedziane niemalże wprost w twarz bruneta.

Ten nie wyglądał wszak na skruszonego.

– Albo ty zapomniałeś, bo tak dawno żadnej nie miałeś.

– Miałem.

Jothan parsknął śmiechem.

– Nie mówię, że w ogóle nie miałeś, ale od pewnego czasu…

– Bo muszę pracować – uciął Gareth, zaciskający pięści. – I daruj sobie poruszanie takich kwestii przy damie. Może nie masz już tytułu, ale ogładę mógłbyś…

Po pomieszczeniu przebiegł głuchy dźwięk, a sylwetka Garetha potoczyła się do tyłu. Wtedy też do Mythlen dotarło, że Jothan go uderzył. Na wszystkie morza, ten człowiek był niereformowalny…

Gareth nie stracił do końca równowagi. Nie odwdzięczył się również kuzynowi ciosem. Mythlen odniosła wrażenie, że obydwaj zapomnieli o jej obecności, co nawet jej odpowiadało. Ale wtedy Jothan, rozcierający pięść, znów odwrócił się w jej stronę, a przydługie włosy przysłoniły mu część twarzy. Gdy się zbliżał, ona cofnęła się za stół, który teraz stanowił barierę między nimi.

– Co umiesz robić?

Na próżno szukała w jego głosie czegoś, co nie przypominałoby pobłażliwości.

– Na pewno nie to, o czym myślisz.

Jothan wsunął ręce do kieszeni i przekrzywił głowę. Przypominał teraz jednego z wilków, którymi się zajmował.

– Ja myślałem o gotowaniu. A pani szlachcianka o czym?

Jej twarz zaszła rumieńcem pod wpływem jego nieustępliwego spojrzenia. Zebrała się jednak w sobie, by odpowiedzieć.

– Umiem gotować, sprzątać i prać – odparła lekko, z nadzieją, że ta deklaracja usatysfakcjonuje jedyne osoby, które mogłyby jej teraz pomóc.

Postanowiła przemilczeć fakt, iż z tych wszystkich czynności dobrze radziła sobie tylko ze sprzątaniem. A ugotować potrafiła co najwyżej wodę na herbatę. Nie wspomniała jedynie o swojej wiedzy, która spokojnie mogłaby zapewnić jej pozycję guwernantki, bowiem nie sądziła, by taka osoba im się przydała.

– Czyli właśnie znaleźliśmy się w rozkosznym gronie ludzi z tymi samymi umiejętnościami. – Gareth, który do tej pory jej bronił, wyglądał teraz raczej na rozczarowanego. – Radzimy sobie z tym sami. No może ze sprzątaniem niekoniecznie, ale, jak widzisz, żyjemy.

Mythlen przełknęła ślinę, w duchu cieszyła się, iż nie trafiła tu w roli służącej.

– A czym chciałaś nam zapłacić? – dopytał Jothan, tym razem bez lubieżnego uśmiechu błądzącego po twarzy.

Dziewczyna wypuściła wolno powietrze i sięgnęła rękoma do karku, by rozpiąć kolię. Zdjęła też kolczyki i bransoletę, zostawiła jedynie srebrny łańcuszek na nadgarstku, przerobiony z naszyjnika jej matki. Nie był wart wiele, a ona z nim czuła się paradoksalnie bezpieczniej. Mężczyźni otworzyli ze zdziwienia oczy, jakby wcześniej zupełnie nie dostrzegli biżuterii Mythlen, co bardzo ją zaskoczyło. Przecież z pewnością była aż nadto zauważalna. Chyba że uwagę poświęcili czemuś zupełnie innemu w jej ubiorze, a raczej jego braku.

– W porządku. – Głęboki głos Jothana poniósł się po salonie jak osąd śledczego. – Powiedzmy, że zarobiłaś na swoje utrzymanie.

– A jeśli nawet nie – wtrącił Gareth, patrzący na nią z błyskiem w oku – to może mi pani pomóc w przepisywaniu dokumentów. Jestem najemnym skrybą. Teoretycznie nie powinienem się dzielić pracą z nikim innym, ale i tak płacą mi za to psie pieniądze.

Mythlen uśmiechnęła się do niego na znak zgody.

– No proszę – burknął Jothan. – Radujmy się, słońce zajaśniało.

Jej uśmiech zniknął równie szybko, jak się pojawił.

– Ciężko jaśnieć, gdy wkoło tyle chmur. – Założyła ręce na piersi i obeszła stół z drugiej strony, wciąż starała się unikać Jothana. Zatrzymała się kilka kroków przed Garethem. – Czy mogę liczyć na jakieś ubrania?

– Wolałbym, żebyś tych nie zmieniała, jeśli chcesz znać moje zdanie. – Jothan nie mógł się powstrzymać przed komentarzem.

– Nie chcę.

Gareth zaśmiał się pod nosem i pokręcił głową.

– Doprowadzę się do ruiny, jeśli będę przyjmował takich jak wy do domu. – Blondyn wyglądał na szczerze rozbawionego, mimo iż tylko jemu było do śmiechu.

– Nie porównuj mnie do niego. – Założyła ręce na piersi.

– Spokojnie, to jednak mój kuzyn. Wbrew pozorom zachowałem resztki dobrego mniemania o nim.

Brunet zupełnie się nie przejął tą wymianą zdań, bowiem już po chwili zniknął w cieniu korytarza, pozostawił po sobie jedynie skrzypnięcie drzwi.

– I zazwyczaj taki nie jest. Przynajmniej w stosunku do mnie.

– Wie pan, wydaje mi się, że po prostu nie przypomina pan szlachcianki, która zbiegła sprzed ołtarza – odparła żartobliwie i dopiero teraz przyjrzała się rysom jego twarzy.

Zdawały się łagodne i niepozbawione gracji. Niebieskie oczy świeciły niczym dwa diamenty, a włosy, kolorem przypominające zboże lub płynny miód, odbijały żywo płomienie świec. Efekt psuły tylko opuchlizna i powoli siniejąca kość policzkowa.

Nie mógł być od niej starszy o więcej niż pięć lat. To samo tyczyło się Jothana. O dziwo, żaden z nich nie miał żony, co nakazało jej głębiej się zastanowić nad ich historią.

Gareth z pewnym opóźnieniem zaśmiał się cicho z jej żartu i poprosił, by poczekała. Pasowało jej, że zwracał się do niej pani, gdyż dzięki temu nie czuła się jak kobieta, która z własnej woli pozbawiła się tytułu, majątku i honoru.

Nie, nie z własnej woli – upomniała się w myślach. Zaaranżowanie ślubu odbyło się bez jej zgody, więc nie było tu jej winy.

Ona w to wierzyła.

Wiedziała jednak, że nikt inny nie postrzega tego w tak łaskawym świetle.

Po chwili Gareth wrócił z dwiema długimi sukniami przewieszonymi przez ramię. Nie miał już na sobie płaszcza, a jedynie koszulę, z rękawami podwiniętymi tak, że odsłaniały mięśnie jego przedramion. Podał jej obie toalety.

Przygryzła wargę.

– Czemu trzymacie tu damskie stroje?

Gareth przewrócił oczyma i stanął w lekkim rozkroku, ze skrzyżowanymi rękoma.

– Nie chcę ci się ze wszystkiego tłumaczyć, pani. Jeżeli masz się tu ukrywać, choćby przez jakiś czas, nie możesz podawać w wątpliwość wszystkiego, co zrobimy. – Ponieważ nie skomentowała, mówił dalej: – Mój świętej pamięci wujek miał córkę starszą od nas o piętnaście lat. Wyszła za mąż i wyjechała na drugi koniec Dor Kva’aru, zostawiła suknie, które uznała za nieprzydatne i niewarte zajmowania miejsca w skrzyniach. Ponieważ wujo zmarł, a ona nigdy nie wróciła, sprzedaliśmy je. Ale tych dwóch nikt nie chciał kupić. Czy to wyjaśnienie pani pasuje?

Mythlen rozłożyła przed sobą całkiem ładną szarawą suknię.

– Tak. Dziękuję.

– Proszę – westchnął ze zmęczeniem Gareth. – A spać będziesz u Jothana.

Z jej ust wydobyło się coś na kształt jęknięcia pomieszanego z prześmiewczym prychnięciem. Gareth popatrzył w górę i pokręcił głową.

– Nie będzie go tam. On nie wraca nocami do domu, śpi po południu, i to krótko, więc nawet się nie miniecie w drzwiach.

– Ale…

Chciała zapytać, czy tak wypada, jednak sama odpowiedziała sobie na to pytanie. Nie. Tylko że nie miała wyjścia, bowiem nie sądziła, że w tym domu są więcej niż dwa pokoje.

– Mamy koce na zmianę – wytłumaczył zawczasu i delikatnie dotknął jej ramienia, by skierować ją w stronę drzwi.

Innych niż te, za którymi zniknął Jothan, więc uznała, że tamte musiały prowadzić dokąd indziej. Może do łazienki? Otworzył przed nią pokój i przy okazji wręczył kandelabr z zapaloną świecą, którego wcześniej nie zauważyła. Wszedł do środka i rzucił coś na łóżko. Było małe i błyszczało jak moneta.

– To jeden z dwóch kluczy do sypialni. Drugi ma Jothan, ale jeśli to dla ciebie problem, spróbuję przekonać kuzyna, by gdzieś go tu zostawił.

– Dlaczego mi pomagacie? – spytała trochę nieprzytomnie i położyła na łóżku suknie.

Gareth westchnął, oparłszy się o framugę, jego lewa dłoń spoczywała na klamce.

– Nie wiem, czy wyłapałaś to z naszej sprzeczki, czy nie, ale mnie też ktoś kiedyś pomógł, zupełnie bezinteresownie. I ponieważ nie jestem w stanie spłacić tego długu, bo wujo zmarł, pomyślałem, że… – Zaśmiał się ponuro i przeczesał palcami jasne włosy. – Ależ to głupie.

– Wcale nie – zaprzeczyła szczerze Mythlen, na co mężczyzna posłał jej ciepły, pełen zrozumienia uśmiech.

Potem wyszedł i domknął za sobą szczelnie drzwi.

A Mythlen?ROZDZIAŁ III

Zbudziła się z krzykiem, który spowodował, że ktoś zaczął się dobijać do jej komnaty.

Nie – nie do komnaty.

Przecież wczoraj uciekła ze swojej rezydencji.

Spróbowała uspokoić oddech i przyzwyczaić się do otoczenia, które wydawało jej się zarówno znajome, jak i obce. Jak właściwie tu trafiła? Czemu uciekła?

Uniosła dłoń z obawą, że ujrzy na niej obrączkę, ale na jej palcach nie było ani jednego pierścienia, nawet tego zaręczynowego, który zostawiła na toaletce tuż przed opuszczeniem zamku. Przyłożyła więc rękę do czoła, by odgonić koszmary, w których to jej narzeczony dopadał ją, jeszcze nim przekroczyła bramy ogrodów.

– Mythlen! – wrzasnął ktoś za drzwiami i walił w zbite deski, jakby chciał się przez nie przebić. – Gareth, gdzie jest ten klucz?

– Ty go masz – odparł Gareth, a dziewczyna usłyszała, że się szybko zbliżał.

Gdy początkowy szok minął i Mythlen przypomniała sobie, gdzie była, zawołała:

– Nic mi nie jest! – Gardło nie chciało współpracować, bolało, jakby połknęła puginał.

– To po jaką cholerę się drzesz! – Głos Jothana był nieustępliwy i zmusił ją do tego, by wywlokła się z łóżka i włożyła brudne od ziemi pantofle.

W tym krótkim czasie Gareth zdążył zrugać kuzyna.

Mythlen przekręciła po cichu klucz i otworzyła gwałtownie drzwi, czym spowodowała, że Jothan, opierający się o nie, stracił równowagę i wpadł do swojej sypialni.

– Przyśnił mi się koszmar – wyznała, podparta pod boki.

Wczorajszego wieczora nie miała siły, by się przebrać, więc zaprezentowała się im wciąż w swoim ślubnym gorsecie i halce, ale chciała sprawiać wrażenie pewnej siebie. Jothan zmrużył złote oczy i potarł dwudniowy zarost.

– Ach, oczywiście – stwierdził i uniósł palec wskazujący. – Nikt przecież panience nie poczytał na dobranoc.

Pokręciła ze zrezygnowaniem głową.

– Nie rozumiem, dlaczego jesteś dla mnie taki nieuprzejmy.

Jothan zacisnął szczęki. Widziała to po grze mięśni pod skórą na jego szyi.

– Bo szlachta sprawia same problemy – odrzekł już spokojniej, acz z wyczuwalną goryczą.

Mythlen przygryzała wargę, przypatrując się mu, gdy się od niej oddalał. Raczej nie chciała wiedzieć, czemu miał takie zdanie o jej klasie społecznej. Choć nie ukrywała, że ją to zaciekawiło.

Sięgnęła prawą ręką do klamki.

– Przebiorę się – oznajmiła, ale nie zdążyła zamknąć pokoju, bo Gareth zatrzymał drzwi butem.

– Może się pani najpierw wykąpać, jeśli by chciała. Rano byłem po wodę.

Mythlen przetarła oczy.

– Rano?

– Tak, rano – odpowiedział z uśmiechem błądzącym po twarzy. – Mamy południe.

Na tę wiadomość uniosła wysoko brwi.

– No, cóż – szepnęła i wycofała się po leżące na krześle suknie. – Wobec tego chętnie skorzystam.

Schylona po ubrania, usłyszała, że Gareth wychodzi. Gdy się wyprostowała, by rozłożyć przed sobą pierwszą z dwóch sukni, poczuła nagłe ukłucie w skroni, które wkrótce rozeszło się po czaszce. Niewątpliwie wczorajszą ucieczkę musiała przypłacić bólem głowy. Nabrała głęboko powietrza, z nadzieją, że zniweluje to nieco jej dolegliwość, ale nic się nie zmieniło, więc skupiła się na trzymanych przed sobą toaletach.

Pierwsza mieniła się szarością, może nieco błękitem – w tym mroku ciężko było cokolwiek stwierdzić, toteż Mythlen zbliżyła się do okna i jednym ruchem rozsunęła grube zasłony. Kurz osiadły na nich wzbił się w powietrze i zawirował w łunach słonecznego światła, wpadającego do pokoju. Jasność oślepiła ją nieco, więc przymrużyła powieki i odwróciła się od szyby. Rozejrzała się po sypialni Jothana i dopiero teraz dostrzegła, jak minimalistycznie ją urządzono. Mimo to sprzęty, które w niej stały, zrobiono z drewna najwyższej jakości, a rzeźbienia na łóżku i szafie były niezwykle eleganckie. Gdyby surowe, drewniane umeblowanie nie wyszło z mody kilka lat temu, jej rezydencja zapewne szczyciłaby się podobnymi.

Pośrodku sklepienia wisiał żyrandol – niezbyt zdobny, acz ładny w swej prostocie, jednak świece na nim umocowane wyglądały na prawie wcale niewytopione, co oznaczało, że Jothan nieczęsto je rozpalał. O tym, że krótko przebywał w swoim pokoju, mógł też świadczyć fakt, iż biurko stało niemal puste, a na półkach nie leżały żadne drobiazgi. Czymże więc się trudnił? Co robił tak długo poza domem? Ona, jeśli nie spędzała czasu w ogrodzie, siedziała właśnie w prywatnej komnacie, studiując księgi. Wychodziła jedynie na bale i bankiety, które zdarzały się wcale nierzadko. Nikt też nigdy nie zabraniał jej opuszczania murów rezydencji – była to jej świadoma decyzja.

Nie zajrzała do szafy Jothana ani szuflad pod jego biurkiem, gdyż sama ceniła sobie prywatność. I nim wybrała suknię, odwróciła się raz jeszcze, tym razem po to, by sprawdzić, jaki widok rozciągał się z tego okna.

A był on doprawdy przepiękny, czego wcale się nie spodziewała. W jej wizji zarówno chata, jak i jej otoczenie należały do tych brzydkich i mrocznych, a drzewa, rosnące niezbyt gęsto, nie tworzyły odpowiedniego klimatu. Myliła się jednak i teraz, ujrzawszy połacie zielonej trawy oświetlanej przebijającymi się przez liście promieniami słonecznymi, musiała to przed sobą przyznać.

Między pniami wiła się ścieżka, a tu i ówdzie z ziemi wyrastały niewielkie kwiaty, których gatunku nie potrafiła z tej odległości określić. Niemniej całość tworzyła naprawdę tajemniczą i piękną atmosferę. Ubodło to Mythlen. W tej dzikości nie było nic, co mogłoby przypomnieć jej o rezydencji, narzeczonym i życiu, którego sama się wyrzekła. Poprzez to jednak, iż tutejsze otoczenie tak skrajnie kontrastowało z tym jej dobrze znanym, w głowie dziewczyny zakwitły porównujące myśli. Myśli, które znów przywiodły wizję tych dobrych czasów, zastąpionych okresem burzy i niepogody.

Myśli o tym, który zmusił ją do ślubu.

Potrząsnęła głową, by je odgonić, i skupiła się na sukniach.

Ta, której kolor wcześniej określiła jako odcienie błękitu, okazała się mieć raczej wyblakłą, chabrową barwę. Koronki do niej doszyte połyskiwały złocistą mieszanką żółtawej miedzi i tworzyły jakby naszyjnik wkoło dosyć głębokiego, ostro zakończonego dekoltu. Suknia, mimo że z pewnością zbyt obszerna jak na szczupłą sylwetkę dziewczyny, miała z tyłu dużo wiązań, które na pewno pomogłoby jej w dopasowaniu kreacji do swojego ciała. Mimo tego, że spodobała jej się ta toaleta, przewiesiła ją przez oparcie krzesła i przyjrzała się drugiej, beżowej. Delikatnie bufiaste rękawy były znacznie krótsze – idealne na późną wiosnę, a czerwonawe zdobienia u pasa nadawały jej łagodnego wyglądu. Wybrała ją i ruszyła do przechodniego salonu, zasłaniała się przy tym jasnym materiałem. Przed wyjściem złożyła jeszcze koce, na których spała, i ułożyła je na krześle.

Spodziewała się spotkać tutaj mężczyzn, jednak żadnego nie dostrzegła w zasięgu wzroku.

Nie wiedziała, które z pozostałych czterech par drzwi prowadziły do łazienki, więc najpierw przeszła koło każdych po kolei i nasłuchiwała odgłosów mogących świadczyć o obecności Garetha lub Jothana. Czuła się przy tym jak pałacowy szpieg.

Nic jednak nie usłyszała, zatrzymała się więc przy drzwiach, za którymi zniknął wczoraj Jothan, i zapukała, a gdy nikt nie odpowiedział, otworzyła je ostrożnie. Uśmiechnęła się, bowiem faktycznie skrywały pokój łaziebny. W rogu znajdowała się spora balia, obok której zostały ustawione niezbyt eleganckie, ale za to pojemne dzbany z wodą.

Mythlen przekręciła klucz, który tkwił w zamku, i powiesiła suknię na haczyku. Następnie zzuła buty, które przemyła dokładnie nad kratką odprowadzającą wodę. Nie odzyskały oczywiście poprzedniej bieli, ale lepsze to niż nic. Gdy podwinęła halkę i zobaczyła swoje pończochy brudne od krwi, która wypłynęła z małych zadrapań na jej łydkach, i pokryte błotem, a przy tym porwane, stwierdziła, że nie będzie ich w całości prać, tylko przytnie na wysokość kostki i zaszyje, by się nie popruły.

Halka nie była w złym stanie, ale w łazience nie zgromadzono tyle wody, by jeszcze i ją wyczyścić, więc Mythlen zawiesiła ją obok sukni i zajęła się rozsznurowywaniem gorsetu. Zdjąwszy bieliznę, usiadła w balii i oblała się lodowatą cieczą. Jej ciało przeszył dreszcz, a zęby aż zadzwoniły.

Gdy balia w ten sposób się napełniła, dziewczyna zanurzyła się w niej i zabrała do czyszczenia twarzy i czarnych włosów. Tarła je mocno, żałując, że nie wzięła z zamku chociażby mydła. Żywiła jednak nadzieję, że uda jej się namówić któregoś z mężczyzn, by kupił dla niej jakieś, choćby najtańsze, za pieniądze z biżuterii.

Całą skórę szorowała szmatką dopóty, dopóki nie stwierdziła, że jest całkiem czysta. Nie przejmowała się licznymi zadrapaniami, przekonana, że niebawem się zagoją, mimo iż w zetknięciu z szorstkim materiałem nieco szczypały.

W końcu wyszła, przeciągnęła balię nad kratkę, a następnie ją przechyliła. Nie było to proste zadanie, ale udało jej się mimo doskwierających zakwasów. Potem przepchnęła drewnianą wannę z powrotem na miejsce, co na pusto było już znacznie prostsze.

Dopiero wtedy zrozumiała, że nie ma pojęcia, czym mogłaby się wytrzeć, więc przykucnęła przy balii z postanowieniem, że poczeka kilka minut. Poświęciła je na rozczesywanie palcami długich włosów. Ten moment wykorzystały powracające wspomnienia.

Jej narzeczony, diuk Haeton Mirovi, nie opuścił jej, mimo iż ona opuściła jego. Gdy tylko mocniej się na tym skupiała, potrafiła przywołać w wyobraźni obraz mężczyzny. Jego przystojną twarz i zimne oczy. Łagodny głos i ręce, które potrafiły tylko krzywdzić. Widząc, jak obchodzi się ze swoimi chłopami pańszczyźnianymi, nie mogła zdzierżyć myśli, że jej właśni podwładni mogliby skończyć pod jego rządami. A gdy niedawno stała się świadkiem napaści diuka na swoją nową służącą, od tej pory nie potrafiła się nie skrzywić na jego widok. Do narzeczeństwa zmusił ją wypominaniem, że sama nie zdołała utrzymać swoich ziem, mimo iż planowała niebawem przepisać część na swoje wujostwo. On jednak roztaczał przed nią wizję bogactwa, które czeka ją u jego boku, i jednocześnie tłumaczył, że jeśli za niego nie wyjdzie, skończy w biedzie. Cóż, wybrała biedę i hańbę. Po śmierci rodziców i tak nie potrafiła uczestniczyć w tych wszystkich kwestach, piknikach i przyjęciach. Nie miała na to ochoty, a widok bogato zdobionych salonów przyprawiał ją o skrajną melancholię i tęsknotę za matką.

Nie, kobieta nie była najlepszą rodzicielką, jaką Mythlen mogłaby sobie wymarzyć, ale dziewczyna nawet przez chwilę nie poczuła ulgi z powodu jej śmierci.

Otrząsnęła się z rozmyślań, podniosła i naciągnęła na siebie swoją bieliznę. Wstążki z pończoch odczepiła i związała nimi mokre włosy. Zasznurowanie gorsetu sprawiło jej nieco problemu, ale nie miała nikogo, kto mógłby jej w tym pomóc. Następnie, szeleszcząc materiałem, wciągała suknię przez głowę, uradowana jej aksamitnym dotykiem.

Włożyła buty, choć bez pończoch okazały się okropnie niewygodne, a przetarcia na kostkach bolały. Nie była w stanie ujść kilku kroków bez krzywienia się, więc ściągnęła pantofle i postanowiła, że poprosi swoich gospodarzy o nóż, igłę i nić. Musieli trzymać takie przybory w domu, co do tego nie miała wątpliwości.

Nacisnęła więc na klamkę, lecz drzwi ani drgnęły.

Ponowiła próbę, ale znów nic się nie zmieniło.

Nim jednak serce zdążyło jej podejść do gardła, uświadomiła sobie, że sama zamknęła je na klucz.

Skarciła się w myślach za głupotę i wyszła do salonu. Obejrzała się jeszcze przez ramię, by się upewnić, że zostawiła po sobie w łazience porządek.

Nie powinna jednak iść, nie patrząc przed siebie, bowiem przez to tylko na kogoś wpadła. Nie musiała nawet spoglądać w górę, by zrozumieć, że to w pierś Jothana uderzyła, gdyż do jej nozdrzy od razu doleciał zapach lasu, który aż nazbyt do niego pasował.

– A pomyśleć, że Gareth mówił, że nawet się nie miniemy w drzwiach – powiedziała, gdy próbowała go obejść.

– Gareth dużo gada i mało robi, musisz się do tego przyzwyczaić.

Uśmiechnęła się pod nosem i obróciła na pięcie, by popatrzeć mężczyźnie w twarz. O dziwo, nie widniała na niej ta sama zgryzota co wcześniej. Jothan wyglądał przyjaźniej, gdy nie mrużył złotych oczu.

– Potraktuję to jako zapewnienie, że przechowacie mnie tu jeszcze przez jakiś czas.

Uniosła z satysfakcją brodę, a Jothan, ku jej szczeremu zdziwieniu, uśmiechnął się nieporadnie. Jego wzrok przesunął się wzdłuż jej sylwetki dwukrotnie, jednak powstrzymała malujący się na policzkach rumieniec. Mężczyzna otworzył usta, by coś powiedzieć, ale ostatecznie pokręcił głową i się odwrócił.

– Poczekaj! – zawołała, na co przystanął w połowie kroku. – Macie może jakiś nóż albo… albo nożyce? I igłę z nicią?

W duchu szykowała się już na sarkastyczny komentarz, ale Jothan po prostu polecił jej, by zaczekała, a sam zniknął w drzwiach sąsiadujących z tymi prowadzącymi do łazienki. Wkrótce wrócił z niewielkim koszykiem, ewidentnie należącym niegdyś do jakiejś kobiety. Może tej samej, której suknię miała na sobie.

– Tylko się nie pokłuj – ostrzegł z ironicznym błyskiem.

Oczywiście, czegóż innego mogłaby się spodziewać?

Odebrała od niego koszyk i bez słowa ruszyła w stronę krzeseł stojących przy stole. Na jednym z nich położyła pończochę i przybory, a na drugim usiadła, po czym ucięła materiał najwyżej, jak mogła. Następnie zeszyła go zręcznie jasną nicią i wymierzyła odpowiednią długość na drugiej tkaninie. Całość zabrała jej niecały kwadrans. Gdy naciągnęła pończochy na nogi, stwierdziła ze smutkiem, że nie trzymają się tak dobrze jak wtedy, gdy mogła wiązać je na udach wstążkami, ale przynajmniej nie bolały ją stopy, kiedy wsunęła je w buty. Wyciągnęła przed siebie łydkę, podciągnąwszy nieco spódnicę, by ocenić, jak to wygląda.

– Upuściłaś igłę.

Mythlen aż podskoczyła na dźwięk głosu Jothana. Była przekonana, że wyszedł.

Odgarnęła kosmyki wpadające do oczu i spojrzała na niego. Mężczyzna zbliżał się do niej z poważną miną. Gdy kucnął obok jej nogi, przez moment nie potrafiła stwierdzić, w jakim celu to zrobił, więc przesunęła się na krześle.

Prychnął i sięgnął po coś znajdującego się obok stopy dziewczyny.

– Proszę. – Podawał jej igłę, trzymając ją w dużej, opalonej dłoni, w której ten mały metal niemal niknął.

Odebrała ją od niego szybko i wbiła w szpulę. Czuła się nieswojo, gdy Jothan znajdował się tak blisko niej, z brodą na poziomie jej ramion.

Zerknęła na niego kątem oka i przyłapała go na wpatrywaniu się w nią z przekrzywioną głową. Pomyślała, że to również do niego pasuje, bowiem wyglądał teraz jak wilk z ciekawością obserwujący otoczenie.

Linia jego ust zdawała się tylko trochę zakrzywiona pod prostym nosem. Brwi miał gęste, zupełnie jak ona, a szczękę, szeroką i już ogoloną, przecinały trzy blisko osadzone, niewielkie blizny. Czy to możliwe, by były śladami po pazurach?

Jothan chyba zauważył, że właśnie w nich utkwiła spojrzenie ciemnych oczu, bowiem się wyprostował, przez co brązowe loki przykryły tę dawną ranę.

Dziewczyna się speszyła i wstała, ale on nadal klęczał, przez co odgradzał jej drogę. Dopiero po chwili się podniósł i spojrzał na nią z góry, jakby oceniał całe dotychczasowe zachowanie Mythlen.

Któreś z nich na pewno by coś wtedy powiedziało, ale przez frontowe drzwi wpadł zaaferowany Gareth, z rozmierzwionymi włosami.

Obydwoje odsunęli się od siebie i popatrzyli na niego. Jothan już sekundę później wyglądał na równie rozjuszonego, jak Gareth. Odniosła wtedy wrażenie, że kuzyni w jakiś niewyjaśniony sposób porozumiewali się bez słów, bowiem w tym samym momencie przenieśli na nią spojrzenia.

Nim zdążyła spytać, co się stało, Gareth dopadł do niej i złapawszy ją za łokieć, wycharczał:

– Oni zaraz tu będą.

Świat wywrócił się do góry nogami. Przez chwilę wydawało jej się, że spada w stronę sufitu, który nieprzerwanie wirował, więc chwyciła ramię Garetha i gorączkowo myślała, co mogą zrobić, nim ci oni się tu zjawią.

Oni.

Łowcy Haetona.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: