Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Star Wars. Wielka Republika. Pokusy Mocy - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 sierpnia 2026
3680 pkt
punktów Virtualo

Star Wars. Wielka Republika. Pokusy Mocy - ebook

Zjednoczeni Jedi przygotowują się do kontrataku na bezlitosnych Nihilów w tej ekscytującej kontynuacji wydarzeń z książki Star Wars. Wielka republika. Oko ciemności. Przez ponad rok mistrzowie Jedi Avar Kriss i Elzar Mann byli rozdzieleni przez Wał Burzowy Nihilów. Po brawurowej ucieczce Avar ze Strefy Okluzji bliscy sobie Jedi ponownie się spotykają. Jednak choć kres rozłąki powinien budzić w nich radość i ulgę, oboje odczuwają głęboki smutek i gorycz, wywołane poczuciem klęski: nie zdołali ochronić galaktyki przez zagrożeniem ze strony Nihilów. Avar i Elzar starają się zmobilizować siły zakonu Jedi i Republiki, głęboko wierząc w słuszność służby światłu i życiu. Wspólnie prowadzą śmiałą misję w przestrzeni Nihilów, aby wyzwolić planetę Naboo i przekazać istotom uwięzionym za Wałem Burzowym przesłanie: Jedi nigdy nie opuszczają nikogo w potrzebie. Teraz, gdy los ponownie skrzyżował ze sobą ich ścieżki, ta dwójka nie może już dłużej zaprzeczać istnieniu między nimi szczególnej więzi, która od zawsze ich łączyła i czyniła silniejszymi. Gdy Avar i Elzar w końcu godzą się ze swoimi prawdziwymi pragnieniami, umocnieni poczuciem nowego celu opracowują plan, który ma raz na zawsze położyć kres konfliktu z Nihilami. Wspierani przez rycerzy Jedi Bella Zettifara, Burryagę i Vernestrę Rwoh, rozpoczynają polowanie na Marchiona Ro. Jednak aby odnaleźć tego niebezpiecznego przywódcę Nihilów, Jedi będą musieli stawić czoła bezimiennym koszmarom, których do tej pory nic nie zdołało powstrzymać…

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8424-825-6
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WPROWADZENIE

Liczne światy cier­pią dotkli­wie pod jarz­mem Nihi­lów w STRE­FIE OKLU­ZJI, kon­tro­lo­wa­nej przez bez­li­to­snego Mar­chiona Ro. Pomimo roz­pacz­li­wych wysił­ków Repu­bliki, on i jego banda gra­bież­ców wciąż pozo­stają nie­uchwytni.

Mistrzyni Jedi Avar Kriss, któ­rej udało się uciec z oku­po­wa­nej prze­strzeni, wraz z Elza­rem Man­nem staje na czele zjed­no­czo­nych sił Jedi i Repu­bliki w despe­rac­kiej pró­bie sta­wie­nia czoła Nihi­lom i prze­ra­ża­ją­cym bez­i­mien­nym stwo­rze­niom na ich usłu­gach.

Jed­nak galak­tyce zagraża teraz nowe nie­bez­pie­czeń­stwo – tajem­ni­cza PLAGA pochła­nia­jąca kolejne światy i zmie­nia­jąca w pył wszystko, co napo­tka na swo­jej dro­dze…PROLOG

SEK­TOR SESWENNA, STREFA OKLU­ZJI

Por­ter Engle dry­fo­wał na skraju jawy i snu.

To nie był pierw­szy raz, kiedy zgi­nął… czy może raczej pra­wie zgi­nął – i praw­do­po­dob­nie nie ostatni. Mimo to wie­dział, że pew­nego dnia śmierć nie­uchron­nie w końcu się o niego upo­mni, a wów­czas sta­nie się jed­no­ścią z Mocą.

Ostat­nim, co pamię­tał, był widok kosmicz­nej próżni, roz­po­ście­ra­jący się przed nim, gdy stał na poszar­pa­nej kra­wę­dzi statku, pozba­wiony swo­jego mie­cza świetl­nego, z krwa­wią­cym ramie­niem, a stara Miria­lanka patrzyła na niego z góry, szcze­rząc zęby w sza­leń­czym uśmie­chu. „Żegnaj, Por­te­rze Engle’u” – tak brzmiały jej słowa.

„Żegnaj, Por­te­rze Engle’u. Nie jesteś sam”.

Nie, to nie były…

Por­ter jęk­nął cicho i ponow­nie odpły­nął.

Pamię­tał zgrzyt metalu, syk ostrza mie­cza ude­rza­ją­cego o beskar. Pamię­tał, jak kogoś ode­słał („Nie jesteś sam…”) – znowu, zawsze odsy­łał innych, patrzył, jak odcho­dzą, odcią­gał ich…

Nie.

Tym razem to była Avar Kriss, zde­ter­mi­no­wana, by osią­gnąć swój cel, prze­peł­niona bla­skiem nadziei.

Pamię­tał białe war­ko­czyki prze­ci­na­jące powie­trze i śmiech, pogoń za tym śmie­chem, pogoń za obiet­ni­cami, łzami i mie­czami świetl­nymi, spa­da­ją­cymi na zie­mię wokół niego jak lawina…

Gene­rał Viess. Star­sza. Sil­niej­sza. „Żegnaj, Por­te­rze Engle’u”.

A potem, na poszar­pa­nej meta­lo­wej kra­wę­dzi tego, co kie­dyś było pokła­dem han­ga­ro­wym… Por­ter pamię­tał, jak usiadł, aby powi­tać czułe obję­cia Mocy. Zamknął oczy i pozwo­lił, by ból roz­pro­szył się w świe­tle, a krew oble­pia­jąca jego skórę sta­no­wiła cie­płe przy­po­mnie­nie o życiu, które zosta­wiał za sobą.

Wysą­czało się z niego stop­niowo, a on wsłu­chi­wał się w Moc. Czuł, jak inne istoty mio­tają się we wnę­trzu potrza­ska­nego wraku, sły­szał jęk stali, eks­plo­zje sil­ni­ków i szept ostrzy prze­ci­na­ją­cych powie­trze: Moc ota­czała go ze wszyst­kich stron.

Por­ter Engle ni­gdy nie szu­kał śmierci, choć na prze­strzeni dłu­gich lat jego życia czę­sto go nawie­dzała. Teraz w końcu mógł ją powi­tać poprzez Moc.

Tyle tylko, że…

Był tutaj. Na łóżku z cien­kim mate­ra­cem, który ugi­nał się dziw­nie pod jego cię­ża­rem, niczym mate­riał nacią­gnięty na meta­lowe pręty. Łóżko polowe. Głowa pul­so­wała mu tępym bólem, a w ramie­niu czuł mro­wie­nie. Usły­szał dźwięk, który powi­nien był roz­po­znać. Zna­jomy. Ryt­miczny.

Na Moc! Bolało go całe ciało.

Żył.

Nie był jesz­cze gotów, by otwo­rzyć oczy, więc ponow­nie wziął głę­boki oddech i sku­pił się na ana­li­zie docie­ra­ją­cych do niego sygna­łów. Miał na sobie coś, co wyda­wało się cienką, czy­stą szatą. Czuł zapach lekarstw i kojącą, cierpką woń dymu, przy­po­mi­na­jącą kadzi­dło. Nie miał butów ani opa­ski na oku. Lewe ramię w miej­scu, w które dźgnęła go Viess, opa­sy­wał ban­daż. Mógł poru­szać pal­cami u rąk i nóg.

Pod­su­mo­wu­jąc: nie było źle.

Sądząc po echu tego zna­jo­mego, ryt­micz­nego dźwięku, pomiesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wał, było nie­wiel­kie.

Ach! Tak. Przy­po­mniał sobie. To muzyka. Roz­po­zna­wał dźwięki.

Ktoś w pobliżu grał na czymś w rodzaju harfy, choć nie­spe­cjal­nie dobrze.

Kiedy Por­ter sku­pił się moc­niej, usły­szał szmer odde­chu i sze­lest ubra­nia. Odle­głe, stłu­mione odgłosy życia za dobrze izo­lo­wa­nymi oknami. Być może mia­sta?

Roze­słał wici Mocy i po chwili odkrył w pomiesz­cze­niu jesz­cze jedną istotę. Wyda­wała się względ­nie spo­kojna, choć wyraź­nie czymś sfru­stro­wana. Nie sta­no­wiła jed­nak bez­po­śred­niego zagro­że­nia…

W dole poru­szały się kolejne, dobrze wyczu­walne poprzez Moc. Był na pię­trze jakie­goś budynku. Sam, nie licząc har­fi­sty.

Powoli odwró­cił głowę w stronę źró­dła dźwię­ków i otwo­rzył oczy, pozwa­la­jąc, by świa­tło dzienne wlało się pod powieki.

Muzy­kiem oka­zał się męż­czy­zna, ubrany w czarną tunikę i szatę przy­ozdo­bioną jaskra­wo­czer­wo­nymi wstąż­kami, które mocno opa­sy­wały jego przed­ra­miona. Stał nad poziomą harfą i deli­kat­nie wygry­wał na niej melo­dię, ude­rza­jąc w struny małymi mło­tecz­kami. Na jego mło­dej, przy­stoj­nej śnia­dej twa­rzy malo­wał się wyraz naj­wyż­szego sku­pie­nia, a kosmyki czar­nych wło­sów, które wyśli­zgnęły się z nie­sta­ran­nie upię­tego koka, opa­dały mu na oczy.

Wyglą­dał na nie­szko­dli­wego, a rany Por­tera zostały opa­trzone, ale lepiej było nie ryzy­ko­wać.

Engle usiadł ostroż­nie i się­gnął po Moc. Odcze­kał, aż poczuje wokół sie­bie jej obec­ność, ostrą niczym sto kling, rezo­nu­jącą w jego umy­śle jak kyber…

Teraz!

Wybił się i prze­fru­nął przez cały pokój mię­dzy jed­nym ude­rze­niem mło­teczka a dru­gim. Nim to ostat­nie wybrzmiało, stał przy­ci­śnięty bokiem do ple­ców męż­czy­zny, z jedną ręką owi­niętą wokół jego szyi – zbyt luźno, by zabić, zbyt mocno, by nie­zna­jomy zdo­łał oswo­bo­dzić się z uści­sku.

Muzyk zastygł w bez­ru­chu.

– Obu­dzi­łeś się – mruk­nął po chwili.

Por­ter odchrząk­nął.

– Kim jesteś? – spy­tał schryp­nię­tym, zgrzy­tli­wym gło­sem. Nie­uży­wa­nym od Moc jedna wie, jak dawna. Może przez jeden dzień… a może całe tygo­dnie.

– Cair – przed­sta­wił się cicho młody męż­czy­zna. Powoli opu­ścił mło­teczki i deli­kat­nie zło­żył je na stru­nach harfy. „Dul­ci­mer” – słowo poja­wiło się samo­ist­nie w umy­śle Por­tera. Widy­wał już takie instru­menty.

– Gdzie jeste­śmy?

– W Seswenna City.

Engle ski­nął głową, mimo­wol­nie zwi­ja­jąc prawą dłoń w pięść i nie­świa­do­mie zacie­śnia­jąc uścisk na szyi Caira.

– Jak się tu zna­la­złem?

– Ura­to­wa­łem cię – odpo­wie­dział męż­czy­zna i po raz pierw­szy Por­ter zare­je­stro­wał ton jego głosu: sztucz­nie rado­sny, roz­myśl­nie łagodny. Taki, jakim można by się zwra­cać do dzi­kiego dra­pież­nika.

W swoim dłu­gim życiu Por­ter Engle miał wiele wcie­leń. Był rów­nież dra­pież­ni­kiem. Łowcą. Nie był to jego natu­ralny tryb – ani przez niego pre­fe­ro­wany, skoro już o tym mowa – ale na­dal znaj­do­wali się w Stre­fie Oklu­zji, miej­scu, w któ­rym wła­dzę wciąż spra­wo­wali Nihi­lo­wie. Zamknął oczy na roz­pa­da­ją­cym się nihil­skim statku, a gdy otwo­rzył je ponow­nie, zna­lazł się tutaj. Naj­roz­sąd­niej było w tej sytu­acji zało­żyć, że ten cały Cair rów­nież nale­żał do Nihi­lów. Pomimo muzyki, którą grał – i mimo iż Por­ter nie był skrę­po­wany.

Engle prych­nął i potrzą­snął lekko mło­dym męż­czy­zną.

– Ura­to­wa­łeś mnie, hę? Niby jak? Ten sta­tek był pełen Nihi­lów – i tylko Nihi­lów.

– Cóż – bąk­nął Cair – cza­sami dostar­czam im zaopa­trze­nie…

Por­ter z sykiem wcią­gnął powie­trze przez zęby.

– Ale! – dodał prędko męż­czy­zna, uno­sząc ręce w geście kapi­tu­la­cji. Uwagi Por­tera nie uszło to, że lewa była pro­tezą, wyko­naną z jakie­goś czar­nego stopu. – Robię to tylko po to, żeby zacho­wać swoje upraw­nie­nia – no wiesz, w razie spo­tka­nia z dro­idami demon­ta­żo­wymi – i żeby móc się swo­bod­nie poru­szać po ich tere­nie. Poza tym prze­my­cam różne rze­czy, tuż pod ich nosem. Infor­ma­cje, towary, cza­sem nawet istoty żywe, choć bywa trudno…

– Trudno to mi uwie­rzyć w tę histo­rię – wszedł mu w słowo Por­ter, bar­dziej roz­draż­niony niż zwy­kle – z powodu wszyst­kiego, czego nie wie­dział, a także bolą­cego ramie­nia i nara­sta­ją­cej w nim zło­ści. – Chcesz mi wmó­wić, że jakiś Nihil nie­bę­dący Nihi­lem po pro­stu natknął się na mnie, wycią­gnął mnie z wraku i się mną zaopie­ko­wał?

Cair pró­bo­wał wzru­szyć ramio­nami, ale uścisk Por­tera sku­tecz­nie ogra­ni­czał mu zakres ruchu.

– Cóż… – rzu­cił ponow­nie. – Przy­pusz­czam, że wcale nie tak trudno w to uwie­rzyć, jeśli ufasz Mocy.

W odpo­wie­dzi Por­ter wybuch­nął śmie­chem i znów wzmoc­nił uścisk wokół szyi Caira.

– Mocy?

– Pokażę ci coś, sta­ruszku – powie­dział męż­czy­zna, obra­ca­jąc głowę i pre­zen­tu­jąc Por­te­rowi błysk ciem­no­brą­zo­wego oka oraz kącik unie­sio­nych w uśmie­chu ust.

Przez chwilę Engle sta­rał się wpa­try­wać w to oko, pró­bu­jąc wyba­dać Mocą, czy Cair nie pró­buje go zwieść. Jed­nak jedy­nym, co wyczuł, była szcze­rość, zabar­wiona dresz­czem stra­chu i pod­nie­ce­nia. Nic wię­cej.

Cóż. Por­ter nie prze­trwałby tak długo, gdyby nie ryzy­ko­wał raz po raz sko­ków z meta­fo­rycz­nych (a cza­sem nawet bar­dzo real­nych) kli­fów.

– W porządku.

Uwol­niw­szy męż­czy­znę jed­nym płyn­nym ruchem, cof­nął się, opu­ścił ręce wzdłuż ciała i zaci­snął dło­nie w pię­ści. Był ostrzem. A Moc była z nim.

Cair wymi­nął harfę i szybko okrą­żył łóżko, na któ­rym spo­czy­wał wcze­śniej nie­przy­tomny Ikkruk­kia­nin. Po prze­ciw­nej stro­nie pry­czy stała mała meta­lowa szafka z kil­koma szu­fla­dami. Cair otwo­rzył górną, a Por­ter napiął całe ciało, się­ga­jąc po Moc, na wypa­dek gdyby męż­czy­zna dobył z szafki bla­ster…

Ale nic takiego nie nastą­piło.

Zamiast tego Cair trzy­mał w dłoni miecz świetlny – miecz Por­tera, ten sam, który Jedi utra­cił na znisz­czo­nym pokła­dzie statku gene­rał Viess. Engle wpa­try­wał się w niego bez słowa, a młody męż­czy­zna obró­cił ręko­jeść w dłoni, wycią­ga­jąc ją w jego stronę.

– Nie znam zbyt wielu Jedi – przy­znał. – Ale pocho­dzę z Jądra – nie zawsze tu miesz­ka­łem. Nie zawsze tkwi­łem pod butem Nihi­lów. Potra­fię roz­po­znać miecz świetlny, gdy go widzę – i umiem poznać Jedi, nawet bez ich szat.

Coś w jego sło­wach spra­wiło, że Por­ter poczuł się, jakby na jego bar­kach osiadł nagle jakiś ogromny cię­żar. Wziął głę­boki oddech i się­gnął Mocą po miecz.

Cair roz­warł palce i broń poko­nała w mgnie­niu oka krótki dystans, lądu­jąc z gra­cją w nad­sta­wio­nej dłoni. Por­ter miał wra­że­nie, że minęły całe lata, odkąd ostatni raz trzy­mał ją w ręku.

– Ile czasu minęło, odkąd mnie zna­la­złeś?

– Nieco ponad mie­siąc – odparł Cair. – Z powodu odnie­sio­nych obra­żeń musia­łeś przez jakiś czas pozo­sta­wać w sta­nie hiber­na­cji. Poza tym, szcze­rze mówiąc, pod oku­pa­cją Nihi­lów nie mam dostępu do naj­lep­szych leków, więc tro­chę minęło, nim udało mi się zna­leźć to, czego potrze­bo­wa­łem.

– Hm, ta twoja ręka wygląda cał­kiem przy­zwo­icie – zauwa­żył Por­ter, mimo iż zaczy­nał wie­rzyć temu całemu Cairowi.

– To długa histo­ria – wes­tchnął męż­czy­zna, poru­sza­jąc czarną pro­tezą. Po chwili jed­nak otrzą­snął się z ponu­rych myśli i pod­szedł ze wzno­wioną werwą do Por­tera. – Słu­chaj, wiem, jak działa Moc. Jestem pewien, że dopro­wa­dziła mnie do cie­bie z jakie­goś powodu. Sta­ram się poma­gać tutej­szym, jak mogę. Nie mam, co prawda, zdol­no­ści Jedi, ale tacy jak my robią, co w ich mocy…

– Wiem – mruk­nął Por­ter. W ciągu ostat­niego roku widział tak wiele… Był świad­kiem zarówno nie­wy­obra­żal­nego zła, jak i praw­dzi­wych aktów altru­izmu i męstwa.

– Mógł­byś nam pomóc. Wiem cał­kiem sporo na temat orga­ni­zo­wa­nia taj­nych ope­ra­cji, szpie­go­stwa i prze­mytu, ale nie znam się na tak­tyce i…

Por­ter prze­rwał mu, krę­cąc głową.

– Zapo­mnij.

– Ale…

– Poszu­kaj kobiety nazwi­skiem Rhil Dairo i ugnau­ghc­kiego pilota, Belina, który tak jak ty pra­cuje dla Nihi­lów. Oni ci pomogą.

– Och. – Cair zamru­gał, jakby jego umysł miał pro­blem z prze­two­rze­niem tak wielu infor­ma­cji naraz.

– Nie jestem twoim więź­niem, prawda? – spy­tał Por­ter.

– Nie! – zaprze­czył natych­miast Cair, otwie­ra­jąc sze­rzej oczy.

– W takim razie zabie­ram się stąd. Gdzie moje rze­czy?

Męż­czy­zna wska­zał na pojem­nik obok łóżka polo­wego.

– Buty, pasek, kurtka – wszystko znaj­dziesz tam.

Engle ski­nął głową, ubrał się pośpiesz­nie, a następ­nie pod­szedł do jedy­nych drzwi w pomiesz­cze­niu.

– Zacze­kaj!

Por­ter zigno­ro­wał męż­czy­znę, zaci­ska­jąc moc­niej palce na ręko­je­ści mie­cza świetl­nego. Czuł, że to słuszna decy­zja. Wie­dział, dokąd musi się udać.

Nim jed­nak dotknął przy­ci­sku na panelu obok drzwi, zatrzy­mał się prze­lot­nie i obej­rzał na Caira.

– Jeśli spo­tkasz innych Jedi… albo usły­szysz o kimś z zakonu, nie mów, że mnie widzia­łeś. Nie wspo­mi­naj, że żyję.

– Dla­czego? – Młody męż­czy­zna wyglą­dał na zasko­czo­nego.

Por­ter zaci­snął usta i spoj­rzał mu pro­sto w oczy. Czuł prze­możną, fru­stru­jącą potrzebę otwo­rze­nia utra­co­nego oka, fan­to­mowe prze­ko­na­nie o tym, że wciąż je ma, choć minęło już tyle czasu. „Potrzebna mi nowa opa­ska” – wes­tchnął w duchu, na głos powie­dział zaś:

– Nie chcę, żeby Jedi mnie szu­kali. Nie mogą za mną podą­żyć tam, dokąd zamie­rzam się udać.

Z tymi słowy Por­ter Engle wdu­sił przy­cisk na panelu i drzwi roz­su­nęły się z sykiem.

– Wyjaw mi przy­naj­mniej swoje imię! – zawo­łał w ślad za nim Cair. – Nikomu go nie zdra­dzę, obie­cuję.

– Taak – mruk­nął pod nosem Por­ter, nie­mal do samego sie­bie, ale mimo to ski­nął głową. – Por­ter Engle.

– Dzię­kuję – powie­dział Cair. – A więc żegnaj, Jedi Por­te­rze Engle’u. Jeśli Moc jest z nami, nasze drogi jesz­cze się skrzy­żują.

Por­ter powi­nien się ucie­szyć, sły­sząc od kogoś ze Strefy Oklu­zji zapew­nie­nie o wie­rze w Moc. Mimo to w tej chwili mógł myśleć tylko o jed­nym: o tym, dokąd zamie­rzał się udać. O tym, co go czeka.

„Żegnaj, Por­te­rze Engle’u”.ROZDZIAŁ PIERWSZY

CORU­SCANT

Avar Kriss szła bez­sze­lest­nie kory­ta­rzem Świą­tyni Jedi, trzy­ma­jąc w jed­nej ręce cera­miczną flaszkę kwa­so­ka­mien­nego miodu pit­nego, a w dru­giej pudełko bułe­czek z orze­chami kel­dov. Gdy dotarła do kwa­ter Elzara Manna, zatrzy­mała się, scho­wała alko­hol pod pachę i przy­ci­snęła dłoń do chłod­nych meta­lo­wych drzwi.

W więk­szo­ści pomiesz­czeń w Świą­tyni pieśń Mocy roz­brzmie­wała spo­koj­nie i swo­bod­nie – i to miej­sce nie było wyjąt­kiem. Avar roze­snuła wici swo­jej świa­do­mo­ści, szu­ka­jąc nimi obec­no­ści przy­ja­ciela. Był tam. Na jej ustach poja­wił się lekki uśmiech, ale nim zdą­żyła zapu­kać, drzwi się otwo­rzyły. Stał w nich nie kto inny, a sam Elzar, dra­piąc się po bro­dzie, ale na jej widok natych­miast opu­ścił rękę.

– Avar.

– Elza­rze. – W jej uśmie­chu coś się zmie­niło – poja­wiły się w nim jakaś deli­kat­ność i wycze­ki­wa­nie. – Rano odla­tuję i…

– Wiem – powie­dział tylko, wpa­tru­jąc się w nią bez mru­gnię­cia.

Cze­kała, śle­dząc linie płyt­kich zmarsz­czek, oka­la­ją­cych jego oczy – oznak stresu i napię­cia. Jego broda była gęsta, choć krót­sza niż u Stel­lana. Miał na sobie tylko dolne war­stwy świą­tyn­nych szat – białą tunikę i białe spodnie – i był boso. Kiedy zauwa­żył jej spoj­rze­nie, poru­szył pal­cami u stóp.

– Czy mogę wejść? – zapy­tała, w ostat­niej chwili powstrzy­mu­jąc się od doda­nia: „Ostat­nim razem, gdy ode­szłam… źle to roze­gra­łam. Nie chcę znów cię zosta­wiać. Nie chcę, żeby­śmy się roz­sta­wali”.

– Oczy­wi­ście. – Gdy się cof­nął, weszła do środka, przy­ci­ska­jąc pudełko z bułecz­kami do brzu­cha.

– Czy to z Tal-Iree? – spy­tał teatral­nym szep­tem.

Uśmiech­nęła się od ucha do ucha.

– Wciąż jest dokład­nie tam, gdzie daw­niej, w tej alejce w Dziel­nicy Jade­ito­wej!

– Przy­niosę tale­rze – mruk­nął z ukon­ten­to­wa­niem, kie­ru­jąc się do szafki w kącie.

– I kubki! – Avar posta­wiła miód pitny na pod­ło­dze, a potem zdjęła buty i powie­siła na wie­szaku nie tylko pele­rynę, ale i wierzch­nią złotą szatę. Po chwili namy­słu pozbyła się rów­nież pasa i mie­cza świetl­nego.

Choć od jej powrotu z tery­to­rium oku­po­wa­nego przez Nihi­lów minęło już sześć tygo­dni, na­dal nie zdo­łała ponow­nie przy­zwy­czaić się do nosze­nia wszyst­kich tych warstw for­mal­nego stroju Jedi. Mimo to ceniła świą­tynne szaty za to, co sym­bo­li­zo­wały: bycie cząstką cało­ści, linią melo­dyczną w wiel­kiej sym­fo­nii. Szkoda, że ta nowa misja ponow­nie wyma­gała od niej ano­ni­mo­wo­ści. Elzar z kolei od zawsze nie­na­wi­dził ofi­cjal­nych szat, a teraz przy­szło mu je nosić codzien­nie. Cóż, wyglą­dało na to, że oboje będą się musieli dosto­so­wać…

Avar pochy­liła się, roz­cią­ga­jąc tylne mię­śnie ud i łydek, i się­gnęła po alko­hol.

– Są trzy – powie­dział nagle Elzar.

Zasko­czona, pod­nio­sła na niego wzrok. Stał przy bla­cie, na któ­rym spo­czy­wała ciemna taca z dwoma tale­rzy­kami i kub­kami, i wpa­try­wał się w otwarte pudełko.

Avar prze­łknęła ślinę.

– Kiedy weszłam do sklepu, poczu­łam się tak oszo­ło­miona… Pach­niało dokład­nie tak samo, jak wtedy. Menu też wciąż jest takie, jak kie­dyś, sto­liki na­dal wyszczer­bione, a nad ladą wisi ten sam obraz. Odru­chowo wzię­łam to, co zawsze, a kiedy już się zorien­to­wa­łam, nie mogłam się zmu­sić do prośby o zmianę zamó­wie­nia…

Elzar ski­nął głową i wyło­żył ciastka na tacę. Kiedy się do niej odwró­cił, po jego ustach błą­kał się smutny uśmiech.

– Widzę, że czu­jesz się już jak u sie­bie? – rzu­cił pół­żar­tem.

– Ten bała­gan jest zbyt zna­jomy, żebym nie czuła się tu jak w domu – odcięła się.

Kwa­tery Elzara były rów­nie skromne, co wszyst­kie inne w Świą­tyni. Jedyne odstęp­stwo od normy sta­no­wiły mały sto­lik, niskie łóżko, mata do medy­ta­cji i dość pokaźna liczba wkom­po­no­wa­nych w różne prze­strze­nie pó­łek, zaśmie­co­nych naj­roz­ma­it­szymi dro­bia­zgami: głów­nie trud­nymi do ziden­ty­fi­ko­wa­nia ele­men­tami jakichś ukła­dów mecha­nicz­nych, narzę­dziami, czę­ściami kom­pu­te­rów i data­pa­dami. Z opar­cia samot­nego krze­sła zwie­szało się kilka ele­men­tów gar­de­roby. Avar odsu­nęła od stóp łóżka stos cze­goś, co wyglą­dało jak kawałki poszy­cia dro­ida, opa­dła na cienki dywan i oparła się ple­cami o mebel. Odkor­ko­wała flaszkę, a po chwili dołą­czył do niej Elzar.

– Roz­cień­czy­łaś? – zapy­tał, gdy nale­wała tru­nek do kub­ków.

– Sokiem z róża­nasa – odparła lek­kim tonem. W grun­cie rze­czy to wła­śnie po niego zapu­ściła się do Dziel­nicy Jade­ito­wej. Kiedy mieli po pięt­na­ście lat i pstro w gło­wie, dole­wali go do kwa­so­ka­mien­nego miodu ze względu na Stel­lana – nie dla­tego, że miał coś prze­ciwko samemu alko­ho­lowi, ale żeby po pro­stu osło­dzić jego smak.

Wznie­śli toast i wypili. Nie sma­ko­wało tak dobrze jak wtedy, gdy byli młodsi – praw­do­po­dob­nie dla­tego, że teraz nie towa­rzy­szył im dresz­czyk emo­cji spo­wo­do­wany obawą, że zostaną przy­ła­pani. Wtedy… nie mieli jesz­cze poję­cia, co przy­nie­sie los. Jasne: nikt nie jest w sta­nie prze­wi­dzieć przy­szło­ści, ale jako nasto­latka Avar sądziła, że będzie wyjąt­kiem. Ona, Elzar i Stel­lan: wszy­scy byli wyjąt­kowi.

Cóż, w pew­nym sen­sie miała rację.

Wzięła jedną z bułe­czek i roz­darła ciem­no­brą­zową skórkę, odsła­nia­jąc bogate wnę­trze. Wska­zała pod­bród­kiem na stół.

– Wygląda jak czę­ści urzą­dze­nia Sunvale.

– Eks­pe­ry­men­to­wa­łem z róż­nymi powło­kami i pró­bo­wa­łem mak­sy­mal­nie uprzy­stęp­nić formę modułu, aby paso­wał do ukła­dów róż­nych typów stat­ków. Samego wnę­trza – kabli, sys­temu ste­ro­wa­nia i pod­ze­spo­łów kom­pu­te­ro­wych – nie tykam. To, co zapro­jek­to­wali Avon i Keven, to dla mnie w więk­szo­ści czarna magia.

– Cie­szę się, że poma­gasz. – Avar wgry­zła się w bułeczkę i wsparła ramie­niem o jego ramię.

– Chyba nie sądzi­łaś, że pozwolę ci wró­cić na drugą stronę Wału Burzo­wego bez jakiejś cząstki mnie?

Te pro­ste, a jed­nak nio­sące ze sobą tak głę­bo­kie prze­sła­nie słowa spra­wiły, że nie­mal zakrztu­siła się swoją bułeczką.

Wie­działa, jak nie­bez­pieczna jest cze­ka­jąca ją misja. Nowo opra­co­wana tech­no­lo­gia prze­kra­cza­nia Wału Burzo­wego nie została jesz­cze prze­te­sto­wana. Zada­niem Avar była koor­dy­na­cja dzia­łań Jedi i Koali­cji Obrony Repu­bliki, KOR, w celu usta­le­nia jej sku­tecz­no­ści i kie­ro­wa­nie wypra­wami. Ist­niała spora szansa, że będzie to bilet w jedną stronę. Wał Burzowy wciąż pozo­sta­wał prak­tycz­nie nie­prze­byty. Nikt inny nie wie­dział o tym lepiej niż ona: była pierw­szą osobą, któ­rej udało się go prze­kro­czyć, po roku nie­uda­nych prób.

– Kiedy już opa­nu­jemy ten pro­ces… to nie będzie zbyt eks­cy­tu­jące – wes­tchnęła. – Będziemy po pro­stu ska­kać tam i z powro­tem, ewa­ku­ując ludzi i dostar­cza­jąc towary do kon­tak­tów Maz Kanaty w Stre­fie Oklu­zji. Być może na­dal są tam jacyś inni Jedi, któ­rzy… – Urwała, myśląc o Por­te­rze Engle’u, który poświę­cił się, aby odwró­cić uwagę nihil­skiej gene­rał Viess od ucieczki Avar. Trudno było wyobra­zić sobie śmierć kogoś takiego jak nie­ustra­szone Ostrze Bar­dotty. Ale nawet naj­po­tęż­niej­szy Jedi nie mógł prze­żyć eks­plo­zji statku, nie mówiąc o prze­trwa­niu w próżni kosmicz­nej.

Otrzą­snąw­szy się z ponu­rych myśli i upiw­szy łyk miodu, pod­jęła:

– To będzie nie­koń­czący się ciąg misji, za każ­dym razem z innymi prio­ry­te­tami, innymi celami. Akcje ratun­kowe, pomoc huma­ni­tarna…

– Brzmi nie­źle. Jak coś, co może zro­bić róż­nicę. – Sły­szała w sło­wach Elzara to, czego nie mówił: „Lep­sze to niż zabawa w poli­tykę. Niż cokol­wiek, czym się tu zaj­muję”.

– Nie­bez­pie­czeń­stwa, eks­pe­ry­men­talne spo­soby uży­cia Mocy, wąt­pliwi sojusz­nicy. Brzmi jak – zauwa­żyła, spo­glą­da­jąc na niego kątem oka – misja ide­alna dla Elzara Manna.

Skrzy­wił się.

– Bar­dziej przy­dam się tutaj, na Coru­scant.

– Dla­czego?

– Jestem tu od pra­wie pół­tora roku, peł­niąc funk­cję pośred­nika mię­dzy Radą a kanc­lerz. Gdy­bym teraz odszedł, mogłoby dojść do… pro­ble­mów. Kanc­lerz mi ufa.

– El… – powie­działa łagod­nie, z lekką nutą wyrzutu w gło­sie. Wie­działa, że odpo­wiedź, któ­rej jej udzie­lił, była for­mułką przy­go­to­waną spe­cjal­nie z myślą o Sena­cie lub opi­nii publicz­nej. Być może innych Jedi. Ona jed­nak zwy­czaj­nie tego nie kupo­wała. Znała go zbyt dobrze.

Przez długi czas mil­czał. Avar sły­szała go w Mocy. Przez ostatni rok cier­piała katu­sze, nie mając poję­cia, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek usły­szy jego głos – tę pokrze­pia­jącą, nie­zbędną jej do życia jak tlen melo­dię jego zna­jo­mej pie­śni. A ten brak, kiedy tak roz­pacz­li­wie jej potrze­bo­wała, nauczył ją bar­dzo wiele o tym, czego naprawdę pra­gnęła. Kim była.

Chwy­ciła bułeczkę Elzara, ode­rwała kawa­łek i pod­su­nęła przy­ja­cie­lowi pod nos, a on uśmiech­nął się blado i pozwo­lił, by wsu­nęła mu go do ust. Prze­żu­wał w sku­pie­niu, bez reszty pochło­nięty zaprzą­ta­ją­cymi jego głowę myślami.

Na prze­strzeni lat stali się sobie tak bli­scy, jak tylko mogą być dwie istoty ludz­kie. Znała go lepiej niż kto­kol­wiek inny i nie miała wąt­pli­wo­ści, że wie, jakiej odpo­wie­dzi powi­nien jej udzie­lić. Cze­kała cier­pli­wie, aż odnaj­dzie odpo­wied­nie słowa. Aż będzie gotów.

Dawno temu… wyznałby jej wszystko, bez waha­nia. Przy­szedłby do niej sam, przej­mu­jąc ini­cja­tywę, nawet jeśli było to nie­zgodne z naukami Jedi. Och, jak bar­dzo tego pra­gnęła! Zbyt długo trzy­mała go na dystans, pozwa­la­jąc, by mię­dzy nich wkradł się chłód, by podzie­liły ich ostre słowa – z powodu jej wła­snych, myl­nych prze­ko­nań doty­czą­cych ego­izmu i przy­wią­za­nia, poczu­cia obo­wiązku i celu. Teraz zro­zu­miała, że ta całość, któ­rej była cząstką, nie miała racji bytu bez niego, bez Elzara.

Tyle tylko, że… teraz to on nie był gotowy.

Przy­cią­gnęła kolana do klatki pier­sio­wej i zło­żyła na nich ręce. Popeł­niła tak wiele błę­dów… Zwłasz­cza w ostat­nich mie­sią­cach ist­nie­nia Gwiezd­nego Bla­sku. Pod pre­tek­stem wyko­ny­wa­nia swo­jej pracy podą­żyła za gnie­wem, nie­mal pozwo­liła, by zawład­nęła nią chęć zemsty, i pra­wie ule­gła poku­sie ciem­nej strony. Po tam­tych dru­zgo­cą­cych wyda­rze­niach z udzia­łem Dren­gi­rów dyso­nans ciem­no­ści wybrzmie­wał tak gło­śno… Avar po pro­stu nie była w sta­nie trwać na poste­runku pod­czas upadku Gwiezd­nego Bla­sku, nie było jej tu, by pomóc – lub opła­ki­wać wszyst­kich, któ­rzy zgi­nęli wsku­tek kata­strofy: cywi­lów, załogi stat­ków, Jedi… A potem, gdy powinna słu­żyć wspar­ciem Elza­rowi, kiedy wycią­gnął do niej rękę, pogrą­żony w żalu i szu­ka­jący pokrze­pie­nia, ode­pchnęła go i ode­szła. Zosta­wiła go w potrze­bie. Opu­ściła prze­strzeń Repu­bliki i porzu­ciła samą sie­bie.

Uwię­ziona w Stre­fie Oklu­zji, odna­la­zła sie­bie na nowo. Zaczęła nawią­zy­wać kon­takty – z Por­te­rem Engle’em, zrzę­dli­wym ugnau­ghc­kim pilo­tem Beli­nem, Rhil Dairo – a kiedy ponow­nie zaczęła współ­pra­co­wać z innymi, znów odkryła melo­dię swo­jej wła­snej pie­śni Mocy.

Wró­ciła do domu.

Jed­nak wciąż pozo­sta­wało mnó­stwo do zro­bie­nia – i wła­śnie dla­tego znów wyru­szała na nie­bez­pieczną, ryzy­kowną misję. Tym razem nie zamie­rzała jed­nak opu­ścić Elzara, pod­dać się bez walki. Potrze­bo­wali sie­bie nawza­jem. Uznała więc, że warto odro­binę go przy­ci­snąć.

– Czy to dla­tego, że nie możesz ponow­nie sta­wić czoła Wałowi Burzo­wemu?

Elzar zamknął oczy. Komuś postron­nemu mógłby się wydać oazą spo­koju, ale Avar znała go zbyt dobrze – widziała wyraź­nie, jak wiele kosz­tuje go próba zacho­wa­nia pozo­rów. Dostrze­gała to w napię­tych liniach wokół jego ust i led­wie zauwa­żal­nym drgnię­ciu małych mię­śni w oko­li­cach skroni.

– Kiedy ostatni raz zro­bi­łem coś jak należy?

Zasko­czona, zaczerp­nęła gwał­tow­nie tchu. Nie zawiódł jej. Wie­dział – powie­działa mu o tym – jak wiele zna­czyła dla niej jego wia­do­mość. Że był dla niej jak kotwica pośród wzbu­rzo­nych fal sztormu, nawet wtedy, gdy dzie­lił ich tak wielki dystans. Popeł­nił błędy, jasne, ale, podob­nie jak ona, powró­cił do bez­piecz­nego portu Mocy. Tak wiele osób tutaj, na Coru­scant – w tym sama kanc­lerz i Rada Jedi – słu­chało jego rad. Ufali mu.

– Wiem – mruk­nął, jakby czy­tał jej w myślach. – Wiem, że cza­sem udaje mi się zna­leźć roz­wią­za­nie tego czy innego pro­blemu. Jestem uparty, a nawet nie­ustę­pliwy. Kiedy cze­goś pra­gnę, potra­fię wymy­ślić spo­sób, aby to osią­gnąć. Ale kiedy coś idzie nie po mojemu… tak łatwo jest się pod­dać gnie­wowi. Nie potra­fię tego prze­zwy­cię­żyć.

– Nie możesz prze­stać… czuć – powie­działa, doty­ka­jąc deli­kat­nie jego kolana.

Wymam­ro­tał pod nosem coś nie­zro­zu­mia­łego.

– W ciągu ostat­nich dwóch lat każ­demu z nas zda­rzały się potknię­cia – dodała. – Wszy­scy pozna­li­śmy smak porażki.

– Ale mimo to za każ­dym razem pod­no­simy się i pró­bu­jemy jesz­cze raz, ze zdwo­jo­nym wysił­kiem.

– Tak.

– Co jed­nak, jeśli to za mało? Nie­któ­rych rze­czy nie da się napra­wić.

– Masz na myśli to, co… zro­bi­łeś na pokła­dzie Gwiezd­nego Bla­sku? – Avar wzięła głę­boki oddech. – Pró­bo­wa­łeś mi o tym powie­dzieć na Eira­mie, kiedy obwi­nia­łam się za to, co się stało, i nie mogłam, nie chcia­łam tego sły­szeć. Czu­ła­bym się… zaszczy­cona, gdy­byś spró­bo­wał ponow­nie – teraz, kiedy jestem gotowa cię wysłu­chać.

– Radzę sobie z tym coraz lepiej – zaczął. – Godzę się z tym, co się wyda­rzyło. W więk­szo­ści. Gdy­bym nie pró­bo­wał ci o tym powie­dzieć, mógł­bym to po pro­stu stłu­mić i pozwo­lić, by wciąż tra­wiło mnie od środka, niczym jątrząca się rana. Jed­nak te słowa… pozo­stały we mnie, kiedy cię nie było. Myśla­łem o tym w kółko, raz za razem, aż w końcu zaak­cep­to­wa­łem, że to po pro­stu… się wyda­rzyło. Nie mogę jed­nak pogo­dzić się z myślą, że to mogłoby się powtó­rzyć. Gniew, który czu­łem, patrząc, jak Wielki Mistrz Veter został stra­cony w tak bez­li­to­sny spo­sób… i po tym… kiedy flota… Co, jeśli zdo­łam utrzy­mać się w ryzach tylko wtedy, gdy nie będę miał nic, co mógł­bym zaata­ko­wać? Nic, na czym mógł­bym wyła­do­wać swój gniew?

Avar ści­snęła jego kolano.

– Chan­cey Yar­row tam była. Była tam. Jako nasza więź­niarka, ponie­waż współ­pra­co­wała z Nihi­lami. Ale tego dnia sta­rała się oca­lić Gwiezdny Blask, a ja ją… zabi­łem. Nie zasta­na­wia­łem się nad tym, nie zawa­ha­łem się ani sekundy – po pro­stu to zro­bi­łem. Nie mam nic na swoje uspra­wie­dli­wie­nie. To był… mrok. Nie byłem tym, za kogo się uwa­żam – ani osobą, którą chcę być. I zapła­ci­li­śmy za to naj­wyż­szą cenę. Stra­ci­li­śmy… wszystko.

– Nie wszystko. – Avar spoj­rzała na niego i ści­snęło ją w gar­dle na widok łzy spły­wa­ją­cej po jego policzku. – Chodź do mnie – wyszep­tała, przy­cią­ga­jąc go do sie­bie. Nie pro­te­sto­wał. Gdy oto­czył ją ramie­niem, poczuła, że w jej oczach rów­nież wzbiera zdra­dziecka wil­goć.

Wła­śnie tak powinno to wyglą­dać tuż po upadku Gwiezd­nego Bla­sku. Ich dwoje, razem, wspie­ra­ją­cych się nawza­jem. Ale go odtrą­ciła – ponow­nie – i jakaś cząstka Avar (wła­ści­wie to cał­kiem spora część) wciąż nie mogła uwie­rzyć, że na­dal jej ufał. Na tyle, by dać jej kolejną szansę. Nie była pewna, czy zasłu­guje na to zaufa­nie.

Opu­ściła go. Ale on ni­gdy jej nie porzu­cił. Nawet gdy dzie­lił ich Wał Burzowy, nie­zli­czone lata świetlne, mnó­stwo nie­po­ro­zu­mień, gniewu, pora­żek i strat, po roku żalu i koniecz­no­ści sta­wia­nia czoła nie­wy­obra­żal­nym prze­ciw­no­ściom losu – nie, ponad roku! – ni­gdy jej nie skre­ślił.

Avar wie­działa – była tego pewna tak, jak ist­nie­nia samej Mocy – że Elzar Mann ni­gdy jej nie opu­ści. Nawet w gnie­wie.

Kie­dyś świa­do­mość tego faktu wytrą­ci­łaby ją z rów­no­wagi. Uzna­łaby, że ich rela­cje są zbyt bli­skie, pod­szyte ego­izmem. Nie­po­trzebny gali­ma­tias emo­cji, wpływu hor­mo­nów i zbęd­nego przy­wią­za­nia.

Teraz nie trak­to­wała już tego w ten spo­sób. W gło­sie przy­ja­ciela, gdy dotarła do niej jego wia­do­mosć, poko­nu­jąc szmat galak­tyki i Wał Burzowy, Avar wyczuła bez­gra­niczną, nie­za­chwianą wiarę. W nią. W Moc. W nadzieję.

Pogo­dze­nie się z tym uczy­niło ją sil­niej­szą. Gdy uświa­do­miła sobie – i pogo­dziła się z tym, że go kocha, spły­nął na nią spo­kój, który ją umoc­nił.

Mimo to bała się, że jeśli mu to teraz wyzna, tym razem on uciek­nie.

– Stel­lan… – zaczął Elzar, ale urwał. Naj­wy­raź­niej nie był jesz­cze gotów dokoń­czyć. Avar dała mu czas. Oddy­chała, sku­piona na ryt­micz­nym biciu wła­snego serca, na cie­ple jego ramie­nia. W końcu pod­jął: – Stel­lan powie­działby mi, żebym pojed­nał się z samym sobą, z Mocą. A potem, żebym poroz­ma­wiał o tym z Radą. Szu­kał wspar­cia.

– Zga­dza się – potwier­dziła, sta­ra­jąc się zigno­ro­wać rze­czy, które sama z roz­my­słem ukry­wała przed Radą.

– Tęsk­nię za nim. Za nimi wszyst­kimi. Ale on po pro­stu…

– Ja też – wykrztu­siła przez ści­śnięte gar­dło.

Zmie­nił pozy­cję, osu­wa­jąc się na pod­łogę i wspie­ra­jąc poli­czek o jej udo. Prze­cze­sała pal­cami jego włosy i pogła­dziła go po bro­dzie, wil­got­nej od łez. Opo­wia­dał jej o tym, jak się czuł, o para­li­żu­ją­cym prze­ra­że­niu, spo­wo­do­wa­nym świa­do­mo­ścią tego, co zro­bił, i o bez­gra­nicz­nym lęku wywo­ła­nym przez bez­i­mien­nych, gra­su­ją­cych na tere­nie sta­cji kosmicz­nej. Mówił o tym, jak straszne były te dłu­gie godziny na pokła­dzie Gwiezd­nego Bla­sku – i o ostat­nich chwi­lach spę­dzo­nych ze Stel­la­nem. Opo­wie­dział jej też o tym, jak popro­wa­dził flotę KOR do ataku na Wał Burzowy – tylko po to, by bez­rad­nie patrzeć, jak tak wiele osób ginie, nada­remno. Znów. Wyznał, że wie, jak samo­lubny był, roz­pacz­li­wie pra­gnąc jej powrotu, jak despe­racko chciał usły­szeć jej odpo­wiedź na swoje wezwa­nie.

A ona słu­chała. Słu­chała jego głosu i melo­dii jego Mocy. I powta­rzała szep­tem jego imię, ile­kroć potrze­bo­wał je usły­szeć.

Ran­kiem obu­dzili się na pod­ło­dze, pół­przy­tomni i zapła­kani. Śmie­jąc się z samych sie­bie, wypili kaf. Avar wyraź­nie widziała, że wciąż jest znu­żony. Czuła ten sam strach i gniew, które drę­czyły i jego, od tak dawna. Ale w jakiś spo­sób… było lepiej. Zdo­łają przez to wszystko przejść – wspól­nie. Nie mogło być ina­czej.

Kiedy ruszyła w stronę drzwi, chwy­cił ją za rękę.

– Za każ­dym razem, gdy będziesz wra­cać przez Wał Burzowy, daj mi znać.

Dotknęła policzka Elzara, a potem wplo­tła palce w jego brodę.

– Obie­cuję.

Przez chwilę patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu; ciszę mącił jedy­nie szmer ich ide­al­nie zsyn­chro­ni­zo­wa­nych odde­chów. Się­gnęła ku niemu poprzez Moc, odnaj­du­jąc w jej pie­śni nuty jego melo­dii. Poczuła, jak odpo­wiada na jej wezwa­nie. Łącząca ich więź nie była już tak silna, jak kie­dyś. Ale to musiało wystar­czyć. To był dobry począ­tek.

Roz­stali się bez słowa – nie pozo­stało już nic do doda­nia – i każde z nich wró­ciło do swo­ich obo­wiąz­ków.ROZDZIAŁ DRUGI

NORI­SYN, STREFA OKLU­ZJI

Mar­chion Ro się nudził. Od bar­dzo, bar­dzo dawna.

Był znu­dzony, zmę­czony i wście­kły. Cza­sami oży­wiał się lekko, pobu­dzony przez akty okru­cień­stwa, które daw­niej napeł­ni­łyby go bez­brzeżną rado­ścią, a cza­sem prze­krę­cał nóż, który wbił dawno temu – tylko po to, aby poczuć nikłe echo satys­fak­cji.

Rze­czy, które kie­dyś go moty­wo­wały, zmie­niły się w nużące obo­wiązki.

Ale to… To było – cóż, co naj­mniej inte­re­su­jące.

Stał na dzio­bie, przy­trzy­mu­jąc się jedną dło­nią relingu. Barka wisiała nisko nad lasem krysz­ta­łów, dorów­nu­ją­cych wyso­ko­ścią doro­słemu czło­wie­kowi. Cała ta strona księ­życa została prze­kształ­cona w farmę suro­wych krysz­ta­łów hestalt i sztucz­nych kybe­rów. Od ponad roku księ­życ mie­nił się i iskrzył dym­no­sza­rymi i różo­wymi frak­ta­lami kwarcu – zbie­ra­nymi co mie­siąc i prze­wo­żo­nymi na pokład sta­cji kosmicz­nej Ude­rze­nie Gromu, aby włą­czyć je do układu zasi­la­ją­cego dok­tor Mkampy, pod­trzy­mu­ją­cego jego Wał Burzowy.

Tutaj, pod bla­do­nie­bie­skim słoń­cem Nori­syna, było zimno, ale Ro nie przej­mo­wał się tym. W swoim życiu zno­sił znacz­nie gor­sze warunki. Czymże była odro­bina chłodu dla kogoś, kto wal­czył gołymi rękami z lyle­kami i prze­mie­rzał Woal? Istoty, która rzu­ciła Repu­blikę na kolana – i która na­dal sku­tecz­nie zmu­szała ją, by się przed nią korzyła?

Trwał w kom­plet­nym bez­ru­chu niczym dra­pież­nik, wpa­tru­jąc się swo­imi czar­nymi jak noc oczami w jeżące się w dole krysz­ta­łowe kolce.

– Cóż za piękny widok – powie­działa sto­jąca obok niego Eve­renka.

Ro ją zigno­ro­wał.

– Ni­gdy nie widzia­łam cze­goś podob­nego… W dodatku stwo­rzono to spe­cjal­nie dla cie­bie – kon­ty­nu­owała łagod­nie, z czymś na kształt podziwu w gło­sie.

Ro sły­szał ją od dawna – i musiał przy­znać, że sta­no­wiła miłą odmianę po prze­peł­nio­nych gnie­wem i poiry­to­wa­niem poła­jan­kach ojca. Jed­nak zaczęła się poja­wiać sto­sun­kowo nie­dawno. Zazwy­czaj mani­fe­sto­wała się w wieku star­szym od niego, z czer­wo­nymi pasmami w dłu­gich czar­nych wło­sach, typo­wej eve­reń­skiej oznace posu­nię­cia się w latach. Jej ciem­no­szara skóra kon­tra­sto­wała żywo z bielą odzie­nia, zęby były ostre niczym u dra­pież­nika, a duże czarne oczy wyda­wały się tak samo puste i pozba­wione duszy jak jego wła­sne. Cza­sami z jej ust kapała krew.

Była wizją, efek­tem zdol­no­ści przed­sta­wi­cieli jego rasy – a może cią­żą­cej na nich klą­twy? – do dostrze­ga­nia swo­ich przod­ków. Ale Mar­chion Ro nie roz­ma­wiał ze zmar­łymi, jeśli tylko mógł tego unik­nąć.

Ro pochy­lił się nad relin­giem, a następ­nie nie­śpiesz­nie dotknął przy­ci­sku zwięk­sza­ją­cego obroty sil­nika barki. Napęd zamru­czał cicho, gdy jed­nostka zaczęła się cofać, uwal­nia­jąc z plamy dłu­giego cie­nia for­ma­cje krysz­ta­łów, które lustro­wał wcze­śniej Mar­chion.

Kilka dni temu jego asy­stentka, Thaya Ferr, poin­for­mo­wała go, że pośród krysz­ta­łów na far­mie zało­żo­nej na pią­tym księ­życu Nori­syna roz­prze­strze­nia się jakaś plaga. Na razie nie mieli żad­nych teo­rii na temat jej źró­dła, ponie­waż pra­cow­nicy doglą­da­jący hodowli krysz­ta­łów po pro­stu prze­stali w pew­nym momen­cie wysy­łać raporty, a ostatni trans­por­to­wiec, który wysłano tu po par­tię towaru, wylą­do­wał co prawda, ale ni­gdy nie wró­cił. Dok­tor Mkampa uskar­żała się na brak krysz­ta­łów zastęp­czych – a potrze­bo­wała ich w try­bie pil­nym, ponie­waż ciśnie­nie spo­wo­do­wane kąpielą bazal­tową i wraż­liwa kon­struk­cja jej ukła­dów dość regu­lar­nie powo­do­wały nie­od­wra­calne uszko­dze­nia mine­ra­łów. Skarga tra­fiła odpo­wied­nimi kana­łami do Thayi, a Ro był skłonny przy­znać, że nie­które pro­cesy prze­bie­gały spraw­niej dzięki zmia­nom w struk­tu­rze jego orga­ni­za­cji, wpro­wa­dzo­nym przez Ghirrę Star­ros. Prę­dzej wyłu­piłby jed­nak sobie wła­sno­ręcz­nie oczy, niż przy­znał się do tego przed kim­kol­wiek innym poza samym sobą. Thaya przed­sta­wiła mu kilka pro­po­zy­cji doty­czą­cych tego, kogo należy odde­le­go­wać do zba­da­nia sprawy, ale Ro, jak czę­sto miało to miej­sce ostat­nimi czasy, był aku­rat bez­gra­nicz­nie znu­dzony.

– Polecę sam – oznaj­mił, kła­dąc kres wszel­kim dys­ku­sjom.

„Elek­tryczne Spoj­rze­nie” orbi­to­wało teraz wokół księ­życa – długa smuga głę­bo­kiego cie­nia, prze­ci­na­jąca blade niebo. Ro udał się pro­mem do opu­sto­sza­łych bara­ków, z któ­rych bez prze­szkód zabrał tę ciężką barkę, wypo­sa­żoną w arse­nał sys­te­mów kor­bo­wych i prze­ci­na­ków lase­ro­wych, słu­żą­cych do zbio­rów i trans­portu hestaltu i sztucz­nego kyberu. Po dro­dze nie natknął się na żaden ślad istoty żywej – trans­por­to­wiec, który miał ode­brać towar, został porzu­cony. Tu i ówdzie budynki szpe­ciły osma­le­nia od bla­ste­ro­wych salw, ale ni­gdzie nie widać było ciał. „Być może doszło do jakie­goś buntu lub ucieczki z wię­zie­nia – pomy­ślał Ro. – A może nic złego się nie stało, ale pra­cow­nicy ucie­kli”. Takie wyja­śnie­nie nie miało jed­nak sensu. Gdyby na księ­życ Nori­syna przy­byli bun­tow­nicy, wro­go­wie Nihi­lów lub Jedi, z pew­no­ścią zja­wi­liby się tu z zamia­rem uda­rem­nie­nia mu pro­duk­cji krysz­ta­łów, o tej zaś… cóż, musie­liby przede wszyst­kim wie­dzieć. A odna­le­zie­nie tego księ­życa przez przy­pa­dek było bar­dziej niż mało praw­do­po­dobne – gra­ni­czyło z cudem, nawet gdyby ktoś dys­po­no­wał Mocą, jak Jedi. Nie mówiąc już o tym, że w takiej sytu­acji intruzi nie ogra­ni­czy­liby się raczej do uwol­nie­nia garstki pozba­wio­nych więk­szego zna­cze­nia robot­ni­ków – znisz­czy­liby z pew­no­ścią wszyst­kie jego uprawy.

Cóż, wyglą­dało na to, że krysz­tały i tak nie prze­trwają, ale im dłu­żej Ro badał tę plagę, tym mniej mar­twiły go ogromne straty. Dostrze­gał jedy­nie nie­sa­mo­wity poten­cjał.

– Roz­prze­strze­nia się z tego miej­sca. – Duch Eve­renki wska­zał epi­cen­trum zarazy.

Połowa pola krysz­ta­łów skrzyła się w bla­sku nie­bie­skiego słońca. Druga była matowa, w nie­zdro­wym, kre­do­wym odcie­niu.

Sza­ro­biały pył wyda­wał się roz­cho­dzić z jed­nego punktu, pochła­nia­jąc wszystko na swo­jej dro­dze, nada­jąc włócz­niom hestaltu i kolum­nom sztucz­nego kyberu nową formę. Prze­kształ­ca­jąc je w coś… mar­twego. Jakby wysy­sał z nich całą ener­gię i życie.

Epi­de­mia nie ogra­ni­czała się jed­nak do samych krysz­ta­łów. Cho­roba ska­ziła rów­nież ziar­ni­ste mine­ralne matryce na powierzchni księ­życa, z któ­rych te wyra­stały. Gdy zaś Ro spoj­rzał w dal, gdzie pole prze­cho­dziło w tun­drę, zauwa­żył, że trawy i cienka war­stwa gleby rów­nież zostały zain­fe­ko­wane.

Pro­wa­dził barkę wzdłuż kra­wę­dzi upraw, oce­nia­jąc zakres spu­sto­sze­nia.

– Spo­koj­nie tu – zauwa­żyła stara Eve­renka. Znał jej imię, ale nie zamie­rzał ją nim nazy­wać, nawet w myśli. – Czy nie sądzisz, że spo­kój nie­sie ze sobą wol­ność?

Ro zazgrzy­tał zębami, aby powstrzy­mać się od odpo­wie­dzi. Zawi­nął w kie­runku małej osady i widział już, że palce zarazy dosię­gły rów­nież pomiesz­czeń miesz­kal­nych. Oko­liczna flora przy­po­mi­nała sterty zwie­trza­łych szkie­le­tów i hałdy pyłu, a pół­or­ga­niczne ściany bara­ków wcale nie wyglą­dały lepiej. Ele­menty ze stali i two­rzyw sztucz­nych zacho­wały resztki inte­gral­no­ści, ale nawet na ich powierzch­niach dało się dostrzec pierw­sze ślady uszko­dzeń. Ska­że­nia.

– Powi­nie­neś odpo­wie­dzieć, że spo­kój można odna­leźć tylko w śmierci, mały Eve­re­nie – rzu­ciła z uśmie­chem sta­ruszka. – Ale ty ni­gdy nie robisz tego, czego ocze­kują od cie­bie inni, prawda?

Igno­ru­jąc jej roz­ba­wione spoj­rze­nie, Ro skie­ro­wał barkę z powro­tem ku linii plagi w samym sercu krysz­ta­ło­wego lasu. Opu­ścił ją tak nisko, że nie­mal widział swoje odbi­cie w lśnią­cej powierzchni sztucz­nego kyberu. Wsparł się obu­rącz o reling i patrzył. Ana­li­zo­wał. Cze­kał.

Sztuczny kyber był piękny, nie dało się zaprze­czyć. Gdyby raczył roz­ma­wiać ze zmar­łymi, nie omiesz­kałby wspo­mnieć o tym swo­jej przod­kini. Przy­dy­mione ściany pię­trzą­cych się ku górze krysz­ta­łów mie­niły się skry­tymi w ich głębi reflek­sami błę­kitu, zie­leni i różu. Ale i one nie ustrze­gły się przed zarazą. U ich pod­stawy dostrzegł cien­kie nitki popie­la­tej paję­czyny. Nie spusz­cza­jąc ich z oka, oddy­chał mia­rowo, powoli – i cze­kał.

Trwał w bez­ru­chu, obser­wu­jąc, jak sza­rawa siatka zasnuwa coraz więk­szą powierzch­nię kry­sta­licz­nej for­ma­cji.

Nie­bie­skie słońce skryło się za pla­netą Nori­syn, a Ro wciąż patrzył.

Na ciem­nym nie­bie wze­szły gwiazdy, farmę krysz­ta­łów spo­wił nie­prze­nik­niony mrok, ale Ro ani drgnął. Mru­gał i oddy­chał, jed­nak nic poza tym.

Dotrzy­mu­jąca mu towa­rzy­stwa mar­twa Eve­renka nie musiała nawet mru­gać. Wszak zmarli nie mru­gają, czyż nie?

Przez całą krótką noc Mar­chion Ro stał obok swo­jej pra­pra­babki i wspól­nie obser­wo­wali, jak żar­łoczna plaga nico­ści zagar­nia coraz więk­sze poła­cie sztucz­nego kyberu.

Kiedy pla­netę oto­czył blady nimb, zwia­stu­jący księ­ży­cowy świt, jego przod­kini zauwa­żyła:

– Kybery infe­kuje szyb­ciej niż hestalt. A pochło­nię­cie ram ze stopu zajęło mu dłu­żej niż roz­pra­wie­nie się z trawą i włók­ni­stymi oknami. Cie­kawe, czy…

Ro ledwo zmru­żył czarne oczy w bla­sku świa­tła poranka, bez reszty sku­piony na postę­pach zarazy, peł­zną­cej w górę dłu­giej, pio­no­wej ściany krysz­tału.

– Cie­kawe, czy… – powtó­rzyła Eve­renka, pochy­la­jąc się nad relin­giem barki.

Mar­chion Ro akty­wo­wał swój komu­ni­ka­tor.

– Thayo? Przy­ślij tu kogoś z mię­sem, trzema pierw­szymi rze­czami, które masz pod ręką i które zdo­łasz zapa­ko­wać do torby, kil­koma róż­nymi rodza­jami broni i tą trój­nogą tooką, którą Bas Ear’lasr karmi w prze­dziale han­ga­ro­wym.

– Tak jest, moje Oko. Już się robi – potwier­dziła natych­miast jego asy­stentka.

Już nie­ba­wem na skraju farmy wylą­do­wał prom wysłany z pokładu „Spoj­rze­nia”. Ro usta­wił barkę tuż nad nim, roz­wi­nął dra­binkę i pole­cił kurie­rowi sko­rzy­stać z jed­nego z gór­nych wła­zów kon­ser­wa­cyj­nych, by się po niej wspiąć.

Wkrótce zja­wił się Nihil, na któ­rego Ro ni­gdy wcze­śniej nie zwra­cał jakiejś szcze­gól­nej uwagi (i któ­remu na­dal nie zamie­rzał jej poświę­cać), wypo­sa­żony w dwie torby. Jedną posta­wił na pokła­dzie, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie zapa­no­wać nad drugą, którą miał prze­wie­szoną przez ramię, a w któ­rej coś sza­mo­tało się wście­kle, syczało i raz po raz prze­bi­jało mate­riał ostrymi pazu­rami.

Ro wziął ją od niego i bez zbęd­nych cere­gieli wyrzu­cił uwię­zioną w niej tookę za reling barki.

Stwo­rze­nie zamiau­czało wście­kle, lądu­jąc na trzech łapach na wierz­chołku jed­nego z krysz­ta­łów. Po chwili zaczęło się z niego ześli­zgi­wać, aż wresz­cie zatrzy­mało się u jego pod­stawy, na matrycy mine­ral­nej. Czy może raczej na tym, co z niej zostało, czyli sza­rych niby popiół szcząt­kach.

Ro obser­wo­wał, jak spło­szona tooka prze­dziera się przez zwap­niałą farmę krysz­ta­łów, z uszami posta­wio­nymi na sztorc i skie­ro­wa­nymi w stronę jedy­nego źró­dła dźwięku w pobliżu: cichego pomruku sil­ni­ków barki.

– Co… co to miało być? – wykrztu­sił Nihil, męż­czy­zna o ciele pokry­tym licz­nymi tatu­ażami i z nie­bie­skim okiem wyma­lo­wa­nym na twa­rzy.

Ro obrzu­cił go znie­sma­czo­nym spoj­rze­niem, a jego pogarda pogłę­biła się jesz­cze, gdy zauwa­żył w oczach pod­wład­nego błysk stra­chu. Zamiast naka­zać mu wyrzu­cić zawar­tość dru­giej torby za burtę, uśmiech­nął się do niego sze­roko, pre­zen­tu­jąc w peł­nej kra­sie gar­ni­tur swo­ich ostrych kłów.

– Eks­pe­ry­ment – rzu­cił zdaw­kowo i pchnął Nihila na reling. Bez­ce­re­mo­nial­nie rąb­nął męż­czy­znę pię­ścią w splot sło­neczny, sku­tecz­nie pozba­wia­jąc go tchu, a następ­nie wyrzu­cił za burtę.

Nihil ude­rzył w zie­mię z gło­śnym hukiem i jękiem. Ro ponow­nie obda­rzył go uśmie­chem.

Sto­jąca obok niego stara Eve­renka wes­tchnęła i wsparła się o jego ramię. Nie czuł kom­plet­nie nic, gdy nawią­zy­wał łącz­ność z pro­mem, naka­zu­jąc mu powrót na pokład „Spoj­rze­nia”.

A potem znów wró­cił do trybu czu­wa­nia, igno­ru­jąc prze­kleń­stwa i bła­galne okrzyki nie­szczę­snego Nihila, podob­nie jak wrza­ski kota. Mała, wiel­ko­ucha tooka o prę­go­wa­nej, fio­le­to­wej sier­ści zgi­nęła jako pierw­sza. Nie została szybko pochło­nięta przez zarazę, ale jej śmierć nie była też tak powolna, jak stop­niowe obumie­ra­nie sztucz­nego kyberu.

Nihil gra­mo­lił się nie­po­rad­nie przez iglice i rdze­nie krysz­ta­ło­wego lasu, sta­ra­jąc się dotrzeć do osady. Jego wysiłki były jed­nak żało­śnie daremne. Został już zara­żony, a poza tym prom dawno odle­ciał. Ro patrzył w ślad za nim, przy­słu­chu­jąc się, jak męż­czy­zna wyklina go, splu­wa­jąc na ska­żoną, roz­pa­da­jącą się pod jego sto­pami zie­mię. Umarł dopiero po zmroku, gdy zaraza dopeł­zła do jego klatki pier­sio­wej i zmie­niła jego płuca w proch.

Pro­ces był tak powolny. Tak bole­sny. A jego efekt tak…

– …zna­jomy – pod­su­nęła usłuż­nie jego przod­kini. – Jak moc Niwe­la­tora.

Mar­chion Ro nie roz­ma­wiał ze zmar­łymi. Ale cza­sami ich słu­chał.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij