Starsza siostra. Biografia Ireny Gombrowicz - ebook
Odkryj nieznane oblicze IRENY GOMBROWICZ.
Pisała artykuły, sztuki teatralne, wiersze. Czy przysłaniał ją blask młodszego brata?
Dzięki niej świat poznał Witolda Gombrowicza. Przekazała dalej maszynopis Ferdydurke i powieść zyskała pierwsze dobre recenzje. Promowała twórczość brata, przesyłała recenzentom teksty dramatów.
Z jednej strony postrzegana jako stara panna i dewotka. Z drugiej – silna i niezależna kobieta. Autorka ujawnia pseudonim, pod którym ukrywała się Irena. Odnajduje nigdy niepublikowane teksty. Przytacza ocalałe fragmenty korespondencji z rodzeństwem. PIERWSZA BIOGRAFIA IRENY, starszej siostry Witolda, społeczniczki, pisarki, publicystki, która wreszcie WYCHODZI Z CIENIA
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8427-136-0 |
| Rozmiar pliku: | 9,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ale muszę się przyznać, że mam chaos w głowie:
Trzy zebrania dziennie, wieczór wspólny teatr
A przedtem dwugodzinny muszę mieć referat!
Do udziału w chórach zachęcam z patosem
A i sama śpiewam, choć fałszywym głosem.
Na herbatce trzech księży zabawiam z uśmiechem
Przewodniczącej wiernem staram się być echem!
O prowadzeniu zebrań wykład mam sumienny
Potem na gwałt układam nasz porządek dzienny
I prowadzę zebranie – a w tłumie krytyka!
Bo łatwą jest teoria, lecz trudną praktyka.
Statutu bronię wśród starszych Pań grona
Ciągle to samo w kółko mówiąc niestrudzona
Niebezpieczeństw mnóstwo stąd dla mnie wynika
Lecz ja się nie boję – mą bronią logika.
A przy tych wszystkich trudach ciągle niesłychanie
Gnębi mnie myśl: jakież będzie też Halinki zdanie?
Nie – zaszczyt duży prawda, lecz jeśli kto spyta
Powiem: rola Wicka trudna jest i pracowita.
Irena Gombrowicz, _Młode ziemianki._
_Rewia w czterech obrazach_
Cała rzecz polega na tym, że nam się wydaje, jakoby miłość do Boga polegała tylko na uczuciu, tak jak miłość do ludzi. Oczekujemy więc tego, że towarzyszyć jej muszą objawy wzruszenia czy tkliwości. Widziałyście pewnie już osoby płaczące ze wzruszenia podczas nabożeństw, a w pół godziny później te same osoby potrafiły obgadywać i przeklinać bliźnich. Czy te osoby miłowały naprawdę Boga, choć podczas nabożeństwa były wzruszone do płaczu? Nie. Miłość Boga nie polega bowiem na zewnętrznych objawach wzruszenia, ale na oddaniu się całem sercem Bogu i na spełnianiu jego woli.
Irena Gombrowicz, _Cykl pogadanek o wychowaniu._
_Potrzeba i cel wychowania religijnego_,
„Kierownik Stowarzyszeń Młodzieży” 1934, nr 5
Teraz więc skorzystajmy z nastroju pokutnego, jaki przeżywamy i zapytajmy siebie, czy rzeczywiście żyjemy prawdą? Czy rzeczywiście dążymy do realizowania wielkiego programu odrodzenia siebie i drugich, jakiśmy sobie zakreśliły? Nie zapominajmy, że kiedyś będziemy musiały zdać sprawę nie tylko z popełnionego zła, ale i z zaniedbanego dobra.
Irena Gombrowicz, _Społeczny rachunek sumienia_,
„Ziemianka Polska” 1935, nr 4
Zgodzimy się więc może na określenie, że wychowanie jest to praca nad wyrobieniem człowieka. Pracujemy nad sobą, aby osiągnąć pewien ideał, i wtedy jest to samowychowanie, – lub też pracujemy nad tym, aby z powierzonego nam dziecka wyrósł jak najlepszy człowiek, – wtedy jest to wychowanie innych.
Irena Gombrowicz, _Dlaczego zajmujemy się wychowaniem?_,
„Kierownik Stowarzyszeń Młodzieży” 1934, nr 2
Ile to razy słyszymy lub zaocznie stwierdzamy, że ludzie wykształceni, zamożni i powszechnie szanowani czują się w gruncie rzeczy bardzo nieszczęśliwi. Czemu? Bo szczęście upatrują w nadmiernym używaniu dóbr doczesnych. Przesyceni tymi dobrami, ludzie ci odczuwają wewnątrz jakąś pustkę i łakną czegoś, czego nie zaspokoją ani rozkosze, ani bogactwa. Człowiekowi bowiem jest wrodzone pragnienie szczęścia, ale szczęścia trwałego, zupełnego – szczęścia, które nigdy nie ustanie.
Irena Gombrowicz, _Cykl pogadanek o wychowaniu._
_Potrzeba i cel wychowania religijnego_,
„Kierownik Stowarzyszeń Młodzieży” 1934, nr 5
W teorii uczymy córki nasze mniej więcej wszystkiego, co światem dzisiejszym wstrząsa, w praktyce żądamy usunięcia się od wszelkiego czynu, wychodzącego poza zakres prac domowych, krępujemy ich gusta i aspiracje, przerażamy się każdym objawem samodzielności: patrzymy na nie, jak na narzędzie kierowane przez mężczyzn.
Antonina Gombrowicz, _O naszych córkach_,
„Świat Kobiecy” 27.01.1906
Skłońmy więc głowę przed oczywistością. Zgódźmy się na to, że między charakterami dawniejszych a dzisiejszych kobiet jest przepaść, wytworzona kardynalnie zmienionymi warunkami życia kilku pokoleń; że postęp, przeobraziwszy cały świat, ogarnął także i tę drugą połowę ludzkości i że „natura kobiet”, na którą tak bardzo lubią się powoływać konserwatyści, jest dziś trochę inna niż sto lat temu.
Antonina Gombrowicz, _O_ _naszych córkach_,
„Świat Kobiecy” 27.01.1906NA POCZĄTKU
Pisząc biografię Ireny Gombrowicz, niczym detektyw, podążałam po jej śladach. Sprawdzałam adresy, nazwiska, organizacje, wydawnictwa. Udało mi się dotrzeć do listów Gombrowiczówny zachowanych w Archiwum Archidiecezji Poznańskiej, nigdy niepublikowanych wierszy i sztuk teatralnych zgromadzonych przez Halinę Doria-Dernałowicz, a znajdujących się obecnie w Bibliotece Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Moim celem było stworzenie portretu kobiety, publicystki, pisarki, prezeski, kierowniczki i siostry Witolda Gombrowicza.
Zaczynałam badania od skromnego zbioru: dat urodzin i śmierci, czterech zdjęć, zaświadczenia o przyznaniu Irenie Gombrowicz w 1920 roku Odznaki Ofiarnych i mglistych informacji o jej zaangażowaniu w działalność Stowarzyszenia Ziemianek. Podczas pracy odkryłam pseudonim, pod którym ukrywała się moja bohaterka – „Irgo”. Odszukałam artykuły jej autorstwa, wertując przy tym niezliczone przedwojenne czasopisma. Potwierdziłam jej wysoką pozycję w środowisku ziemianek i zajmowane w tej organizacji stanowiska. Opisałam pewnego rodzaju karierę zawodową. Na podstawie korespondencji scharakteryzowałam relacje z przyjaciółkami, bliższymi i dalszymi znajomymi. Próbowałam także dociec, czy Gombrowiczówna należała do Instytutu Świeckiego Przemienienia Pańskiego. Po analizie dokumentów Instytutu odrzuciłam tę hipotezę.
Niektóre wątki poruszone w tej książce zasługują na odrębne opracowanie. Na przykład szczegółowy przebieg kariery zawodowej Jana Gombrowicza – ojca nieobecnego, niedostępnego wzoru, człowieka, który miał duży wpływ na późniejszy stosunek Ireny do mężczyzn. Albo sprawa prześladowań biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka, bezpośredniego przełożonego Gombrowiczówny. Wreszcie dogłębna analiza niektórych wypowiedzi Witolda Gombrowicza, który za wszelką cenę starał się umniejszyć znaczenie działań społecznych siostry i matki.
Czytelników zainteresowanych poznaniem tekstów Ireny Gombrowicz odsyłam do aneksu mojej pracy doktorskiej. Jest to z pewnością zbiór niepełny. Biorąc pod uwagę jej bliskie relacje z diecezją kielecką i archidiecezją warszawską, można się spodziewać, że pozostałe materiały ujrzą światło dzienne dopiero po otwarciu dla szerszej publiczności archiwów kościelnych.GŁUPKA
Irena nie była gombrowiczowską głupką¹, egzaltowaną panienką z dobrego domu, rozkapryszoną, leniwą, hipochondryczną córeczką bogatych rodziców. Uczyła się, pracowała, pomagała innym. Działała zawsze we wspólnocie. Angażowała się w wychowanie młodzieży, wspieranie najuboższych. Idąc za przykładem matki, publikowała teksty w prasie katolickiej i kobiecej. Pozostawała blisko Kościoła i w stałym kontakcie ze swoimi opiekunami duchowymi. Piastowała wysokie stanowiska. W dwudziestoleciu międzywojennym nikt nie nazywał jej dewotką czy zgorzkniałą starą panną. Wybrała samotność.
Rodzina Gombrowiczów dużo jej zawdzięcza. Opiekowała się schorowaną matką podczas wojny i później, gdy mieszkały razem w Kielcach. Promowała twórczość Witolda Gombrowicza, przepisywała na maszynie i przekazywała recenzentom teksty jego dramatów. Odważna, konsekwentna, odpowiedzialna, nie porzucała rozpoczętej pracy, kiedy pojawiały się trudności. Postać ze wszech miar pozytywna, a jednak pozostająca w cieniu młodszego brata.
Była przyjaciółką Jerzego Zawieyskiego, koleżanką Stanisława Balińskiego, znajomą Stefana Kisielewskiego. Nieuchwytna, skromna, lubiła przebywać w otoczeniu rodziny, koleżanek szkolnych, ochotniczek wojny polsko-bolszewickiej, wśród członków grupy skupionej wokół Zakładu dla Niewidomych w Laskach, w towarzystwie redaktorów poznańskiego wydawnictwa Ostoja i warszawskiego Verbum, wreszcie w gronie bliskich współpracowników Kurii Diecezjalnej w Kielcach i księgarni Jedność.
Nie podpisywała tekstów skróconym imieniem – Rena. Była Ireną, Irellą, chowała się pod inicjałami i pseudonimami. Wstydziła się swojej twórczości, a może wstydziła się brata. Jej rzadko spotykane nazwisko było w połowie lat trzydziestych kojarzone z dość awangardową działalnością literacką Witolda Gombrowicza, z odrzuceniem form i zasad, z wyzwoleniem się jednostki spod wszelkich więzów i zależności. A ona pisała o wspólnocie, o podporządkowaniu się, o Kościele, o Bogu.KOPCIUSZEK
Chciałam odtworzyć historię życia Ireny Gombrowicz. Wydobyć ją z cienia, a nawet z niebytu. Ukazać jako postać odrębną, mającą wpływ na twórczość młodszego brata. Jednocześnie spojrzeć na nią inaczej, nie tylko przez pryzmat wspomnień i doświadczeń Witolda.
Przeszukiwanie zasobów bibliotek i archiwów pomaga lepiej poznać daną osobę. Ale czy można ją do końca zrozumieć? Codzienność utrwalona w pamiętnikach i listach okazuje się przydatnym materiałem. Jaki był asortyment w sklepach, ile kosztowały buty, co jadano na obiad, jakie filmy wyświetlano w kinach, gdzie jeździło się na wakacje – te wszystkie informacje są potrzebne do odtworzenia wiernego obrazu człowieka z dawnych lat.
Śladem błahych, codziennych spraw i związanych z nimi przeżyć są notatki, zapiski w kalendarzu, listy zakupów, rachunki. Nieważne? A jednak mówią dużo o relacjach z otoczeniem, o statusie materialnym, stanie emocjonalnym. Szczególnie wtedy, gdy spuścizna po autorze jest skromna, uległa rozproszeniu i zniszczeniu. Wtedy dla biografa istotny jest każdy trop. Niedosyt informacji każe domyślać się, nadinterpretować. W końcu cel jest słuszny: chcemy wiedzieć więcej, znać prawdę.
Prawdę o kim? Trudno jest jednoznacznie ocenić, czyj życiorys zasługuje na opisanie. Czy należy przyglądać się bliżej osobom stojącym za sukcesem mistrzów? Mam na myśli nauczycieli, rodziców, rodzeństwo, żony i mężów. To przecież oni często są współtwórcami dzieła − podpowiadają, wspierają, kierują karierą. Tak jest w przypadku Ireny Gombrowicz, której postawa miała z pewnością wpływ na twórczość Witolda.
Przyglądam się relacjom Ireny z młodszym bratem, które prześledziłam dzięki zachowanej korespondencji. Nie analizuję religijności Witolda, stosunku do Boga i Kościoła, choć w wielu jego tekstach można się doszukać negatywnego komentarza na temat „dewocyjnej” postawy starszej siostry. Te komentarze nie mówią nam jednak nic o faktycznym życiu Ireny. Na ich podstawie wielu badaczy uznało ją za kopciuszka, osobę zniewoloną, uosobienie utraconej szansy i odebranego głosu². Gombrowicz uważał, że była „w pewnym znaczeniu” osobą wybitną, ale „zwichniętą dramatycznie”³. Ocena uznanego pisarza − który zresztą sam zmagał się z chorobą psychiczną − odbiera mojej bohaterce szansę na zaistnienie.
A jednak po kilku latach pracy nad książką trudno mi jest się rozstać z moją bohaterką. Praca nad tekstem przedłużała się w nieskończoność. Towarzyszył jej lęk o to, że coś umknęło mojej uwadze, czegoś nie udało się znaleźć, z kimś nie udało się spotkać. Mam jednak świadomość tego, że biografia jest zawsze pracą niedokończoną, relacje świadków historii bywają subiektywne, ich spostrzeżenia cząstkowe, a doświadczenia bardzo osobiste.SIOSTRA
Była skromną dziewczyną, jedyną córką Jana i Marceliny Gombrowiczów. Miała trzech braci: Janusza, Jerzego i Witolda. O nich wiemy dużo. O niej prawie nic. W Muzeum Witolda Gombrowicza we Wsoli Irenie poświęcono jedną gablotę. Znajdują się w niej jej zdjęcia z dzieciństwa i wczesnej młodości, z lalką, w wieku gimnazjalnym, z koleżankami ze szkoły, z matką i babcią, z małym lwem na kolanach. Obok zdjęć wisi dyplom imienny z podpisem Generalnego Inspektora Armii Ochotniczej, generała Józefa Hallera, potwierdzający otrzymanie przez Irenę Odznaki Ofiarnych, nadawanej przez Obywatelski Komitet Obrony Państwa za udział w wojnie polsko-bolszewickiej.
Urodziła się 4 czerwca 1899 roku w Małoszycach, malowniczej wiosce położonej nad rzeką Obręczanką w powiecie opatowskim, w gminie Sadowie. W _Atlasie geograficznym ilustrowanym Królestwa Polskiego_, obok kolorowej mapy powiatu opatowskiego, zamieszczono ryciny przedstawiające bramę wjazdową w Opatowie, ruiny zamku w Ujeździe oraz kolegiatę w Opatowie. Małoszyce nie zostały zaznaczone na mapie, widoczne są tylko parafie, a więc też ta najbliższa względem Małoszyc, parafia we Wszechświętem.
Małoszyce leżą w północno-wschodniej części guberni radomskiej, która wkracza w pas doliny Wisły. Środkowa, pofalowana część powiatu opatowskiego jest niejako podnóżem pasma Łysogór. Najwyższy punkt to Łysa Góra. Według ówczesnej miary szczyt ma 1813 stóp wysokości. Obszar guberni radomskiej dzieli się na dwa dorzecza: Wisły i Pilicy. Wisła przyjmuje, oprócz drobniejszych dopływów, Radomkę, Iłżankę i Kamienną, której „prąd bystry jest motorem, wprawiającym w ruch liczne zakłady fabryczne”. Z bogactw kopalnianych mamy tu rudę żelazną, wapień muszlowy i pstry piaskowiec. Żyzna gleba powiatu nadaje się pod uprawę pszenicy i buraków cukrowych. „Hodowla bydła rogatego najlepiej się rozwinęła w okolicach Łysogór, gdzie rasa miejscowa, krzyżowana z holenderską i szwajcarską, wytworzyła tak zwaną świętokrzyską, wyróżniającą się dorodnością wołów i mlecznością krów”. Główną linią komunikacyjną na obszarze guberni jest Droga Żelazna Dąbrowska. Gubernia radomska obfituje w trakty bite, a także linie wodne Wisły i Pilicy, z kilkoma przeprawami, które ułatwiają komunikację i ożywiają handel.
Akt urodzenia Ireny Gombrowicz przechowywany w Archiwum Państwowym w Kielcach, Oddział w Sandomierzu
Powiat opatowski liczy dwadzieścia cztery gminy, dziesięć osad miejskich i trzydzieści osiem parafii. Dawniej Opatów był ludnym i zamożnym miastem, kupcy greccy mieli tu składy win i futer, działały też sklepy norymberskie i sukienne. W XVI, XVII i XIX wieku pożary prawie doszczętnie zniszczyły miasto. „Nic też z dawnych zabytków nie zostało w Opatowie oprócz dwóch kościołów”⁴.
Na terenie powiatu, w Rakowie, działała kiedyś szkoła ariańska, która „wabiła młodzież wszelkich wyznań”. Wychowywali się tu synowie „najpierwszych w kraju rodzin”. Raków nazywano „Atenami sarmackimi”. Kościół w Rakowie był „siedliskiem wyznawców reformy różnych odcieni”. Dawniej kwitły tu rzemiosła. Na początku XX wieku mieszkańcy trudnią się już tylko „wyrobem motków wełnianych”. W pobliskim Łagowie, starożytnej osadzie królewskiej, ludność wyrabia garnki gliniane. Większy Ostrowiec należy do Banku Polskiego, który „usilnie stara się o podniesienie przemysłu żelaznego”. Ludność Ostrowca to w sporej większości Żydzi. Mieszkańcy Denkowa produkują kafle i spławiają je Wisłą do Gdańska. Prężnie działa założona w XIX wieku fabryka naczyń kamiennych oraz kafli porcelanowych i fajansowych. Bodzechów jest motorem licznych zakładów fabrycznych i górniczych. W Ćmielowie funkcjonuje fabryka fajansów. Pobliski Karwów to miejsce urodzenia słynnego kronikarza Wincentego Kadłubka. W Ujeździe Krzysztof Ossoliński wzniósł wspaniały zamek w stylu włoskim i nazwał go „Krzysztoporem”. Na dachu nad jedną z komnat w szklanym zbiorniku pływały złote rybki. Na bramie głównej właściciel kazał umieścić krzyż i topór oraz inskrypcję: „Krzyż obrona/ Krzyż podpora/ Dziatki naszego Topora”. W ten sposób wyrażał osobisty stosunek do zasad wiary. Był zaciekłym wrogiem reformacji. Dzięki jego zaangażowaniu arianie zostali wygnani z ziemi świętokrzyskiej − z Rakowa, Skrzelowa i Iwanisk. Zamek, niestety, nie przetrwał. Ograbiony przez Szwedów po śmierci fundatora, przechodził z rąk do rąk, aż stał się romantyczną ruiną, ozdobą regionu, celem konnych wycieczek⁵.
Kościół parafialny we Wszechświętem, wsi wyodrębnionej z Grocholic, powstał w 1462 roku z fundacji Jakuba Grocholskiego, kanonika krakowskiego, i jego brata Andrzeja. Został dotkliwie zniszczony w pożarze i ponownie konsekrowany w 1892 roku, siedem lat przed urodzeniem się Ireny⁶. W _Ogólnym sprawozdaniu delegacyi do opisu zabytków starożytności w Królestwie Polskim z objazdu odbytego w 1855_ _roku_ uznano, że „oprócz dwóch tablic erekcyjnych” w kościele we Wszechświętem „nie ma nic osobliwego” . Karol Guttmejer dodaje od siebie komentarz do prac Stronczyńskiego, mówiący o XIX-wiecznym, nieużytkowanym cmentarzu, położonym na zachód od kościoła. „Pomiędzy drzewami wznoszą się obrośnięte krzakami i trawą pojedyncze nagrobki z piaskowca; na wysokich postumentach stoją krzyże, obeliski z krzyżami, rzeźby figuralne. Niezwykły widok, niezwykłe wrażenie”⁷.DZIECIĘ PŁCI ŻEŃSKIEJ
Datę urodzin i chrztu Ireny potwierdza wpis, pod numerem pięćdziesiątym ósmym, w księdze parafialnej parafii rzymskokatolickiej we Wszechświętem:
Miało miejsce we wsi Wszechświęte, trzeciego/piętnastego⁸ sierpnia tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku o godzinie piątej po południu. Stawił się osobiście Jan Onufry Gombrowicz, lat trzydzieści od urodzenia, właściciel majątku Małoszyce, w towarzystwie świadków: Ignacego Kotkowskiego, lat sześćdziesiąt od urodzenia, właściciela majątku Bodzechów i Wincentego Pigłowskiego, lat trzydzieści osiem od urodzenia, zarządcy majątku Małoszyce, i przedstawił mi dziecię płci żeńskiej, oświadczając, że ono urodziło się w Małoszycach dwudziestego trzeciego maja/czwartego czerwca bieżącego roku o godzinie piątej po południu z jego prawowitej żony Marceli Antoniny z Kotkowskich, lat dwadzieścia pięć od urodzenia. Temu dziecięciu na chrzcie świętym, dokonanym tego dnia przez księdza Jana Nowakowskiego, nadano imiona Irena Antonina, a jego chrzestnymi byli Ignacy Kotkowski i Aniela Paszkiewicz. Akt ten oświadczającemu i świadkom został przeczytany oraz podpisany przeze mnie i przez nich⁹.
Pod tekstem znajdują się podpisy Marceliny Gombrowicz, księdza Jana Nowakowskiego, Ignacego Kotkowskiego, Jana Gombrowicza oraz Wincentego Pigłowskiego. Irena otrzymała drugie imię po matce – Antonina. Matka nie lubiła swojego pierwszego imienia, Marcelina, więc cała rodzina nazywała ją Tosią. A na Irenę wszyscy mówili Rena.
W księdze parafialnej status społeczny rodziców został określony jako _heredis_, czyli dziedzic. Ojcem chrzestnym Ireny był dziadek ze strony matki – Ignacy Kotkowski. Miał wtedy sześćdziesiąt dwa lata. Był przemysłowcem, przedstawicielem rodu ziemiańskiego i magnackiego. Jego przodkowie na terenach Staropolskiego Okręgu Przemysłowego, położonego w regionie Gór Świętokrzyskich, ujarzmiali rzeki, wprawiając w ruch maszyny w kuźnicach, hutach, fabrykach, tartakach i młynach¹⁰. Matką chrzestną Ireny została Aniela Paszkiewicz, cioteczna siostra matki, córka Emilii. Emilia Maria Ścibor-Kotkowska wyszła za mąż za „obcego”. Ludwik Paszkiewicz, właściciel majątku w Żurawicy, nie był w żaden sposób spokrewniony z Kotkowskimi¹¹.
Ojciec Ireny, Jan Onufry Gombrowicz, kupił majątek Małoszyce w 1890 roku, na dwa lata przed ślubem z Marceliną Antoniną Kotkowską. To tutaj urodziło się czworo dzieci Gombrowiczów. Pierwsze – Janusz – już rok po ślubie. Po kolejnych dwunastu miesiącach na świat przyszedł Jerzy. Po czterech latach – Irena. Na końcu Witold.
Dom w Małoszycach – sprowadzany, tradycyjny modrzewiowy dworek – został rozbudowany i dostosowany do potrzeb dużej rodziny. „Nie był on cudem architektury i na tle innych dworków nie prezentował się ani malowniczo, ani wystawnie”¹². Pozwalał jednak wygodnie żyć rodzinie i licznej służbie: ochmistrzyni, lokajom i stangretom, kucharzom i guwernantkom, które towarzyszyły dzieciom przez większość dnia, często mieszkając z nimi w jednym pokoju. Przez pierwsze lata Irena i Witold nauki pobierali od Francuzki Jeanette Grosjean i Niemki Klary von Paprocki. „Przystrojeni, elegancko przybrani, pachnący perfumami. Umieli się pięknie wysłowić, czytali książki, mieli nauczycielki, które uczyły ich obcej mowy” – wspomina Zofia Popkowa z Małoszyc¹³. W domu mówiło się w kilku językach, a rodzina Gombrowiczów często wyjeżdżała do zagranicznych kurortów. Małżonkowie mało czasu spędzali w swojej posiadłości, co nie podobało się konserwatywnym sąsiadom. Nie wiemy, czy to niespokojny charakter matki, czy potrzeba „pokazywania” się ojca powodowały, że tak chętnie zmieniali miejsce pobytu. Odwiedzali Niemcy, Austrię, Włochy, Francję i Belgię.
Wakacje spędzali w Chorwacji, w Cirkvenicy nad Adriatykiem¹⁴. Antonina była przewrażliwiona na punkcie zdrowia. Pobyt nad morzem miał przede wszystkim wzmocnić dzieci. Nagrodą po długiej podróży – najpierw pociągiem do Rijeki, a potem statkiem parowym do portu w Cirkvenicy, był trwający kilka tygodni pobyt w malowniczym kurorcie. Okna luksusowego hotelu Miramare wychodziły wprost na zatokę. Irena bawiła się z braćmi na plaży pod czujnym okiem opiekunek. Przyglądała się rybakom pracującym w porcie. Wdychała ciepłe powietrze. Zachwycała się każdym wyrzeźbionym przez wodę kamieniem. Witold był jeszcze za mały, żeby zrozumieć egzotyczne piękno tego miejsca. Może oswajała go z rzeczywistością, zachęcała do kąpieli, ostrzegała przed jeżowcami? Może była jego przewodniczką?
Zimą odbycie tak dalekiej podróży było raczej niemożliwe. Dzieci zostawały w domu, a rodzice wyruszali do Warszawy na bal karnawałowy do hotelu Bristol.
Po przeprowadzce do Warszawy dom w Małoszycach pełnił rolę letniej rezydencji. Tu wywożono dzieci na kuracje, w okresie rekonwalescencji po ciężkiej chorobie. Posiadłość została sprzedana dopiero w 1938 roku, kilka lat po śmierci ojca. Dzisiaj stoi tam tylko pomnik, płyta z płaskorzeźbą przedstawiającą głowę Witolda Gombrowicza, autorstwa Gustawa Hadyny. Dwór przed wojną kupili gospodarze z Krzczonowic. Rozebrali go, a pozyskany materiał wykorzystali do budowy szkoły. Po zabudowaniach dworskich pozostały resztki czworaków i rządcówki. W pobliżu stojącej przy drodze figury Popków, którzy kupili główną część włości Gombrowiczów, zachowały się kamienne słupy z ogrodzenia dworskiego. Z dawnego parku ocalała aleja grabowa, pojedyncze okazałe drzewa i staw, nad którym kiedyś bawiły się dzieci.BRUDNE JEGO POSTĘPKI
Jan Gombrowicz, ojciec Ireny, był ziemianinem, przemysłowcem, dyrektorem zakładów samochodowych w Starachowicach. Zmarł 21 grudnia 1933 roku. Współpracownicy z żalem żegnali obywatela ziemskiego, filistra Korporacji Arkonia, prezesa Centrali Skupu Złomu Polskich Hut Żelaznych oraz prezesa Centrali Handlowej Związku Polskich Hut Żelaznych.
Agnieszka Stawiarska w książce _Gombrowicz w przedwojennej Polsce_ pisze, że ojciec Ireny w 1926 roku zorganizował Centralę Zakupu Złomu. „Transport złomu szedł przez port w Gdyni , zapewne z tego względu prezes Centrali Złomu pełnił też obowiązki wiceprezesa rady nadzorczej SA Żegluga Polska i członka Tymczasowej Rady Portowej Gdyni”¹⁵.
Nekrolog zawiadamiający o śmierci ojca ukazał się 21 grudnia 1933 roku w „Kurierze Warszawskim”
Jan Gombrowicz zarządzał majątkiem swojej żony, Marceliny. Po śmierci teścia doprowadził do jego likwidacji i założył nowe towarzystwo akcyjne: fabrykę papieru drzewnego w Dołach Biskupich – Witulin. Był człowiekiem przedsiębiorczym, zaradnym, ale też stanowczym i wymagającym. „Piękny mężczyzna, rasowy, okazały, a też poprawny, punktualny, obowiązkowy, systematyczny, o niezbyt rozległych horyzontach, niewielkiej wrażliwości w rzeczach sztuki, katolik, ale bez przesady” – pisał o nim Witold Gombrowicz¹⁶. Nic dziwnego, skoro babcia Witolda, Antonina z Dąbrowskich, była kobietą twardą i samodzielną, dzielącą los wielu polskich matek, które podczas wojennej zawieruchy i nieobecności mężczyzn same zajmowały się dziećmi i prowadziły gospodarstwa.
W opowiadaniu _Pamiętnik Stefana Czarnieckiego_ Witold Gombrowicz pisze: „Widzę ojca mego, pięknego mężczyznę, wyniosłej postawy, o twarzy, w której wszystko, spojrzenie, rysy i szpakowaty włos, składało się na wyraz doskonałej, szlachetnej rasy” ¹⁷. Pochodził z rodziny litewskiej osiadłej w Królestwie po powstaniu styczniowym. Był duszą towarzystwa i na wielu imprezach pełnił rolę wodzireja. Każde z dzieci Gombrowiczów odziedziczyło jakąś cząstkę jego osobowości. Jerzy lubił przewodzić, uczyć, błaznować. Witold z upodobaniem wytyczał nowe ścieżki i zawsze miał wokół siebie niewielkie grono adoratorów. Janusz posiadał wyjątkowy talent do interesów. A Irena? Nie pozostawała w cieniu. Angażowała się w działalność społeczną, występowała z odczytami, publikowała teksty w prasie, wygłaszała krótkie pogadanki w radiu.
Jan Onufry Gombrowicz, ojciec Ireny
Matka Ireny, Marcelina Antonina z Kotkowskich, urodziła się w zamożnej rodzinie przemysłowców. Kotkowscy posiadali młyny na Świślinie, kopalnię dolomitu i piaskowca w Dołach Biskupich oraz fabryki wyrobów kamieniarskich i gospodarstwo rolne w Bodzechowie. Antonina była przyzwyczajona do życia w przepychu. Uchodziła za dziwaczkę. Podobno biegała po polach, recytując wiersze. Zamykała się w swoim świecie, żyła w wyobraźni. Przewrażliwiona na punkcie zdrowia i czystości, często popadała w histerię. Młoda, niezbyt urodziwa, była jednak dobrą partią dla Jana Gombrowicza, którego rodzina straciła majątek na Litwie. „Ich skromny ślub odbył się w październiku 1892 roku w parafialnym kościele w osadzie Denków, pomiędzy Bodzechowem a Ostrowcem. Panna młoda miała lat dwadzieścia, pan młody za tydzień miał skończyć dwadzieścia cztery”¹⁸.
We _Wspomnieniach polskich_ Witolda Gombrowicza czytamy:
Moja matka, natomiast, odznaczała się niezwykle żywym usposobieniem i bujną wyobraźnią. Nerwowa. Egzaltowana. Niekonsekwentna. Nieumiejąca się kontrolować. Naiwna i, co gorzej, mająca o sobie jak najbardziej pomylone wyobrażenie. Ojciec nieraz ulegał jej bystrości i inteligencji, ale częściej znosił w milczeniu jej egzaltacje, z którymi rzeczywiście trudno było dać sobie rady. To matka wniosła w nasz dom tę głęboką rozterkę formalną, na której wyrosłem. Nie winię jej o to, gdyż miała naturę szlachetną i najlepsze intencje, a też niezmiernie była do nas przywiązana – ale mówiąc doskonale po francusku, posiadając rozmaite wiadomości, które stanowiły edukację panny ze sfery ziemiańskiej, posiadając też niewzruszone zasady moralne, pozbawiona była tego, co tyle pewności siebie, naturalności i prostoty przysparza zwykłej dziewce od krów – była niesprawdzona przez życie. Tak to widziała siebie jako „kobietę pracy i zasad”, „spełniającą obowiązki”, „systematyczną, ścisłą, umiejącą zarządzać i organizować”, gdy w rzeczywistości była przeciwieństwem tego wszystkiego – fantastyczna, niezaradna, niezdolna do systematycznego wysiłku i przyzwyczajona do rozmaitych ułatwień, których dostarcza pieniądz¹⁹.
Portret matki Ireny – Antoniny z Kotkowskich Gombrowiczowej – wykonany prawdopodobnie jeszcze przed ślubem z Janem Gombrowiczem w atelier Rembrandt, mieszczącym się przy ulicy Marszałkowskiej 151 w Warszawie; Antonina już wtedy prezentowała przed aparatem tylko swój lewy profil.
Konflikt pomiędzy matką i ojcem rozpoczął się prawdopodobnie w 1901 roku, po śmierci dziadka Ireny – Ignacego Kotkowskiego. Wtedy to Gombrowiczowie przeprowadzają się z Małoszyc do rodzinnego gniazda matki, Bodzechowa. Dzieci się cieszą, bo mają tam więcej rówieśników do zabawy. Ojciec wprowadza nowe zasady. Troszczy się o pracowników. Zakłada sklep spółdzielczy, organizuje orkiestrę fabryczną, tworzy czteroklasową szkołę dla dzieci, otwiera ochronkę. Rodzina Kotkowskich nie akceptuje jednak rządów Jana. Odwracają się od niego, gdy zostaje oskarżony o przynależność do PPS – Frakcji Rewolucyjnej i osadzony w więzieniu. Antonina walczy o ułaskawienie męża. Dzięki jej staraniom − wpłacie kaucji w wysokości 50 tysięcy rubli − Jan zostaje uwolniony i wraca do pracy. Sprawuje zarząd w Centrali Handlu, przyjmuje stanowisko prezesa Związku Filistrów Korporacji Arkonia, sprzedaje fabrykę papieru Witulin i w 1915 roku kupuje w Warszawie dwie kamienice czynszowe, przy ulicy Wspólnej 33²⁰ i Próżnej 7²¹, zabezpieczając przyszłość swoich dzieci.
Od 1911 roku mieszkają przy ulicy Służewskiej w Warszawie, w wynajmowanym luksusowym mieszkaniu. Niczego im nie brakuje. Ojciec jednak coraz bardziej oddala się od rodziny. Prowadzi podwójne życie, ukrywa swoje dochody, przeznaczając część z nich na utrzymanie drugiego domu, z inną kobietą. Pod koniec życia jest już otyłym, schorowanym starszym panem. Cierpi z powodu choroby serca i nadciśnienia. Jest bardzo wybuchowy. Na łożu śmierci prosi Irenę o wezwanie swojej kochanki. Irena się nie zgadza. Unika kontaktu z ojcem. Nie chce się nim zajmować. Chowają się z matką w zakamarkach dużego mieszkania. To Witold i służąca Aniela opiekują się chorym. Jan umiera 21 grudnia 1933 roku w wieku sześćdziesięciu pięciu lat. Zostaje pochowany na Powązkach. Dopiero po jakimś czasie jego prochy zostają przeniesione do rodzinnego grobowca Gombrowiczów w Przybysławicach. Tam jest też pochowana babcia Ireny, Antonina z Dąbrowskich, oraz dziadek Onufry Gombrowicz.
Matka Ireny nigdy nie wybaczy mężowi zdrady, nie chce być z nim pochowana. Umiera w Kielcach w 1959 roku. Tam znajduje się jej samotny grób.
Witold Gombrowicz w jednym z opowiadań opublikowanych w zbiorze zatytułowanym _Pamiętnik z okresu dojrzewania_ prawdopodobnie opisał swoich rodziców:
Urodziłem się i wychowałem w domu pełnym zacności. Widzę ojca mego, pięknego mężczyznę, wyniosłej postawy, o twarzy, w której wszystko, spojrzenie, rysy i szpakowaty włos, składało się na wyraz doskonałej, szlachetnej rasy. Widzę i ciebie, matko, w nieposzlakowanej czerni, jedynie z parą starożytnych butonów w uszach. Wprędce zauważyłem, że ojciec unikał jak ognia dotknięcia matki. Więcej nawet – unikał jej wzroku i mówiąc patrzył najczęściej w bok lub oglądał paznokcie. Nic smutniejszego w swoim rodzaju nad ten opuszczony wzrok ojca. Niekiedy zaś patrzył na nią z ukosa z wyrazem bezmiernego obrzydzenia. Było to dla mnie niepojęte, gdyż ja nie czułem do matki żadnej awersji, owszem, choć tyła nadmiernie i rozlewała się na wszystkie strony, lubiłem przytulić się i skłonić główkę na jej kolana. Kiedyś podsłuchałem, jak krzyczał na matkę, wyłamując palce ze stawów: – Łysiejesz! Niedługo będziesz łysa jak kolano! Kobieta łysa – czy rozumiesz, co to jest dla mnie – łysa kobieta! Kobieca łysina… peruka… nie, ja tego nie zniosę! Jesteś okropna w całości, przepojona ohydą od stóp do głowy, ty jesteś samą ohydą… Co znaczyło to i dlaczego matka mawiała – „brudne jego postępki”, dlaczego brzydziła się postępkami ojca, jeśli znów ojciec brzydził się matką? – Rozpustnik – mawiała matka. – Pamiętajcie mi – nie tolerować! Kto na widok grzechu nie krzyczy ze wstrętu, ten niech kamień młyński przywiąże sobie do szyi. Nie można dość brzydzić się, pogardzać i nienawidzić. Przysiągł, a teraz się brzydzi! Przysięgał się nie brzydzić! Nadejdzie dzień Sądu! Na tamtym świecie zobaczymy, kto z nas lepszy²².
Rodzice z Witoldem Gombrowiczem około roku 1930ROZTERKA FORMALNA
Antonina pozuje do zdjęć rodzinnych tak, jakby chciała ukryć defekty swojej urody. Pokazuje tylko lewy profil. Ucieka przed obiektywem. Jest poważna, a nawet smutna. Ubrana w czarny, zbyt obszerny płaszcz, stoi z otwartą torebką, daleko od męża, na tle wielkiego samochodu, który jest oznaką bogactwa i luksusu, ale niekoniecznie szczęścia rodzinnego. Jej małżeńskie szczęście szybko zamienia się w cierpienie, poczucie odrzucenia, niezrozumienia i samotności.
Relacje między rodzicami mają duży wpływ na dzieci.
Pomiędzy czwórką dzieci Gombrowiczów przebiega swoista linia demarkacyjna, która kładzie się cieniem na ich przyszłości. Dwóch pierwszych synów przyszło na świat rok po roku, gdy rodzice byli młodym małżeństwem. Irena – gdy między nimi coś już się psuło, i córka, widząc fizyczny wstręt ojca do matki, całkowicie odsunęła się od spraw cielesnych i schowała w sferze ducha²³.
Nie kochała i nie czuła się kochana. Tak jak Witold.
Kolega Witolda ze szkolnej ławy Tadeusz Kępiński pisze:
Gombrowicz ani ojca, ani matki nie kochał. W pewnym momencie nabrał przekonania, że matka w ogóle nikogo nie kocha. Któregoś dnia wytelefonował mnie, jak zwykle, gdy nie wychodził z domu. Siedziałem koło jego łóżka, a on mierzył temperaturę. Pani Antonina weszła do pokoju i zapytała, jak się sprawy mają. Miał kilka kresek. Oświadczyła, że trzeba wezwać doktora. Nie wiem, czy w jej głosie był niepokój, czy tylko niezadowolenie. Mam w oczach wyraz jej twarzy bez uśmiechu. Zwykły, rzeczowy i poważny. Przeciwieństwo ojca, który zawsze miał ton wesołości, od samego powitania. Itek nie oponował. Mówiliśmy zawsze między nami – przyszedł doktor, wziął trzy ruble… „Jej się zdaje, że musi wezwać doktora, bo tak wypada. Ma manię leczenia, kogo się da. Jest przekonana, że to jej obowiązek. Wmówiła sobie, że jest obowiązkowa”. Itek mówił rzeczowo, beznamiętnie. Próbowałem zaprzeczać, ale on na to: „Ona do mnie nic nie czuje”. Nieraz miałem ochotę zapytać Itka, czy matka czasem się śmieje, żartuje, ale mi to jakoś nie wychodziło. Nie wiem do dzisiaj, czy była w niej powściągliwość czy rzeczywista oschłość. Myślę, że raczej to pierwsze, połączone z brakiem humoru. Nie była ponura ani surowa, miała wiele urody, ale brakło tego czegoś, co rozświetla twarz trochę zbyt poważną. Dlatego też, gdy pewnego razu pan Jan zaprosił mnie do sypialni (leżał z jakiegoś powodu) i zobaczyłem dwa zsunięte łoża, poczułem się nieswojo. Wszelkie skojarzenia wydały się niemożliwe. A przecież czworo udanych dzieci o czymś mówiło²⁴.
Po latach Witold oskarżał rodziców: „Miłość została mi odebrana na zawsze i od samego zarania, nie było jej, czy ją w sobie zdusiłem? A może matka mi ją zabiła?”²⁵. Dramat młodego człowieka, głęboki rozdźwięk z bliskimi przedstawił w swoich wczesnych opowiadaniach: masochistyczne stosunki z ojcem, groteskowa, nieznośna, czułostkowo troskliwa, pozornie gospodarna i nonszalancka matka²⁶.
Inaczej widział matkę Jerzy. Opisał ją w swoim _Komentarzu biograficznym do twórczości Witolda Gombrowicza._
Należała ona do pokolenia ziemiańskiego, pozostającego pod wpływem tendencji emancypacyjnych kobiet. W przeciwieństwie do staropolskiego wychowania, kształcącego niewiasty w sztuce zarządzania domem, starano się w końcu ubiegłego stulecia nadawać dorastającym córkom cechy sawantek. Ten rodzaj wychowania, stosowany przez dziadków Kotkowskich, jak najbardziej dogadzał Tosi . Od najmłodszych lat miała wyraźne zainteresowania humanistyczne. Rozwinęły je dwie nauczycielki, prowadzące jej domowe wykształcenie. Żywość umysłu Tosi, a przede wszystkim jej skłonność do lektury sprawiły, że wyrosła na inteligentną pannę, władającą świetnie francuskim i niemieckim. Zupełnie natomiast zaniedbane zostało wychowanie praktyczne. Pogrążona w czytaniu i dyskusjach intelektualnych, matka urodzona na wsi, gdzie spędziła prawie połowę długiego życia, nie potrafiła usmażyć jajecznicy czy naparzyć kawy. O ile w pierwszych latach małżeństwa rodzice stosunkowo mało czasu spędzali w domu, wyjeżdżając często za granicę, skutkiem czego zostawaliśmy pod opieką babki w Bodzechowie lub Małoszycach, o tyle po rozpoczęciu nauki przeze mnie i Janusza matka z wielkim poświęceniem i zamiłowaniem objęła nad nią kierunek. Jej chyba zawdzięczamy wszyscy, a szczególnie Witold, pasję do książek. Matka każdego prawie wieczoru czytała nam, z początku powieści pani de Ségur czy Verne’a po francusku, później poważne książki historyczne czy z dziedziny sztuki. Te wieczory spędzone w różowym buduarze małoszyckim, jakże żywo po tylu latach zachowałem w pamięci²⁷.
Antonina była typowym przykładem ówczesnej matki − wyniosłej, wydającej polecenia służbie, dbającej o najważniejsze sprawy, edukację, kulturę, duchowość swoich dzieci. Nie interesowała ją przyziemność, igraszki, dowcipy. Na jedynym zachowanym rodzinnym zdjęciu, wykonanym jeszcze przed narodzinami Witolda, Antonina w białej, koronkowej sukni siedzi bokiem do aparatu. Znowu widoczny jest tylko jej lewy profil. Na kolanach ma małą Irenę. Jan spogląda w dal. Tylko dzieci patrzą w obiektyw. Między rodzicami nie widać żadnej więzi, żadnej czułości. Starszy syn, Janusz, trzyma ojca za rękę i próbuje przytulić do niego głowę. Młodszy, Jerzy, zostaje z boku, za plecami matki, wychodzi z kadru, znika. Kompozycja zdjęcia jest zadziwiająca, sztuczna. A wszystko przez nienaturalną pozycję Antoniny. Zachowały się dwie wersje tego ujęcia. Na drugim mała Rena już nie siedzi spokojnie na kolanach matki, ale zaczyna się wiercić, wstaje. Antonina przyciska ją do siebie, zachowując cały czas ten sam smutny wyraz twarzy.
Rodzina Gombrowiczów około 1902 roku. Od lewej: Janusz, Jan Onufry, Marcelina Antonina i Jerzy. Na kolanach matki stoi Irena. Fotografię wykonał Józef Grodzicki w Radomiu
Wizyta w atelier fotograficznym Józefa Grodzickiego²⁸ w Radomiu jest dla wszystkich stresująca − te sztywne pozy w dziwnej scenerii, konieczność stania bez ruchu, może nawet groźny fotograf. Efekt jest niezadowalający. Widzimy poważnego ojca, wystraszone dzieci i zamyśloną matkę. Antonina ma dziwną fryzurę. Włosy zmierzwione na czubku głowy, jakby krótkie, zaczesane na lewą stronę, z tyłu dłuższe, spięte w mały kok. Oto rodzina Gombrowiczów w 1902 roku. Irena ma trzy lata.
Marietta Borewiczowa, kuzynka Gombrowiczów, mówiła o Antoninie, że jest oschła, surowa. Czy tak ją wychowano? Czy był to skutek nieustannego niepokoju i uzasadnionej zazdrości o męża, wielkiego kobieciarza²⁹. Próbowała walczyć o pozycję, szacunek, uznanie, organizując w domu wystawne „fajfy”, które wspominał później Witold. Nie chciała żyć całkowicie w cieniu męża. Angażowała się społecznie, oczekując zrozumienia dla swoich przekonań. Jej praca w Kole Ziemianek polegała nie tylko na krzewieniu wiary i patriotyzmu. Były to praktyczne działania − pomoc najbiedniejszym.
_Dalsza część w wersji pełnej_