-
nowość
-
promocja
Star Wars. Wielka Republika. Pokusy Mocy - ebook
Star Wars. Wielka Republika. Pokusy Mocy - ebook
Zjednoczeni Jedi przygotowują się do kontrataku na bezlitosnych Nihilów w tej ekscytującej kontynuacji wydarzeń z książki Star Wars. Wielka republika. Oko ciemności. Przez ponad rok mistrzowie Jedi Avar Kriss i Elzar Mann byli rozdzieleni przez Wał Burzowy Nihilów. Po brawurowej ucieczce Avar ze Strefy Okluzji bliscy sobie Jedi ponownie się spotykają. Jednak choć kres rozłąki powinien budzić w nich radość i ulgę, oboje odczuwają głęboki smutek i gorycz, wywołane poczuciem klęski: nie zdołali ochronić galaktyki przez zagrożeniem ze strony Nihilów. Avar i Elzar starają się zmobilizować siły zakonu Jedi i Republiki, głęboko wierząc w słuszność służby światłu i życiu. Wspólnie prowadzą śmiałą misję w przestrzeni Nihilów, aby wyzwolić planetę Naboo i przekazać istotom uwięzionym za Wałem Burzowym przesłanie: Jedi nigdy nie opuszczają nikogo w potrzebie. Teraz, gdy los ponownie skrzyżował ze sobą ich ścieżki, ta dwójka nie może już dłużej zaprzeczać istnieniu między nimi szczególnej więzi, która od zawsze ich łączyła i czyniła silniejszymi. Gdy Avar i Elzar w końcu godzą się ze swoimi prawdziwymi pragnieniami, umocnieni poczuciem nowego celu opracowują plan, który ma raz na zawsze położyć kres konfliktu z Nihilami. Wspierani przez rycerzy Jedi Bella Zettifara, Burryagę i Vernestrę Rwoh, rozpoczynają polowanie na Marchiona Ro. Jednak aby odnaleźć tego niebezpiecznego przywódcę Nihilów, Jedi będą musieli stawić czoła bezimiennym koszmarom, których do tej pory nic nie zdołało powstrzymać…
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8424-825-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Liczne światy cierpią dotkliwie pod jarzmem Nihilów w STREFIE OKLUZJI, kontrolowanej przez bezlitosnego Marchiona Ro. Pomimo rozpaczliwych wysiłków Republiki, on i jego banda grabieżców wciąż pozostają nieuchwytni.
Mistrzyni Jedi Avar Kriss, której udało się uciec z okupowanej przestrzeni, wraz z Elzarem Mannem staje na czele zjednoczonych sił Jedi i Republiki w desperackiej próbie stawienia czoła Nihilom i przerażającym bezimiennym stworzeniom na ich usługach.
Jednak galaktyce zagraża teraz nowe niebezpieczeństwo – tajemnicza PLAGA pochłaniająca kolejne światy i zmieniająca w pył wszystko, co napotka na swojej drodze…PROLOG
SEKTOR SESWENNA, STREFA OKLUZJI
Porter Engle dryfował na skraju jawy i snu.
To nie był pierwszy raz, kiedy zginął… czy może raczej prawie zginął – i prawdopodobnie nie ostatni. Mimo to wiedział, że pewnego dnia śmierć nieuchronnie w końcu się o niego upomni, a wówczas stanie się jednością z Mocą.
Ostatnim, co pamiętał, był widok kosmicznej próżni, rozpościerający się przed nim, gdy stał na poszarpanej krawędzi statku, pozbawiony swojego miecza świetlnego, z krwawiącym ramieniem, a stara Mirialanka patrzyła na niego z góry, szczerząc zęby w szaleńczym uśmiechu. „Żegnaj, Porterze Engle’u” – tak brzmiały jej słowa.
„Żegnaj, Porterze Engle’u. Nie jesteś sam”.
Nie, to nie były…
Porter jęknął cicho i ponownie odpłynął.
Pamiętał zgrzyt metalu, syk ostrza miecza uderzającego o beskar. Pamiętał, jak kogoś odesłał („Nie jesteś sam…”) – znowu, zawsze odsyłał innych, patrzył, jak odchodzą, odciągał ich…
Nie.
Tym razem to była Avar Kriss, zdeterminowana, by osiągnąć swój cel, przepełniona blaskiem nadziei.
Pamiętał białe warkoczyki przecinające powietrze i śmiech, pogoń za tym śmiechem, pogoń za obietnicami, łzami i mieczami świetlnymi, spadającymi na ziemię wokół niego jak lawina…
Generał Viess. Starsza. Silniejsza. „Żegnaj, Porterze Engle’u”.
A potem, na poszarpanej metalowej krawędzi tego, co kiedyś było pokładem hangarowym… Porter pamiętał, jak usiadł, aby powitać czułe objęcia Mocy. Zamknął oczy i pozwolił, by ból rozproszył się w świetle, a krew oblepiająca jego skórę stanowiła ciepłe przypomnienie o życiu, które zostawiał za sobą.
Wysączało się z niego stopniowo, a on wsłuchiwał się w Moc. Czuł, jak inne istoty miotają się we wnętrzu potrzaskanego wraku, słyszał jęk stali, eksplozje silników i szept ostrzy przecinających powietrze: Moc otaczała go ze wszystkich stron.
Porter Engle nigdy nie szukał śmierci, choć na przestrzeni długich lat jego życia często go nawiedzała. Teraz w końcu mógł ją powitać poprzez Moc.
Tyle tylko, że…
Był tutaj. Na łóżku z cienkim materacem, który uginał się dziwnie pod jego ciężarem, niczym materiał naciągnięty na metalowe pręty. Łóżko polowe. Głowa pulsowała mu tępym bólem, a w ramieniu czuł mrowienie. Usłyszał dźwięk, który powinien był rozpoznać. Znajomy. Rytmiczny.
Na Moc! Bolało go całe ciało.
Żył.
Nie był jeszcze gotów, by otworzyć oczy, więc ponownie wziął głęboki oddech i skupił się na analizie docierających do niego sygnałów. Miał na sobie coś, co wydawało się cienką, czystą szatą. Czuł zapach lekarstw i kojącą, cierpką woń dymu, przypominającą kadzidło. Nie miał butów ani opaski na oku. Lewe ramię w miejscu, w które dźgnęła go Viess, opasywał bandaż. Mógł poruszać palcami u rąk i nóg.
Podsumowując: nie było źle.
Sądząc po echu tego znajomego, rytmicznego dźwięku, pomieszczenie, w którym się znajdował, było niewielkie.
Ach! Tak. Przypomniał sobie. To muzyka. Rozpoznawał dźwięki.
Ktoś w pobliżu grał na czymś w rodzaju harfy, choć niespecjalnie dobrze.
Kiedy Porter skupił się mocniej, usłyszał szmer oddechu i szelest ubrania. Odległe, stłumione odgłosy życia za dobrze izolowanymi oknami. Być może miasta?
Rozesłał wici Mocy i po chwili odkrył w pomieszczeniu jeszcze jedną istotę. Wydawała się względnie spokojna, choć wyraźnie czymś sfrustrowana. Nie stanowiła jednak bezpośredniego zagrożenia…
W dole poruszały się kolejne, dobrze wyczuwalne poprzez Moc. Był na piętrze jakiegoś budynku. Sam, nie licząc harfisty.
Powoli odwrócił głowę w stronę źródła dźwięków i otworzył oczy, pozwalając, by światło dzienne wlało się pod powieki.
Muzykiem okazał się mężczyzna, ubrany w czarną tunikę i szatę przyozdobioną jaskrawoczerwonymi wstążkami, które mocno opasywały jego przedramiona. Stał nad poziomą harfą i delikatnie wygrywał na niej melodię, uderzając w struny małymi młoteczkami. Na jego młodej, przystojnej śniadej twarzy malował się wyraz najwyższego skupienia, a kosmyki czarnych włosów, które wyślizgnęły się z niestarannie upiętego koka, opadały mu na oczy.
Wyglądał na nieszkodliwego, a rany Portera zostały opatrzone, ale lepiej było nie ryzykować.
Engle usiadł ostrożnie i sięgnął po Moc. Odczekał, aż poczuje wokół siebie jej obecność, ostrą niczym sto kling, rezonującą w jego umyśle jak kyber…
Teraz!
Wybił się i przefrunął przez cały pokój między jednym uderzeniem młoteczka a drugim. Nim to ostatnie wybrzmiało, stał przyciśnięty bokiem do pleców mężczyzny, z jedną ręką owiniętą wokół jego szyi – zbyt luźno, by zabić, zbyt mocno, by nieznajomy zdołał oswobodzić się z uścisku.
Muzyk zastygł w bezruchu.
– Obudziłeś się – mruknął po chwili.
Porter odchrząknął.
– Kim jesteś? – spytał schrypniętym, zgrzytliwym głosem. Nieużywanym od Moc jedna wie, jak dawna. Może przez jeden dzień… a może całe tygodnie.
– Cair – przedstawił się cicho młody mężczyzna. Powoli opuścił młoteczki i delikatnie złożył je na strunach harfy. „Dulcimer” – słowo pojawiło się samoistnie w umyśle Portera. Widywał już takie instrumenty.
– Gdzie jesteśmy?
– W Seswenna City.
Engle skinął głową, mimowolnie zwijając prawą dłoń w pięść i nieświadomie zacieśniając uścisk na szyi Caira.
– Jak się tu znalazłem?
– Uratowałem cię – odpowiedział mężczyzna i po raz pierwszy Porter zarejestrował ton jego głosu: sztucznie radosny, rozmyślnie łagodny. Taki, jakim można by się zwracać do dzikiego drapieżnika.
W swoim długim życiu Porter Engle miał wiele wcieleń. Był również drapieżnikiem. Łowcą. Nie był to jego naturalny tryb – ani przez niego preferowany, skoro już o tym mowa – ale nadal znajdowali się w Strefie Okluzji, miejscu, w którym władzę wciąż sprawowali Nihilowie. Zamknął oczy na rozpadającym się nihilskim statku, a gdy otworzył je ponownie, znalazł się tutaj. Najrozsądniej było w tej sytuacji założyć, że ten cały Cair również należał do Nihilów. Pomimo muzyki, którą grał – i mimo iż Porter nie był skrępowany.
Engle prychnął i potrząsnął lekko młodym mężczyzną.
– Uratowałeś mnie, hę? Niby jak? Ten statek był pełen Nihilów – i tylko Nihilów.
– Cóż – bąknął Cair – czasami dostarczam im zaopatrzenie…
Porter z sykiem wciągnął powietrze przez zęby.
– Ale! – dodał prędko mężczyzna, unosząc ręce w geście kapitulacji. Uwagi Portera nie uszło to, że lewa była protezą, wykonaną z jakiegoś czarnego stopu. – Robię to tylko po to, żeby zachować swoje uprawnienia – no wiesz, w razie spotkania z droidami demontażowymi – i żeby móc się swobodnie poruszać po ich terenie. Poza tym przemycam różne rzeczy, tuż pod ich nosem. Informacje, towary, czasem nawet istoty żywe, choć bywa trudno…
– Trudno to mi uwierzyć w tę historię – wszedł mu w słowo Porter, bardziej rozdrażniony niż zwykle – z powodu wszystkiego, czego nie wiedział, a także bolącego ramienia i narastającej w nim złości. – Chcesz mi wmówić, że jakiś Nihil niebędący Nihilem po prostu natknął się na mnie, wyciągnął mnie z wraku i się mną zaopiekował?
Cair próbował wzruszyć ramionami, ale uścisk Portera skutecznie ograniczał mu zakres ruchu.
– Cóż… – rzucił ponownie. – Przypuszczam, że wcale nie tak trudno w to uwierzyć, jeśli ufasz Mocy.
W odpowiedzi Porter wybuchnął śmiechem i znów wzmocnił uścisk wokół szyi Caira.
– Mocy?
– Pokażę ci coś, staruszku – powiedział mężczyzna, obracając głowę i prezentując Porterowi błysk ciemnobrązowego oka oraz kącik uniesionych w uśmiechu ust.
Przez chwilę Engle starał się wpatrywać w to oko, próbując wybadać Mocą, czy Cair nie próbuje go zwieść. Jednak jedynym, co wyczuł, była szczerość, zabarwiona dreszczem strachu i podniecenia. Nic więcej.
Cóż. Porter nie przetrwałby tak długo, gdyby nie ryzykował raz po raz skoków z metaforycznych (a czasem nawet bardzo realnych) klifów.
– W porządku.
Uwolniwszy mężczyznę jednym płynnym ruchem, cofnął się, opuścił ręce wzdłuż ciała i zacisnął dłonie w pięści. Był ostrzem. A Moc była z nim.
Cair wyminął harfę i szybko okrążył łóżko, na którym spoczywał wcześniej nieprzytomny Ikkrukkianin. Po przeciwnej stronie pryczy stała mała metalowa szafka z kilkoma szufladami. Cair otworzył górną, a Porter napiął całe ciało, sięgając po Moc, na wypadek gdyby mężczyzna dobył z szafki blaster…
Ale nic takiego nie nastąpiło.
Zamiast tego Cair trzymał w dłoni miecz świetlny – miecz Portera, ten sam, który Jedi utracił na zniszczonym pokładzie statku generał Viess. Engle wpatrywał się w niego bez słowa, a młody mężczyzna obrócił rękojeść w dłoni, wyciągając ją w jego stronę.
– Nie znam zbyt wielu Jedi – przyznał. – Ale pochodzę z Jądra – nie zawsze tu mieszkałem. Nie zawsze tkwiłem pod butem Nihilów. Potrafię rozpoznać miecz świetlny, gdy go widzę – i umiem poznać Jedi, nawet bez ich szat.
Coś w jego słowach sprawiło, że Porter poczuł się, jakby na jego barkach osiadł nagle jakiś ogromny ciężar. Wziął głęboki oddech i sięgnął Mocą po miecz.
Cair rozwarł palce i broń pokonała w mgnieniu oka krótki dystans, lądując z gracją w nadstawionej dłoni. Porter miał wrażenie, że minęły całe lata, odkąd ostatni raz trzymał ją w ręku.
– Ile czasu minęło, odkąd mnie znalazłeś?
– Nieco ponad miesiąc – odparł Cair. – Z powodu odniesionych obrażeń musiałeś przez jakiś czas pozostawać w stanie hibernacji. Poza tym, szczerze mówiąc, pod okupacją Nihilów nie mam dostępu do najlepszych leków, więc trochę minęło, nim udało mi się znaleźć to, czego potrzebowałem.
– Hm, ta twoja ręka wygląda całkiem przyzwoicie – zauważył Porter, mimo iż zaczynał wierzyć temu całemu Cairowi.
– To długa historia – westchnął mężczyzna, poruszając czarną protezą. Po chwili jednak otrząsnął się z ponurych myśli i podszedł ze wznowioną werwą do Portera. – Słuchaj, wiem, jak działa Moc. Jestem pewien, że doprowadziła mnie do ciebie z jakiegoś powodu. Staram się pomagać tutejszym, jak mogę. Nie mam, co prawda, zdolności Jedi, ale tacy jak my robią, co w ich mocy…
– Wiem – mruknął Porter. W ciągu ostatniego roku widział tak wiele… Był świadkiem zarówno niewyobrażalnego zła, jak i prawdziwych aktów altruizmu i męstwa.
– Mógłbyś nam pomóc. Wiem całkiem sporo na temat organizowania tajnych operacji, szpiegostwa i przemytu, ale nie znam się na taktyce i…
Porter przerwał mu, kręcąc głową.
– Zapomnij.
– Ale…
– Poszukaj kobiety nazwiskiem Rhil Dairo i ugnaughckiego pilota, Belina, który tak jak ty pracuje dla Nihilów. Oni ci pomogą.
– Och. – Cair zamrugał, jakby jego umysł miał problem z przetworzeniem tak wielu informacji naraz.
– Nie jestem twoim więźniem, prawda? – spytał Porter.
– Nie! – zaprzeczył natychmiast Cair, otwierając szerzej oczy.
– W takim razie zabieram się stąd. Gdzie moje rzeczy?
Mężczyzna wskazał na pojemnik obok łóżka polowego.
– Buty, pasek, kurtka – wszystko znajdziesz tam.
Engle skinął głową, ubrał się pośpiesznie, a następnie podszedł do jedynych drzwi w pomieszczeniu.
– Zaczekaj!
Porter zignorował mężczyznę, zaciskając mocniej palce na rękojeści miecza świetlnego. Czuł, że to słuszna decyzja. Wiedział, dokąd musi się udać.
Nim jednak dotknął przycisku na panelu obok drzwi, zatrzymał się przelotnie i obejrzał na Caira.
– Jeśli spotkasz innych Jedi… albo usłyszysz o kimś z zakonu, nie mów, że mnie widziałeś. Nie wspominaj, że żyję.
– Dlaczego? – Młody mężczyzna wyglądał na zaskoczonego.
Porter zacisnął usta i spojrzał mu prosto w oczy. Czuł przemożną, frustrującą potrzebę otworzenia utraconego oka, fantomowe przekonanie o tym, że wciąż je ma, choć minęło już tyle czasu. „Potrzebna mi nowa opaska” – westchnął w duchu, na głos powiedział zaś:
– Nie chcę, żeby Jedi mnie szukali. Nie mogą za mną podążyć tam, dokąd zamierzam się udać.
Z tymi słowy Porter Engle wdusił przycisk na panelu i drzwi rozsunęły się z sykiem.
– Wyjaw mi przynajmniej swoje imię! – zawołał w ślad za nim Cair. – Nikomu go nie zdradzę, obiecuję.
– Taak – mruknął pod nosem Porter, niemal do samego siebie, ale mimo to skinął głową. – Porter Engle.
– Dziękuję – powiedział Cair. – A więc żegnaj, Jedi Porterze Engle’u. Jeśli Moc jest z nami, nasze drogi jeszcze się skrzyżują.
Porter powinien się ucieszyć, słysząc od kogoś ze Strefy Okluzji zapewnienie o wierze w Moc. Mimo to w tej chwili mógł myśleć tylko o jednym: o tym, dokąd zamierzał się udać. O tym, co go czeka.
„Żegnaj, Porterze Engle’u”.ROZDZIAŁ PIERWSZY
CORUSCANT
Avar Kriss szła bezszelestnie korytarzem Świątyni Jedi, trzymając w jednej ręce ceramiczną flaszkę kwasokamiennego miodu pitnego, a w drugiej pudełko bułeczek z orzechami keldov. Gdy dotarła do kwater Elzara Manna, zatrzymała się, schowała alkohol pod pachę i przycisnęła dłoń do chłodnych metalowych drzwi.
W większości pomieszczeń w Świątyni pieśń Mocy rozbrzmiewała spokojnie i swobodnie – i to miejsce nie było wyjątkiem. Avar rozesnuła wici swojej świadomości, szukając nimi obecności przyjaciela. Był tam. Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech, ale nim zdążyła zapukać, drzwi się otworzyły. Stał w nich nie kto inny, a sam Elzar, drapiąc się po brodzie, ale na jej widok natychmiast opuścił rękę.
– Avar.
– Elzarze. – W jej uśmiechu coś się zmieniło – pojawiły się w nim jakaś delikatność i wyczekiwanie. – Rano odlatuję i…
– Wiem – powiedział tylko, wpatrując się w nią bez mrugnięcia.
Czekała, śledząc linie płytkich zmarszczek, okalających jego oczy – oznak stresu i napięcia. Jego broda była gęsta, choć krótsza niż u Stellana. Miał na sobie tylko dolne warstwy świątynnych szat – białą tunikę i białe spodnie – i był boso. Kiedy zauważył jej spojrzenie, poruszył palcami u stóp.
– Czy mogę wejść? – zapytała, w ostatniej chwili powstrzymując się od dodania: „Ostatnim razem, gdy odeszłam… źle to rozegrałam. Nie chcę znów cię zostawiać. Nie chcę, żebyśmy się rozstawali”.
– Oczywiście. – Gdy się cofnął, weszła do środka, przyciskając pudełko z bułeczkami do brzucha.
– Czy to z Tal-Iree? – spytał teatralnym szeptem.
Uśmiechnęła się od ucha do ucha.
– Wciąż jest dokładnie tam, gdzie dawniej, w tej alejce w Dzielnicy Jadeitowej!
– Przyniosę talerze – mruknął z ukontentowaniem, kierując się do szafki w kącie.
– I kubki! – Avar postawiła miód pitny na podłodze, a potem zdjęła buty i powiesiła na wieszaku nie tylko pelerynę, ale i wierzchnią złotą szatę. Po chwili namysłu pozbyła się również pasa i miecza świetlnego.
Choć od jej powrotu z terytorium okupowanego przez Nihilów minęło już sześć tygodni, nadal nie zdołała ponownie przyzwyczaić się do noszenia wszystkich tych warstw formalnego stroju Jedi. Mimo to ceniła świątynne szaty za to, co symbolizowały: bycie cząstką całości, linią melodyczną w wielkiej symfonii. Szkoda, że ta nowa misja ponownie wymagała od niej anonimowości. Elzar z kolei od zawsze nienawidził oficjalnych szat, a teraz przyszło mu je nosić codziennie. Cóż, wyglądało na to, że oboje będą się musieli dostosować…
Avar pochyliła się, rozciągając tylne mięśnie ud i łydek, i sięgnęła po alkohol.
– Są trzy – powiedział nagle Elzar.
Zaskoczona, podniosła na niego wzrok. Stał przy blacie, na którym spoczywała ciemna taca z dwoma talerzykami i kubkami, i wpatrywał się w otwarte pudełko.
Avar przełknęła ślinę.
– Kiedy weszłam do sklepu, poczułam się tak oszołomiona… Pachniało dokładnie tak samo, jak wtedy. Menu też wciąż jest takie, jak kiedyś, stoliki nadal wyszczerbione, a nad ladą wisi ten sam obraz. Odruchowo wzięłam to, co zawsze, a kiedy już się zorientowałam, nie mogłam się zmusić do prośby o zmianę zamówienia…
Elzar skinął głową i wyłożył ciastka na tacę. Kiedy się do niej odwrócił, po jego ustach błąkał się smutny uśmiech.
– Widzę, że czujesz się już jak u siebie? – rzucił półżartem.
– Ten bałagan jest zbyt znajomy, żebym nie czuła się tu jak w domu – odcięła się.
Kwatery Elzara były równie skromne, co wszystkie inne w Świątyni. Jedyne odstępstwo od normy stanowiły mały stolik, niskie łóżko, mata do medytacji i dość pokaźna liczba wkomponowanych w różne przestrzenie półek, zaśmieconych najrozmaitszymi drobiazgami: głównie trudnymi do zidentyfikowania elementami jakichś układów mechanicznych, narzędziami, częściami komputerów i datapadami. Z oparcia samotnego krzesła zwieszało się kilka elementów garderoby. Avar odsunęła od stóp łóżka stos czegoś, co wyglądało jak kawałki poszycia droida, opadła na cienki dywan i oparła się plecami o mebel. Odkorkowała flaszkę, a po chwili dołączył do niej Elzar.
– Rozcieńczyłaś? – zapytał, gdy nalewała trunek do kubków.
– Sokiem z różanasa – odparła lekkim tonem. W gruncie rzeczy to właśnie po niego zapuściła się do Dzielnicy Jadeitowej. Kiedy mieli po piętnaście lat i pstro w głowie, dolewali go do kwasokamiennego miodu ze względu na Stellana – nie dlatego, że miał coś przeciwko samemu alkoholowi, ale żeby po prostu osłodzić jego smak.
Wznieśli toast i wypili. Nie smakowało tak dobrze jak wtedy, gdy byli młodsi – prawdopodobnie dlatego, że teraz nie towarzyszył im dreszczyk emocji spowodowany obawą, że zostaną przyłapani. Wtedy… nie mieli jeszcze pojęcia, co przyniesie los. Jasne: nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłości, ale jako nastolatka Avar sądziła, że będzie wyjątkiem. Ona, Elzar i Stellan: wszyscy byli wyjątkowi.
Cóż, w pewnym sensie miała rację.
Wzięła jedną z bułeczek i rozdarła ciemnobrązową skórkę, odsłaniając bogate wnętrze. Wskazała podbródkiem na stół.
– Wygląda jak części urządzenia Sunvale.
– Eksperymentowałem z różnymi powłokami i próbowałem maksymalnie uprzystępnić formę modułu, aby pasował do układów różnych typów statków. Samego wnętrza – kabli, systemu sterowania i podzespołów komputerowych – nie tykam. To, co zaprojektowali Avon i Keven, to dla mnie w większości czarna magia.
– Cieszę się, że pomagasz. – Avar wgryzła się w bułeczkę i wsparła ramieniem o jego ramię.
– Chyba nie sądziłaś, że pozwolę ci wrócić na drugą stronę Wału Burzowego bez jakiejś cząstki mnie?
Te proste, a jednak niosące ze sobą tak głębokie przesłanie słowa sprawiły, że niemal zakrztusiła się swoją bułeczką.
Wiedziała, jak niebezpieczna jest czekająca ją misja. Nowo opracowana technologia przekraczania Wału Burzowego nie została jeszcze przetestowana. Zadaniem Avar była koordynacja działań Jedi i Koalicji Obrony Republiki, KOR, w celu ustalenia jej skuteczności i kierowanie wyprawami. Istniała spora szansa, że będzie to bilet w jedną stronę. Wał Burzowy wciąż pozostawał praktycznie nieprzebyty. Nikt inny nie wiedział o tym lepiej niż ona: była pierwszą osobą, której udało się go przekroczyć, po roku nieudanych prób.
– Kiedy już opanujemy ten proces… to nie będzie zbyt ekscytujące – westchnęła. – Będziemy po prostu skakać tam i z powrotem, ewakuując ludzi i dostarczając towary do kontaktów Maz Kanaty w Strefie Okluzji. Być może nadal są tam jacyś inni Jedi, którzy… – Urwała, myśląc o Porterze Engle’u, który poświęcił się, aby odwrócić uwagę nihilskiej generał Viess od ucieczki Avar. Trudno było wyobrazić sobie śmierć kogoś takiego jak nieustraszone Ostrze Bardotty. Ale nawet najpotężniejszy Jedi nie mógł przeżyć eksplozji statku, nie mówiąc o przetrwaniu w próżni kosmicznej.
Otrząsnąwszy się z ponurych myśli i upiwszy łyk miodu, podjęła:
– To będzie niekończący się ciąg misji, za każdym razem z innymi priorytetami, innymi celami. Akcje ratunkowe, pomoc humanitarna…
– Brzmi nieźle. Jak coś, co może zrobić różnicę. – Słyszała w słowach Elzara to, czego nie mówił: „Lepsze to niż zabawa w politykę. Niż cokolwiek, czym się tu zajmuję”.
– Niebezpieczeństwa, eksperymentalne sposoby użycia Mocy, wątpliwi sojusznicy. Brzmi jak – zauważyła, spoglądając na niego kątem oka – misja idealna dla Elzara Manna.
Skrzywił się.
– Bardziej przydam się tutaj, na Coruscant.
– Dlaczego?
– Jestem tu od prawie półtora roku, pełniąc funkcję pośrednika między Radą a kanclerz. Gdybym teraz odszedł, mogłoby dojść do… problemów. Kanclerz mi ufa.
– El… – powiedziała łagodnie, z lekką nutą wyrzutu w głosie. Wiedziała, że odpowiedź, której jej udzielił, była formułką przygotowaną specjalnie z myślą o Senacie lub opinii publicznej. Być może innych Jedi. Ona jednak zwyczajnie tego nie kupowała. Znała go zbyt dobrze.
Przez długi czas milczał. Avar słyszała go w Mocy. Przez ostatni rok cierpiała katusze, nie mając pojęcia, czy jeszcze kiedykolwiek usłyszy jego głos – tę pokrzepiającą, niezbędną jej do życia jak tlen melodię jego znajomej pieśni. A ten brak, kiedy tak rozpaczliwie jej potrzebowała, nauczył ją bardzo wiele o tym, czego naprawdę pragnęła. Kim była.
Chwyciła bułeczkę Elzara, oderwała kawałek i podsunęła przyjacielowi pod nos, a on uśmiechnął się blado i pozwolił, by wsunęła mu go do ust. Przeżuwał w skupieniu, bez reszty pochłonięty zaprzątającymi jego głowę myślami.
Na przestrzeni lat stali się sobie tak bliscy, jak tylko mogą być dwie istoty ludzkie. Znała go lepiej niż ktokolwiek inny i nie miała wątpliwości, że wie, jakiej odpowiedzi powinien jej udzielić. Czekała cierpliwie, aż odnajdzie odpowiednie słowa. Aż będzie gotów.
Dawno temu… wyznałby jej wszystko, bez wahania. Przyszedłby do niej sam, przejmując inicjatywę, nawet jeśli było to niezgodne z naukami Jedi. Och, jak bardzo tego pragnęła! Zbyt długo trzymała go na dystans, pozwalając, by między nich wkradł się chłód, by podzieliły ich ostre słowa – z powodu jej własnych, mylnych przekonań dotyczących egoizmu i przywiązania, poczucia obowiązku i celu. Teraz zrozumiała, że ta całość, której była cząstką, nie miała racji bytu bez niego, bez Elzara.
Tyle tylko, że… teraz to on nie był gotowy.
Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej i złożyła na nich ręce. Popełniła tak wiele błędów… Zwłaszcza w ostatnich miesiącach istnienia Gwiezdnego Blasku. Pod pretekstem wykonywania swojej pracy podążyła za gniewem, niemal pozwoliła, by zawładnęła nią chęć zemsty, i prawie uległa pokusie ciemnej strony. Po tamtych druzgocących wydarzeniach z udziałem Drengirów dysonans ciemności wybrzmiewał tak głośno… Avar po prostu nie była w stanie trwać na posterunku podczas upadku Gwiezdnego Blasku, nie było jej tu, by pomóc – lub opłakiwać wszystkich, którzy zginęli wskutek katastrofy: cywilów, załogi statków, Jedi… A potem, gdy powinna służyć wsparciem Elzarowi, kiedy wyciągnął do niej rękę, pogrążony w żalu i szukający pokrzepienia, odepchnęła go i odeszła. Zostawiła go w potrzebie. Opuściła przestrzeń Republiki i porzuciła samą siebie.
Uwięziona w Strefie Okluzji, odnalazła siebie na nowo. Zaczęła nawiązywać kontakty – z Porterem Engle’em, zrzędliwym ugnaughckim pilotem Belinem, Rhil Dairo – a kiedy ponownie zaczęła współpracować z innymi, znów odkryła melodię swojej własnej pieśni Mocy.
Wróciła do domu.
Jednak wciąż pozostawało mnóstwo do zrobienia – i właśnie dlatego znów wyruszała na niebezpieczną, ryzykowną misję. Tym razem nie zamierzała jednak opuścić Elzara, poddać się bez walki. Potrzebowali siebie nawzajem. Uznała więc, że warto odrobinę go przycisnąć.
– Czy to dlatego, że nie możesz ponownie stawić czoła Wałowi Burzowemu?
Elzar zamknął oczy. Komuś postronnemu mógłby się wydać oazą spokoju, ale Avar znała go zbyt dobrze – widziała wyraźnie, jak wiele kosztuje go próba zachowania pozorów. Dostrzegała to w napiętych liniach wokół jego ust i ledwie zauważalnym drgnięciu małych mięśni w okolicach skroni.
– Kiedy ostatni raz zrobiłem coś jak należy?
Zaskoczona, zaczerpnęła gwałtownie tchu. Nie zawiódł jej. Wiedział – powiedziała mu o tym – jak wiele znaczyła dla niej jego wiadomość. Że był dla niej jak kotwica pośród wzburzonych fal sztormu, nawet wtedy, gdy dzielił ich tak wielki dystans. Popełnił błędy, jasne, ale, podobnie jak ona, powrócił do bezpiecznego portu Mocy. Tak wiele osób tutaj, na Coruscant – w tym sama kanclerz i Rada Jedi – słuchało jego rad. Ufali mu.
– Wiem – mruknął, jakby czytał jej w myślach. – Wiem, że czasem udaje mi się znaleźć rozwiązanie tego czy innego problemu. Jestem uparty, a nawet nieustępliwy. Kiedy czegoś pragnę, potrafię wymyślić sposób, aby to osiągnąć. Ale kiedy coś idzie nie po mojemu… tak łatwo jest się poddać gniewowi. Nie potrafię tego przezwyciężyć.
– Nie możesz przestać… czuć – powiedziała, dotykając delikatnie jego kolana.
Wymamrotał pod nosem coś niezrozumiałego.
– W ciągu ostatnich dwóch lat każdemu z nas zdarzały się potknięcia – dodała. – Wszyscy poznaliśmy smak porażki.
– Ale mimo to za każdym razem podnosimy się i próbujemy jeszcze raz, ze zdwojonym wysiłkiem.
– Tak.
– Co jednak, jeśli to za mało? Niektórych rzeczy nie da się naprawić.
– Masz na myśli to, co… zrobiłeś na pokładzie Gwiezdnego Blasku? – Avar wzięła głęboki oddech. – Próbowałeś mi o tym powiedzieć na Eiramie, kiedy obwiniałam się za to, co się stało, i nie mogłam, nie chciałam tego słyszeć. Czułabym się… zaszczycona, gdybyś spróbował ponownie – teraz, kiedy jestem gotowa cię wysłuchać.
– Radzę sobie z tym coraz lepiej – zaczął. – Godzę się z tym, co się wydarzyło. W większości. Gdybym nie próbował ci o tym powiedzieć, mógłbym to po prostu stłumić i pozwolić, by wciąż trawiło mnie od środka, niczym jątrząca się rana. Jednak te słowa… pozostały we mnie, kiedy cię nie było. Myślałem o tym w kółko, raz za razem, aż w końcu zaakceptowałem, że to po prostu… się wydarzyło. Nie mogę jednak pogodzić się z myślą, że to mogłoby się powtórzyć. Gniew, który czułem, patrząc, jak Wielki Mistrz Veter został stracony w tak bezlitosny sposób… i po tym… kiedy flota… Co, jeśli zdołam utrzymać się w ryzach tylko wtedy, gdy nie będę miał nic, co mógłbym zaatakować? Nic, na czym mógłbym wyładować swój gniew?
Avar ścisnęła jego kolano.
– Chancey Yarrow tam była. Była tam. Jako nasza więźniarka, ponieważ współpracowała z Nihilami. Ale tego dnia starała się ocalić Gwiezdny Blask, a ja ją… zabiłem. Nie zastanawiałem się nad tym, nie zawahałem się ani sekundy – po prostu to zrobiłem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. To był… mrok. Nie byłem tym, za kogo się uważam – ani osobą, którą chcę być. I zapłaciliśmy za to najwyższą cenę. Straciliśmy… wszystko.
– Nie wszystko. – Avar spojrzała na niego i ścisnęło ją w gardle na widok łzy spływającej po jego policzku. – Chodź do mnie – wyszeptała, przyciągając go do siebie. Nie protestował. Gdy otoczył ją ramieniem, poczuła, że w jej oczach również wzbiera zdradziecka wilgoć.
Właśnie tak powinno to wyglądać tuż po upadku Gwiezdnego Blasku. Ich dwoje, razem, wspierających się nawzajem. Ale go odtrąciła – ponownie – i jakaś cząstka Avar (właściwie to całkiem spora część) wciąż nie mogła uwierzyć, że nadal jej ufał. Na tyle, by dać jej kolejną szansę. Nie była pewna, czy zasługuje na to zaufanie.
Opuściła go. Ale on nigdy jej nie porzucił. Nawet gdy dzielił ich Wał Burzowy, niezliczone lata świetlne, mnóstwo nieporozumień, gniewu, porażek i strat, po roku żalu i konieczności stawiania czoła niewyobrażalnym przeciwnościom losu – nie, ponad roku! – nigdy jej nie skreślił.
Avar wiedziała – była tego pewna tak, jak istnienia samej Mocy – że Elzar Mann nigdy jej nie opuści. Nawet w gniewie.
Kiedyś świadomość tego faktu wytrąciłaby ją z równowagi. Uznałaby, że ich relacje są zbyt bliskie, podszyte egoizmem. Niepotrzebny galimatias emocji, wpływu hormonów i zbędnego przywiązania.
Teraz nie traktowała już tego w ten sposób. W głosie przyjaciela, gdy dotarła do niej jego wiadomosć, pokonując szmat galaktyki i Wał Burzowy, Avar wyczuła bezgraniczną, niezachwianą wiarę. W nią. W Moc. W nadzieję.
Pogodzenie się z tym uczyniło ją silniejszą. Gdy uświadomiła sobie – i pogodziła się z tym, że go kocha, spłynął na nią spokój, który ją umocnił.
Mimo to bała się, że jeśli mu to teraz wyzna, tym razem on ucieknie.
– Stellan… – zaczął Elzar, ale urwał. Najwyraźniej nie był jeszcze gotów dokończyć. Avar dała mu czas. Oddychała, skupiona na rytmicznym biciu własnego serca, na cieple jego ramienia. W końcu podjął: – Stellan powiedziałby mi, żebym pojednał się z samym sobą, z Mocą. A potem, żebym porozmawiał o tym z Radą. Szukał wsparcia.
– Zgadza się – potwierdziła, starając się zignorować rzeczy, które sama z rozmysłem ukrywała przed Radą.
– Tęsknię za nim. Za nimi wszystkimi. Ale on po prostu…
– Ja też – wykrztusiła przez ściśnięte gardło.
Zmienił pozycję, osuwając się na podłogę i wspierając policzek o jej udo. Przeczesała palcami jego włosy i pogładziła go po brodzie, wilgotnej od łez. Opowiadał jej o tym, jak się czuł, o paraliżującym przerażeniu, spowodowanym świadomością tego, co zrobił, i o bezgranicznym lęku wywołanym przez bezimiennych, grasujących na terenie stacji kosmicznej. Mówił o tym, jak straszne były te długie godziny na pokładzie Gwiezdnego Blasku – i o ostatnich chwilach spędzonych ze Stellanem. Opowiedział jej też o tym, jak poprowadził flotę KOR do ataku na Wał Burzowy – tylko po to, by bezradnie patrzeć, jak tak wiele osób ginie, nadaremno. Znów. Wyznał, że wie, jak samolubny był, rozpaczliwie pragnąc jej powrotu, jak desperacko chciał usłyszeć jej odpowiedź na swoje wezwanie.
A ona słuchała. Słuchała jego głosu i melodii jego Mocy. I powtarzała szeptem jego imię, ilekroć potrzebował je usłyszeć.
Rankiem obudzili się na podłodze, półprzytomni i zapłakani. Śmiejąc się z samych siebie, wypili kaf. Avar wyraźnie widziała, że wciąż jest znużony. Czuła ten sam strach i gniew, które dręczyły i jego, od tak dawna. Ale w jakiś sposób… było lepiej. Zdołają przez to wszystko przejść – wspólnie. Nie mogło być inaczej.
Kiedy ruszyła w stronę drzwi, chwycił ją za rękę.
– Za każdym razem, gdy będziesz wracać przez Wał Burzowy, daj mi znać.
Dotknęła policzka Elzara, a potem wplotła palce w jego brodę.
– Obiecuję.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu; ciszę mącił jedynie szmer ich idealnie zsynchronizowanych oddechów. Sięgnęła ku niemu poprzez Moc, odnajdując w jej pieśni nuty jego melodii. Poczuła, jak odpowiada na jej wezwanie. Łącząca ich więź nie była już tak silna, jak kiedyś. Ale to musiało wystarczyć. To był dobry początek.
Rozstali się bez słowa – nie pozostało już nic do dodania – i każde z nich wróciło do swoich obowiązków.ROZDZIAŁ DRUGI
NORISYN, STREFA OKLUZJI
Marchion Ro się nudził. Od bardzo, bardzo dawna.
Był znudzony, zmęczony i wściekły. Czasami ożywiał się lekko, pobudzony przez akty okrucieństwa, które dawniej napełniłyby go bezbrzeżną radością, a czasem przekręcał nóż, który wbił dawno temu – tylko po to, aby poczuć nikłe echo satysfakcji.
Rzeczy, które kiedyś go motywowały, zmieniły się w nużące obowiązki.
Ale to… To było – cóż, co najmniej interesujące.
Stał na dziobie, przytrzymując się jedną dłonią relingu. Barka wisiała nisko nad lasem kryształów, dorównujących wysokością dorosłemu człowiekowi. Cała ta strona księżyca została przekształcona w farmę surowych kryształów hestalt i sztucznych kyberów. Od ponad roku księżyc mienił się i iskrzył dymnoszarymi i różowymi fraktalami kwarcu – zbieranymi co miesiąc i przewożonymi na pokład stacji kosmicznej Uderzenie Gromu, aby włączyć je do układu zasilającego doktor Mkampy, podtrzymującego jego Wał Burzowy.
Tutaj, pod bladoniebieskim słońcem Norisyna, było zimno, ale Ro nie przejmował się tym. W swoim życiu znosił znacznie gorsze warunki. Czymże była odrobina chłodu dla kogoś, kto walczył gołymi rękami z lylekami i przemierzał Woal? Istoty, która rzuciła Republikę na kolana – i która nadal skutecznie zmuszała ją, by się przed nią korzyła?
Trwał w kompletnym bezruchu niczym drapieżnik, wpatrując się swoimi czarnymi jak noc oczami w jeżące się w dole kryształowe kolce.
– Cóż za piękny widok – powiedziała stojąca obok niego Everenka.
Ro ją zignorował.
– Nigdy nie widziałam czegoś podobnego… W dodatku stworzono to specjalnie dla ciebie – kontynuowała łagodnie, z czymś na kształt podziwu w głosie.
Ro słyszał ją od dawna – i musiał przyznać, że stanowiła miłą odmianę po przepełnionych gniewem i poirytowaniem połajankach ojca. Jednak zaczęła się pojawiać stosunkowo niedawno. Zazwyczaj manifestowała się w wieku starszym od niego, z czerwonymi pasmami w długich czarnych włosach, typowej evereńskiej oznace posunięcia się w latach. Jej ciemnoszara skóra kontrastowała żywo z bielą odzienia, zęby były ostre niczym u drapieżnika, a duże czarne oczy wydawały się tak samo puste i pozbawione duszy jak jego własne. Czasami z jej ust kapała krew.
Była wizją, efektem zdolności przedstawicieli jego rasy – a może ciążącej na nich klątwy? – do dostrzegania swoich przodków. Ale Marchion Ro nie rozmawiał ze zmarłymi, jeśli tylko mógł tego uniknąć.
Ro pochylił się nad relingiem, a następnie nieśpiesznie dotknął przycisku zwiększającego obroty silnika barki. Napęd zamruczał cicho, gdy jednostka zaczęła się cofać, uwalniając z plamy długiego cienia formacje kryształów, które lustrował wcześniej Marchion.
Kilka dni temu jego asystentka, Thaya Ferr, poinformowała go, że pośród kryształów na farmie założonej na piątym księżycu Norisyna rozprzestrzenia się jakaś plaga. Na razie nie mieli żadnych teorii na temat jej źródła, ponieważ pracownicy doglądający hodowli kryształów po prostu przestali w pewnym momencie wysyłać raporty, a ostatni transportowiec, który wysłano tu po partię towaru, wylądował co prawda, ale nigdy nie wrócił. Doktor Mkampa uskarżała się na brak kryształów zastępczych – a potrzebowała ich w trybie pilnym, ponieważ ciśnienie spowodowane kąpielą bazaltową i wrażliwa konstrukcja jej układów dość regularnie powodowały nieodwracalne uszkodzenia minerałów. Skarga trafiła odpowiednimi kanałami do Thayi, a Ro był skłonny przyznać, że niektóre procesy przebiegały sprawniej dzięki zmianom w strukturze jego organizacji, wprowadzonym przez Ghirrę Starros. Prędzej wyłupiłby jednak sobie własnoręcznie oczy, niż przyznał się do tego przed kimkolwiek innym poza samym sobą. Thaya przedstawiła mu kilka propozycji dotyczących tego, kogo należy oddelegować do zbadania sprawy, ale Ro, jak często miało to miejsce ostatnimi czasy, był akurat bezgranicznie znudzony.
– Polecę sam – oznajmił, kładąc kres wszelkim dyskusjom.
„Elektryczne Spojrzenie” orbitowało teraz wokół księżyca – długa smuga głębokiego cienia, przecinająca blade niebo. Ro udał się promem do opustoszałych baraków, z których bez przeszkód zabrał tę ciężką barkę, wyposażoną w arsenał systemów korbowych i przecinaków laserowych, służących do zbiorów i transportu hestaltu i sztucznego kyberu. Po drodze nie natknął się na żaden ślad istoty żywej – transportowiec, który miał odebrać towar, został porzucony. Tu i ówdzie budynki szpeciły osmalenia od blasterowych salw, ale nigdzie nie widać było ciał. „Być może doszło do jakiegoś buntu lub ucieczki z więzienia – pomyślał Ro. – A może nic złego się nie stało, ale pracownicy uciekli”. Takie wyjaśnienie nie miało jednak sensu. Gdyby na księżyc Norisyna przybyli buntownicy, wrogowie Nihilów lub Jedi, z pewnością zjawiliby się tu z zamiarem udaremnienia mu produkcji kryształów, o tej zaś… cóż, musieliby przede wszystkim wiedzieć. A odnalezienie tego księżyca przez przypadek było bardziej niż mało prawdopodobne – graniczyło z cudem, nawet gdyby ktoś dysponował Mocą, jak Jedi. Nie mówiąc już o tym, że w takiej sytuacji intruzi nie ograniczyliby się raczej do uwolnienia garstki pozbawionych większego znaczenia robotników – zniszczyliby z pewnością wszystkie jego uprawy.
Cóż, wyglądało na to, że kryształy i tak nie przetrwają, ale im dłużej Ro badał tę plagę, tym mniej martwiły go ogromne straty. Dostrzegał jedynie niesamowity potencjał.
– Rozprzestrzenia się z tego miejsca. – Duch Everenki wskazał epicentrum zarazy.
Połowa pola kryształów skrzyła się w blasku niebieskiego słońca. Druga była matowa, w niezdrowym, kredowym odcieniu.
Szarobiały pył wydawał się rozchodzić z jednego punktu, pochłaniając wszystko na swojej drodze, nadając włóczniom hestaltu i kolumnom sztucznego kyberu nową formę. Przekształcając je w coś… martwego. Jakby wysysał z nich całą energię i życie.
Epidemia nie ograniczała się jednak do samych kryształów. Choroba skaziła również ziarniste mineralne matryce na powierzchni księżyca, z których te wyrastały. Gdy zaś Ro spojrzał w dal, gdzie pole przechodziło w tundrę, zauważył, że trawy i cienka warstwa gleby również zostały zainfekowane.
Prowadził barkę wzdłuż krawędzi upraw, oceniając zakres spustoszenia.
– Spokojnie tu – zauważyła stara Everenka. Znał jej imię, ale nie zamierzał ją nim nazywać, nawet w myśli. – Czy nie sądzisz, że spokój niesie ze sobą wolność?
Ro zazgrzytał zębami, aby powstrzymać się od odpowiedzi. Zawinął w kierunku małej osady i widział już, że palce zarazy dosięgły również pomieszczeń mieszkalnych. Okoliczna flora przypominała sterty zwietrzałych szkieletów i hałdy pyłu, a półorganiczne ściany baraków wcale nie wyglądały lepiej. Elementy ze stali i tworzyw sztucznych zachowały resztki integralności, ale nawet na ich powierzchniach dało się dostrzec pierwsze ślady uszkodzeń. Skażenia.
– Powinieneś odpowiedzieć, że spokój można odnaleźć tylko w śmierci, mały Everenie – rzuciła z uśmiechem staruszka. – Ale ty nigdy nie robisz tego, czego oczekują od ciebie inni, prawda?
Ignorując jej rozbawione spojrzenie, Ro skierował barkę z powrotem ku linii plagi w samym sercu kryształowego lasu. Opuścił ją tak nisko, że niemal widział swoje odbicie w lśniącej powierzchni sztucznego kyberu. Wsparł się oburącz o reling i patrzył. Analizował. Czekał.
Sztuczny kyber był piękny, nie dało się zaprzeczyć. Gdyby raczył rozmawiać ze zmarłymi, nie omieszkałby wspomnieć o tym swojej przodkini. Przydymione ściany piętrzących się ku górze kryształów mieniły się skrytymi w ich głębi refleksami błękitu, zieleni i różu. Ale i one nie ustrzegły się przed zarazą. U ich podstawy dostrzegł cienkie nitki popielatej pajęczyny. Nie spuszczając ich z oka, oddychał miarowo, powoli – i czekał.
Trwał w bezruchu, obserwując, jak szarawa siatka zasnuwa coraz większą powierzchnię krystalicznej formacji.
Niebieskie słońce skryło się za planetą Norisyn, a Ro wciąż patrzył.
Na ciemnym niebie wzeszły gwiazdy, farmę kryształów spowił nieprzenikniony mrok, ale Ro ani drgnął. Mrugał i oddychał, jednak nic poza tym.
Dotrzymująca mu towarzystwa martwa Everenka nie musiała nawet mrugać. Wszak zmarli nie mrugają, czyż nie?
Przez całą krótką noc Marchion Ro stał obok swojej praprababki i wspólnie obserwowali, jak żarłoczna plaga nicości zagarnia coraz większe połacie sztucznego kyberu.
Kiedy planetę otoczył blady nimb, zwiastujący księżycowy świt, jego przodkini zauważyła:
– Kybery infekuje szybciej niż hestalt. A pochłonięcie ram ze stopu zajęło mu dłużej niż rozprawienie się z trawą i włóknistymi oknami. Ciekawe, czy…
Ro ledwo zmrużył czarne oczy w blasku światła poranka, bez reszty skupiony na postępach zarazy, pełznącej w górę długiej, pionowej ściany kryształu.
– Ciekawe, czy… – powtórzyła Everenka, pochylając się nad relingiem barki.
Marchion Ro aktywował swój komunikator.
– Thayo? Przyślij tu kogoś z mięsem, trzema pierwszymi rzeczami, które masz pod ręką i które zdołasz zapakować do torby, kilkoma różnymi rodzajami broni i tą trójnogą tooką, którą Bas Ear’lasr karmi w przedziale hangarowym.
– Tak jest, moje Oko. Już się robi – potwierdziła natychmiast jego asystentka.
Już niebawem na skraju farmy wylądował prom wysłany z pokładu „Spojrzenia”. Ro ustawił barkę tuż nad nim, rozwinął drabinkę i polecił kurierowi skorzystać z jednego z górnych włazów konserwacyjnych, by się po niej wspiąć.
Wkrótce zjawił się Nihil, na którego Ro nigdy wcześniej nie zwracał jakiejś szczególnej uwagi (i któremu nadal nie zamierzał jej poświęcać), wyposażony w dwie torby. Jedną postawił na pokładzie, starając się jednocześnie zapanować nad drugą, którą miał przewieszoną przez ramię, a w której coś szamotało się wściekle, syczało i raz po raz przebijało materiał ostrymi pazurami.
Ro wziął ją od niego i bez zbędnych ceregieli wyrzucił uwięzioną w niej tookę za reling barki.
Stworzenie zamiauczało wściekle, lądując na trzech łapach na wierzchołku jednego z kryształów. Po chwili zaczęło się z niego ześlizgiwać, aż wreszcie zatrzymało się u jego podstawy, na matrycy mineralnej. Czy może raczej na tym, co z niej zostało, czyli szarych niby popiół szczątkach.
Ro obserwował, jak spłoszona tooka przedziera się przez zwapniałą farmę kryształów, z uszami postawionymi na sztorc i skierowanymi w stronę jedynego źródła dźwięku w pobliżu: cichego pomruku silników barki.
– Co… co to miało być? – wykrztusił Nihil, mężczyzna o ciele pokrytym licznymi tatuażami i z niebieskim okiem wymalowanym na twarzy.
Ro obrzucił go zniesmaczonym spojrzeniem, a jego pogarda pogłębiła się jeszcze, gdy zauważył w oczach podwładnego błysk strachu. Zamiast nakazać mu wyrzucić zawartość drugiej torby za burtę, uśmiechnął się do niego szeroko, prezentując w pełnej krasie garnitur swoich ostrych kłów.
– Eksperyment – rzucił zdawkowo i pchnął Nihila na reling. Bezceremonialnie rąbnął mężczyznę pięścią w splot słoneczny, skutecznie pozbawiając go tchu, a następnie wyrzucił za burtę.
Nihil uderzył w ziemię z głośnym hukiem i jękiem. Ro ponownie obdarzył go uśmiechem.
Stojąca obok niego stara Everenka westchnęła i wsparła się o jego ramię. Nie czuł kompletnie nic, gdy nawiązywał łączność z promem, nakazując mu powrót na pokład „Spojrzenia”.
A potem znów wrócił do trybu czuwania, ignorując przekleństwa i błagalne okrzyki nieszczęsnego Nihila, podobnie jak wrzaski kota. Mała, wielkoucha tooka o pręgowanej, fioletowej sierści zginęła jako pierwsza. Nie została szybko pochłonięta przez zarazę, ale jej śmierć nie była też tak powolna, jak stopniowe obumieranie sztucznego kyberu.
Nihil gramolił się nieporadnie przez iglice i rdzenie kryształowego lasu, starając się dotrzeć do osady. Jego wysiłki były jednak żałośnie daremne. Został już zarażony, a poza tym prom dawno odleciał. Ro patrzył w ślad za nim, przysłuchując się, jak mężczyzna wyklina go, spluwając na skażoną, rozpadającą się pod jego stopami ziemię. Umarł dopiero po zmroku, gdy zaraza dopełzła do jego klatki piersiowej i zmieniła jego płuca w proch.
Proces był tak powolny. Tak bolesny. A jego efekt tak…
– …znajomy – podsunęła usłużnie jego przodkini. – Jak moc Niwelatora.
Marchion Ro nie rozmawiał ze zmarłymi. Ale czasami ich słuchał.