Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Stań się wilkiem i przetrwaj w betonowym lesie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lutego 2026
35,00
3500 pkt
punktów Virtualo

Stań się wilkiem i przetrwaj w betonowym lesie - ebook

Rok 2030 Supernowa z sąsiedniego układu słonecznego niszczy Ziemię. Ci, którzy przetrwali, nie są już tacy sami — ich geny uległy mutacji, a świat, który znali, przestał istnieć. W nowej rzeczywistości ludzkość dzieli się na ocalałych — Survivalistów i zmiennokształtne istoty, które wyewoluowały z promieniowania. Między nimi narasta konflikt, podsycany przez Tajną Organizację Łowców Wilkołaków. W tym chaosie pojawia się ona — młoda kobieta, której przeznaczeniem jest odbudowa świata i zjednoczenie zwaśnionych ras. Ale czy jedna osoba może przywrócić pokój tam, gdzie rządzi nienawiść?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397948822
Rozmiar pliku: 7,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Drogi Czytelniku.

Pomysł na tę książkę powstał ponad dziesięć lat temu, kiedy to uczęszczałam jeszcze do gimnazjum. Wiele razy była pisana od nowa, poprawiana, zmieniana, aż w końcu finalna wersja, którą czytasz, ujrzała światło dzienne rok temu. Jest to moja pierwsza powieść, która dojrzewała wraz ze mną na każdym etapie mojego dotychczasowego życia.

Nie jest idealna ani pozbawiona błędów, ale jest moja, prosto z serca. Mała ja jest ze mnie dumna, że w końcu udało mi się ją wydać. Jestem ogromnie wdzięczna, że właśnie ją czytasz.

Miłej lektury

– AnnaProlog

Milion lat temu, w sąsiednim układzie słonecznym wybuchła Supernova i zniszczyła pobliskie planety. Siła wybuchu odrzuciła odłamki planet w kosmos. Kiedy już dotarły do naszego układu słonecznego, astrolodzy przewidzieli, że szczątki uderzą w Ziemię. Jednak rząd nie mógł nic z tym zrobić i tylko ogłosił to światu. Ludzie w to nie wierzyli. Dla nich nie istniał koniec świata w roku 2030, ale znaleźli się ci, którzy w schronach podziemnych zgromadzili dużą liczbę pożywienia i środków potrzebnych do przeżycia, byli to tak zwani Survivaliści. W dniu apokalipsy rozpoczyna się historia naszej głównej bohaterki. Nieliczne osoby, które miały wystarczająco silne organizmy przetrwały, jednak ich geny w wyniku promieniowania kosmicznego przekształciły się i połączyły z innymi. Nasza bohaterka właśnie do tych ludzi należała. Po katastrofie musiała stawić czoło nowemu światu. Jej jedynym celem było odnalezienie siostry i przyjaciela. Wszystko, co znała, drastycznie się zmieniło. Po długim czasie promieniowanie zmniejszyło się. Ludzie postanowili wyjść na powierzchnię. To, co zobaczyli, zmusiło ich do odbudowania świata. Niestety, nie działał rząd i bardzo szybko doszło do podziału ludności na grupy. W czasie ich nieobecności na Ziemi kształtowała się nowa cywilizacja zmiennokształtnych istot, ludzi, którzy przeżyli promieniowanie. Stosunki między nimi a Survivalistami były podzielone. Większość ludzi nie tolerowała wilków, ponieważ uważali je za demony, które nie mają prawa istnieć. Bardzo często dochodziło do potyczek, które prowadziła Tajna Organizacja Łowców Wilkołaków. Nienawiść między dwiema rasami urosła tak bardzo, że rozeszły się po świecie, aby nie mieć ze sobą nic wspólnego. Bardzo rzadko człowiek spotykał wilka, a jeśli tak się działo, zawsze kończyło się walką na śmierć i życie. Po długim okresie nienawiści jedna z watah postanowiła zakończyć tę walkę pokojowo. Na szczęście trafili na grupę społeczności, która nie popierała walk. Bardzo szybko doszło do sojuszu, jednak wroga organizacja postanowiła wprowadzić rewolucję. Los chciał, aby się udała. Zmiennokształtni ponieśli bardzo duże straty, a przymierze upadło. Tajna Organizacja Łowców Wilkołaków wprowadziła swoje rządy, a jej przywódca ogłosił się jedynym imperatorem nowego świata. Poglądy na temat wilków znowu się pogorszyły. Po klęsce dalej chcą przywrócić dawne zjednoczenie obu ras, a bohaterka jeszcze nie wie, że będzie miała znaczącą rolę w tym konflikcie i tylko ona będzie mogła doprowadzić do pokoju i odbudowania świata. To stanie się jej nowym celem.Rozdział 1

Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość

Sobota, 15 lipca 2040 r.

Drogi pamiętniku.

Kiedy miałam zaledwie szesnaście lat, jedno wydarzenie odwróciło mój świat do góry nogami. Było tak przejmujące, że postanowiłam opisać je tutaj dla tych, którzy kiedyś zechcą zrozumieć, jak to wszystko się zaczęło i jak wyglądał kiedyś nasz świat. Teraz chcę ci to wszystko opowiedzieć, ale zacznijmy od początku.

Moja przygoda zaczęła się w roku 2030. Był to cichy i piękny, słoneczny dzień. Siedziałam na parapecie w swoim pokoju, z słuchawkami na uszach, zanurzając się w muzyce. Za oknem widziałam moją młodszą siostrę, Alice, bawiącą się w ogrodzie z przygarniętym kotkiem, którego nazwała Kuro. Rodzice byli na zakupach i prawdopodobnie nie mieli wrócić zbyt szybko. Właśnie wtedy przez furtkę wszedł mój najlepszy przyjaciel – Zero. Uśmiechnęłam się na jego widok.

I wtedy wszystko się zaczęło.

Ziemia zadrżała. Najpierw delikatnie, potem coraz mocniej, jakby cały świat gwałtownie się ocknął. Zamarłam zdezorientowana, nie rozumiejąc, co się dzieje. Zerwałam się natychmiast i wybiegłam z domu na zewnątrz po Alice. Działałam instynktownie, chcąc ją chronić.

Wtedy zobaczyłam „to”. Po niebie sunęła gigantyczna asteroida, rozświetlając pomarańczową łuną niebo, zupełnie jakby zaczął palić się świat. Trzymałam Alice w ramionach, sparaliżowana. Zero coś do mnie krzyczał, widziałam jego poruszające się usta, ale nie docierał do mnie żaden dźwięk.

Zapanował chaos. Potem nastała ciemność. Chłód. Absolutna cisza.

A więc… Umarłam?

Jak widać, nie umarłam. Obudziłam się, ledwo żywa, w miejscu zupełnie innym niż to, w którym straciłam przytomność. Nie rozpoznawałam okolicy, w której się obudziłam. Krajobraz był kompletnie zniszczony, jakby po dawnym świecie został tylko pył i gruz. Wśród ruin dostrzegłam jedynie zarys sylwetki… kogoś, a może raczej czegoś. Istota oddalała się, niosąc na grzbiecie jakąś dziewczynę. Była ogromna, pokryta gęstym futrem i poruszała się na czterech masywnych łapach. Zwierzę? Potwór? Nie miałam pojęcia, kim mogli być.

Moje myśli od razu pobiegły ku Alice i Zero. Ta istota miała jego głos. Tak bardzo chciałam wierzyć, że to naprawdę oni, że mogli przeżyć katastrofę. Z jakiegoś jednak nieznanego mi powodu, opuścili mnie. Od tamtej chwili zostałam sama.

Od apokalipsy minęło wiele czasu. Nie wiem, jak długo byłam nieprzytomna, ale gdy odzyskałam pełną świadomość, zaczęłam liczyć dni. Mijało właśnie około pięciu lat od tamtego zdarzenia. Jednak czas jakby zupełnie się dla mnie zatrzymał. Dlaczego? Przestałam się starzeć i wciąż wyglądałam jakbym miała te szesnaście lat. Nie okazywałam żadnych oznak starzenia, apokalipsa „zamroziła” mnie u progu dorosłości już na zawsze. Byłam nieśmiertelna, choć to nie wszystko, co się zmieniło.

W wyniku całego tego chaosu obudziło się we mnie coś jeszcze, coś, co nie powinno nigdy się wydarzyć. Co takiego? Zyskałam zdolność przemiany w… wilka. Brzmi jak fantazja, prawda? Sama bym w to nie uwierzyła, gdybym pewnego dnia… nie zmieniła się przypadkiem.

W tej formie moje ciało było pokryte futrem czarnym jak noc. Posiadałam również ogromne orle skrzydła o tej samej barwie. Miałam około półtora metra w kłębie, muskularne ciało, byłam szybka i wytrzymała. Odkrywałam w sobie zdolności, o jakich nawet mi się nie śniło. Coś, co istniało dla mnie do tej pory jedynie w książkach fantasy.

Tak wyglądały początki mojego nowego życia. Życia, którego nigdy nie planowałam i którego nigdy nie chciałam.

Z jednej strony, nowy świat był niezwykły. Wszystkie książki o postapokaliptycznych uniwersach, które tak lubiłam czytać, teraz miały odzwierciedlenie w rzeczywistości. Ciekawie było doświadczyć tego na własnej skórze, w końcu ja sama stałam się czymś, co nie powinno normalnie istnieć.

Jednak, z drugiej strony, czułam się niezwykle samotna. Przez wszystkie te lata podróżowania, owszem, spotykałam na swojej drodze inne istoty takie jak ja, samotne wilki, małe grupy, pewnie rodziny, którym udało się przetrwać, ale było to chwilowe, po takim spotkaniu znowu ruszałam dalej. Jednak znacznie częściej na mojej drodze pojawiali się ludzie, którzy raczej nie pałali sympatią do stworzeń takich jak ja. Wiele razy ledwie uszłam z życiem. Każda taka konfrontacja tylko pogłębiała we mnie przekonanie, że w tym świecie nie ma już miejsca, do którego naprawdę przynależę.

Kolejną przykrą rzeczą była świadomość, że nie ma przy mnie Zero i mojej młodszej siostry, Alice. Tak bardzo mi ich brakowało. Byli moją jedyną rodziną, wręcz taką kotwicą, która trzymała mnie przy życiu. Nie miałam pojęcia, gdzie są, ani dlaczego mnie zostawili. Mimo to wciąż wierzyłam, że gdzieś tam są, w tym zniszczonym świecie i próbujemy się odnaleźć. Postawiłam sobie za cel odnalezienie ich, ale – nie oszukując się – marnie mi idzie.

Tymczasem wciąż idę, niezliczoną ilość czasu, bez przerwy, przez spalone lasy, wyschnięte równiny, wąwozy zrujnowanych miast. Nie jadłam i nie piłam od kilku dobrych tygodni. Woda pozostawiała naprawdę wiele do życzenia. Znalezienie nieskażonej wody graniczy z cudem. Większość źródeł, czy pozostałości po dawnych jeziorach i rzekach, była skażona i śmierdziała truchłem.

Zauważyłam jednak coś istotnego. Mój organizm, podobnie jak pewnie innych wilków, zdawał się być odporny na wszelkiego rodzaju toksyny. Wypicie skażonej wody kończyło się zaledwie jednodniowym osłabieniem, a następnego dnia nie było po niczym śladu. Mimo to obrzydzenie, jakie wywołuje we mnie ta brudna, śmierdząca ciecz sprawia, że staram się szukać innych rozwiązań, a z takich źródeł korzystam tylko w ostateczności.

To samo dotyczy pożywienia. Zwierzęta, które przetrwały apokalipsę, pod wpływem promieniowania radioaktywnego zmutowały i w niczym nie przypominały dawnych zwierząt. Przez to nie raz trzeba się długo zastanawiać, na co właściwie zamierza się zapolować, by później zjeść. Niedawno widziałam mysz z dwiema głowami i trojgiem oczu. Do dziś mam dreszcze, kiedy o tym myślę. Za wszelką cenę staram się wyrzucić ten obraz z pamięci.

W pewnym momencie mojej wędrówki samotność zaczęła ustępować. Stało się tak za sprawą istoty, której nigdy bym się nie spodziewała – lodowej smoczycy imieniem Astarte. Nasze pierwsze spotkanie było niezwykle niebezpieczne. Astarte zamierzała mnie zabić. Jednak samotność potrafi zdziałać dziwne rzeczy. Jakimś sposobem znalazłyśmy wspólny język, a ona zdecydowała się zostać u mego boku.

Nigdy wcześniej nie spotkałam innego mówiącego stworzenia obdarzonego mocami. Wszystkie zwierzęta, jakie mijałam na swojej drodze, były „zwykłe”, o ile w ogóle można użyć tego słowa w tym świecie. Astarte była więc jedyna.

Z charakteru byłyśmy do siebie zdumiewająco podobne i bardzo szybko znalazłyśmy wspólny język. Obie byłyśmy dość nieznośne w stosunku do siebie nawzajem, opryskliwe, czasem wręcz sarkastyczne i chamskie. A jednak w głębi duszy pełne współczucia, lojalne wobec siebie i posiadające wielką chęć bliskości i opieki nad kimś. Dlatego, mimo że czasem trudno było z nią wytrzymać, uwielbiała robić sobie ze mnie żarty i rzucać docinkami w moją stronę, nigdy, nawet przez moment, nie przeszło mi przez myśl, żeby znowu podróżować samotnie. Tym bardziej, że kiedy chciała, umiała pocieszyć i doradzić tak, że wiedziałam, iż jej na mnie zależy. Mimo naszych wad, jej towarzystwo sprawiło, że czas przestał się dłużyć, a życie nie było już tak nudne i monotonne.

Astarte z wielkim upodobaniem nazywała mnie „Księżniczką Ciemności”. Uważała, że niezwykle to do mnie pasuje, ponieważ jestem taka mroczna, tajemnicza i sarkastyczna, mało mówię i mam wiecznie obrażoną minę. Bawiło ją to niezmiernie i sprawiało przyjemność w mówieniu tak do mnie, zwłaszcza że ja szczerze nienawidziłam tego przezwiska.

Moje rozmyślania przerwało nagłe szturchnięcie zimnego łba. Siedziałam wtedy w wilczej postaci, oparta o potężne, lodowe ciało smoczycy.

– Zobacz, tam w oddali widnieje zarys opustoszałego, zrujnowanego miasta – powiedziała Astarte, wskazując skrzydłem w tamtą stronę. Wskoczyłam na jej grzbiet, by mieć lepszy widok. Miała rację, faktycznie coś tam było.

– Idziemy tam czy omijamy to miejsce? – zapytała. Już tak dawno nie widziałam ludzkiego miasta, więc chodźmy tam. Może uda się znaleźć coś do jedzenia albo chociaż miejsce do spania – zarządziłam.

– Tak jest – Smoczyca wzbiła się w powietrze i trzymając się nieco z przodu powoli odleciała.

Po około pół godzinie wolnego lotu dotarłyśmy na obrzeża miasta.

– Wejść do miasta czy przemieszczać się po budynkach? – zapytałam sama siebie. – Wejdę, co mi szkodzi – odpowiedziałam sobie.

Razem z Astarte wkroczyłyśmy do miasta. To miejsce było naprawdę zrujnowane – mnóstwo rozbitych aut i przewróconych billboardów, które skutecznie tarasowały przejście i przedzieranie się przez nie było frustrujące. Betonowe wydmuszki budynków zdążyły już obrosnąć zgniłozieloną, trującą roślinnością. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że nie ma tu nikogo. Cisza i spokój. Niedługo po tym przekonałam się, że jest inaczej. Zewsząd dochodziło warczenie. Rozglądałam się nerwowo, a z budynków i wraków aut zaczęły wychodzić wilki. Dziwne, kompletnie ich nie wyczułam.

– Czego tu szukasz? To nie miejsce dla kogoś takiego jak ty – usłyszałam męski głos.

Przede mną wyrósł nagle potężny wilk, wspiął się na zniszczoną, małą ciężarówkę i spoglądał na mnie z góry. Był jeszcze większy ode mnie i lepiej zbudowany. Budził mój podziw, nigdy wcześniej nie spotkałam takiego osobnika. Jego sierść była ciemnogranatowa z niebieskim połyskiem. Skrzydła również były tego koloru i większe od moich, a oczy miał turkusowe. Zaraz! Skrzydła?! Nigdy wcześniej nie widziałam drugiego wilka ze skrzydłami. Myślałam że tylko ja taka jestem. Ciekawe jak wygląda w formie ludzkiej – pomyślałam.

– Chciałam tu tylko przenocować i znaleźć coś do jedzenia – odpowiedziałam spokojnie, wręcz lekceważąco.

– Nie znajdziesz tu tego. Wynoś się z mojego miasta! – warknął i przyjął pozycję do ataku.

Sierść na jego karku niebezpiecznie się najeżyła. Inni, prawdopodobnie z jego watahy, poszli za jego śladem. I tak oto otoczyło mnie kilkanaście nieźle wkurzonych wilków. Astarte, która przycupnęła na dachu jednego z budynków koło nas, ryknęła ostrzegawczo w przestrzeń, by dać znać o swojej obecności i że w razie czego będą mieć również z nią do czynienia.

– Daichi, daj spokój. Zobacz, że ta dziewczyna potrzebuje naszej pomocy. Jest słaba i nam nie zagraża. Lepiej podzieliłbyś się z nią zapasami, a nie wyrzucał, przecież nic nie zrobiła – powiedziała opiekuńczo sowa.

Zaraz, sowa?! Niby nie powinno mnie to zdziwić, kiedy posiadam smoka, a jednak. Sowa, która wzięła się znikąd, zawirowała w powietrzu mieniąc się złotymi barwami, podleciała i usiadła mi na łbie.

– Akane, przypominam ci, że ja tu rządzę. I... – nie mógł skończyć, bo ptak perfidnie mu przerwał.

– Przestań się wymądrzać! Co z ciebie za przywódca?! Jak tak dalej będziesz robić, to za niedługo twoje rządy zostaną obalone – podniosła głowę widocznie wyprowadzona z równowagi.

– No dobrze już, uspokój się. Zgoda, ale jak coś się stanie, to będzie twoja wina – spokorniał i westchnął cicho, po czym podszedł do mnie. – Więc jak się nazywasz? – spytał spokojniej.

– Key – odpowiedziałam szybko.

– W takim razie witaj w naszej watasze, Key – uśmiechnął się nikle i po prostu zniknął.

Reszta również zaczęła odchodzić. Spojrzałam na Astarte, a ona na mnie. I co teraz? Cieszyć się czy nie? – zapytałam w myślach. Skorzystajmy z tej okazji, skoro mamy taką możliwość – odpowiedziała moja smocza przyjaciółka. Wzruszyłam ramionami i zmieniłam się w człowieka, a Astarte zmieniła się w małego smoka i usiadła mi na ramieniu. A, zapomniałam wspomnieć o jednej istotnej rzeczy. Astarte posiada dwie formy, potrafi być wielkości przedramienia, a zarazem kilkumetrowego budynku. To tylko jedna z jej wielu niezwykłych cech.

– Chodźcie, pokażę wam, gdzie będziecie spać – powiedziała Akane i zaczęła powoli lecieć.

Poszłam za nią. Dotarłyśmy do jednej z mniej rozwalonych kamienic. Weszłyśmy do środka. Było to jedno wielkie gruzowisko, ale w kącie przy czymś, co przypominało ladę, leżał materac.

– Od dzisiaj tutaj mieszkacie. Wystarczy trochę posprzątać i będzie tu sporo miejsca – oznajmił ptak, siadając na jednej z belek pod sufitem.

– Dziękuję – uśmiechnęłam się do niej. – A tak właściwie, to czemu nam pomagasz?

– Życie nauczyło mnie, że warto. W niedalekiej przyszłości może to się opłacić – stwierdziła tajemniczo i odleciała.

Dała mi do myślenia. Zachowywała się trochę jak wyrocznia. Puściłam to jednak w niepamięć, zajęta odgruzowywaniem, jak się później okazało, kawiarni. Znalazłam mnóstwo przydatnych rzeczy, które zaczęłam składować w rogu pomieszczenia przy materacu, który teraz prawdopodobnie będzie całym moim dobytkiem. Opłaciło się szperanie po szafkach – znalazłam trochę jedzenia. Nie najadłam się, bo większość zeżarła mi Astarte. Nienasycone to takie, nawet w małej formie. Po skończonej pracy położyłam się na materacu i zasnęłam z myślą, czy to wszystko jest prawdziwe. Wataha wilków, tak? Ha! Jeszcze czego.Rozdział 2

Polowanie i zasadzka

Obudziłam się wcześnie rano przez wycie. A więc to wcale nie sen ani moje dziwne urojenia. Naprawdę jestem w watasze, choć do tej pory wilków nie widziałam prawie wcale – pomyślałam jeszcze nie do końca przytomna. Materac, choć twardy i nie za wygodny, pozwolił mi się wyspać za wszystkie czasy, dzięki czemu czułam się dużo lepiej.

Nie było przy mnie Astarte, co nieco mnie zdziwiło. Wstałam i wyszłam z kamienicy. Po budynkach i głównej ulicy biegły różnobarwne wilki. Zauważyłam też alfę na czele tego całego zgromadzenia. Kiedy mnie zauważył, przystanął na jednej z wielu wielkich, zwalonych, betonowych płyt i spojrzał na mnie swoimi pięknymi, turkusowymi oczami, po czym pobiegł dalej.

Nagle, znikąd, pojawiła się Akane.

– Witaj. Dobrze, że już wstałaś – powiedział ptak, lądując na ziemi.

– Witaj, Akane. Powiedz mi lepiej, co się tu dzieje.

– Zbieramy się na polowanie. Dołączysz? – spytała wesoła.

– W sumie, czemu by nie – po tych słowach zmieniłam się w wilka.

Sowa poderwała się do lotu i podążyła w ślad za wilkami, które kierowały się na obrzeża miasta. Dołączyłam do watahy. W połowie drogi zauważyłam mojego wkurzającego smoka. Była mała i leciała nisko przy ziemi, więc skorzystałam z okazji i złapałam ją w pysk, nic nie robiąc sobie z jej komentarzy, śmiałam się wewnątrz i biegłam dalej. Po kilku minutach wszyscy się zatrzymali na niewielkim wzniesieniu poza miastem. Przywódca był właśnie w trakcie jakiegoś przemówienia.

Nudy...

– O, proszę, kogo my tu mamy – przerwał, kiedy mnie zobaczył. – Może nasza nowa przybłęda się wykaże i upoluje nam obiad?

– Nie jestem przybłędą, chcę tylko zregenerować siły i odejść – warknęłam.

– W takim razie zapracuj na swoje. Nikt nie będzie bezinteresownie się tobą opiekował.

– To skrajnie nieodpowiedzialne, żebym polowała w stanie kompletnego wycieńczenia organizmu. Mogłaby mi się stać krzywda – prychnęłam.

– A chcesz wylecieć z watahy? – uniósł brwi.

– Nawet w niej nie jestem! I nie chcę być w grupie, która pastwi się nad słabszymi. Akane miała rację, kiepski z ciebie przywódca – zaśmiałam się.

– Dosyć tego! – zawył. – Polujesz albo się stąd wynosisz – zagroził.

Nie chciałam znowu tułać się w samotności przez kolejne miesiące albo nawet lata. Tu byłam bezpieczna, w pewnym sensie, a zapracowanie na spokojny sen wydawało się dobrą opcją. Posłusznie więc wyszłam z lasu spalonych drzew na polanę. Za mną szły inne wilki. Nie wierzę... oni naprawdę myślą, że coś upoluję. Na powietrze nie da się zapolować – westchnęłam w myślach. W końcu w tych rejonach od bardzo dawna nie widziałam zwierząt. Nie dziwiłam się, że wataha Daichiego też nie miała co jeść.

Nagle usłyszałam szelest. Poderwałam się. Była to sarna, a raczej kiedyś pewnie nią była. To coś miało osiem nóg i dwie głowy. Hmm, przynajmniej więcej mięsa – stwierdziłam, choć to był nieśmieszny żart.

Zaczęłam się skradać. Kiedy byłam już wystarczająco blisko, bezszelestnie rozłożyłam skrzydła i z niesamowitą prędkością wyskoczyłam zza krzaków wprost na niczego niespodziewającego się mutanta i zabiłam go jednym, szybkim ruchem, rozrywając gardło swoimi bardzo ostrymi kłami.

– Zadowolony? – spytałam podchodzącego w moją stronę Daichiego.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo – powiedział sarkastycznie. – A teraz zejdź mi z oczu.

– Bardzo chętnie – mruknęłam i odleciałam pośpiesznie, wzbijając kłęby pyłu w miejscu, w którym stałam.

Nie chciałam zostawiać jedzenia, byłam tak strasznie głodna. Ale ten gbur tak mnie denerwował, że odpuściłam. Nie chciałam być w pobliżu niego dłużej niż to było konieczne. Zresztą jego ekipa pewnie i tak nie dałaby mi dojść do jedzenia, kiedy już by się rzucili wygłodniali. Nie zamierzam zbierać po kimś ochłapów. Moje futro lepiło się od ciepłej krwi. Na moje szczęście, niedaleko miasta znajdowało się wielkie jezioro mogące nosić miano morza. Daleko na horyzoncie była tylko szaro-zielonkawa woda zlewająca się z również szarym odcieniem nieba.

Kiedy znalazłam się na miejscu, spostrzegłam, że ciecz jest skażona, a na plaży znajduje się mnóstwo szczątków zwierząt i roślin. Mimo to, choć niechętnie, zmieniłam się w człowieka i weszłam do wody, zmywając z siebie krew i przy okazji piorąc ubrania z błota, które nagromadziło się przez wiele tygodni marszu. Sama nie wiedziałam, czy wyglądało lepiej przedtem czy teraz, ale jedno wiedziałam na pewno. Niesamowicie śmierdziało stęchlizną przez zepsutą wodę, ale chociaż nie nosiło śladów lepkiej, szkarłatnej cieczy. Mimo wszystko miło było czuć na sobie wodę po takim czasie i nawet weszłam głębiej, by choć na chwilę zapomnieć o rzeczywistości dzięki cichemu szumowi niewielkich fal uderzających o brzeg.

Wpatrywałam się daleko w horyzont. Na wodzie unosiły się gdzieniegdzie wraki aut, opony, całe drzewa wyrwane z gałęziami, jakieś części budynków. Po niebie sunęły gęste ciemnoszare chmury radioaktywne, w których co chwila rozbłyskiwały wyładowania elektryczne. Chmury te skutecznie zasłaniały słońce i tylko czasami można było dostrzec promień światła, któremu udało się przebić. Dlatego ziemia była tak uboga w roślinność, tylko wyjątkowo wytrzymałe organizmy mogły rozwijać się w takich warunkach.

Kiedy się umyłam, wyszłam z wody i rozłożyłam swoje ubrania na pobliskich kamieniach, by wiatr mógł je choć trochę osuszyć. Położyłam się na piasku i rozmyślałam. Po chwili poczułam coś na brzuchu. Zauważyłam małą białą kulkę.

– Astarte? – zdziwiłam się.

– Hm? – rozwinęła się i usiadła naprzeciwko mnie.

– Gdzie byłaś?

– Udało mi się zdobyć trochę jedzenia dla ciebie – wskazała na spory kawałek mięsa obok mnie.

– Dziękuję, ale nie jestem głodna. Ty to zjedz – uśmiechnęłam się do niej.

Usłyszałam cichy szelest gdzieś za mną i bicie wilczego serca. Odwróciłam się, żeby zobaczyć, kto to. Moim oczom ukazał się chłopak wsparty o spalone drzewo. Poznałam w nim Daichiego – po granatowych włosach i turkusowych oczach. Wyglądał na przynajmniej dziewiętnaście, może dwadzieścia lat. Miał azjatyckie rysy twarzy, typowe lekko podłużne oczy. Teraz wiele mówiło mi jego imię. Hm... interesujące – zamyśliłam się. Posłał w moją stronę wredny uśmieszek. Zrozumiałam, dlaczego tak mi się przygląda – siedziałam na plaży w samej bieliźnie.

– Nie przyjmuję do watahy słabeuszy – parsknął śmiechem, kiedy pośpiesznie wstałam i próbując z całych sił się zakryć przed jego wzrokiem, zbierałam ubrania z kamieni.

– Nie jestem słaba – warknęłam.

Zlekceważyłam to, że dopiero co rozłożyłam ubrania i były mokre, ale nie czułam się przy nim komfortowo. Zaczęłam pośpiesznie się ubierać, strzepując też piach ze swojego ciała. Musiałam przeboleć to okropne uczucie.

– W takim razie zjedz to, co przyniósł ci twój smok i idź odpocząć. Wieczorem ruszamy do miasta ludzi – powiedział poważniej.

– Zaraz, zaraz, jakiego miasta ludzi? Nie widziałam żadnej osady ludzkiej od dobrych kilku lat, oprócz pojedynczych niewielkich obozów łowców.

– Wszystko w swoim czasie. Żegnaj... przybłędo – wyszczerzył się, spojrzał na mnie swoimi pięknymi oczami, błysnął zębami i odszedł.

– Nie jestem przybłędą – powiedziałam do siebie.

Hola, hola! Piękne oczy? Chyba jestem jednak naprawdę zmęczona, że coś takiego przeszło mi przez myśl i to nie pierwszy raz dzisiaj. Westchnęłam i również zaczęłam wracać w kierunku miasta. Astarte przemieniła się w swoje normalne rozmiary i targała mięso. Kiedy doszłyśmy do miasta, było dziwnie cicho i pusto. Niby to normalne, ale nie słyszałam żadnego bicia serca. Weszłam do kamienicy, w której mieszkałam. Zaczęłam rozpalać małe ognisko niedaleko materaca, żeby się ogrzać, wysuszyć w końcu to ubranie i upiec mięso. Brzydziłam się surowizną, więc kiedy tylko miałam taką okazję, wolałam upiec to, co upolowałam.

Nagle poczułam coś w środku siebie.

– Ktoś się zbliża – spojrzałam na Astarte. – Zaczekaj tu.

– Ale...

– Zaczekaj, mówię – warknęłam.

Wyszłam powoli z kamienicy. Nikogo nie widziałam i nic nie słyszałam. Zaraz, przecież słyszę. Słyszę bicie trzech serc, ale... trzech ludzkich serc. Usłyszałam cichy świst, jakby pocisku. Nie zdążyłam się odwrócić. Ktoś wymierzył do mnie z broni myśliwskiej i strzelił. Upadłam na kolana. Dostrzegłam po chwili sylwetkę mężczyzny z bronią, który był na dachu jednego z budynków. Za nim stało jeszcze dwóch. Byli łowcami, poznałam to od razu. Po chwili zemdlałam przez szybką utratę krwi i silny ból w okolicy żeber, a w moim stanie było to dość niebezpieczne. Słyszałam tylko głosy. A raczej jeden głos. „Key! Nie umieraj, ty głupia przybłędo!” – krzyczał do mnie Daichi. Jednak zapanowała nagła, przeszywająca cisza i ciemność.

*Jakiś czas później*

Otworzyłam mozolnie oczy i zaczęłam się rozglądać. Leżałam na materacu w swojej kamienicy. Miałam obandażowany brzuch, na którym leżała Astarte chłodząc ranę. Przekręciłam głowę w bok i ujrzałam Daichiego razem z Akane. Rozmawiali o czymś cicho. Kiedy zobaczyli, że się obudziłam, podeszli do mnie.

– Jak się czujesz? – spytała Akane.

– Bywało gorzej – zaśmiałam się, ale dostałam nagle silnego napadu kaszlu.

Tak, miałam już na swoim koncie kilka nieprzyjemnych wydarzeń. Nie są godne uwagi. Ale jedno wyróżnia się na tle innych. Była to bardzo dobrze zorganizowana zasadzka. Kilkudziesięciu łowców, dobrze uzbrojonych, razem z psami myśliwskimi. Rozstawili pułapki w lesie. Byłam już zbyt słaba i wycieńczona, żeby cokolwiek zauważyć. Wpadłam w jedną z pułapek, a potem ludzie przenieśli mnie do jakiejś klatki w swoim obozie. Próbowałam uciekać, ale zawsze kończyło się to dla mnie nie najlepiej. Pamiętam, jak mówili między sobą, że wezmą mnie do miasta i opchną za duże pieniądze. Wtedy po raz pierwszy spotkałam Astarte, która wparowała do ich obozu i uwolniła mnie, zabijając przy okazji kilku mężczyzn. Byłam jej wtedy bardzo wdzięczna. Gdyby się nie pojawiła, mogłabym tam zginąć.

Zapytasz pewnie, jak mogłam zginąć, skoro jestem nieśmiertelna? Jestem nieśmiertelna pod względem wieku. Nigdy się nie zestarzeję, ale rana śmiertelna pozostanie raną śmiertelną. Tyle w temacie. Jednak po tamtym zdarzeniu została mi pamiątka, przez co nie mogę o tym zapomnieć. Przez moje prawe oko i część policzka przebiega duża, lekko zaróżowiona blizna. Zostawił mi ją niewątpliwie jakiś wysoko postawiony łowca, dowodzący całą grupą. Możliwe, że nawet sam przywódca organizacji. Nie mogłam jej uleczyć, byłam zbyt wycieńczona, więc została ze mną i w sumie cieszę się z tego, ponieważ czasami pocieszam się tym, że wiem, po co walczę i to tylko kolejny stopień do odnalezienia Alice, mojej siostry.

– Gdybyś była bardziej ostrożna, nie doszłoby do tego –prychnął zły.

Nie odezwałam się. Jakoś nie czułam takiej potrzeby, a mogłabym go tylko bardziej zdenerwować.

– Daichi, daj już spokój. Zdarza się nawet najlepszym. Sam również byłeś w takiej sytuacji, co Key i jakoś inni ci pomagali, więc może odwdzięczysz się tym samym. Nie zaszkodzi ci to – Akane walnęła go skrzydłem po twarzy.

Zauważyłam, że sowa robi to dość często. Cały czas go za coś gani i poucza. Oni tak zawsze? Ech, zapowiada się ciekawie.

– Dobra, przestań się już mądrzyć, Akane. Nie zmienia to faktu, że muszę teraz pójść do miasta po leki z kilkoma chłopakami, a ktoś musi z nią zostać i przypilnować. Jakie to upierdliwe – pokręcił głową.

– Nie kłopocz się lekami. Nie będą mi potrzebne. Wystarczy, że załatwisz mi krew – uniosłam się na łokciach, co sprawiło mi ból.

– Nie podnoś się jeszcze. Nie skończyłam cię znieczulać – odezwała się w końcu Astarte.

Jak powiedziała, tak zrobiłam. Z nią tym bardziej wolałam nie zaczynać.

– Jak to krew? Po co ci krew? Nie jesteś wampirem, tylko wilkiem. Chyba że za mocno uderzyłaś się w głowę, upadając i teraz coś ci się pomieszało. Wybacz, ale na to nie ma lekarstwa – zaśmiał się cicho.

– Daruj sobie, panie wielki przywódco. Leki na mnie nie zadziałają, stracisz tylko czas. Tylko krew może mi pomóc i zaspokoić mój wewnętrzny ogień – wyjaśniłam.

– Jaki ogień, do cholery? – zaczął się irytować tym, że coraz mniej rozumie.

– Posiadam moc ognia – zaczęłam, ale widząc reakcję chłopaka, która wyrażała zdumienie, darowałam sobie resztę wypowiedzi. – Zresztą nieważne, za dużo tłumaczenia. Po prostu daj mi tę krew – machnęłam ręką.

– Akane, zostań z nią – powiedział tylko i wyszedł.

Był co najmniej zmieszany tym wszystkim.

– Poszło szybciej niż myślałam. Co z nim nie tak? – spytałam ptaka.

– Widzisz. Stałaś się dla niego wielką zagadką. Przychodzisz ot tak do miasta, a potem sprowadzasz łowców. Do tego twój charakter. Wydaje mi się, że interesuje się tobą, intrygujesz go – powiedziała tajemniczo.

– Proszę cię. Daichi się mną interesuje? Masz bardzo specyficzne poczucie humoru, Akane – wybuchłam śmiechem, ale już po chwili tego pożałowałam, czując, jak ból rozchodzi się po moich żebrach.

Po jakichś pięciu minutach Astarte skończyła zamrażanie mnie, dzięki czemu mogłam spokojnie usiąść, nie czując przez chwilę bólu. Po kolejnych piętnastu minutach przyszedł Daichi, trzymając w pysku coś, co miało zapewne być zwierzęciem. Rzucił mi to pod nogi i usiadł, wpatrując się we mnie swoim zimnym i przenikliwym spojrzeniem. I że ja niby mam to zjeść? – pomyślałam, nie wiedząc, co mam z tym zrobić. Były to pozostałości mutanta, którego upolowałam dla watahy dziś rano. Niewiele z tego zostało i było to co najmniej odrażające.

– Chciałaś krwi, to masz. Na co czekasz? – uniósł brew.

– Nie zjem tego – powiedziałam z obrzydzeniem.

– Jak ty przetrwałaś do tej pory? – zdziwił się.

– Kradłam, czasem zabijałam ludzi albo głodowałam? – zamyśliłam się.

– To wszystko wyjaśnia. Albo to zjesz, albo będziesz dalej głodować. Nic innego nie dostaniesz. Już ci na początku mówiłem, że u nas nie znajdziesz jedzenia – powiedział spokojnie, ale stanowczo.

– Dobra. To chociaż się na mnie tak nie gap – warknęłam cicho.

– A co, przeszkadza ci to?

– Tak, żebyś wiedział – mówiąc to, zaczęłam zmieniać się w wilka.

– No to masz problem – zaśmiał się kpiąco.

Irytujesz mnie chłopie – westchnęłam w myślach. Nie pozostało mi nic innego, jak po prostu zatopić kły w tym mutancie czy – jak ktoś woli – zwierzęciu. Nie jadłam mięsa. Nie przełknęłabym tego w surowej postaci, nawet nie wiem, czy w upieczonej. Za to wyssałam całą krew, co do ostatniej kropli. Moje oczy mieniły się czerwienią. Czułam, jak rana leczy się od środka, a ból mija. Mogłam się ruszać bez problemu. Kiedy skończyłam, odsunęłam się od resztek i przemieniłam w człowieka. Otarłam krew z twarzy.

– Nie ma nawet śladu po wypadku – powiedziała Akane, dokładnie mnie oglądając. – Niesamowite.

Moja cera nie była już tak biała jak śnieg, włosy odzyskały połysk, a oczy blask, wszystkie rany i siniaki również zniknęły. Czułam się silniejsza i wytrzymalsza. W końcu się zregenerowałam.

– Mówiłam, że krew jest dla mnie lekiem – uśmiechnęłam się lekko.

– Dobrze, jeden problem z głowy – westchnął Daichi, przemieniając się w człowieka i siadając naprzeciw mnie. – Nie zmienia to faktu, że i tak musimy iść do miasta po jakieś zapasy.

– Chcę iść z tobą – powiedziałam proszącym głosem.

– Nie ma mowy. Jeszcze przed chwilą byłaś umierająca. Będziesz tylko kulą u nogi – prychnął.

– Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni byłam w ludzkim mieście. Idę! – chciałam postawić na swoim za wszelką cenę.

– Nie odpuścisz, co? – przekręcił lekko głowę.

– Nie. Nawet jeśli mi nie pozwolisz, to i tak pójdę – wyszczerzyłam się.

– Dobrze więc, ale nie biorę za ciebie odpowiedzialności. Będziesz musiała sobie radzić sama – groził mi palcem.

– Tak, tak – machnęłam na to ręką.

– Wyruszamy dziś w nocy, żeby rano być na miejscu. Prześpij się do tego czasu. Przyjdę po ciebie – powiedział i wyszedł, zabierając Akane.Rozdział 5

Spotkanie po latach

Dwa dni później wyruszyliśmy do miasta w tym samym składzie, co wcześniej. Akane została w mieście, opiekując się Miną, a Astarte poszła z nami. Miała pomóc w noszeniu zapasów. Mieliśmy teraz trochę inny plan. Musieliśmy zrobić zapasy na co najmniej dwa miesiące, ponieważ zbliżał się okres burz i kwaśnych deszczy. Nigdy tak naprawdę nie wiadomo, ile będą trwać. Nie możemy wtedy wychodzić na zewnątrz, z nieba pada żrący kwas, który mógłby zabić każdą żywą istotę. W czasie swojej podróży nie raz zostałam w ten sposób dotkliwie poparzona, ale dzięki smokowi udało mi się wyleczyć.

– Daichi, miałeś mi powiedzieć, skąd bierzecie rzeczy na wymianę, w mieście przecież prawie nic nie ma – odezwałam się w końcu, nie przerywając biegu.

– Uparta jesteś – zaśmiał się. – No dobrze. Powiedzmy, że pracujemy na nie.

– Jak? – nie dawałam za wygraną.

– Ech... to już rozmowa na inny dzień – wyczułam, że chce uciec od tej rozmowy, ale ja nie zamierzałam odpuścić.

– Ja nie odpuszczę i dobrze o tym wiesz, dlatego lepiej od razu mi powiedz albo będziesz musiał mnie znosić przez całą drogę – powiedziałam śmiertelnie poważnie, ale w głębi ducha się śmiałam.

– Pracujemy w mieście. Jest tam grupa robotników, która stara się odbudować miasto, żeby lepiej się w nim żyło. Zdobywamy dla nich drewno na opał, polujemy, również pomagamy przy odbudowie miasta czy wyruszamy z nimi na wyprawy w celu pozyskania cennych rzeczy. W zamian dostajemy najróżniejsze drobiazgi, począwszy od naczyń, ubrań, a na jakichś błyskotkach kończąc. Dla siebie zostawiamy te najpotrzebniejsze, resztę rozdajemy w sklepach w mieście w zamian za jedzenie i leki – wyjaśnił niechętnie.

– To niewolnictwo – powiedziałam zamyślonym głosem.

– Nie do końca. Nie jesteśmy do tego zmuszani. Po prostu wykorzystujemy okazję. Tylko, że musimy wtedy opuścić watahę na kilka tygodni. Nie robimy tego jednak zbyt często ze względu na łowców, którzy cały czas lubią kręcić się po mieście – westchnął.

– Dalej uważam, że to głupie. Zgaduję, że Mina o tym nie wie? – spojrzałam na niego kątem oka.

– Nie. I niech tak zostanie. Masz jej nic nie mówić – zabrzmiało to bardziej jak groźba, na co kiwnęłam tylko głową i przymknęłam się na jakiś czas.

Niedługo później, kiedy było już jasno, dotarliśmy do miasta. Astarte, która przez całą podróż trzymała się cicho, daleko za nami, w końcu do nas dotarła. Została w umówionym miejscu, żeby nie rzucać się w oczy. Tak jak ostatnim razem, kilka kilometrów przed osadą przemieniliśmy się w ludzi i w takiej postaci wkroczyliśmy do miasta. Daichi znowu gdzieś zniknął, mówiąc, że musi coś załatwić, Masaru i Kazuma poszli po jedzenie, a ja uparłam się, żeby pójść do apteki, ponieważ chciałam porozmawiać ze starszą kobietą. Kiedy już wszystko załatwimy, mieliśmy się spotkać w barze „Pod zmokłym psem”. Dalej ta nazwa mnie intryguje.

Będąc już pod drzwiami apteki, trzymając w ręku mieszek z ostatnimi rzeczami, jakie mogliśmy oddać na wymianę oraz kartkę z wypisanymi potrzebnymi ziołami, ostatni raz rozejrzałam się dyskretnie i weszłam do środka. Poczułam słodki zapach, jakby ciasta. Za ladą nikogo nie było, jednak słyszałam krzątaninę wewnątrz domu. Stanęłam przy ladzie, położyłam na niej rzeczy, które niosłam ze sobą i oparłam głowę na łokciach. Nie chciałam być nachalna, dlatego czekałam, aż ktoś łaskawie się zjawi. Po kilku minutach tak się stało. Jednak nie była to starsza pani, z którą chciałam się spotkać, a jakiś chłopak. Był mniej więcej w moim wieku. Pomyślałam, że może to być wnuk właścicielki, o którym wspominała.

Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, dostrzegłam w jego oczach strach. Przede mną? Bał się mnie? Wiedział, kim, a raczej czym, jestem? Po chwili się przekonałam.

– Ty! Ty jesteś wilkiem! – krzyknął w końcu spanikowany.

– Zamknij się lepiej! Nie chcę mieć całego miasta na głowie! – warknęłam na niego cicho. – Zaraz, skąd wiesz, czym jestem?!

– Twoje oczy. Mienią się tęczą. Tylko ktoś, kto spotkał wcześniej wilka, może rozpoznać takich jak wy – powiedział cicho, odsuwając się, jakby chciał uciec w głąb domu.

– Nic ci nie zrobię, głupku. I przestań się trząść jak osika. Przysyła mnie Daichi. Chcę tylko zrobić zapasy, jak wcześniej on to robił – westchnęłam głośno, wiedząc, że będę mieć problem z chłopakiem.

– Daichi? Bardzo dawno go nie widziałem – zamyślił się. – A więc dołączyłaś do jego watahy. Wszystko z nim w porządku? – spytał, uspokajając się trochę.

– Tak, wszystko z nim dobrze. Dzięki mnie, mówiąc nieskromnie. Odkąd jestem w jego watasze, to ja odpowiadam za robienie zakupów w zielarni. Właścicielka nic ci nie wspominała o mnie? – zdziwiłam się trochę.

– Wspomniała o nowej wilczycy, ale nie mówiła, jak wyglądasz, to stąd moja reakcja. Wybacz. Nie chciałem cię zdenerwować – powiedział, podchodząc bliżej.

W końcu mogłam zobaczyć, jak wygląda. Brązowe włosy z rudym połyskiem, które opadały mu na twarz i piwne, duże oczy. Niezbyt wysoki, a już na pewno nie umięśniony, lecz niezwykle chudy, nawet bym powiedziała, że za chudy. Miał dość kobiece rysy twarzy i wydawał mi się uroczy, ale też bardzo przystojny, choć nie chciałam się przyznać, że o tym pomyślałam. Zauważyłam też dużą i brzydką bliznę na jego szyi, która kończyła się gdzieś pod jego ubraniem i wyglądała, jakby nigdy do końca się nie zagoiła. Ciekawiło mnie, skąd się wzięła.

– Nie przepraszaj. Po prostu nie chciałam, aby łowcy się dowiedzieli, że jesteśmy w mieście. Daichi by mnie zabił na miejscu – zaśmiałam się cicho, wyprostowując się do wygodnej pozycji. – Jestem Key – uśmiechnęłam się lekko i wyciągnęłam do niego rękę.

– Miło mi, Key. Nazywam się Michael. Jestem wnukiem kobiety, o której wcześniej wspomniałaś – wyszczerzył się i uścisnął niepewnie moją dłoń.

– Wiem, opowiadała trochę o tobie – kiwnęłam lekko głową. – Trochę więcej odwagi przecież cię nie zjem – zaśmiałam się na jego zmieszanie.

– Wiem... znaczy mam taką nadzieję – podrapał się w tył głowy.

– Nie miałeś zbyt wiele spotkań z takimi jak ja, prawda? – spytałam, już nieco poważniej.

– Tak. Widziałem tylko przemianę Daichiego i jego matki – wyznał, patrząc na mnie uważnie. – Zresztą widziałem ich tylko dwa razy w życiu – dodał po chwili.

– Rozumiem. Daichi ponoć cię uratował, dlatego nam pomagacie. Stąd ta blizna? – wskazałam na jego szyję.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij