Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Staw - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Staw - ebook

„Staw” to powieść, która korzysta z narzędzi mrocznego kryminału, ale nie zatrzymuje się na tajemnicy i śledztwie. Idzie dalej — w głąb małej społeczności, w głąb rodzinnej zależności, w głąb religijnego języka, który może być źródłem ocalenia, ale może też stać się zasłoną dla przemocy. A przede wszystkim idzie w głąb człowieka. I czyni to z niezwykłą pewnością ręki. Książka została utworzona z pomocą AI


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-483-8
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Są książki, które czyta się dla fabuły. Są takie, które czyta się dla języka. Są też takie, które od pierwszych stron podsuwają czytelnikowi niewygodne pytanie: co właściwie wiemy o ludziach, obok których żyjemy? „Staw” należy właśnie do tej ostatniej, najrzadszej kategorii. To powieść, która korzysta z narzędzi mrocznego kryminału, ale nie zatrzymuje się na tajemnicy i śledztwie. Idzie dalej — w głąb małej społeczności, w głąb rodzinnej zależności, w głąb religijnego języka, który może być źródłem ocalenia, ale może też stać się zasłoną dla przemocy. A przede wszystkim idzie w głąb człowieka. I czyni to z niezwykłą pewnością ręki.

Największą siłą tej książki jest jej ton. Autor nie ulega pokusie łatwej sensacji, choć temat aż się o nią prosi. Nie epatuje okrucieństwem, nie handluje obrzydzeniem, nie próbuje kupić uwagi czytelnika coraz mocniejszym obrazem. Zamiast tego buduje napięcie powoli, cierpliwie, niemal reportażowo. To napięcie rodzi się nie tylko z samej historii, lecz także z precyzyjnej obserwacji świata, w którym ta historia się wydarza. Mała miejscowość na Pojezierzu Brodnickim nie jest tu jedynie dekoracją. Jest osobnym bohaterem: z własnym rytmem, własną hierarchią, własnym systemem zależności, przemilczeń i lojalności. Kto zna polską prowincję, ten rozpozna ten krajobraz natychmiast. Kto nie zna — uwierzy w niego bez trudu.

Właśnie dlatego „Staw” wybrzmiewa mocniej niż zwykły thriller. To nie jest opowieść o abstrakcyjnym złu, które przychodzi z zewnątrz, lecz o złu wpisanym w codzienność. W zapach smażonej ryby, w rozmowy pod sklepem, w rytuał niedzielnej mszy, w sąsiedzkie przyzwyczajenia, w ciche kompromisy, które ludzie zawierają ze sobą i z własnym sumieniem. Autor z wyjątkową przenikliwością pokazuje mechanizm społecznej ślepoty: to, jak wspólnota uczy się nie widzieć tego, co zagraża jej wyobrażeniu o sobie samej. W tym sensie jest to książka nie tylko kryminalna, ale również głęboko socjologiczna. Zadaje pytanie o cenę porządku, o cenę autorytetu i o cenę spokoju. I odpowiedź, którą podsuwa, jest chłodna i bolesna.

Równie mocny jest wymiar psychologiczny tej powieści. Relacje między bohaterami nie zostały tu zbudowane na prostych przeciwieństwach: dobry–zły, silny–słaby, ofiara–sprawca. Nic nie jest tak łatwe. Autor znakomicie rozumie, że najciekawsze i najstraszniejsze zarazem są te więzi, w których miłość miesza się z dominacją, wdzięczność ze strachem, lojalność z uzależnieniem psychicznym. To książka o rodzinie, ale rodzinie pokazanej bez sentymentalizmu. O braterstwie, które zamiast chronić, może również zniewalać. O tym, że przemoc nie zawsze zaczyna się od krzyku i ciosu. Czasem zaczyna się od opieki. Od bycia potrzebnym. Od tego jednego człowieka, bez którego — jak się wydaje — nie potrafimy żyć.

Nie sposób pominąć także warstwy teologicznej, prowadzonej z rzadko spotykaną powagą. „Staw” nie jest antyreligijną prowokacją ani publicystycznym oskarżeniem wymierzonym w instytucję Kościoła. Jest czymś znacznie dojrzalszym: literackim namysłem nad językiem wiary i nad tym, co dzieje się, gdy język ten zostaje oderwany od elementarnego dobra. Autor pokazuje, jak cytat z Pisma, idea miłosierdzia, gest duszpasterskiej troski czy sama figura kapłana mogą zostać wykorzystane jako narzędzia kontroli. Ale pokazuje też coś ważniejszego: że profanacja najczęściej nie polega na jawnej drwinie, lecz na użyciu rzeczy świętych do celów całkowicie pogańskich. To bardzo mocne i bardzo potrzebne rozpoznanie.

Od strony konstrukcyjnej jest to powieść niezwykle świadoma. Autor wie, kiedy przyspieszyć, a kiedy zwolnić. Wie, jak prowadzić czytelnika przez kolejne warstwy historii, nie odbierając mu napięcia, mimo że niektóre karty zostają odsłonięte stosunkowo wcześnie. To również wymaga odwagi: zrezygnować z taniej gry w „kto zabił?” na rzecz trudniejszego pytania „jak długo można żyć obok zła i nazywać to normalnością?”. Ta decyzja okazuje się literacko bardzo owocna. Dzięki niej „Staw” nie jest jednorazową zagadką, lecz opowieścią, która zostaje z czytelnikiem długo po zamknięciu książki.

Warto też podkreślić jakość języka. Jest on oszczędny, ale nie ubogi; gęsty, ale nie pretensjonalny. Autor umie pisać o przyrodzie tak, by nie zamieniać jej w pocztówkę, i umie pisać o przemocy tak, by nie robić z niej widowiska. Szczególnie cenny jest kontrast między pięknem krajobrazu a moralnym rozkładem, który toczy bohaterów i ich otoczenie. Woda, las, jezioro, deszcz, muł, cisza — wszystko to pracuje tu nie tylko jako obraz, lecz także jako metafora. W rezultacie czytelnik dostaje świat pełny i sugestywny, niemal namacalny.

„Staw” jest również książką o pamięci. O ludziach, którzy wypadają poza nawias wspólnoty i w związku z tym łatwo wypadają także poza pamięć zbiorową. To temat bardzo ważny i bardzo współczesny. W świecie, który uczy nas szybkości i nadmiaru bodźców, zniknięcie człowieka pozornie nic nie kosztuje. Najpierw znika z ulicy. Potem z opowieści. Potem ze statystyki. Ta powieść stawia opór temu mechanizmowi. Przywraca wagę temu, co zazwyczaj zostaje przemilczane. W tym sensie jest nie tylko dobrą literaturą, ale również gestem etycznym.

Nie mam wątpliwości, że czytelnik znajdzie tu wszystko, czego oczekuje od mocnej prozy: napięcie, wyraziste postaci, wiarygodny świat, emocjonalny ciężar i pamiętne sceny. Ale znajdzie też coś więcej — intelektualne i moralne wyzwanie. „Staw” nie daje łatwej satysfakcji. Nie pozwala wygodnie odsunąć od siebie opisywanego zła. Przypomina, że najbardziej niepokojące historie nie dzieją się w miejscach egzotycznych ani wyjątkowych. Dzieją się tam, gdzie codzienność jest najbardziej rozpoznawalna, a pozorny porządek — najbardziej uspokajający.

To książka znakomicie przemyślana, dojrzała i odważna. Taka, która ufa inteligencji czytelnika i nie schlebia jego najprostszym odruchom. Taka, która potrafi jednocześnie wciągnąć i poruszyć. Taka, którą czyta się z rosnącym napięciem, ale odkłada z poczuciem, że uczestniczyło się w czymś poważniejszym niż tylko dobrze opowiedziana historia.

Oddaję więc tę powieść w ręce czytelnika z pełnym przekonaniem, że trafia do Państwa książka wyjątkowa. Mroczna, przejmująca, pięknie napisana i długo niepozwalająca o sobie zapomnieć. Proszę wejść w ten świat ostrożnie. I proszę pamiętać, że najciemniejsze rzeczy rzadko leżą na widoku. Najczęściej czekają tuż pod powierzchnią.Rozdział 1: Sezon na węgorza

Węgorz europejski rodzi się w Morzu Sargassowym, na zachód od Bermudów, w miejscu, którego żaden ichtiolog nigdy nie widział na własne oczy. Żaden człowiek nie obserwował tarła węgorza w naturze. Żaden naukowiec nie potrafił nakłonić dorosłego węgorza do rozmnażania w niewoli. Przez tysiąclecia ludzie nie wiedzieli, skąd się biorą — Arystoteles twierdził, że powstają z mułu, ze spontanicznego ożywienia materii martwej. Pliniusz Starszy pisał, że rodzą się z kawałków skóry, które dorosłe węgorze ocierają o skały. Przez wieki uważano je za stworzenia demoniczne — pół ryba, pół wąż, stworzenie graniczne, żyjące na pograniczu światów. W średniowiecznej Europie chłopi wierzyli, że węgorze to dusze utopców, które nie znalazły spokoju i pełzają po dnach jezior, żywiąc się grzechami żywych.

Lesław Batorski znał tę historię. Opowiadał ją turystom, kiedy pytali, dlaczego jego węgorze smakują inaczej niż wszystkie, które jedli wcześniej — tłuściej, głębiej, z nutą czegoś, czego nie potrafili nazwać. Lesław uśmiechał się wtedy swoim pustym, uprzejmym uśmiechem i mówił, że to kwestia wody. Woda w jego stawie miała szczególny skład mineralny, tłumaczył. Dużo wapnia i fosforu. Dobre warunki. Spokój. Węgorze lubią spokój.

Nie kłamał. Po prostu nie mówił całej prawdy.

Tego pierwszego dnia czerwca Lesław wstał o czwartej dwadzieścia trzy, jak co rano od dwunastu lat. Wiedział, że to czwarta dwadzieścia trzy, choć nie patrzył na zegarek. Jego ciało nauczyło się budzić o tej porze — w momencie, kiedy ciemność za oknem zaczynała szarzeć, ale nie jaśniała jeszcze na tyle, by nazwać ją świtem. Przejście między nocą a dniem. Granica, na której wszystko jest jeszcze nieokreślone.

Leżał przez chwilę na wąskim łóżku w mieszkaniu nad smażalnią, wpatrując się w sufit. Sufit był niski, popękany, z plamą wilgoci w kształcie ludzkiej dłoni nad oknem. Plama ta rosła z roku na rok — dwanaście lat temu, kiedy Lesław tu zamieszkał, miała rozmiar piątki, teraz była wielkości dorosłej męskiej ręki z rozstawionymi palcami. Palce sięgały w stronę łóżka.

Wstał. Nie zapalał światła — znał rozkład mieszkania na pamięć, każdą skrzypiącą deskę podłogi, każdy próg, każdy wystający gwóźdź. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka z prysznicem, w którym ciepła woda leciała tylko przez siedem minut, potem robiła się lodowata. Siedem minut wystarczało. Lesław nie był człowiekiem, który potrzebował dużo.

Ubrał się w te same ubrania co zawsze — flanelowa koszula w kratę, robocze spodnie z grubego płótna, gumowe kalosze, które czekały przy drzwiach noskami do ściany, zawsze noskami do ściany. Był w tym porządku coś kompulsywnego, ale Lesław nie umiałby tego nazwać. Po prostu kalosze stały noskami do ściany. Inaczej nie potrafił.

Na stole w kuchni leżał telefon — stary, z klapką, bez internetu, bez aparatu fotograficznego. Lesław nie ufał nowym telefonom. Nie lubił myśli, że ktoś może go lokalizować, że urządzenie w jego kieszeni pamięta, gdzie był i o której godzinie. Stary telefon dzwonił i odbierał — nic więcej od niego nie wymagał.

Na ekraniku migała koperta wiadomości. Lesław otworzył ją.

„Jutro przyjdzie nowy. K.”

Pięć słów. Żadnego znaku zapytania, żadnego pozdrowienia. Informacja, nie prośba. Tak wyglądała komunikacja między braćmi — sucha, funkcjonalna, pozbawiona wszystkiego, co ludzkie. Nie zawsze tak było. Lesław pamiętał czasy, kiedy Karol mówił do niego pełnymi zdaniami, kiedy pytał, jak się czuje, kiedy kładł mu rękę na ramieniu i mówił: „Damy radę, Lesiu, zawsze dawaliśmy radę”. Ale to było dawno. Przed pierwszym.

Lesław zamknął telefon. Włożył go do kieszeni spodni. Nie odpisał. Nigdy nie odpisywał. Co miałby napisać?

Na dworze pachniało tak, jak pachnie Pojezierze Brodnickie w pierwszy tydzień czerwca — wilgotną ziemią, żywicą sosnową, kwitnącym bzem i czymś słodkim, rozkładającym się, co mogło być padłym zwierzęciem na skraju lasu albo po prostu końcem wiosny, która gniotła się pod ciężarem nadchodzącego lata.

Steklino budziło się powoli. Właściwie Steklino nigdy się do końca nie budziło — to była wieś, w której żyło sto siedemdziesiąt osób zimą i może trzysta latem, kiedy przyjeżdżali turyści, wędkarze i ludzie z miast, którzy wynajmowali pokoje nad jeziorem Sosno i mówili, że tu czas się zatrzymał, że tu wreszcie można odetchnąć. Lesław słyszał to co sezon — „tu czas się zatrzymał” — i za każdym razem miał ochotę powiedzieć, że czas się nigdzie nie zatrzymuje, że to ludzie się zatrzymują, a potem gniją.

Nie mówił tego, oczywiście. Uśmiechał się swoim pustym uśmiechem.

Od smażalni do stawu było dwa kilometry polną drogą, potem czterysta metrów leśną ścieżką, która prowadziła w dół, w zagłębienie terenu otoczone olszyną i gęstym podszyciem. Lesław szedł tą drogą codziennie, rano i wieczorem, od dwunastu lat. Mógłby ją przejść z zamkniętymi oczami — i czasem tak robił, na odcinku leśnym, gdzie ścieżka była na tyle ubita jego butami, że tworzyła wyraźny rynien w miękkim poszyciu. Szedł wtedy ze spuszczonymi powiekami, wsłuchując się w las, licząc kroki. Czterysta dwadzieścia dwa kroki od brzozy z blizną po piorunie do brzegu stawu. Nigdy czterysta dwadzieścia jeden. Nigdy czterysta dwadzieścia trzy.

Tego ranka szedł z oczami otwartymi, bo niósł wiadro z karmą — granulat rybny z dodatkiem mączki kostnej, kupowany hurtowo w składzie paszowym pod Brodnicą. Oficjalna karma. Ta, którą mógłby pokazać każdemu inspektorowi.

Staw wyłonił się między olchami jak ciemne oko w twarzy lasu. Miał może pół hektara powierzchni, nieregularny kształt, brzegi porośnięte tatarakiem i trzcinami. Woda była ciemna, nieprzejrzysta, koloru mocno parzonej herbaty — od kwasów humusowych, jak tłumaczył Lesław tym nielicznym, którzy pytali. I od głębokości. Staw miał nierówne dno — przy brzegach półtora metra, w środku ponad cztery. To w tej głębinie żyły największe węgorze.

Lesław stanął na pomoście — trzech desek na dwóch palach, zbitych jego własnymi rękami — i wysypał karmę do wody. Granulki unosiły się przez chwilę na powierzchni, tworząc brązową plamę, a potem zaczęły tonąć. Woda poruszyła się. Nie falą, nie zmarszczką — drgnięciem, jakby coś dużego i ciężkiego przewróciło się w głębinie. Potem kolejne drgnięcie, bliżej powierzchni. I jeszcze jedno.

Węgorze jadły.

Lesław patrzył na to z pomostu, opierając się o kolano, z pustym wiadrem w dłoni. Miał pięćdziesiąt trzy lata, wyglądał na sześćdziesiąt pięć. Twarz poorana bruzdami, skóra jak wyprawiona, poszarzała. Oczy jasne, wodniste, jakby wyblakłe od zbyt długiego patrzenia na rzeczy, na które nie powinno się patrzeć. Ręce duże, żylaste, z paznokciami obciętymi nierówno do samego mięsa. Sylwetka chuda, przygarbiona, z wysoko osadzonymi ramionami — tak wyglądają ludzie, którzy spodziewają się ciosu. Których ciało nauczyło się chronić głowę nawet wtedy, gdy nikt nie bije.

— Jedzcie — powiedział cicho.

Nie wiedział, do kogo mówi. Do ryb. Do stawu. Do tych, którzy leżeli na dnie.

O siódmej trzydzieści Lesław otworzył smażalnię. Rytuał otwarcia był zawsze ten sam i zajmował dokładnie godzinę: rozpalenie dwóch frytkownic, sprawdzenie temperatury oleju termometrem kuchennym (sto osiemdziesiąt stopni, ani mniej, ani więcej), ułożenie na blacie ryb wyciągniętych z lodówki (węgorze pocięte na dzwonka, płocie do smażenia w całości, okonie na życzenie), przygotowanie panierki (mąka pszenna, sól, pieprz biały, odrobina kurkumy — przepis po matce, jedyna rzecz, którą po niej odziedziczył z wdzięcznością), napełnienie pojemników na surówki, otwarcie okienka podawczego, zawieszenie tabliczki z ceną.

„Pod Węgorzem” — tak nazywała się smażalnia, choć nazwa nie widniała nigdzie oficjalnie, tylko na wyblakłym szyldzie, który Lesław namalował sam dwanaście lat temu białą farbą na kawałku sklejki. Litery były nierówne, jakby pisane przez dziecko albo przez człowieka z drżącymi rękami. Lesław miał drżące ręce, odkąd pamięta — matka biła go po dłoniach drewnianą łyżką, kiedy coś rozlał, a rozlewał często, właśnie dlatego, że ręce mu drżały. Błędne koło, które zaczęło się, zanim umiał je nazwać.

Smażalnia była niewielka — drewniany budynek postawiony na dzierżawionej od gminy działce przy drodze prowadzącej nad jezioro. Jedno okienko podawcze, trzy stoliki z plastikowymi krzesłami na zewnątrz, daszek z blachy falistej, który dawał cień. Nic więcej. Nic specjalnego. A jednak ludzie przyjeżdżali tu z Brodnicy, z Nowego Miasta Lubawskiego, nawet z Torunia — dziewięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę — żeby zjeść węgorza Batorskiego.

Lesław nie reklamował się. Nie miał strony internetowej, profilu w mediach społecznościowych, wpisu na mapach Google. Klientów przyciągała poczta pantoflowa — ta najstarsza i najskuteczniejsza forma marketingu, oparta na prawdziwym doświadczeniu i prawdziwej przyjemności. Ktoś zjadł węgorza, powiedział znajomemu, znajomy przyjechał, zjadł, powiedział swojemu znajomemu. Łańcuch smaku ciągnący się przez lata.

— Panie Lesławie!

Pierwszy klient dnia. Marek Szulc, wójt gminy Zbiczno, do której administracyjnie należało Steklino. Mężczyzna po czterdziestce, przystojny w sposób, który wymagał wysiłku — żel we włosach, koszula polo z logo jakiejś marki, zegarek, który wyglądał na drogi, ale nie był. Szulc uśmiechał się zawodowo — szerokim, pustym uśmiechem, który mógł oznaczać wszystko i nic.

— Panie wójcie — odpowiedział Lesław bez uśmiechu. — Wcześnie dzisiaj.

— Nowy sezon, panie Lesławie, nowy sezon! — Szulc usiadł przy stoliku, rozejrzał się, jakby oceniał nieruchomość. — Muszę z panem porozmawiać o jednej sprawie. Ale najpierw węgorek. Z surówką z kapusty, dobrze? I piwo, jeśli jest.

— Piwa nie mam. Jest kompot.

— To kompot.

Lesław wrócił do okienka i zaczął smażyć. Węgorz skwierczał w oleju, wyginając się jak żywy, choć był martwy od kilku godzin. Tak robią węgorze — ich mięśnie kurczą się w wysokiej temperaturze, stwarzając złudzenie życia. Lesław obserwował to tysiące razy i wciąż za każdym razem czuł ten sam skurcz w żołądku.

Podał talerz wójtowi. Szulc wgryzł się w rybę z entuzjazmem, który wydawał się nieco przesadzony, i przez chwilę żuł z zamkniętymi oczami.

— Mówię panu — powiedział z pełnymi ustami — nie ma takich węgorzy nigdzie indziej. Nigdzie. W zeszłym roku byłem w Mikołajkach na dożynkach rybackich, kosztowałem węgorza wędzonego, smażonego, w galarecie — nic, proszę pana, absolutnie nic w porównaniu z pana rybą. Czym pan je karmi?

— Granulat. Standardowy.

— E tam, standardowy. Ma pan jakiś sekret, panie Lesławie, ja wiem, że pan ma.

— Nie mam żadnego sekretu, panie wójcie.

Szulc pokiwał głową z miną człowieka, który nie wierzy, ale nie zamierza naciskać. Otarł usta serwetką, upił kompotu i przeszedł do sprawy, z którą przyszedł.

— Planuję złożyć wniosek o dofinansowanie z programu „Odnowa Wsi”. Wie pan, co to jest?

— Nie.

— To program z funduszy europejskich na rozwój turystyki na terenach wiejskich. Chodzi o ścieżki rowerowe, pomosty, punkty widokowe, tablice informacyjne. Ale też — i tu jest sedno — o promocję lokalnych produktów. Lokalnej gastronomii. Panie Lesławie, pana smażalnia mogłaby być wizytówką gminy. Mógłby pan dostać dotację na rozbudowę, na wyposażenie, może nawet na hodowlę. Chciałbym pana wpisać do wniosku jako partnera projektu.

Lesław odwrócił się do frytkownicy. Poprawił temperaturę oleju, choć nie wymagała poprawiania. Potrzebował chwili, żeby ukryć to, co pojawiło się na jego twarzy — a pojawiło się przerażenie.

— Dziękuję, panie wójcie. Nie jestem zainteresowany.

— Ale dlaczego? To pieniądze, panie Lesławie. Na rozwój. Mógłby pan powiększyć staw, hodować więcej ryb, może zatrudnić kogoś do pomocy…

— Nie chcę powiększać stawu.

Ton głosu Lesława był taki, że Szulc przestał żuć. Coś w tym zdaniu — „nie chcę powiększać stawu” — brzmiało nie jak odmowa, lecz jak wyznanie. Jakby Lesław powiedział coś zupełnie innego niż to, co usłyszał wójt.

— No dobrze — Szulc cofnął się dyplomatycznie. — Niech pan pomyśli. Wniosek składam we wrześniu, jest czas. Porozmawiam też z księdzem Karolem, może on pana przekona. Wiem, że pan brata słucha.

— Brata słucham — powiedział Lesław. I znów w tych dwóch słowach było więcej niż ich słownikowe znaczenie. Ale Szulc nie był człowiekiem, który czyta między wierszami. Zjadł resztę węgorza, zapłacił, uścisnął Lesławowi dłoń (Lesław nie ścisnął w odpowiedzi, tylko pozwolił, żeby jego ręka została uściśnięta — różnica subtelna, ale wyraźna) i odjechał swoim służbowym oplem.

Do południa przewinęło się jeszcze kilku klientów. Dwóch wędkarzy z Torunia, którzy rozbili namiot nad jeziorem i chcieli „coś ciepłego” przed wyprawą na szczupaka. Matka z dwójką dzieci, prawdopodobnie na jednodniowej wycieczce — dzieci chciały lody, których Lesław nie sprzedawał, więc wzięły frytki, których też nie sprzedawał. Matka przeprosiła i kupiła trzy porcje smażonej płoci. Potem przyszła Teresa Klim.

Teresa Klim miała sześćdziesiąt osiem lat, krótkie siwe włosy, okulary na łańcuszku i opinię na temat wszystkiego. Była emerytowaną nauczycielką historii z podstawówki w Zbicznie, mieszkała w Steklinie od urodzenia i znała — jak sama twierdziła — „każdy kamień i każdego człowieka” w promieniu dziesięciu kilometrów. To nie była przesada. Teresa wiedziała, że Zbigniew Kowalik z Końca Wsi bije żonę, że Danuta Maj z Polnej jest w ciąży z listonoszem, że syn Ryżego Murawskiego nie wyjechał do Irlandii za pracą, tylko uciekł przed alimentami. Wiedziała to wszystko i nie potrafiła trzymać tego dla siebie — informacja w ustach Teresy Klim była jak piłeczka pingpongowa na silnym wietrze, odbijała się od wszystkiego i leciała wszędzie.

Ale Teresa Klim, ze wszystkimi swoimi plotkami i podejrzliwościami, nigdy nie podejrzewała księdza Karola o cokolwiek innego niż świętość.

— Lesławie, daj mi porcję węgorza i surówkę z marchewki. Jest surówka z marchewki?

— Jest z kapusty.

— To z kapusty. I powiedz mi — tu Teresa nachyliła się nad blatem okienka podawczego, zniżając głos do teatralnego szeptu — czy to prawda, że Szulc chce z twojego stawu zrobić atrakcję turystyczną?

Lesław zamarł z łopatką w ręce.

— Skąd pani wie?

— Lesławie, proszę cię. Szulc gada o tym na każdym zebraniu rady. „Lokalna hodowla ryb”, „tradycja pojezierza”, „marka regionalna”. Twoim stawem chce się chwalić przed komisją z Brukseli.

— Żadnej komisji nie będzie. Nie zgodziłem się.

Teresa pokiwała głową z miną, która mówiła: „dobrze, ale ja i tak będę o tym mówić wszystkim”.

— Dobrze robisz. Po co ci tu turyści z autobusów, co będą łazić po twoim stawie i robić zdjęcia. Spokój jest najważniejszy. Twój brat też tak mówi — rozmawiałam z księdzem Karolem po mszy w niedzielę, mówił, że spokój to fundament, na którym stoją i wiara, i praca, i relacje między ludźmi. Pięknie mówił. Tak pięknie, że aż Jadźka Szewczyk się rozpłakała, a wiesz, jaka jest Jadźka — twarda jak kamień.

— Wiem, jaki jest mój brat — powiedział Lesław i podał jej talerz.

Teresa jadła, mówiła i jednocześnie obserwowała ulicę z czujnością radaru. Kiedy skończyła, zapłaciła, zostawiła napiwek (dwa złote, zawsze dwa złote) i odeszła w stronę sklepu, niosąc ze sobą informację o odmowie Lesława jak trofeum, które za godzinę obiegnie całe Steklino.

Popołudnie było spokojne. Lesław zamknął okienko o piętnastej — w dni powszednie nie opłacało się trzymać dłużej. Sezon dopiero się zaczynał, prawdziwy ruch będzie od połowy czerwca, kiedy przyjadą wczasowicze. Posprzątał smażalnię — umył frytkownice, wytarł blaty, wyrzucił resztki panierki, zamiatał podłogę. Każdy ruch był wyuczony, mechaniczny, wykonywany z precyzją, która nie miała nic wspólnego z zamiłowaniem do porządku, a wszystko ze strachem przed myśleniem. Dopóki ręce pracowały, głowa mogła być cicho. Kiedy ręce się zatrzymywały, głowa zaczynała krzyczeć.

O siedemnastej Lesław wsiadł na rower i pojechał na plebanię. Trzy kilometry wąską, asfaltową drogą między polami rzepaku, który właśnie przekwitał — żółć ustępowała miejsca brudnej zieleni łuszczyn, w powietrzu unosił się mdły, słodkawy zapach. Na końcu drogi kościół — niewielki, ceglany, z XIX wieku, z wieżą, na której zegar stał od lat na dwunastej piętnaście. Za kościołem plebania.

Karol czekał na ganku. Siedział w wiklinowym fotelu z książką na kolanach — Lesław nie widział tytułu, ale wiedział, że brat czyta albo Tomasza à Kempis, albo którąś z powieści kryminalnych, które sprowadzał pocztą z antykwariatu w Gdańsku. Agatha Christie, Raymond Chandler, Boileau-Narcejac. Karol kiedyś powiedział, że zbrodnia w literaturze to ćwiczenie intelektu, natomiast zbrodnia w życiu — ćwiczenie woli. Lesław nie zapomniał tego zdania, choć chciał.

Proboszcz parafii w Steklinie miał pięćdziesiąt siedem lat i wyglądał na czterdzieści pięć. Był wysoki, szczupły, z siwiejącymi skroniami i twarzą, która mogłaby należeć do aktora albo dyplomaty — regularne rysy, wysokie czoło, oczy ciemne i spokojne, uśmiech, który pojawiał się łatwo i znikał powoli. Karol wyglądał jak człowiek, który nigdy się nie spieszy, nigdy nie denerwuje, nigdy nie traci panowania. I rzeczywiście — Lesław nie widział, żeby brat kiedykolwiek podniósł głos. Nawet tamtej pierwszej nocy, trzynaście lat temu, kiedy wszystko się zaczęło, Karol mówił szeptem.

— Siadaj — powiedział Karol, nie podnosząc wzroku znad książki.

Lesław usiadł na schodach ganku. Nie na fotelu — na schodach. Zawsze na schodach. Karol u góry, Lesław u dołu. Hierarchia, która ustaliła się w dzieciństwie i nigdy nie została zakwestionowana.

— Dostałem wiadomość — powiedział Lesław.

— Wiem, że dostałeś. Po to ją wysłałem.

— Kto to jest?

— Nazywa się Tadeusz. Nie podał nazwiska. Spotkałem go pod dworcem w Grudziądzu w zeszłym tygodniu, kiedy byłem na spotkaniu dziekanatu. Śpi pod wiaduktem przy Chełmińskiej. Byli żołnierz, alkoholik, bez rodziny. Nikt go nie szuka. Nikt nie będzie szukał.

Lesław milczał. Patrzył na swoje ręce. Drżały.

— Jutro go przywiozę — kontynuował Karol tym samym tonem, którym czytał niedzielną Ewangelię. Łagodnym, modulowanym, przekonującym. — Powiem Władysławie, że to nowy kościelny na próbę. Ona i tak kładzie się o ósmej. Po kolacji. Jak zwykle.

— Karol…

— Tak?

Lesław chciał powiedzieć: „nie”. Chciał powiedzieć: „dość”. Chciał powiedzieć: „jestem zmęczony, Karol, jestem tak zmęczony, że rano nie mogę podnieść się z łóżka, że ręce mi drżą tak mocno, że nie mogę trzymać noża, że widzę ich twarze, Karol, widzę je w wodzie, widzę je w oczach ryb, widzę je wszędzie”. Ale słowa nie przeszły przez gardło. Nigdy nie przechodziły. Od pięćdziesięciu trzech lat Lesław Batorski nie potrafił powiedzieć bratu „nie” — to było coś więcej niż nawyk, więcej niż strach, więcej niż lojalność. To było jak grawitacja — siła, której nie widać, ale której nie da się pokonać.

— Dobrze — powiedział Lesław.

Karol kiwnął głową. Wrócił do książki.

Lesław wstał ze schodów i poszedł w stronę roweru. Kiedy odjeżdżał, usłyszał za sobą głos brata:

— Sprawdź dzisiaj staw. Rano widziałem czaplę. Nie chcę, żeby łowiła nam ryby.

Łowiła nam ryby.

Nam.

Wieczór spadł na Steklino jak kurtyna. Szybko, ciężko, bez gradacji. O dwudziestej pierwszej było już ciemno — ciemno w sposób, jakiego nie znają ludzie z miast. Bez latarni, bez neonów, bez poświaty nad horyzontem. Tylko niebo z gwiazdami i las dookoła, i jezioro, które odbijało gwiazdy i podwajało ciemność.

Lesław szedł ścieżką do stawu z latarką w ręce. Snop światła tańczył po ścieżce, po korzeniach, po pniach olch, które w ciemnościach wyglądały jak kolumny katedry. Las szumiał cicho — liście, owady, coś małego szurało w poszyciu. Normalny wieczór. Normalny spacer. Gdyby ktoś go zobaczył, pomyślałby: „rybak sprawdza hodowlę”. I miałby rację. Tylko nie całą.

Staw w ciemnościach wyglądał inaczej niż za dnia. Za dnia był stawem — zbiornik wodny, pół hektara, hodowla ryb. W nocy stawał się czymś innym. Powierzchnia wody była czarna, absolutnie czarna, głębsza niż niebo, głębsza niż las, głębsza niż cokolwiek, co Lesław potrafił sobie wyobrazić. Lustro, które nie odbijało niczego. Otwór, który prowadził w dół, w miejsce, o którym Lesław starał się nie myśleć, a myślał nieustannie.

Stanął na pomoście. Wyłączył latarkę.

Cisza. Ale nie zupełna. Woda żyła — cichymi, miękkimi dźwiękami, które mogły być rybami, mogły być żabami, mogły być czymkolwiek. Plusk. Cichy, ciężki, tuż pod powierzchnią. Coś dużego obróciło się w głębinie. Potem kolejny plusk, bliżej brzegu. I jeszcze jeden.

Węgorze nie spały. Węgorze nigdy nie spały. To było jedno z tych stworzeń, które nie potrzebują snu — poruszają się w ciemności, żywią się w ciemności, żyją w ciemności. Stworzenia graniczne. Pół ryba, pół wąż. Na pograniczu światów.

Lesław stał na pomoście i patrzył w czarną wodę, i słuchał plusków, i myślał o tym, co leżało na dnie — pod mułem, pod kamieniami, pod warstwami czasu i rozkładu. Czterdzieści jeden razy Lesław stał na tym pomoście z taczką za sobą i wrzucał do wody coś, co jeszcze kilka godzin wcześniej było człowiekiem. Czterdzieści jeden razy słyszał ten sam dźwięk — ciężki, głuchy plusk, a potem ciszę, a potem, po kilku minutach, szamotanie pod powierzchnią, gdy węgorze znajdowały to, co im ofiarowano.

Czterdzieści jeden razy Lesław mówił potem to samo słowo, stojąc na pomoście w ciemności.

— Przepraszam.

Powiedział to i teraz. Cicho, bez adresata. Do wody. Do ryb. Do tych, którzy leżeli na dnie. Do siebie.

Woda odpowiedziała pluskiem.

Lesław stał jeszcze długo — minuty, może godzinę, czas nad stawem nie miał znaczenia — a potem wrócił ścieżką do domu, położył się na wąskim łóżku, wpatrzył się w plamę wilgoci na suficie, która wyciągała palce w jego stronę, i nie zasnął.

Jutro miał przyjechać nowy. Tadeusz. Były żołnierz z Grudziądza. Bez rodziny. Bez nikogo.

Jutro Karol przywiezie go na plebanię, nakryje do kolacji, naleje wina.

A pojutrze Lesław stanie nad stawem z taczką.

Na dworze cykady grały swoją monotonną, bezrozumną pieśń. Powietrze pachniało bzem, żywicą i czymś słodkim, rozkładającym się — końcem wiosny albo początkiem czegoś znacznie gorszego.

Sezon na węgorza właśnie się zaczął.Rozdział 5: Metoda

Każdy seryjny morderca ma swoją sygnaturę — powtarzalny wzorzec zachowania, który wyróżnia go spośród innych sprawców i który pozostaje stały nawet wtedy, gdy zmienia się modus operandi, czyli sposób działania. Modus operandi jest funkcjonalny — służy celowi, ewoluuje, dostosowuje się do okoliczności. Sygnatura jest osobista — wynika z psychiki sprawcy, z jego potrzeb, z tego, kim jest na najgłębszym poziomie. FBI odróżnia te dwa pojęcia od lat siedemdziesiątych, kiedy agenci John Douglas i Robert Ressler zaczęli prowadzić wywiady z osadzonymi mordercami w amerykańskich więzieniach, próbując zrozumieć nie jak zabijają, lecz dlaczego.

Modus operandi Karola Batorskiego był prosty, powtarzalny i skuteczny. Sygnatura — trudniejsza do uchwycenia. Tkwiła nie w sposobie zabijania, lecz w tym, co działo się przed.

W kolacji.

Proces zaczynał się zawsze tak samo — od wyjazdu. Karol wyjeżdżał z Steklina raz na sześć do ośmiu tygodni. Nigdy częściej. Nigdy rzadziej. Regularność była kluczem — zbyt częste wyjazdy wzbudziłyby uwagę, zbyt rzadkie sprawiłyby, że węgorze w stawie wróciłyby do normalnej diety i normalnych rozmiarów, a Lesław mógłby zacząć myśleć, że to się skończyło. Karol nie chciał, żeby Lesław myślał, że to się skończyło. Chciał, żeby Lesław wiedział, że to trwa — cicho, regularnie, nieodwołalnie. Jak pory roku. Jak zmiana dnia i nocy. Jak oddychanie.

Preteksty do wyjazdów były zawsze wiarygodne, bo były prawdziwe. Karol naprawdę jeździł na spotkania duszpasterskie do kurii w Toruniu. Naprawdę kupował materiały liturgiczne w składzie przy ulicy Podmurnej. Naprawdę odwiedzał księgarnię katolicką na Starym Mieście, gdzie zamawiał książki — teologiczne i kryminały, jedne i drugie z taką samą częstotliwością. Naprawdę spotykał się z dziekanem Mirskim w Brodnicy na comiesięcznych zebraniach dekanatu. Te wyjazdy istniały w oficjalnym kalendarzu parafii, widniały w ogłoszeniach na tablicy przy kościele, były znane Władysławie i parafianom. Ksiądz Karol jedzie do Torunia na spotkanie z kurią. Ksiądz Karol jedzie do Grudziądza po materiały na remont. Ksiądz Karol jedzie do Olsztyna na rekolekcje kapłańskie. Normalnie. Transparentnie. Bez tajemnic.

Tajemnica zaczynała się po załatwieniu oficjalnych spraw.

Karol miał zwyczaj wracać z miast późno — wyjeżdżał rano, a wracał wieczorem, tłumacząc to korkami, kolejkami w urzędach, przedłużającymi się spotkaniami. Nikt nie sprawdzał, bo nie było powodu. A te dodatkowe godziny — trzy, cztery, czasem pięć — Karol spędzał w miejscach, do których normalny proboszcz z Pojezierza Brodnickiego nigdy by nie trafił. Pod dworcami. W okolicach noclegowni. Na pustych parkingach przy obwodnicach, gdzie zbierali się ludzie bez adresu. W parkach, pod wiaduktami, w bramach kamienic na peryferiach miast.

Nie szukał. Nie polował. To słowo — polowanie — sugerowałoby pośpiech, napięcie, podniecenie łowcy. Nic z tych rzeczy. Karol spacerował. Spokojnie, naturalnie, w czarnej koszuli z koloratką, z krzyżem na piersi, z torbą na ramieniu, w której miał brewiarz i butelkę wody. Wyglądał jak to, czym był — jak ksiądz. A ksiądz w okolicach dworca czy noclegowni nie wzbudzał podejrzeń. Wręcz przeciwnie — wzbudzał zaufanie. Ludzie na marginesie społeczeństwa znali księży. Znali ich z noclegowni, gdzie kapelani odprawiali msze. Z jadłodajni prowadzonych przez Caritas. Z pogrzebów bezdomnych, na których czasem, choć rzadko, pojawiał się jakiś duchowny. Ksiądz w tych miejscach był postacią naturalną — jak lekarz w szpitalu, jak strażnik w więzieniu. Należał do krajobrazu.

Karol rozmawiał. Z każdym, kto chciał rozmawiać. Siadał na ławce obok mężczyzny w brudnym płaszczu i pytał: „Jak pan ma na imię?”. Nie: „Czy mogę panu pomóc?”. Nie: „Czy chciałby pan gorący posiłek?”. Imię. Zawsze zaczynał od imienia. Bo imię jest tym, co ludzie na ulicy tracą jako pierwsze — przestają je słyszeć, przestają je wypowiadać, przestają je kojarzyć z sobą. Kiedy ktoś mówił do nich po imieniu, coś w nich się otwierało. Coś, co było zamknięte od miesięcy, lat, dekad.

— Jestem Karol. Jestem księdzem. Jak pan ma na imię?

— Wiesław.

— Wiesław. Dawno pan jadł, Wiesław?

— Rano. W jadłodajni na Bydgoskiej. Zupę dają, ale tylko do jedenastej.

— A spał pan gdzie?

— Pod mostem. Przy Wiśle. Jest taki mostek koło parku, tam nikt nie zagląda.

— Zimno tam w nocy, Wiesław.

— Zimno. Ale się człowiek przyzwyczai. Do wszystkiego się człowiek przyzwyczai.

Karol słuchał. Kiwał głową. Nie doradzał, nie oceniał, nie nawracał. Nigdy nie zaczynał od Boga — to był błąd, który popełniali kapelani w noclegowniach, i Karol wiedział, że ten błąd zamyka ludzi szybciej niż cokolwiek innego. Mówił o prostych rzeczach — o jedzeniu, o pogodzie, o mieście. A potem, po dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu minutach rozmowy, kiedy nieznajomy zaczynał mu ufać — bo Karol wzbudzał zaufanie z łatwością, z jaką ogień wzbudza ciepło — mówił o Steklinie.

— Mam parafię na wsi, pod Brodnicą. Małe miejsce, spokojne. Gdyby pan kiedyś potrzebował przerwy od miasta — dach nad głową, ciepły posiłek, dzień lub dwa spokoju — niech pan przyjedzie. Dam panu adres.

Nie naciskał. Nigdy nie naciskał. Podawał wizytówkę — zwykłą, białą, z nazwiskiem, adresem parafii i numerem telefonu — i odchodził. Większość mężczyzn wyrzucała wizytówkę lub gubiła ją tego samego dnia. Niektórzy chowali ją do kieszeni i zapominali. Ale co kilka tygodni ktoś dzwonił. Albo nie dzwonił — po prostu przyjeżdżał, autobusem albo na piechotę, z plecakiem na plecach i wizytówką w ręce, i pytał w sklepie Mańkowej, gdzie jest plebania.

I Karol był gotowy. Zawsze był gotowy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij