Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Star Wars. Sanktuarium. Parszywa Zgraja - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 sierpnia 2026
3099 pkt
punktów Virtualo

Star Wars. Sanktuarium. Parszywa Zgraja - ebook

– Nadal podoba ci się ten układ? – nawet bardziej. Wcześniej chodziło o kredyty, by pomóc pabu. Teraz chodzi o zrobienie czegoś dobrego. Przeżyjcie ekscytującą przygodę z parszywą zgrają! Hunter, wrecker, tech i omega decydują się na ryzykowną misję, by pomóc w odbudowie pabu. Porządny żołnierz wie, że życie polega na zmianach – czy to na polu bitwy, czy poza nim. Przetrwanie wymaga adaptacji. Hunter doskonale pojął tę lekcję, w końcu sam ucieka przed Imperium. Echo wybrał się na misję z kapitanem Rexem, a Crosshair... cóż, nadal jest Crosshairem, ale wśród tylu zawirowań Hunter nadal może polegać na Techu, Wreckerze i Omedze. Wygląda na to, że ich mała rodzina wreszcie znalazła bezpieczne schronienie z dala od coraz to bardziej wścibskich oczu Imperium: świat o nazwie Pabu. Ich potencjalny wyspiarski dom jednak desperacko potrzebuje zasobów, gdy mieszkańcy próbują odbudować go po niszczycielskiej fali. Phee Genoa, piratka odzyskująca skradzione artefakty, jest przekonana, że zaproponowane przez nią dwie misje pomogą zdobyć dokładnie to, czego potrzebują. Wystarczy, by Jednostka Klon 99 wsparła ją podczas kilku zleceń. Sprawy komplikują się niemal natychmiast, a oddział ledwie ucieka ze skradzionym przedmiotem. Hunter nalega, by dokończyli pierwsze zlecenie, nim wezmą się za kolejne, ale Phee i reszta podejmują inną decyzję: równocześnie zajmą się transportem pewnej pary zbiegów. Nieoczekiwanie okazuje się, że kobieta spodziewa się dziecka i może lada chwila urodzić. Hunter obawia się, iż ryzyko jest zbyt duże, tym bardziej że ich nowi, tajemniczy pasażerowie uparcie trzymają się kłamstw i tajemnic, łączących się jakoś z podążającym ich śladem oficerem Imperialnego Biura Bezpieczeństwa. Gdy Hunter próbuje sprowadzić oddział na stabilną, bezpieczną ścieżkę z dala od agentów Imperium, nakładające się na siebie misje ściągają na nich kolejne niebezpieczeństwa i chaos. Gdy Parszywa Zgraja zmaga się ze świadomością, że może zawieść i swoich zdesperowanych partnerów, i społeczność na Pabu, musi pamiętać, że sekretem przetrwania jest wzajemne zaufanie. O autorze: LAMAR GILES to nagradzany autor powieści Run Road, The Getaway, The Last Last-Day-of-Summer, Not So Pure and Simple, Spin oraz Fake ID. Był trzykrotnie nominowany do nagrody Mystery Writers of America Edgar Award, otrzymał nagrodę Youth Literary Award z ramienia Black Caucus of the American Library Association i jest członkiem założycielem organizacji non profit We Need Diverse Books. Mieszka z rodziną w Wirginii.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8424-824-9
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WPROWADZENIE

Minął ponad rok, odkąd Impe­ra­tor Pal­pa­tine obwo­łał Jedi zdraj­cami i obró­cił prze­ciwko nim żoł­nie­rzy-klo­nów, u boku któ­rych wal­czyli. W następ­stwie tych wyda­rzeń Impe­rium w asy­ście rzą­dzą­cego żela­zną pię­ścią Impe­rial­nego Biura Bez­pie­czeń­stwa stłu­miło wszel­kie zagro­że­nia dla jego rzą­dów i ogło­siło nasta­nie epoki „pokoju i har­mo­nii” dla wszyst­kich, któ­rzy pod­da­dzą się woli Impe­ra­tora.

Jed­nostka Klon 99 (zwana też Par­szywą Zgrają) nie wypeł­niła roz­kazu 66 i od tam­tej pory ucieka przed spra­wie­dli­wo­ścią. W pogrą­ża­ją­cej się w cha­osie galak­tyce człon­ko­wie oddziału wiodą życie najem­ni­ków. Pozba­wieni zle­ceń od chwili, gdy roze­szli się w dość wro­gich sto­sun­kach z dwu­li­cową najem­niczką Cid Sca­le­back, Hun­ter, Tech, Wrec­ker i Omega schro­nili się na Pabu, w nie­wiel­kiej osa­dzie na wyspie. Nie­dawno ogromne tsu­nami, zda­rza­jące się raz na poko­le­nie, pozo­sta­wiło mia­sto w ruinach.

Wyko­rzy­stu­jąc swoje kon­takty w galak­tycz­nym pół­światku, sojusz­niczka oddziału i piratka Phee Genoa opra­co­wała dwie intrygi, by pomóc lokal­nym miesz­kań­com w sze­roko zakro­jo­nej odbu­do­wie. Do pomocy w tym przed­się­wzię­ciu wynaj­muje Par­szywą Zgraję, ale nie wszystko jest takie, jakim się zdaje…ROZDZIAŁ PIERWSZY. DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME

Człon­ko­wie Jed­nostki Klon 99 byli za pan brat z wyma­ga­ją­cymi misjami. Zostali stwo­rzeni z myślą o żmud­nej, uciąż­li­wej służ­bie. Jed­no­cze­śnie nawet po tylu latach walk w bło­cie i gnoju, gdy nie­raz wycho­dzili bez szwanku z bez­na­dziej­nych sytu­acji, Hun­ter nie przy­po­mi­nał sobie dru­giego takiego zesta­wie­nia czyn­ni­ków, któ­rego nie­na­wi­dziłby na równi z obec­nym. Ale misja to misja. Każdy miał swoją rolę do ode­gra­nia. Porażka nie wcho­dziła w grę.

– Ktoś źle obrał jogany – oznaj­mił natrętny wie­lo­ręki droid kuchenny.

Hun­ter zwró­cił się w stronę „prze­ło­żo­nego” i za pomocą lichego noża do obie­ra­nia odciął ostatni kawa­łek skórki z soczy­stej kuli, bar­wią­cej mu ręce na fio­le­towo. Dorzu­cił owoc do tuzina pozo­sta­łych w koszyku. Pra­co­wał nad nimi, odkąd zaczął dzia­łać pod przy­krywką jako nisko posta­wiony pomoc­nik kuchenny.

– Miały nie mieć skórki. Więc nie mają. Co niby zro­bi­łem nie tak?

W obli­czu takiej krnąbr­no­ści droid aż zesztyw­niał. A prze­cież Hun­ter miał wra­że­nie, że jego nasta­wie­nie jest zgodne z radą Phee Genoi, odno­szącą się do tego rodzaju uciąż­li­wych for­teli – „Zawrzyj nieco sie­bie w roli. Będziesz bar­dziej wia­ry­godny!” – a przy­naj­mniej tak sobie wma­wiał.

Ni­gdy nie reago­wał dobrze na nagany, choćby i zasłu­żone. A na tę kon­kretną prze­cież nie zasłu­żył. „Obra­łem te cho­lerne jogany!” Powie­rzone mu zada­nie – a raczej zada­nie powie­rzone pomoc­ni­kowi kuchen­nemu, któ­rego obez­wład­nił i pod któ­rego teraz się pod­szy­wał – było jed­nym z wielu w prze­grza­nej, peł­nej zgiełku kuchni domu aukcyj­nego.

Wpraw­dzie droid kry­ty­ko­wał jego umie­jęt­no­ści posłu­gi­wa­nia się nożem – coś, czego do tej pory nie kwe­stio­no­wał nikt, kto by prze­żył – ale jakimś cudem prze­ga­pił o wiele bar­dziej poważne prze­winy, któ­rych inni dopu­ścili się tego wie­czora, a które na pewno prze­pa­li­łyby mu zwoje. Jak tego pomy­wa­cza rasy Vol­pai, bez ustanku dłu­bią­cego sobie w uchu krót­kimi, gru­bymi pal­cami lewej dol­nej dłoni – blech! Albo tego ikkruk­kiań­skiego cukier­nika, który popró­bo­wał kilku słod­kich tart i zafaj­dał próg drzwi lukrem.

A mimo to droid kucharz typu COO, o wielu rękach i takiej samej licz­bie rze­czy, które go dener­wo­wały, miał czel­ność trak­to­wać Hun­tera tak, jakby to był pro­ble­mem.

– Poprawna obierka – cią­gnęła bel­fer­skim tonem maszyna – nie prze­kro­czy­łaby gru­bo­ści czte­rech i pół mili­me­tra, a skórkę naj­le­piej usu­nąć w postaci nie­prze­rwa­nej spi­ral­nej wstęgi, by zacho­wać ją w cha­rak­te­rze este­tycz­nej deko­ra­cji…

Uciąż­liwy wykład trwał w naj­lep­sze, ale Hun­ter sku­pił się na peł­nym szu­mów audio, docho­dzą­cym z mikro­kom­linka w uchu.

– Nie demon­tuj go – pod­kre­ślił przez urzą­dze­nie Tech. – Z tą wła­ściwą tech­niką deko­ro­wa­nia tale­rza z joga­nami to aku­rat ma rację.

Z kom­linka dobiegł drugi głos i natych­miast ostu­dził mor­der­cze zamiary Hun­tera.

– Faj­nie obra­łeś, Hun­ter – stwier­dziła Omega.

Klon spoj­rzał dro­idowi kuchen­nemu przez ramię i zoba­czył Omegę ze świeżo napeł­nioną tacą. Prze­cho­dziła z kuchni do sali ban­kie­to­wej, gdzie snuła się śmie­tanka galak­tyki (kry­mi­na­li­ści). Dziew­czynka miała na sobie czarne spodnie w kant i pasu­jącą do nich koszulę kel­nerki. Jej ciemna peruka skry­wała blond loki, podob­nie jak odro­bina maki­jażu masko­wała tego dnia tatuaż na twa­rzy Hun­tera. Omegę, naj­niż­szą osobę spo­śród ekipy kel­ner­skiej, łatwo było roz­po­znać pośród boga­tych gości aukcji, ubra­nych w powie­wa­jące szaty i wypo­le­ro­wane cere­mo­nialne zbroje.

Trzy­mała tacę z daru­vviań­skim szam­pa­nem i spo­glą­dała Hun­te­rowi w oczy. Klon ski­nął głową na znak, że wszystko gra i że nie zamie­rza roz­szar­pać dro­ida na kawałki, więc Omega może się zająć swo­imi spra­wami i nie musi się dema­sko­wać. Dziew­czynka podała drinka naj­bliż­szemu gościowi, a ten przy­jął go łap­czy­wie. Drzwi od kuchni się zasu­nęły. Te istoty wszystko przyj­mo­wały łap­czy­wie, nawet wtedy, gdy nie miały do cze­goś prawa. I stąd w ogóle ta misja.

Droid kuchenny nawi­jał do znu­dze­nia o wła­ści­wych tech­ni­kach obie­ra­nia, pozy­cji dłoni, naci­sku i tak dalej. Hun­ter pusz­czał to wszystko mimo uszu. Wie­dział, co potrafi zro­bić dowol­nym nożem, czy to ostrym, czy tępym. Nagle droid zamilkł, jakby wyczuł, że wykład tra­fia w próż­nię.

– Po prze­my­śle­niu sprawy stwier­dzam, że dam ci narzę­dzie lepiej dosto­so­wane do poziomu two­ich umie­jęt­no­ści.

Droid wycią­gnął Hun­te­rowi z dłoni nóż i zapre­zen­to­wał nowe ustroj­stwo: obie­raczkę z sys­te­mem zabez­pie­cza­ją­cym, odpo­wied­nią dla dziecka, które po raz pierw­szy wpusz­czono do kuchni.

„Łudź się, łudź, dro­idzie, że to ty jesteś tu eks­per­tem” – wyce­dził w duchu Hun­ter. Się­gnął po obie­raczkę. „Ostatni raz pozwa­lam cokol­wiek pla­no­wać Phee. Ostatni!”

SALA SKARBÓW, PABU
_Cztery dni wcześniej…_

Skóra Phee Genoi, zazwy­czaj koloru palo­nej umbry, nabrała fio­le­to­wego odcie­nia w zamglo­nym bla­sku holo­gra­ficz­nego roz­kładu pomiesz­czeń, wokół któ­rego krą­żyła piratka, gdy pró­bo­wała prze­ko­nać oddział do swo­jego planu. Mówiła z werwą, wyma­chu­jąc z pasją rękoma.

– …a wtedy po pro­stu wyj­dziemy. Bez zbęd­nych cere­gieli.

Hun­ter wstał z zało­żo­nymi ramio­nami i gniew­nym spoj­rze­niem.

– A czemu niby ja mam robić w kuchni?

Zamiast stwier­dzić oczy­wi­sty fakt – że uspo­so­bie­nie Hun­tera czyni z niego osobę, która nie pora­dzi sobie ze spo­łecz­nymi aspek­tami prze­krętu – Phee zde­cy­do­wała się na bar­dziej dyplo­ma­tyczne podej­ście i przy­po­mniała mu o innej opcji.

– Zawsze możesz zacze­kać na statku z Mel.

MEL-222, cylin­dryczna i pełna werwy dro­idka zasi­la­jąca Phee, została nie­dawno prze­bu­do­wana z kawał­ków złomu, a jej pamięć odtwo­rzono z banku danych, po tym jak pod­czas nie­for­tun­nej misji na Ska­rze Nal jej ciało zostało roze­rwane na kawałki. Pod­je­chała do Hun­tera na gąsie­ni­cach nie do pary, świer­go­cząc z entu­zja­zmem na myśl o poten­cjal­nej współ­pracy.

– Reszta bie­rze udział, to i ja – pod­kre­ślił Hun­ter, odrzu­ca­jąc pro­po­zy­cję i spra­wia­jąc, że MEL-222 zapi­kała z roz­cza­ro­wa­niem.

Ale to nie tak, że wszy­scy pozo­stali będą prze­by­wać w budynku. Taki Wrec­ker zosta­nie na zewnątrz jako par­kin­gowy, by mieć oko na oko­licę domu aukcyj­nego oraz zatrosz­czyć się o trans­port i drogę ucieczki, gdyby wszystko się pokieł­ba­siło. Hun­ter jed­nak nie miał na myśli wszyst­kich. Cho­dziło mu o Omegę.

Dziew­czynka była spo­strze­gaw­cza. Chło­nęła każdy szcze­gół, a entu­zja­zmem kipiała w takim stop­niu, że zda­wała się drżeć.

– Będę się prze­cha­dzać wśród tłumu – zaczęła na znak, że rozu­mie wła­sną rolę – z auto­sli­ce­rem przy­cze­pio­nym do nad­garstka. Zbliżę się do każ­dego licy­tu­ją­cego…

– …a sli­cer zała­duje na ich data­pady toporny kod MEL-222, który pobie­rze umiar­ko­waną sumę kre­dy­tów z ich kont w domu aukcyj­nym i prze­leje je na nasze – dokoń­czył zado­wo­lony z pomy­słu Tech.

MEL-222 wydała z sie­bie usa­tys­fak­cjo­no­wane trele.

– Ej tam, spo­koj­nie! – sko­men­to­wała Phee.

– Ja tam napi­sał­bym o wiele bar­dziej ele­gancki pro­gram – skwi­to­wał Tech. – A do tego nie­za­wodny.

Dro­idka sko­men­to­wała jego prze­chwałki wią­zanką pisków i treli.

– Cii, nie miał na myśli nic złego – uspo­ko­iła ją Phee, mija­jąc się z prawdą, a potem rzu­ciła do Techa: – Może i pod­szedł­byś do tego ina­czej, ale musisz przy­znać, że to zadziała.

– Zwa­żyw­szy na dostępne nam infor­ma­cje i o ile nie doj­dzie do żad­nych odstępstw? Powinno. Ale…

– Ale nic – ucięła temat Phee. – Każdy zrobi, co do niego należy. W tym i ty. Powtó­rzysz?

Tech wes­tchnął głę­boko.

– Ty i ja uda­jemy mał­żeń­stwo, które doro­biło się spo­rej for­tuny na dys­try­bu­cji napo­jów – a na boku prze­my­cało bla­stery. Mam spra­wiać miłe wra­że­nie.

– Dla cie­bie pikuś, Brą­zo­wo­oki – skwi­to­wała Phee.

Wrec­ker z unie­sioną w głę­bo­kim sku­pie­niu brwią ode­zwał się po raz pierw­szy od godziny.

– Może to ja powi­nie­nem tra­fić do kuchni. Bo tam jest żar­cie.

– Par­kin­gowy! – odparła Phee nie­zno­szą­cym sprze­ciwu tonem.

Wrec­ker opu­ścił ramiona, ale nie zapro­te­sto­wał.

– Słu­chaj­cie, wiem, że to nie wasza typowa robota – przy­znała Phee, pró­bu­jąc zała­go­dzić opór. – O wiele mniej _piu, piu_! – Udała, że strzela z pal­ców. – I _bum, bum_! – Roz­ło­żyła nad głową ramiona po sze­ro­kim łuku w uda­wa­nej eks­plo­zji, na co Wrec­ker wyszcze­rzył zęby. – Ale Pabu tego potrze­buje.

Jakby w odpo­wie­dzi na jej słowa pod­łoga zadrżała lekko. Wstrząs wtórny po wyjąt­kowo rzad­kim trzę­sie­niu ziemi, które przed mie­sią­cem zalało wyspę ścianą wody, prze­nik­nął ich kości. Z kro­kwi dacho­wych pole­ciał pył. Choć obec­nie wstrząsy były już łagod­niej­sze niż w pierw­szych dniach po wiel­kiej fali, odbu­dowa wyspy odby­wała się wolno i nie­pew­nie. Jasne, miesz­kańcy połą­czyli swoje zasoby i wspól­nym wysił­kiem poczy­nili nie­sa­mo­wite postępy we wszyst­kim, od inży­nie­rii po sto­lar­stwo, ale i tak zma­gali się z rze­czy­wi­sto­ścią po takiej kata­stro­fie natu­ral­nej i ze świa­do­mo­ścią, że Pabu być może już ni­gdy nie będzie takie samo.

Szcze­gól­nie jeśli nie zdo­będą mate­ria­łów i kre­dy­tów z myślą o daleko idą­cych pra­cach remon­to­wych i budo­wie gro­bli, by prze­ciw­dzia­łać kata­stro­fal­nym skut­kom przy­szłych trzę­sień.

Kolejne drże­nia zachwiały Salą Skar­bów i strą­ciły ze stołu holo­wy­świe­tlacz Phee. Gdy spa­dał, plany prze­krę­ciły się na bok. Omega zwin­nym ruchem rzu­ciła się do przodu i zła­pała dysk, nim ten ude­rzył o zie­mię. Wci­snęła przy­cisk i holo­gram zafa­lo­wał i znik­nął.

Wstrząsy trwały kilka kolej­nych chwil. Gdy wresz­cie ustały, Phee powie­działa:

– Zróbmy sobie prze­rwę.

Wrec­ker pod­niósł rękę.

Phee odpo­wie­działa, nim jesz­cze zadał pyta­nie.

– Tak, możesz iść coś zjeść.

Wybiegł z sali i tyle go widzieli.

Hun­ter odpro­wa­dził wzro­kiem brata, po czym spoj­rzał z nie­po­ko­jem na piratkę.

– Chyba wszyst­kim przyda się nieco świe­żego powie­trza. Przej­dziemy się we dwoje?

Mię­dzy nimi wyro­sła Omega.

– Mogę iść z wami?

Phee wyczuła, że Hun­te­rowi cho­dzi o roz­mowę na osob­no­ści.

– A możesz pomóc Techowi i Mel opra­co­wać trasy ewa­ku­acyjne? Potem ci opo­wiem, jak któ­re­goś razu zin­fil­tro­wa­łam gang na Jedzie i zosta­łam jego przy­wód­czy­nią na całe dzie­więć dni.

– Dobra! – odparła dziew­czynka i dosia­dła się do Techa, kłó­cą­cego się z MEL-222 na temat języ­ków pro­gra­mo­wa­nia.

Phee i Hun­ter opu­ścili Salę Skar­bów i natych­miast ude­rzyła w nich słona bryza z atolu Pabu. Kilka metrów przed budyn­kiem grupa wyspiar­skich mło­dzień­ców grała piłką w głu­piego Jawę z Gon­kym, cza­sami – bo nie­zbyt czę­sto – przy­dat­nym dro­idem zasi­la­ją­cym Jed­nostki 99. Pudeł­ko­waty, mru­kliwy droid został nie­ofi­cjalną maskotką dzie­cia­ków – kto wie, czy pod­no­sze­nie morale nie było aby jego praw­dzi­wym powo­ła­niem. Jedno z dzieci nie tra­fiło i ude­rzyło piłką w bok kor­pusu dro­ida. Ten skrzek­nął i się prze­wró­cił. Młó­cił powie­trze nogami. Dzieci zare­cho­tały ze śmie­chu. Tak, Gonky był do tego stwo­rzony.

Phee i Hun­ter ruszyli w dal­szą drogę. Połą­cze­nie roślin­no­ści z archi­tek­turą, natu­ral­nego ze sztucz­nym, spra­wiało wra­że­nie zatrzy­ma­nej w cza­sie har­mo­nii. Miej­sce to bez wąt­pie­nia było jed­nym z naj­pięk­niej­szych, jakie Hun­ter widział. Mimo to zasta­na­wiał się, czy taka ocena nie jest względna. Pod­czas nie­zli­czo­nych bitew toczo­nych ramię w ramię z braćmi, a teraz i z Omegą, widy­wał straszne rze­czy. W porów­na­niu z wojną wszystko wyda­wało się piękne.

Może i miał wypa­czoną per­spek­tywę, ale Pabu było dobrym miej­scem. Zasłu­gu­ją­cym na ratu­nek. I stąd ich misje – w licz­bie mno­giej – które tra­fiły do Phee za sprawą jej kon­tak­tów z róż­nych zakąt­ków galak­tyki.

Prze­kręt z domem aukcyj­nym był bowiem połową rów­na­nia, które według Phee powinno roz­wią­zać pro­blemy Pabu. Wśród przed­mio­tów wysta­wio­nych na sprze­daż w trak­cie eks­klu­zyw­nego (i nie­le­gal­nego) zgro­ma­dze­nia znaj­do­wały się roz­ma­ite arte­fakty zagra­bione pod­czas wojen klo­nów. Licy­tu­jący, któ­rzy mieli przy­być na miej­sce na spe­cjalne zapro­sze­nie, byli jed­nymi z naj­bar­dziej zatwar­dzia­łych kry­mi­na­li­stów w galak­tyce, takimi, któ­rzy zle­cali bru­tal­ność na odle­głość, któ­rzy byli mil­czą­cymi part­ne­rami w szem­ra­nych inte­re­sach, któ­rzy skry­wali praw­dziwą naturę za zasłoną pozor­nie legal­nego biz­nesu (jak dys­try­bu­cja napo­jów), by nie bru­dzić sobie rąk. W isto­cie osoby te han­dlo­wały bólem i cier­pie­niem.

Choć nie czuł się dobrze na myśl, że będzie musiał wcie­lić się w kogoś innego, Hun­ter musiał przy­znać, iż czuje satys­fak­cję, że takie wyglan­co­wane, sno­bi­styczne męty wrócą do domu z lżej­szymi kab­zami. Mimo wszystko jed­nak na­dal miał opory.

– Powtórz, pro­szę, od kogo masz te infor­ma­cje?

Jeśli Phee iry­to­wała się, że znów zadaje jej te same pyta­nia, nie dała tego po sobie poznać, choć pró­bo­wała zmie­nić temat.

– Nie chcesz zacze­kać, aż wró­cimy do reszty? Dzięki temu…

– Nie. Tutaj. Teraz.

Ni­gdy nie myślało mu się dobrze pod­czas odpraw. Wolał pozo­sta­wać w ruchu, wśród natury, gdzie mógł się sku­pić.

– Dobrze. Zna­jomy o imie­niu Ven Alman.

– Tam­ten balo­sar­ski pirat?

– Tak. Wyko­nał fuchę dla przed­się­biorcy spon­so­ru­ją­cego nam robotę.

– Wyjąt­kowo poboż­nego Cari­da­nina powią­za­nego ze spółką budow­laną.

Hun­ter zamknął oczy. Szedł przed sie­bie i nasłu­chi­wał, bez trudu omi­ja­jąc donice, bie­gnące dzieci i nowo powstałe pęk­nię­cia w chod­niku, przez które można było sobie skrę­cić kostkę. Roz­po­zna­wa­nie bez­po­śred­nich prze­szkód na dro­dze nie wyma­gało żad­nego wysiłku – ba, miał wra­że­nie, że to zale­d­wie cienka płachta, prze­sła­nia­jąca to, co wyczu­wał pod oczy­wi­sto­ścią. Ener­gia gene­ro­wana w elek­trowni Pabu bie­gła prze­wo­dami do każ­dej struk­tury na wyspie, co Hun­ter odbie­rał w postaci sys­temu korzen­nego zbu­do­wa­nego z bły­ska­wic. Zapach dzien­nego połowu z doków odda­lo­nych o setki metrów roz­cho­dził się w powie­trzu niczym język znany tylko nosowi Hun­tera. Miał tak czuły zmysł powo­nie­nia, że gdyby tylko znał nazwy poszcze­gól­nych ryb, mógłby roz­po­znać każdy gatu­nek. Uszami reje­stro­wał głos Phee, ale jeśli sku­piłby się na czymś innym, wychwy­ciłby szcze­góły paru pobli­skich roz­mów. Jego wzmoc­nione zmy­sły sta­no­wiły część jego tak zwa­nego „defektu”, który czy­nił go CT-99. Ozna­cze­nie to zostało nadane jemu i bra­ciom ze względu na to, jak dalece róż­nili się od Reg­sów – regu­lar­nych żoł­nie­rzy-klo­nów.

Hun­ter i Phee spa­ce­ro­wali krętą ścieżką z kocich łbów, pro­wa­dzącą w dół pod rusz­to­wa­niami wznie­sio­nymi w ramach prac napraw­czych – prac, które wkrótce będą nie­moż­liwe do sfi­na­li­zo­wa­nia, bo koń­czyły się tak zasoby, jak i kre­dyty. Mimo wszystko pra­cow­nicy stu­kali mło­tami, piło­wali i luto­wali w nadziei, że wszystko ułoży się po ich myśli. Tacy już byli miesz­kańcy Pabu.

Hun­ter wraz z rodziną mio­tali się bez celu, gdy Phee spro­wa­dziła ich do tego wyspiar­skiego mia­sta. Na woj­nie rzadko kiedy zda­rzały się dobre momenty, ale Hun­ter zasta­na­wiał się, czy naj­gor­szym na­dal nie był tam­ten sur­re­ali­styczny dzień, gdy naj­wyż­szy kanc­lerz Pal­pa­tine roz­ka­zał klo­nom, by bez­zwłocz­nie zli­kwi­do­wały każ­dego Jedi, u któ­rego boku wal­czyli od lat.

Utrata braci wsku­tek wymiany ognia z bla­ste­rów, deto­na­to­rów ter­micz­nych czy tor­ped pro­to­no­wych to coś, czego ocze­ki­wali. Strata z powodu nie­od­par­tego przy­musu, by zdra­dzić dru­hów z pola bitwy, nie była czymś, na co mógł się przy­go­to­wać. Choć nawet to nie wyda­wało się tak zała­mu­jące, jak ich brat Cros­shair, który zdra­dził towa­rzy­szy z wła­snej woli, by postą­pić jak na przy­kład­nego żoł­nie­rza przy­stało.

Reszta o tym nie wie­działa, ale Hun­tera w snach zbyt czę­sto nawie­dzali Cros­shair i pole­gli Jedi.

Przez jakiś czas radzili sobie, podej­mu­jąc się bar­dzo ryzy­kow­nych zadań za niskie stawki, pod­su­wa­nych im przez pozba­wioną skru­pu­łów Tran­do­shankę Cid Sca­le­back za pośred­nic­twem galak­tycz­nego pół­światka. Mieli co do gęby wło­żyć, ale z cza­sem ich rela­cje się pogor­szyły, w miarę jak zle­ce­nia Cid sta­wały się coraz dziw­niej­sze i bar­dziej nie­bez­pieczne. W końcu Hun­ter i reszta nie mieli innego wyboru, jak się od niej odciąć.

To, że tyle razy o włos unik­nęli śmierci na szem­ra­nych misjach od Cid, miało tę jedną zaletę, że Hun­ter stał się o wiele bar­dziej wybredny. Los najem­nika dawał mu wię­cej wol­no­ści, by kwe­stio­no­wać nie­pewne para­me­try misji, niż w dniach spę­dzo­nych na wal­kach dla Nowej Repu­bliki pod hasłem „Posłuszni żoł­nie­rze wyko­nują roz­kazy” – nie żeby i wtedy był w tym spe­cjal­nie dobry. Mimo wszystko…

– Podej­rza­nie wygodne – powie­dział do Phee. Otwo­rzył oczy i prze­rwał prze­dłu­ża­jącą się ciszę. – Wyznawca tej całej wiary w Świętą Łupinę i Skałę, tak pobożny, że w zamian za poje­dyn­czą reli­kwię zamie­rza prze­ka­zać nie­stwo­rzoną ilość mate­ria­łów budow­la­nych, gdy aku­rat naj­bar­dziej ich potrze­bu­jemy?

– Pew­nie ci powie, że to wcale nie wygodne, a uświę­cone!

– Pew­nie tak – odparł Hun­ter, choć nie powie­dział, że by w to nie uwie­rzył. – Czemu to coś…

– Moź­dzierz – dopre­cy­zo­wała Phee.

– Czemu niby ten moź­dzierz jest taki ważny?

Hun­ter przyj­rzał się arte­fak­towi, gdy Phee po raz pierw­szy wspo­mniała o pla­nie. Dla niego była to po pro­stu zwy­kła kamienna misa.

– Wiem tyle, że jest pra­stary i święty. Wysoko posta­wieni kapłani sto­so­wali go pod­czas cere­mo­nii. Mie­szali w nim mik­stury, które miały zapew­nić wyznaw­com drogę do wyż­szych sta­nów świa­do­mo­ści. Czy to rozu­miem? Nie. Ni­gdy spe­cjal­nie nie inte­re­so­wały mnie jakieś „siły wyż­sze”. Ale nie muszę niczego rozu­mieć, by to sza­no­wać.

Hun­ter przy­tak­nął. Mądrze powie­dziane. Galak­tyka była tak roz­le­gła, że nie spo­sób było pojąć każ­dego cudu czy wie­rze­nia. Jed­no­cze­śnie miał prawo kwe­stio­no­wać logi­stykę zada­nia, któ­rego zamie­rzali się pod­jąć.

– Gdy już wyzwo­limy arte­fakt z aukcji, zaj­miemy się tym dru­gim zle­ce­niem?

– Tak. Zresztą tak łatwym, że szkoda do tego wra­cać.

– Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem, by taki szmal przy­cho­dził łatwo.

– To Repu­blika wam nie pła­ciła?

Hun­ter łyp­nął na nią z nie­do­wie­rza­niem.

– Tak myśla­łam. Więc masz na myśli ryzyko zwią­zane z pracą dla Cid. Ale dzia­ła­nie na wła­sną rękę to coś zupeł­nie innego. Zoba­czysz.

Wła­śnie tego się oba­wiał. „Coś innego” nie musiało wcale ozna­czać, że to coś lep­szego. Choć żoł­nier­ski fach pozo­sta­wiał wiele do życze­nia, Hun­ter dosko­nale wie­dział, że nawet naj­lep­sze plany potra­fią wziąć w łeb.

Przy­ła­pał Phee na tym, że się na niego gapi.

– No co?

– Snu­jesz kata­stro­ficzne wizje, co?

– Ja… Nie.

– Będzie dobrze, Hun­ter. Zoba­czysz, po aukcji mi podzię­ku­jesz.

– Za co?

– Sam wspo­mnia­łeś, że taka oka­zja nada­rza się w naszej naj­więk­szej potrze­bie. Zaczyna ci się podo­bać na Pabu. Wkrótce prze­ko­nasz się do tego miej­sca na dobre. Wie­dzia­łam, że tak będzie.

Hun­ter się skrzy­wił. Phee była zbyt pewna sie­bie. Wcale nie czuł się do niczego prze­ko­nany. Ani do tej misji, ani do samego Pabu. Ale zrobi, co do niego należy.

Phee zauwa­żyła jego minę.

– Wiesz co? – dodała. – Nie ma na co cze­kać. Nie ma za co.ROZDZIAŁ TRZECI. DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME

ROZ­DZIAŁ TRZECI

DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME

Na zewnątrz zmierz­chało. Ożyło miej­skie oświe­tle­nie, roz­ta­cza­jące ilu­zję pomniej­szych gwiaz­do­zbio­rów, budzą­cych się na ele­wa­cjach gma­chów, tak niskich, jak i strze­li­stych, aż po wid­no­krąg. Gdy ciem­niało, Wrec­ker wydał spóź­nio­nej parze kod odbioru śmi­ga­cza, po czym zasiadł za ste­rami ich smu­kłego C-B7 Inter­cep­tora i popę­dził ku usta­lo­nemu mniej­szemu lądo­wi­sku na tyłach domu aukcyj­nego.

Wrec­ker przy­glą­dał się pano­ra­mie z fotela pilota przy­ma­łego śmi­ga­cza spor­to­wego. Zachwyt jed­nak szybko prze­szedł w wąskie, celowe sku­pie­nie, gdy wzmo­żona roz­mowa w słu­chawce zakoń­czyła się sło­wami Omegi:

– Tak jest! Plan C!

Wysko­czył ze śmi­ga­cza, a że ten stał się lżej­szy, repul­sor uniósł go nagle o kilka cen­ty­me­trów. V-ka, kan­cia­sty, pali­wo­żerny model cywilny woj­sko­wego V-koło­wca, któ­rym przy­byli tu Tech i Phee, zapar­ko­wany był trzy rzędy dalej. Wśród smu­kłych luk­su­so­wych jed­no­stek na par­kingu odsta­wał jak pia­sko­czołg. I z tego wła­śnie powodu misja wyma­gała kogoś w rodzaju par­kin­go­wego – by nie wzbu­dzało to pytań, a maszyna była gotowa do odlotu, na wypa­dek gdyby zro­biło się gorąco.

Wrec­ker zmie­rzał ku V-ce, prze­ska­ku­jąc po śmi­ga­czach. Nie­któ­rym jed­nost­kom dopi­sało szczę­ście i klon odbił się ogrom­nym bucio­rem od fotela. Reszta dostała piętą w karo­se­rię. Wrec­ker pozo­sta­wiał po sobie dro­gie do usu­nię­cia wgnie­ce­nia, z któ­rych potem trudno się będzie wytłu­ma­czyć praw­dzi­wym par­kin­go­wym. Bywa.

Dotarł do V-ki i zasiadł za ste­rami jed­nostki, by przy­go­to­wać się do krót­kiego lotu do punktu zbor­nego przy tyl­nym wyj­ściu z domu aukcyj­nego, gdy drugi par­kin­gowy – smu­kły, nie­okrze­sany huma­noid o brą­zo­wych jak brud wło­sach i uszko­dzo­nej od słońca skó­rze – wbił się na tor lotu Wrec­kera przed V-kę i zapar­ko­wał zbyt bli­sko przed­niego zde­rzaka, blo­ku­jąc drogę. Wysko­czył z maszyny. Gwiz­dał pod nosem, wolny od wszel­kich trosk.

Wrec­ker wychy­lił się od strony pilota.

– Ej, daj mi nieco miej­sca, żebym mógł wyle­cieć.

– Po co? – zdzi­wił się par­kin­gowy, gdy spoj­rzał na data­pad. – Nie widzę kodu odbioru?

– Muszę prze­par­ko­wać kilka śmi­ga­czy. Zwol­nić nieco miej­sca.

– Gdzie tam! Nie ruszamy śmi­ga­czy, gdy już stoją, chyba że spły­nie kod odbioru od wła­ści­ciela. To twój pierw­szy dzień w robo­cie?

Wrec­ker się skrzy­wił.

– Można tak powie­dzieć.

– Pozwól, że cię uspo­koję. Tej jed­no­stce dobrze tam, gdzie jest.

Par­kin­gowy ruszył w drogę. W prze­ci­wień­stwie do Wrec­kera.

Wywo­łał ekipę.

– Daj­cie znać, gdy będzie­cie przy wyj­ściu. I daj­cie mi dwa­dzie­ścia sekund.

– Zgoda – potwier­dził Hun­ter mię­dzy jękami wysiłku.

W tle roz­brzmie­wało coś, co brzmiało jak prze­ra­żone krzyki.

– Tak jest! Plan C!

Hun­ter zerwał far­tuch, zado­wo­lony, że to koniec tej szopki. Gdy droid kuchenny pró­bo­wał go skar­cić, klon zarzu­cił mu na głowę popla­miony joga­nami strój i przy­krył układ optyczny. Droid zaczął wyma­chi­wać wie­loma ramio­nami, by się uwol­nić, a jed­no­cze­śnie zbli­żał się w stronę Hun­tera. Co nor­mal­nie nie byłoby pro­ble­mem, tyle że w tam­tej chwili wiru­jące ramiona dro­ida trzy­mały różne ostre przed­mioty.

Hun­ter uchy­lił się w bok przed nad­la­tu­ją­cym od góry tasa­kiem, po czym przy­kuc­nął, by unik­nąć hory­zon­tal­nego zama­chu nożem. I w tej pozy­cji wci­snął palce mię­dzy gąsie­nice dro­ida, pod­niósł go i wrzu­cił do beczki z obier­kami joga­nów, gdzie nie­szczę­śnik zaczął się rzu­cać z jękiem. Hun­ter czym prę­dzej opu­ścił kuch­nię do wtóru okla­sków ze strony vol­pa­iskiego pomy­wa­cza, ikkruk­kiań­skiego cukier­nika i wszyst­kich pozo­sta­łych pra­cow­ni­ków, któ­rzy mieli dość pre­ten­sji maszyny.

W dro­dze przez salę ban­kie­tową i tylne kory­ta­rze Hun­ter uru­cho­mił komu­ni­ka­tor.

– Omego, gdzie jesteś?

– Opusz­czam kulisy – zamel­do­wała peł­nym wysiłku gło­sem.

Zna­jąc Omegę, pew­nie wzięła do sie­bie prośbę Phee i chwy­ciła dosłow­nie wszystko, co mogła.

– Znajdę cię.

Kory­ta­rze w głębi domu aukcyj­nego nie były skom­pli­ko­wane, szcze­gól­nie dla kogoś obda­rzo­nego takimi talen­tami jak Hun­ter. Odna­lazł Omegę, gdy dziew­czynka wyco­fy­wała się sze­ro­kimi drzwiami, cią­gnąc za sobą ciężką skrzy­nię z trans­pa­stali, wypeł­nioną nie­zli­czo­nymi bły­skot­kami. Jej czarna peruka była prze­krzy­wiona, więc musiała cią­gle dmu­chać, by włosy nie wpa­dały jej do oczu. Gdy zauwa­żyła Hun­tera, zerwała perukę i cisnęła nią w kie­runku, z któ­rego przy­była.

– Pomo­żesz?

Klon zatrzy­mał się i otak­so­wał wzro­kiem zebrane przez nią fanty: meda­lion, coś na kształt pra­daw­nego per­ga­minu oraz posą­żek z kamie­nia i metalu, który zda­wał się być naj­cięż­szą rze­czą w skrzyni. Dla Omegi było to sporo, ale Hun­ter bez trudu sobie pora­dził – zapa­ko­wał pojem­nik na ramię. Dopiero wtedy zauwa­żył sze­reg wyko­na­nych lase­rowo otwo­rów.

– Klatka? – spy­tał.

– Tak.

– Chcę wie­dzieć?

Omega wzru­szyła ramio­nami, a potem przed nimi wyro­sła para koto­wa­tych straż­ni­ków rasy Cathar, o zło­śli­wie napię­tych cia­łach. Mieli na sobie gra­na­towo-czarne stroje. War­czeli przez zaci­śnięte zęby, a w zakoń­czo­nych pazu­rami dło­niach dzier­żyli elek­tro­pałki. Zwa­żyw­szy na dziwne wybrzu­sze­nia pod ubio­rem, mieli przy sobie też pod­ręczne bla­stery.

– Stać! – zawo­łał jeden.

Nie­do­brze. Cia­sne kory­ta­rze, brak zbroi. Catha­ro­wie byli zawzię­tymi wojow­ni­kami, szyb­kimi i sil­nymi. Hun­ter domy­ślał się, że mógłby ich poko­nać, ale nie przy­szłoby mu to wcale łatwo – ani szybko. A teraz nie mieli chwili do stra­ce­nia. Cią­gle ten sam szajs.

Hun­ter przy­go­to­wał się, by zaszar­żo­wać na straż­ni­ków, korzy­sta­jąc ze skrzyni z arte­fak­tami w cha­rak­te­rze zaim­pro­wi­zo­wa­nego tarana, gdy z oko­licy jego kostek dobiegł cichy, choć dra­pieżny war­kot. Spoj­rzał w dół i mignęła mu czer­wona skóra.

– Teacup! – zawo­łała Omega. – Uwa­żaj!

Maciu­peńka istota zaszar­żo­wała na naj­bliż­szego Cathara, wybiła się w powie­trze na dużą odle­głość i czte­rema umię­śnio­nymi ramio­nami ucze­piła się kolana prze­ciw­nika w geście, który na pierw­szy rzut oka spra­wiał wra­że­nie deli­kat­nego przy­tu­lasa.

Hun­ter jako pierw­szy usły­szał chru­piącą kość – może z wyjąt­kiem wrzesz­czą­cego Cathara, który nagle nawią­zał nie­zwy­kle intymną rela­cję z… gun­dar­kiem minia­turką?

„To ci dopiero…” – skwi­to­wał w duchu Hun­ter, który wiele już widział, ale cze­goś takiego jed­nak nie.

Drugi straż­nik zamach­nął się na gun­darka elek­tro­pałką, ale zwie­rzę unik­nęło ciosu. Elek­tro­pałka wyemi­to­wała swój ładu­nek w ran­nego straż­nika i ten natych­miast stra­cił przy­tom­ność – co w tej sytu­acji było dla niego zba­wienne.

Gun­dark ponow­nie sko­czył, tym razem ku twa­rzy sto­ją­cego prze­ciw­nika. Hun­ter obró­cił się i zmu­sił Omegę, by poszła w jego ślady, bo nie chciał, aby dziew­czynka widziała tę scenę.

– Chodź, tędy!

Więc pobie­gli alter­na­tywną trasą wio­dącą ku punk­towi zbor­nemu. Hun­ter wyjąt­kowo był zado­wo­lony, że on i ten mały gun­dark mają wspól­nego wroga – przy­naj­mniej dzi­siaj.

– Tak jest! Plan C!

Tech ścią­gnął ogra­ni­cza­jący mobil­ność strój, pod­czas gdy Phee dobyła nie­wiel­kiego ostrza spod rąbka sukni. Prze­cięła ją od uda po kostki, odsła­nia­jąc noszone pod spodem leg­ginsy i zapew­nia­jąc sobie więk­szą swo­bodę ruchów. Zaci­snęła zęby na ostrzu i zaczęła spla­tać war­ko­cze w bar­dziej prak­tyczny wysoki kok.

– Idziemy? – spy­tał Tech.

– Idziemy – potwier­dziła.

Zesko­czyli z loży do kolej­nej, jeden poziom niżej. Repul­sor zafa­lo­wał, reagu­jąc na nagłą zmianę cię­żaru, ale wró­cił do rów­no­wagi, gdy Tech i Phee znów sko­czyli w dół.

Po kilku takich ruchach zna­leźli się na pode­ście, ską­pani w bla­sku czer­wo­nych świa­teł, god­nym małej galak­tyki. Z tła dobie­gały szepty zezłosz­czo­nych gości, teraz już świa­do­mych, że zostali obra­bo­wani.

Licy­ta­tor był zbul­wer­so­wany.

– Co wy naj­lep­szego ro…

– I w tym miej­scu panu prze­rwę – oświad­czyła Phee, a jej głos został wzmoc­niony przez mikro­fon w kla­pie jego mary­narki. – Nikt z was nie ma praw do arte­fak­tów wysta­wio­nych na aukcji. Dla­tego zamie­rzam zdjąć z was ten nie­wąt­pli­wie duży cię­żar wyrzu­tów sumie­nia, nim poczu­je­cie winę, że ogra­bi­li­ście inne kul­tury z ich skar­bów. Nie ma za co.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij