-
nowość
-
promocja
Star Wars. Sanktuarium. Parszywa Zgraja - ebook
Star Wars. Sanktuarium. Parszywa Zgraja - ebook
– Nadal podoba ci się ten układ? – nawet bardziej. Wcześniej chodziło o kredyty, by pomóc pabu. Teraz chodzi o zrobienie czegoś dobrego. Przeżyjcie ekscytującą przygodę z parszywą zgrają! Hunter, wrecker, tech i omega decydują się na ryzykowną misję, by pomóc w odbudowie pabu. Porządny żołnierz wie, że życie polega na zmianach – czy to na polu bitwy, czy poza nim. Przetrwanie wymaga adaptacji. Hunter doskonale pojął tę lekcję, w końcu sam ucieka przed Imperium. Echo wybrał się na misję z kapitanem Rexem, a Crosshair... cóż, nadal jest Crosshairem, ale wśród tylu zawirowań Hunter nadal może polegać na Techu, Wreckerze i Omedze. Wygląda na to, że ich mała rodzina wreszcie znalazła bezpieczne schronienie z dala od coraz to bardziej wścibskich oczu Imperium: świat o nazwie Pabu. Ich potencjalny wyspiarski dom jednak desperacko potrzebuje zasobów, gdy mieszkańcy próbują odbudować go po niszczycielskiej fali. Phee Genoa, piratka odzyskująca skradzione artefakty, jest przekonana, że zaproponowane przez nią dwie misje pomogą zdobyć dokładnie to, czego potrzebują. Wystarczy, by Jednostka Klon 99 wsparła ją podczas kilku zleceń. Sprawy komplikują się niemal natychmiast, a oddział ledwie ucieka ze skradzionym przedmiotem. Hunter nalega, by dokończyli pierwsze zlecenie, nim wezmą się za kolejne, ale Phee i reszta podejmują inną decyzję: równocześnie zajmą się transportem pewnej pary zbiegów. Nieoczekiwanie okazuje się, że kobieta spodziewa się dziecka i może lada chwila urodzić. Hunter obawia się, iż ryzyko jest zbyt duże, tym bardziej że ich nowi, tajemniczy pasażerowie uparcie trzymają się kłamstw i tajemnic, łączących się jakoś z podążającym ich śladem oficerem Imperialnego Biura Bezpieczeństwa. Gdy Hunter próbuje sprowadzić oddział na stabilną, bezpieczną ścieżkę z dala od agentów Imperium, nakładające się na siebie misje ściągają na nich kolejne niebezpieczeństwa i chaos. Gdy Parszywa Zgraja zmaga się ze świadomością, że może zawieść i swoich zdesperowanych partnerów, i społeczność na Pabu, musi pamiętać, że sekretem przetrwania jest wzajemne zaufanie. O autorze: LAMAR GILES to nagradzany autor powieści Run Road, The Getaway, The Last Last-Day-of-Summer, Not So Pure and Simple, Spin oraz Fake ID. Był trzykrotnie nominowany do nagrody Mystery Writers of America Edgar Award, otrzymał nagrodę Youth Literary Award z ramienia Black Caucus of the American Library Association i jest członkiem założycielem organizacji non profit We Need Diverse Books. Mieszka z rodziną w Wirginii.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8424-824-9 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Minął ponad rok, odkąd Imperator Palpatine obwołał Jedi zdrajcami i obrócił przeciwko nim żołnierzy-klonów, u boku których walczyli. W następstwie tych wydarzeń Imperium w asyście rządzącego żelazną pięścią Imperialnego Biura Bezpieczeństwa stłumiło wszelkie zagrożenia dla jego rządów i ogłosiło nastanie epoki „pokoju i harmonii” dla wszystkich, którzy poddadzą się woli Imperatora.
Jednostka Klon 99 (zwana też Parszywą Zgrają) nie wypełniła rozkazu 66 i od tamtej pory ucieka przed sprawiedliwością. W pogrążającej się w chaosie galaktyce członkowie oddziału wiodą życie najemników. Pozbawieni zleceń od chwili, gdy rozeszli się w dość wrogich stosunkach z dwulicową najemniczką Cid Scaleback, Hunter, Tech, Wrecker i Omega schronili się na Pabu, w niewielkiej osadzie na wyspie. Niedawno ogromne tsunami, zdarzające się raz na pokolenie, pozostawiło miasto w ruinach.
Wykorzystując swoje kontakty w galaktycznym półświatku, sojuszniczka oddziału i piratka Phee Genoa opracowała dwie intrygi, by pomóc lokalnym mieszkańcom w szeroko zakrojonej odbudowie. Do pomocy w tym przedsięwzięciu wynajmuje Parszywą Zgraję, ale nie wszystko jest takie, jakim się zdaje…ROZDZIAŁ PIERWSZY. DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME
ROZDZIAŁ PIERWSZY
DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME
Członkowie Jednostki Klon 99 byli za pan brat z wymagającymi misjami. Zostali stworzeni z myślą o żmudnej, uciążliwej służbie. Jednocześnie nawet po tylu latach walk w błocie i gnoju, gdy nieraz wychodzili bez szwanku z beznadziejnych sytuacji, Hunter nie przypominał sobie drugiego takiego zestawienia czynników, którego nienawidziłby na równi z obecnym. Ale misja to misja. Każdy miał swoją rolę do odegrania. Porażka nie wchodziła w grę.
– Ktoś źle obrał jogany – oznajmił natrętny wieloręki droid kuchenny.
Hunter zwrócił się w stronę „przełożonego” i za pomocą lichego noża do obierania odciął ostatni kawałek skórki z soczystej kuli, barwiącej mu ręce na fioletowo. Dorzucił owoc do tuzina pozostałych w koszyku. Pracował nad nimi, odkąd zaczął działać pod przykrywką jako nisko postawiony pomocnik kuchenny.
– Miały nie mieć skórki. Więc nie mają. Co niby zrobiłem nie tak?
W obliczu takiej krnąbrności droid aż zesztywniał. A przecież Hunter miał wrażenie, że jego nastawienie jest zgodne z radą Phee Genoi, odnoszącą się do tego rodzaju uciążliwych forteli – „Zawrzyj nieco siebie w roli. Będziesz bardziej wiarygodny!” – a przynajmniej tak sobie wmawiał.
Nigdy nie reagował dobrze na nagany, choćby i zasłużone. A na tę konkretną przecież nie zasłużył. „Obrałem te cholerne jogany!” Powierzone mu zadanie – a raczej zadanie powierzone pomocnikowi kuchennemu, którego obezwładnił i pod którego teraz się podszywał – było jednym z wielu w przegrzanej, pełnej zgiełku kuchni domu aukcyjnego.
Wprawdzie droid krytykował jego umiejętności posługiwania się nożem – coś, czego do tej pory nie kwestionował nikt, kto by przeżył – ale jakimś cudem przegapił o wiele bardziej poważne przewiny, których inni dopuścili się tego wieczora, a które na pewno przepaliłyby mu zwoje. Jak tego pomywacza rasy Volpai, bez ustanku dłubiącego sobie w uchu krótkimi, grubymi palcami lewej dolnej dłoni – blech! Albo tego ikkrukkiańskiego cukiernika, który popróbował kilku słodkich tart i zafajdał próg drzwi lukrem.
A mimo to droid kucharz typu COO, o wielu rękach i takiej samej liczbie rzeczy, które go denerwowały, miał czelność traktować Huntera tak, jakby to był problemem.
– Poprawna obierka – ciągnęła belferskim tonem maszyna – nie przekroczyłaby grubości czterech i pół milimetra, a skórkę najlepiej usunąć w postaci nieprzerwanej spiralnej wstęgi, by zachować ją w charakterze estetycznej dekoracji…
Uciążliwy wykład trwał w najlepsze, ale Hunter skupił się na pełnym szumów audio, dochodzącym z mikrokomlinka w uchu.
– Nie demontuj go – podkreślił przez urządzenie Tech. – Z tą właściwą techniką dekorowania talerza z joganami to akurat ma rację.
Z komlinka dobiegł drugi głos i natychmiast ostudził mordercze zamiary Huntera.
– Fajnie obrałeś, Hunter – stwierdziła Omega.
Klon spojrzał droidowi kuchennemu przez ramię i zobaczył Omegę ze świeżo napełnioną tacą. Przechodziła z kuchni do sali bankietowej, gdzie snuła się śmietanka galaktyki (kryminaliści). Dziewczynka miała na sobie czarne spodnie w kant i pasującą do nich koszulę kelnerki. Jej ciemna peruka skrywała blond loki, podobnie jak odrobina makijażu maskowała tego dnia tatuaż na twarzy Huntera. Omegę, najniższą osobę spośród ekipy kelnerskiej, łatwo było rozpoznać pośród bogatych gości aukcji, ubranych w powiewające szaty i wypolerowane ceremonialne zbroje.
Trzymała tacę z daruvviańskim szampanem i spoglądała Hunterowi w oczy. Klon skinął głową na znak, że wszystko gra i że nie zamierza rozszarpać droida na kawałki, więc Omega może się zająć swoimi sprawami i nie musi się demaskować. Dziewczynka podała drinka najbliższemu gościowi, a ten przyjął go łapczywie. Drzwi od kuchni się zasunęły. Te istoty wszystko przyjmowały łapczywie, nawet wtedy, gdy nie miały do czegoś prawa. I stąd w ogóle ta misja.
Droid kuchenny nawijał do znudzenia o właściwych technikach obierania, pozycji dłoni, nacisku i tak dalej. Hunter puszczał to wszystko mimo uszu. Wiedział, co potrafi zrobić dowolnym nożem, czy to ostrym, czy tępym. Nagle droid zamilkł, jakby wyczuł, że wykład trafia w próżnię.
– Po przemyśleniu sprawy stwierdzam, że dam ci narzędzie lepiej dostosowane do poziomu twoich umiejętności.
Droid wyciągnął Hunterowi z dłoni nóż i zaprezentował nowe ustrojstwo: obieraczkę z systemem zabezpieczającym, odpowiednią dla dziecka, które po raz pierwszy wpuszczono do kuchni.
„Łudź się, łudź, droidzie, że to ty jesteś tu ekspertem” – wycedził w duchu Hunter. Sięgnął po obieraczkę. „Ostatni raz pozwalam cokolwiek planować Phee. Ostatni!”
SALA SKARBÓW, PABU
_Cztery dni wcześniej…_
Skóra Phee Genoi, zazwyczaj koloru palonej umbry, nabrała fioletowego odcienia w zamglonym blasku holograficznego rozkładu pomieszczeń, wokół którego krążyła piratka, gdy próbowała przekonać oddział do swojego planu. Mówiła z werwą, wymachując z pasją rękoma.
– …a wtedy po prostu wyjdziemy. Bez zbędnych ceregieli.
Hunter wstał z założonymi ramionami i gniewnym spojrzeniem.
– A czemu niby ja mam robić w kuchni?
Zamiast stwierdzić oczywisty fakt – że usposobienie Huntera czyni z niego osobę, która nie poradzi sobie ze społecznymi aspektami przekrętu – Phee zdecydowała się na bardziej dyplomatyczne podejście i przypomniała mu o innej opcji.
– Zawsze możesz zaczekać na statku z Mel.
MEL-222, cylindryczna i pełna werwy droidka zasilająca Phee, została niedawno przebudowana z kawałków złomu, a jej pamięć odtworzono z banku danych, po tym jak podczas niefortunnej misji na Skarze Nal jej ciało zostało rozerwane na kawałki. Podjechała do Huntera na gąsienicach nie do pary, świergocząc z entuzjazmem na myśl o potencjalnej współpracy.
– Reszta bierze udział, to i ja – podkreślił Hunter, odrzucając propozycję i sprawiając, że MEL-222 zapikała z rozczarowaniem.
Ale to nie tak, że wszyscy pozostali będą przebywać w budynku. Taki Wrecker zostanie na zewnątrz jako parkingowy, by mieć oko na okolicę domu aukcyjnego oraz zatroszczyć się o transport i drogę ucieczki, gdyby wszystko się pokiełbasiło. Hunter jednak nie miał na myśli wszystkich. Chodziło mu o Omegę.
Dziewczynka była spostrzegawcza. Chłonęła każdy szczegół, a entuzjazmem kipiała w takim stopniu, że zdawała się drżeć.
– Będę się przechadzać wśród tłumu – zaczęła na znak, że rozumie własną rolę – z autoslicerem przyczepionym do nadgarstka. Zbliżę się do każdego licytującego…
– …a slicer załaduje na ich datapady toporny kod MEL-222, który pobierze umiarkowaną sumę kredytów z ich kont w domu aukcyjnym i przeleje je na nasze – dokończył zadowolony z pomysłu Tech.
MEL-222 wydała z siebie usatysfakcjonowane trele.
– Ej tam, spokojnie! – skomentowała Phee.
– Ja tam napisałbym o wiele bardziej elegancki program – skwitował Tech. – A do tego niezawodny.
Droidka skomentowała jego przechwałki wiązanką pisków i treli.
– Cii, nie miał na myśli nic złego – uspokoiła ją Phee, mijając się z prawdą, a potem rzuciła do Techa: – Może i podszedłbyś do tego inaczej, ale musisz przyznać, że to zadziała.
– Zważywszy na dostępne nam informacje i o ile nie dojdzie do żadnych odstępstw? Powinno. Ale…
– Ale nic – ucięła temat Phee. – Każdy zrobi, co do niego należy. W tym i ty. Powtórzysz?
Tech westchnął głęboko.
– Ty i ja udajemy małżeństwo, które dorobiło się sporej fortuny na dystrybucji napojów – a na boku przemycało blastery. Mam sprawiać miłe wrażenie.
– Dla ciebie pikuś, Brązowooki – skwitowała Phee.
Wrecker z uniesioną w głębokim skupieniu brwią odezwał się po raz pierwszy od godziny.
– Może to ja powinienem trafić do kuchni. Bo tam jest żarcie.
– Parkingowy! – odparła Phee nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Wrecker opuścił ramiona, ale nie zaprotestował.
– Słuchajcie, wiem, że to nie wasza typowa robota – przyznała Phee, próbując załagodzić opór. – O wiele mniej _piu, piu_! – Udała, że strzela z palców. – I _bum, bum_! – Rozłożyła nad głową ramiona po szerokim łuku w udawanej eksplozji, na co Wrecker wyszczerzył zęby. – Ale Pabu tego potrzebuje.
Jakby w odpowiedzi na jej słowa podłoga zadrżała lekko. Wstrząs wtórny po wyjątkowo rzadkim trzęsieniu ziemi, które przed miesiącem zalało wyspę ścianą wody, przeniknął ich kości. Z krokwi dachowych poleciał pył. Choć obecnie wstrząsy były już łagodniejsze niż w pierwszych dniach po wielkiej fali, odbudowa wyspy odbywała się wolno i niepewnie. Jasne, mieszkańcy połączyli swoje zasoby i wspólnym wysiłkiem poczynili niesamowite postępy we wszystkim, od inżynierii po stolarstwo, ale i tak zmagali się z rzeczywistością po takiej katastrofie naturalnej i ze świadomością, że Pabu być może już nigdy nie będzie takie samo.
Szczególnie jeśli nie zdobędą materiałów i kredytów z myślą o daleko idących pracach remontowych i budowie grobli, by przeciwdziałać katastrofalnym skutkom przyszłych trzęsień.
Kolejne drżenia zachwiały Salą Skarbów i strąciły ze stołu holowyświetlacz Phee. Gdy spadał, plany przekręciły się na bok. Omega zwinnym ruchem rzuciła się do przodu i złapała dysk, nim ten uderzył o ziemię. Wcisnęła przycisk i hologram zafalował i zniknął.
Wstrząsy trwały kilka kolejnych chwil. Gdy wreszcie ustały, Phee powiedziała:
– Zróbmy sobie przerwę.
Wrecker podniósł rękę.
Phee odpowiedziała, nim jeszcze zadał pytanie.
– Tak, możesz iść coś zjeść.
Wybiegł z sali i tyle go widzieli.
Hunter odprowadził wzrokiem brata, po czym spojrzał z niepokojem na piratkę.
– Chyba wszystkim przyda się nieco świeżego powietrza. Przejdziemy się we dwoje?
Między nimi wyrosła Omega.
– Mogę iść z wami?
Phee wyczuła, że Hunterowi chodzi o rozmowę na osobności.
– A możesz pomóc Techowi i Mel opracować trasy ewakuacyjne? Potem ci opowiem, jak któregoś razu zinfiltrowałam gang na Jedzie i zostałam jego przywódczynią na całe dziewięć dni.
– Dobra! – odparła dziewczynka i dosiadła się do Techa, kłócącego się z MEL-222 na temat języków programowania.
Phee i Hunter opuścili Salę Skarbów i natychmiast uderzyła w nich słona bryza z atolu Pabu. Kilka metrów przed budynkiem grupa wyspiarskich młodzieńców grała piłką w głupiego Jawę z Gonkym, czasami – bo niezbyt często – przydatnym droidem zasilającym Jednostki 99. Pudełkowaty, mrukliwy droid został nieoficjalną maskotką dzieciaków – kto wie, czy podnoszenie morale nie było aby jego prawdziwym powołaniem. Jedno z dzieci nie trafiło i uderzyło piłką w bok korpusu droida. Ten skrzeknął i się przewrócił. Młócił powietrze nogami. Dzieci zarechotały ze śmiechu. Tak, Gonky był do tego stworzony.
Phee i Hunter ruszyli w dalszą drogę. Połączenie roślinności z architekturą, naturalnego ze sztucznym, sprawiało wrażenie zatrzymanej w czasie harmonii. Miejsce to bez wątpienia było jednym z najpiękniejszych, jakie Hunter widział. Mimo to zastanawiał się, czy taka ocena nie jest względna. Podczas niezliczonych bitew toczonych ramię w ramię z braćmi, a teraz i z Omegą, widywał straszne rzeczy. W porównaniu z wojną wszystko wydawało się piękne.
Może i miał wypaczoną perspektywę, ale Pabu było dobrym miejscem. Zasługującym na ratunek. I stąd ich misje – w liczbie mnogiej – które trafiły do Phee za sprawą jej kontaktów z różnych zakątków galaktyki.
Przekręt z domem aukcyjnym był bowiem połową równania, które według Phee powinno rozwiązać problemy Pabu. Wśród przedmiotów wystawionych na sprzedaż w trakcie ekskluzywnego (i nielegalnego) zgromadzenia znajdowały się rozmaite artefakty zagrabione podczas wojen klonów. Licytujący, którzy mieli przybyć na miejsce na specjalne zaproszenie, byli jednymi z najbardziej zatwardziałych kryminalistów w galaktyce, takimi, którzy zlecali brutalność na odległość, którzy byli milczącymi partnerami w szemranych interesach, którzy skrywali prawdziwą naturę za zasłoną pozornie legalnego biznesu (jak dystrybucja napojów), by nie brudzić sobie rąk. W istocie osoby te handlowały bólem i cierpieniem.
Choć nie czuł się dobrze na myśl, że będzie musiał wcielić się w kogoś innego, Hunter musiał przyznać, iż czuje satysfakcję, że takie wyglancowane, snobistyczne męty wrócą do domu z lżejszymi kabzami. Mimo wszystko jednak nadal miał opory.
– Powtórz, proszę, od kogo masz te informacje?
Jeśli Phee irytowała się, że znów zadaje jej te same pytania, nie dała tego po sobie poznać, choć próbowała zmienić temat.
– Nie chcesz zaczekać, aż wrócimy do reszty? Dzięki temu…
– Nie. Tutaj. Teraz.
Nigdy nie myślało mu się dobrze podczas odpraw. Wolał pozostawać w ruchu, wśród natury, gdzie mógł się skupić.
– Dobrze. Znajomy o imieniu Ven Alman.
– Tamten balosarski pirat?
– Tak. Wykonał fuchę dla przedsiębiorcy sponsorującego nam robotę.
– Wyjątkowo pobożnego Caridanina powiązanego ze spółką budowlaną.
Hunter zamknął oczy. Szedł przed siebie i nasłuchiwał, bez trudu omijając donice, biegnące dzieci i nowo powstałe pęknięcia w chodniku, przez które można było sobie skręcić kostkę. Rozpoznawanie bezpośrednich przeszkód na drodze nie wymagało żadnego wysiłku – ba, miał wrażenie, że to zaledwie cienka płachta, przesłaniająca to, co wyczuwał pod oczywistością. Energia generowana w elektrowni Pabu biegła przewodami do każdej struktury na wyspie, co Hunter odbierał w postaci systemu korzennego zbudowanego z błyskawic. Zapach dziennego połowu z doków oddalonych o setki metrów rozchodził się w powietrzu niczym język znany tylko nosowi Huntera. Miał tak czuły zmysł powonienia, że gdyby tylko znał nazwy poszczególnych ryb, mógłby rozpoznać każdy gatunek. Uszami rejestrował głos Phee, ale jeśli skupiłby się na czymś innym, wychwyciłby szczegóły paru pobliskich rozmów. Jego wzmocnione zmysły stanowiły część jego tak zwanego „defektu”, który czynił go CT-99. Oznaczenie to zostało nadane jemu i braciom ze względu na to, jak dalece różnili się od Regsów – regularnych żołnierzy-klonów.
Hunter i Phee spacerowali krętą ścieżką z kocich łbów, prowadzącą w dół pod rusztowaniami wzniesionymi w ramach prac naprawczych – prac, które wkrótce będą niemożliwe do sfinalizowania, bo kończyły się tak zasoby, jak i kredyty. Mimo wszystko pracownicy stukali młotami, piłowali i lutowali w nadziei, że wszystko ułoży się po ich myśli. Tacy już byli mieszkańcy Pabu.
Hunter wraz z rodziną miotali się bez celu, gdy Phee sprowadziła ich do tego wyspiarskiego miasta. Na wojnie rzadko kiedy zdarzały się dobre momenty, ale Hunter zastanawiał się, czy najgorszym nadal nie był tamten surrealistyczny dzień, gdy najwyższy kanclerz Palpatine rozkazał klonom, by bezzwłocznie zlikwidowały każdego Jedi, u którego boku walczyli od lat.
Utrata braci wskutek wymiany ognia z blasterów, detonatorów termicznych czy torped protonowych to coś, czego oczekiwali. Strata z powodu nieodpartego przymusu, by zdradzić druhów z pola bitwy, nie była czymś, na co mógł się przygotować. Choć nawet to nie wydawało się tak załamujące, jak ich brat Crosshair, który zdradził towarzyszy z własnej woli, by postąpić jak na przykładnego żołnierza przystało.
Reszta o tym nie wiedziała, ale Huntera w snach zbyt często nawiedzali Crosshair i polegli Jedi.
Przez jakiś czas radzili sobie, podejmując się bardzo ryzykownych zadań za niskie stawki, podsuwanych im przez pozbawioną skrupułów Trandoshankę Cid Scaleback za pośrednictwem galaktycznego półświatka. Mieli co do gęby włożyć, ale z czasem ich relacje się pogorszyły, w miarę jak zlecenia Cid stawały się coraz dziwniejsze i bardziej niebezpieczne. W końcu Hunter i reszta nie mieli innego wyboru, jak się od niej odciąć.
To, że tyle razy o włos uniknęli śmierci na szemranych misjach od Cid, miało tę jedną zaletę, że Hunter stał się o wiele bardziej wybredny. Los najemnika dawał mu więcej wolności, by kwestionować niepewne parametry misji, niż w dniach spędzonych na walkach dla Nowej Republiki pod hasłem „Posłuszni żołnierze wykonują rozkazy” – nie żeby i wtedy był w tym specjalnie dobry. Mimo wszystko…
– Podejrzanie wygodne – powiedział do Phee. Otworzył oczy i przerwał przedłużającą się ciszę. – Wyznawca tej całej wiary w Świętą Łupinę i Skałę, tak pobożny, że w zamian za pojedynczą relikwię zamierza przekazać niestworzoną ilość materiałów budowlanych, gdy akurat najbardziej ich potrzebujemy?
– Pewnie ci powie, że to wcale nie wygodne, a uświęcone!
– Pewnie tak – odparł Hunter, choć nie powiedział, że by w to nie uwierzył. – Czemu to coś…
– Moździerz – doprecyzowała Phee.
– Czemu niby ten moździerz jest taki ważny?
Hunter przyjrzał się artefaktowi, gdy Phee po raz pierwszy wspomniała o planie. Dla niego była to po prostu zwykła kamienna misa.
– Wiem tyle, że jest prastary i święty. Wysoko postawieni kapłani stosowali go podczas ceremonii. Mieszali w nim mikstury, które miały zapewnić wyznawcom drogę do wyższych stanów świadomości. Czy to rozumiem? Nie. Nigdy specjalnie nie interesowały mnie jakieś „siły wyższe”. Ale nie muszę niczego rozumieć, by to szanować.
Hunter przytaknął. Mądrze powiedziane. Galaktyka była tak rozległa, że nie sposób było pojąć każdego cudu czy wierzenia. Jednocześnie miał prawo kwestionować logistykę zadania, którego zamierzali się podjąć.
– Gdy już wyzwolimy artefakt z aukcji, zajmiemy się tym drugim zleceniem?
– Tak. Zresztą tak łatwym, że szkoda do tego wracać.
– Jeszcze nigdy nie widziałem, by taki szmal przychodził łatwo.
– To Republika wam nie płaciła?
Hunter łypnął na nią z niedowierzaniem.
– Tak myślałam. Więc masz na myśli ryzyko związane z pracą dla Cid. Ale działanie na własną rękę to coś zupełnie innego. Zobaczysz.
Właśnie tego się obawiał. „Coś innego” nie musiało wcale oznaczać, że to coś lepszego. Choć żołnierski fach pozostawiał wiele do życzenia, Hunter doskonale wiedział, że nawet najlepsze plany potrafią wziąć w łeb.
Przyłapał Phee na tym, że się na niego gapi.
– No co?
– Snujesz katastroficzne wizje, co?
– Ja… Nie.
– Będzie dobrze, Hunter. Zobaczysz, po aukcji mi podziękujesz.
– Za co?
– Sam wspomniałeś, że taka okazja nadarza się w naszej największej potrzebie. Zaczyna ci się podobać na Pabu. Wkrótce przekonasz się do tego miejsca na dobre. Wiedziałam, że tak będzie.
Hunter się skrzywił. Phee była zbyt pewna siebie. Wcale nie czuł się do niczego przekonany. Ani do tej misji, ani do samego Pabu. Ale zrobi, co do niego należy.
Phee zauważyła jego minę.
– Wiesz co? – dodała. – Nie ma na co czekać. Nie ma za co.ROZDZIAŁ TRZECI. DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME
ROZDZIAŁ TRZECI
DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME
Na zewnątrz zmierzchało. Ożyło miejskie oświetlenie, roztaczające iluzję pomniejszych gwiazdozbiorów, budzących się na elewacjach gmachów, tak niskich, jak i strzelistych, aż po widnokrąg. Gdy ciemniało, Wrecker wydał spóźnionej parze kod odbioru śmigacza, po czym zasiadł za sterami ich smukłego C-B7 Interceptora i popędził ku ustalonemu mniejszemu lądowisku na tyłach domu aukcyjnego.
Wrecker przyglądał się panoramie z fotela pilota przymałego śmigacza sportowego. Zachwyt jednak szybko przeszedł w wąskie, celowe skupienie, gdy wzmożona rozmowa w słuchawce zakończyła się słowami Omegi:
– Tak jest! Plan C!
Wyskoczył ze śmigacza, a że ten stał się lżejszy, repulsor uniósł go nagle o kilka centymetrów. V-ka, kanciasty, paliwożerny model cywilny wojskowego V-kołowca, którym przybyli tu Tech i Phee, zaparkowany był trzy rzędy dalej. Wśród smukłych luksusowych jednostek na parkingu odstawał jak piaskoczołg. I z tego właśnie powodu misja wymagała kogoś w rodzaju parkingowego – by nie wzbudzało to pytań, a maszyna była gotowa do odlotu, na wypadek gdyby zrobiło się gorąco.
Wrecker zmierzał ku V-ce, przeskakując po śmigaczach. Niektórym jednostkom dopisało szczęście i klon odbił się ogromnym buciorem od fotela. Reszta dostała piętą w karoserię. Wrecker pozostawiał po sobie drogie do usunięcia wgniecenia, z których potem trudno się będzie wytłumaczyć prawdziwym parkingowym. Bywa.
Dotarł do V-ki i zasiadł za sterami jednostki, by przygotować się do krótkiego lotu do punktu zbornego przy tylnym wyjściu z domu aukcyjnego, gdy drugi parkingowy – smukły, nieokrzesany humanoid o brązowych jak brud włosach i uszkodzonej od słońca skórze – wbił się na tor lotu Wreckera przed V-kę i zaparkował zbyt blisko przedniego zderzaka, blokując drogę. Wyskoczył z maszyny. Gwizdał pod nosem, wolny od wszelkich trosk.
Wrecker wychylił się od strony pilota.
– Ej, daj mi nieco miejsca, żebym mógł wylecieć.
– Po co? – zdziwił się parkingowy, gdy spojrzał na datapad. – Nie widzę kodu odbioru?
– Muszę przeparkować kilka śmigaczy. Zwolnić nieco miejsca.
– Gdzie tam! Nie ruszamy śmigaczy, gdy już stoją, chyba że spłynie kod odbioru od właściciela. To twój pierwszy dzień w robocie?
Wrecker się skrzywił.
– Można tak powiedzieć.
– Pozwól, że cię uspokoję. Tej jednostce dobrze tam, gdzie jest.
Parkingowy ruszył w drogę. W przeciwieństwie do Wreckera.
Wywołał ekipę.
– Dajcie znać, gdy będziecie przy wyjściu. I dajcie mi dwadzieścia sekund.
– Zgoda – potwierdził Hunter między jękami wysiłku.
W tle rozbrzmiewało coś, co brzmiało jak przerażone krzyki.
– Tak jest! Plan C!
Hunter zerwał fartuch, zadowolony, że to koniec tej szopki. Gdy droid kuchenny próbował go skarcić, klon zarzucił mu na głowę poplamiony joganami strój i przykrył układ optyczny. Droid zaczął wymachiwać wieloma ramionami, by się uwolnić, a jednocześnie zbliżał się w stronę Huntera. Co normalnie nie byłoby problemem, tyle że w tamtej chwili wirujące ramiona droida trzymały różne ostre przedmioty.
Hunter uchylił się w bok przed nadlatującym od góry tasakiem, po czym przykucnął, by uniknąć horyzontalnego zamachu nożem. I w tej pozycji wcisnął palce między gąsienice droida, podniósł go i wrzucił do beczki z obierkami joganów, gdzie nieszczęśnik zaczął się rzucać z jękiem. Hunter czym prędzej opuścił kuchnię do wtóru oklasków ze strony volpaiskiego pomywacza, ikkrukkiańskiego cukiernika i wszystkich pozostałych pracowników, którzy mieli dość pretensji maszyny.
W drodze przez salę bankietową i tylne korytarze Hunter uruchomił komunikator.
– Omego, gdzie jesteś?
– Opuszczam kulisy – zameldowała pełnym wysiłku głosem.
Znając Omegę, pewnie wzięła do siebie prośbę Phee i chwyciła dosłownie wszystko, co mogła.
– Znajdę cię.
Korytarze w głębi domu aukcyjnego nie były skomplikowane, szczególnie dla kogoś obdarzonego takimi talentami jak Hunter. Odnalazł Omegę, gdy dziewczynka wycofywała się szerokimi drzwiami, ciągnąc za sobą ciężką skrzynię z transpastali, wypełnioną niezliczonymi błyskotkami. Jej czarna peruka była przekrzywiona, więc musiała ciągle dmuchać, by włosy nie wpadały jej do oczu. Gdy zauważyła Huntera, zerwała perukę i cisnęła nią w kierunku, z którego przybyła.
– Pomożesz?
Klon zatrzymał się i otaksował wzrokiem zebrane przez nią fanty: medalion, coś na kształt pradawnego pergaminu oraz posążek z kamienia i metalu, który zdawał się być najcięższą rzeczą w skrzyni. Dla Omegi było to sporo, ale Hunter bez trudu sobie poradził – zapakował pojemnik na ramię. Dopiero wtedy zauważył szereg wykonanych laserowo otworów.
– Klatka? – spytał.
– Tak.
– Chcę wiedzieć?
Omega wzruszyła ramionami, a potem przed nimi wyrosła para kotowatych strażników rasy Cathar, o złośliwie napiętych ciałach. Mieli na sobie granatowo-czarne stroje. Warczeli przez zaciśnięte zęby, a w zakończonych pazurami dłoniach dzierżyli elektropałki. Zważywszy na dziwne wybrzuszenia pod ubiorem, mieli przy sobie też podręczne blastery.
– Stać! – zawołał jeden.
Niedobrze. Ciasne korytarze, brak zbroi. Catharowie byli zawziętymi wojownikami, szybkimi i silnymi. Hunter domyślał się, że mógłby ich pokonać, ale nie przyszłoby mu to wcale łatwo – ani szybko. A teraz nie mieli chwili do stracenia. Ciągle ten sam szajs.
Hunter przygotował się, by zaszarżować na strażników, korzystając ze skrzyni z artefaktami w charakterze zaimprowizowanego tarana, gdy z okolicy jego kostek dobiegł cichy, choć drapieżny warkot. Spojrzał w dół i mignęła mu czerwona skóra.
– Teacup! – zawołała Omega. – Uważaj!
Maciupeńka istota zaszarżowała na najbliższego Cathara, wybiła się w powietrze na dużą odległość i czterema umięśnionymi ramionami uczepiła się kolana przeciwnika w geście, który na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie delikatnego przytulasa.
Hunter jako pierwszy usłyszał chrupiącą kość – może z wyjątkiem wrzeszczącego Cathara, który nagle nawiązał niezwykle intymną relację z… gundarkiem miniaturką?
„To ci dopiero…” – skwitował w duchu Hunter, który wiele już widział, ale czegoś takiego jednak nie.
Drugi strażnik zamachnął się na gundarka elektropałką, ale zwierzę uniknęło ciosu. Elektropałka wyemitowała swój ładunek w rannego strażnika i ten natychmiast stracił przytomność – co w tej sytuacji było dla niego zbawienne.
Gundark ponownie skoczył, tym razem ku twarzy stojącego przeciwnika. Hunter obrócił się i zmusił Omegę, by poszła w jego ślady, bo nie chciał, aby dziewczynka widziała tę scenę.
– Chodź, tędy!
Więc pobiegli alternatywną trasą wiodącą ku punktowi zbornemu. Hunter wyjątkowo był zadowolony, że on i ten mały gundark mają wspólnego wroga – przynajmniej dzisiaj.
– Tak jest! Plan C!
Tech ściągnął ograniczający mobilność strój, podczas gdy Phee dobyła niewielkiego ostrza spod rąbka sukni. Przecięła ją od uda po kostki, odsłaniając noszone pod spodem legginsy i zapewniając sobie większą swobodę ruchów. Zacisnęła zęby na ostrzu i zaczęła splatać warkocze w bardziej praktyczny wysoki kok.
– Idziemy? – spytał Tech.
– Idziemy – potwierdziła.
Zeskoczyli z loży do kolejnej, jeden poziom niżej. Repulsor zafalował, reagując na nagłą zmianę ciężaru, ale wrócił do równowagi, gdy Tech i Phee znów skoczyli w dół.
Po kilku takich ruchach znaleźli się na podeście, skąpani w blasku czerwonych świateł, godnym małej galaktyki. Z tła dobiegały szepty zezłoszczonych gości, teraz już świadomych, że zostali obrabowani.
Licytator był zbulwersowany.
– Co wy najlepszego ro…
– I w tym miejscu panu przerwę – oświadczyła Phee, a jej głos został wzmocniony przez mikrofon w klapie jego marynarki. – Nikt z was nie ma praw do artefaktów wystawionych na aukcji. Dlatego zamierzam zdjąć z was ten niewątpliwie duży ciężar wyrzutów sumienia, nim poczujecie winę, że ograbiliście inne kultury z ich skarbów. Nie ma za co.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki