-
nowość
Star Wars. Rządy Imperium. Maska strachu - ebook
Star Wars. Rządy Imperium. Maska strachu - ebook
„Dla zapewnienia bezpieczeństwa i ciągłej stabilności Republika będzie przekształcona w Pierwsze Imperium Galaktyczne! Dla niezagrożonego i bezpiecznego społeczeństwa!”
Jednym przemówieniem, które spotkało się z grzmiącymi oklaskami, kanclerz Palpatine zakończył brutalnie erę Republiki. Na jej miejsce przyszło Imperium Galaktyczne. W całej galaktyce wszyscy radowali się z końca wojny i obietnic lepszego jutra. Jednak lepsze jutro okazało się kłamstwem. Galaktyka stała się straszliwym miejscem, w którym rządziło okrucieństwo i strach przed reżimem Imperatora. Mon Mothma, Saw Gerrera i Bail Organa dostrzegają nadchodzący mrok już w pierwszym przerażającym roku tyranii. Kiedyś to dzięki nim powstanie Sojusz Rebeliantów. Jednak najpierw każde z nich musi znaleźć dla siebie cel i kierunek działań w zmieniającym się świecie. I każde z nich ma własne tajemnice, obawy i nadzieje związane z przyszłością, która może nigdy nie nadejść – chyba że sami się o to postarają.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8424-512-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rozdział 1
ŚWIĘTE MIASTO
Święte Miasto, wyrzeźbione w skałach na pustyni, odcinało się od mrocznego nieba niczym sylwetka samotnego wędrowca na pustkowiu. Płowe mury, pokryte wielowiekowym kurzem, z daleka wydawały się miejscem bez życia, którego jedyne błogosławieństwo polegało na tym, że uparcie nie poddawało się erozji i nie stapiało w jedno z piaskiem.
Jednak pomimo tego, że na tym księżycu panowała duszna atmosfera pradawnych tradycji, a w słabych promieniach dogorywającego słońca blakło tutaj wszystko, ulice miasta wabiły oko kolorami: ramiona odziane w czerwone płaszcze potrącały szafirowe naramienniki, zielone ręce muskały mieniące się czułki. Istoty o najróżniejszym wyglądzie tłoczyły się na bruku – szły, pełzły, maszerowały pod bramami, markizami sklepów i wiszącymi nieruchomo flagami. Stłumione szepty potęgowały panującą w mieście atmosferę żałoby, lecz obecność tłumu, nieskończone kroki i szelest szat tworzyły gwar, który zdawał się zapowiadać burzę.
Od czasu do czasu rozlegał się okrzyk:
– Jedi! Nie ma Jedi!
Jakby to było coś zupełnie nowego. Jakby zniknęli ze świątyń właśnie tego ranka – a nie zostali wymordowani wiele tygodni wcześniej w porażającym akcie przemocy, zdrady i okrutnej pychy.
W szarej chuście pielgrzyma Ztenorthy, w butach ze stuk-skóry, Bail Organa – Bail z rodu Prestorów, małżonek królowej Alderaana, ojciec następczyni tronu, niegdyś senator Republiki Galaktycznej, a obecnie senator Imperium Galaktycznego – szedł wśród żałobników bez eskorty, nierozpoznawany, drżąc w zimowym chłodzie. W tym gęstym tłumie czuł się – ku swojej uldze – sam i nawet nawiedzające jego pamięć duchy jakby na chwilę go odstąpiły.
Procesja, która gęstniała coraz bardziej, skręciła za róg i podążyła dalej ciasnym tunelem. Wąskie strzelnice znaczące prosty wątek w ceglanych murach sugerowały, że znajdowali się w ruinach twierdzy, z której żołnierze mogli z ukrycia celować do oblegających ich najeźdźców. Bail szedł z pochyloną głową, żeby się nie potykać, ale też aby uniknąć wścibskich obiektywów ukrytych kamer. Tłum nie maszerował szybko ani nie był wzburzony, ale posuwał się jednak z mocą i bezwładem lodowca, a zatem gdyby ktoś po drodze upadł, zostałby zapewne zmiażdżony pod naporem idących.
Tunel wychodził na ogromny plac, nad którym górował kamienny dysk, ustawiony pionowo na wielkim postumencie. Zazwyczaj na placu pełno było żebraków, pokrzykujących przekupniów i samozwańczych proroków. W budynkach wokół znajdowały się sklepiki z naparami ziołowymi i rozmaitymi drobiazgami. Jak powiedziano Bailowi, był to jeden z osiemdziesięciu ośmiu takich placów w Świętym Mieście i pomimo swojego świętego charakteru niczym się nie wyróżniał. Tego dnia jednak żebracy, uliczni krzykacze i prorocy oraz kupcy ustąpili miejsca niekończącej się procesji. Spośród tysięcy żałobników na placu może z setka zdołała wcisnąć się na postument. Stłoczeni tam, naparli na dysk i jęli obracać go wokół osi. Starzy mężczyźni pchali go na kolanach, a ogromny Cragmoloid dyszał i stękał, napierając nań ramionami i wpatrując się jednocześnie w niebo. W jego oczach malował się głęboki smutek. Po jednej czwartej obrotu kilkunastu pielgrzymów schodziło z podestu, a inni szybko zajmowali ich miejsce, żeby dysk nie przestał się obracać.
Zewsząd rozlegały się teraz płacze i okrzyki żałobników, którzy ulegali nastrojowi rytuału.
– Mistrz Tiin! – zawołał ktoś, a ktoś inny krzyknął: – Siostro!
Trzeci głos rozpoczął litanię:
– Allie! O’ra’ve! Caladastorous!
Jednak zwykle wydawano okrzyki bez słów – płynące z serca. Baila kusiło, by dołączyć do tego chóru, ale przecież on nie przeżywał desperackiej żałoby, żałoby bezradnej, wyzbytej odpowiedzialności. Gdyby więc teraz zakrzyczał z rozpaczy, usłyszałyby to jego duchy i znów zaczęłyby go nękać.
Prąd tłumu niósł go nieubłaganie ku postumentowi. W oddali wzniósł się ledwo słyszalny krzyk:
– Zdrajcy! Zdrajcy Republiki!
Nikt jednak jakby tego nie zauważył.
Bail sprawdził godzinę i próbował opóźnić swoje wejście na postument tak długo, jak mógł, w końcu jednak i on znalazł się wśród żałobników napierających na artefakt. Okazało się, że trudno go poruszyć – postument i reliefy na dysku były wygładzone i śliskie, a tylko wszechobecny w Świętym Mieście kurz zapobiegał poślizgnięciu. Bail pchał i pomimo zimna spływał potem, ale czuł, że dysk rzeczywiście się obraca. Wydawało mu się, jakby jego wysiłek był bezskuteczny, że to więksi i silniejsi żałobnicy wprawiali monument w ruch, jednak nie ustawał. Kamień zgrzytał o kamień.
Po prawej miał Tarsunta o fioletowej skórze, w kurtce i podniszczonych spodniach robotnika. Mężczyzna był barczysty, ale niski jak na swój gatunek. Odwrócił wąską twarz do Baila i skinął mu głową.
– Powinien pan być w domu – powiedział – z żoną i malutką córką.
„Powinienem” – pomyślał Bail. Trudno było zaprzeczyć. Rzekł więc tylko:
– A pan, admirale, powinien dowodzić flotą. A jednak obaj jesteśmy tutaj.
I znów naparli na dysk. Kamień zazgrzytał, zapiszczał i obrócił się znów o pół metra, a wtedy admirał zapytał:
– Dlaczego?
– Dlaczego tu jestem?
– Tak.
Bail zamierzał wzruszyć ramionami, ale okazało się, że to niemożliwe, kiedy jednocześnie napiera się nimi na kamień. Wydawało mu się, że jeśli rozluźni mięśnie, upadnie.
– Najpierw pan – stęknął.
Tarsuntowie nie należeli chyba do szczególnie silnych ras, ale admirał sprawiał wrażenie, jakby zupełnie się nie męczył. Bail poczuł się przy nim stary i słaby – cóż, właściwie miał do tego prawo. Bo z pewnością za młodego uważać się już nie mógł.
– Widziałem Jedi walczących w bardzo wielu bitwach – rzekł po chwili admirał, pochylony pod kamieniem. – Niektórych obserwowałem z daleka. Z innymi jadałem kolację, układałem plany, dzieliłem koszary w terenie. Wielu lubiłem, niektórzy zaczęli mnie z czasem irytować, wszyscy jednak zasłużyli sobie na mój szacunek. Wszyscy byli dzielnymi, prawymi strażnikami Republiki. Zapewne nie dotyczyło to każdego Jedi. Żadna organizacja nie jest wolna od zepsucia, a o tym, co knuła pod koniec Najwyższa Rada, trudno mi się wypowiadać. Ale czyny tych rycerzy, których osobiście poznałem, nie są splamione cieniami ich przełożonych. Nigdy nie uwierzę, że byli kimś gorszym, niż się wydawali, niezależnie od zdradzieckich poczynań Rady. – Urwał na chwilę i spojrzał na tłum. – I wygląda na to, że nie jestem w tym odosobniony.
– Nie – wykrztusił z trudem Bail. – Ale na Coruscant nie było takiej uroczystości.
– Ani na moim świecie – przyznał admirał – ani na planecie mojego brata, Alsakanie. Na Korelii, na której stacjonowałem pod koniec wojny, w każdym mieście tłumy paliły wizerunki Jedi. Niektórzy potępiali zakon za zdradę, a inni… Inni byli po prostu znużeni i obwiniali Jedi za to, że nie zdołali zapobiec wojnie lub za to, że szybciej jej nie zakończyli. A tu, na Jedzie, jest nas wielu. Może i milion – wszyscy pielgrzymi, którzy odwiedzili ten święty świat. Ale gdy wrócimy na nasze rodzinne planety, rozrzucone po całej galaktyce, zobaczymy, że tych, którzy wspominają Jedi życzliwie, będzie bardzo niewielu.
W Bailu wezbrała fala goryczy – wymierzona w admirała, Imperatora, który unicestwił zakon Jedi, a może w tych, którzy uwierzyli w jego kłamstwa. Równie dobrze jej celem mogły być same gwiazdy. Przekierował swój gniew w siłę ramion i pchnął. Dysk obrócił się jeszcze o pół metra. Pielgrzym po lewej stronie Baila poślizgnął się i upadł. Zrobiło się zamieszanie, gdy w ciasnocie próbowano pomóc mu wstać.
– Bail, dlaczego pan tu jest? – zapytał znów admirał. Nie zabrzmiało to życzliwie ani łagodnie, ani też niecierpliwie, jednak ton mężczyzny nie dopuszczał wymijającej odpowiedzi.
Gniew Baila ustąpił tak szybko, jak się pojawił. Co mógł powiedzieć admirałowi? Ufał mu. W przeciwnym razie nigdy nie poprosiłby go o spotkanie. Jednak żadna prosta odpowiedź nie wydawała mu się wystarczająca. Mógłby rzec, że miał wśród Jedi przyjaciół, lecz byłoby to zbyt banalne. Mógłby powiedzieć, że chciał uczcić kobietę, która niezmiernie szanowała Jedi, a która odeszła z tego świata – albo też, że chciał w ten sposób splunąć w twarz nowemu reżimowi. Nie mógł jednak z pewnością otwarcie wyznać straszliwej prawdy, którą znał – tajemnic, przez które opuścił dom, żonę i córkę.
– Za młodu – odezwał się w końcu, zmniejszając napór na dysk, żeby odzyskać siły – poznałem rycerza Jedi. Przebywał u nas w związku z pewnym problemem w naszej rodzinie. Nie poznałem go dobrze – choć myślałem, że tak… wie pan, jakie są dzieci – ale podziwiałem go. Powiedziałem sobie… – Bail wspomniał twarz swojego ojca i jego skomplikowaną relację z dziadkiem, a potem skupił się śpiesznie na tym, co było ważne w tej chwili. – Kodeks Jedi znaczył coś bardziej rzeczywistego, konkretniejszego niż wszelkie zestawy zasad, które wpajali mi nauczyciele. Wychowałem się wśród ludzi, którzy cenili wyniki bardziej niż metody czy ludzi. Powiedziałem sobie, że jeśli sam nie mogę żyć w oparciu o cnoty Jedi, ułożę własny zestaw zasad, z których będę mógł być dumny.
Admirał sprawiał wrażenie, jakby go nie usłyszał. Bail znów naparł na dysk. Jego palce wpijały się w niewiarygodnie stare reliefy, wydrapywały mikroskopijne kawałeczki kryształów kyber wbite w skałę, przywracając chwałę i potęgę wszechświatowi. Kiedy dysk, Kamień Pierwszych Łez, się obracał, duchy umarłych były mielone na pył gwiezdny i z niespokojnych zjaw przemieniały się w energię życia, aby następnie odradzać się w nieskończonych postaciach. Tak głosiła legenda.
Bail w nią nie wierzył, ale w rytuałach zawsze tkwiła pewna siła. Chciałby móc skorzystać z potęgi kamienia i poczuć to, co zdawali się czuć żałobnicy wokół niego – zamiast cierpieć, jęczeć i użalać się nad sobą wraz z całą cholerną galaktyką.
Wreszcie ukończono kolejne ćwierć obrotu i admirał odciągnął Baila od dysku, zaś inni pielgrzymi ruszyli szybko do przodu, by ich zastąpić. Bail znów znalazł się w procesji. Każdy krok stanowił próbę dla jego zmęczonych nóg.
– Czego mógłby pan ode mnie chcieć? – odezwał się cicho admirał. – Ma pan większy dostęp do tajnych informacji.
Bail pokręcił głową i przysunął się bliżej. Pomimo chłodnego dnia było mu gorąco, z pewnością też cuchnął potem, ale nie mogli sobie pozwolić, by ktoś ich teraz podsłuchał.
– Wywiad odmawia jakichkolwiek odpowiedzi. Zgłaszałem pytania publicznie, prosiłem kanałami nieoficjalnymi, ale zamykają uszy. Nowe władze… – „Ostrożnie. Nie wystrasz go. Nie mów niczego, czego i tak już sam nie wie”. – Widział pan oświadczenie Palpatine’a, kiedy ogłosił się Imperatorem. Powiedział, że Jedi byli zepsuci – co do jednego. Oto całe jego wyjaśnienie, dlaczego ich zlikwidowano! Ale taki akt… Unicestwienie całej kultury, pogrzebanie pradawnej, szanowanej religii…
– …wymaga wiarygodnych dowodów – wszedł mu w słowo admirał. – Których Imperator nie przedstawił, pomimo oświadczeń w sprawie tej konkretnej grupy napastników. Zgadzam się. Ale to pan zasiada w Senackiej Komisji Wywiadu. I powtarzam, pański dostęp…
– Mój dostęp powinien być większy niż pański. Ale czasy się zmieniają, przyjacielu. Wywiad być może chętniej porozmawia z admirałem, skoro senatorowi nie chce udzielić żadnej uprzejmej odpowiedzi. Nie spodziewam się cudów po pańskiej interwencji, ale obaj chcielibyśmy zobaczyć pełne dowody przeciwko Jedi, jakimi dysponuje obecna władza. Nawet jeśli Palpatine podpisał już na nich wyrok śmierci.
Admirał odchrząknął i pokiwał głową.
– Podpisał wyrok i go wykonał. – Zastanawiał się przez chwilę. – Obiecuje pan, że dojdzie do pełnego, publicznego ujawnienia danych?
– Jeśli będzie to w mojej mocy.
– Popytam. Kilka osób jest mi winnych przysługę. Skorzystam z tego. Zobaczymy, czy to coś da – nawet ci, którzy współpracowali z Jedi, nie patrzą teraz życzliwie na zakon. Ale niech pan nie prosi już o nic innego i nie wiąże z tym mojego nazwiska. Armia nie może zostać wplątana w sprawy polityczne, zwłaszcza że pokój jest nadal niepewny.
– To zrozumiałe.
Admirał potraktował jego prośbę poważnie – Bail nie spodziewał się aż takiej przychylności. Oby tylko to, co malowało się na jego twarzy, wyrażało wdzięczność, a nie tylko zdziwienie…
Zeszli z podestu Kamienia Pierwszych Łez. Procesja miała iść dalej, jeszcze kilometr, choć Bail widział już, jak odłączają się od niej węższe potoki żałobników, skręcających w boczne ulice – wracano do domu lub udawano się do świątyń i kościołów życzliwych im kultów. Już mu się wydawało, że to koniec rozmowy z admirałem, gdy mężczyzna przysunął się do niego blisko, bliżej, niż było to konieczne w ciasnocie na placu, i znowu się odezwał:
– Chciałbym poznać odpowiedź na jeszcze jedno pytanie. Poznać jeszcze jedną prawdę, którą nowe władze ukrywają.
– Słucham.
Admirał przez chwilę milczał, a kiedy znów przemówił, w jego głosie brzmiała determinacja.
– Dlaczego Najwyższa Rada Jedi to zrobiła? Dlaczego próbowali zabić kanclerza? Niezależnie od tego, czy byli w to zamieszani jacyś inni Jedi, ta sprawa pozostaje nierozwiązana i nie daje mi spokoju. Co chcieli zyskać? Jak osoby słynące z prawości mogły tak upaść i nikt tego nie podejrzewał? Na pana miejscu – ciągnął admirał – to właśnie najbardziej by mnie niepokoiło. Ja mogę tylko słuchać rozkazów moich przełożonych. Ale pan jest senatorem i służy interesowi swoich obywateli.
Czekał chwilę na odpowiedź Baila, ten jednak milczał. W końcu admirał ruszył naprzód, stopniowo oddalając się od senatora, metr po metrze przebijając się przez idący spokojnie tłum. Bail nie przyśpieszył kroku. Lepiej, żeby ich razem nie widziano – a skąd można było mieć pewność, czy ktoś w Świętym Mieście ich nie obserwuje?
Admirał zadał mu inteligentne, przemyślane pytania. Bail znał odpowiedzi – poznał je w dniu, w którym zginęli Jedi. Kanclerz Palpatine – człowiek, który ogłosił się Imperatorem – popełnił wcześniej jeszcze straszliwsze, mroczniejsze zbrodnie i miał bardziej przerażające ambicje, niż ktokolwiek przypuszczał. Jedi dowiedzieli się prawdy i znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia, postanowili sami powstrzymać tyrana wszczynającego wojny, mordercę dzieci, potwora. Ponieśli klęskę.
I oznaczało to ich koniec.
Bail wszystko to wiedział. Powiedzieli mu o tym przyjaciele i sojusznicy z zakonu Jedi, a on postawił wszystko na jedną kartę, pomagając im znaleźć bezpieczne schronienie na krańcach galaktyki. Nie miał jednak żadnych dowodów. Mógł jedynie rozstać się z dręczącymi go duchami przeszłości, oczyszczając imiona zamordowanych – i mieć nadzieję na lepsze jutro.
Może wówczas zdoła spojrzeć na żonę oraz córkę i uwierzyć, że spełnił swój obowiązek. Nawet jeśli nie spełnił go wystarczająco.
Nadal szedł – coraz dalej od placu, zagłębiając się w wąskie uliczki, przy których stały rozsypujące się wieże, aż z zadumy wyrwał go grzmot. Rozejrzał się, zdziwiony. Pielgrzymi wokół poruszyli się nerwowo i w oddali rozległy się głośniejsze płacze i rozpaczliwe krzyki. Obejrzał się za siebie – tłum zafalował gwałtownie. Osoby z tyłu pchały tych, którzy stali przed nimi, jakby uciekając przed czymś okropnym.
Wszyscy zaczęli biec.
W jednej chwili rozpętał się chaos. Niektórzy upadali na ziemię. Inni ich deptali. Ludzie nawoływali bliskich, błagali krzykiem o pomoc kogokolwiek, kto ich usłyszy. Baila popychano, szturchano i choć próbował złapać czyjąś rękę wyciągniętą do góry znad bruku, pomóc jakiejś biednej osobie, uciekająca fala porwała go ze sobą i mógł już tylko walczyć o to, by utrzymać się na nogach. Coś – być może łokieć – trafiło go w ucho. Od ciosu zakręciło mu się w głowie. Tłum obrócił Baila do tyłu. Próbował oprzeć się naporowi ciał, osłonić twarz, a w końcu znów patrzył przed siebie, tam, gdzie niosło go to całe zbiorowisko. Wąskie gardło ulicy prowadziło wszystkich w jednym kierunku. Nie było stamtąd ucieczki.
Jak długo to trwało, nie miał pewności. Czuł ból, czuł, jak jego ciało – osłabione po wysiłku, jakim było pchanie dysku – obija się o inne ciała, chitynę lub starożytne ceglane mury. Przez pewien czas obejmował ramieniem starszą kobietę – choć sam nie wiedział, czy jej pomaga, czy też sam się na niej opiera. Próbował zrobić, co tylko mógł – a mógł bardzo niewiele.
Później, gdy siedział już w pyle, w zaułku bez wyjścia, zbyt małym, by można go nazwać uliczką, zaśmiał się ponuro i otarł krew z twarzy. Wysłuchał wiadomości o zamachowcu, który podłożył bombę – o kimś, kto pragnął robić to, co Imperium, i oczyścić galaktykę z Jedi oraz wszystkich ich zwolenników. Próbował nie myśleć o tych, których zadeptano w chaosie paniki. Czuł się brudny, splamiony śmiercią i własną ekscytacją wynikającą z walki o życie. Miał poczucie, że nie jest godny swojej córki – ostatniego daru jeszcze jednej nieżyjącej przyjaciółki. Daru kobiety, która zginęła razem z Jedi i która zaznała miłości jednego z nich.
Bail czuł się niegodny Jedi. Jednak spoczywający na nich ciężar stał się również jego ciężarem. Musiało tak być – bo inaczej mógłby spaść na barki Lei. On zaś był jej ojcem, a nie mentorem czy stróżem, i zamierzał uczynić wszystko, by nieść ten ciężar samodzielnie.Rozdział 2. POWRÓT DO ŻYCIA
Rozdział 2
POWRÓT DO ŻYCIA
Soujena najbardziej zaskoczyło to, jak szybko wojna się zakończyła. A, tak – i jeszcze ta sprawa z Jedi, ale w szerokiej perspektywie Jedi nigdy nie odgrywali ważnej roli.
Oglądał koniec wojny w stanie śnienia. Jego ścieżki neuronowe pod wpływem odpowiednich impulsów wprowadziły go w tak zwany zwolniony sen – a komora, w której się znajdował, przekazywała mu wiadomości holonetowe i przechwycone komunikaty. Śnił o flotach separatystów oblegających światy Republiki, o armiach mechanicznych żołnierzy lądujących na planetach, gdzie przez tysiące lat nie doświadczano konfliktów. Wyobrażał sobie robotników krzyczących z radości w fabrykach droidów i bojowników o wolność w Pasie Rhanipur, trzepoczących entuzjastycznie skrzydłami i świętujących koniec wojny – cieszących się, że straszliwy układ, na który zdecydowała się Konfederacja Niezależnych Systemów, by sprzedać się korporacjom w zamian za szansę na samostanowienie, okazał się trafnym wyborem.
Jednak sny na tym się nie skończyły. Jego umysł zalały wizje ukazujące, jak Republika bezwzględnie morduje militarnych przywódców separatystów. Soujen patrzył, jak po śmierci głównodowodzących załamują się całe armie. W tym spowolnionym śnie nie wiedział, które z tych obrazów były prawdziwe, a które stanowiły tylko jego własne koszmary. Czy miliard – lub więcej – droidów naprawdę jednocześnie przestał działać? Czy członkowie Rady Separatystów poddali się, czy też zostali zabici przez tych mistyków, Jedi?
To ostatnie zresztą nie miało znaczenia, bo Jedi już nie było. Samozwańczy strażnicy Republiki zostali wymordowani, kiedy, korzystając z chaosu, podjęli próbę obalenia własnych władz. Wskutek tych ciosów Republika również przestała istnieć, a z jej popiołów powstało Imperium Galaktyczne. Soujen widział, że wojna rzeczywiście się skończyła i że sprawiedliwości nie stanie się zadość.
Nie dziwiło go, że do tego doszło. Jednak nikt – ani Soujen Vak-Nhalis, ani jego twórcy – nie spodziewał się, że stanie się to tak szybko.
///
Ile upłynęło od końca wojny? Dlaczego nikt go stąd nie zabrał? Mogłyby mu to wyjaśnić jego cybernetyczne implanty, ale w zwolnionym śnie jego ciekawość się zmniejszyła. Soujen w snach i koszmarach znajdował swego rodzaju spokój – zupełnie jakby krążący w jego żyłach gniew utrzymywał go w stanie akceptacji, jeśli nie zadowolenia.
Przez powłokę komory poczuł niejasno ruch w pobliżu, a jednocześnie dostał dreszczy pod wpływem gorączki, połączonych z niemal ekstatycznym wrażeniem wyczerpania. Sprawdził implanty i komputer komory powiadomił go, że cykl powolnego snu ma się ku końcowi. Zaczął też słyszeć dźwięki – prawdziwe dźwięki, docierające do jego układu nerwowego przez uszy, a nie cybernetyczne udoskonalenia, a po chwili je zidentyfikował. Krzyki, zniekształcone przez płynną barierę i ściany komory – znał dobrze te odgłosy. Uśmiechnął się.
I w jednej chwili wrócił do przytomności. Podciągnął się z trudem do pozycji siedzącej. Zadrżał, gdy chemiczna mieszanina spłynęła z jego ramion, przelała się przez brzegi komory i chlusnęła na metalową podłogę. Poczuł zapach mydła i przypomniał sobie, że powinien oddychać. Wyszedł ze zbiornika i odczekał, by stabilizatory przywiercone do skóroosłon kolan przywróciły mu równowagę – żeby się nie przewrócił. Komora zapobiegała zanikowi mięśni, ale jednak chwilę mu zajmie, zanim sobie przypomni, jak się stoi i chodzi. Uprzedzano go o tym.
W sąsiednim pomieszczeniu ktoś krzyczał. Soujen rozejrzał się dookoła, obejmując wzrokiem wszystko – grodzie, pasy, urządzenia kontrolujące temperaturę, brudne ściany i przyćmione światło. Znajdował się w ładowni i choć świat wydawał mu się na wpół snem, nie miał wątpliwości, że jest w miejscu, którego wcześniej nie widział. Nie zaniepokoiło go to, choć drgania podłogi i gryzący zapach dymu, jaki wyczuwał, skłaniały go do uznania, że statek, na którym się obudził, został uszkodzony i dryfował. Może jego komorę zaprogramowano, by otworzyła się w sytuacji, gdy jednostkę czekało nieuchronne zniszczenie?
Skupił wzrok na otwartych drzwiach, za którymi rozbłysk czerwonego światła rozjaśnił korytarz. Rozległy się wystrzały z blasterów i znów krzyki.
W drzwiach stanęła chwiejnie postać. Człowiek – jeden z niezliczonych przedstawicieli tego gatunku w galaktyce. Tę kobietę wyróżniały jednak czerwone, cieknące pęcherze na twarzy. Na widok Soujena zdziwiła się, zakasłała wilgotnym kaszlem, a potem ruszyła ku niemu, potykając się.
Jego umysł nadal pracował flegmatycznie, choć dwoje serc zabiło szybciej, a mięśnie odruchowo się spięły. Bezpośrednie zagrożenie uspokajało go – niebezpieczeństwo mocno zmniejszało zakres decyzji do podjęcia. Nie musiał już zastanawiać się nad tym, gdzie się znajdował. Podejrzewał, że kobieta została zaatakowana bronią biologiczną, może gazem bojowym, niezaraźliwym, o powolnym działaniu. Czego chciała od jego komory, nie miał pojęcia, ale widział już dość osób umierających w cierpieniu, by wiedzieć, że wraz z życiem umykało racjonalne myślenie.
Zabiłby tę kobietę – z litości lub ostrożności, sam nie wiedział – ale uprzedził go ten, kto ją ścigał, strzelając jej w plecy. Soujen instynktownie usunął się z linii ognia, mężczyzna jednak zdążył wejść do ładowni i wycelować w niego, zanim Soujen uskoczył na więcej niż metr.
– Stój! – krzyknął mężczyzna.
Soujen spiął się do skoku, a mężczyzna błyskawicznie wystrzelił z karabinu dwie wiązki. W powietrzu śmignęły błękitne błyski i Soujen poczuł gorąco nad ramieniem, a potem ujrzał kaskadę kodów błędu w swoim polu widzenia. Przez chwilę, kiedy implanty się restartowały, zupełnie nic nie widział.
Zaskoczyło go to, bo do tej pory nikt nie zdołał ich uszkodzić. Gdy wrócił mu wzrok, usłyszał, jak napastnik powtarza:
– Stój.
Mężczyzna trzymał broń – czarny karabinek używany w armii klonów, z podrapaną, zarysowaną metalową powierzchnią – ze swobodą wyszkolonego żołnierza. Zachowywał się ostrożnie, ale nie wyglądał na spiętego.
– Poczułeś to? – odezwał się. – Jonowa moc wyjściowa jest cztery razy większa. Kompletnie zakłóca działanie implantów i części mechanicznych.
Soujen przeniósł wzrok z broni na twarz mówiącego. Był to również człowiek – ciemnowłosy, o ciemnej skórze, pobrużdżonej bliznami tak jak jego karabinek. Pod zewnętrznymi oznakami wskazującymi na kogoś, kto często stosuje przemoc, krył się zapewne względnie młody mężczyzna, ale Soujen nie miał co do tego pewności. Wśród swoich rodaków, w klanach alvadorjiańskich, Soujen mógłby ocenić czyjś wiek po wytarciu płytek na głowie albo plamach na karku i szyi – kolorowych spiralach i kropkach, które rozszerzały się z wiekiem i służyły wyłącznie do ukazywania mądrości swojego właściciela.
– Poczułem – odparł Soujen, bo rozmowa dawała mu więcej czasu. Podłoga znów zadrżała. Nie czuł już odoru chemicznego pożaru, przytłumiły go spalenizna i smród płynów ustrojowych, dobiegający od zwłok kobiety pod komorą.
– Wiesz? – zapytał mężczyzna. – O Imperium?
Soujen przyjrzał się odległości dzielącej go od napastnika. Sześć metrów. Łatwo je będzie pokonać, ale wciąż nie odzyskał pełnego panowania nad swoim ciałem, a implanty nadal dochodziły do siebie po ładunku jonowym, który go trafił, więc ocenił prawdopodobieństwo swojego przeżycia na maksymalnie pięćdziesiąt procent.
Mężczyzna parsknął śmiechem.
– Znam to spojrzenie. Zastanawiasz się, jak mnie zabić.
– Tak. – Soujen nigdy nie umiał kłamać.
– W takim razie przełóżmy dłuższe przemówienia na później. Wiem, kim jesteś. Wiem, skąd się tu wziąłeś i dlaczego piraci cię ze sobą zabrali. – Mężczyzna wskazał jedną ręką na zwłoki, a może na komorę. Jego druga ręka, ta z bronią, ani drgnęła. – Możesz pójść ze mną albo zginąć razem ze statkiem.
Soujen rozważył wszystkie możliwości. Pokładem znów zatrzęsło i gdzieś nad nimi rozległ się zgrzyt rozdzieranego metalu.
– Pójdę z tobą – powiedział.
Mężczyzna zmrużył oczy i uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć: „Wiem, że taki łotr jak ty i tak będzie chciał mnie zabić”. Tak uśmiechał się stryj Soujena, kiedy ten próbował podkradać słodycze.
Wyszli z ładowni razem, w tańcu ostrożnych kroków, tak aby nie spuścić z siebie nawzajem wzroku. W korytarzu kłębił się dym, dochodzący z bocznych przejść. Z paneli serwisowych sypały się skry. Korytarz okazał się szeroki, ale niski. Znajdowały się w nim wyżłobienia i szyny dla bardzo szerokich pojazdów transportowych.
– Załodze starego Krezchaka robota w rękach aż się paliła. Plądrowali wszystkie instalacje separatystów w ośmiu sektorach – mówił konwersacyjnym tonem mężczyzna. – Szkoda, że nie dało się z nim dogadać. Szkoda, że nie chciał oddać statku i ładunku. Ale samego pirata nie szkoda.
Mężczyzna wskazał na zwłoki wyciągnięte na pokładzie. Zapewne starego Krezchaka, uznał Soujen, choć to nazwisko nic mu nie mówiło.
Jego towarzysz tymczasem rozgadał się na dobre.
– W miejscu, w którym cię znalazł, separatyści musieli zostawić naprawdę sporo. Wiózł cię na Kafrene. Mówił, że zamierzał sprzedać łupy na aukcji: blastery, chemię i twoją komorę. Komorę wyceniono na milion kredytów, choć raczej nie zdawał sobie sprawy z tego, co trafiło w jego ręce.
Pasowało to do tych strzępów informacji, które Soujen do tej pory zdobył, i wyjaśniało też, co się stało kobiecie, porażonej bronią biologiczną. Upewnił się, że jego baza danych znów działa, i sprawdził swoje zapisy – ach, tak, razem z nim przechowywano prawie tysiąc litrów szarego syntoxu. Taką ilością trucizny można by doprowadzić do rozkładu małego księżyca. Jeśli piraci go znaleźli i nie zrozumieli, co rabowali, gdy przenosili komorę i zbiorniki z syntoxem na swój pokład…
„Co za marnotrawstwo – pomyślał Soujen. – Co za marnotrawstwo”.
Szli przez statek tak szybko, jak tylko pozwalała na to ostrożność. Wrzaski i odgłosy strzałów przycichły, a huczący ogień niemal całkowicie tłumił wycie przeciążonego reaktora. Doszli do włazu i towarzysz Soujena przykucnął, żeby go otworzyć. Do środka napłynęło chłodne powietrze, w którym unosił się zapach potu i nieznanych zwierząt – zamiast rzezi i katastrofy.
– Nie zadajesz za wiele pytań – powiedział mężczyzna.
– Nie.
– Przypominasz droida separatystów.
Soujena to ukłuło, ale nie zaprotestował. Obrażano go w przeszłości o wiele dotkliwiej.
– Nazywasz się jakoś? – zagadnął mężczyzna.
– Jestem Hress – odparł Soujen.
Kłamstwo było niepotrzebne. Ale przebudził się niedawno i jeszcze do końca do siebie nie doszedł, a ten człowiek nie zasłużył sobie na nic z duszy czy tożsamości Soujena, dziecka klanu Nahasta, Alvadorjianina, syna swoich ojców, złożonego w ofierze galaktyce niesprawiedliwości. Prawda o Soujenie musiała trwać w ciszy, bo rozstrzygały się sprawy życia i śmierci.
Przywilej przebudzenia tej prawdy nie należał się nieznajomemu skazanemu na zagładę.
Mężczyzna zszedł pierwszy, wskakując do włazu płynnym ruchem. Soujen uznał, że to jego szansa, przetoczył się i zanurkował do wejścia, żeby wylądować przeciwnikowi na plecach. Zamiast tego jego ręce i stopy trafiły w podłogę. Rzucił się naprzód, trzymając się nisko nad pokładem, podczas gdy oczy przyzwyczajały mu się do jaśniejszego światła w czystszym, utylitarnym korytarzu. Gdyby złamał mężczyźnie kręgosłup, wszystko stałoby się prostsze, ale Soujen miał też inne możliwości.
Poczuł się jak głupiec, gdy ujrzał przypięty do ściany obok metalowy walec miny jonowej. Nabrał powietrza, by zakląć, i przyśpieszył, by przedostać się za minę, ale przed jego oczami zabłysło i zrozumiał, że go pokonano. Jego odczyty zgasły. Gdy jego mózg powrócił do stanu hibernacji, usłyszał:
– Nazywam się Saw Gerrera, a twój grób już nie może się ciebie doczekać.Rozdział 4. ŚMIAŁYM SZCZĘŚCIE SPRZYJA
Rozdział 4
ŚMIAŁYM SZCZĘŚCIE SPRZYJA
Z tych oraz pozostałych przyczyn żądam wszczęcia gruntownego śledztwa w sprawie okoliczności dotyczących zamachu na ówczesnego najwyższego kanclerza Palpatine’a, dyrektywy uznającej zakon Jedi za wrogi podmiot, taktycznych protokołów armii klonów dotyczących walki z Jedi będącymi członkami armii oraz traktowania niepełnoletnich Jedi, również będących członkami armii, przez nasze siły zbrojne. Śledztwo to powinno być przeprowadzone przez niezależną grupę prawników wojskowych i cywilnych, w przeciwnym razie będzie zmuszony się tym zająć Senat.
Bail prawie nie słyszał tego, co mówił. Stał na kładce menedżera nad halą fabryczną Eurivos HoloDynamics – jednego z ostatnich zakładów przemysłowych wciąż działających na wyższych poziomach Coruscant. Miejsce to idealnie nadawało się na przemówienie poświęcone rewitalizacji przemysłowej – zapowiedział, że o tym właśnie dziś będzie mówić. Niewielka publiczność poruszyła się niespokojnie pod arkuszami lśniących luster i pryzmatów, z których miały zostać wycięte laserami części holoprojektorów. Niektórzy z obecnych byli pracownikami fabryki, którym kazano tu przyjść – głównie z ras innych niż ludzka – robotnikami bez przynależności politycznej. Przyszli też ekspaci z Alderaana, którzy chcieli zobaczyć swojego senatora, z patriotyzmu lub ciekawości. Część była zaś gorliwymi zwolennikami Imperium, wierzącymi w Nowy Ład Palpatine’a, którzy z zapałem dokumentowali wszystko, co robili politycy uznani przez nich za przeciwników obecnej władzy.
Nie zjawili się przedstawiciele mediów, ale w powietrzu unosiło się bez entuzjazmu kilka kamdroidów.
Taki odbiór jego przemówienia wzbudzał w Bailu frustrację, irytację i gorycz – ale nie zaskakiwało go to. Mówił dalej, starając się zachować poważny i przekonujący ton.
– Nie można spodziewać się bezbłędnych działań w ćmiącym zamieszaniu wojny. Sądzę, że w ostatnich chaotycznych dniach konfliktu nasze władze zdecydowanie stanęły na wysokości zadania. – Kłamał niechętnie, ale miał świadomość, że nie może odstąpić w tych przemówieniach od pewnych zasad. – Ważne jest jednak, żeby stało się jasne, co i kiedy nasi przywódcy wiedzieli, i żebyśmy pamiętali, że ponoszą oni za to odpowiedzialność. Armia wciąż ściga wszystkich zbiegłych Jedi, musimy więc uzbroić się w informacje, by ocenić, które działania są rozsądne, a które – ekran unoszący się przed nim podpowiedział mu słowo „nieodpowiednie” – brutalne i okrutne. Pokonaliśmy kogoś takiego jak generał Grievous. Nie naśladujmy więc naszych wrogów po odniesieniu zwycięstwa.
Zakończył niekontrowersyjnymi formułkami, przypominając o potrzebie polepszenia pomocy medycznej dla klonów-weteranów, i podziękował Eurivos HoloDynamics za zorganizowanie tego spotkania. Widzowie powoli się rozchodzili. Kierownik hali zaczął zapędzać pracowników na stanowiska, jeszcze zanim Bail zdążył dojść do drzwi.
Przemówienie w tym lub podobnym kształcie wygłosił już kilkanaście razy od zakończenia wojny i intronizacji Palpatine’a. Za pierwszym razem spotkał się ze względnym zainteresowaniem części mediów i opinii publicznej, zaciekawionej prowokacyjnymi opiniami Alderaana o zmieniającej się sytuacji w galaktyce. Zauważył nawet w tłumie stażystę z gabinetu wielkiego wezyra. Ale w kolejnych tygodniach reagowano coraz obojętniej. Jedi przestali być tematem interesującym opinię publiczną i stało się jasne, że Bail był nadal tym, za co uważano go w ciągu ostatniej dekady – irytującym, ale niegroźnym buczeniem w uszach władzy. Dziś przemawiał publicznie po raz pierwszy od powrotu z Jedhy i żadne z wcześniejszych jego wystąpień aż tak go nie przygnębiło.
W otoczeniu pracowników ruszył do czekającego na nich śmigacza. Ktoś podał mu komlink i Bail założył słuchawkę. Gdy usłyszał głos Brehy, natychmiast się rozluźnił, stał się bardziej świadomy swojego oddechu, stawianych kroków, całego ciała. Jego żona jak zwykle była jego zbawieniem.
– I jak poszło? – zapytała. – Twój szef biura mówi, że odszedłeś od tekstu.
– Mój szef biura powinien poskarżyć się mnie, zamiast wciągać w to ciebie. Tak, popełniłem błąd. Ale mówiłem ci o Jedzie. Palpatine tak podkręcił nastroje u swoich zwolenników, że dręczą nas tylko za to, że śmiemy opłakiwać tych, których straciliśmy.
– Poplecznicy Imperium wciąż cię prowokują?
– Dziś nikt nawet nie krzyczał.
– I poczułeś się urażony…
– Oczywiście, że nie. No, może. – Westchnął. – Nie próbuję narobić sobie wrogów, naprawdę. Nie potrzebuję więcej wrogów. Po prostu…
Urwał. Breha odczekała chwilę, a potem zapytała:
– Po prostu co? Twój instynkt każe ci walczyć, ale ja chcę, żebyś powiedział jak! Opowiedz mi o strategii. Albo powiedz, że jesteś pewien i że powinnam ci zaufać. Jedno albo drugie – wszystko mi jedno.
Bail odchrząknął. Oczywiście słusznie mu zarzucała, że działa zbyt spontanicznie. Do tej pory instynkt dobrze prowadził go w życiu, ale kiedy próbował go analizować, rozkładać na czynniki pierwsze plan, który spreparowała jego podświadomość, odnosił wrażenie, jakby wątpił w samego siebie. Mimo to spróbował – dla niej.
– Tak, po części wynika to z mojego uporu, przyznaję. – „Ale tylko tobie, nikomu innemu”_. –_ Jednak po części… Nie możemy pozwolić, by opinia publiczna zapomniała o Jedi, a nikt inny o nich nie mówi. Musimy… Ja muszę o nich przypominać. Ale tutaj chodzi… – Nie wiedział, jak zakończy to zdanie, bo układał myśli w całość właśnie teraz, w locie. – …Chodzi o tych, których nie ma na spotkaniach. Palpatine nastawił przeciwko Jedi bardzo wielu i zrobił z zakonu organizację złoczyńców, ale przysięgam ci, że nie wszyscy w to wierzą. Bo są ludzie, którzy boją się powiedzieć coś głośno, którzy nie chcą być ogłoszeni przez sąsiadów sympatykami separatystów i których nie stać na bilet na Jedhę – albo którzy po prostu nie chcą się rzucać w oczy. I ja muszę przemówić w ich imieniu. Mam dostęp do mediów, a służby nic mi nie zrobią. To mój obowiązek.
Breha milczała. Bail ściszył głos, tak żeby nawet jego pracownicy nie mogli nic usłyszeć.
– Poza tym wszyscy znów będą się tym przejmować, kiedy prawda wyjdzie na jaw, kiedy pojawią się konkrety, które dodadzą im odwagi. Do tego czasu nie mogę ustąpić.
– A nie wydaje ci się – rzekła Breha – że przeceniasz liczbę osób, które milczą, bo się boją? Nie wszyscy kochali Jedi tak jak ty – w opinii większości zawsze trzymali się na dystans – a Palpatine cieszy się wielkim poparciem.
– Nie. Są tacy, Breho. Naprawdę.
Nie wierzyła mu. Wiedział to i mógł z tym żyć, a w każdym razie nie zamierzał się sprzeczać. Pożegnali się, obiecali sobie, że niedługo zobaczą się w domu, i Bail wsiadł do śmigacza razem ze swoimi pracownikami. Polecieli na kolejne spotkanie, mityng, zbiórkę czy co tam było w kalendarzu. W drodze myślał o tym, do jakiego stopnia nic mu nie groziło, skąd wiedział, że służby Palpatine’a się za niego nie zabiorą – jeszcze nie teraz.
Już raz go aresztowano, razem z Mon Mothmą i kilkunastoma innymi senatorami, wkrótce po proklamacji Imperium. Większość z zatrzymanych nosiła znane nazwiska i podpisała Petycję 2000 – jeszcze przed likwidacją Republiki Delegacja podjęła w ten sposób próbę odebrania Palpatine’owi uprawnień nadzwyczajnych i zostało to uznane za zdradę. Funkcjonariusze służby bezpieczeństwa zamknęli Baila w wygodnej celi, dali mu dostęp do kanałów informacyjnych, datapadów i większości tego, o co poprosił. Żeby odzyskać wolność, musiał tylko złożyć przysięgę lojalności wobec nowego reżimu – potraktować całą sprawę jak kwestię polityczną, a nie jak potworność, którą była, i zapewnić wszystkich, że przejęcie władzy przez Imperatora jest w pełni zgodne z prawem. Zaakceptował to – dla swojego dobra, dla dobra swojej rodziny, dla dobra galaktyki – i od tamtej pory trzymał się granic języka polityki. W przemówieniach nie używał słów takich jak „tyran” czy „rzeź”, nawet jeśli to, co mówił, je sugerowały.
Imperator był potworem. Ale Bail miał pewność, że te zatrzymania stanowiły blef, próbę zastraszenia Senatu, zmuszenia go do posłuszeństwa, ponieważ Palpatine nadal go potrzebował i nie obawiał się senatorów, w odróżnieniu od Jedi. Palpatine nie będzie chciał rozprawić się z Bailem, póki ten wyraźnie nie pokaże, że stanowi prawdziwe zagrożenie dla jego władzy.
Oznaczało to, że Imperator nie zdawał sobie sprawy z tego, że Bail znał prawdę, choć senator doskonale wiedział, jak tamten przejął władzę – i przez to stanowił dla niego rzeczywiste zagrożenie.
Był zatem bezpieczny – na razie. Z każdym słowem, które w przyszłości wypowie, z każdym odzewem opinii publicznej, który wzbudzi, Imperator zacznie nabierać coraz większych podejrzeń. Rozpoczęło się odliczanie, a Bail nie miał jak go spowolnić. Mógł tylko przyśpieszyć chwilę, w której zwróci na siebie uwagę. A to oznaczało, że musiał działać szybko.Rozdział 6. WOJNA NA MANIERY
Rozdział 6
WOJNA NA MANIERY
Chyba od czasów, kiedy Valorum był kanclerzem… Czy to możliwe? Jak dobrze cię widzieć!
Mon olśniewała w towarzystwie. Krążyła wśród gości, wciągając ich w rozmowę z tak idealnym wyczuciem, jakby cała choreografia spotkania została zaplanowana wcześniej. Przerzucała się błyskotliwymi ripostami i anegdotami z gośćmi, którzy chcieli zobaczyć senator z Chandrili w nieformalnym, swobodnym nastroju. Słuchała uważnie ofiarodawców, którzy wydali dziesięć tysięcy kredytów na prawie wystygnięty posiłek, byle tylko móc zażądać podjęcia działań w jakiejś sprawie. Mon ukłuło poczucie winy, że wszystko, co się tu działo, zupełnie jej nie obchodziło – że powtarzała stare anegdoty, że uważała tylko, by uśmiechać się i kiwać głową w określonych chwilach – ale jak powiedział raz jej mentor, nieuwaga stanowiła jeden z profitów dużego doświadczenia. Po paru latach można było sobie zasłużyć na prawo do nieprzejmowania się tym wszystkim.
– Masz absolutną rację. Cały nasz system przepisów dotyczących bezpieczeństwa hipernapędu jest przestarzały i musimy się tym zająć.
Oficjalnie kolacja została wydana na cześć weteranów powracających z wojny. W przyjęciu brało udział siedmiu odznaczonych medalami żołnierzy – nie klonów – w tym medyk piechoty, który stracił obie nogi, i komodor, który odniósł wspaniałe zwycięstwo na Zewnętrznych Rubieżach. A jednak prawda – znana wszystkim, może poza biednym medykiem – była taka, że wydarzenie służyło do zbierania pieniędzy na zbliżające się kampanie wyborcze do Senatu. Mon miała kolegów, którzy uważali zbiórki pieniężne i prowadzenie kampanii wyborczej za niedemokratyczne. Ci sami senatorowie wychwalali wyższość swoich ojczystych planet, na których finansowanie wyborów ze środków publicznych, złożony system merytokracji lub funkcjonowanie całej społeczności w oparciu o umysł roju sprawiały, że takie rzeczy jak zbiórki czy zachęcanie do siebie wyborców stawało się niepotrzebne. Ale zazwyczaj większość rozumiała, że należało dbać o przedłużenie mandatu sojuszników politycznych wszelkimi środkami, na jakie pozwalały ich władze. Alternatywa – utraceni sprzymierzeńcy, utracone głosy – wydawała się zbyt straszna.
– Chcesz poznać sekret? Nie powinno nas tu być. Wynajmowanie budynku Senatu na prywatne uroczystości łamie przepisy Ustawy Bentrinusa, ale od lat nikt tego egzekwował.
Beneficjentami dzisiejszej zbiórki miało być sześcioro senatorów z Kolonii. Troje należało również do Delegacji 2000 i niezłomnie wspierało dążenia do pokoju i reform, pragnąc zakończenia wojny i anulowania ustawy o uprawnieniach nadzwyczajnych. Pozostali byli mniej stałymi sojusznikami, ale stanowili zwartą frakcję, a przy wzajemnym popieraniu inicjatyw ustawodawczych okazywali rozsądek i można było na nich polegać. „Lepiej, żeby zachowali mandaty – pomyślała Mon – niż żeby zastąpili ich imperialistyczni wyznawcy nowego reżimu”.
Mon szła między marmurowymi kolumnami i holograficznymi dziełami sztuki w atrium na siódmym piętrze, wypatrując męża. Nie przyjmowała poczęstunku od droidów kelnerów (nie mieli budżetu na organiczną obsługę). Choć w ich związku aspekt romantyczny dawno wygasł, Perrin zawsze stawał na wysokości zadania podczas publicznych wydarzeń, odgrywając rolę partnera senator Mothmy. Był czarującym „zwykłym człowiekiem”, podczas gdy Mon jawiła się jako intelektualistka trzymająca się twardo zasad. I choć nie miała na razie szczęścia w rozmowie z toydariańskimi kupcami wina ani z wysłannikiem z D’Assem, może Perrin okaże się w tej kwestii jej wybawieniem…
Z zamyślenia wyrwał ją donośny głos. Odwróciła się do Fontanny Żałobnych Wód. Kilkanaście osób otaczało tam gestykulującego mówcę.
– …kody sekwencyjne to kompletne pogwałcenie zasad Republiki! Wyobraźmy sobie rząd – jakikolwiek – który może śledzić swoich obywateli wszędzie. Wielki wezyr twierdzi, że to ze względów bezpieczeństwa, ale czyjego bezpieczeństwa?
I przemawiający niemal natychmiast przeszedł do odsądzania władzy od czci i wiary za likwidację rad nadzorczych i prywatyzowanie mediów oraz banków.
Senator Bail Organa. Mon westchnęła i zmobilizowała swoje aktorskie umiejętności, żeby nie okazać po sobie niepokoju.
Bail był charyzmatyczny i cieszył się dużą popularnością. Małżeństwo z uwielbianą królową Alderaana uczyniło z niego ulubieńca planety, a jego aktywność w sferze publicznej przyciągała zainteresowanie mediów z całej galaktyki. Nieraz spotykał się z atakami – brano go za radykalnego reformistę, pragnącego zniszczyć instytucje Republiki, bo według niego stały się narzędziami wielkiego kapitału. Ale z tych samych przyczyn kochała go młodzież, krytyczna wobec współczesnego systemu politycznego, a ci, którzy pragnęli wspierać bogactwami i zasobami Światów Jądra układy położone dalej oraz lokalne władze planet, uważali go za bohatera. Wojna nieco zmieniła jego reputację w oczach opinii publicznej – niektórzy ze zwolenników Baila uznali, że zagarnianie władzy przez Palpatine’a to właśnie takie reformy, jakich pragnęli, z kolei stałe wsparcie Baila dla armii Republiki i klonów zwiększyło jego popularność wśród osób o umiarkowanych poglądach. Zachował jednak reputację niezłomnego polityka, który zawsze mówi prawdę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki