Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja
  • Empik Go W empik go

Starminster. Miesiąc urodzin - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
2239 pkt
punktów Virtualo

Starminster. Miesiąc urodzin - ebook

W Podniebnym Mieście nadchodzi czas wielkiej zabawy – ale dla Astrid to także najważniejsza próba w życiu.

„Starminster. Miesiąc urodzin” to drugi tom pełnej przygód serii fantasy, który ponownie zabiera młodych czytelników do niezwykłego świata Podniebnego Londynu. Astrid w końcu otrzymuje upragnione skrzydła, jednak w przeciwieństwie do swoich kolegów i koleżanek nie potrafi z nich korzystać – bez względu na to, jak bardzo się stara. Sytuacja staje się jeszcze trudniejsza, gdy nowa, surowa dyrektorka szkoły ogłasza, że jeśli dziewczynka nie nauczy się latać, będzie musiała na zawsze opuścić Starminster.

W tym samym czasie rozpoczyna się Miesiąc Urodzin – czas radości, świętowania i niezwykłych gier, w których stawką jest nagroda mogąca odmienić wszystko. Astrid wie, że musi wygrać, bo to jedyna szansa, by odkryć swój prawdziwy potencjał i pozostać w Podniebnym Mieście. Jednak rywalizacja okazuje się znacznie bardziej niebezpieczna, niż ktokolwiek się spodziewał – a ktoś zrobi wszystko, by dziewczynka nigdy nie dotarła do końca gry.

„Starminster. Miesiąc urodzin” to porywająca opowieść fantasy dla młodych czytelników, pełna tajemnic, emocjonujących wyzwań i niezwykłych bohaterów. Pięknie zbudowany świat, dynamiczna akcja i historia o odwadze, przyjaźni oraz wierze we własne możliwości sprawiają, że książka wciąga od pierwszych stron i na długo pozostaje w wyobraźni

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-083-9
Rozmiar pliku: 7,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Astrid chciała wygrać.

Mięśnie miała napięte jak cięciwy łuków. Sufit nad jej głową błyszczał złotem. Wpatrywała się z determinacją w wyniosły nagrobek księcia Wellingtona – skomplikowaną konstrukcję w kształcie łuku triumfalnego, zwieńczonego wymyślną figurą księcia i jego szlachetnego wierzchowca o imieniu Kopenhaga. Która z nich pierwsza wespnie się na sam szczyt, ta wygra.

– Na miejsca! – zawołał Mason. – Pent, powiedziałem: na miejsca. Wracaj za linię płytek.

Pent przewróciła oczami i szurając stopami, cofnęła się nieco.

– Astrid, z powrotem. To był falstart!

– Ledwie drgnęłam! – zaprotestowała Astrid.

– Obie jesteście urodzonymi szachrajkami. Macie szczęście, że żadnej z was nie zdyskwalifikowałem. Zabieraj stopy z czarnej płytki.

Astrid zerknęła w górę na Masona, który unosił się jakieś sześć metrów nad posadzką Katedry Świętego Pawła.

– Czy jest jakiś powód, dla którego sędziujesz z tak wysoka?! – zawołała.

– Żebym lepiej widział, jak oszukujecie! Ostatnie ostrzeżenie.

Obydwie przyjęły pełne napięcia postawy startowe. Pent pochyliła się, dotykając palcami rąk podłogi, Astrid zastygła z jedną nogą w powietrzu.

– Na miejsca, gotowi, start!

Pobiegły do nagrobka Wellingtona.

Pent wskoczyła na schody wiodące do sarkofagu księcia. Astrid tymczasem wspinała się po jednej z kolumienek, obejmując ją rękami i nogami niczym strażacki słup ześlizgowy.

Sunęła kawałek po kawałku. Czuła, jak mocno napinają się jej mięśnie, ale to było dobre uczucie, pełne mocy. Przed oczami mignął jej krótko obraz dziewczyny z rabarbarowej szopy, którą była jeszcze kilka tygodni temu: białej jak kreda, z rękami cienkimi niczym patyczki. Teraz cieszyła się swoją nową siłą, z każdym ruchem podciągając się o dwa, trzy centymetry do celu.

– Astrid wysunęła się na prowadzenie! – ryknął z góry Mason. – Pent zabrnęła w ślepy zaułek, mimo że nadmiernie spoufaliła się z sarkofagiem księcia, niech biedak spoczywa w pokoju.

– Zamknij się, Mason! – odkrzyknęła Pent z dołu. Ona też podciągała się teraz na jednej z kolumienek.

Astrid sięgnęła ręką do rzeźby z brązu, którą miała nad sobą, i złapała ją za fałd szaty. Wywindowała się, pewnym chwytem objęła figurę za szyję i zerknęła w dół, żeby sprawdzić, jak sobie radzi przyjaciółka.

Pent zniknęła gdzieś po drugiej stronie pomnika nagrobnego i Astrid jej nie widziała. Za to Mason ogłosił:

– Pent z powodzeniem wraca do gry! Czy początkowy sukces Astrid zapewni jej zwycięstwo?

Astrid, ośmielona tym, że prowadzi w wyścigu, popełniła błąd i znowu spojrzała w dół. Czarno-biała szachownica płytek podłogowych zatańczyła jej przed oczami. Zdążyła już wcześniej poznać ich twardą powierzchnię; wciąż miała przez to poobijane kolana.

– Pent prawie dotarła do konia! – oznajmił Mason, przywracając Astrid do realiów wyścigu.

Pent zawsze do tej pory wygrywała, zawsze kończyła wyścig, siedząc zwycięsko na grzbiecie Kopenhagi. Dlatego Astrid tak bardzo chciała choć raz ją pokonać.

Zebrała się na odwagę i zaryzykowała: skoczyła z głowy figury w stronę podstawy cokołu, na którym stał konny posąg księcia. Złapała ją za krawędź i podciągnęła się na łokciach.

Pent była już na cokole, sięgała do grzywy Kopenhagi, ale Astrid stanęła za koniem i rzuciła się na jego ogon.

Była tak blisko, już czuła smak zwycięstwa… Nagle z dołu dobiegło zagniewane wołanie:

– Astrid Crossley! Penelope Hayat! Co wy tam wyprawiacie?!

Przyjaciółki zamarły. Popatrzyły na siebie. Pent wisiała na rękach, dyndając nogami, Astrid była w połowie drogi na grzbiet Kopenhagi.

Przez nawę katedry maszerowała ku nim nowa dyrektorka szkoły. Wzięła się pod boki i rozkazała:

– Na dół. W tej chwili!

Astrid ześliznęła się z końskiego zadu.

– Mason, ty też odpowiesz za te niedorzeczne wygłupy, ale teraz możesz pomóc Penelope zejść stamtąd.

Chłopak zniżył lot, otoczył ramionami Pent w pasie i opuścił ją na podłogę.

Astrid zacisnęła usta. Wiedziała, co teraz będzie.

– Astrid, sfruń.

Dziewczynka spojrzała na galeryjkę z tryforiami, z której wychylało się kilkoro podlotów z jej klasy, z zaciekawieniem patrząc na to, co się dzieje.

Pent nie mogła się powstrzymać i wypaliła:

– Niech pani da jej spokój. Wie pani, że Astrid…

– Nie mów do mnie w ten sposób i nie waż się mnie pouczać – odwarknęła pani Angkasa. – Astrid, powiedziałam: sfruń.

W oczach Astrid wezbrały łzy upokorzenia. Odetchnęła głęboko. Nic się nie wydarzyło.

W przypadku większości opierzonych to by zupełnie wystarczyło. Jeden wdech i z pleców wyskakiwały skrzydła. Ten instynkt był tak potężny, że Libryści czasami z zaskoczenia odruchowo rozwijali skrzydła.

Ale jej skrzydła uparcie tkwiły wewnątrz ciała.

Odetchnęła ponownie. Żadnej reakcji. Dyszała, rozpaczliwie wciągając powietrze do płuc, aż w końcu skrzydła się wynurzyły. Nie szybko i z wdziękiem jak u innych opierzonych. Wychodziły powoli, zacinając się co chwila. Były ciemnoszare, z jeszcze ciemniejszymi końcówkami. U kogoś innego Astrid pewnie by je podziwiała. Ale nie wyglądały imponująco – były krótsze niż rozpiętość jej rąk.

– Więcej nie powtórzę – powiedziała pani Angkasa z nutą groźby.

Astrid z wysiłkiem rozpostarła skrzydła. Spróbowała nimi poruszyć i udało się – zatrzepotały powoli. Potem uniosła je, zerkając przez ramię, by sprawdzić, czy jej posłuchały. Musiała skoczyć. Nie miała innego wyjścia. Ale będzie bolało. Zanim zdążyła sobie wyobrazić, jak leży połamana na zimnej posadzce, skoczyła z podstawy cokołu.

Kiedy opadała, miała wrażenie, że jej żołądek został gdzieś z tyłu, ale lądowanie okazało się nie takie straszne, jak się spodziewała. W ostatnim momencie dyrektorka śmignęła w powietrze i złapała ją w połowie drogi, po czym postawiła ją delikatnie na podłodze. I zaraz zmarszczyła brwi.

– Mam nadzieję, że rozumiesz, o co mi chodzi, Astrid – powiedziała surowo. – Ty i Penelope jesteście ostatnimi osobami, które mogłyby sobie pozwolić na głupie wybryki na wysokości. Penelope jeszcze się nie opierzyła, a z tego, co właśnie widziałam, wynika, że ty też nie opanowałaś sztuki latania. – Przerwała na chwilę, a kiedy odezwała się ponownie, jej głos brzmiał donośnie i wyraźnie: – Dla was to jest miejsce nauki, a dla wiernych dom Boga, nie plac zabaw. Traktujcie katedrę z należytym szacunkiem.

Pozostali uczniowie wiercili się niespokojnie. Astrid, czując gorąco na twarzy, wbijała wzrok w podłogę i żałowała, że w ogóle dała się namówić na wyścig.

– Dwie minuty temu zaczęła się lekcja – ciągnęła pani Angkasa. – Natychmiast udajcie się więc do sali. Jeśli jeszcze raz zauważę podobne wybryki, możecie się pożegnać z atrakcjami Miesiąca Urodzin.

Na galeryjce w górze zaszurało i zatrzepotało, gdy uczniowie pośpiesznie ruszyli w stronę sal lekcyjnych. Mason, Pent i Astrid też chcieli się jak najszybciej oddalić, zanim dyrektorka przydzieli im jakąś karę.

– Astrid – powiedziała pani Angkasa i dziewczynka niechętnie odwróciła się w jej stronę. – Chcę z tobą zamienić słówko. Proszę, spotkajmy się w Dziesiątym Kwiecie o czwartej rano.

Astrid zamrugała, nagle zaschło jej w gardle.

– O… o czym? – wykrztusiła.

– O twojej przyszłości – odrzekła pani dyrektor.

Astrid poczuła ukłucie strachu. Kiwnęła głową i poszła za przyjaciółmi.

– Jak myślisz, o co jej chodzi? – szepnęła Pent, gdy trochę się oddaliły.

Astrid pokręciła głową, ale nie odpowiedziała.

Pent w ramach solidarności zaczęła się uskarżać na nową dyrektorkę.

– Wszędzie jej pełno. Finifugal przynajmniej siedział zajęty w swoim laboratorium, zamiast wtrącać się w nasze sprawy, choć w końcu okazał się zły do szpiku kości. Pamiętacie, jak nas nakryła na ślizganiu się po krypcie?

– Kto by pomyślał, że płyn do zmywania naczyń może mieć tak odjazdowe zastosowanie – westchnął tęsknie Mason. – Ale następnego dnia jedna turystka skręciła sobie przez to kostkę. Myślałem, że wyczyściliśmy wszystko porządnie wtedy podczas szlabanu.

– Zrobiliśmy, co się dało! – zaoponowała Pent. – A ona powinna była zwiedzać w odpowiednim obuwiu. Kto widział schodzić do krypty w takich szpilach!

– Przez chwilę myślałam, że pani Angkasa pozwoli, żebym rozbiła się na podłodze – powiedziała Astrid i jej przyjaciele zamilkli.

– Skacząc z takiej wysokości, mogłaś się zabić – zauważyła w końcu Pent. – Nie wydaje mi się, żeby chciała mieć śmiertelny wypadek podczas swojej kadencji, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co wyrabiał Finifugal.

– Czy to wyglądało jak…? Czy moje skrzydła rozpostarły się tym razem, czy…?

Astrid zerknęła na przyjaciół z nadzieją.

Mason zacisnął usta z zakłopotaniem.

– Nie za bardzo – odpowiedział z oporem.

– No wiesz… wywróciły się jak parasol – dodała Pent.

Astrid opierzyła się zaledwie dwa tygodnie temu. Poszło szybko – zdążyła tylko opaść na kolana na schodach na zewnątrz katedry, a skrzydła wyrżnęły się z jej pleców, przebijając się piórami ostrymi jak igły. Tak bardzo się wtedy ucieszyła. Po kilku dniach stało się jednak jasne, że w przeciwieństwie do innych świeżo opierzonych Librystów nieprędko będzie latała. To było normalne, że opanowanie tej sztuki wymagało czasu, ale Astrid w ogólnie nie miała kontroli nad swoimi skrzydłami. Przy każdej próbie latania wywracały się na drugą stronę jak parasol na wietrze, boleśnie szarpiąc jej barkami. Pani Warburton chciała jej dawać indywidualne lekcje, ale poddała się po dwudziestu minutach. Powiedziała, że chociaż nigdy nie uczyła kogoś z takimi problemami, ma nadzieję, że same ustąpią z czasem.

Więc Astrid się opierzyła, owszem. Wyrosły jej skrzydła, tak jak marzyła od pierwszego momentu, kiedy zobaczyła skrzydlatą panią Wairi w blasku świec rozświetlających wnętrze szopy na rabarbar.

Miała skrzydła, ale nie mogła latać.

Pent wzięła ją za rękę i uścisnęła, żeby dodać otuchy.

– Nie przejmuj się – powiedziała. – I tak miałam cię pokonać w wyścigu. Co jest równie dołujące jak to, że nakryła nas dyrektorka.

– Choć bardzo chciałbym cię pocieszyć – wtrącił Mason, z trudem powstrzymując się od śmiechu – bądźmy szczerzy: to był prawdziwy rekord świata w dołowaniu.

– Och, spadaj, panie „Patrzcie na Mnie, Jakie Mam Potężne, Paskudne Skrzydliska” – odgryzła się Pent.

Cisza. Mason wpakował ręce do kieszeni i schował skrzydła. Gładko zniknęły z pola widzenia.

– Tak czy siak, nie urządzajmy już wyścigów – powiedziała Astrid. – I tak mamy dość kłopotów.

– A skoro mowa o kłopotach – przypomniała Pent – to spóźnimy się na nawigację.

Lekcje nawigacji, przedmiotu jeszcze trudniejszego od aeronautyki, odbywały się w Kaplicy Wszystkich Świętych – jednym z kilku ponurych bocznych pomieszczeń Katedry Świętego Pawła. Nocą, kiedy turyści, duchowni i wierni opuszczali świątynię, zamieniała się ona w Starminster, szkołę nauki latania, w której lekcje odbywały się w ciszy, przy blasku świec. W tej chwili, o drugiej w nocy, przez okna katedry było widać rozciągające się nad Londynem ciemne niebo.

– Wasza trójka znowu spóźniona – zauważył doktor Postlethwaite. – Rozczarowujące. Dziewczęta, dość dobrze radzicie sobie na froncie akademickim, mimo pożałowania godnych wysiłków Astrid na polu praktycznym… Nie patrz tak na mnie, Astrid, wiesz, że to prawda. Ale ty, Mason, jako uczeń wisisz na cienkim włosku. Nigdy jeszcze nie spotkałem się z tak szokującą postawą.

– Mam dużo zajęć – zaprotestował Mason, ale nauczyciel tylko wskazał trzy wolne miejsca z przodu i syknął:

– Siadać.

Usiedli.

Doktor Postlethwaite stanął przed staroświecką czarną tablicą.

– Jak mówiłem, początki nawigacji w dużej mierze wywodzą się z obserwowania gwiazd. Nawet najbardziej ograniczony uczeń Librysta powinien umieć zidentyfikować na niebie Gwiazdę Polarną i dzięki niej wyznaczyć cztery strony świata.

Mason uniósł rękę. Nauczyciel celowo go zignorował i ciągnął swój wywód:

– Jeżeli w nocy znajdziecie się pod gołym niebem i nie będziecie pewni kierunków, w pierwszej kolejności powinniście namierzyć Gwiazdę Polarną. Ale jak? Bądź co bądź na niebie są miliony gwiazd. Najpierw poszukajcie Wielkiego i Małego Wozu. – Szybko naszkicował kredą na tablicy gwiazdozbiory. – Tu jest Gwiazda Polarna, widzicie? Na końcu dyszla Małego Wozu. Kiedy ją już macie, powinniście rozpoznać widoczne pod nią ukształtowanie terenu: kolejny powód, dla którego lekcje geografii z panem Southallem są tak ważne.

Mason wychylił się na siedzeniu i powiedział głośno:

– To jest takie nużące. Szukanie kształtów w gwiazdach.

– Ciii – upomniała go Pent. Uważnie notowała wszystko w zeszycie i rysowała schemat znajdowania Gwiazdy Polarnej.

Astrid robiła to samo, tyle że z mniejszą dokładnością.

– Przynajmniej angażuję się w treść – stwierdził Mason prowokacyjnie i dorysował uśmieszek na marginesie notatek Pent. – Czy nie o to chodzi w szkole?

– To nie jest zwyczajna szkoła – zaprotestowała Astrid. – To Starminster.

Pozostała dwójka przewróciła oczami.

– Ty i twoja bezcenna Starminster – burknął Mason. – Masz obsesję.

W tym momencie podniósł rękę Tristopher te Straka.

– Tak, Tristopherze? – udzielił mu głosu doktor Postlethwaite.

– Mam małe pytanie – powiedział Tristopher, odchylając się w tył z bezczelną miną. – Jeżeli ktoś ma zegarek z radarem, to czy lekcje nawigacji nie są dla niego bez sensu?

Doktor Postlethwaite nastroszył wąsy i wyciągnął się na całą swoją wysokość, aż w jego łysinie odbił się blask świec.

– Uważam to pytanie za pozbawione sensu – odparł.

Marcella Mountbatten, na której nadgarstku błyskał zrobiony z różowego złota zegarek z radarem, wybudziła się ze swojego zwyczajnego otępienia i rzekła:

– Dobra uwaga, Tristopher. Jeżeli mamy technologię, czemu nie mielibyśmy z niej korzystać?

– Nie wszystkich jednak stać na zegarek z radarem, czyż nie, Marcello? – odpowiedział nauczyciel.

– W rzeczy samej – mruknął Mason.

Astrid wymieniła spojrzenia z Pent, zdumiona tym, że Mason nagle bierze stronę nauczyciela, którego tak bardzo nie lubi.

– Nie rozumiem, dlaczego musimy chodzić na te same lekcje co wszyscy inni, skoro mamy sprzęt, dzięki któremu nauka nawigacji jest dla nas zbędna – nie ustępowała Marcella.

– Za kogo ty się uważasz? – zwrócił się do niej głośno Mason.

– Jestem Marcella Mountbatten – odrzekła wyniośle dziewczyna, odwracając się z wolna w jego stronę. – Z naciskiem na Mountbatten.

Mountbattenowie byli współwłaścicielami Piątego Kwiatu, wraz z Windsorami. Słynęli z bajecznej fortuny, choć pod względem bogactwa odrobinę ustępowali te Strakom. Ale nawet jeśli nie znało się nazwiska Marcelli, jej zamożność rzucała się w oczy. Zdradzały to jej paznokcie, powieki, ubranie.

– Tacy ludzie jak ty sprawiają, że mam dość Podniebnego Londynu – odburknął Mason.

Klasa śledziła tę niecodzienną rozmowę, uszczęśliwiona takim urozmaiceniem lekcji. Astrid zauważyła, że doktor Postlethwaite stłumił szeroki uśmiech. Jak to możliwe, że role odwróciły się tak szybko?

– Każdy uczeń Starminster otrzymuje takie samo rygorystyczne wykształcenie – oznajmił nauczyciel i zacisnął usta drgające pod wąsem. – Koniec dyskusji.

Rozdał uczniom kartki z fotografiami nocnego nieba i polecił, żeby na każdym zdjęciu znaleźli Gwiazdę Polarną. Marcella nawet nie dotknęła swojej kartki, tak samo jak Tristopher.

Mason wygłaszał przemowę o snobstwie i niesprawiedliwości, zrzynając zadanie od Pent, która starannie zaznaczała gwiazdę kółeczkiem na każdym zdjęciu. Astrid wyłączyła się na chwilę. Wciąż gryzła się tym, co mogło ją czekać podczas zbliżającej się rozmowy z panią Angkasą. Rozmowy o jej przyszłości.

Jaka będzie, jeśli Astrid nie nauczy się latać?

Nie nada się do żadnego z zawodów dostępnych dla Librystów, a zaczynała już marzyć o pracy. Chciała dbać o sadzonki wysoko nad ziemią – tysiące drzew posadzonych poza zasięgiem zwykłych ludzi, a zapewniających czystość powietrza na ziemi. Kusiło ją też ekscytujące życie międzynarodowych kurierów, którzy w deszcz czy słońce przenosili poufne dokumenty ponad oceanami i kontynentami. Zadowoliłaby się nawet pracą konserwatora troszczącego się o dobry stan techniczny Podniebnego Londynu albo któregoś z miast Librystów za granicą. Pent czasami wspominała o pracy w Paryżu-Plus – mieście francuskich Librystów zbudowanym na szklanej platformie, gdzie mieszkańcy musieli uważać, żeby ich nie poparzyły iskry fajerwerków z podparyskiego Disneylandu.

– Wyjdźcie na zewnątrz, obydwoje – mówił doktor Postlethwaite, gdy Astrid ocknęła się z rojenia na jawie.

Zadania Marcelli i Tristophera wciąż były nieruszone, a twarz nauczyciela miała czerwony kolor.

– Wasze postawy nie sprzyjają atmosferze kształcenia, którą staram się wprowadzić w Starminster, gdzie nauczam osoby wywodzące się z najróżniejszych środowisk, i nie życzę sobie urągania najbardziej podstawowej etykiecie zachowania uczniów.

Tristopher i Marcella wstali i wyszli z kaplicy. Mijając inne dzieci, demonstracyjnie rozwinęli skrzydła.

– Niefajnie – szepnęła Pent.

– Ale doktor Postlethwaite ma rację – odmruknęła Astrid. – Wszyscy powinniśmy być równi, no nie?

Gdy lekcja wreszcie dobiegła końca, Pent musiała iść do domu. Ponieważ jej rodzice pracowali normalnie za dnia w Naziemnym Londynie, a ona i jej młodsza siostra Polly uczyły się nocami w Starminster, posiłek przed świtem był dla ich rodziny czymś w rodzaju świętego rytuału. Czasami państwo Hayat zapraszali Astrid, ale ona zazwyczaj brała obiad z bufetu mieszczącego się w krypcie i zjadała posiłek w zaciszu swojego poddasza.

Przyzwyczaiła się do samotności. Mimo że czasami własne towarzystwo zwracało się przeciwko niej, kiedy wewnętrzny głos uparcie wymieniał jej liczne wady.

Zaczynając od tego, że nie umie rozwinąć skrzydeł, ale bynajmniej na tym nie kończąc.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij