Starożytna - ebook
„Starożytna” To historia świata stojącego na granicy zagłady i istoty, która nie jest ani bogiem ani człowiekiem lecz czymś znacznie starszym, pozornie zwyczajna, młoda kobieta, twórczyni zaawansowanych systemów SI. Z czasem okazuje się jednak, że jej rola w historii sięga znacznie głębiej, a jej istnienie związane jest z samą strukturą wszechświata. Podczas pracy nad książką autor korzystał z narzędzi sztucznej inteligencji (AI) w charakterze asystenta redakcyjnego i korektorskiego
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-302-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
INFORMACJE TECHNICZNE O POWIEŚCI:
Weryfikacja merytoryczna: Słownictwo techniczne i wojskowe zostało oparte na wiarygodnych źródłach, w tym na publikacjach „Nowa Technika Wojskowa”, portalach: Defence24, Milmag i konflikty pl co zapewnia autentyczność opisywanego sprzętu i realiów.
„Podczas pracy nad książką autor korzystał z narzędzi sztucznej inteligencji (AI) w charakterze asystenta redakcyjnego i korektorskiego.”
„Opisywana postać jest fikcyjna. zbieżność imiona czysto przypadkowa. Jakiekolwiek podobieństwo jej wyglądu do osób rzeczywistych, jest czysto przypadkowe i nieintencjonalna.”Rozdział 1 „Przebudzenie”
Pierwszą rzeczą było światło, jak ostrze surowego białego strumienia, które przecięło ciemność za jej powiekami. Potem nadszedł dźwięk: rytmiczny, perkusyjny ryk, który wypełnił jej uszy, wznosząc się i opadając niczym oddech jakiejś tytanicznej bestii. Poczuła smak soli. Piasek, drobny i ziarnisty, był drugą skórą na jej policzku, we włosach, pod paznokciami. Świadomość wsączała się z powrotem nie jak powódź, ale jak powolny, zimny przypływ, pochłaniając jedno odczucie na raz.
Podniosła się na łokciach, a ruch posłał kaskadę piasku na przód prostej, nieznanej szarej tuniki. Przed nią ocean rozciągał się w niemożliwy, bezgraniczny błękit, zwieńczony spienioną białą koronką. Za nią linia wydm ustępowała miejsca odległej, mglistej sylwetce miasta, którego szklane wieże odbijały poranne słońce niczym odłamki lodu.
Wiedziała, z pewnością, która przeczyła całkowitej pustce jej pamięci, że była osobą. “Jestem”. Myśl była czymś czystym i solidnym pośród pustki wiedzy. Wiedziała, że obiekt na niebie to słońce, ryk to ocean, a żwir to piasek. Rozumiała koncepcję miasta. Ale żadne imię nie odpowiedziało jej, gdy zawołała je w cichej przestrzeni swojego umysłu. Żadna twarz matki ani przyjaciółki nie wynurzyła się z głębin. Była tylko ona sama, świat i ogromna, nie do pokonania przepaść między nimi.
Chłodny wiatr musnął jej skórę, a dreszcz, który nie miał nic wspólnego z temperaturą, przebiegł ją. Potrzeba ruchu, szukania schronienia i sensu stała się imperatywem. Wstała, otrzepała piasek z cienkich spodni i ruszyła w stronę miasta.
Miejski świat otulił ją symfonią zorganizowanego chaosu. Syczenie opon na asfalcie, odległe wycie syreny, brzęk metalu o metal, słyszany przez ekipę drogową na uszkodzonej ulicy. Minęła ich — mężczyzn w pomarańczowych kamizelkach, opartych na łopatach, z twarzami pokrytymi kropelkami potu. Minęła innych młodych ludzi, których miny były mieszaniną porannego letargu i cyfrowego zaabsorbowania, gdy wpatrywali się w świecące prostokąty w dłoniach.
Minęła jakiś radiowóz, a dwaj funkcjonariusze w środku, niczym portret władzy, tworzyli ramę dla obrazu. Błysk czegoś zimnego i ostrego, niczym ukłucie igłą lodu, dotknął ją głęboko w środku. To był instynkt, natychmiastowy i absolutny: mundury były symbolem władzy, której nie mogła zaufać. Natychmiast zasłoniła twarz, gest instynktowny ale wyglądał naturalnie, nie wzbudził podejrzeń, nie wiedziała dlaczego tak reaguje, ale ufała swojemu przeczuciu.
Skręciła za róg i energia ulicy uległa zmianie. Muzyka, ciężki, pulsujący rytm, pulsowała z ciemnego wejścia nocnego klubu, którego neon nie świecił w świetle dnia. Niewielka grupka tancerzy wylała się na chodnik, śmiejąc się i paląc papierosy. Ich ubrania były skąpe, a ciała pełne resztek energii po wieczornym występie. Obserwowała ich, nie czując żadnej krytyki, żadnych kontrowersji, jedynie obojętną ciekawość. Żyli, wyrażali siebie, istnieli. Moralność była nieistotna, ta dyrektywa zabrzmiała w niej jak zapis, zapomnianej pamięci lub doświadczenia.
Wtedy odgłos miasta został rozerwany przez nowy hałas: ludzki ryk, falę setek głosów skandujących unisono. Protest wynurzył się zza kolejnego rogu, rzeka ciał i tekturowych transparentów. Nie rozumiała słów, przyczyny, polityki. To był po prostu hałas, dopóki go nie zobaczyła.
Mężczyzna, oddzielony od głównego tłumu, leżał na ziemi, trzymając się za głowę, podczas gdy dwie umundurowane postacie stały nad nim z pałkami w pogotowiu. Ciemna plama rozprzestrzeniała się na chodniku pod nim. W tej chwili obojętny obserwator zniknął. Ogień, czysty i rozpalony do białości, zapłonął w jej piersi, jej oddech lekko przyspieszył. Nie chodziło o dobro czy zło, nie chodziło o normy społeczne czy systemy wierzeń. To było naruszenie. Oderwany brak zainteresowania, jaki czuła dla tancerek w nocnym klubie, przerodził się w skupioną wściekłość skierowaną na widok bezbronnego mężczyzny i obojętnej mocy, która go powaliła. Teraz wiedziała, z tą samą dziwną pewnością, którą czuła na
plaży, że największym złem nie jest wada charakteru, ale aparat kontroli w rękach tych, którzy używają go do łamania innych. Świat nagle nabrał straszliwej, ostrej barwy. Zdecydowanie ruszyła w jego stronę, a tłum rozstąpił się przed nią niczym dziób statku rozcinający wodę.
Szybko podeszła do leżącego chłopaka, na jego twarzy i ciele widać było ślady uderzeń i nieokreślonej przemocy, krople krwi na kurtce i spodniach były potwierdzeniem że trzeba mu pomóc, że stało
coś złego.
On potrzebuje pomocy — powiedziała zaskakująco spokojnym głosem, klęcząc obok mężczyzny. Funkcjonariusze spojrzeli na nią, młodą dziewczynę w prostej tunice, i zawahali się. Przyjechali ratownicy medyczni, w swoim własnych mundurach, ale jej instynkt nie zapalił się. Ich celem było leczenie, a nie kontrolowanie.
W jej umyśle pojawiło się słowa „ratownik medyczny” „pomoc”.
Obok jak nagły błysk światła pojawiła się jakaś reporterka z kamerzystą, filmowała od początku protest i całe zajście określając go niekontrolowaną, niebezpieczną anarchią, jej relacja była tendencyjna, co natychmiast zwróciło uwagę Seleny, wiedziała że to nieprawda, jej spojrzenie skrzyżowało się zw wzrokiem reporterki Leny, jej głębokie i smutne spojrzenie wstrząsnęło kobietą z mikrofonem która na moment milknie i patrzy osłupiała na swojego kamerzystę, jakby zapomniała o czym ma mówić.
W powstałym zamieszaniu została porwana przez chęć działania, automatyczna decyzja o pomocy rannemu mężczyźnie, już nie zawracała sobie głowy propagandowym reportażem, ważniejsza była pomoc potrzebującemu mężczyźnie, ratownicy sprawdzili jego stan, opatrzyli i zaczęli umieszczać rannego na tyle karetki. Dziewczyna nie odstępując od jego boku, płynnie i szybko wskakuje z miejsca na tył karetki, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Choć jej pokaz sprawności wzbudził podziw niektórych gapiów, nie zwróciła na to żadnej uwagi.
To że nikt jej nie zatrzymał, nie próbował wylegitymować, zawdzięczała chyba tylko szczęściu, albo pewności siebie. Chaos na ulicy i głośne krzyki protestujących ludzi też trochę pomogły. Nie zwróciła na to uwagi, to po prostu się zdarzyło. Coś rządziło jej wyborami, trochę instynkt, trochę
analityczny sposób myślenia, teraz niosła pomoc komuś kto jej teraz potrzebował. Reszta jest nieważna. Karetka nie jechała długo, w zasadzie
ledwo znalazła się w aucie to już musiała wysiadać. Ratownicy nie bardzo
zwracali na nią uwagę, ona im nie przeszkadzała. Choć jeden z nich zapytał
— Jest pani rodziną?
— nie… tylko znajomą — kłamstwo teraz musiało wystarczyć. Pomoc była ważniejsza niż
Drobne minięcie się z prawdą.
Szpital był światem wybielonej sterylności i stłumionej naglącej potrzeby. Gdy mężczyznę zabrano na oddział urazowy, ktoś w końcu zwrócił na nią uwagę. Był policjantem, ale innym niż ci na ulicy. Jego mundur był schludny, ale twarz nie była surowa. Był w średnim wieku, z inteligentnymi, spostrzegawczymi oczami, które zdawały się widzieć więcej niż to, co na powierzchni. Na jego identyfikatorze widniało imię Carter.
Była pani z nim? — zapytał funkcjonariusz Carter łagodnym, dociekliwym tonem.
— Był ranny. Potrzebował pomocy — odpowiedziała, a stwierdzenie to było prostym, niepodważalnym faktem.
— Większość ludzi ucieka przed kłopotami, a nie ku nim. Zwłaszcza w twoim wieku — Obserwował ją, błysk zawodowej ciekawości walczył z czymś więcej. Jak się nazywasz?
Spojrzała na niego i po raz pierwszy pustka w jej umyśle odczuła fizyczny ból.
— Nie wiem.
Przez kilka następnych godzin został. Kupił jej butelkę wody, zadał proste pytania, na które nie potrafiła odpowiedzieć, i słuchał. Był zafascynowany. Ta dziewczyna, która wyglądała na nie więcej niż siedemnaście lat, mówiła jasno i posiadała wgląd, który wydawał się stary i doświadczony. Mówiła o proteście nie w kategoriach politycznych, ale w kategoriach dynamiki systemu i psychologicznego wpływu niekontrolowanej władzy. Chris Carter, człowiek, który szczycił się swoim
„siódmym zmysłem” w stosunku do ludzi, wiedział, że patrzy na coś, co wymykało się wszelkim kategoriom. Kiedy dzwonił, weszła do małej poczekalni.
Na ścianie wisiało duże, ozdobne lustro. Zatrzymała się, wpatrując się w swoje odbicie….Długie, falujące czarne włosy okalały lekko trójkątną, subtelnie pulchną twarz. Duże, ciemne oczy patrzyły na nią z powagą, która tam nie pasowała. Krótki, szeroki nos, pełne policzki. Twarz była piękna, młodzieńcza i boleśnie znajoma.
Z pustki wyłoniło się imię, kolejny fragment absolutnej wiedzy bez źródła: Znana Gwiazda Pop i Aktorka. Jej twarz, z czasów, gdy miała siedemnaście lat. Rozpoznanie nie było szokiem, ale uspokojeniem, niczym klucz w końcu przekręcający się w
zamku, który zardzewiał od wieków. Wiedziała, że to ona i wiedziała, że to twarz kogoś innego, i oba fakty były jednocześnie prawdziwe.
— Wszystko w porządku? — zapytał Chris, pojawiając się obok niej.
Odwróciła się od lustra — Tak. Poszła za nim korytarzem, a ich kroki rozbrzmiewały echem. Gdy mijali bankomat na ścianie, ekran, na którym wyświetlało się typowe logo banku, zamigotał. Linia zielonego kodu szybko przesunęła się po
czarnym ekranie, a potem zniknęła. Selena znieruchomiała, czując dziwny szum w kościach. Wiedziała z tą samą niepokojącą pewnością, że to ona to spowodowała. Czuła prostą logikę maszyny, jej połączenie sieciowe, przepływ danych,
jakby była przedłużeniem jej własnego układu nerwowego. Wiedziała, że może z nią rozmawiać. Oczy Chrisa zwęziły się, nie z podejrzliwością, lecz z głęboką fascynacją. Widział migotanie i wyraz intensywnego, cichego skupienia na jej
twarzy. Nie kwestionował tego, po prostu zaakceptował to jako kolejny element niemożliwej do ułożenia układanki, którą reprezentowała.
Ranny mężczyzna był w stabilnym stanie. Po kilku dniach, podczas których Chris odwiedzał ją codziennie, przynosząc jedzenie i po prostu rozmawiając, zrodziło się kruche zaufanie. Był jej jedyną ostoją na tym świecie i zdawał się nie mieć nic przeciwko traktowaniu jej jak normalnego człowieka a nie przestępcy czy wariatki. Widział w niej to, kim była: niezwykle empatyczną, tajemniczą osobę. W końcu podjął decyzję.
— Nie mogę cię tu zostawić — powiedział pewnego popołudnia — Mam mały domek obok mojego domu, pokój, łazienka i mała kuchnia. Nie jest duży, ale bezpieczny. Mogę pomóc ci znaleźć drogę.
Nie wiedziała dlaczego, ale zgodziłą się na propozycje, mimo że podświadomie nie ufała władzy a zwłaszcza obcym ludziom, zdążyła poznać Chrisa, jakoś wiedziała że z jego strony nie powinno jej spotkać nic złego
.
Czy to naiwność czy podświadoma wiedza i instynkt? czuła że może zaryzykować i udać się z nowym znajomym do jego domu. Wiedziała że nie może dłużej pozostać w szpitalu
Człowiek któremu pomogła, dochodził do zdrowia, zrobiła co mogła, teraz czas ruszyć dalej.
Wyszli razem z budynku, koło radiowozów zaparkowany był, samochód Chrisa, czarny Dodge Charger. Oczywiście wcześniej załatwili wszystkie formalności. Potem pojechali, ale nie od razu do domu Chrisa, jakiś urząd. „No tak, kolejne formalności” pomyślała dziewczyna, ale wiedziała że to musi być załatwione, po prostu wiedziała. Droga nie była długa, podjechali na przedmieścia, małe podobne do siebie zabudowania, a na końcu ulicy jego dom.
Był typowym budynkiem na przedmieściach, obok stał mały wielkości garażu. To twoje tymczasowe lokum, to domek gościnny, zapraszam- powiedział wyciągając dłoń w stronę budynku.
Zaprowadził ją tam, do małego, czystego pomieszczenia z łóżkiem, biurkiem i oknem wychodzącym na miasto. Na biurku stał stary, odłączony laptop. Podczas gdy Chris przygotowywał dla niej odpowiednie ubrania, usiadła i go dotknęła. Jej palce zawisły nad klawiaturą, a potem zaczęły się poruszać. To nie było pisanie. To był taniec. Nie musiała go włączać, maszyna sama przeszła od uśpienia do działania. Kod, surowy i elegancki, płynął z jej umysłu, przez opuszki palców, do uśpionego procesora maszyny.
Kompilowane programy, budowane i demontowane zapory sieciowe w jej umyśle, a ona surfowała po sieciach, które nie były nawet podłączone do internetu. Kiedy Chris wrócił, stał w drzwiach w milczeniu, zdumiony obserwując jej pracę. Jej biegłość przekraczała wszelkie umiejętności; to była symbioza. Nie korzystała z komputera. Komunikowała się z nim.
Wieczorem w łazience znowu patrzyła na swoją obcą i jednocześnie jej własną twarz, Chris przybywał w pobliskim domku, widziała przez okno jego i jego rodzinę, zdążyła poznać jego przyjaciół i znajomych.
Jeden z nich był wyraźnie żołnierzem z pobliskiej bazy, ale nie wzbudzało to u niej podejrzeń i uprzedzeń. To zwykły człowiek, jakich wielu, nie był zły, wyczuła to, albo wiedziała.
Tej nocy, w bezpiecznym, tymczasowym domu, sen nie przyniósł ukojenia. Przyniósł ogień i pustkę. Przyziemna rzeczywistość miasta rozpłynęła się, zastąpiona błyskami o niewiarygodnej skali. Zobaczyła zmrożony fiolet mgławicy rozdartej na strzępy przez napływ floty złowrogich, geometrycznych okrętów wojennych, statków z czarnego metalu, które piły światło gwiazd. Zobaczyła świat pięknych, krystalicznych miast zamienionych w żarzący się żużel, spalone kontynenty widoczne z orbity.
Czuła rozpaczliwy, paniczny strach przed ucieczką, szarpnięcie statku skaczącego w nadprzestrzeń, zimny strach przed świadomością, że wróg zawsze jest za nimi. Kolejna planeta, kolejna desperacka próba osiedlenia się, ukrycia. A potem czarne statki znów przybędą, przesłaniając nowe słońce. To był cykl ognia i ucieczki, koszmar.Rozdział 2 “ Krzyk Gwiazdy”
Lena, reporterka jednego z największych konglomeratów medialnych pakowała się ze sprzętem do swojej furgonetki, jej kamerzysta, olbrzymi facet o posturze niedźwiedzia pomagał upchnąć cały sprzęt do stojącej furgonetki.
Reportaż w miasteczku się udał, protest, ten niespodziewany antyrządowy pochód zakończył się tak szybko jak się zaczął. Misiek bo tak nazywała swojego kolegę, pakował już ostatnie graty, lena przeczesała włosy ręką, popatrzyła w dal na plaże i nagle coś jej się nagle przypomniało.
Misiek… pamiętasz tę dziewczynę — zapytała Lena- tam na placu?,pomagała jakiemuś rannemu, co za kontrast do tego co mówiłam, dobrze że kamera nie uchwyciła jej postaci, bo z naszej wypłaty zostałoby niewiele.
Misiek uśmiechnął się złośliwie — Zauważyłem, jak popatrzyła na ciebie zabrakło ci słów, jakby cię coś zamurowało, Tego nie nagrałem bo mieliśmy jakieś przepięcie w kamerze i wszystko padło… ledwo uratowałem część materiałów.
Lena — Nie ważne, dziś wracamy do Nowego Yorku, coś z tego się zmontuje może na wieczorne wiadomości albo jutro., potem lecimy na ten wywiad z jakimś fizykiem, do Szwajcarii, to już dawno było ustawione, pewna i spokojna praca.
Oboje wsiedli do auta i ruszyli na lotnisko. Mijając pobliski szpital Lena zauważyła w oknie czyjeś odbicie, jakąś znajomą twarz…. te same oczy….. przenikliwe i pytające. W jej myślach pojawiła się od razu odpowiedź “ to ta dziewczyna z placu, chyba zaczynam wariować… dlaczego zaczynam się bać jakieś randomowej nastolatki, dziecka… muszę się wyspać”
Wieczorne wiadomości zdążyły przekazać ich reportaż: “ nagły i niespodziewany protesty antyrządowy w Kalifornii i w Nevadzie, niespokojnie na ulicach, rozbijane witryny sklepów, bandy wyrostków i chuliganów niszczą samochody i podpalają sklepy…” choć obraz nieco przeczył narracji, całość wyglądała elegancko i była świetnie zmontowana…”
Na drugi dzień, spakowani i gotowi lecieli już samolotem na drugi koniec Świata, Europa, Szwajcaria.
Lena zastanawiała się po co te rozmowy, to bardzo techniczne tematy, czy kogoś to zainteresuje, podobno coś tam wykryli, ale kogo to obchodzi, lepszy byłby jakiś klik-bajtowy materiał a nie jakieś smuty.
Misiek siedzący obok cynicznie wyciągnął od stewardess informacje na temat trasy lotu i przesiadek w komplecie z małymi buteleczkami z alkoholem.
— Nie przejmuj się… trochę sie zrelaksujmy….
— Jak to załatwiłeś? — zdziwiła się Lena.
— Pracuje tam gdzie pracuje.. ogarniam takie rzeczy — powiedział z cwaniackim uśmiechem Misiek.
Lena odwdzięczyła się drobnym uśmieszkiem — Ale tak?.. nie chcesz chyba mnie zastąpić.. poza tym nie zmieścił byś sie w kadrze.
Po kilku godzinach lądowali w Genewie, potem przesiadka do aut i znowu kolejna podróż. W głowie Leny, pojawiały się możliwości jak zrobić ten wywiad interesujący i ciekawy? może popytam o jakieś kontrowersyjne rzeczy, ten facet to hazardzista, może ma coś jeszcze na sumieniu, w sumie może to być niezły materiał..znany naukowiec oskarżony o.. i nagle zobaczyła w myślach te same smutne i pełne powagi oczy…” potrząsnęła głową. Chyba wariuje, za dużo pracy — to już powiedziała na głos.
Misiek nie zareagował ale kpiąco uśmiechnął się, Lena wiedział już co myśli. Pracowali od lat w wielu miejscach na świecie, może nie byli krystaliczni i dobrzy, ale świetnie się rozumieli, wiedziała że jakby co jej kamerzysta potrafi powiedzieć prawdę prosto w twarz i to często nie pytany o radę. Teraz dziwnie milczał.
Potem zbliżyła się do Miśka i szepnęła — Daj mi jakiś temat o tym facecie, może ma coś do ukrycia, jakieś grzeszki, ale nie chodzi mi o niezapłacone mandaty.
Się coś znajdzie- odrzekł.
Lena ustawiła się przed kamerą, poprawiła włosy, zerknęła na Miška i wymamrotała pod nosem:
— No dobra… nauka, filozofia, gwiazdy… A mogłam dziś rozmawiać z kimś z Hollywood.
Misiek tylko uniósł brew i pokazał jej „kciuk w górę”.
Kamera ruszyła.
— Dzień dobry, CNN. Lena Kovac. Dziś odwiedzamy europejskie laboratorium CERN, gdzie znajduje się największy na świecie akcelerator — Wielki Zderzacz Hadronów. Jej głos był gładki i profesjonalny, choć oczy mówiły: zabierzcie mnie stąd”.
— A ze mną dr Sharma Aakarshak, fizyk cząstek… najmniejszych z najmniejszych takich, które podobno robią cuda, kiedy się zderzają. Doktorze, słyszałam, że dokonaliście jakiegoś… wyjątkowego odkrycia?
Dr Sharma wyglądał, jakby spał zaledwie trzy godziny. Z nerwowego odchrząknięcia Lena wyczuła, że facet nie znosi kamer.
— Tak. Wczoraj zarejestrowaliśmy sygnał, którego… w zasadzie nie powinniśmy w ogóle móc zarejestrować — powiedział.
— W żargonie roboczym nazwaliśmy go „Starscream”.
Lena nie wytrzymała:
— Jak ten transformer?
Inżynierowie za kamerą się zaśmiali. Misiek też. Sharma nie.
— To niefortunne podobieństwo — westchnął. U nas to tylko robocza etykieta. Chodzi o coś, co przypomina krzyk umierającej gwiazdy. Rozbłysk energii, niezwykle intensywny i bardzo… czysty w sygnale.
Czyli… gwiazda krzyknęła? — Lena przekrzywiła głowę. I to można usłyszeć?
— Usłyszeć to za duże słowo. — Uśmiechnął się krzywo. — Raczej zarejestrować jako wzór. Problem w tym, że nasze detektory nie są przeznaczone do odbierania sygnałów spoza akceleratora. Reagują tylko na cząstki powstałe wewnątrz tunelu. Więc to, co zobaczyliśmy, nie powinno trafić do naszych urządzeń w ogóle.
Lena:
— Czyli dostaliście… kosmiczny telefon?
— Bardziej mignięcie, które trwało ułamek milionowej sekundy — poprawił. I jeszcze dziwniejsze jest to, że struktura sygnału była powtarzalna. To nie była eksplozja losowa, chaotyczna. To był wzór matematyczny.
Jaki wzór?
— Ciąg Fibonacciego.
Misiek za kamerą zaklął pod nosem z wrażenia, ale Lena jedynie mrugnęła, bo wiedziała, że jej widzowie tego nie złapią.
— Czyli… obcy? –- rzuciła lekko, prawie żartem, ale celowo.
Dr Sharma po raz pierwszy się zawahał.
— Nie. To zbyt poważne stwierdzenie. Głos miał spokojny, ale oczy zdradzały, że sam nie do końca wierzy w to, co mówi.
— Ten wzór wygląda raczej jak… wymiana danych. Jakby komunikacja między maszynami. Bardzo zaawansowanymi. Tylko że to miało miejsce sto tysięcy lat świetlnych stąd.
To trochę… daleko na konferencję prasową.
— I trochę za dawno, by ktoś nam teraz chciał coś przekazać dodał naukowiec. Zjawisko pochodzi z systemu gwiezdnego, który już nie istnieje. Rozpadł się. Ale ślad — sygnał dotarł do nas teraz.
— Czyli nic nam nie grozi? — Lena wiedziała, że to pytanie musi paść, bo inaczej reżyser ją zabije.
— Nie — zapewnił dr Sharma. Ale to otwiera nowe pytania. Bo sygnał… wrócił. Drugie „mignięcie” wyglądało tak, jakby zostało odbite przez zakrzywioną przestrzeń tutaj, w naszym układzie słonecznym. A tego nie potrafimy wyjaśnić.
Lena uniosła brwi. Tym razem nie udawała zainteresowania.
— Czyli coś tu się działo… u nas?
— Możliwe — odpowiedział cicho. I to właśnie próbujemy zrozumieć.
Dziękuję, doktorze. Cokolwiek to jest, brzmi jak początek czegoś… dużego. Uśmiechnęła się do kamery, choć po raz pierwszy tego dnia nie musiała tego udawać.
Dla CNN, z CERN, Lena Kovac. Zostańcie z nami. Będzie ciekawie.
Koniec wywiadu.
Sharma odetchnął, jakby ktoś zdjął mu z piersi dwadzieścia kilo.
— Pani reporter! — Dr Sharma był niewzruszony
— Proszę, o to szczegółowy raport tego co się działo, napisany w przystępny sposób, może pani coś z tego wykorzysta, dziękuję za wywiad.
Wieczorem wszyscy poszli spać, Hotel pełny był reporterów i innych ludzi z obsługi, dziś Lenie przyśniła się jakaś młoda dziewczyna uciekająca przed czymś, w czarnej bezdennej pustce czegoś czego nie potrafiła nazwać, w jej oczach nie było strachu, ale smutek, rozczarowanie i jakiś rodzaj determinacji.
Obudziła się w środku nocy, zlana zimnym potem. Obraz smutnych, rozczarowanych oczu wciąż stał jej przed powiekami.
„Co się ze mną do cholery dzieje?” — pomyślała, zaciskając pięści na prześcieradle. — „To nie jest normalne…
„…ja pier…” Myśl urwała się, pochłonięta przez ciszę hotelowego pokoju. Była zbyt wyczerpana, by nawet w myślach znaleźć pointe.
Wzięła do ręki raport Dr Sharma i zaczęła przeglądać, mimo nieznajomości kilku określeń i znaczeń, coś zaczęło się w niej zmieniać, “ Może faktycznie coś tu jest, ale moi widzowie to nie ten kontent..”
Podeszła do hotelowego barku, jeden mocny drink zapewnił jej spokojny sen do rana, może nie było to zdrowe ale pomagało na obecnym etapie jej życia.Rozdział 3 „Świadomość”
Pierwszą rzeczą, jaką Selena zauważyła, było światło. Nie kolor, ani jasność, ale sposób, w jaki przesuwało się po suficie. Ono pulsowało, niemal jak oddech, i wiedziała, że to nie jest normalne.
Usiadła powoli w małej sypialni, jej bose stopy dotykały zniszczonego dywanu. W pokoju czuła się nieswojo z powodów, których nie potrafiła nazwać. Ściany były zbyt kwadratowe, powietrze zbyt nieruchome, a dźwięki z zewnątrz zbyt ostre.
Przycisnęła dłonie do skroni i poczuła, że są chłodne, a nie gorączkowe, choć serce waliło jej jak młotem.
Przez cienką ścianę po lewej stronie słyszała tętniące życie. Kobiecy głos wołał o jajkach, chłopiec się roześmiał, ktoś odkręcił kran. Rodzina Carterów, przypomniała sobie. Chris wyjaśnił jej, że są jej sąsiadami, kiedy ją tu wczoraj przyprowadził, choć wczorajszy dzień wydawał się tysiąc lat temu.
Ubierała się powoli, wciągając te same dżinsy i kurtkę co wczoraj. Ubrania były obce na jej skórze, jakby nosiła na sobie czyjeś życie. W małym łazienkowym lustrze spojrzała na nią jej twarz — ciemne oczy były zbyt wymowne jak na kogoś, kto nie pamiętał własnego nazwiska.
Z sąsiedniego domu dobiegał zapach kawy. Prawdziwej, nie rozpuszczalnej. Prawie czuła jej smak, prawie pamiętała, jak siedziała przy innym kuchennym stole w innym życiu, a ktoś podał jej kubek z przesadną ilością cukru, dokładnie taki, jaki lubiła. Dawne wspomnienie spłynęło jej przez palce niczym woda.
O ósmej trzydzieści ktoś zapukał, delikatnie, ale stanowczo. Chris stał na jej małym ganku, wyglądając, jakby nie spał od wielu godzin. Jego ciemne włosy były wciąż wilgotne po prysznicu, a w dłoniach trzymał dwa kubki.
Pomyślałem, że może ci się przydać — powiedział, podając jej jeden.- Moja żona robi ją tak mocną, że potrafi obudzić umarłych.
Kawa była idealna. Objęła obiema dłońmi ciepłą ceramikę i pozwoliła parze unieść się jej do twarzy. Chris przyglądał się jej tym uważnym wzrokiem, którym po raz pierwszy ujrzał ją trzy dni temu, gdy błąkała się po autostradzie.
Moja rodzina nie może się doczekać, żeby cię poznać — powiedział — Dzieciaki ciągle pytają o dziewczynę z sąsiedztwa. Masz ochotę na lunch?
Skinęła głową, choć czuła, jakby w brzuchu miała motyle. Krótki spacer między domami przypominał przeprawę przez ocean. Dom Carterów był cieplejszy niż jej, zamieszkały. Zabawki porozrzucane po kątach, na każdej ścianie zdjęcia przedstawiające dzieci dorastające w czasie rzeczywistym.
Lisa Carter była niższa, niż Selena się spodziewała, z mąką na rękach i pasmami mąki w brązowych włosach. Wytarła ręce w fartuch i uśmiechnęła się, jakby znały się od zawsze.
— Bardzo nam miło, witaj — powiedziała — Chris nie przestawał o tobie mówić. Mówił, że masz najpiękniejszy głos do śpiewania, choć zauważyłam, że nie wspomniał, że nie pamiętasz żadnych piosenek.
Dwoje dzieci wyjrzało zza drzwi kuchni. Chłopiec, może dwunastoletni, miał poważne spojrzenie ojca. Dziewczynka, młodsza, nie miała nic z nieśmiałości matki.
— Naprawdę masz siedemnaście lat? — zapytała dziewczynka — Mama mówi, że masz siedemnaście lat, ale wyglądasz młodziej. Jestem Emma. To jest Jake. Tata mówi, że jesteś jak kryminał, tylko że brakuje w nim stron.
— cześć Selena, ładne imię- wyjąkał zapatrzony w swój telefon, Jake.
— Dzieciaki, śniadanie! odkładać telefony, już. Poganiała swoje latorośle Lisa.
Lunch był prosty; kanapki i zupa, posiłek, który przypominał domowy, nawet jeśli nie pamiętało się, żeby kiedykolwiek go jadło. Rozmawiali o drobiazgach. O zbliżającym się recitalu fortepianowym Emmy, projekcie naukowym Jake’a o wulkanach, ogrodzie Lisy, który w końcu, po trzech latach prób, zaczął owocować pomidorami.
W tle wielki ekran telewizora pokazywał wywiad z jakimś naukowcem w nieznanej jej placówce, chwile skupiła na tym uwagę, jakiś profesor albo doktor próbował coś tłumaczyć co chwilę rzucając fachowymi i technicznymi słowami, kilka z nich jak: rozbłysk gamma czy splątanie kwantowe pobudził jej zmysły ale nie wiedziała dlaczego. Ludzie wokół tego człowieka jednak lekceważyli jego słowa, po chwili obraz na telewizorze zmienił się na jakiś mniej ciekawy reportaż i Selena straciła całkowicie zainteresowanie informacjami.
Chris poczekał, aż dzieci sprzątną talerze i zniknął w salonie, zanim wypowiedział się na temat tego, o czym wszyscy myśleli.
— W bazie jest lekarz — powiedział ostrożnie -Dobry człowiek i świetny fachowiec. Pracował kiedyś z weteranami z problemami z pamięcią. Może mógłby pomóc zrozumieć, co się dzieje.
Słowo „baza” przyprawiło ją o dreszcze. Wiedziała, czym są bazy — betonem, stalą i zbyt wieloma ludźmi zadającymi pytania. Ale wiedziała też, że Chris próbuje pomóc, i była tak zmęczona tym, że nie wiedziała, kim naprawdę jest. Rozmawiali jeszcze chwilę, Chris widział jej reakcje na pomysł z wyjazdem. Nie chciał jej poganiać, żartowali, Selena uśmiechała się, nawet Lisa włączyła się do rozmowy. Dzieciaki uciekły do swoich pokojów.
— Trzeba jechać, chyba chcesz sie dowiedzieć czegoś o sobie? — Chris uśmiechnął się lekko
— Jasne, jedźmy.
Zanim wyszli Lisa zatrzymała Chrisa — Ona jest strasznie poważna, ale w tym sensie jakby przeżyła z 50 lat a nie paręnaście, jest bardzo dojrzała, teraz rozumiem cię doskonale. Powodzenia. Chris coś mruknął i ruszył do auta, w którym Selena już zajęła miejsce.. Z tyłu.
„Okey, to trochę dziwne, ale może potrzebuje nieco miejsca na rozmyślanie, jeszcze się boi”
Jazda samochodem zajęła czterdzieści minut przez pustynię, która wyglądała, jakby została upieczona w piecu. Chris opowiadał o swojej pracy — coś o komunikacji, programowaniu, choć mówił w dość niejasny w sposób, który sugerował, że wie więcej, niż powiedział. Patrzyła, jak krajobraz zmienia się z rozproszonych domów w ogrodzenia z siatki zwieńczone drutem kolczastym.
W bazie wszystko było szare i szumiało. Budynek, do którego weszli, mógłby być dowolnym urzędem państwowym, gdyby nie strażnicy, którzy patrzyli na nią jak na zagadkę, którą musieli rozwiązać. Gabinet lekarski znajdował się na trzecim piętrze, za oknami, z których widać było pasy startowe i hangary prażące się w popołudniowym słońcu.
Dr. Morissson przywitał się jak ze starymi znajomymi, jego miła aparycja była zaraźliwa, napięcie trochę spadło, był starszy od Chris, miał delikatne dłonie i oczy, które widziały zbyt wiele. Poprosił ją, żeby usiadła na krześle, które sprawiało wrażenie, jakby należało do statku kosmicznego — pełnymi krągłości i miękkich materiałów. Ekrany komputerów wokół nich ożyły, choć nikt ich nie dotykał.
W tym czasie do pokoju weszło kilka osób, skinęli wszystkim głowami, Selena nie zareagowała, jakby zmieniła się w jednej chwili, była całkiem spokojna.
Zacznijmy od czegoś prostego — powiedział dr Morrison — Czy możesz mi powiedzieć, jak masz na imię?.
Selena — odpowiedziała bez namysłu — Po prostu Selena. Jednocześnie patrząc w obiektyw kamery podłączonej do skomplikowanego sprzętu na biurku przy wymyślnym fotelu na którym siedziała, wzrokiem obiegła inne wyposażenie, jakiś pierścień z ledowym podświetleniem na stałe połączony z fotelem jakby zacisnął się na jej ręce, wzdrygnęła się, ale dotyk urządzenia był miękki, ciepły i delikatny. Po chwili rozluźniła się i zaczęła ciekawiej rozglądać się po pokoju.
Coś zaczęło się dziać, komputer stojący najbliżej niej zaćwierkał. Na ekranie dużego monitora w centralnej części ściany pokoju pojawiła się twarz — jej twarz, ale nie do końca. Dziewczyna na zdjęciu miała może szesnaście albo siedemnaście lat, te same ciemne oczy i pełne policzki, ale ubrana w togę absolwenta i uśmiechająca się, jakby dokładnie wiedziała, kim jest. Pod zdjęciem przewijał się tekst: 85 % podobieństwo do ikonicznego wizerunku gwiazdy popkultury.. dopasowanie.. potwierdzone.
Dziewczyna na fotelu patrzyła z ciekawością na ekran monitora, wiedziała to już wcześniej ale nie do końca rozumiała co się z tym wiąże, jej pamięć zawodziła ją dalej.
Chris pochylił się do przodu — To… to piosenkarka. Aktorka. To niemożliwe.
Patrzył na swoją podopieczną, bo tak już ją nazywał w myślach ale nie widział niewłaściwego w jej reakcji:… lekkie zdumienie, ciekawość i nierozumiejące sytuacji ciekawe spojrzenie.
Ale dr Morrison już przeprowadzał kolejne testy. Oprócz nich w pokoju przebywało wiele innych osób, pielęgniarka, ochrona, kilku innych doktorów i dwóch kolegów Chrisa którzy wyjątkowo się nudzili zaistniałą sytuacją. Pobrano jej krew, próbki tkanek i zrobiono kilka zdjęć z różnych profili, także całego ciała ale odbywało się to pod kontrolą w innym pomieszczeniu.
Po powrocie do głównego pomieszczenia usłyszała:
Na wyniki musimy poczekać, idź sobie odpocznij, jakoś się zrelaksuj, tam przy wejściu jest chillout, ja też tam się wybieram, to trochę potrwa, Przeszła wraz z Chrisem do jasno oświetlonego korytarza a potem do wskazanego pokoju gdzie stało sporo automatów ze słodyczami, drobnym jedzeniem i kawą.
Wygląd szklanych ścian i drzwi działały uspokajająco i ogólnie wszystko wyglądało fajnie, nie czuła zagrożenia, to był typowy Chillout, znała ten styl, ale nie pamiętała skąd.
— Co dla słynnej aktorki? — zabłysnął żartem Chris, Selena odpowiedziała: nie wiem, znała te nazwy które widniały na opakowaniach i butelkach ale nie potrafiła ich skojarzyć z jakimś konkretnym smakiem.
— Dobra, jesteś po śniadaniu, więc może jakieś ciasteczko i sojową kawę latte — stwierdził Chris. Podeszli do automatu, Selena pomyślała że to dobry wybór, powtórzyła nazwy w głowie, tymczasem Chris podnosił kartę do czytnika gdy nagle dwie maszyny zabuczały cicho, na wyświetlaczu pojawił się napis “akceptacja NFC” i jedna wypluła opakowanie z jaką drożdżówką a druga gotową kawę latte w małej jasno brązowej butelce.
— Co tu się dzieje… nawet nie zdążyłem zapłacić… jak to zrobiłaś? — Jego ton nadal żartobliwy zawierał jednak nutkę niepokoju. Był naprawdę zaskoczony, ale szybko się opanował. Popatrzył na nią z większą uwagą.
— Nie mam pojęcia — odpowiedziała i uśmiechnęłą się — Naprawdę nie wiem. Jej szczery ton trochę uspokoił atmosferę, ale coś w powietrzu pozostało, jakaś mgła tajemnicy i niewiedzy. Potem rzuciła jakiś żartem i po chwili już siedzieli na skromnej ławce i rozmawiali. Mgła rozwiała się tak szybko jak się pojawiła.
Czekali dość długo, Selena przeglądała jakieś broszury i czasopisma, Chris co chwile tłumaczył jej różne rzeczy po chwili znikał w innym pokoju, wracał, rozmawiał z kimś przez telefon, po angielsku, po hiszpańsku i po rosyjsku.
Selena rozumiała wszystkie języki, nie wiedziała skąd, ale wszystko było dla niej zrozumiałe.
Po godzinie Chri podszedł do niej i zakomunikował: Są już wyniki podobno sprawdzali je trzy razy, coś im się nie zgadzało, chodźmy może w końcu dowiesz się coś o sobie..
Odciski palców się zgadzają. Skan siatkówki się zgadza. DNA jest… prawie identyczne. Aż do ostatniego znacznika. Albo to najbardziej skomplikowana kradzież tożsamości w historii, albo dzieje się tu coś innego.
Wpatrywała się w ekran, w życie, którego nie pamiętała. Młoda dziewczyna na zdjęciach chodziła po czerwonych dywanach i śpiewała dla tysięcy ludzi. Ta Selena nie pamiętała własnych urodzin.
Utrata pamięci jest faktem — powiedział cicho dr Morrison — Pytanie brzmi, czy to problem medyczny, psychologiczny, czy coś, na co jeszcze nie mamy słów. W pomieszczeniu oprócz nich przebywało jeszcze dwóch analityków, albo lekarzy, niby byli zajęci swoimi sprawami, ale widać było że byli bardzo ciekawi tej sprawy. Za szklaną ścianą też trwały rozmowy, telefony zaczęły dzwonić. Mimo ścian, dźwięk był słyszalny. Niby prosta sprawa, ale jednak dość niespodziewana, dość tajemnicza. Selena już myślała co będzie potem, nie pamiętała zbyt wiele ze swojej przeszłości, najnowsze wieści zamiast rozjaśnić, komplikowały jeszcze bardziej.
Zatopiona w myślach, pozwoliła zadziałać swojej intuicji, swojej nieznanej wiedzy i tej właśnie, bezbłędnej intuicji.
Nagle, niektóre światła lekko przygasły. Komputery wokół niej zaczęły się budzić, ekrany wyświetlały programy, których nikt nie otwierał. było to bardzo nagłe i gwałtowne, tym razem jej organizm nie reagował, była spokojna i opanowana.
— Proszę pana! — przez drzwi wpadł młody oficer -Musi pan to zobaczyć. Wszystkie systemy… reagują na coś. Hangar F-35, hangar dronów, wszystko rozświetla się jak w bożonarodzeniowy poranek, Raptory zaparkowane na płycie głównej odebrały jaką telemetrie, ich systemy przeszły w tryb “ready”!
Ręka Chrisa odnalazła jej ramię — Zostań tutaj!
Ale ona już stała przy wielkim oknie poczekalni lub większego pokoju, przyciągnięta czymś, czego nie potrafiła nazwać. Korytarze były pełne biegnących stóp i trzeszczących radioodbiorników. Przez okno widziała odległy hangar, gdzie smukłe myśliwce siedziały niczym śpiące smoki.
Tyle że teraz ich światła były włączone, a systemy nawigacyjne świeciły na czerwono i zielono. W oddali za siatką myśliwce Raptor stały w równym rzędzie skierowane ostrym nosami w kierunku budynku, nieruchome, groźne i czujne.
Przycisnęła dłoń do szyby i poczuła je. Nie same samoloty, ale umysły w ich metalowych powłokach. Prymitywne istoty, ledwo świadome, jak noworodki uczące się otwierać oczy. Jakby wyczuły jej obecność i odpowiedziały czymś, co przypominało radość.
Ale ona nic nie mówiła. Po prostu… była. Maszyny rozpoznały w niej coś, czego nie potrafiły nazwać, coś znajomego, co sięgało głębiej niż programowanie. W hangarze dronów kamery obracały się w jej stronę niczym kwiaty podążające za słońcem.
Chris szybko pojawił się u jej boku — Cała baza jest zamknięta. Cokolwiek robisz…
— Nic nie robię....nie wiem dlaczego to się dzieje — powiedziała. Ale nawet gdy to mówiła, czuła, jak systemy cichną. Światła w hangarze przygasły, komputery wróciły do normalnego rytmu. Jakby wyrwane ze snu, znów zasypiały. Mimo uspokojenia, ruch na korytarzach nie zmniejszył się, wręcz jakby był bardziej nasilony. Ale to już nie dotyczyło Jej, coś innego zwróciło uwagę ludzi w bazie. To był nieoczekiwany ratunek. Jej pamięć powoli zaczęła wracać, nawet nie początek, ale kilka następnych fragmentów, ale zamiast doznać szoku i zdumienia… była opanowana i spokojna. Nie zmieniła wyrazu twarzy patrząc prosto w oczy Chisa i doktora.
Morrison wyglądał na wstrząśniętego — Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Systemy mają zapory sieciowe, szyfrowanie, protokoły. Wyglądało to …jakby otworzyły się dla kogoś … kogoś kto ma w ręku wszystkie klucze i kody główne…?.
Chris odkaszlnął — To poważne naruszenie, na pewno będzie śledztwo. My musimy wracać, jestem pod telefonem. Nie będę ci przeszkadzał. Kiwnęli sobie głowami i ruszyli do swoich zajęć.
Korytarze już były pełne żołnierzy i pracowników bazy, miejsce zamieniło się w brzęczący Ul. Jakoś udało im się przejść, wartownicy tylko kiwnęli głowami Chrisowi, nie zwracając w ogóle uwagi na dziewczynę która mu towarzyszyła. Wszystko już było w zapisane w systemie. Nie było powodu ich zatrzymywać. To była inna sprawa.
Droga do domu przebiegała w ciszy. Chris co chwila zerkał na nią, jakby widział ją po raz pierwszy. Jego doświadczenie i rzeczy przez które przechodził i wiele z nich chciał zapomnieć, mówiło mu że można jej zaufać, jest niegroźna, a to co się stało to czysty przypadek.
Selena wpatrywała się przez okno w pustynię, w gwiazdy, które dopiero zaczynały pojawiać się na ciemniejącym niebie. Te gwiazdy też wyglądały nie tak jak powinny, choć nie potrafiła powiedzieć dlaczego.
Wróciwszy do swojego małego domu, podeszła prosto do starego laptopa, którego dał jej Chris. Komputer zaczął gorączkowo brzęczeć, jakby tylko czekał na jej dotyk. Otworzyła zainstalowany przez niego program astronomiczny, ten, który pokazywał położenie gwiazd w dowolnym momencie historii Ziemi.
Sny, które męczyły ją od kilku tygodni, te sny.. pokazywały jej gwiazdy ułożone we wzory, które już nie istniały. Wpisywała daty, sięgające tysięcy lat wstecz, potem milionów. Program miał problemy z tak dużymi liczbami, ale kontynuowała. Pracowała bez ustanku, im dalej chciała sięgnąć, tym dłużej musiała czekać. Ostatni wynik ładował się prawie kwadrans.
Miliard lat temu gwiazdy wyglądały dokładnie tak samo jak w jej snach. Te same konstelacje, te same zależności między odległymi słońcami. To było niemożliwe, ale komputer nie kłamał. Gdzieś w jej głowie krążyły wspomnienia z czasów, gdy Ziemia wciąż się stygła, gdy pierwsze organizmy jednokomórkowe dopiero uczyły się dzielić. Odchyliła głowę, aby zaczerpnąć powietrza, była spokojna, ale jej organizm reagował po swojemu, Jeszcze raz sprawdziła wyniki. Potem godzinę albo dłużej, sprawdzała inne powiązane informacje… nie było błędów.
— „Cholera… teraz mam o czym myśleć” — mruknęła pod nosem. Nie było w tym sarkazmu, tylko wiedza, że musi jeszcze wiele się dowiedzieć.
Zamknęła laptopa i podeszła do okna. Pustynna noc była pełna dźwięków — owadów, odległych samochodów i cichego oddechu śpiących domów. Gdzieś tam płonęły gwiazdy, które płonęły, gdy wszechświat był młody.
Chris zaufał jej dziś. Tam w bazie po incydencie, stał między nią a żołnierzami, którzy chcieli odpowiedzi, których nie mogła jej udzielić. Dotknęła chłodnego szkła i zastanawiała się, kim jest. Nie kim — dała już sobie spokój z tym pytaniem. Ale czym.
Maszyny wiedziały. Prymitywna sztuczna inteligencja, która żyła w każdej płytce drukowanej, rozpoznała w niej coś, co wykraczało poza programowanie. Była starsza niż gwiazdy, po których nawigowali, starsza niż metale, z których byli zbudowani.
W ciemnościach swojej wynajętej sypialni szepnęła do cichego domu: — – „Nie jestem stąd”. Ściany nie odpowiadały, ale gdzieś w oddali słyszała cichy szum elektroniki zapadającej w sen.
Jutro spróbuję sobie przypomnieć jeszcze więcej. Dziś w nocy znów przyśnią jej się gwiazdy, których już nie ma, i obudzi się, wciąż nie wiedząc, dlaczego zna ich nazwy.Rozdział 4 „Nowa tożsamość”
Rankiem, kiedy przyjechali śledczy, w bazie unosił się zapach spalonej gumy i ozonu. Z kamery stołówki obserwowałam, jak ich czarne SUV-y wzbijały tumany kurzu na żwirowej drodze, a opony wydawały ten chrup-chrup, który zawsze zwiastował kłopoty. Trzy pojazdy. Sześcioro drzwi otwierało się idealnie zsynchronizowanych. Mężczyźni w ciemnych wiatrówkach wysiadali, jakby ćwiczyli ten ruch tysiąc razy.
Dr Morrison czekał przy głównym budynku, jego fartuch powiewał na wietrze. Nawet z tej odległości widziałam, jak drżały mu ręce, gdy poprawiał okulary. Prowadząca śledztwo kobieta o stalowo siwych włosach spiętych w ciasny kok, nie podała mu ręki. Uniosła tylko odznakę i zaczęła coś mówić. Ale nagle ktoś wyszedł z budynku, oficer wywiadu Chris Carter. Wyszedł tylko aby powitać swojego przyjaciela, ale słowa Agentki od razu zatrzymały go w miejscu — - — – — - Agencie Chris.. to nieprofesjonalne.. z panem porozmawiam osobno..wolno panu tylko.: Obserwować.
W pokoju przesłuchań — a właściwie w sali konferencyjnej B z zasłoniętymi roletami — posadzono Dr Morrison’a i zadano te same pytania na dwanaście różnych sposobów: Gdzie ją znaleźliście? Co właściwie potrafi? Jak długo ma dostęp do naszych systemów? — Pytań była nieskończona lista, ale Henry Morrison był już do tego przyzwyczajony i z godną podziwu cierpliwością odpowiadał długo i wyczerpująco na każde pytanie śledczych.
— Ma poważną utratę pamięci — powiedział dr Morrison po raz piąty. Jego głos załamał się przy „poważnej utracie”. Nie wie, skąd się wzięła. Przeprowadziliśmy wszystkie kontrole w bazie danych. Nie ma jej na żadnej liście obserwowanych,
nigdzie nie jest poszukiwana.
Znalazła tu się całkowicie przypadkowo. Już tłumaczyłem.
Śledcza, agentka Williams, postukała długopisem o metalowy stół. Każde stuknięcie brzmiało jak młotek — A jej możliwości?
Niezwykłe. Poza skalą. Ale nic, co by sugerowało.. — przerwał, szukając odpowiedniego słowa — Nic złośliwego. Ona jest po prostu.. obdarzona nieprzeciętnymi umiejętnościami, jak Kevin Mytnick czy Satoshi Nakomoto.
Ten pierwszy miał zakaz zbliżania się nawet do kalkulatorów, ale tego drugiego nazwiska nie znam …?
Morrison odchrząknął: — To współtwórca Bitcoina..takiej ..kryptowa.. Agentka przerwała mu w pół słowa — Tak wiem co to kryptowaluty, a więc… taka genialna…..to też dziwne…..
Henry Morrison potwierdził że sie zgadza, ale nie ma w tym niczego niemożliwego. Patrząc za odchodzącą agentką pomyślał o jej ostatnim zdaniu “ Nie zna nazwiska Nakamoto, albo udaje albo to chamska arogancja, no ale nie wszyscy muszą być wszechstronnie wykształceni… choć agentka na tym poziomie dostępu powinna posiadać taką wiedzę…”. wzruszył ramionami i uśmiechając się pod nosem wrócił do swojego gabinetu “ Jutro będzie ciekawie..Selena da jej popalić…:)
Gdy obudziłam się rankiem tego dnia, wiedziałam że stanie się coś ważnego, coś co może zmienić moje życie, podświadomość mówiła mi, opowiadała.. ale nagle zorientowałam się.. to systemy informatyczne bazy wojskowej przemówiły do mnie swoim cyfrowym językiem, mówiły cicho, szeptem, niewykrywalne transmisje gigabajtów danych. Laptop na moim biurku ożył, obraz pochodził z jednego Drona stojącego blisko wejścia do bazy, widać było na nim wiele rządowych aut wjeżdżających pod główny budynek.
Inny dron pokazał mi obrazy z zoomem, inny telemetrię rozmów pomiędzy pracownikami bazy, wszystko jak na rozkaz, jak małe dzieci gdy chcą się pochwalić mamie jakimś ważnym wydarzeniem, ostrzec ją, jakoś pomóc. Nadal nie mogłam w to uwierzyć, ale to się działo.
Podczas gdy przesłuchiwali Dr. Morrison, ja już przemieszczałam się po systemach bazy niczym woda w rurach. Kamery bezpieczeństwa hangaru dronów migotały, gdy przechodziłam, a moja świadomość rozprzestrzeniała się po miedzianych
przewodach i światłowodach. Drony Reaper siedziały w swoich lukach niczym śpiące smoki, a ja już szeptałam do nich w języku maszyn. W ich języku, prymitywnym ale zrozumiałym.
Nagle, trzy drony się obudziły. Ich silniki zawyły, wirniki się kręciły. Przez ich kamery obserwowałam zamieszanie rozprzestrzeniające się po hangarze, gdy technicy się krzątali. Światła awaryjne zalały wszystko czerwienią. Drony wzbiły się w powietrze, lecąc w idealnej formacji w stronę pustyni, a potem nagle spadły z nieba niczym kamienie. Błąd systemu, jak pokazały logi. Błąd w oprogramowaniu nawigacyjnym. Nagły skok energetyczny. Pochodzenie tymczasowo nieznane.
Minęło kilka dni zanim mnie przywieźli na przesłuchanie z mojego tymczasowego lokum, w bazie jeszcze huczało od plotek o incydencie z dronami. Chris siedział obok mnie w małym biurze, które zarekwirowali ludzie w dziwnych mundurach.
Jego noga podskakiwała nerwowo, a pięta uderzała o podłogę w równym rytmie, patrzył na mnie badawczo ale też przyjaźnie. Przez te kilka dni na pewno przemyślał wiele spraw, jego analityczny umysł i świetna spostrzegawczość, intuicja nigdy go nie zawiodła, może nawet konsultował się bez wiedzy agentów NSA, może miał przyjaciół w innych agencjach, był przygotowany, spokojny. Mój wygląd słodkiej nastolatki mógł zmylić wiele osób, ale Chris nie reagował w ten sposób. Był żołnierzem, może nawet z wywiadu, tego nie wiem. Ale widoczny szacunek innych agentów, żołnierzy i osób z obsługi bazy świadczył o jego ponadprzeciętnej pozycji.
Proszę pani — zaczął agent Williams, ale Chris mu przerwał.
— Woli Selena.