Facebook - konwersja
Statek "Derbent" - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Statek "Derbent" - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Język:
Polski
Rok wydania:
2011
Rozmiar pliku:
394 KB
Zabezpieczenie:
brak
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Statek "Derbent" - opis ebooka

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

FRAGMENT KSIĄŻKI

KLUCZ

Wie­czo­rem na sta­cji nadaw­czej Że­glu­gi Ka­spij­skiej dy­żu­ro­wa­ło ich dwo­je: ra­dio­te­le­gra­fi­sta Ta­ru­mow i od­po­wie­dzial­na za Wy­mia­nę de­pesz Bie­lec­ka. Ta­ru­mow miał dwa­dzie­ścia lat, ale uwa­ża­no go za naj­lep­sze­go spe­cja­li­stę. Mó­wio­no, że po­tra­fi nada­wać klu­czem po­nad sto sy­gna­łów na mi­nu­tę. Gdy go o to py­ta­no, uśmie­chał się: „Prze­cież czło­wiek nie jest ma­szy­ną!” Za­po­znał się do­kład­nie z apa­ra­ta­mi i ob­cho­dził się bez po­mo­cy ra­dio­tech­ni­ków. Jak tyl­ko za­uwa­ży ja­kiś de­fekt, gwizd­nie, za­cznie gryźć przez chwi­lę pa­znok­cie, a po­tem wle­zie za ta­bli­cę roz­dziel­czą i na­pra­wi. Bie­lec­ka śmia­ła się: – „Je­że­li cię prąd za­bi­je, Ar­se­nie, ja tu umrę ze stra­chu. Zli­tuj się przy­najm­niej nade mną!”

Byli w jed­nym wie­ku i od daw­na pra­co­wa­li ra­zem. Bie­lec­ka od­bie­ra­ła i sor­to­wa­ła de­pe­sze. Była to pra­ca mę­czą­ca, jed­no­staj­na, nie wy­ma­ga­ją­ca żad­nej wie­dzy. Lu­bił ją ob­ser­wo­wać, gdy po­zo­sta­wa­li we dwój­kę w sali przy apa­ra­tu­rze.

Pra­co­wa­ła szyb­ko, nie­mal nie­po­strze­że­nie, po­ru­sza­ła z lek­ka war­ga­mi, czy­ta­jąc te­le­gram. Krót­kie wło­sy opa­da­ły jej na oczy – od­rzu­ca­ła je szyb­kim ru­chem gło­wy. W ta­kich chwi­lach wy­da­wa­ła mu się bar­dzo po­cią­ga­ją­ca. Pod-ko­niec zmia­ny ro­bi­ła wra­że­nie rów­nie wy­po­czę­tej jak na po­cząt­ku pra­cy, je­dy­nie ręce jej drża­ły nie­co.

Na sta­cji nadaw­czej na­zy­wa­no ją Mu­sią. Wy­glą­da­ła mło­dziut­ko, lu­bi­ła po­śmiać się i mia­ła ostry ję­zy­czek. Cza­sa­mi Ta­ru­mow od­pro­wa­dzał ją po pra­cy, bra­ła go wów­czas swo­bod­nie pod rękę.

Wie­dział, że jest mę­żat­ką, ale nie sły­szał nic o jej mężu. Jak gdy­by nie ist­niał wca­le.

Pew­ne­go razu, gdy szli przez bul­war nad­brzeż­ny, zo­ba­czył na ław­ce obej­mu­ją­cą się parę i od­wró­cił się.

– Po co się lu­dzie ca­łu­ją? – szep­nę­ła Mu­sia, po ło­bu­zer­sku za­glą­da­jąc mu w oczy. – Też przy­jem­ność, po­my­ślał­by kto!

Od­parł gru­biań­sko, żeby ukryć zmie­sza­nie:

– To ca­łuj się rza­dziej ze swo­im mę­żem. Bądź mą­drzej­sza od in­nych.

Mu­sia mil­cza­ła przez chwi­lę.

– Daw­no go nie wi­dzia­łam – rze­kła z wes­tchnie­niem, czy może było to po pro­stu ziew­nię­cie – sama już nie wiem jak daw­no…

– A to cze­mu? – spy­tał nie ro­zu­mie­jąc, czy żar­tu­je, czy mówi praw­dę.

– Od­je­chał da­le­ko-o – po­wie­dzia­ła prze­cią­gle – jest me­cha­ni­kiem na stat­ku „Der­bent”.

Wkrót­ce sto­sun­ki mię­dzy Mu­sią i Ta­ru­mo­wem za­czę­ły ule­gać zmia­nie… Chwy­tał sie­bie na tym, że nie prze­sta­je o niej my­śleć na­wet wte­dy, kie­dy jej nie ma. Lu­bił do­ty­kać przed­mio­tów, któ­re były jej wła­sno­ścią, lub jej ubra­nia i było mu przy­jem­nie, gdy imio­na ich wy­ma­wia­no ra­zem, co czę­sto zda­rza­ło się na sta­cji.

Cza­sa­mi zły był na sie­bie bez po­wo­du: za­ko­chał się jak uczniak w to­wa­rzysz­ce pra­cy, w cu­dzej żo­nie. I co mu to da oprócz ma­rzeń?

A kie­dy wi­dział, jak na jej sto­le ro­śnie plik pa­pie­rów, ogar­nia­ło go na­gle prze­ra­że­nie: sprzy­krzy jej się ta ro­bo­ta, odej­dzie – i wszyst­ko się skoń­czy. Nie mógł so­bie wy­obra­zić, że inna ko­bie­ta usią­dzie na jej miej­scu. Ale Mu­sia nie od­cho­dzi­ła. Była po daw­ne­mu we­so­ła, nie­zmor­do­wa­na i roz­sta­jąc się z nim po pra­cy, na skrzy­żo­wa­niu ulic, wo­ła­ła za nim:

– Dzię­ku­ję, ry­ce­rzu! Nie wpad­nij pod tram­waj.

Owe­go wie­czo­ru pra­cy było nie­wie­le. O dwu­dzie­stej trze­ciej Ta­ru­mow nadał ko­mu­ni­kat me­te­oro­lo­gicz­ny: „W re­jo­nie rej­du astra­chań­skie­go za­chmu­rze­nie śred­nie bez opa­dów. Wiatr nord-ost do trzech stop­ni. W re­jo­nie Ma­chacz-Kała – Kra­sno­wodsk moż­li­we są nie­znacz­ne opa­dy. Wiatr nord-ost nie prze­kra­cza­ją­cy pię­ciu stop­ni. W cią­gu naj­bliż­szej doby ocze­ki­wa­ne jest dal­sze zmniej­sze­nie siły wia­tru i lek­kie za­chmu­rze­nie”. W dzien­ni­ku zna­lazł po­ran­ną de­pe­szę ra­dio­wą stat­ków, któ­re na­ru­szy­ły wy­kres ru­chu wsku­tek nie sprzy­ja­ją­cej po­go­dy. W cią­gu dnia ra­por­tów nie było.

Pas burz prze­su­nął się ku po­łu­dnio­wi, ale jego ko­niec cią­gnął się jesz­cze gdzieś mię­dzy Kra­sno­wod­skiem a Baku. Pod wie­czór w por­cie zdję­to zna­ki sy­gna­li­zu­ją­ce bu­rzę, a w por­cie dla trans­por­tow­ców za­trą­bił zwy­cię­sko pierw­szy sta­tek opusz­cza­ją­cy przy­stań.

Po wy­sła­niu ko­mu­ni­ka­tu ra­dio­te­le­gra­fi­sta za­jął się od­bio­rem. Są­dząc z po­ran­nych de­pesz, nie na­le­ża­ło ocze­ki­wać w cią­gu dwu naj­bliż­szych go­dzin przy­by­cia stat­ków wio­zą­cych ropę. Na fali sy­gna­łów roz­po­znaw­czych pa­no­wa­ła ci­sza. Przez słu­chaw­ki prze­ni­kał śpiew tak sła­by, że le­d­wie do­sły­szal­ny, tak ni­kły, iż wy­da­wa­ło się, że ma­leń­ki, sła­biut­ki owad dra­pie łap­ka­mi mem­bra­nę.

Ta­ru­mow po­krę­cił kor­bą i dźwięk okrzepł, wzmógł się na sile, wy­raź­niej uwy­dat­ni­ła się me­lo­dia spo­wi­ta w akom­pa­nia­ment for­te­pia­nu. Jesz­cze je­den ob­rót i nie­zwy­kle czy­sty głos ko­bie­cy urwał się ustę­pu­jąc miej­sca od­gło­som nie milk­ną­cych okla­sków.

Ra­dio­te­le­gra­fi­sta włą­czył gło­śnik i zdjął słu­chaw­ki. Od­bior­nik sy­czał wstrzą­sa­ny peł­nym trza­sków ha­ła­sem, z któ­re­go wy­ry­wa­ły się po­szcze­gól­ne gło­sy, prze­ni­kli­we jak jęki wzy­wa­ją­cych o po­moc. Bie­lec­ka wsta­ła ze swe­go miej­sca obok te­le­fo­nu i zbli­ży­ła się do nie­go.

– Zwa­rio­wa­łeś! – rze­kła prze­stra­szo­na. – A je­śli ktoś bę­dzie wzy­wał?

Opar­ła się o po­ręcz jego krze­sła, czuł na kar­ku jej od­dech… Okla­ski umil­kły. Zno­wu głos ko­bie­cy za­śpie­wał tę samą pro­stą i na­iw­ną ko­ły­san­kę.

– Ko­ły­san­ka – szep­nę­ła Mu­sia. – Ład­nie śpie­wa, praw­da? Po­suń no się tro­chę, Ar­se­nie.

Usia­dła na brzeż­ku krze­sła i by za­cho­wać rów­no­wa­gę ob­ję­ła go ra­mie­niem. Twarz jej była tak bli­sko, że roz­róż­niał wil­got­ny po­łysk jej zę­bów spo­za na wpół roz­chy­lo­nych warg. Nie­znacz­nie po­chy­lił ku niej gło­wę i wło­sy jej mu­snę­ły jego po­li­czek. Nie za­uwa­ży­ła tego pa­trząc uważ­nie w czar­ny krąg od­bior­ni­ka. Ta­ru­mow nie słu­chał mu­zy­ki; my­ślał o tym, że nig­dy jesz­cze nie sie­dzie­li ob­jąw­szy się, że zbli­ża­ją się do sie­bie co­raz bar­dziej i że tak bę­dzie nadal… aż sta­ną się mę­żem i żoną. „Tak bywa – my­ślał z ra­do­ścią – tak, wła­śnie że tak bywa”. Ock­nął się, kie­dy znów za­grzmia­ły okla­ski.

– Do­syć – po­wie­dzia­ła Mu­sia – klną cię gdzieś tam na mo­rzu. Do­cze­kasz się na­ga­ny!

Krę­cąc kor­bą pa­trzał z uko­sa na Mu­się. Skrzy­żo­waw­szy ręce w tyle gło­wy, prze­cią­gnę­ła się ca­łym cia­łem, oczy jej spo­glą­da­ły;

ła­god­nie i życz­li­wie. Oto te­raz już chy­ba wie, że mu się po­do­ba, a nie od­su­wa się. Prze­ciw­nie! Wy­zna­nie jej swo­ich uczuć uznał już za rzecz zu­peł­nie moż­li­wą.

Na­ło­żył zwol­na słu­chaw­ki, na­stro­ił apa­rat na mor­ską falę roz­po­znaw­czą. Mil­cze­nie. Mu­sia sie­dzia­ła już przy sto­le i ręce jej prze­rzu­ca­ły szyb­ko stos pa­pie­rów, sor­to­wa­ły, spi­na­ły. W sali z apa­ra­tu­rą było ci­cho, tyl­ko pie­cyk ga­zo­wy hu­czał za prze­pie­rze­niem. Spoj­rzał na ze­ga­rek: była pierw­sza mi­nut pięć­dzie­siąt w nocy. Nie­ocze­ki­wa­nie dla sa­me­go sie­bie po­my­ślał: „Je­że­li do go­dzi­ny dru­giej ode­zwie się mor­ska fala roz­po­znaw­cza, trze­ba bę­dzie dzi­siaj jesz­cze po­mó­wić z Mu­sią". Ogar­nął go rap­tem ja­kiś trwoż­ny i we­so­ły na­strój. Przy­po­mnia­ło mu się, jak w dzie­ciń­stwie roz­strzy­ga­li z ko­le­ga­mi naj­waż­niej­sze spra­wy rzu­ca­jąc kij w górę. Ro­bi­li to po­waż­nie, w głę­bo­kim mil­cze­niu… Kij ob­ra­cał się w po­wie­trzu i spa­dał pio­no­wo albo po­zio­mo.

„… Pięć­dzie­siąt czte­ry mi­nu­ty. Do go­dzi­ny dru­giej po­zo­sta­ło sześć mi­nut – szan­se nie­wiel­kie. Le­piej my­śleć o czymś in­nym. Ale o czym? Mąż Musi jest na stat­ku „Der­bent”, na­ro­bił tam nie­daw­no wie­le ha­ła­su – to on wy­stą­pił z ideą sta­cha­now­skie­go rej­su i on ją pierw­szy zre­ali­zo­wał. Ale „Der­bent” współ­za­wod­ni­czy z in­nym stat­kiem-cy­ster­ną „Aga­ma­li”; ten ostat­ni ma też do­brą za­ło­gę. I jesz­cze wca­le nie wia­do­mo, kto zdo­bę­dzie pierw­szeń­stwo. Z rana „Der­bent” przy­słał ra­dio­gram: ho­lu­je ja­kiś sta­tek z ze­psu­tym mo­to­rem… Mu­sia wi­dzia­ła ra­dio­gram i żeby choć sło­wo rze­kła! Prze­cież wczo­raj na mo­rzu była bu­rza! Nig­dy nie wspo­mi­na o mężu. I na­wet w dzień sta­cha­now­skie­go zwy­cię­stwa „Der­ben­ta” nie po­szła na przy­stań ocze­ki­wać go. Stat­ki-cy­ster­ny sto­ją w por­cie nie dłu­żej niż trzy go­dzi­ny. Od­wy­kli już od sie­bie na­wza­jem. Zda­rza się… Cie­ka­we, co to za czło­wiek? Me­cha­nik okrę­to­wy, na­zwi­sko jego brzmi, zda­je się, Wła­sow … nie, Ba­sow. Jest chy­ba nie­mło­dy i mil­czą­cy jak wszy­scy me­cha­ni­cy okrę­to­wi. A Mu­sia lubi po­śmiać się…

… Pięć­dzie­siąt sześć mi­nut. „Na pew­no włą­czy­ła się ja­kaś sta­cja okrę­to­wa: sła­by trzask, a na­stęp­nie ja­kiś zgiełk w słu­chaw­kach. Nie­chby już prę­dzej za­czę­li wzy­wać!” Umo­czył pió­ro i przy­su­nął dzien­nik. „Trze­ba dziś za­gad­nąć Mu­się. Ale przy pra­cy ja­koś nie­przy­jem­nie; trze­ba ją od­pro­wa­dzić i do­pie­ro wte­dy…”

… Pięć­dzie­siąt sie­dem mi­nut. W ci­szy gło­śno i na­tar­czy­wie za­dzwo­nił te­le­graf. Zdzi­wi­ły Ta­ru­mo­wa jed­no­staj­ne sy­gna­ły, inne niż za­zwy­czaj, jak gdy­by ręka na klu­czu osza­la­ła. Trzy krop­ki, trzy kre­ski, trzy krop­ki… SOS… Po­cią­gnął w dół sznu­ry te­le­fo­nu i sta­lo­we pół­ko­le ści­snę­ło mu cie­mię. Wście­kle za­dzwo­ni­ły w skro­niach dźwięcz­ne krysz­ta­ło­we mło­tecz­ki:

– SOS… SOS… SOS… Ja, „Uz­be­ki­stan”, znaj­du­ję się na 42,36 i 18,02 na po­łu­dnie od wy­spy Cze­czen. Na stat­ku wy­buchł; po­żar. Nie mo­że­my zli­kwi­do­wać… SOS… SOS…

Ra­dio­te­le­gra­fi­sta za­czął za­pi­sy­wać. Dzia­ło się z… nim coś, co zda­rza się tyl­ko we śnie: wśród le­ni­wych ob­ra­zów-my­śli ktoś na­gle wy­krzyk­nie nad uchem ja­kieś sło­wo i wszyst­ko do­ko­ła sta­je się nie­sa­mo­wi­cie zło­wiesz­cze. Mło­tecz­ki stu­ka­ły.

– SOS… SOS… 42,36 i 18,02 na po­łu­dnie od wy­spy Cze­czen, Sa­mo­dziel­nie pły­nąć nie mogę. Ho­lu­ją­cy sta­tek „Der­bent” od­ciął linę ho­low­ni­czą! Od­cho­dzi w do­tych­cza­so­wym kie­run­ku. Na sy­gna­ły nie od­po­wia­da. Je­ste­śmy w po­ło­że­niu bez wyj­ścia… SOS…

– Mu­siu, ra­tun­ko­wą!… – krzyk­nął Ta­ru­mow – prę­dzej,. Muś­ka!

Przez słu­chaw­ki głu­cho brzmiał jej głos:

– Co się sta­ło, Ar­se­nie?

– Nie mów do mnie, tam masz de­pe­szę. Wy­cią­gnę­ła rękę zza jego ra­mie­nia i schwy­ci­ła dzien­nik. Sły­szał, jak stu­ka­ła wi­deł­ka­mi apa­ra­tu.

– Że­glu­ga – rze­kła spo­koj­nie – daj­cie ra­tun­ko­wą, szyb­ko! Zno­wu za­ter­ko­tał te­le­graf.

– SOS… SOS… SOS… Ja, „Uz­be­ki­stan”, mam na po­kła­dzie ła­du­nek ma­zu­tu. Zbior­ni­ki nu­mer dzie­sięć wy­bu­chły. Wsku­tek wy­bu­chu po­grą­żam się co­raz głę­biej. Ło­dzie spu­ścić trud­no, prze­szka­dza ogień w tyl­nym kasz­te­lu. 42,36 i 18,02. Sta­tek „Der­bent” od­pły­wa nie od­po­wia­da­jąc na sy­gna­ły… SOS… SOS…

Pau­za. Mu­sia na­da­je de­pe­szę. Od­wró­ci­ła się i za­sło­ni­ła ręką. Mówi ci­cho, żeby nie prze­szka­dzać od­bio­ro­wi. Zuch Mu­sia. Ale oto rzu­ca słu­chaw­kę na wi­deł­ki i zbli­ża się do nie­go.

– Dra­nie! – mówi gniew­nie – rzu­ci­li to­wa­rzy­szy… Po­słu­chaj, Ar­se­nie!

– Co chcesz?

– Czy sły­szysz coś?

– Nie.

– Ar­se­nie, dla­cze­go oni od­cho­dzą?

– Nie wiem. Mają prze­cież też ła­du­nek ma­zu­tu. Boją się spło­nąć.

– Dra­nie! Wła­sną skó­rę ra­tu­ją, praw­da?

– Aha… – Ar­se­nie, ty słu­chasz?

– Tak, nie mów do mnie.

Ra­dio­te­le­gra­fi­sta przy­ci­snął dłoń­mi słu­chaw­ki i po­czuł ból w uszach. Wie­lo­gło­sym zgieł­kiem sy­gna­łów za­hu­czał znę­ka­ny eter.

– … „Uz­be­ki­stan”, ja, „Bol­sze­wik”, trzy­dzie­ści mil, idę do was. Baku, Ma­chacz-Kała, Kra­sno­wodsk, wy­wo­łuj­cie trans­por­tow­ce 42,36 i 18,02 na po­łu­dnie od wy­spy Cze­czen…

Ta­ru­mow prze­sta­wił kor­bę na nada­wa­nie. Za prze­pie­rze­niem za­wy­ło dy­na­mo zwięk­sza­jąc – szyb­kość ob­ro­tów. Okna apa­ra­tu nadaw­cze­go za­ja­śnia­ły żół­tym świa­tłem lamp. Ta­ru­mow po­ło­żył rękę na klu­czu i po­czął wy­stu­ki­wać. Spod kon­tak­tu klu­cza bły­ska­ły nie­bie­skie iskry, gwiz­dał kon­tro­lu­ją­cy re­pro­duk­tor.

– Do wszyst­kich trans­por­tow­ców. 42,36 i 18,02…

Po­tem włą­czył zno­wu apa­rat od­bior­czy. Za­pisz­cza­ły raz i dru­gi ra­dio­sta­cje okrę­to­we i za­mil­kły. Za­pa­dła sku­pio­na ci­sza, peł­na na­pię­cia, w któ­rej* sły­szał szczęk łań­cu­chów ko­twi­co­wych, świst pary, syk wody spie­nio­nej ob­ro­ta­mi śru­by. I na­gle za­świsz­cza­ło wy­raź­nie ochry­płe ra­dio:

– „Uz­be­ki­stan”, „Uz­be­ki­stan”, ja, „Der­bent”, idę do was. Po­dej­dę do pra­wej bur­ty, spusz­czam sza­lu­py. Zbierz­cie lu­dzi, za­cho­waj­cie spo­kój. Koń­czę… Wy­wo­łu­ję Baku, Ma­chacz-Kała…

– Mu­siu, dzwoń do ra­tun­ko­wej! – wrza­snął Ta­ru­mow gu­biąc ści­słą ko­lej­ność sy­gna­łów – sły­szysz, Mu­siu?…

– Baku, Ma­chacz-Kała, ja, „Der­bent”, idę z po­mo­cą za­ło­dze „Uz­be­ki­sta­nu”. Mam na po­kła­dzie peł­ny ła­du­nek ma­zu­tu. Po­mi­mo środ­ków ostroż­no­ści na­ra­żam się na po­żar. Wy­ślij­cie sta­tek ra­tun­ko­wy na 42,36 i 18,02.

Mu­sia pod­bie­gła do sto­łu.

– Ra­tun­ko­wa cze­ka przy apa­ra­cie – rze­kła – skoń­czy­łeś? Chwy­ci­ła kart­kę i pod­bie­gła do te­le­fo­nu. Ta­ru­mow wi­dział, jak przy­ło­ży­ła słu­chaw­kę do ucha i spoj­rza­ła na pa­pier. Na­gle opar­ła się o ścia­nę, za­gry­zła war­gi i przy­mknę­ła oczy. Trwa­ło to chwi­lę, parę se­kund za­le­d­wie. Po­tem otwar­ła oczy i po­wie­dzia­ła do słu­chaw­ki zwy­kłym zu­peł­nie gło­sem:

– Go­to­we? Na­da­ję ra­dio­gram: Baku, Ma­chacz-Kała, ze stat­ku „Der­bent”…

Ta­ru­mow od­po­czy­wał, cięż­ko opie­ra­jąc się pier­sią o stół. Zno­wu za­ter­ko­ta­ły sta­cje okrę­to­we. Bał się, że ich zgiełk za­głu­szy ochry­pły świst ra­dia. Dzwo­ni­ło mu w uszach z na­tę­że­nia i my­śli plą­ta­ły się w uryw­kach zdań te­le­gra­fo­wa­nych…

– … źle, że w po­bli­żu nie było żad­ne­go stat­ku. Dla­cze­go przy­wo­łu­ją trans­por­tow­ce? Bo stat­ki-cy­ster­ny mogą ła­two sta­nąć w pło­mie­niach, „Der­bent” wie­zie ropę… Od­rą­bał ho­low­nik i od­szedł, póź­niej jed­nak wró­cił! Ja­kie to dziw­ne! Te­raz bę­dzie mu trud­niej ura­to­wać lu­dzi. Ra­dio­te­le­gra­fi­sta ze­szedł z most­ku ostat­ni… Kto jest ra­dio­te­le­gra­fi­stą na „Uz­be­ki­sta­nie”? Wala Ła­stik, mło­dy chło­piec, pra­wie dziec­ko. Może udu­sił się w dy­mie? A może wszy­scy się udu­si­li? Nie, „Der­bent” spu­ści sza­lu­py i weź­mie wszyst­kich.. Ale dla­cze­go od­szedł? I nie od­po­wia­dał na sy­gna­ły? I dla­cze­go wró­cił? Wio­zą nie­bez­piecz­ny ła­du­nek – kra­sno­wod­ską ropę. Ta ropa ma dużo czę­ści lot­nych, za­pa­la się jak ben­zy­na. Go ta­kie­go mó­wio­no o tym stat­ku? Aha, sta­cha­now­skie rej­sy!… Przo­du­je in­nym w wy­peł­nie­niu pla­nu prze­wo­zu. Na „Der­ben­cie” jest mąż Musi, Ba­sow, me­cha­nik. Zlę­kła się, kie­dy prze­czy­ta­ła ra­dio­gram… Wiatr pięć stop­ni roz­no­si iskry, mo­rze jest wzbu­rzo­ne­__Naj­waż­niej­sza spra­wa – nie prze­oczyć sy­gna­łów! Nada­wa­no, że sta­tek za­nu­rza się, kła­dzie się na bok. Więc pod­czas gdy pło­ną gór­ne czę­ści i stat­ko­wi gro­zi prze­wró­ce­nie się, w bud­ce te­le­gra­fi­sty sie­dzi jesz­cze przy klu­czu Wala Ła­stik. Ubra­nie już pali się na nim, sze­ro­ko otwar­ty­mi, czar­ny­mi usta­mi po­ły­ka dym, gry­zą­cy, du­szą­cy dym z pło­ną­ce­go ma­zu­tu i far­by… mło­dy chło­piec… dziec­ko pra­wie…

Milk­ną ra­dia okrę­to­we. Zno­wu prze­ni­ka do słu­cha­wek le­d­wie do­sły­szal­na mu­zy­ka. Ty­flis, Ery­wań?…

– Że­gnaj, ta­bo­rze mój, śpie­wam ostat­ni raz… – jak­by spo­za nie­przy­stęp­ne­go muru do­cho­dzi za­ła­mu­ją­cy się po cy­gań­sku głos śpie­wacz­ki.

Zły od­bior­nik, mar­na se­lek­cja! Ra­dio­te­le­gra­fi­sta sta­ra się ob­ro­tem re­gu­la­to­ra wy­łą­czyć nie­po­trzeb­ne dźwię­ki. Zło­ści go to, że cy­gań­ska śpie­wacz­ka śpie­wa i że nic ją nie ob­cho­dzi ani szyfr Mor­se­go, ani od­le­głość od ska­li­stych wa­łów wy­spy Cze­czen. Ale oto za­mil­kły okla­ski i wszyst­ko uci­chło. Na mor­skiej fali sy­gna­łów roz­po­znaw­czych zu­peł­na pust­ka.

Ta­ru­mow od­wró­cił się i spo­strzegł Mu­się. Sta­ła za jego krze­słem przy­ci­snąw­szy ręce do pier­si. Była bla­da. Miał wra­że­nie, że lada chwi­la może upaść.

– Nie ma nic, Ar­se­nie?

– Nic.

– Wiesz, nie mogę pra­co­wać. Po­sto­ję tu­taj… czy moż­na?

– Moż­na – po­su­nął się na krze­śle, ro­biąc miej­sce dla niej. – Sia­daj tu­taj… Nie de­ner­wuj się.

Czuł swo­ją wyż­szość nad nią, gdyż był bar­dziej opa­no­wa­ny. A jed­no­cze­śnie coś go gnie­wa­ło, sam nie wie­dział co.

Mu­sia usia­dła na brze­gu krze­sła. Wstrzą­sa­ły nią dresz­cze jak­by z zim­na.

– Trzę­sę się – po­skar­ży­ła się – zim­no tu­taj.

– To ze zde­ner­wo­wa­nia, Mu­siu.

– Nie, tu na­praw­dę zim­no. Słu­chaj, Ar­se­nie!

– No co?

– W ze­szłym roku spło­nął sta­tek do prze­wo­zu naf­ty, „Par­ty­zant”. Pa­mię­tasz? Wieź­li wte­dy ropę kra­sno­wod­ską. Ta ropa ła­two wy­bu­cha, praw­da?

– Ba­nia­lu­ki!

– Ależ po­wiedz praw­dę!

– Mó­wię ci, że ba­nia­lu­ki!

– Ach, kła­miesz, kła­miesz… Strasz­nie się boję, Ar­se­nie – wy­zna­ła ża­ło­śnie – je­że­li coś się sta­nie…

Ob­jął ją i przy­cią­gnął do sie­bie dzi­wiąc się, że nie od­czu­wa już wca­le onie­śmie­le­nia. Wi­dział obok sie­bie bla­dą twarz Musi, z po­sęp­ną obo­jęt­no­ścią wspar­tą na jego ra­mie­niu, i pra­gnąc jej do­dać otu­chy rzekł:

– Twój mąż nie bie­rze udzia­łu w pra­cach ra­tun­ko­wych. On jest w dzia­le ma­szyn, tam nie­bez­pie­czeń­stwo jest mniej­sze.

– Ty o Ba­so­wie? Prze­cież on nie jest już moim mę­żem.

– Jak to?

– A tak, po pro­stu. Roz­sta­li­śmy się z nim. Roz­sta­li­śmy się osta­tecz­nie….

Mil­cza­ła przez chwi­lę.

– Wiesz, my­ślę, że on mnie nig­dy nie ko­chał. A może i ko­chał po swo­je­mu… nie wiem do­praw­dy. On jest ja­kiś dziw­ny. Ale od­je­chał i skoń­czy­ło się wszyst­ko. Nie, nie myśl, że ja o nie­go się boję. Tam na „Der­ben­cie” jest czter­dzie­ści pięć osób i je­że­li się coś sta­nie…

Gła­skał jej ra­mię i my­ślał, że chy­ba tam­ten czło­wiek do­tknął ja… czymś bo­le­śnie, że jest nie­szczę­śli­wa i że nie może za­po­mnieć… Od­czu­wał dumę, że mu za­ufa­ła i szu­ka­ła u nie­go współ­czu­cia, jak gdy­by jed­no­cząc się z nim prze­ciw­ko tam­te­mu przy­kre­mu czło­wie­ko­wi – jej by­łe­mu mę­żo­wi. Po­tem wzrok jego padł na stro­ni­cę dzien­ni­ka i prze­biegł sło­wa de­pe­szy: „od­cho­dzi, nie od­po­wia­da na,sy­gna­ły”. Wy­obra­ził so­bie ja­skra­wą łunę po­ża­ru i roz­ta­pia­ją­cą się w ciem­no­ści zdra­dziec­ką syl­wet­kę okrę­tu.: Zda­wa­ło mu się, że w ja­kiś spo­sób za­mie­sza­ny jest w to me­cha­nik Ba­sow.

Wy­obra­ził go so­bie, jak ogrom­ny, czer­wo­ny na twa­rzy i wście­kły, stoi na ru­fie i po­hu­ku­jąc jak dia­beł le­śny od­rą­bu­je linę ho­low­ni­czą. A na po­kła­dzie ze­bra­ła się za­ło­ga; wszy­scy są zmie­sza­ni, ale nikt nie ma od­wa­gi do nie­go po­dejść. Przy­po­mi­nał so­bie, że na stat­ku jest ka­pi­tan, któ­re­mu pod­le­ga rów­nież i me­cha­nik Ba­sow, i inni ma­ry­na­rze, i zro­dził się w nim gniew, że sce­na, któ­rą ry­so­wa­ła mu wy­obraź­nia, jest sprzecz­na z rze­czy­wi­sto­ścią.

Mu­sia wy­pro­sto­wa­ła się na­gle i po­ryw­czo pod­nio­sła się z krze­sła.

– Och, jaka męka… – rze­kła ni­skim, złym gło­sem. – Czyż­by się jesz­cze nie skoń­czy­ło? Pa­mię­taj, Ar­se­nie, nie prze­ocz!

Po­wlo­kła się na swo­je miej­sce przy sto­le, usia­dła i do­tknę­ła pa­pie­rów. Zro­zu­miał, że za­po­mnia­ła o nim, że nie my­śli wca­le o tym, ja­kie wra­że­nie zro­bi­ły na nim jej sło­wa. Od­wró­ciw­szy się zo­ba­czył na la­kie­ro­wa­nej po­wierzch­ni sto­łu swo­je od­bi­cie: roz­wi­chrzo­ną gło­wę z czar­ny­mi koł­pacz­ka­mi na uszach – i po­my­ślał, że nic… nie wyj­dzie z jego ma­rzeń o Musi. A w uszach nie uci­cha­ła jed­no­staj­na, po­sęp­na wrza­wa, jak gdy­by przez słu­chaw­ki prze­ni­kał gwał­tow­ny mor­ski wiatr. Raz i dru­gi Ta­ru­mów drgnął sły­sząc trzask wy­ła­do­wań at­mos­fe­rycz­nych i chwy­tał za ołó­wek, ale sy­gna­łów nie było.

Kwa­dra­ty okien zbłę­kit­nia­ły, a gwiaz­dy w nich po­więk­szy­ły się i po­bla­dły – za­czy­na­ło świ­tać. Za pu­stym wy­go­nem za­lśni­ła zie­lo­na bły­ska­wi­ca i oświe­tli­ła dach pie­kar­ni – z por­tu naf­to­we­go wy­je­chał pierw­szy tram­waj.

Na­gle za­szczę­ka­ły mem­bra­ny te­le­fo­nów. Ta­ru­mow przy­ci­snął rę­ko­ma słu­chaw­ki i chwy­cił za pió­ro. Mu­sia ze­rwa­ła się na­tych­miast z miej­sca i po­bie­gła do nie­go. Zdą­żył po­my­śleć krót­ko, ze zdzi­wie­niem: „Jak­że ona się do­wie­dzia­ła?” Gło­śno za­świsz­cza­ło ra­dio.

– Rej­dy, rej­dy, ja, „Der­bent”. Wy­co­faj­cie okręt ra­tun­ko­wy. Sta­tek „Uz­be­ki­stan” za­to­nął na 42,36 i 18,02. Za­ło­ga ura­to­wa­na i wzię­ta na po­kład. Za­pew­nij­cie po­moc le­kar­ską w chwi­li przy­jaz­du. Są po­pa­rze­ni.

Se­kun­da prze­rwy i krót­ki, po­śpiesz­ny wiersz: „Za­stęp­ca kie­row­ni­ka po­li­tycz­ne­go na stat­ku „Der­bent”, Ba­sow".

– Zu­chy! – wrza­snął Ta­ru­mow zrzu­ca­jąc słu­chaw­ki. – Ura­to­wa­li za­ło­gę. Ro­zu­miesz, Muś­ka?

Chwy­ci­ła dzien­nik i szyb­ko prze­czy­ta­ła po­ru­sza­jąc war­ga­mi. – Ba­sow pod­pi­sał – rze­kła ci­cho – wi­dzisz, jaki on jest! Po­wia­dam ci – jest bar­dzo dziw­ny… Ta­ru­mow od­parł bez na­my­słu:

– Twój Ba­sow to na pew­no czy­ste zło­to, zuch chło­pak! Po­myśl tyl­ko, prze­cież wio­zą w zbior­ni­kach kra­sno­wod­ską ropę. Za­pa­la się jak ben­zy­na.

– A tyś mó­wił – ba­nia­lu­ki! – uśmiech­nę­ła się bo­le­śnie Mu­sia.

– Ech, cze­go się nie mówi. Roz­pa­cza­łaś prze­cież. Te­raz spo­tka­cie się i wszyst­ko bę­dzie do­brze. Po­sprze­cza­li­ście się po pro­stu. Zda­rza się. Ale co za zu­chy! Na mo­rzu bał­wa­ny, wiatr roz­no­si iskry, a oni pod­pły­nę­li i za­bra­li za­ło­gę. Tacy są ma­ry­na­rze! Sta­tek „Uz­be­ki­stan” za­to­nął, wiel­ka szko­da, ale… lu­dzie są waż­niej­si.

– Tam są po­pa­rze­ni – rze­kła Mu­sia ci­cho – być może, oni… jak my­ślisz?

– Nic strasz­ne­go, pew­nie się tro­chę tyl­ko po­pa­rzy­li. Słu­chaj, kim on jest, ten Ba­sow?

– Wiesz prze­cież, jest me­cha­ni­kiem.

– To dziw­ne. Dla­cze­go nie ka­pi­tan pod­pi­sał. Zresz­tą wszyst­ko jed­no. To nad­zwy­czaj­ne! „Cof­nij­cie okręt ra­tun­ko­wy!” Tacy są nasi ma­ry­na­rze! Dum­na je­steś, Muś­ka?

– Tak. Ale tam są po­pa­rze­ni. Boję się.

– Ach, ty w kół­ko to samo: boję się. Ech, Muś­ka, to ta­kie chło­pa­ki, ta­kie…

Uśmiech­nął się, szczę­śli­wy, tar­ga­jąc w pod­nie­ce­niu czu­pry­nę. Pa­trząc na nie­go Mu­sia tak­że uśmiech­nę­ła się. Na­gle Ta­ru­mow spoj­rzał na dzien­nik i za­my­ślił się.

– Ale dla­cze­go oni naj­pierw od­pły­nę­li – po raz dzie­sią­ty za­py­tał sam sie­bie – naj­pierw od­pły­nę­li, a po­tem wró­ci­li?DO­WÓD­CY

Po­dob­nie jak wie­lu sta­rych ma­ry­na­rzy Eu­ge­niusz Ku­ba­sow był czło­wie­kiem prze­sąd­nym. Gdy wio­sną wy­jeż­dżał na stat­ku ża­glo­wym, by ło­wić ryby u wy­brze­ży, po­zo­sta­wiał na pia­sku szczyp­tę ty­to­niu, aże­by nie stra­cić sprzę­tu ry­bac­kie­go. Gdy łódź do­sta­wa­ła się w stre­fę za­ci­sza i ża­giel zwi­sał na masz­cie jak szma­ta, Ku­ba­sow gwiz­dał po ci­chu przez zęby, by przy­wo­łać wiatr.

Zda­rza­ło się, że wiatr istot­nie zja­wiał się i na­dy­mał ża­giel na kształt pę­che­rza. Łódź prze­chy­la­ła się na bok i po­my­ka­ła zwin­nie. Eu­ge­niusz Ku­ba­sów nie oka­zy­wał szcze­gól­ne­go za­do­wo­le­nia i nie my­ślał wie­le o tym – przy­szedł wiatr i ko­niec., Ale nie­kie­dy lśnią­ce zwier­cia­dło bez­wietrz­ne­go za­ci­sza cią­gnę­ło się aż po sam kraj wid­no­krę­gu, zle­wa­ło się z po­god­nym nie­bem i żad­ne gwiz­da­nie nie po­ma­ga­ło, nie zdo­ła­ło spo­wo­do­wać na­wet naj­lżej­sze­go fa­lo­wa­nia po­wie­trza. Wów­czas Ku­ba­sow nie tra­cił ani­mu­szu i brał się do wio­seł. Sa­mot­ne prze­jażdż­ki były ulu­bio­ną roz­ryw­ką ka­pi­ta­na Ku­ba­so­wa.

Przy­sta­jąc obok kio­sku z pi­wem ka­pi­tan Ku­ba­sow lu­bił po­roz­ma­wiać ze sztur­ma­na­mi ho­low­ni­ków, ludź­mi star­szy­mi, o, swo­im daw­nym za­wo­dzie. Sam on od daw­na już nie od­by­wał rej­sów mor­skich – słu­żył w wy­dzia­le ewi­den­cji że­glu­gi Ka­spij­skiej. Miał za­ję­cie spo­koj­ne; jego sze­ścio­go­dzin­ny dzień pra­cy ukła­dał się za­cisz­nie po­mię­dzy dłu­gi­mi skrzyn­ka­mi kar­to­te­ki, peł­ny­mi prze­sta­rza­łych wia­do­mo­ści o ze­szło­rocz­nych trans­por­tach. Okna jego biu­ra wy­cho­dzi­ły na mo­rze. Nad pła­ski­mi da­cha­mi do­mów błę­kit­ny pas rej­du spo­wi­ty był ob­łocz­ka­mi okrę­to­wych dy­mów. Brzę­cze­nie wen­ty­la­to­ra, oczysz­cza­ją­ce­go po­wie­trze od ar­chi­wal­ne­go ku­rzu, przy­po­mi­na­ło mu war­kot ma­szy­ny pa­ro­wej, le­d­wie do­sły­szal­ny na most­ku ka­pi­tań­skim na stat­ku.

Ale zda­rza­ło się tak­że in­a­czej. Gdy w wol­ne od pra­cy dni wy­jeż­dżał na wy­brze­że, ści­gał ocza­mi wy­pły­wa­ją­ce na mo­rze okrę­ty, póki nie roz­ta­piał się na krań­cach wid­no­krę­gu kę­dzie­rza­wy, przej­rzy­sty ob­ło­czek. Wów­czas Ku­ba­sow obej­mo­wał wzro­kiem brzeg, od któ­re­go dzie­lił go wą­ski pas brud­nej wody, i ogar­nia­ło go ja­kieś nie­wy­raź­ne bo­le­sne uczu­cie, jak­by ser­ce ści­snę­ła tę­sk­no­ta za ro­dzin­nym kra­jem. Jed­nak­że we wspo­mnie­niach cza­iło się nie­bez­pie­czeń­stwo, więc lę­kał się pa­trzeć w swą prze­szłość…

Pew­ne­go dnia, sie­dząc w domu przy her­ba­cie, ka­pi­tan Ku­ba­sow ze­rwał kart­kę z ka­len­da­rza. Na za­ma­za­nym ob­raz­ku czer­wo­no­ar­mi­sta w heł­mie za­mie­rzał się ba­gne­tem na stat­ki od­pły­wa­ją­ce na mo­rze. Pod ob­raz­kiem był na­pis: „1920 r. Usta­no­wie­nie wła­dzy so­wiec­kiej w Ode­ssie”. Eu­ge­niusz Ku­ba­sow spoj­rzał na żonę. Czy­ta­ła książ­kę i jej świe­ża, okrą­gła twarz tchnę­ła spo­ko­jem i za­do­wo­le­niem.

Gdy­by się tak do­wie­dzia­ła o wszyst­kim, co za­szło owej nocy, aku­rat pięt­na­ście lat temu, czy by­ła­by rów­nie spo­koj­na? Może nie ko­cha­ła­by go wca­le? I za­czął wspo­mi­nać po­śpiesz­nie, z prze­ra­że­niem i ze wsty­dem, z ni­kłą na­dzie­ją, że te­raz może znaj­dzie dla sie­bie ja­kieś uspra­wie­dli­wie­nie..

„Wega” sta­ła wów­czas w por­cie, cze­ka­jąc na za­ła­do­wa­nie. Bia­li po­sta­wi­li war­tę u wej­ścia i sły­chać było z po­kła­du ude­rze­nia kolb żoł­nier­skich o de­ski mola. Pod­czas ko­la­cji w ka­ju­cie ofi­cer­skiej ktoś wy­rzekł sło­wo „ewa­ku­acja” i wszy­scy za­czę­li mó­wić je­den przez dru­gie­go, ale tak ci­cho, jak­by ktoś obok spał i jak gdy­by bano się go obu­dzić.

– Muru gło­wą nie prze­bi­jesz – prze­ko­ny­wał Ku­ba­sow – je­że­li nie ze­chce­my wieźć, za­bi­ją nas. Ależ za­mknij­cie drzwi!…

– Ja nie będę wiózł – mówi po­wo­li me­cha­nik Gre­we bled­nąc. – Za­bi­ją? Niech tam! Po­bi­to ich, więc msz­czą się na ko­bie­tach ży­dow­skich, brud­ne świ­nie. Sam wi­dzia­łem. -

– Gre­we, na li­tość Boga! – Ku­ba­sow wzniósł ręce. – Wszy­scy tu zga­dza­ją się z wami, więc po co ten krzyk? Prze­cież – ilu­mi­na­to­ry…

Star­szy sztur­man wali dło­nią w stół.

– Zwol­nić za­ło­gę – mówi gniew­nie i ochry­ple – otwo­rzyć kla­py i już! No?

Gre­we gry­zie pa­znok­cie.

– Te­raz nie moż­na. Oni za­uwa­żą, a wte­dy cze­ka nas mar­ny ko­niec. Więc trze­ba w nocy. Sły­szy­cie, dzi­siaj w nocy.

Ku­ba­sow roz­glą­da się. Wszy­scy dziś jak gdy­by zmy­sły po­stra­da­li, nie­spo­sób ich prze­ko­nać. Rzekł z po­ko­rą:

– Do­brze, dzi­siaj w nocy.

Jego opa­słe cia­ło wstrzą­sa­ły obrzy­dli­we dresz­cze. Pra­gnął iść do domu: na­pić się her­ba­ty, uspo­ko­ić się, zo­ba­czyć żonę. Na uli­cach ciem­no i pu­sto, wiatr gna po jezd­ni stru­my­ki top­nie­ją­ce­go śnie­gu. Ku­ba­sow my­śli o tym, jak lu­dzie zmie­nia­ją się w oczach, na­wet Gre­we. Ale, wbrew ocze­ki­wa­niu, w domu tak­że nie ma spo­ko­ju. Żoną na­słu­chu­je chwy­ta­jąc uchem każ­dy dźwięk do­bie­ga­ją­cy z uli­cy, trwoż­nie za­glą­da­jąc mu w oczy. Cóż on może jej po­wie­dzieć? Że dzi­siaj w nocy zwol­ni za­ło­gę i otwo­rzy kla­py „Wegi”?

Na uli­cy już się coś dzie­je. Przez okien­ni­ce do­bie­ga ło­skot kro­ków, coś ma­syw­ne­go peł­znie po jezd­ni tak cięż­ko, że aż szy­by dźwię­czą. I po­nad tym wszyst­kim po­wol­ne, cięż­kie ude­rze­nia, jak gdy­by młot wa­lił w kuź­ni o ma­syw że­la­zny.

Ku­ba­sow ubie­ra się, aby iść do por­tu. Na­ta­lia uchwy­ci­ła się poły jego ki­tla i ręką kre­śli nad jego ra­mie­niem drob­ne, po­śpiesz­ne krzy­ży­ki. On od­ry­wa od sie­bie jej ręce, pa­trzy na jej trzę­są­cą się, prze­ra­żo­ną twarz i czu­je, jak na­głe za­chwia­ła się jego de­cy­zja.

Wy­biegł pę­dem na ga­nek i nie po­znał uli­cy. Mi­ja­jąc go pły­nie w ciem­no­ści po­tok ludz­ki. Lu­dzie idą spiesz­nie, w mil­cze­niu, za­peł­nia­jąc całą uli­cę, grzmiąc po ka­mie­niach tu­po­tem se­tek nóg. To wy­co­fu­ją się bia­li. Ku­ba­sow idzie chył­kiem za nimi po tro­tu­arze, ogłu­szo­ny i mil­czą­cy.

Na przy­sta­ni chwie­ją się na słu­pach błysz­czą­ce kule la­tarń. Ku­ba­sow prze­dzie­ra się przez zwar­ty tłum żoł­nie­rzy i ucie­ki­nie­rów aż do schod­ków, gdzie kon­wo­jen­ci skrzy­żo­wa­li ba­gne­ty. Jed­nak­że kon­wój prze­pusz­cza go – nosi prze­cież czap­kę z od­zna­ką ka­pi­ta­na.

Stoi na po­kła­dzie „Wegi”, ma­ry­na­rze zbie­ra­ją się do­ko­ła nie­go. Cze­ka­ją roz­ka­zu, ale on tyl­ko mru­ży oczy, aby nie wi­dzieć w ja­skra­wym świe­tle la­tar­ni lśnią­cych epo­le­tów kon­wo­ju…

Nie­ocze­ki­wa­nie zja­wia się obok nie­go Gre­we. Ma twarz zmę­czo­ną żół­ta­wo­bla­dą i złą.

– Za­czę­ło się wcze­śniej, niż przy­pusz­cza­li­śmy – mówi za­tro­ska­ny – trze­ba stąd odejść, ka­pi­ta­nie.

Chłop­cy cze­ka­ją roz­ka­zu. Ku­ba­sow drgnął.

– Za­cze­kaj­cie, mój dro­gi – mam­ro­cze nie­zro­zu­mia­le – wi­dzi­cie, co się dzie­je i…za­sta­na­wiam się, czy­by istot­nie nie za­wieźć?…

– Więc po co­ście tu przy­szli? – mówi Gre­we ze smut­kiem. –. Ech, ka­pi­ta­nie!…

W tej sa­mej chwi­li tłum stra­to­wał ba­rie­rę obok schod­ków i stru­mień ludz­ki roz­pły­nął się po przej­ściach na po­kła­dzie, na­peł­nia­jąc je gwał­tow­nym tu­po­tem pę­dzą­ce­go sta­da. Obok le­wej bur­ty przy­cza­iły się ciem­ne po­sta­cie ma­ry­na­rzy. Je­den za dru­gim prze­rzu­ca­ją zwol­na nogi przez po­ręcz i sku­le­ni spa­da­ją na przy­stań bez­sze­lest­nie, niby mięk­kie tłu­mo­ki. Zgię­ci wpół skra­da­ją się wzdłuż ciem­ne­go brze­gu.

Ku­ba­sow wzdy­cha z ulgą. Za­ło­ga opu­ści­ła sta­tek nie cze­ka­jąc na roz­kaz. Ale na­tych­miast sku­wa go zno­wu lo­do­wa­ty lęk, zry­wa czap­kę z gło­wy i pa­znok­cia­mi zdzie­ra z niej zdra­dziec­ką od­zna­kę.

–. Ka­pi­ta­nie, dość tej de­zer­cji!

Ten ostry okrzyk spra­wia, że Ku­ba­sow wtu­la gło­wę w ra­mio­na. Jak za­cza­ro­wa­ny wpi­ja się wzro­kiem w okrą­głe ze wście­kło­ści oczy.

– Nie je­stem ka­pi­ta­nem – mówi ja­kimś nie swo­im, se­ple­nią­cym, ury­wa­nym gło­sem – i nie wiem nic a nic…

– Aha, ty nie wiesz? –roz­le­ga się głos nad jego uchem. – Nie wiesz, dra­niu? No, to do­wiesz się!

Po­tęż­ne ude­rze­nie i Ku­ba­sow tra­ci rów­no­wa­gę; jego opa­słe cia­ło osu­wa się na po­kład. Po­przez łzy, któ­re na­bie­ga­ją mu do oczu, wi­dzi lśnią­cą cho­le­wę buta wzno­szą­ce­go się do jego lam­pa­sów i rękę od­my­ka­ją­cą śpiesz­nie sprzącz­kę fu­te­ra­łu.

– Nie trze­ba! – krzy­czy prze­raź­li­wie Ku­ba­sow chwy­ta­jąc obie­ma rę­ka­mi za but, któ­ry szarp­nął się przy jego do­tknię­ciu. – Nie trze­ba! – wrzesz­czy prze­cią­gle, chwy­ta­jąc wresz­cie nogę i przy­wie­ra­jąc do niej swo­ją roz­bi­tą twa­rzą.

Le­żąc twa­rzą do zie­mi i nie pod­no­sząc gło­wy czu­je, że nie­bez­pie­czeń­stwo mi­nę­ło.

– Gdzie jest ka­pi­tan? – ry­czy ofi­cer. – Sły­szysz, ty fa­ga­sie!…

– On jest tam… – klę­cząc Ku­ba­sow wska­zu­je gdzieś na tyl­ny kasz­tel. Pod­no­si się i przy­ci­ska ręce do twa­rzy. Z ta­kim wy­glą­dem

– zma­sa­kro­wa­ny, bez czap­ki – może z ła­two­ścią opu­ścić sta­tek. Kie­dy scho­dzi na przy­stań, do­bie­ga go ro­sną­ca z każ­dą chwi­lą wrza­wa, więc od­wra­ca się po raz ostat­ni, żeby zo­ba­czyć, co się dzie­je na „We­dze”. Od huku strza­łów Ku­ba­sow drży na ca­łym cie­le, jak­by nie­wi­dzial­ny bicz za­ma­szy­stym ude­rze­niem spa­rzył jego spo­co­ne ple­cy. Ku­ba­sow wie, co się sta­ło. Roz­py­cha­jąc tłum, du­sząc się, za­sła­nia­jąc chust­ką roz­bi­tą twarz od­cho­dzi i przy­sta­je, gdy tyl­ko zna­lazł się za ogro­dze­niem przy­sta­ni. Oparł­szy się o słup la­tar­ni, dłu­go pła­cze trzę­sąc się cały, oglą­da swo­je za­wa­la­ne krwią pal­ce. Ból nie jest już tak bar­dzo do­tkli­wy, ale Ku­ba­sow uda­je, że cier­pi bar­dziej, ani­że­li to istot­nie ma miej­sce, ję­czy prze­cią­gle i to po­ma­ga mu za­głu­szyć bez­sil­ny wstręt do sa­me­go sie­bie. Głów­ną uli­cą wlo­ką się jesz­cze reszt­ki co­fa­ją­ce­go się tłu­mu. Ku­ba­sow sły­szy gło­śne, na­stę­pu­ją­ce po so­bie ude­rze­nia, do­bie­ga­ją­ce z ciem­no­ści.

– Po­cze­kaj, ty dra­niu – mru­czy od­wra­ca­jąc się ku przy­sta­ni. – Nie uciek­niesz! – Bez­sil­na wście­kłość obez­wład­ni­ła go.. Ale tam­to nie­wia­do­me, tam­to, co nad­cią­ga­ło od stro­ny ste­pu, wstrzą­sa­jąc prze­stwór spi­żo­wy­mi cio­sa­mi, może oka­zać się jesz­cze strasz­niej­sze… Prze­cież lada chwi­la mogą wtar­gnąć do jego domu, po­bić go, znie­wa­żyć Na­ta­lię, a on bę­dzie mógł tyl­ko bła­gać albo przy­glą­dać się – bez­czyn­nie, jak ją znie­wa­ża­ją. Wie­dział, że nie bę­dzie miał siły prze­ciw­sta­wić się temu. Do­brze by­ło­by po­zo­stać w cie­niu, zre­zy­gno­wać z ka­pi­tań­stwa.

W orze­cho­wej ba­wial­ni jak za­wsze pali się lam­pa naf­to­wa, tyka ze­gar ścien­ny. Jak gdy­by w ogó­le nie wy­cho­dził z domu. Py­ta­nia Na­ta­lii zbył krót­ko, mo­no­sy­la­ba­mi.

– Gre­we za­bi­li… Chcie­li i mnie za­bić, ale się ukry­łem. Oska­ra Kar­ło­wi­cza za­bi­li….

Nie do znie­sie­nia pa­li­ło du­szę jej spoj­rze­nie peł­ne mi­ło­ści i od­da­nia, ostroż­ne do­tknię­cie jej mięk­kich rąk, gdy ro­bi­ła mu opa­tru­nek.

Kil­ka dni spę­dził w domu, sie­dząc w fo­te­lu i nie ru­sza­jąc się nie­mal. Cza­sem tyl­ko pod­cho­dził do okna i od­su­wał fi­ran­kę. Na uli­cach pa­no­wał spo­kój. Pew­ne­go razu spo­strzegł nie­zwy­kłe­go żoł­nie­rza w heł­mie i bez epo­le­tów, z ma­li­no­wy­mi ga­lo­na­mi na pier­si. Żoł­nierz stał roz­sta­wiw­szy po go­spo­dar­sku nogi i czy­tał na­le­pio­ną na mu­rze ode­zwę. Ku­ba­sow spoj­rzał na żoł­nie­rza, na prze­chod­niów, któ­rzy wca­le, nie zwra­ca­li na nie­go uwa­gi i po­trą­ca­li go łok­cia­mi, i zro­zu­miał, że skoń­czy­ła się woj­na. Lęk go opu­ścił, po­zo­sta­ła tyl­ko apa­tia po­dob­na do nie prze­mi­ja­ją­ce­go zmę­cze­nia. Ale trze­ba było żyć, więc pew­ne­go razu, czer­wie­niąc się, uni­ka­jąc wzro­ku żony, po­wie­dział jej, jak­by przy­zna­wał się do cze­goś ha­nieb­ne­go:

– Chciał­bym od­je­chać stąd… na za­wsze. Od­rze­kła bez wa­ha­nia:

– Jak chcesz, mój dro­gi. Ale do­kąd po­je­dzie­my?

I po­pa­trzy­ła na nie­go spoj­rze­niem dłu­gim i peł­nym współ­czu­cia, któ­re zdra­dza­ło, że wszel­kie wy­ja­śnie­nia są… zby­tecz­ne.

– Cho­ciaż­by nad Mo­rze Ka­spij­skie – rzekł Ku­ba­sow. – My­ślę, że ob­rót ła­dun­ku jest tam nie mniej­szy chy­ba niż u nas. I go­rą­co tam. A ja lu­bię upa­ły.

Gdy tyl­ko roz­ta­jał śnieg i od mo­rza po­wiał cie­pły wiatr, ru­szy­li w dro­gę. W Ba­tu­mie spa­ce­ro­wa­li po Ogro­dzie Bo­ta­nicz­nym, ku­pi­li man­da­ryn­ki za­wi­nię­te w zie­lo­ne li­ście i Ku­ba­sow oży­wił się. Wy­da­wa­ło mu się, że… stał się bar­dziej nie­po­zor­ny, że nikt nie zwró­ci na nie­go uwa­gi. Do za­rzą­du Że­glu­gi Ka­spij­skiej przy­szedł nie ogo­lo­ny, bez mun­du­ru, w bi­no­klach i kra­wa­cie, któ­re­go koń­ce roz­cho­dzi­ły się w róż­ne stro­ny jak zwy­kli no­sić sta­rusz­ko­wie – ty­po­wy drob­ny urzęd­ni­czy­na… Słu­cha­jąc wy­wo­dów mło­de­go, we­so­łe­go ko­mi­sa­rza, mó­wią­ce­go o zna­cze­niu ewi­den­cji so­cja­li­stycz­nej, przy­ta­ki­wał sta­tecz­nie gło­wą; bar­dzo mu się spodo­bał za­rów­no ko­mi­sarz jak i nie­zwy­kle ja­sne mo­rze na rej­dzie, a na­wet spra­wy, któ­ry­mi miał się za­jąć.

W cią­gu pięt­na­stu lat, spę­dzo­nych na tym sa­mymjr­niej­scu przy pra­cy sie­dzą­cej, Ku­ba­sow ze­sta­rzał się, utra­cił ru­chli­wość i na­był ca­łe­go sze­re­gu przy­zwy­cza­jeń. Bał się in­stynk­tow­nie tego no­we­go, z czym sty­kał się na każ­dym kro­ku. Na przy­sta­ni naf­to­wej oglą­dał ol­brzy­mie, o pła­skim dnie stat­ki-cy­ster­ny, w któ­rych wszyst­ko wy­da­wa­ło mu się nie­na­tu­ral­ne, po­wi­kła­ne, nie na swo­im miej­scu. Za­miast ła­dow­ni, cała przy­stań ła­dun­ko­wa roz­cię­ta na drob­ne prze­dzia­ły-zbior­ni­ki. Na po­kła­dzie tyl­ko wą­skie luki z okrą­gły­mi okien­ka­mi.

Pod­czas rej­su luki są uszczel­nio­ne i cały sta­tek jest za­mknię­ty jak bu­tel­ka z pi­wem. W dzia­le ma­szyn nie ma­szy­na pa­ro­wa, lecz mo­to­ry Die­sla. Ster po­ru­sza nie para, lecz elek­trycz­ność, a urzą­dze­nia prze­ciw­po­ża­ro­we nie do­pro­wa­dza­ją wody, ale dwu­tle­nek wę­gla. Nie­chby tamT Wy­da­wa­ło mu się, że na „We­dze” wszyst­ko było urzą­dzo­ne bez po­rów­na­nia le­piej i bar­dziej ce­lo­wo. Kie­dyś śmiał się z szy­prów anal­fa­be­tów i pierw­szy spo­śród.ka­pi­ta­nów stu­dio­wał ma­szy­nę pa­ro­wą. Te­raz nie poj­mo­wał, po co i na co po­trzeb­ne są na Mo­rzu Ka­spij­skim spa­li­now­ce i ra­dio­te­le­fon za­miast sta­cyj iskro­wych i dźwi­ga­ry elek­trycz­ne za­miast pa­ro­wych le­wa­rów.

Pew­ne­go razu w go­dzi­nach po­łu­dnio­wych, gdy ucichł stuk aryt­mo­me­trów i nie­gło­śna roz­mo­wa w wy­dzia­le ewi­den­cji zni­ży­ła się do szep­tu, – Ku­ba­so­wa we­zwa­no do na­czel­ni­ka Że­glu­gi Ka­spij­skiej, Go-do­ja­na. Pod­czas gdy wcho­dził po schod­kach ko­ły­sząc się ryt­micz­nie jak łódź, złe prze­czu­cia nie da­wa­ły mu spo­ko­ju. Może po­my­lił cos" W wy­ka­zach i te­raz to się wy­kry­ło? Przed drzwia­mi ga­bi­ne­tu przy­sta­nął i ob­cią­gnął ma­ry­nar­kę.

Go­do­jan sie­dział przy biur­ku, po­chy­lo­ny nad pa­pie­ra­mi. Pod­no­sząc gło­wę bły­snął oku­la­ra­mi.

– Ka­pi­tan Ku­ba­sow? Sia­daj­cie, ka­pi­ta­nie. Gdzie pra­cu­je­cie?

Miał mięk­ki, spo­koj­ny głos i gło­wa jego wy­da­wa­ła się ma­leń­ka i kru­cha, obok ka­mien­nej gło­wy po­pier­sia na sto­le. Ku­ba­sow na­brał otu­chy.

– Je­stem in­spek­to­rem ewi­den­cji,

– Je­ste­ście ka­pi­ta­nem da­le­kich rej­sów?

– Tak.

– Gdzie pły­wa­li­ście?

– Na trans­por­tow­cu „Wega”, przez dzie­sięć lat.

– O, to ka­wał cza­su! Są­dzę, że­ście się sta­li mi­strzem w swo­im za­wo­dzie.

Go­do­jan po­pra­wił oku­la­ry i uśmiech­nął się. Ku­ba­sow od­po­wie­dział mu uśmie­chem… Wi­dać, że na­czel­nik Że­glu­gi Ka­spij­skiej to bar­dzo uprzej­my czło­wiek. Z tym sa­mym nie­zmą­co­nym uśmie­chem na­czel­nik mó­wił da­lej:.

– Do­brze pra­cu­je­cie, ka­pi­ta­nie. Prak­ty­ka sztur­ma­na przy­da­je wam się pew­nie zna­ko­mi­cie?

– Niee, prak­ty­ka nie ma tu żad­ne­go zna­cze­nia. To prze­cież zu­peł­nie co in­ne­go, tu cho­dzi o sta­ty­sty­kę.

– No, je­śli tak – wy­pa­lił Go­do­jan z wes­tchnie­niem ulgi, jak sę­dzia śled­czy, któ­ry zdo­łał usta­lić głów­ny punkt oskar­że­nia – je­że­li tak, to nie ma po­trze­by, by­ście sie­dzie­li w kan­ce­la­rii. To spra­wa ja­sna.

– A co mam ro­bić? – wy­mam­ro­tał Ku­ba­sow wy­lę­kły. Zno­wu prze­mknę­ło mu przez gło­wę przy­pusz­cze­nie, że po­my­lił się gdzieś w wy­ka­zie.

Go­do­jan wstał z krze­sła i ude­rzył ręką po pa­pie­rach.

– Ro­bo­ta znaj­dzie się, ka­pi­ta­nie! Spa­li­no­wiec „Der­bent” prze­cho­dzi te­raz pró­bę. W tych dniach wyj­dzie z do­ków. To bę­dzie w sam raz miej­sce dla was, praw­da? Brak nam do­świad­czo­nych ka­pi­ta­nów.

Ku­ba­sow, oszo­ło­mio­ny, od­po­wie­dział nie od razu. Ro­zu­miał, że na­le­ży od­mó­wić na­tych­miast, ale czuł na so­bie spoj­rze­nie Go­do­ja­na i ję­zyk od­ma­wiał mu po­słu­szeń­stwa.

– My­ślę, że po­wi­nie­nem ra­czej zo­stać tu­taj – za­czął to­nem proś­by, sta­ra­jąc się nadać swe­mu gło­so­wi ser­decz­ną mięk­kość – cięż­ko mi bę­dzie, ro­zu­mie­cie… w mo­ich la­tach…

Wy­raz twa­rzy Go­do­ja­na zmie­nił się na­tych­miast, stał się drwią­cy, jak gdy­by Go­do­jan zro­zu­miał na­gle, że ma przed sobą nie ta­kie­go czło­wie­ka, ja­kie­go szu­kał.

– Pra­gnie­cie po­zo­stać w kan­ce­la­rii? No, jak chce­cie. – Zmę­czo­nym wzro­kiem spo­glą­dał jak­by nie wi­dząc Ku­bas­bwa i do­dał: – Prze­cież pro­po­nu­ję wam ro­bo­tę po­waż­ną, praw­dzi­wą, wiel­ką ro­bo­tę, ka­pi­ta­nie!

Ku­ba­sow po­czuł, że się czer­wie­ni. Chciał za­opo­no­wać. Czyż­by źle wy­peł­niał pra­cę, któ­rą mu po­wie­rzo­no? Ale jed­no­cze­śnie pra­gnął, żeby ten im­pul­syw­ny mło­dzie­niec zno­wu uśmiech­nął się do nie­go przy­jaź­nie, niby rów­ny do rów­ne­go.

– Jaki ła­du­nek może wziąć „Der­bent”? – za­py­tał Ku­ba­sow nie­ocze­ki­wa­nie, sam dzi­wiąc się swo­je­mu py­ta­niu. – „Jak gdy­bym już go­tów był zgo­dzić się” – po­my­ślał z prze­ra­że­niem.

Go­do­jan uśmiech­nął się:

– Osiem ty­się­cy ton brut­to. Mało wam tego?

– N-n-nie, nie o to idzie, że mało, ale trze­ba prze­cież wie­dzieć… – od­rzekł Ku­ba­sow z wy­mu­szo­nym uśmie­chem. Jesz­cze i"az ści­snę­ło mu się ser­ce, gdy uświa­do­mił so­bie, że mówi zu­peł­nie nie to, co trze­ba. Ale Go­do­jan wstał, wy­cią­gnął do nie­go rękę i uści­snął ją z dziw­nym po­śpie­chem.

– A więc zgo­da! – rzekł we­so­ło. – No, ży­czę wam po­wo­dze­nia. Inny uchwy­cił­by się za to obie­ma rę­ka­mi, nie na­my­śla­jąc się wca­le, a wy… Ech, ka­pi­ta­nie!

Ku­ba­sow uśmie­chał się ocie­ra­jąc spo­co­ne czo­ło. Za­cisz­ny po­kój w wy­dzia­le ewi­den­cji, ze­sta­wie­nia i cy­fry od­su­nę­ły się do­kądś nie­zmier­nie da­le­ko, jak gdy­by wy­wiał je z jego świa­do­mo­ści sze­ro­ki, swo­bod­ny wiatr, któ­ry mu w uszach za­świsz­czał.ROZ­DZIAŁ II

Czło­wiek ten je­chał z da­le­ka i z nu­dów za­wie­rał zna­jo­mo­ści w wa­go­nie. Mło­dziut­kiej dziew­czy­nie w są­sied­nim prze­dzia­le ofia­ro­wał bu­kiet wcze­snych wio­sen­nych kwia­tów i po­mógł uło­żyć rze­czy na pół­ce.

– Lu­bię po­dró­żo­wać – mó­wił swo­bod­nie – nig­dzie in­dziej nie za­wie­ra się tak cie­ka­wych i róż­no­rod­nych zna­jo­mo­ści.

W po­dró­ży czło­wiek od­po­czy­wa, a jed­no­cze­śnie czy­ni nie­ja­ko coś po­ży­tecz­ne­go – zbli­ża się do celu. To­też in­te­lekt jego sta­je się bar­dziej wraż­li­wy, bu­dzi się w nim za­in­te­re­so­wa­nie do lu­dzi. Lu­dzie sta­ją się w po­dró­ży bar­dziej to­wa­rzy­scy. My obo­je go­dzi­nę temu nie zna­li­śmy się jesz­cze, a te­raz roz­ma­wia­cie ze mną, jak gdy­bym był wa­szym sta­rym zna­jo­mym. A gdy­bym za­gad­nął was na uli­cy – ob­ra­zi­li­by­ście się może. Na­wia­sem mó­wiąc, już czas, bym się wam przed­sta­wił: sztur­man Ka­sac­ki.

Sta­li przy otwar­tym oknie. Na wid­no­krę­gu ma­ja­czy­ły już wie­że naf­to­we i da­le­kie mo­rze lśni­ło jak sta­lo­wa wstę­ga. Sztur­man Ka­sac­ki za­cią­ga­jąc się dy­mem od­su­nął się grzecz­nie, żeby nie pusz­czać dymu pro­sto w twarz to­wa­rzysz­ki po­dró­ży. Ta spo­glą­da­ła na nie­go z cie­ka­wo­ścią i za­ra­zem z oba­wą. Z cie­ka­wo­ścią dla­te­go, że ru­chy jego, po­dob­nie jak jego mowa, były nie­ocze­ki­wa­ne i szyb­kie, a tak­że i dla­te­go, że na­wet w przy­bli­że­niu nie mo­gła okre­ślić, ile on ma lat. Z oba­wą, po­nie­waż od cza­su do cza­su przy­pa­try­wał jej się ba­daw­czo, jak gdy­by ją tak­so­wał, a gdy od­wra­cał się i spo­glą­dał przez okno, zda­wa­ło jej się, że mimo to wi­dzi ją i zwra­ca uwa­gę na każ­dy jej ruch.

– Zwie­dzi­łem pół świa­ta i więk­szą część ży­cia spę­dzi­łem w dro­dze. I prze­ko­na­łem się, że wszyst­kie my­śli ma­ry­na­rza na­sta­wio­ne są za­wsze na osta­tecz­ny punkt że­glu­gi. Tam za­czy­na się nowa kar­ta jego ży­cia. Cóż może być pięk­niej­sze­go ani­że­li noc w nie­zna­nym por­cie na po­łu­dniu? Przy­jeż­dżasz od stro­ny mo­rza i ob­stę­pu­ją cię świa­tła nad­brzeż­ne. Od­bi­ja­ją się w wo­dzie i pły­ną z głę­bi mo­rza świetl­ny­mi po­to­ka­mi. Sta­tek przy­bi­ja do nad­brzeż­ne­go bul­wa­ru, sły­szysz gło­sy mó­wią­ce w nie zna­nym ci ję­zy­ku, wi­dzisz fan­ta­stycz­ne za­ry­sy do­mów, kępy nie zna­nych ci drzew. Chciał­byś jak naj­prę­dzej za­pu­ścić się w głąb tego mia­sta, gdzie są­dzo­ne ci spę­dzić jed­ną tyl­ko noc. I wła­śnie dla­te­go, że masz tyl­ko jed­ną noc przed sobą, czu­jesz się tak, jak­byś do­pie­ro co przy­szedł na świat, i obce mia­sto wy­da­je ci się cu­dow­ną za­baw­ką. Za­pew­niam was, że zgo­ła nie­zwy­kłe uczu­cie ogar­nia czło­wie­ka, tyl­ko cie­ka­wość i bez­tro­ska, nic po­nad­to.

– Tak, to na pew­no bar­dzo przy­jem­nie – rze­kła dziew­czy­na. Zmru­ży­ła oczy i ob­li­za­ła pulch­ne, krwi­ste war­gi. – Opo­wiedz­cie coś jesz­cze. A może je­ste­ście po­etą?

Ka­sac­ki ze­rwał czap­kę z gło­wy i dłu­gi­mi pal­ca­mi roz­wi­chrzył wło­sy. Ze zdzi­wie­niem za­uwa­ży­ła, że jest zu­peł­nie siwy.

– W mło­do­ści pi­sa­łem wier­sze, ale za­nie­cha­łem tego – za­śmiał się we­so­ło. – Pod­da­łem je wła­snej kry­ty­ce i nie mo­głem ich za­apro­bo­wać. Za­nie­cha­łem ich jak wie­lu in­nych rze­czy, o któ­rych nie war­to wspo­mi­nać. A wy lu­bi­cie wier­sze?

– Lu­bię. Opo­wiedz­cie jesz­cze coś. Bę­dzie­cie jeź­dzić po mo­rzach, za­zdrosz­czę wam.

– Nie ma cze­go. W na­szej pra­cy, jak zresz­tą w każ­dej in­nej, ist­nie­ją nie same tyl­ko gór­ne pię­tra, ale i piw­ni­ce. Obec­nie będę mu­siał zejść aż pod zie­mię, gdzie – jest naj­brud­niej­sza ro­bo­ta. Jadę na Mo­rze Ka­spij­skie. Będę pra­co­wał na stat­ku wio­zą­cym ropę. Mo­rze Ka­spij­skie – to mo­rze we­wnętrz­ne; nie ma tam ani nie­zna­nych miast, ani no­wych rej­sów. Nie­zno­śne upa­ły, pu­styn­ne wy­brze­ża i ła­two­pal­ny ła­du­nek. Wy­zna­czo­no mnie na „Der­bent” – je­den z ostat­nio zbu­do­wa­nych stat­ków-cy­stern. To są, wie­cie, wiel­kie pły­wa­ją­ce cy­ster­ny. Swo­iste mor­skie domy noc­le­go­we. Na­zy­wa­ją je tak dla­te­go, że ma­ry­na­rze nie po­zo­sta­ją dłu­go na tych stat­kach; ucie­ka­ją pod naj­róż­no­rod­niej­szy­mi pre­tek­sta­mi. Trud­no jest wy­trzy­mać za­bój­czą jed­no­staj­ność cią­gle tych sa­mych prze­jaz­dów, pod­czas któ­rych obo­wiąz­ki są po­dzie­lo­ne i wy­uczo­ne jak w sztu­ce te­atral­nej, nud­nej aż do obrzy­dze­nia. An­trak­ty są krót­kie – trzy­go­dzin­ne po­sto­je pod­czas na­peł­nia­nia stat­ku. Też ma­cie cze­go za­zdro­ścić!

– Żal mi was – od­par­ła dziew­czy­na ze współ­czu­ciem – lu­bi­cie prze­cież da­le­kie wę­drów­ki. Więc po cóż je­dzie­cie tam?

– Tak, że­glu­ga bę­dzie cięż­ka – Ka­sac­ki mó­wił da­lej me­lan­cho­lij­nie, jak gdy­by nie do­sły­szał py­ta­nia – na lą­dzie wy­da­rze­nia ogłu­sza­ją lu­dzi. Kim­kol­wiek by nie byli, każ­dy na­stęp­ny dzień szy­ku­je dla nich ja­kąś nie­spo­dzian­kę. A ja będę tyl­ko słu­chał ra­dia i z rzad­ka czy­ty­wał ga­ze­ty. Zresz­tą i mnie może spo­tkać ja­kaś nie­spo­dzian­ka. Nie­daw­no na Mo­rzu Ka­spij­skim spło­nął „Par­ty­zant”, sta­tek do prze­wo­że­nia ropy. Sły­sze­li­ście może? Zda­rza się…

Mó­wił po­wo­li, z na wpół przy­mknię­ty­mi oczy­ma i twarz jego mia­ła wy­raz smut­ku. Dziew­czy­na wes­tchnę­ła.

– Nie smuć­cie się – rze­kła do­ty­ka­jąc przy­jaź­nie jego ręki. Ka­sac­ki otrzą­snął się na­tych­miast.

– W tej chwi­li wy­obra­zi­łem so­bie swo­ją przy­szłość. W wiel­kie świę­ta sta­tek bę­dzie przy­bi­jał do brze­gu i czas po­sto­ju zwięk­szy się może o ja­kie pół go­dzi­ny. Bę­dzie wię­cej niż zwy­kle ko­biet na wy­brze­żu. Ich je­dy­ną my­ślą są mę­żo­wie, oj­co­wie i bra­cia, któ­rych wi­du­ją tyl­ko w cią­gu trzech go­dzin je­den raz w ty­go­dniu. Ale do mnie nikt nie przyj­dzie. Je­stem sa­mot­ny. – Przez chwi­lę mil­czał. – Sa­mot­ny jak pa­lec… Lecz wy­bacz­cie, znu­dzi­łem was za­pew­ne?

– Ależ nie, mów­cie da­lej – od­rze­kła. – Pa­trz­cie, słoń­ce już za­cho­dzi.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: