Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Steelborn - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
4037 pkt
punktów Virtualo

Steelborn - ebook

Miłość bywa bardziej niebezpieczna niż wojna.

W świecie, gdzie magia jest zakazana, a zaufanie może kosztować życie, Reya Connery przetrwała dzięki własnym zasadom. Jako legendarna złodziejka znana pod imieniem Crimson Dagger nie odpowiada przed nikim — kradnie, walczy i znika, zanim ktokolwiek zdąży wypowiedzieć jej imię. Ale jeden fatalny skok zmienia wszystko. Kiedy Reya zostaje zmuszona do współpracy z Caelanem Halcyonem — nieśmiertelnym wojownikiem naznaczonym śmiertelną klątwą — odkrywa, że stawką nie jest już tylko przetrwanie. W świecie pełnym zdrad, zakazanej magii i krwawych intryg istnieje sekret zdolny pogrążyć całe królestwa. Caelan potrzebuje lekarstwa. Reya potrzebuje wolności. Żadne z nich nie planowało zakochać się po drodze.

Steelborn Taylor J. LaRue to pełna napięcia romantasy o ostrych mieczach, niebezpiecznych sekretach i uczuciu, które może zniszczyć wszystko.

Idealna dla fanów slow burn, enemies to lovers i epickich historii, w których miłość jest równie śmiercionośna jak wojna.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-287-4249-9
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SŁOWNICZEK Z WYMOWĄ

OSOBY

ANWYN ODELL – AN-łyn o-DEL

CAELAN HALCYON – KEJ-len HAL-sjon

CITRIO – SI-trjo

DOMWELL ST. LUCIUS – DOM-łel sejnt LU-sjus

EDDAR BARTHOLOMEW FOSTER – E-dar bar-TO-lo-mju FO-ster

EVELYN MARGOT FOSTER – E-we-lyn MAR-go FO-ster

FIONAN – fjo-NAN

GAVIN PRICE – GA-win prajs

GERHARDT ŚWIETLISTY – GER-hart świetlisty

GWENDOLYN CONNERY – GŁEN-do-lyn KO-ne-ri

HECTOR CONNERY – HEK-tor KO-ne-ri

IGRAINE – i-GREJN

KALUE VOLANI – ka-LU-e wo-LA-ni

NIVAAN MONTRI – ni-WAN MON-tri

REGOMAN DARANATHIUS – RE-go-man da-ra-NA-tjus

ROTHMIRE DARANATHIUS – ROT-majer da-ra-NA-tjus

LENNOX RAULIN – LE-noks RAŁ-lin

LEO CONNERY – LI-o KO-ne-ri

OMIRA BRUADAIR – o-MI-ra bru-a-DER

PAXTON CONNERY – PAKS-ton KO-ne-ri

REARDON VOLANI – RI-er-don wo-LA-ni

REYANWYN / REYA CONNERY – re-JAN-łyn / RE-ja KO-ne-ri

STELLENE – ste-LIN

THANCE BRUADAIR – TENS bru-a-DER

TYRUS – TY-rus

ZAIM – ZAJM

ZANTAE – ZAN-tej

MIEJSCA

ALETIA – a-LET-ja

ALENDAR – A-len-dar

RZEKA AVARENE – rzeka AWA-rin

ZATOKA BRIONY – zatoka BRI-jo-ni

CAERULEUM – se-RU-le-um

CLARE VIEW – kler wju

KNIEJA CLEARY – knieja KLI-ri

RZEKA DELRENE – rzeka DEL-rin

DELTIA – del-TI-ja

EDRIS – ED-ris

ETELLINA – e-te-LI-na

EVALIS – E-wa-lis

IANESS – aj-a-NES

IDRIAS – aj-DRI-jas

KALTERRA – kal-TE-ra

GŁĘBIA KASMORE – głębia KAZ-mor

STARE DEMING – stare DE-ming

OMBRIAR – OM-bri-jar

PORT TALLUAH – port ta-LU-ła

PUSTYNIA RAKANA – pustynia RA-ka-na

RITERRA – ri-TE-ra

ZATOKA RUDROCK – zatoka RAD-rok

GÓRY SINFAIR – góry SYN-fer

RZEKA SIRENE – rzeka SAJ-rin

WSZECHBOGOWIE

ATYX – A-tyks

BEO – BE-jo

CISZO – SY-zo

DELLA – DE-la

DYMIS – DAJ-mys

HAHLO – HA-lo

IENA – I-na

IRO – I-ro

LOIRE – LU-ra

MARIS – ME-ris

PIRAX – PAJ-raks

RATHOS – RA-tos

RIA – RI-ja

ROVA – ROŁ-wa

RYKSIS – RAJK-sys

TALISE – ta-LIS

TELLA – TE-la

TIKA – TI-ka

UNA – U-na

VEDA – VEJ-da

ŁODZIE I OKRĘTY

„AKADIA” – a-KA-dja

„ARGUS” – AR-gus

„BALFOUR” – BAL-fur

„KONKORD” – KON-kord

„NARISSA” – na-RI-sa

INNE TERMINY

CIRON – KAJ-ron

DELLASINE – DE-la-sin

FAE – FEJ

IRACUNDIRE – I-ra-kun-dajr

LUMUS – LU-mus

MIRELI – MI-re-li

MO REAL – MO re-AL

VERAQUISIN – we-RA-kłi-syn

VOLUCRUM SERPENTIS – wo-LU-krum ser-PEN-tisROZDZIAŁ 1

ZŁODZIEJKA

Reya Connery przycisnęła plecy do spodu mostu. Tuż pod nią nic, powietrze.

Jeszcze tylko chwila, pomyślała, zapierając się o poprzeczne belki. Na czoło wystąpił jej pot. Skapnęła kropla. Reya śledziła jej lot. Trzy piętra w dół, aż do brukowanej ulicy.

Nie pierwszy raz ryzykowała życie dla mieszka pełnego monet, choć całkiem możliwe, że ostatni, jeśli wykona zadanie poprawnie – a Reya nie zwykła knocić roboty. Ze skomplikowanego warkocza wciśniętego pod kaptur wydostał się niesforny kosmyk rudych włosów. Zaklęła, gdy przesłonił jej widok.

– Uważaj, Ruda, bo cię namierzą – rzucił złośliwie Gavin. Spiął drżące ramiona i z wysiłkiem wyprostował plecy między krokwiami.

Gdyby nie byli zakleszczeni wysoko ponad ulicami Edris, pokazałaby mu wulgarny gest.

– Gdzie oni są, na piekielne czeluści? – jęknął Zaim wiszący po drugiej stronie. – Pot zalewa mi oczy.

Reya zacisnęła powieki. Wciągnęła powietrze nosem. To był długi, żmudny dzień, a na dodatek dopiero co wyczyściła pancerz. Jeśli tych dwóch imbecyli się nie zamknie, będzie musiała całą robotę odwalić jeszcze raz, choć usuwanie ich krwi spomiędzy fałd skórzanego napierśnika zajęłoby wieki.

Oby dotrwać do rana. Potem wolność.

Zanim zdążyła ich przestrzec, by trzymali języki za zębami, bo inaczej je utnie, ciszę przerwały odgłosy: stukot kopyt na bruku i pobrzękiwanie zbroi. Natychmiast wyostrzyła zmysły. Zza rogu wyjechała karawana strzeżona przez opancerzoną Srebrną Gwardię.

Nareszcie.

Konwój wyglądał dokładnie tak, jak opisywał to jej zleceniodawca. Trzy złączone powozy jadące jeden za drugim. Sześciu konnych strażników. Dwóch kolejnych na tylnej platformie. Jeden uzbrojony woźnica.

Za mało, by powstrzymać napad.

– W gotowości. Na mój znak – wyszeptała Reya.

Nie mieli ani lin, ani haków. Żeby wylądować na dachach karawany, musieli zeskoczyć w idealnym momencie.

To się musi udać. Plan był jej dziełem.

– Teraz!

Na tle osławionej stolicy Imperium Riterrańskiego spod mostu oddzieliły się trzy ciemne sylwetki złodziei.

Reya rzuciła się w ciemność nocy. Nad jej ramionami jak wojenny sztandar rozpostarł się płaszcz w kolorze głębokiego granatu. Żołądek podjechał dziewczynie do gardła, lecz lata szkolenia pozwoliły jej zachować spokój. Pod stopami Reyi rosła karawana. Zgięła nogi w kolanach i z głuchym tąpnięciem wylądowała na dachu drugiego powozu. Od razu chwyciła dwa sztylety. Dwa spośród całego arsenału stalowych ostrzy przytroczonych do pasów na biodrach i udach.

Zaim trafił na kozioł woźnicy. Wyrwał mu z rąk lejce i zepchnął nieszczęśnika z wozu. Mężczyzna nawet się nie połapał, co jest grane.

– Zasadzka! – wrzasnął inny strażnik.

– Lewo! – Reya cisnęła przed siebie nożem. Gavin schylił się, a ostrze przeleciało tuż nad jego ramieniem. Reya rzuciła jeszcze dwa razy, celując w łączenia płyt pancerza strażników: pachy, biodra, szyje.

Dwóch jeźdźców odłączyło się od konwoju. Kolejny uniósł nad głowę flarę.

Reya skoczyła przed siebie, gotowa przeciąć ścięgna na jego przedramieniu, lecz nie zdążyła. Bo nagle w gardle mężczyzny utkwiła strzała. Z cienia wychynęły cztery kolejne, odziane w płaszcze postaci; pędziły po dachach kamienic wzdłuż trasy karawany. Każda w biegu wypuszczała strzałę za strzałą, przetrzebiając straż.

Tuż koło ucha złodziejki świsnął bełt. Reya syknęła i skręciła tułów z szybkością wyuczoną przez lata morderczego treningu. Wbiła wściekły wzrok w Srebrnego Gwardzistę, którego strzał minął ją o centymetry. Mężczyzna ponownie napiął łuk, ale zbyt wolno. W oko wbił mu się sztylet. Ciało z łoskotem i zduszonym jękiem zleciało z białego konia, który pogalopował w dal.

Reya przesłała zwierzęciu całusa, życząc mu w duchu, by wydostało się z miasta i powróciło do północnej dziczy.

Zaim gwizdnął przeciągle z czoła karawany, po czym szarpnął lejcami. Stojący na dachach kompani zniknęli w ciemności, a Reya i Gavin przytrzymali się mocniej. Konwój wystrzelił naprzód. Śpiące miasto rozmazało się nagle, rozlało w smugi barw i świateł. Koła powozów z głośnym terkotem toczyły się w szalonym tempie po nierównym bruku.

W szeregach Srebrnej Gwardii Reya i jej kompani znani byli wyłącznie jako „ci przeklęci skurwiele”. W półświatku stolicy nazywano ich jednak Niebieskimi Kapturami, najgroźniejszą grupą przestępczą imperium. Ich przywódcą był niesławny Lennox Raulin, któremu kłaniali się wszyscy przedstawiciele zawodów nie do końca legalnych. Reya wolała pracować w pojedynkę, lecz Lennox uznał, że ta robota jest zbyt skomplikowana dla jednej osoby.

„Zrób to, młoda, a będziemy kwita”, powiedział.

O świcie, po raz pierwszy od dziesięciu lat, Reya wreszcie będzie mogła sama decydować o swoim losie.

– Patrz w górę. – Ruchem głowy wskazała dwóch strażników wciąż stojących na platformie. Tylko oni pozostali z całej obstawy. Obaj właśnie wdrapywali się na dach powozu.

Na ich napierśnikach widniało riterrańskie godło – na tle ośmioramiennej gwiazdy orzeł z szeroko rozpostartymi skrzydłami, wbijający pazury w węża. Miało symbolizować walkę z korupcją tego świata. Reya przewróciła oczami na widok tej hipokryzji. Węży nie trzeba było szukać w szerokim świecie, który król Rothmire pragnął podbić – pełzały po jego stolicy i bogaciły się kosztem słabszych.

Reya wiedziała o tym najlepiej. Była jednym z tych gadów.

Gavin rzucił się w kierunku upatrzonego celu. Oczywiście wybrał mniejszego z dwóch napastników.

– Przeklęty tchórz – warknęła dziewczyna, wyciągając kolejne noże. Przyjęła odpowiednią postawę. Powóz podskoczył na kolejnym wyboju.

W chłodnym świetle dwóch księżyców widziała oczy przeciwnika. Wzrokiem wodził po jej kształtnych biodrach. Potrafiła odczytać jego myśli, dostrzegła pyszałkowaty uśmieszek, kiedy dojrzał delikatne rysy twarzy ponad ciemną przepaską, za którą kryła dolną połowę twarzy. Wysokie, pokryte piegami kości policzkowe, zielone oczy podkreślone głębokim szafirowym błękitem. Mimo agresywnej postawy złodziejki strażnik widocznie nie uważał jej za godnego przeciwnika. Ten błąd miał być jego ostatnim.

– Wiesz – odezwała się Reya – każdy mężczyzna, z którym walczyłam, właśnie tak na mnie patrzył. I każdy zginął.

Zastygła, czekając, aż przeciwnik wykona jakiś ruch. W momencie, kiedy zaatakował, odkryła, że zarówno on, jak i jego kompan to nie szeregowi gwardziści. To elita wyznaczona do walki z najgroźniejszymi wrogami. Strażnik miał nad nią tę przewagę, że był większy, więc ona musiała wykorzystać swoją szybkość. Rozpoczęła taniec. Każdy ruch znała tak dobrze, że potrafiłaby go wykonać nawet we śnie. Unik za unikiem, sprawnie omijała ciosy wyprowadzane przez napastnika, choć dach powozu mocno się chybotał. Przykucnęła, wyciągając nogę, żeby kopnięciem powalić przeciwnika na kolana, ale przewidział ten ruch. Wstała podskokiem. Strażnik zamachnął się, chcąc przeciąć ją mieczem na pół, ale była zbyt szybka. Odchyliła się do tyłu. Ostrze zatoczyło łuk tuż nad twarzą. Reya musiała przyznać, że ten Srebrny Gwardzista radził sobie o wiele lepiej niż inni, którzy dotychczas próbowali ją zabić.

Jego pewność siebie przerodziła się we frustrację. Reya rozciągnęła usta w uśmiechu. Wiatr rozwiał niebieski płaszcz, a księżycowe światło wydobyło z mroku wysadzany rubinami sztylet u jej pasa – ten, z którym nigdy się nie rozstawała. Strażnik rozdziawił usta, nagle zdając sobie sprawę, z kim ma do czynienia.

Ten moment uwielbiała najbardziej. Kochała tę chwilę, kiedy przeciwnik uświadamiał sobie, na kogo trafił. Jego stanowcze dotychczas ruchy stały się nagle chaotyczne. Ze wściekłością ciął powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stała złodziejka. Reya wykonała fintę w lewo, po czym natychmiast wykorzystała ruch gwardzisty, by wbić sztylet prosto pod hełm. On jednak zdołał złapać ją za nadgarstek, a później uderzył ją czołem. Mocno.

Sycząc wiązankę przekleństw, która zawstydziłaby wszystkich przodków spoglądających na walkę z zaświatów, Reya odskoczyła w tył. Unikała kolejnych ciosów, słysząc świst ostrza. Zaciskała pięści i podkulała palce u stóp, czekając, aż przestanie jej się kręcić w głowie. Przez ostatnie pięć lat niewielu przeciwników aż tak wyprowadziło ją z równowagi. Zliczyłaby ich na palcach jednej ręki.

Poczuła chłód na ustach. Maska opadła i wisiała jak szal na szyi. Żołnierz uśmiechnął się lekko, czując, że zwycięstwo ma w garści. Wbił wzrok w twarz przeciwniczki. Mógłby z łatwością opisać ją stróżom prawa. I co z tego? Została mu może minuta życia.

Reya wsunęła sztylety w pochwy przy pasie i sięgnęła po przytroczony do pleców miecz. Należał do jej ojca. W skórzanej rękojeści wciąż dało się wyczuć zagłębienia po palcach.

Walka tą bronią była jak spojrzenie duchowi w oczy. Bolesna. Lecz tym bólem Reya się rozkoszowała.

Złodziejka i żołnierz zwarli się ze szczękiem stali. Karawana mknęła ulicami miasta, a ostrza lśniły w świetle księżyców. Reya odwróciła wzrok od wroga na krótką chwilę. Tyle wystarczyło, żeby się zorientowała, gdzie są. Gwardzista świetnie władał mieczem, ale w tym przeklętym przez bogów mieście tylko jedna osoba potrafiłaby ją pokonać. Kiedy wóz dotarł do ostrego zakrętu, Reya była gotowa. Przykucnęła, złapała się krawędzi dachu powozu. Wcześniej kazała Niebieskim Kapturom przemierzać całą trasę przejazdu konwoju tyle razy, że teraz znali tę drogę na pamięć – każdy zakręt, każdy wybój. Wiedziała doskonale, w którym momencie się zaprzeć, kiedy przenieść ciężar ciała na jedną czy drugą stronę, kiedy się przytrzymać, by nie spaść.

Żołnierz runął na kolano, żeby nie zlecieć z dachu. Reya nie wahała się ani chwili. Jakiekolwiek miały być jego ostatnie słowa, szybko przerwał je charkot z rozciętego gardła. Złodziejka wbiła ostrze w szparę pomiędzy dolną krawędzią hełmu a naramiennikiem. Zacisnęła palce na rękojeści, po czym kopnęła martwego wroga w pierś, jednocześnie wyrywając miecz z ciała. Zacisnęła powieki i usta, po czym obróciła się na piętach, żeby za bardzo nie obryzgała jej krew. Trup sturlał się z dachu.

Dziewczyna otarła posokę z twarzy. Dojrzała własne odbicie w wypolerowanym ostrzu. Załamywało się na wygrawerowanych w stali słowach. Zapisano je alfabetem runicznym, w Pierwszej Mowie. „Nie uciekaj. Nie ulegaj. Nie przemijaj”. Święte słowa. Stare słowa. Słowa jej ojca. Reya z trudem przełknęła ślinę. Ile razy skąpała te litery we krwi?

Każdy złodziej do czegoś dąży. Myśląc o swoim celu, często wyobrażała sobie, jak stoi w wielkiej kuźni. Powietrze rozedrgane od żaru, posadzka pokryta popiołem. Nad wejściem kuty żelazny znak. Jej herb. Pragnęła bowiem być w miejscu, gdzie się tworzy, zamiast niszczyć. Kuźnia. Inne życie – takie, jakiego chcieli dla niej rodzice. Kiedy spłaci dług wobec Lennoksa, będzie mogła wreszcie wyjechać z miasta. Odpłynąć w kierunku odległych krain, a swój niebieski płaszcz cisnąć w płomienie. Nauczy się rzemiosła.

Fachu ojca.

Gavin stanął naprzeciwko niej, przygniatając pokonanego wroga do dachu powozu.

– Przez chwilę myślałem, że nie dasz mu rady, Ruda – powiedział i nogą strącił trupa w dół.

Reya wyobraziła sobie minę Gavina pod maską. Kręcone włosy spięte ciasno tuż nad karkiem. Miał szerokie ramiona i szczupłą, umięśnioną sylwetkę. Skórę w kolorze ciepłego brązu, twarz z króciutkim zarostem. Uśmiech chłopaka potrafił stopić lód w sercu każdej kobiety. Reya nagle przypomniała sobie dotyk szorstkiej brody na własnych udach, dłonie zaciśnięte na jej biodrach – przyciągały ją, zapraszając, by go dosiadła i zaspokoiła swoje pragnienia. Wspólna akcja bywała grą wstępną. Błysk wielokolorowych oczu Gavina – mieszały się w nich jasna zieleń, błękit i brąz – wskazywał na to, że jego myśli krążą wokół podobnych tematów.

Za każdym razem obiecywała sobie, że to już ostatni raz. A potem i tak wracali do siebie. Reya nie wdawała się jednak w związki. To, co ich łączyło, musiało się skończyć.

Jutro.

Oczyściła ostrze o spodnie, po czym wsunęła je do pochwy. Porywisty wiatr szybko suszył szkarłatne rozbryzgi na jej policzkach.

– Zawsze zostawiasz mi największego – sarknęła.

– Na zarobek trzeba zapracować – odpowiedział Gavin ze śmiechem. – Nie żebyś potrzebowała pieniędzy. Już masz ich więcej niż wszyscy my razem wzięci. A z jakiegoś powodu wciąż mieszkasz w tej klitce w dzielnicy zachodniej.

Reya prychnęła.

– Mam stamtąd najlepszy widok na miasto.

Gavin przeskoczył na jej powóz, co uznała za wdarcie się do jej prywatnej przestrzeni.

– A mnie się zdaje, że to tylko wymówka, by spać u mnie.

Arogancki skurczybyk. Uwielbiała tę jego cechę.

– Ach, tak? A od kiedy to u ciebie się sypia?

Roześmiał się i uniósł dłoń, by otrzeć kroplę krwi z jej policzka.

– Wziąłbym na siebie większego, ale nie chciałem ci odbierać zabawy. Czy też może sławny Szkarłatny Sztylet nieco się stępił?

Wielki rubin osadzony w głowicy noża zalśnił w świetle księżyców, jak gdyby domagał się uwagi. Reya zapracowała na to, aby ten przydomek wywoływał strach u nawet najgroźniejszych przedstawicieli riterrańskiego podziemia.

– Co ty możesz wiedzieć o zabawie?

Mrugnął do niej.

– Jeśli chcesz, pokażę, co wiem. Jeśli ci się poszczęści, to może nawet dziś w nocy.

Popchnęła go trochę za mocno, ale Gavin tylko się roześmiał. Czuł się w jej towarzystwie całkiem swobodnie. Tak jak ona w jego. Może zbyt swobodnie.

– Skończyliście wreszcie? – zawołał Zaim przez ramię.

Odwróciła się, żeby ocenić, gdzie się znajdują. Ponownie założyła maskę. Po pozbyciu się strażników Zaim skierował karawanę na Trakt Suwerena. Powozy jechały teraz z szaleńczą prędkością w kierunku dzielnicy południowej bądź też Stogów, jak nazywali ją mieszkańcy.

Edris było sercem imperium, stolicą pełną życia i energii. Idealnym miejscem na siedzibę króla. Nawet tak paskudnego jak obecny.

A Reya została dziedziczką całego przestępczego półświatka tej metropolii.

Lennox wyraził się jasno: mają mu dostarczyć całą karawanę. Ani słowem nie wspomniał o tym, co przewoziła.

Zresztą Reya chyba wolała nie wiedzieć. Ostatnio dawał coraz dziwniejsze zlecenia. Nawet jak na kogoś, kto działał w każdej branży, jaką tylko można sobie wyobrazić. Im mniej legalne prowadził interesy, tym bardziej narażał się władzom. I tym więcej grzechów wytkną Reyi Wszechbogowie, gdy stanie przed bramą do wieczności. Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie uwolni się od Raulina.

Z jej nieskalanej duszy zostały już zaledwie strzępy, ale planowała choć tyle dla siebie zachować.

Jeszcze tylko jedna robota. Ostatnia.

– Jeśli zauważysz, że ktoś za nami jedzie – powiedziała, wskazując na kołczan wystający zza ramienia Gavina – strzelaj.

Karawana minęła pierwszy punkt orientacyjny – kamienny pomnik jakiegoś starożytnego króla. Zaim prowadził powozy trasą specjalnie wytyczoną na wypadek pościgu. Dokładnie dziesięć minut dzieliło ich od celu. Trzymając się uchwytów na ścianie wozu, Reya zeszła po stopniach na niższy podest. Dała znać Gavinowi, żeby zajął miejsce z tyłu.

Wszystkie drzwi zabezpieczono łańcuchem i kłódką. Teraz dziewczyna musiała je zdjąć, zanim dotrą do punktu zbiórki, gdzie Niebieskie Kaptury szybko wyładują zawartość powozów i spalą całą resztę.

Zadanie było w zasadzie wykonane. W myślach już pakując swoje kufry, Reya wyciągnęła zza pasa toporek i rąbnęła nim w łańcuch. Nawet przy tak wielu talentach nie zdołałaby otworzyć zamka powozu pędzącego ulicami miasta. Po trzech uderzeniach łańcuch pękł. Schowała broń, złapała za zniszczoną belkę, uchyliła drzwi i wcisnęła łańcuch do środka. Nie zamierzała zostawiać jakichkolwiek śladów, po których Srebrna Gwardia mogłaby do niej dotrzeć. Z wnętrza rozległ się głuchy łoskot. Otworzyła drzwi szerzej, spodziewając się widoku skrzyń, pudeł, beczek, antyków. Czegoś takiego. Czegokolwiek.

Lecz powóz był… pusty.

Niemożliwe, pomyślała. Gorączkowo próbowała zrozumieć, co oznacza ten widok. Czy karawana mogła być zmyłką? Gavin zapewniał Lennoksa, że czas i trasę przejazdu potwierdziło trzech informatorów. Reya całymi tygodniami opracowywała plan tego skoku. Śledziła Srebrnych Gwardzistów, płaciła łapówki, przeprowadzała zwiad, układała wszystkie elementy ataku.

Nie lubiła polegać na innych, dlatego wolała pracować w pojedynkę.

Zgrzytnęła zębami, przeniosła ciężar ciała na jedną nogę i przeskoczyła na kolejny powóz. Niemożliwe, by cała praca poszła na marne. Złapała uchwyt, podciągnęła się z wysiłkiem i postawiła nogi na stopniach.

Minęli kolejny punkt orientacyjny – tawernę z nadłamanym znakiem przedstawiającym półksiężyc. Zostało siedem minut. Adrenalina płynąca w żyłach pobudzała lepiej niż whiskey. Najlepiej pracowało jej się do rytmu tykającego zegarka i bicia własnego serca.

Złapała kłódkę, obróciła ją i przyjrzała się dokładnie. Misterna robota. Nigdy nie widziała takiego modelu. Na tym powozie nawet łańcuchy były grubsze.

Na pewno więc tutaj schowano cały towar. Tylko w takim razie po co aż trzy wozy?

Nagle poczuła coś dziwnego – z metalowego mechanizmu biła… obcość. Dziewczyna się wzdrygnęła. Modląc się, by to była pomyłka, obróciła kłódkę tak, aby w księżycowym blasku lepiej dostrzec dziurkę od klucza. Powierzchnia mieniła się zielonkawo. Reya zaklęła.

Zamek zrobiono z kelmienia – jedynego naturalnego materiału, całkowicie odpornego na magię. A to znaczyło, że cokolwiek znajduje się w powozie, jest tak cenne, że Srebrna Gwardia zdecydowała się użyć nadzwyczajnych środków ochrony, albo… samo w sobie jest magiczne. A magię w Imperium Riterrańskim zdelegalizowano setki lat temu.

Przy jakiejkolwiek innej robocie Reya zeskoczyłaby z karawany i wzięła nogi za pas. Byle uciec jak najszybciej i jak najdalej od tego, co tu się przewozi. Lecz od tego zlecenia zależała jej przyszłość. Policzyła do pięciu w nadziei, że ktoś ją powstrzyma. Skoro nikt taki się nie pojawił, wyciągnęła toporek i zamachnęła się energicznie. Raz, drugi, trzeci. Przy każdym uderzeniu strzelały iskry, lecz łańcuch nie puścił.

Znów rąbnęła.

Nic.

I jeszcze raz, i jeszcze.

– Przeklęte cholerstwo!

Metal wreszcie pękł. Reya wyciągnęła rękę, by złapać kłódkę, ale ta poleciała pod koła. Trzeba będzie później po nią wrócić. Z jękiem zawodu złodziejka wsunęła broń za pas i poluzowała łańcuchy. Zawahała się.

Jeśli w środku znajdowało się coś magicznego, otwieranie drzwi byłoby błędem. Najlepiej rzucić łańcuch na ziemię i zabrać się za ostatni powóz. Z jakiegoś powodu nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Kilka kolejnych sekund zmarnowała na rozmyślanie nad decyzją, którą już i tak podjęła. Musiała wiedzieć, z czym ma do czynienia.

Zmówiła w duchu kolejną modlitwę: o to, by zawartość powozu nie wpędziła jej do grobu.

Pociągnęła za żelazny uchwyt. Drzwi odskoczyły gwałtownie. Płuca Reyi natychmiast wypełniła dusząca woń zgnilizny, pleśni i ziemi zroszonej deszczem. W jej oczach zebrały się łzy. Złodziejka zatkała nos i usta, po czym zajrzała do środka. Wydyszała paskudne przekleństwo.

Wszechbogowie!

Mieli problem. I to poważny.ROZDZIAŁ 2

WIATR W OCZY I SIEKIERA W PLECY

Gdy Reya spojrzała w oczy istocie, do której porwania została wynajęta, w gardle wezbrała jej żółć.

Nieśmiertelna przypominała zwykłą kobietę. Prawie. Skórę pokrywały szmaragdowe, jaśniejące znaki. Były na piersi, ramionach i nogach. Wydawały się zarazem kunsztowne i przerażające – jak gdyby ktoś wyciął je w ciele, chcąc uwolnić wewnętrzne światło. Siedziała w rogu swojej celi. Obejmowała rękami kolana. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest w kiepskim stanie i że od dawna nic nie jadła, a światła słonecznego nie widziała jeszcze dłużej. Pomimo pobladłej, posiniaczonej skóry jej widok wciąż robił piorunujące wrażenie. Na ramionach rozlewały się czarne jak atrament włosy. Nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia pięć lat, choć mogła mieć nawet i dwieście.

Była Wiedzącą – najgroźniejszą z magicznych istot. I nie dała się pojmać bez walki. Nie tylko mocno ją poturbowano, ale też przykuto łańcuchami do podłogi.

Na szyi miała obrożę z kelmienia.

Krew zabuzowała w żyłach Reyi.

Morderczy szał w szarych oczach nieśmiertelnej mieszał się z przeraźliwym strachem. Niegdyś Wiedzący władali całym kontynentem Ianess. Dzięki ogromnej sile i nienaturalnie wyostrzonym zmysłom, a także potężnym zdolnościom magicznym cieszyli się szacunkiem, choć podszytym obawą. Odkrycie kelmienia wyrównało szanse w starciu między ludźmi a Wiedzącymi. Dzięki przewadze liczebnej ludzie wygonili Wiedzących z ich ziem. Wojna trwała setki lat i była najkrwawszym konfliktem w historii. Wiedzący z wyglądu przypominali ludzi, dlatego bez trudu mogli się wśród nich ukryć, lecz większość opuściła Ianess w poszukiwaniu bezpiecznej przystani.

Karawana skręciła gwałtownie w lewo. Reya mocniej złapała się drzwi. Wewnątrz powozu było tak niewiele miejsca, że więźniarka nie mogła nawet wstać. Powietrze i światło wpadały przez cienką szparę w tylnej ścianie. Wiedząca wcisnęła się głębiej w róg pomieszczenia.

Dlatego Lennox nie zająknął się o tym, co takiego mają ukraść, i obiecał niezłą fortunę za wykonanie zadania. Kopalnie kelmienia z każdym rokiem przynosiły coraz mniejszy urobek. Sama obręcz na szyi Wiedzącej musiała być warta krocie. Wartość tego cacka była jednak niczym przy wartości samej nieśmiertelnej. Żywa czy martwa, była bezcenna. Napadając na karawanę, Lennox dostał w swoje ręce i jedno, i drugie. Reya z niechęcią pochwaliła genialny plan. Lecz bez niej by się nie powiódł.

Kolejny przeciągły gwizd Zaima dał znać, że minęli trzeci punkt orientacyjny. Ostatni. Zostały cztery minuty.

Niebieskie Kaptury nigdy wcześniej nie parały się handlem istotami magicznymi. Skąd ta nagła zmiana? I dlaczego porwano akurat tę Wiedzącą? Czy Gavin i Zaim wiedzieli? Pytania kłębiły się w głowie Reyi. A najważniejsze: co teraz?

Znając Lennoksa, sprzeda kobietę temu, kto zaoferuje najwięcej. Z doświadczenia Reyi wynikało, że dobrze płacą szemrane typy. W najlepszym wypadku Wiedząca posłuży komuś jako broń. Stanie się narzędziem w rękach złych ludzi. Takich jak Reya. W najgorszym… Lennox w zamian za okup odda tę kobietę królowi, któremu ją ukradł. A monarcha znany był z tego, że zrodzonych z magii kroi na stołach badawczych. Nie ulegało wątpliwości, że Wiedzącą w takim przypadku czeka los gorszy od śmierci.

– No dalej! – zawołał Gavin. Wiatr zagłuszał jego słowa.

Reya mocno zacisnęła dłoń na drewnianej krawędzi, aż deska skrzypnęła od naporu. Wolność jest tak blisko. Jeśli teraz oszuka Lennoksa, nie tylko wróci do domu bez pieniędzy, ale też będzie spłacała dług przez wiele lat. Magia to niebezpieczna rzecz – co do tego Reya i król Riterry się zgadzali. Całymi latami unikała parających się nią osób. Gdyby uwolnić Wiedzącą, ta mogłaby od razu zaatakować. Reya nie miała najmniejszej ochoty na własnej skórze przekonać się, jaką magiczną moc władze imperium postanowiły poskromić, zakładając na szyję kobiety obrożę. Zresztą to nie jej problem.

Skuta łańcuchami kobieta nagle zaszlochała, jak gdyby czytając w myślach złodziejki. W jej głosie wściekłość mieszała się z rozpaczą tak przejmującą, że Reya aż zacisnęła powieki. Była pewna, że ten pozostanie z nią na długo.

„Proszę”, błagały oczy Wiedzącej. „Nie zostawiaj mnie tu”.

Reya poczuła, jak wielki ciężar osiada na jej barkach. Kiedyś ona też zamknięta była w podobnej klatce. I dałaby wtedy wszystko, by ktoś ją uwolnił.

Była złodziejką, oszustką, morderczynią. Świat odebrał jej wszystko, więc ona w odwecie postanowiła odwdzięczyć się tym samym.

Przez ostatnie dziesięć lat była głodzona, bezdomna, bita i więziona. Raz nawet o mało jej nie powiesili.

Krwi, którą miała na rękach, nie dało się zmyć. A winę za to wszystko ponosił Lennox Raulin.

Nigdy jednak nie zniżyła się do handlu niewolnikami.

Ojciec by jej tego nie wybaczył… gdyby żył.

Gavin miał rację. Zmiękła.

Lennox ją ukarze. To nie ulegało wątpliwości. Lecz Reya potrafiła przetrwać gniew księcia złoczyńców. Już nieraz go znosiła. Trudy życia ją zmieniły, lecz w głębi duszy wciąż pozostawała córką Gwendolyn i Hectora Connerych. I czuła, że rodzice patrzą na nią z gwiazd.

Niech to piekło pochłonie!

– Dobra, słuchaj uważnie. – Odłożyła łańcuch i wczołgała się do powozu. Drewno podłogi gniło. Wolała nie myśleć, od czego pochodzi ta wilgoć. W zamkniętej przestrzeni jej oddech przyśpieszył. Zamknęła oczy. Wyobraziła sobie kuźnię, zapach domu, uśmiech ojca. Poczuła na szyi pieczenie, ale nie uniosła dłoni, by dotknąć wiszącego na niej naszyjnika. To nie czas, by poddawać się słabości. Nie teraz. Nie tutaj. – Jeśli chcesz dożyć ranka, rób dokładnie to, co mówię. Trzymaj ręce przy sobie, tak żebym je widziała. Zdejmę kajdany.

Paskudne rany pokrywały nadgarstki Wiedzącej. Stawy miała opuchnięte, skórę zaczerwienioną. Próbowała się uwolnić. Reya wyciągnęła dłonie, chcąc dokładniej sprawdzić okowy. Wtedy kobieta energicznie machnęła rękami, celując w głowę złodziejki. Ta uchyliła się w ostatniej chwili.

Uno, miej litość.

– Przestań! – Reya złapała więźniarkę za ramiona i mocno przyparła je do ściany. Gdyby nie skrajne wycieńczenie Wiedzącej, nie dałaby rady tego zrobić. Opanowana przez instynkt przetrwania kobieta zaczęła krzyczeć i kopać z zaciekłością, na jaką stać było tylko nieśmiertelnych. Reya była pełna podziwu dla determinacji kobiety. Chociaż w tym momencie miała ochotę ją udusić. – Zachowaj siły na tych, którzy chcą ci zrobić krzywdę – warknęła, przygniatając kobietę do ściany z całą mocą. – A uwierz, będzie ich wielu.

– Ruda, ruchy! – zawołał Gavin. Jego kroki słychać było na dachu powozu.

Wiedząca znieruchomiała. Reya puściła jedną rękę i przytknęła palec do ust. Trzy minuty.

– Wiem, że żadne moje słowa nie sprawią, że mi zaufasz. Ale nie mamy czasu – odezwała się cicho. – Jeśli nie chcesz być uwolniona, dostarczę cię mojemu mocodawcy i niech on decyduje, co z tobą zrobić. A ty przejdziesz do historii jako najgłupsza kobieta, którą kiedykolwiek zrodziła magia. Masz osiemnaście sekund na zastanowienie.

Wiedząca zacisnęła powieki tak mocno, że cała twarz pokryła się zmarszczkami. Jak gdyby mogła w ten sposób zmienić swój los. Przełknęła głośno ślinę, a potem rozluźniła pięści.

Waleczna. Dobrze.

– Mądra decyzja – szepnęła Reya. Powiodła palcami po łańcuchu, aż dotarła do pierścienia przymocowanego do metalowej płytki w podłodze. Kowale riterrańscy nie znali się zbyt dobrze na swojej robocie. Zdarzało im się nie podgrzać metalu do odpowiedniej temperatury lub niedokładnie go oczyścić przed obróbką. Wtedy wystarczyło mocno uderzyć w odpowiedni punkt, aby połączenie pękło. Reya przejechała kciukiem po nierównym spawie. Wyciągnęła toporek i stuknęła dwukrotnie. Metal puścił. Uśmiechnęła się szeroko. – Każda klatka ma słaby punkt. Trzeba go tylko znaleźć.

Wyciągnęła rękę w kierunku Wiedzącej. Ten prosty gest znaczył bardzo wiele. Oferowała pomoc. Jeżeli kobieta miała w sobie wystarczająco dużo siły, mogłaby ją przyjąć. No chodź, pomyślała Reya. Przecież cię nie złamali. Po chwili wahania nieśmiertelna złapała wyciągniętą dłoń. W jej oczach złodziejka dostrzegła błysk. W odpowiedzi uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– Trzymaj się mnie – poleciła, łapiąc Wiedzącą. – I nie krzycz.

Wyskoczyła z powozu, odpychając się nogami z całej siły. W locie obróciła się tak, by uderzyć w ziemię jako pierwsza. Wiedziała, że upadek skończy się posiniaczonymi plecami.

Kobieta zawyła, kiedy obie rąbnęły o bruk. Gavin musiał ją usłyszeć.

– Co ja mówiłam? – warknęła Reya, po czym wstała i podniosła Wiedzącą z ziemi. Owinęła siebie i ją płaszczem. Wciąż usiłowała powstrzymać mdłości. Po wszystkim przydałaby jej się porządna kąpiel. Albo trzy.

Gavin wydarł się na Zaima, by ten zatrzymał karawanę, ale powozy już minęły zakręt. Nawet gdyby teraz wstrzymać konie, nie dało się zawrócić w wąskiej alejce. A Reya zniknęłaby na długo, zanim Gavin znów by tu dotarł. Złodziejka ruszyła przed siebie najszybciej, jak się dało, spowolniona obecnością uratowanej więźniarki. Ponaglała kobietę raz za razem, zagłębiając się w labirynt krętych uliczek najgorszej dzielnicy Edris.

Do świtu zostało jeszcze kilka godzin. Poruszały się po opuszczonej części miasta. Dlatego właśnie tu zaplanowali skok. Ci, których można było spotkać po drodze, nie śmieliby wejść w drogę komuś noszącemu niebieski kaptur. Im bliżej murów, tym większa szansa na napotkanie patrolu Srebrnej Gwardii. Niestety właśnie tam zmierzała Reya.

– Z miasta jest tylko jedno wyjście, którym można się wydostać niepostrzeżenie. Nie spodoba ci się – powiedziała, nie zwalniając kroku. Trzymała się głębszego mroku. Ukradkiem wyglądała zza rogu każdego mijanego budynku. – Lepsze to jednak niż nic.

Zdarzało się po drugiej stronie Morza Środkowego, że zrodzeni z magii podawali do stołu, nalewali napoje w tawernach, widywało się ich na ulicach. Mieszkali po sąsiedzku z ludźmi. Tutaj takie istoty zabijano bez wahania.

Zza zakrętu wyłoniła się grupka Srebrnych Gwardzistów, jak gdyby sama myśl o nich przywołała ich w to miejsce. Reya wepchnęła Wiedzącą w najbliższe drzwi i plecami osłoniła ją przed wzrokiem strażników. Wstrzymała oddech. Po samym zapachu łatwo było je odnaleźć. Dopiero kiedy patrol zniknął z pola widzenia, wyciągnęła Wiedzącą z niszy.

Plan był bardzo ryzykowny. Aby jednak stawić czoło gniewowi Lennoksa, musiała poznać odpowiedzi na kilka pytań.

– Wszystko w porządku?

Wiedząca kiwnęła głową. Zerknęła w kierunku, w którym odeszli gwardziści, zaskoczona, że zdołały się ukryć.

– Dobrze. – Zdając sobie sprawę, że nie będzie miała kolejnej szansy, Reya wyciągnęła swój sztylet z rubinem i gwałtownie przytknęła ostrze do gardła kobiety. W szarych oczach rozgorzał blask furii. – Spokojnie. Nie po to cię uwolniłam, żeby teraz zabić. Za chwilę zdejmę z ciebie kajdany. Najpierw odpowiesz mi na kilka pytań, bo nie ufam ci na tyle, żeby zaryzykować spopielenie – skinęła głową na Wiedzącą – czy co tam innego potrafisz robić.

– Dlaczego miałabym ci cokolwiek mówić? – syknęła kobieta głosem słabym od krzyku lub długiego milczenia.

– Bo chcesz, żebym zdjęła z ciebie tę obręcz. A musisz wiedzieć, że zamki potrafię otwierać szybciej niż ktokolwiek inny w tym mieście.

W oczach kobiety złość mieszała się z desperacją. W końcu spuściła wzrok na naszyjnik Reyi. Złoty łańcuszek i zielony wisior. Reya nie zdejmowała go nigdy, nawet w kąpieli. Wiedząca rozdęła nozdrza, a jej źrenice się zmniejszyły.

– To…

– Nawet nie próbuj – ostrzegła Reya.

– Wydaje ci się, że ta błyskotka z kelmienia cię ochroni?

Reya nie miała pojęcia. Nigdy nie testowała naszyjnika. Poza tym nawet bez magii Wiedząca mogła być śmiertelnie niebezpieczna. Stąd sztylet. Reya mocniej przycisnęła go do skóry kobiety.

– Czego chcesz? – spytała Wiedząca z pewnością w głosie, jaką dać może wyłącznie bardzo długie życie. Przerażenie zniknęło bez śladu. Z ofiary zmieniła się w drapieżnika. Tak jak w legendach: była piękna i przerażająca zarazem. Nagle irracjonalny strach króla Riterry przed zrodzonymi z magii przestał się wydawać taki dziwny.

– Masz jakieś imię? – Reya postanowiła zacząć od podstaw. – Jak cię nazywają? I nie kłam. Rozpoznam fałsz.

Bardzo niewiele osób potrafiło okłamać ją tak, by się nie zorientowała. Każde kłamstwo odczuwała tak, jakby ktoś wbił jej w brzuch haczyk i pociągnął. Czasami wydawało jej się nawet, że czuje w ustach smak nieprawdy.

– Stellene.

– Jak długo cię więzili, Stellene?

– Nie mam pojęcia. Straciłam rachubę czasu.

Prawda.

– Dlaczego mój szef uważa, że jesteś tak wartościowa?

– Skąd mam wiedzieć? – Stellene spojrzała Reyi prosto w oczy, ale to jej nie zwiodło. Żołądek złodziejki dał o sobie znać ostrym ukłuciem.

– Mówiłam, że masz nie kłamać.

Stellene się zawahała. Spojrzała na sztylet, potem w oczy Reyi.

– Król Rothmire uważa, że posiadam coś, czego tak naprawdę nie mam.

Reya przyjrzała się Wiedzącej w świetle księżyców. Coś w tej twarzy nie dawało jej spokoju.

– Rozpoznaję cię. – Dopiero po chwili udało się przywołać wspomnienie. – Jesteś na tych wszystkich plakatach. Oferują za ciebie niemałą nagrodę. – Widywała podobiznę Stellene tuż obok własnej. Kobiety poszukiwano w związku z napadami na posterunki imperialne i uwalnianiem przetrzymywanych tam istot magicznych. – To ciebie nazywają Sanktą… Świętą.

– Nie zamierzałam zwracać na siebie uwagi. – Stellene się skrzywiła.

Z plakatów nie dało się wyczytać, że była Wiedzącą. Król nie chciał, aby ktokolwiek domyślił się, że zrodzona z magii mogłaby umknąć Srebrnej Straży. Wiedząca nie mówiła jej wszystkiego. Coś taiła. Reya wiedziała jednak, że to nienajlepszy moment na dociekania. Nie teraz. Czasu było coraz mniej.

Tylko wzruszyła ramionami.

– Czemu nie? Święta Stellene brzmi całkiem ładnie. – Szare oczy rozbłysły irytacją. Reya parsknęła. – Spokojnie. Twoja tajemnica jest u mnie bezpieczna.

– Z jakiegoś powodu wątpię.

– Dlaczego uwalniałaś zrodzonych z magii? – Reya nie wiedziała, czemu akurat to pytanie przyszło jej do głowy.

– Bo tak było trzeba – odparła Wiedząca z determinacją. – A dlaczego ty uwolniłaś mnie?

Reya postanowiła zignorować te słowa.

– Przypomnę ci, że z tego miasta jest tylko jedno wyjście. A ty go beze mnie nie znajdziesz. Tak samo jak nie pozbędziesz się tej obroży. Pamiętaj o tym. Teraz cię puszczę. Jeśli chcesz, żebym ci pomogła, lepiej nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów.

Nieśmiertelna zacisnęła zęby.

– Przytaknęłabym, gdyby nie ostrze przy mojej szyi.

Reya omal nie wybuchła śmiechem. Szkoda, że ich drogi za kilka chwil się rozejdą. Zaczynała lubić Stellene.

– Ostra jak brzytwa. Dobrze. Przyda ci się ta zadziorność. Potrzebuję jednak zapewnienia. Wyraźnego.

Wiedząca uśmiechnęła się nieznacznie.

– Nie zabiję cię… dzisiaj.

Prawda.

Powoli, nie chcąc jej wystraszyć, Reya wsunęła do pochwy sztylet, potem skupiła się na kajdanach Stellene. Zamek był prosty, choć nie dało się go otworzyć bez odpowiedniego narzędzia. Na szczęście złodziejka miała je przy sobie.

– Nie ruszaj się. – Pogmerała w przytroczonej do paska sakiewce. Szybko otworzyła zamki kajdan na nadgarstkach i kostkach Wiedzącej, obracając mechanizm w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Obręcz na szyi stanowiła większe wyzwanie. Miała najbardziej złożony zamek, jaki Reya w życiu widziała. Otwór na klucz przypominał kształtem zębatkę w jakimś skomplikowanym mechanizmie. Złapała za dwa metalowe wytrychy – jeden płaski, zagięty, drugi łukowaty i spiczasty. Najpierw wsunęła płaski, potem łukowaty. Nasłuchiwała. Poruszała nimi nieznacznie z wielką wprawą.

– Zalutowali to czy jak? – mruknęła, obracając wytrych wsadzony w sam środek zamka, jednocześnie naciskając drugim na wszystkie siedem kołków po kolei, aż doszła do tego, które należy poruszyć, by otworzyć zamek. Rdzeń obrócił się o czterdzieści pięć stopni. Reya cmoknęła z zadowoleniem, ale zaraz potem wszystkie kołki z trzaskiem wskoczyły ponownie na swoje miejsce. Złodziejka z irytacją szarpnęła pierwszym wytrychem.

Nie popełniła błędu. Była pewna. Kołki ułożone na obwodzie okręgu po prostu wraz z obrotem bębna wskoczyły na kolejną pozycję. Genialne. Reya powtórzyła sekwencję. Rdzeń obrócił się o kolejne dziewięćdziesiąt stopni, kliknął. Obroża ześlizgnęła się z szyi Wiedzącej, ukazując napuchnięty, poczerwieniały pas.

Reyę przebiegł dreszcz. Gwałtownie odsunęła się od Stellene. Zielonkawe znaki na skórze nieśmiertelnej pojaśniały. U Wiedzących te symbole są fizycznym dowodem ich magicznych zdolności. Podobnie jak ich krew. Ta wyciekająca z rany na szyi kobiety była błękitna. Powietrze dookoła zaczęło pulsować od energii.

W oddali rozległ się grzmot. Reya z roztargnieniem spojrzała w niebo, a zaraz potem odskoczyła z obrzydzeniem, bo Stellene gwałtownie zwymiotowała. Nie żeby obficie, bo prawie jej nie karmili, ale żółć i tak zbryzgała ulubione buty Reyi. Zaczęła wycierać je o bruk, dając Wiedzącej chwilę na dojście do siebie. Kajdany, łańcuchy i obręcz włożyła do skrzyni stojącej obok magazynu, przy którym się zatrzymały. Mogła po nie później wrócić.

Gdy Stellene w końcu się wyprostowała, Reya przysięgłaby, że nieśmiertelna urosła o dobre kilka centymetrów. Wiedząca przechyliła głowę. Coś chrupnęło jej w szyi. Po chwili złodziejka zarzuciła na nią swój płaszcz i obie ruszyły w dalszą drogę, wypatrując pogoni. Po kilku minutach Reya zatrzymała się przy studzience kanalizacyjnej.

– Mam nadzieję, że potrafisz pływać – odezwała się, wskazując na rwący strumień w dole, poniżej kratownicy. Usiłowała spłycić oddech, by nie czuć smrodu. – Bo twoja droga wiedzie tędy.

Wiedząca zmarszczyła nos w grymasie obrzydzenia.

Dolne dzielnice Edris chronił wysoki kamienny mur, szeroki na sto kroków. Wiódł wzdłuż rzeki Sirene. Posiadając odpowiednie dokumenty, można było wjechać do miasta lub z niego wyjechać przez jedną z trzech bram – południową, zachodnią i wschodnią – z których każda prowadziła na most strzeżony całą dobę. Stolica, granicząca od północy z Górami Etellińskimi, była fortecą nie do zdobycia.

Jedynym słabym punktem były kanały.

– Idź tunelem prosto przed siebie. Dotrzesz do rzeki – wyjaśniła Reya. – Nie skręcaj, bo się zgubisz. Della i Dymis świecą dziś mocno, twoje znaki też, więc trzymaj się przy samej ścianie. Kiedy natrafisz na patrol, zanurz się cała. Prąd zniesie cię w dobrym kierunku. – Reya znała drogę ucieczki jak własną kieszeń. Zbadała ją dokładnie kilka lat wcześniej. – Popłyniesz rzeką Sirene aż do zatoki Rudrock. W doku siedemnastym stoi stara łódź rybacka „Konkord”. Zabierz pakunek z prowiantem schowany pod zwojem liny i stosem sieci. Wysusz się i przebierz. Ubrania, które zostawiłam w skrytce, powinny pasować. Stamtąd możesz odpłynąć dowolnym statkiem pod banderą deltijską. Schowasz się w luku. Uciekaj z kontynentu. W Deltii istnieje sanktuarium dla zrodzonych z magii. Będziesz tam bezpieczna. Albo w każdym razie bezpieczniejsza niż tutaj. Wszystko jasne?

Stellene spojrzała jej w oczy.

– Zabiją cię za to.

– Nic podobnego. Dam sobie radę. – Reya wyciągnęła jeden ze swoich sztyletów i wcisnęła go Stellene w dłoń. – Zawsze sobie daję radę.

– Stać! – zawołał donośny głos.

Reya obróciła się błyskawicznie i ujrzała patrol straży. Ten sam, przed którym wcześniej udało im się ukryć.

– Wskakuj – syknęła, unosząc ciężką kratę.

Stellene się zawahała. Przeniosła wzrok z Reyi na gwardzistów. Nad ich głowami zbierały się burzowe chmury.

– Mogę pomóc…

– Idź! Poradzę sobie!

Popatrzyły na siebie jeszcze jeden, ostatni raz.

– Nie dosłyszałam twojego imienia – powiedziała Stellene.

Reya się uśmiechnęła.

– Bo się nie przedstawiłam.

Wiedząca pokręciła głową, prychając lekko z rozbawieniem.

– Nie zapomnę, co dla mnie zrobiłaś. – Wskoczyła do tunelu z głośnym pluskiem.

Dziewczyna rozciągnęła usta w uśmiechu, po czym puściła kratę, która opadła z głośnym brzdękiem.

– Ręce do góry!

Ta noc chyba nigdy się nie skończy.

Złodziejka obróciła się przez ramię. Pięciu strażników. W pełnym rynsztunku. I każdy widział, jak Wiedząca wskakuje do kanału. Gdyby o tym donieśli, zamknięto by port, odcięto Stellene drogę ucieczki. Cały trud poszedłby na marne.

A to znaczyło, że strażnicy muszą zginąć.

Reya wyciągnęła miecz ojca, wciąż brudny od krwi. Zanim cały skład patrolu do niej dotarł, jej pierwszy cel już krwawił.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij