Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Star Wars. Rządy Imperium. Maska strachu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 maja 2026
3420 pkt
punktów Virtualo

Star Wars. Rządy Imperium. Maska strachu - ebook

„Dla zapewnienia bezpieczeństwa i ciągłej stabilności Republika będzie przekształcona w Pierwsze Imperium Galaktyczne! Dla niezagrożonego i bezpiecznego społeczeństwa!”

 

Jednym przemówieniem, które spotkało się z grzmiącymi oklaskami, kanclerz Palpatine zakończył brutalnie erę Republiki. Na jej miejsce przyszło Imperium Galaktyczne. W całej galaktyce wszyscy radowali się z końca wojny i obietnic lepszego jutra. Jednak lepsze jutro okazało się kłamstwem. Galaktyka stała się straszliwym miejscem, w którym rządziło okrucieństwo i strach przed reżimem Imperatora. Mon Mothma, Saw Gerrera i Bail Organa dostrzegają nadchodzący mrok już w pierwszym przerażającym roku tyranii. Kiedyś to dzięki nim powstanie Sojusz Rebeliantów. Jednak najpierw każde z nich musi znaleźć dla siebie cel i kierunek działań w zmieniającym się świecie. I każde z nich ma własne tajemnice, obawy i nadzieje związane z przyszłością, która może nigdy nie nadejść – chyba że sami się o to postarają.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8424-512-5
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1. ŚWIĘTE MIASTO

Roz­dział 1

ŚWIĘTE MIA­STO

Święte Mia­sto, wyrzeź­bione w ska­łach na pustyni, odci­nało się od mrocz­nego nieba niczym syl­wetka samot­nego wędrowca na pust­ko­wiu. Płowe mury, pokryte wie­lo­wie­ko­wym kurzem, z daleka wyda­wały się miej­scem bez życia, któ­rego jedyne bło­go­sła­wień­stwo pole­gało na tym, że upar­cie nie pod­da­wało się ero­zji i nie sta­piało w jedno z pia­skiem.

Jed­nak pomimo tego, że na tym księ­życu pano­wała duszna atmos­fera pra­daw­nych tra­dy­cji, a w sła­bych pro­mie­niach dogo­ry­wa­ją­cego słońca bla­kło tutaj wszystko, ulice mia­sta wabiły oko kolo­rami: ramiona odziane w czer­wone płasz­cze potrą­cały sza­fi­rowe nara­mien­niki, zie­lone ręce muskały mie­niące się czułki. Istoty o naj­róż­niej­szym wyglą­dzie tło­czyły się na bruku – szły, peł­zły, masze­ro­wały pod bra­mami, mar­ki­zami skle­pów i wiszą­cymi nie­ru­chomo fla­gami. Stłu­mione szepty potę­go­wały panu­jącą w mie­ście atmos­ferę żałoby, lecz obec­ność tłumu, nie­skoń­czone kroki i sze­lest szat two­rzyły gwar, który zda­wał się zapo­wia­dać burzę.

Od czasu do czasu roz­le­gał się okrzyk:

– Jedi! Nie ma Jedi!

Jakby to było coś zupeł­nie nowego. Jakby znik­nęli ze świą­tyń wła­śnie tego ranka – a nie zostali wymor­do­wani wiele tygo­dni wcze­śniej w pora­ża­ją­cym akcie prze­mocy, zdrady i okrut­nej pychy.

W sza­rej chu­ście piel­grzyma Zte­nor­thy, w butach ze stuk-skóry, Bail Organa – Bail z rodu Pre­sto­rów, mał­żo­nek kró­lo­wej Alde­ra­ana, ojciec następ­czyni tronu, nie­gdyś sena­tor Repu­bliki Galak­tycz­nej, a obec­nie sena­tor Impe­rium Galak­tycz­nego – szedł wśród żałob­ni­ków bez eskorty, nie­roz­po­zna­wany, drżąc w zimo­wym chło­dzie. W tym gęstym tłu­mie czuł się – ku swo­jej uldze – sam i nawet nawie­dza­jące jego pamięć duchy jakby na chwilę go odstą­piły.

Pro­ce­sja, która gęst­niała coraz bar­dziej, skrę­ciła za róg i podą­żyła dalej cia­snym tune­lem. Wąskie strzel­nice zna­czące pro­sty wątek w cegla­nych murach suge­ro­wały, że znaj­do­wali się w ruinach twier­dzy, z któ­rej żoł­nie­rze mogli z ukry­cia celo­wać do oble­ga­ją­cych ich najeźdź­ców. Bail szedł z pochy­loną głową, żeby się nie poty­kać, ale też aby unik­nąć wścib­skich obiek­ty­wów ukry­tych kamer. Tłum nie masze­ro­wał szybko ani nie był wzbu­rzony, ale posu­wał się jed­nak z mocą i bez­wła­dem lodowca, a zatem gdyby ktoś po dro­dze upadł, zostałby zapewne zmiaż­dżony pod napo­rem idą­cych.

Tunel wycho­dził na ogromny plac, nad któ­rym góro­wał kamienny dysk, usta­wiony pio­nowo na wiel­kim postu­men­cie. Zazwy­czaj na placu pełno było żebra­ków, pokrzy­ku­ją­cych prze­kup­niów i samo­zwań­czych pro­ro­ków. W budyn­kach wokół znaj­do­wały się skle­piki z napa­rami zio­ło­wymi i roz­ma­itymi dro­bia­zgami. Jak powie­dziano Bailowi, był to jeden z osiem­dzie­się­ciu ośmiu takich pla­ców w Świę­tym Mie­ście i pomimo swo­jego świę­tego cha­rak­teru niczym się nie wyróż­niał. Tego dnia jed­nak żebracy, uliczni krzy­ka­cze i pro­rocy oraz kupcy ustą­pili miej­sca nie­koń­czą­cej się pro­ce­sji. Spo­śród tysięcy żałob­ni­ków na placu może z setka zdo­łała wci­snąć się na postu­ment. Stło­czeni tam, naparli na dysk i jęli obra­cać go wokół osi. Sta­rzy męż­czyźni pchali go na kola­nach, a ogromny Crag­mo­loid dyszał i stę­kał, napie­ra­jąc nań ramio­nami i wpa­tru­jąc się jed­no­cze­śnie w niebo. W jego oczach malo­wał się głę­boki smu­tek. Po jed­nej czwar­tej obrotu kil­ku­na­stu piel­grzy­mów scho­dziło z pode­stu, a inni szybko zaj­mo­wali ich miej­sce, żeby dysk nie prze­stał się obra­cać.

Zewsząd roz­le­gały się teraz pła­cze i okrzyki żałob­ni­ków, któ­rzy ule­gali nastro­jowi rytu­ału.

– Mistrz Tiin! – zawo­łał ktoś, a ktoś inny krzyk­nął: – Sio­stro!

Trzeci głos roz­po­czął lita­nię:

– Allie! O’ra’ve! Cala­da­sto­rous!

Jed­nak zwy­kle wyda­wano okrzyki bez słów – pły­nące z serca. Baila kusiło, by dołą­czyć do tego chóru, ale prze­cież on nie prze­ży­wał despe­rac­kiej żałoby, żałoby bez­rad­nej, wyzby­tej odpo­wie­dzial­no­ści. Gdyby więc teraz zakrzy­czał z roz­pa­czy, usły­sza­łyby to jego duchy i znów zaczę­łyby go nękać.

Prąd tłumu niósł go nie­ubła­ga­nie ku postu­men­towi. W oddali wzniósł się ledwo sły­szalny krzyk:

– Zdrajcy! Zdrajcy Repu­bliki!

Nikt jed­nak jakby tego nie zauwa­żył.

Bail spraw­dził godzinę i pró­bo­wał opóź­nić swoje wej­ście na postu­ment tak długo, jak mógł, w końcu jed­nak i on zna­lazł się wśród żałob­ni­ków napie­ra­ją­cych na arte­fakt. Oka­zało się, że trudno go poru­szyć – postu­ment i reliefy na dysku były wygła­dzone i śli­skie, a tylko wszech­obecny w Świę­tym Mie­ście kurz zapo­bie­gał pośli­zgnię­ciu. Bail pchał i pomimo zimna spły­wał potem, ale czuł, że dysk rze­czy­wi­ście się obraca. Wyda­wało mu się, jakby jego wysi­łek był bez­sku­teczny, że to więksi i sil­niejsi żałob­nicy wpra­wiali monu­ment w ruch, jed­nak nie usta­wał. Kamień zgrzy­tał o kamień.

Po pra­wej miał Tar­sunta o fio­le­to­wej skó­rze, w kurtce i pod­nisz­czo­nych spodniach robot­nika. Męż­czy­zna był bar­czy­sty, ale niski jak na swój gatu­nek. Odwró­cił wąską twarz do Baila i ski­nął mu głową.

– Powi­nien pan być w domu – powie­dział – z żoną i malutką córką.

„Powi­nie­nem” – pomy­ślał Bail. Trudno było zaprze­czyć. Rzekł więc tylko:

– A pan, admi­rale, powi­nien dowo­dzić flotą. A jed­nak obaj jeste­śmy tutaj.

I znów naparli na dysk. Kamień zazgrzy­tał, zapisz­czał i obró­cił się znów o pół metra, a wtedy admi­rał zapy­tał:

– Dla­czego?

– Dla­czego tu jestem?

– Tak.

Bail zamie­rzał wzru­szyć ramio­nami, ale oka­zało się, że to nie­moż­liwe, kiedy jed­no­cze­śnie napiera się nimi na kamień. Wyda­wało mu się, że jeśli roz­luźni mię­śnie, upad­nie.

– Naj­pierw pan – stęk­nął.

Tar­sun­to­wie nie nale­żeli chyba do szcze­gól­nie sil­nych ras, ale admi­rał spra­wiał wra­że­nie, jakby zupeł­nie się nie męczył. Bail poczuł się przy nim stary i słaby – cóż, wła­ści­wie miał do tego prawo. Bo z pew­no­ścią za mło­dego uwa­żać się już nie mógł.

– Widzia­łem Jedi wal­czą­cych w bar­dzo wielu bitwach – rzekł po chwili admi­rał, pochy­lony pod kamie­niem. – Nie­któ­rych obser­wo­wa­łem z daleka. Z innymi jada­łem kola­cję, ukła­da­łem plany, dzie­li­łem koszary w tere­nie. Wielu lubi­łem, nie­któ­rzy zaczęli mnie z cza­sem iry­to­wać, wszy­scy jed­nak zasłu­żyli sobie na mój sza­cu­nek. Wszy­scy byli dziel­nymi, pra­wymi straż­ni­kami Repu­bliki. Zapewne nie doty­czyło to każ­dego Jedi. Żadna orga­ni­za­cja nie jest wolna od zepsu­cia, a o tym, co knuła pod koniec Naj­wyż­sza Rada, trudno mi się wypo­wia­dać. Ale czyny tych ryce­rzy, któ­rych oso­bi­ście pozna­łem, nie są spla­mione cie­niami ich prze­ło­żo­nych. Ni­gdy nie uwie­rzę, że byli kimś gor­szym, niż się wyda­wali, nie­za­leż­nie od zdra­dziec­kich poczy­nań Rady. – Urwał na chwilę i spoj­rzał na tłum. – I wygląda na to, że nie jestem w tym odosob­niony.

– Nie – wykrztu­sił z tru­dem Bail. – Ale na Coru­scant nie było takiej uro­czy­sto­ści.

– Ani na moim świe­cie – przy­znał admi­rał – ani na pla­ne­cie mojego brata, Alsa­ka­nie. Na Kore­lii, na któ­rej sta­cjo­no­wa­łem pod koniec wojny, w każ­dym mie­ście tłumy paliły wize­runki Jedi. Nie­któ­rzy potę­piali zakon za zdradę, a inni… Inni byli po pro­stu znu­żeni i obwi­niali Jedi za to, że nie zdo­łali zapo­biec woj­nie lub za to, że szyb­ciej jej nie zakoń­czyli. A tu, na Jedzie, jest nas wielu. Może i milion – wszy­scy piel­grzymi, któ­rzy odwie­dzili ten święty świat. Ale gdy wró­cimy na nasze rodzinne pla­nety, roz­rzu­cone po całej galak­tyce, zoba­czymy, że tych, któ­rzy wspo­mi­nają Jedi życz­li­wie, będzie bar­dzo nie­wielu.

W Bailu wez­brała fala gory­czy – wymie­rzona w admi­rała, Impe­ra­tora, który uni­ce­stwił zakon Jedi, a może w tych, któ­rzy uwie­rzyli w jego kłam­stwa. Rów­nie dobrze jej celem mogły być same gwiazdy. Prze­kie­ro­wał swój gniew w siłę ramion i pchnął. Dysk obró­cił się jesz­cze o pół metra. Piel­grzym po lewej stro­nie Baila pośli­zgnął się i upadł. Zro­biło się zamie­sza­nie, gdy w cia­sno­cie pró­bo­wano pomóc mu wstać.

– Bail, dla­czego pan tu jest? – zapy­tał znów admi­rał. Nie zabrzmiało to życz­li­wie ani łagod­nie, ani też nie­cier­pli­wie, jed­nak ton męż­czy­zny nie dopusz­czał wymi­ja­ją­cej odpo­wie­dzi.

Gniew Baila ustą­pił tak szybko, jak się poja­wił. Co mógł powie­dzieć admi­ra­łowi? Ufał mu. W prze­ciw­nym razie ni­gdy nie popro­siłby go o spo­tka­nie. Jed­nak żadna pro­sta odpo­wiedź nie wyda­wała mu się wystar­cza­jąca. Mógłby rzec, że miał wśród Jedi przy­ja­ciół, lecz byłoby to zbyt banalne. Mógłby powie­dzieć, że chciał uczcić kobietę, która nie­zmier­nie sza­no­wała Jedi, a która ode­szła z tego świata – albo też, że chciał w ten spo­sób splu­nąć w twarz nowemu reżi­mowi. Nie mógł jed­nak z pew­no­ścią otwar­cie wyznać strasz­li­wej prawdy, którą znał – tajem­nic, przez które opu­ścił dom, żonę i córkę.

– Za młodu – ode­zwał się w końcu, zmniej­sza­jąc napór na dysk, żeby odzy­skać siły – pozna­łem ryce­rza Jedi. Prze­by­wał u nas w związku z pew­nym pro­ble­mem w naszej rodzi­nie. Nie pozna­łem go dobrze – choć myśla­łem, że tak… wie pan, jakie są dzieci – ale podzi­wia­łem go. Powie­dzia­łem sobie… – Bail wspo­mniał twarz swo­jego ojca i jego skom­pli­ko­waną rela­cję z dziad­kiem, a potem sku­pił się śpiesz­nie na tym, co było ważne w tej chwili. – Kodeks Jedi zna­czył coś bar­dziej rze­czy­wi­stego, kon­kret­niej­szego niż wszel­kie zestawy zasad, które wpa­jali mi nauczy­ciele. Wycho­wa­łem się wśród ludzi, któ­rzy cenili wyniki bar­dziej niż metody czy ludzi. Powie­dzia­łem sobie, że jeśli sam nie mogę żyć w opar­ciu o cnoty Jedi, ułożę wła­sny zestaw zasad, z któ­rych będę mógł być dumny.

Admi­rał spra­wiał wra­że­nie, jakby go nie usły­szał. Bail znów naparł na dysk. Jego palce wpi­jały się w nie­wia­ry­god­nie stare reliefy, wydra­py­wały mikro­sko­pijne kawa­łeczki krysz­ta­łów kyber wbite w skałę, przy­wra­ca­jąc chwałę i potęgę wszech­świa­towi. Kiedy dysk, Kamień Pierw­szych Łez, się obra­cał, duchy umar­łych były mie­lone na pył gwiezdny i z nie­spo­koj­nych zjaw prze­mie­niały się w ener­gię życia, aby następ­nie odra­dzać się w nie­skoń­czo­nych posta­ciach. Tak gło­siła legenda.

Bail w nią nie wie­rzył, ale w rytu­ałach zawsze tkwiła pewna siła. Chciałby móc sko­rzy­stać z potęgi kamie­nia i poczuć to, co zda­wali się czuć żałob­nicy wokół niego – zamiast cier­pieć, jęczeć i uża­lać się nad sobą wraz z całą cho­lerną galak­tyką.

Wresz­cie ukoń­czono kolejne ćwierć obrotu i admi­rał odcią­gnął Baila od dysku, zaś inni piel­grzymi ruszyli szybko do przodu, by ich zastą­pić. Bail znów zna­lazł się w pro­ce­sji. Każdy krok sta­no­wił próbę dla jego zmę­czo­nych nóg.

– Czego mógłby pan ode mnie chcieć? – ode­zwał się cicho admi­rał. – Ma pan więk­szy dostęp do taj­nych infor­ma­cji.

Bail pokrę­cił głową i przy­su­nął się bli­żej. Pomimo chłod­nego dnia było mu gorąco, z pew­no­ścią też cuch­nął potem, ale nie mogli sobie pozwo­lić, by ktoś ich teraz pod­słu­chał.

– Wywiad odma­wia jakich­kol­wiek odpo­wie­dzi. Zgła­sza­łem pyta­nia publicz­nie, pro­si­łem kana­łami nie­ofi­cjal­nymi, ale zamy­kają uszy. Nowe wła­dze… – „Ostroż­nie. Nie wystrasz go. Nie mów niczego, czego i tak już sam nie wie”. – Widział pan oświad­cze­nie Pal­pa­tine’a, kiedy ogło­sił się Impe­ra­to­rem. Powie­dział, że Jedi byli zepsuci – co do jed­nego. Oto całe jego wyja­śnie­nie, dla­czego ich zli­kwi­do­wano! Ale taki akt… Uni­ce­stwie­nie całej kul­tury, pogrze­ba­nie pra­daw­nej, sza­no­wa­nej reli­gii…

– …wymaga wia­ry­god­nych dowo­dów – wszedł mu w słowo admi­rał. – Któ­rych Impe­ra­tor nie przed­sta­wił, pomimo oświad­czeń w spra­wie tej kon­kret­nej grupy napast­ni­ków. Zga­dzam się. Ale to pan zasiada w Senac­kiej Komi­sji Wywiadu. I powta­rzam, pań­ski dostęp…

– Mój dostęp powi­nien być więk­szy niż pań­ski. Ale czasy się zmie­niają, przy­ja­cielu. Wywiad być może chęt­niej poroz­ma­wia z admi­ra­łem, skoro sena­to­rowi nie chce udzie­lić żad­nej uprzej­mej odpo­wie­dzi. Nie spo­dzie­wam się cudów po pań­skiej inter­wen­cji, ale obaj chcie­li­by­śmy zoba­czyć pełne dowody prze­ciwko Jedi, jakimi dys­po­nuje obecna wła­dza. Nawet jeśli Pal­pa­tine pod­pi­sał już na nich wyrok śmierci.

Admi­rał odchrząk­nął i poki­wał głową.

– Pod­pi­sał wyrok i go wyko­nał. – Zasta­na­wiał się przez chwilę. – Obie­cuje pan, że doj­dzie do peł­nego, publicz­nego ujaw­nie­nia danych?

– Jeśli będzie to w mojej mocy.

– Popy­tam. Kilka osób jest mi win­nych przy­sługę. Sko­rzy­stam z tego. Zoba­czymy, czy to coś da – nawet ci, któ­rzy współ­pra­co­wali z Jedi, nie patrzą teraz życz­li­wie na zakon. Ale niech pan nie prosi już o nic innego i nie wiąże z tym mojego nazwi­ska. Armia nie może zostać wplą­tana w sprawy poli­tyczne, zwłasz­cza że pokój jest na­dal nie­pewny.

– To zro­zu­miałe.

Admi­rał potrak­to­wał jego prośbę poważ­nie – Bail nie spo­dzie­wał się aż takiej przy­chyl­no­ści. Oby tylko to, co malo­wało się na jego twa­rzy, wyra­żało wdzięcz­ność, a nie tylko zdzi­wie­nie…

Zeszli z pode­stu Kamie­nia Pierw­szych Łez. Pro­ce­sja miała iść dalej, jesz­cze kilo­metr, choć Bail widział już, jak odłą­czają się od niej węż­sze potoki żałob­ni­ków, skrę­ca­ją­cych w boczne ulice – wra­cano do domu lub uda­wano się do świą­tyń i kościo­łów życz­li­wych im kul­tów. Już mu się wyda­wało, że to koniec roz­mowy z admi­ra­łem, gdy męż­czy­zna przy­su­nął się do niego bli­sko, bli­żej, niż było to konieczne w cia­sno­cie na placu, i znowu się ode­zwał:

– Chciał­bym poznać odpo­wiedź na jesz­cze jedno pyta­nie. Poznać jesz­cze jedną prawdę, którą nowe wła­dze ukry­wają.

– Słu­cham.

Admi­rał przez chwilę mil­czał, a kiedy znów prze­mó­wił, w jego gło­sie brzmiała deter­mi­na­cja.

– Dla­czego Naj­wyż­sza Rada Jedi to zro­biła? Dla­czego pró­bo­wali zabić kanc­le­rza? Nie­za­leż­nie od tego, czy byli w to zamie­szani jacyś inni Jedi, ta sprawa pozo­staje nie­roz­wią­zana i nie daje mi spo­koju. Co chcieli zyskać? Jak osoby sły­nące z pra­wo­ści mogły tak upaść i nikt tego nie podej­rze­wał? Na pana miej­scu – cią­gnął admi­rał – to wła­śnie naj­bar­dziej by mnie nie­po­ko­iło. Ja mogę tylko słu­chać roz­ka­zów moich prze­ło­żo­nych. Ale pan jest sena­to­rem i służy inte­re­sowi swo­ich oby­wa­teli.

Cze­kał chwilę na odpo­wiedź Baila, ten jed­nak mil­czał. W końcu admi­rał ruszył naprzód, stop­niowo odda­la­jąc się od sena­tora, metr po metrze prze­bi­ja­jąc się przez idący spo­koj­nie tłum. Bail nie przy­śpie­szył kroku. Lepiej, żeby ich razem nie widziano – a skąd można było mieć pew­ność, czy ktoś w Świę­tym Mie­ście ich nie obser­wuje?

Admi­rał zadał mu inte­li­gentne, prze­my­ślane pyta­nia. Bail znał odpo­wie­dzi – poznał je w dniu, w któ­rym zgi­nęli Jedi. Kanc­lerz Pal­pa­tine – czło­wiek, który ogło­sił się Impe­ra­to­rem – popeł­nił wcze­śniej jesz­cze strasz­liw­sze, mrocz­niej­sze zbrod­nie i miał bar­dziej prze­ra­ża­jące ambi­cje, niż kto­kol­wiek przy­pusz­czał. Jedi dowie­dzieli się prawdy i zna­la­zł­szy się w sytu­acji bez wyj­ścia, posta­no­wili sami powstrzy­mać tyrana wsz­czy­na­ją­cego wojny, mor­dercę dzieci, potwora. Ponie­śli klę­skę.

I ozna­czało to ich koniec.

Bail wszystko to wie­dział. Powie­dzieli mu o tym przy­ja­ciele i sojusz­nicy z zakonu Jedi, a on posta­wił wszystko na jedną kartę, poma­ga­jąc im zna­leźć bez­pieczne schro­nie­nie na krań­cach galak­tyki. Nie miał jed­nak żad­nych dowo­dów. Mógł jedy­nie roz­stać się z drę­czą­cymi go duchami prze­szło­ści, oczysz­cza­jąc imiona zamor­do­wa­nych – i mieć nadzieję na lep­sze jutro.

Może wów­czas zdoła spoj­rzeć na żonę oraz córkę i uwie­rzyć, że speł­nił swój obo­wią­zek. Nawet jeśli nie speł­nił go wystar­cza­jąco.

Na­dal szedł – coraz dalej od placu, zagłę­bia­jąc się w wąskie uliczki, przy któ­rych stały roz­sy­pu­jące się wieże, aż z zadumy wyrwał go grzmot. Rozej­rzał się, zdzi­wiony. Piel­grzymi wokół poru­szyli się ner­wowo i w oddali roz­le­gły się gło­śniej­sze pła­cze i roz­pacz­liwe krzyki. Obej­rzał się za sie­bie – tłum zafa­lo­wał gwał­tow­nie. Osoby z tyłu pchały tych, któ­rzy stali przed nimi, jakby ucie­ka­jąc przed czymś okrop­nym.

Wszy­scy zaczęli biec.

W jed­nej chwili roz­pę­tał się chaos. Nie­któ­rzy upa­dali na zie­mię. Inni ich dep­tali. Ludzie nawo­ły­wali bli­skich, bła­gali krzy­kiem o pomoc kogo­kol­wiek, kto ich usły­szy. Baila popy­chano, sztur­chano i choć pró­bo­wał zła­pać czy­jąś rękę wycią­gniętą do góry znad bruku, pomóc jakiejś bied­nej oso­bie, ucie­ka­jąca fala porwała go ze sobą i mógł już tylko wal­czyć o to, by utrzy­mać się na nogach. Coś – być może łokieć – tra­fiło go w ucho. Od ciosu zakrę­ciło mu się w gło­wie. Tłum obró­cił Baila do tyłu. Pró­bo­wał oprzeć się napo­rowi ciał, osło­nić twarz, a w końcu znów patrzył przed sie­bie, tam, gdzie nio­sło go to całe zbio­ro­wi­sko. Wąskie gar­dło ulicy pro­wa­dziło wszyst­kich w jed­nym kie­runku. Nie było stam­tąd ucieczki.

Jak długo to trwało, nie miał pew­no­ści. Czuł ból, czuł, jak jego ciało – osła­bione po wysiłku, jakim było pcha­nie dysku – obija się o inne ciała, chi­tynę lub sta­ro­żytne ceglane mury. Przez pewien czas obej­mo­wał ramie­niem star­szą kobietę – choć sam nie wie­dział, czy jej pomaga, czy też sam się na niej opiera. Pró­bo­wał zro­bić, co tylko mógł – a mógł bar­dzo nie­wiele.

Póź­niej, gdy sie­dział już w pyle, w zaułku bez wyj­ścia, zbyt małym, by można go nazwać uliczką, zaśmiał się ponuro i otarł krew z twa­rzy. Wysłu­chał wia­do­mo­ści o zama­chowcu, który pod­ło­żył bombę – o kimś, kto pra­gnął robić to, co Impe­rium, i oczy­ścić galak­tykę z Jedi oraz wszyst­kich ich zwo­len­ni­ków. Pró­bo­wał nie myśleć o tych, któ­rych zadep­tano w cha­osie paniki. Czuł się brudny, spla­miony śmier­cią i wła­sną eks­cy­ta­cją wyni­ka­jącą z walki o życie. Miał poczu­cie, że nie jest godny swo­jej córki – ostat­niego daru jesz­cze jed­nej nie­ży­ją­cej przy­ja­ciółki. Daru kobiety, która zgi­nęła razem z Jedi i która zaznała miło­ści jed­nego z nich.

Bail czuł się nie­godny Jedi. Jed­nak spo­czy­wa­jący na nich cię­żar stał się rów­nież jego cię­żarem. Musiało tak być – bo ina­czej mógłby spaść na barki Lei. On zaś był jej ojcem, a nie men­to­rem czy stró­żem, i zamie­rzał uczy­nić wszystko, by nieść ten cię­żar samo­dziel­nie.Rozdział 2. POWRÓT DO ŻYCIA

Roz­dział 2

POWRÓT DO ŻYCIA

Soujena naj­bar­dziej zasko­czyło to, jak szybko wojna się zakoń­czyła. A, tak – i jesz­cze ta sprawa z Jedi, ale w sze­ro­kiej per­spek­ty­wie Jedi ni­gdy nie odgry­wali waż­nej roli.

Oglą­dał koniec wojny w sta­nie śnie­nia. Jego ścieżki neu­ro­nowe pod wpły­wem odpo­wied­nich impul­sów wpro­wa­dziły go w tak zwany zwol­niony sen – a komora, w któ­rej się znaj­do­wał, prze­ka­zy­wała mu wia­do­mo­ści holo­ne­towe i prze­chwy­cone komu­ni­katy. Śnił o flo­tach sepa­ra­ty­stów oble­ga­ją­cych światy Repu­bliki, o armiach mecha­nicz­nych żoł­nie­rzy lądu­ją­cych na pla­ne­tach, gdzie przez tysiące lat nie doświad­czano kon­flik­tów. Wyobra­żał sobie robot­ni­ków krzy­czą­cych z rado­ści w fabry­kach dro­idów i bojow­ni­ków o wol­ność w Pasie Rha­ni­pur, trze­po­czą­cych entu­zja­stycz­nie skrzy­dłami i świę­tu­ją­cych koniec wojny – cie­szą­cych się, że strasz­liwy układ, na który zde­cy­do­wała się Kon­fe­de­ra­cja Nie­za­leż­nych Sys­te­mów, by sprze­dać się kor­po­ra­cjom w zamian za szansę na samo­sta­no­wie­nie, oka­zał się traf­nym wybo­rem.

Jed­nak sny na tym się nie skoń­czyły. Jego umysł zalały wizje uka­zu­jące, jak Repu­blika bez­względ­nie mor­duje mili­tar­nych przy­wód­ców sepa­ra­ty­stów. Soujen patrzył, jak po śmierci głów­no­do­wo­dzą­cych zała­mują się całe armie. W tym spo­wol­nio­nym śnie nie wie­dział, które z tych obra­zów były praw­dziwe, a które sta­no­wiły tylko jego wła­sne kosz­mary. Czy miliard – lub wię­cej – dro­idów naprawdę jed­no­cze­śnie prze­stał dzia­łać? Czy człon­ko­wie Rady Sepa­ra­ty­stów pod­dali się, czy też zostali zabici przez tych misty­ków, Jedi?

To ostat­nie zresztą nie miało zna­cze­nia, bo Jedi już nie było. Samo­zwań­czy straż­nicy Repu­bliki zostali wymor­do­wani, kiedy, korzy­sta­jąc z cha­osu, pod­jęli próbę oba­le­nia wła­snych władz. Wsku­tek tych cio­sów Repu­blika rów­nież prze­stała ist­nieć, a z jej popio­łów powstało Impe­rium Galak­tyczne. Soujen widział, że wojna rze­czy­wi­ście się skoń­czyła i że spra­wie­dli­wo­ści nie sta­nie się zadość.

Nie dzi­wiło go, że do tego doszło. Jed­nak nikt – ani Soujen Vak-Nha­lis, ani jego twórcy – nie spo­dzie­wał się, że sta­nie się to tak szybko.

///

Ile upły­nęło od końca wojny? Dla­czego nikt go stąd nie zabrał? Mogłyby mu to wyja­śnić jego cyber­ne­tyczne implanty, ale w zwol­nio­nym śnie jego cie­ka­wość się zmniej­szyła. Soujen w snach i kosz­ma­rach znaj­do­wał swego rodzaju spo­kój – zupeł­nie jakby krą­żący w jego żyłach gniew utrzy­my­wał go w sta­nie akcep­ta­cji, jeśli nie zado­wo­le­nia.

Przez powłokę komory poczuł nie­ja­sno ruch w pobliżu, a jed­no­cze­śnie dostał dresz­czy pod wpły­wem gorączki, połą­czo­nych z nie­mal eks­ta­tycz­nym wra­że­niem wyczer­pa­nia. Spraw­dził implanty i kom­pu­ter komory powia­do­mił go, że cykl powol­nego snu ma się ku koń­cowi. Zaczął też sły­szeć dźwięki – praw­dziwe dźwięki, docie­ra­jące do jego układu ner­wo­wego przez uszy, a nie cyber­ne­tyczne udo­sko­na­le­nia, a po chwili je ziden­ty­fi­ko­wał. Krzyki, znie­kształ­cone przez płynną barierę i ściany komory – znał dobrze te odgłosy. Uśmiech­nął się.

I w jed­nej chwili wró­cił do przy­tom­no­ści. Pod­cią­gnął się z tru­dem do pozy­cji sie­dzą­cej. Zadrżał, gdy che­miczna mie­sza­nina spły­nęła z jego ramion, prze­lała się przez brzegi komory i chlu­snęła na meta­lową pod­łogę. Poczuł zapach mydła i przy­po­mniał sobie, że powi­nien oddy­chać. Wyszedł ze zbior­nika i odcze­kał, by sta­bi­li­za­tory przy­wier­cone do skó­ro­osłon kolan przywró­ciły mu rów­no­wagę – żeby się nie przewró­cił. Komora zapo­bie­gała zani­kowi mię­śni, ale jed­nak chwilę mu zaj­mie, zanim sobie przy­po­mni, jak się stoi i cho­dzi. Uprze­dzano go o tym.

W sąsied­nim pomiesz­cze­niu ktoś krzy­czał. Soujen rozej­rzał się dookoła, obej­mu­jąc wzro­kiem wszystko – gro­dzie, pasy, urzą­dze­nia kon­tro­lu­jące tem­pe­ra­turę, brudne ściany i przy­ćmione świa­tło. Znaj­do­wał się w ładowni i choć świat wyda­wał mu się na wpół snem, nie miał wąt­pli­wo­ści, że jest w miej­scu, któ­rego wcze­śniej nie widział. Nie zanie­po­ko­iło go to, choć drga­nia pod­łogi i gry­zący zapach dymu, jaki wyczu­wał, skła­niały go do uzna­nia, że sta­tek, na któ­rym się obu­dził, został uszko­dzony i dry­fo­wał. Może jego komorę zapro­gra­mo­wano, by otwo­rzyła się w sytu­acji, gdy jed­nostkę cze­kało nie­uchronne znisz­cze­nie?

Sku­pił wzrok na otwar­tych drzwiach, za któ­rymi roz­błysk czer­wo­nego świa­tła roz­ja­śnił kory­tarz. Roz­le­gły się wystrzały z bla­ste­rów i znów krzyki.

W drzwiach sta­nęła chwiej­nie postać. Czło­wiek – jeden z nie­zli­czo­nych przed­sta­wi­cieli tego gatunku w galak­tyce. Tę kobietę wyróż­niały jed­nak czer­wone, ciek­nące pęche­rze na twa­rzy. Na widok Soujena zdzi­wiła się, zaka­słała wil­got­nym kasz­lem, a potem ruszyła ku niemu, poty­ka­jąc się.

Jego umysł na­dal pra­co­wał fleg­ma­tycz­nie, choć dwoje serc zabiło szyb­ciej, a mię­śnie odru­chowo się spięły. Bez­po­śred­nie zagro­że­nie uspo­ka­jało go – nie­bez­pie­czeń­stwo mocno zmniej­szało zakres decy­zji do pod­ję­cia. Nie musiał już zasta­na­wiać się nad tym, gdzie się znaj­do­wał. Podej­rze­wał, że kobieta została zaata­ko­wana bro­nią bio­lo­giczną, może gazem bojo­wym, nie­za­raź­li­wym, o powol­nym dzia­ła­niu. Czego chciała od jego komory, nie miał poję­cia, ale widział już dość osób umie­ra­ją­cych w cier­pie­niu, by wie­dzieć, że wraz z życiem umy­kało racjo­nalne myśle­nie.

Zabiłby tę kobietę – z lito­ści lub ostroż­no­ści, sam nie wie­dział – ale uprze­dził go ten, kto ją ści­gał, strze­la­jąc jej w plecy. Soujen instynk­tow­nie usu­nął się z linii ognia, męż­czy­zna jed­nak zdą­żył wejść do ładowni i wyce­lo­wać w niego, zanim Soujen usko­czył na wię­cej niż metr.

– Stój! – krzyk­nął męż­czy­zna.

Soujen spiął się do skoku, a męż­czy­zna bły­ska­wicz­nie wystrze­lił z kara­binu dwie wiązki. W powie­trzu śmi­gnęły błę­kitne bły­ski i Soujen poczuł gorąco nad ramie­niem, a potem ujrzał kaskadę kodów błędu w swoim polu widze­nia. Przez chwilę, kiedy implanty się restar­to­wały, zupeł­nie nic nie widział.

Zasko­czyło go to, bo do tej pory nikt nie zdo­łał ich uszko­dzić. Gdy wró­cił mu wzrok, usły­szał, jak napast­nik powta­rza:

– Stój.

Męż­czy­zna trzy­mał broń – czarny kara­bi­nek uży­wany w armii klo­nów, z podra­paną, zary­so­waną meta­lową powierzch­nią – ze swo­bodą wyszko­lo­nego żoł­nie­rza. Zacho­wy­wał się ostroż­nie, ale nie wyglą­dał na spię­tego.

– Poczu­łeś to? – ode­zwał się. – Jonowa moc wyj­ściowa jest cztery razy więk­sza. Kom­plet­nie zakłóca dzia­ła­nie implan­tów i czę­ści mecha­nicz­nych.

Soujen prze­niósł wzrok z broni na twarz mówią­cego. Był to rów­nież czło­wiek – ciem­no­włosy, o ciem­nej skó­rze, pobruż­dżo­nej bli­znami tak jak jego kara­bi­nek. Pod zewnętrz­nymi ozna­kami wska­zu­ją­cymi na kogoś, kto czę­sto sto­suje prze­moc, krył się zapewne względ­nie młody męż­czy­zna, ale Soujen nie miał co do tego pew­no­ści. Wśród swo­ich roda­ków, w kla­nach alva­dor­jiań­skich, Soujen mógłby oce­nić czyjś wiek po wytar­ciu pły­tek na gło­wie albo pla­mach na karku i szyi – kolo­ro­wych spi­ra­lach i krop­kach, które roz­sze­rzały się z wie­kiem i słu­żyły wyłącz­nie do uka­zy­wa­nia mądro­ści swo­jego wła­ści­ciela.

– Poczu­łem – odparł Soujen, bo roz­mowa dawała mu wię­cej czasu. Pod­łoga znów zadrżała. Nie czuł już odoru che­micz­nego pożaru, przy­tłu­miły go spa­le­ni­zna i smród pły­nów ustro­jo­wych, dobie­ga­jący od zwłok kobiety pod komorą.

– Wiesz? – zapy­tał męż­czy­zna. – O Impe­rium?

Soujen przyj­rzał się odle­gło­ści dzie­lą­cej go od napast­nika. Sześć metrów. Łatwo je będzie poko­nać, ale wciąż nie odzy­skał peł­nego pano­wa­nia nad swoim cia­łem, a implanty na­dal docho­dziły do sie­bie po ładunku jono­wym, który go tra­fił, więc oce­nił praw­do­po­do­bień­stwo swo­jego prze­ży­cia na mak­sy­mal­nie pięć­dzie­siąt pro­cent.

Męż­czy­zna par­sk­nął śmie­chem.

– Znam to spoj­rze­nie. Zasta­na­wiasz się, jak mnie zabić.

– Tak. – Soujen ni­gdy nie umiał kła­mać.

– W takim razie prze­łóżmy dłuż­sze prze­mó­wie­nia na póź­niej. Wiem, kim jesteś. Wiem, skąd się tu wzią­łeś i dla­czego piraci cię ze sobą zabrali. – Męż­czy­zna wska­zał jedną ręką na zwłoki, a może na komorę. Jego druga ręka, ta z bro­nią, ani drgnęła. – Możesz pójść ze mną albo zgi­nąć razem ze stat­kiem.

Soujen roz­wa­żył wszyst­kie moż­li­wo­ści. Pokła­dem znów zatrzę­sło i gdzieś nad nimi roz­legł się zgrzyt roz­dzie­ra­nego metalu.

– Pójdę z tobą – powie­dział.

Męż­czy­zna zmru­żył oczy i uśmiech­nął się, jakby chciał powie­dzieć: „Wiem, że taki łotr jak ty i tak będzie chciał mnie zabić”. Tak uśmie­chał się stryj Soujena, kiedy ten pró­bo­wał pod­kra­dać sło­dy­cze.

Wyszli z ładowni razem, w tańcu ostroż­nych kro­ków, tak aby nie spu­ścić z sie­bie nawza­jem wzroku. W kory­ta­rzu kłę­bił się dym, docho­dzący z bocz­nych przejść. Z paneli ser­wi­so­wych sypały się skry. Kory­tarz oka­zał się sze­roki, ale niski. Znaj­do­wały się w nim wyżło­bie­nia i szyny dla bar­dzo sze­rokich pojaz­dów trans­por­to­wych.

– Zało­dze sta­rego Krez­chaka robota w rękach aż się paliła. Plą­dro­wali wszyst­kie insta­la­cje sepa­ra­ty­stów w ośmiu sek­to­rach – mówił kon­wer­sa­cyj­nym tonem męż­czy­zna. – Szkoda, że nie dało się z nim doga­dać. Szkoda, że nie chciał oddać statku i ładunku. Ale samego pirata nie szkoda.

Męż­czy­zna wska­zał na zwłoki wycią­gnięte na pokła­dzie. Zapewne sta­rego Krez­chaka, uznał Soujen, choć to nazwi­sko nic mu nie mówiło.

Jego towa­rzysz tym­cza­sem roz­ga­dał się na dobre.

– W miej­scu, w któ­rym cię zna­lazł, sepa­ra­ty­ści musieli zosta­wić naprawdę sporo. Wiózł cię na Kafrene. Mówił, że zamie­rzał sprze­dać łupy na aukcji: bla­stery, che­mię i twoją komorę. Komorę wyce­niono na milion kre­dy­tów, choć raczej nie zda­wał sobie sprawy z tego, co tra­fiło w jego ręce.

Paso­wało to do tych strzę­pów infor­ma­cji, które Soujen do tej pory zdo­był, i wyja­śniało też, co się stało kobie­cie, pora­żo­nej bro­nią bio­lo­giczną. Upew­nił się, że jego baza danych znów działa, i spraw­dził swoje zapisy – ach, tak, razem z nim prze­cho­wy­wano pra­wie tysiąc litrów sza­rego syn­toxu. Taką ilo­ścią tru­ci­zny można by dopro­wa­dzić do roz­kładu małego księ­życa. Jeśli piraci go zna­leźli i nie zro­zu­mieli, co rabo­wali, gdy prze­no­sili komorę i zbior­niki z syn­to­xem na swój pokład…

„Co za mar­no­traw­stwo – pomy­ślał Soujen. – Co za mar­no­traw­stwo”.

Szli przez sta­tek tak szybko, jak tylko pozwa­lała na to ostroż­ność. Wrza­ski i odgłosy strza­łów przy­ci­chły, a huczący ogień nie­mal cał­ko­wi­cie tłu­mił wycie prze­cią­żo­nego reak­tora. Doszli do włazu i towa­rzysz Soujena przy­kuc­nął, żeby go otwo­rzyć. Do środka napły­nęło chłodne powie­trze, w któ­rym uno­sił się zapach potu i nie­zna­nych zwie­rząt – zamiast rzezi i kata­strofy.

– Nie zada­jesz za wiele pytań – powie­dział męż­czy­zna.

– Nie.

– Przy­po­mi­nasz dro­ida sepa­ra­ty­stów.

Soujena to ukłuło, ale nie zapro­te­sto­wał. Obra­żano go w prze­szło­ści o wiele dotkli­wiej.

– Nazy­wasz się jakoś? – zagad­nął męż­czy­zna.

– Jestem Hress – odparł Soujen.

Kłam­stwo było nie­po­trzebne. Ale prze­bu­dził się nie­dawno i jesz­cze do końca do sie­bie nie doszedł, a ten czło­wiek nie zasłu­żył sobie na nic z duszy czy toż­sa­mo­ści Soujena, dziecka klanu Naha­sta, Alva­dor­jia­nina, syna swo­ich ojców, zło­żo­nego w ofie­rze galak­tyce nie­spra­wie­dli­wo­ści. Prawda o Souje­nie musiała trwać w ciszy, bo roz­strzy­gały się sprawy życia i śmierci.

Przy­wi­lej prze­bu­dze­nia tej prawdy nie nale­żał się nie­zna­jo­memu ska­za­nemu na zagładę.

Męż­czy­zna zszedł pierw­szy, wska­ku­jąc do włazu płyn­nym ruchem. Soujen uznał, że to jego szansa, prze­to­czył się i zanur­ko­wał do wej­ścia, żeby wylą­do­wać prze­ciw­ni­kowi na ple­cach. Zamiast tego jego ręce i stopy tra­fiły w pod­łogę. Rzu­cił się naprzód, trzy­ma­jąc się nisko nad pokła­dem, pod­czas gdy oczy przy­zwy­cza­jały mu się do jaśniej­szego świa­tła w czyst­szym, uty­li­tar­nym kory­ta­rzu. Gdyby zła­mał męż­czyź­nie krę­go­słup, wszystko sta­łoby się prost­sze, ale Soujen miał też inne moż­li­wo­ści.

Poczuł się jak głu­piec, gdy ujrzał przy­pięty do ściany obok meta­lowy walec miny jono­wej. Nabrał powie­trza, by zakląć, i przy­śpie­szył, by prze­do­stać się za minę, ale przed jego oczami zabły­sło i zro­zu­miał, że go poko­nano. Jego odczyty zga­sły. Gdy jego mózg powró­cił do stanu hiber­na­cji, usły­szał:

– Nazy­wam się Saw Ger­rera, a twój grób już nie może się cie­bie docze­kać.Rozdział 4. ŚMIAŁYM SZCZĘŚCIE SPRZYJA

Roz­dział 4

ŚMIA­ŁYM SZCZĘ­ŚCIE SPRZYJA

Z tych oraz pozo­sta­łych przy­czyn żądam wsz­czę­cia grun­tow­nego śledz­twa w spra­wie oko­licz­no­ści doty­czą­cych zama­chu na ówcze­snego naj­wyż­szego kanc­le­rza Pal­pa­tine’a, dyrek­tywy uzna­ją­cej zakon Jedi za wrogi pod­miot, tak­tycz­nych pro­to­ko­łów armii klo­nów doty­czą­cych walki z Jedi będą­cymi człon­kami armii oraz trak­to­wa­nia nie­peł­no­let­nich Jedi, rów­nież będą­cych człon­kami armii, przez nasze siły zbrojne. Śledz­two to powinno być prze­pro­wa­dzone przez nie­za­leżną grupę praw­ni­ków woj­sko­wych i cywil­nych, w prze­ciw­nym razie będzie zmu­szony się tym zająć Senat.

Bail pra­wie nie sły­szał tego, co mówił. Stał na kładce mene­dżera nad halą fabryczną Euri­vos Holo­Dy­na­mics – jed­nego z ostat­nich zakła­dów prze­my­sło­wych wciąż dzia­ła­ją­cych na wyż­szych pozio­mach Coru­scant. Miej­sce to ide­al­nie nada­wało się na prze­mó­wie­nie poświę­cone rewi­ta­li­za­cji prze­my­sło­wej – zapo­wie­dział, że o tym wła­śnie dziś będzie mówić. Nie­wielka publicz­ność poru­szyła się nie­spo­koj­nie pod arku­szami lśnią­cych luster i pry­zma­tów, z któ­rych miały zostać wycięte lase­rami czę­ści holo­pro­jek­to­rów. Nie­któ­rzy z obec­nych byli pra­cow­ni­kami fabryki, któ­rym kazano tu przyjść – głów­nie z ras innych niż ludzka – robot­ni­kami bez przy­na­leż­no­ści poli­tycz­nej. Przy­szli też eks­paci z Alde­ra­ana, któ­rzy chcieli zoba­czyć swo­jego sena­tora, z patrio­ty­zmu lub cie­ka­wo­ści. Część była zaś gor­li­wymi zwo­len­ni­kami Impe­rium, wie­rzą­cymi w Nowy Ład Pal­pa­tine’a, któ­rzy z zapa­łem doku­men­to­wali wszystko, co robili poli­tycy uznani przez nich za prze­ciw­ni­ków obec­nej wła­dzy.

Nie zja­wili się przed­sta­wi­ciele mediów, ale w powie­trzu uno­siło się bez entu­zja­zmu kilka kam­dro­idów.

Taki odbiór jego prze­mó­wie­nia wzbu­dzał w Bailu fru­stra­cję, iry­ta­cję i gorycz – ale nie zaska­ki­wało go to. Mówił dalej, sta­ra­jąc się zacho­wać poważny i prze­ko­nu­jący ton.

– Nie można spo­dzie­wać się bez­błęd­nych dzia­łań w ćmią­cym zamie­sza­niu wojny. Sądzę, że w ostat­nich cha­otycz­nych dniach kon­fliktu nasze wła­dze zde­cy­do­wa­nie sta­nęły na wyso­ko­ści zada­nia. – Kła­mał nie­chęt­nie, ale miał świa­do­mość, że nie może odstą­pić w tych prze­mó­wie­niach od pew­nych zasad. – Ważne jest jed­nak, żeby stało się jasne, co i kiedy nasi przy­wódcy wie­dzieli, i żeby­śmy pamię­tali, że pono­szą oni za to odpo­wie­dzial­ność. Armia wciąż ściga wszyst­kich zbie­głych Jedi, musimy więc uzbroić się w infor­ma­cje, by oce­nić, które dzia­ła­nia są roz­sądne, a które – ekran uno­szący się przed nim pod­po­wie­dział mu słowo „nie­od­po­wied­nie” – bru­talne i okrutne. Poko­na­li­śmy kogoś takiego jak gene­rał Grie­vous. Nie naśla­dujmy więc naszych wro­gów po odnie­sie­niu zwy­cię­stwa.

Zakoń­czył nie­kon­tro­wer­syj­nymi for­muł­kami, przy­po­mi­na­jąc o potrze­bie polep­sze­nia pomocy medycz­nej dla klo­nów-wete­ra­nów, i podzię­ko­wał Euri­vos Holo­Dy­na­mics za zor­ga­ni­zo­wa­nie tego spo­tka­nia. Widzo­wie powoli się roz­cho­dzili. Kie­row­nik hali zaczął zapę­dzać pra­cow­ni­ków na sta­no­wi­ska, jesz­cze zanim Bail zdą­żył dojść do drzwi.

Prze­mó­wie­nie w tym lub podob­nym kształ­cie wygło­sił już kil­ka­na­ście razy od zakoń­cze­nia wojny i intro­ni­za­cji Pal­pa­tine’a. Za pierw­szym razem spo­tkał się ze względ­nym zain­te­re­so­wa­niem czę­ści mediów i opi­nii publicz­nej, zacie­ka­wio­nej pro­wo­ka­cyj­nymi opi­niami Alde­ra­ana o zmie­nia­ją­cej się sytu­acji w galak­tyce. Zauwa­żył nawet w tłu­mie sta­ży­stę z gabi­netu wiel­kiego wezyra. Ale w kolej­nych tygo­dniach reago­wano coraz obo­jęt­niej. Jedi prze­stali być tema­tem inte­re­su­ją­cym opi­nię publiczną i stało się jasne, że Bail był na­dal tym, za co uwa­żano go w ciągu ostat­niej dekady – iry­tu­ją­cym, ale nie­groź­nym bucze­niem w uszach wła­dzy. Dziś prze­ma­wiał publicz­nie po raz pierw­szy od powrotu z Jedhy i żadne z wcze­śniej­szych jego wystą­pień aż tak go nie przy­gnę­biło.

W oto­cze­niu pra­cow­ni­ków ruszył do cze­ka­ją­cego na nich śmi­ga­cza. Ktoś podał mu kom­link i Bail zało­żył słu­chawkę. Gdy usły­szał głos Brehy, natych­miast się roz­luź­nił, stał się bar­dziej świa­domy swo­jego odde­chu, sta­wia­nych kro­ków, całego ciała. Jego żona jak zwy­kle była jego zba­wie­niem.

– I jak poszło? – zapy­tała. – Twój szef biura mówi, że odsze­dłeś od tek­stu.

– Mój szef biura powi­nien poskar­żyć się mnie, zamiast wcią­gać w to cie­bie. Tak, popeł­ni­łem błąd. Ale mówi­łem ci o Jedzie. Pal­pa­tine tak pod­krę­cił nastroje u swo­ich zwo­len­ni­ków, że drę­czą nas tylko za to, że śmiemy opła­ki­wać tych, któ­rych stra­ci­li­śmy.

– Poplecz­nicy Impe­rium wciąż cię pro­wo­kują?

– Dziś nikt nawet nie krzy­czał.

– I poczu­łeś się ura­żony…

– Oczy­wi­ście, że nie. No, może. – Wes­tchnął. – Nie pró­buję naro­bić sobie wro­gów, naprawdę. Nie potrze­buję wię­cej wro­gów. Po pro­stu…

Urwał. Breha odcze­kała chwilę, a potem zapy­tała:

– Po pro­stu co? Twój instynkt każe ci wal­czyć, ale ja chcę, żebyś powie­dział jak! Opo­wiedz mi o stra­te­gii. Albo powiedz, że jesteś pewien i że powin­nam ci zaufać. Jedno albo dru­gie – wszystko mi jedno.

Bail odchrząk­nął. Oczy­wi­ście słusz­nie mu zarzu­cała, że działa zbyt spon­ta­nicz­nie. Do tej pory instynkt dobrze pro­wa­dził go w życiu, ale kiedy pró­bo­wał go ana­li­zo­wać, roz­kła­dać na czyn­niki pierw­sze plan, który spre­pa­ro­wała jego pod­świa­do­mość, odno­sił wra­że­nie, jakby wąt­pił w samego sie­bie. Mimo to spró­bo­wał – dla niej.

– Tak, po czę­ści wynika to z mojego uporu, przy­znaję. – „Ale tylko tobie, nikomu innemu”_. –_ Jed­nak po czę­ści… Nie możemy pozwo­lić, by opi­nia publiczna zapo­mniała o Jedi, a nikt inny o nich nie mówi. Musimy… Ja muszę o nich przy­po­mi­nać. Ale tutaj cho­dzi… – Nie wie­dział, jak zakoń­czy to zda­nie, bo ukła­dał myśli w całość wła­śnie teraz, w locie. – …Cho­dzi o tych, któ­rych nie ma na spo­tka­niach. Pal­pa­tine nasta­wił prze­ciwko Jedi bar­dzo wielu i zro­bił z zakonu orga­ni­za­cję zło­czyń­ców, ale przy­się­gam ci, że nie wszy­scy w to wie­rzą. Bo są ludzie, któ­rzy boją się powie­dzieć coś gło­śno, któ­rzy nie chcą być ogło­szeni przez sąsia­dów sym­pa­ty­kami sepa­ra­ty­stów i któ­rych nie stać na bilet na Jedhę – albo któ­rzy po pro­stu nie chcą się rzu­cać w oczy. I ja muszę prze­mó­wić w ich imie­niu. Mam dostęp do mediów, a służby nic mi nie zro­bią. To mój obo­wią­zek.

Breha mil­czała. Bail ści­szył głos, tak żeby nawet jego pra­cow­nicy nie mogli nic usły­szeć.

– Poza tym wszy­scy znów będą się tym przej­mo­wać, kiedy prawda wyj­dzie na jaw, kiedy poja­wią się kon­krety, które doda­dzą im odwagi. Do tego czasu nie mogę ustą­pić.

– A nie wydaje ci się – rze­kła Breha – że prze­ce­niasz liczbę osób, które mil­czą, bo się boją? Nie wszy­scy kochali Jedi tak jak ty – w opi­nii więk­szo­ści zawsze trzy­mali się na dystans – a Pal­pa­tine cie­szy się wiel­kim popar­ciem.

– Nie. Są tacy, Breho. Naprawdę.

Nie wie­rzyła mu. Wie­dział to i mógł z tym żyć, a w każ­dym razie nie zamie­rzał się sprze­czać. Poże­gnali się, obie­cali sobie, że nie­długo zoba­czą się w domu, i Bail wsiadł do śmi­ga­cza razem ze swo­imi pra­cow­ni­kami. Pole­cieli na kolejne spo­tka­nie, mityng, zbiórkę czy co tam było w kalen­da­rzu. W dro­dze myślał o tym, do jakiego stop­nia nic mu nie gro­ziło, skąd wie­dział, że służby Pal­pa­tine’a się za niego nie zabiorą – jesz­cze nie teraz.

Już raz go aresz­to­wano, razem z Mon Mothmą i kil­ku­na­stoma innymi sena­to­rami, wkrótce po pro­kla­ma­cji Impe­rium. Więk­szość z zatrzy­ma­nych nosiła znane nazwi­ska i pod­pi­sała Pety­cję 2000 – jesz­cze przed likwi­da­cją Repu­bliki Dele­ga­cja pod­jęła w ten spo­sób próbę ode­bra­nia Pal­pa­tine’owi upraw­nień nad­zwy­czaj­nych i zostało to uznane za zdradę. Funk­cjo­na­riu­sze służby bez­pie­czeń­stwa zamknęli Baila w wygod­nej celi, dali mu dostęp do kana­łów infor­ma­cyj­nych, data­pa­dów i więk­szo­ści tego, o co popro­sił. Żeby odzy­skać wol­ność, musiał tylko zło­żyć przy­sięgę lojal­no­ści wobec nowego reżimu – potrak­to­wać całą sprawę jak kwe­stię poli­tyczną, a nie jak potwor­ność, którą była, i zapew­nić wszyst­kich, że prze­ję­cie wła­dzy przez Impe­ra­tora jest w pełni zgodne z pra­wem. Zaak­cep­to­wał to – dla swo­jego dobra, dla dobra swo­jej rodziny, dla dobra galak­tyki – i od tam­tej pory trzy­mał się gra­nic języka poli­tyki. W prze­mó­wie­niach nie uży­wał słów takich jak „tyran” czy „rzeź”, nawet jeśli to, co mówił, je suge­ro­wały.

Impe­ra­tor był potwo­rem. Ale Bail miał pew­ność, że te zatrzy­ma­nia sta­no­wiły blef, próbę zastra­sze­nia Senatu, zmu­sze­nia go do posłu­szeń­stwa, ponie­waż Pal­pa­tine na­dal go potrze­bo­wał i nie oba­wiał się sena­to­rów, w odróż­nie­niu od Jedi. Pal­pa­tine nie będzie chciał roz­pra­wić się z Bailem, póki ten wyraź­nie nie pokaże, że sta­nowi praw­dziwe zagro­że­nie dla jego wła­dzy.

Ozna­czało to, że Impe­ra­tor nie zda­wał sobie sprawy z tego, że Bail znał prawdę, choć sena­tor dosko­nale wie­dział, jak tam­ten prze­jął wła­dzę – i przez to sta­no­wił dla niego rze­czy­wi­ste zagro­że­nie.

Był zatem bez­pieczny – na razie. Z każ­dym sło­wem, które w przy­szło­ści wypo­wie, z każ­dym odze­wem opi­nii publicz­nej, który wzbu­dzi, Impe­ra­tor zacznie nabie­rać coraz więk­szych podej­rzeń. Roz­po­częło się odli­cza­nie, a Bail nie miał jak go spo­wol­nić. Mógł tylko przy­śpie­szyć chwilę, w któ­rej zwróci na sie­bie uwagę. A to ozna­czało, że musiał dzia­łać szybko.Rozdział 6. WOJNA NA MANIERY

Roz­dział 6

WOJNA NA MANIERY

Chyba od cza­sów, kiedy Valo­rum był kanc­le­rzem… Czy to moż­liwe? Jak dobrze cię widzieć!

Mon olśnie­wała w towa­rzy­stwie. Krą­żyła wśród gości, wcią­ga­jąc ich w roz­mowę z tak ide­al­nym wyczu­ciem, jakby cała cho­re­ogra­fia spo­tka­nia została zapla­no­wana wcze­śniej. Prze­rzu­cała się bły­sko­tli­wymi ripo­stami i aneg­do­tami z gośćmi, któ­rzy chcieli zoba­czyć sena­tor z Chan­drili w nie­for­mal­nym, swo­bod­nym nastroju. Słu­chała uważ­nie ofia­ro­daw­ców, któ­rzy wydali dzie­sięć tysięcy kre­dy­tów na pra­wie wysty­gnięty posi­łek, byle tylko móc zażą­dać pod­ję­cia dzia­łań w jakiejś spra­wie. Mon ukłuło poczu­cie winy, że wszystko, co się tu działo, zupeł­nie jej nie obcho­dziło – że powta­rzała stare aneg­doty, że uwa­żała tylko, by uśmie­chać się i kiwać głową w okre­ślo­nych chwi­lach – ale jak powie­dział raz jej men­tor, nie­uwaga sta­no­wiła jeden z pro­fi­tów dużego doświad­cze­nia. Po paru latach można było sobie zasłu­żyć na prawo do nie­przej­mo­wa­nia się tym wszyst­kim.

– Masz abso­lutną rację. Cały nasz sys­tem prze­pi­sów doty­czą­cych bez­pie­czeń­stwa hiper­na­pędu jest prze­sta­rzały i musimy się tym zająć.

Ofi­cjal­nie kola­cja została wydana na cześć wete­ra­nów powra­ca­ją­cych z wojny. W przy­ję­ciu brało udział sied­miu odzna­czo­nych meda­lami żoł­nie­rzy – nie klo­nów – w tym medyk pie­choty, który stra­cił obie nogi, i komo­dor, który odniósł wspa­niałe zwy­cię­stwo na Zewnętrz­nych Rubie­żach. A jed­nak prawda – znana wszyst­kim, może poza bied­nym medy­kiem – była taka, że wyda­rze­nie słu­żyło do zbie­ra­nia pie­nię­dzy na zbli­ża­jące się kam­pa­nie wybor­cze do Senatu. Mon miała kole­gów, któ­rzy uwa­żali zbiórki pie­niężne i pro­wa­dze­nie kam­pa­nii wybor­czej za nie­de­mo­kra­tyczne. Ci sami sena­to­ro­wie wychwa­lali wyż­szość swo­ich ojczy­stych pla­net, na któ­rych finan­so­wa­nie wybo­rów ze środ­ków publicz­nych, zło­żony sys­tem mery­to­kra­cji lub funk­cjo­no­wa­nie całej spo­łecz­no­ści w opar­ciu o umysł roju spra­wiały, że takie rze­czy jak zbiórki czy zachę­ca­nie do sie­bie wybor­ców sta­wało się nie­po­trzebne. Ale zazwy­czaj więk­szość rozu­miała, że nale­żało dbać o prze­dłu­że­nie man­datu sojusz­ni­ków poli­tycz­nych wszel­kimi środ­kami, na jakie pozwa­lały ich wła­dze. Alter­na­tywa – utra­ceni sprzy­mie­rzeńcy, utra­cone głosy – wyda­wała się zbyt straszna.

– Chcesz poznać sekret? Nie powinno nas tu być. Wynaj­mo­wa­nie budynku Senatu na pry­watne uro­czy­sto­ści łamie prze­pisy Ustawy Ben­tri­nusa, ale od lat nikt tego egze­kwo­wał.

Bene­fi­cjen­tami dzi­siej­szej zbiórki miało być sze­ścioro sena­to­rów z Kolo­nii. Troje nale­żało rów­nież do Dele­ga­cji 2000 i nie­złom­nie wspie­rało dąże­nia do pokoju i reform, pra­gnąc zakoń­cze­nia wojny i anu­lo­wa­nia ustawy o upraw­nie­niach nad­zwy­czaj­nych. Pozo­stali byli mniej sta­łymi sojusz­ni­kami, ale sta­no­wili zwartą frak­cję, a przy wza­jem­nym popie­ra­niu ini­cja­tyw usta­wo­daw­czych oka­zy­wali roz­są­dek i można było na nich pole­gać. „Lepiej, żeby zacho­wali man­daty – pomy­ślała Mon – niż żeby zastą­pili ich impe­ria­li­styczni wyznawcy nowego reżimu”.

Mon szła mię­dzy mar­mu­ro­wymi kolum­nami i holo­gra­ficz­nymi dzie­łami sztuki w atrium na siód­mym pię­trze, wypa­tru­jąc męża. Nie przyj­mo­wała poczę­stunku od dro­idów kel­ne­rów (nie mieli budżetu na orga­niczną obsługę). Choć w ich związku aspekt roman­tyczny dawno wygasł, Per­rin zawsze sta­wał na wyso­ko­ści zada­nia pod­czas publicz­nych wyda­rzeń, odgry­wa­jąc rolę part­nera sena­tor Mothmy. Był cza­ru­ją­cym „zwy­kłym czło­wie­kiem”, pod­czas gdy Mon jawiła się jako inte­lek­tu­alistka trzy­ma­jąca się twardo zasad. I choć nie miała na razie szczę­ścia w roz­mo­wie z toy­da­riań­skimi kup­cami wina ani z wysłan­ni­kiem z D’Assem, może Per­rin okaże się w tej kwe­stii jej wyba­wie­niem…

Z zamy­śle­nia wyrwał ją dono­śny głos. Odwró­ciła się do Fon­tanny Żałob­nych Wód. Kil­ka­na­ście osób ota­czało tam gesty­ku­lu­ją­cego mówcę.

– …kody sekwen­cyjne to kom­pletne pogwał­ce­nie zasad Repu­bliki! Wyobraźmy sobie rząd – jaki­kol­wiek – który może śle­dzić swo­ich oby­wa­teli wszę­dzie. Wielki wezyr twier­dzi, że to ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, ale czy­jego bez­pie­czeń­stwa?

I prze­ma­wia­jący nie­mal natych­miast prze­szedł do odsą­dza­nia wła­dzy od czci i wiary za likwi­da­cję rad nad­zor­czych i pry­wa­ty­zo­wa­nie mediów oraz ban­ków.

Sena­tor Bail Organa. Mon wes­tchnęła i zmo­bi­li­zo­wała swoje aktor­skie umie­jęt­no­ści, żeby nie oka­zać po sobie nie­po­koju.

Bail był cha­ry­zma­tyczny i cie­szył się dużą popu­lar­no­ścią. Mał­żeń­stwo z uwiel­bianą kró­lową Alde­ra­ana uczy­niło z niego ulu­bieńca pla­nety, a jego aktyw­ność w sfe­rze publicz­nej przy­cią­gała zain­te­re­so­wa­nie mediów z całej galak­tyki. Nie­raz spo­ty­kał się z ata­kami – brano go za rady­kal­nego refor­mi­stę, pra­gną­cego znisz­czyć insty­tu­cje Repu­bliki, bo według niego stały się narzę­dziami wiel­kiego kapi­tału. Ale z tych samych przy­czyn kochała go mło­dzież, kry­tyczna wobec współ­cze­snego sys­temu poli­tycz­nego, a ci, któ­rzy pra­gnęli wspie­rać bogac­twami i zaso­bami Świa­tów Jądra układy poło­żone dalej oraz lokalne wła­dze pla­net, uwa­żali go za boha­tera. Wojna nieco zmie­niła jego repu­ta­cję w oczach opi­nii publicz­nej – niektó­rzy ze zwo­len­ni­ków Baila uznali, że zagar­nia­nie wła­dzy przez Pal­pa­tine’a to wła­śnie takie reformy, jakich pra­gnęli, z kolei stałe wspar­cie Baila dla armii Repu­bliki i klo­nów zwięk­szyło jego popu­lar­ność wśród osób o umiar­ko­wa­nych poglą­dach. Zacho­wał jed­nak repu­ta­cję nie­złom­nego poli­tyka, który zawsze mówi prawdę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij