Facebook - konwersja
Stojak - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Stojak - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-7722-345-1
Język:
Polski
Data wydania:
Styczeń 2011
Rozmiar pliku:
1,0 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
25,00
Cena w punktach Virtualo:
2500 pkt.

Stojak - opis ebooka

Pierwsza oparta na faktach powieść o pracownikach ochrony!

Nie o tych w eleganckich garniturach, ale tych usytuowanych najniżej w ochroniarskiej hierarchii – pracujących w hipermarketach, na parkingach i w biurowcach. Tam, gdzie zysk firmy odbywa się kosztem człowieka.

Bohater książki ma to nieszczęście, że pracuje w jednym z takich przedsiębiorstw. Trafia do ekskluzywnego, położonego w centrum stolicy połyskującego biurowca. Cieszy się, że będzie miał bliżej do pracy, jednak jego radość trwa krótko. Otoczony ludźmi bez kręgosłupa moralnego, nieustannie styka się z pogardą i upokorzeniem. Choć mogłoby się wydawać, że czasy niewolnictwa dawno już minęły, to w szklanym molochu, na piętrach, otoczeni marmurem, stoją głodni, udręczeni ludzie. Ludzie-stojaki, dla których pójście do ubikacji to łaska dana przez tych, którzy o ubikację i przerwę prosić nie muszą.

Kto wie, może po przeczytaniu tej książki niejeden klient hipermarketu, parkingu czy pracownik wysokiego biurowca inaczej spojrzy na „ochroniarza”, który akurat dziś znowu nie miał przerwy na posiłek i może pracuje za połowę stawki.

Dzwonek. Z windy wychodzi Mojs, za nim idzie Adaś. Powinienem być tam, gdzie kazał mi stać, a ja teraz stoję koło balustrady. Nie mam nic na swoją obronę, kompletnie nic. Cholerne parę metrów i byłbym bezpieczny. Powiedziałbym, że usłyszałem dzwonek windy, to szybko wyskoczyłem na hol ‒ i tyle. Tu nie powinienem stać.
Próbuję trzymać głowę prosto, ale wzrok sam opada i wbija się w posadzkę; jakby tu wjechał jakiś faraon z Egiptu, a nie zwyczajny cham z Warszawy.
‒ Czego tam szukałeś? ‒ pyta Mojs, a Adaś z nerwów zagryza wargi.
‒ Na chwilę tylko ‒ odpowiadam, dławiąc się własnym głosem.
‒ Miałeś pilnować tamtych i co, kurwa? Znowu widoki z góry podziwiasz? – Krzywi się. ‒ Mówiłeś, że ich pilnuje, a ten znowu w chuja wali! ‒ Patrzy przez chwilę na Adasia. ‒ Tego, że jesteś lżejszy o połowę kasy, nie muszę ci już chyba tłumaczyć?! ‒ Odwraca się do mnie plecami, a ja zaczynam czuć dziwny zapach, jakby mi się skóra fajczyła. To z nerwów.


Artur Wieczyński - pisarz młodego pokolenia. Pochodzi z Pomorza. Oprócz pisania zajmuje się też malarstwem. W 2010 roku zadebiutował powieścią I w ogóle, która została ciepło przyjęta przez czytelników. Stojak to druga powieść w dorobku autora.

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Już nigdy nie zobaczę ich wszystkich w komplecie. Szkoda, przez półtora roku można było niektórych polubić, ale te dojazdy… Te dojazdy mnie wykańczały.

Gdybym mieszkał bliżej centrum Warszawy, może miałoby to jakiś sens. Z Janek na Okęcie, z Okęcia do centrum, a potem jeszcze do Sochaczewa? Taką trasę można pokonywać, jadąc do babci na wakacje.

W Warszawie siedzę od dwóch lat. Przyjechałem tu z kumplem, on szybko wrócił, ja zostałem. Było mi głupio wracać tak bez niczego. Żałuję? Nie wiem, ale kto wie, co bym teraz robił, gdybym wtedy też z nim wyjechał.

Ojciec mój jest strażakiem, a matka całe życie nie pracuje. Jest kurą domową i to tyle o niej.

Kiedyś też chciałem gasić pożary, ale w wieku pięciu lat straciłem słuch. Po tygodniu odzyskałem, ale tylko na jedno ucho i marzenie o byciu strażakiem pozostało marzeniem.

To, że jestem w połowie głuchy, wykrywa tylko audiogram, ludzie są zbyt ułomni. Ja też czasami zapominam, że z moim prawym uchem jest coś nie tak. W przeciwieństwie do audiogramu. Wredne gówno!

*

Dziś ostatni raz byłem na batonach; jak by się to komu nie kojarzyło, do klubów gejowskich nie chadzam. Batony – tak nazywałem fabrykę czekolady w Sochaczewie. Pracowałem tam jako agent ochrony albo cieć – jak kto woli. Wcześniej była jeszcze praca fizyczna przy produkcji plandek. Robiłem tam z tym samym kolesiem, który potem odbił ode mnie i wrócił do domu. To była naprawdę harówa, a my nie bardzo sobie radziliśmy. Szybko to rzuciłem, by już po paru dniach zostać BIZNESMANEM.

Od pierwszej godziny mojej misji czułem się głupio. Potem zrobiło mi się gorąco, zachciało mi się pić, a pasek ciężkiej torby, wypchanej cudownymi zapalniczkami z Chin, zaczął coraz brutalniej wrzynać mi się w ramię. Chciałem choć przez chwilę odpocząć; przycupnąć gdzieś w cieniu, odetchnąć, ale moja opiekunka, gruba, wysoka blondynka z szerokimi jak płetwy stopami, nie pozwalała mi na to. Co chwilę powtarzała wyuczone jak pacierz słowa: „Dziś chodzisz po ulicy, jutro jesteś kimś”. Mamrotała te bzdury, kiedy tylko zauważała kolejny atak zrezygnowania rysujący się na mojej spoconej twarzy.

Nie wiem, co mi wtedy do łba strzeliło, że tyle z nią łaziłem. Dlaczego nie uciekłem? Przecież ona mi się nawet nie podobała, była gruba. Badanie opinii publicznej? Dobre sobie. Co ma wspólnego przeprowadzanie ankiet z jakimś nachalnym wciskaniem ludziom chińskiego gówna? Ona mówiła, że to sprzedaż bezpośrednia. Sprzedaż bezpośrednia?… Niech jej będzie.

Po całym dniu łażenia w kółko byłem zły na samego siebie, a jej stopy wydawały mi się jeszcze większe. Nie mogłem się pogodzić z tym, że jestem aż tak ugrzecznionym dupkiem. Zero asertywności.

Na koniec dnia poszedłem z nią zdać jakiś bzdurny raport do ich nawiedzonego, z przyklejonym na stałe uśmiechem, bossa i z głośnym aplauzem zostałem przyjęty do zaczarowanego grona. Ze szczęścia prawie się rozpłakałem. To dziwne, że mnie chcieli, tamtego dnia sprzedałem tylko jedną zapalniczkę. Widać miałem potencjał.

Więcej tam nie poszedłem, dałem sobie spokój. Raz na zawsze straciłem szansę bycia „kimś”.

Połowa wielkich karier zaczyna się przez przypadek? Być może, ja też pracy w ochronie nie planowałem. Wcześniej nawet nie śmiałem o tym myśleć. Samo słowo „ochrona” kojarzyło mi się zawsze z mocnymi facetami. Nigdy nie sądziłem, że tak naprawdę agentem ochrony może zostać każdy… no dobra, prawie każdy.

*

To taki historyczny moment. Wielu pamięta początek stanu wojennego i ten słynny plakat z tytułem filmu: Czas apokalipsy. Żaden inny tytuł nie przemówiłby wtedy tak bardzo do niepewnych jutra szarych ludzi.

Stan wojenny minął, kino wyburzono, a na jego miejscu powstał imponujących rozmiarów połyskujący w słońcu moloch. Nieraz przejeżdżając obok tramwajem, nie mogłem oderwać od niego oczu. Za każdym razem liczyłem piętra. Trzynaście. Nie wysoki? A jednak robi wrażenie.

*

Krzysiek siedzi przy stole w kuchni. Widząc, jak taszczę swoje nieprane już dwa miesiące ochroniarskie uniformy, robi zdziwioną minę. On często wybałusza tak oczy. Z początku mnie tym irytował, ale przez te sześć miesięcy, od kiedy z nimi tu mieszkam, zdążyłem już przywyknąć do jego tępej gęby.

– Cześć – mówię do niego i wchodzę do pokoju.

Mieszkamy razem: on, ja i jego starszy o dwa lata brat, Wiesiek. W trójkę zasmradzamy jeden nieduży pokój na poddaszu.

To dzięki Wieśkowi tu mieszkam. Wcześniej pracował ze mną na plandekach. Tego samego deszczowego dnia rzuciliśmy robotę i nasze drogi się rozeszły. Nie na długo, bo chociaż Warszawa mała nie jest, spotkaliśmy się na przejściu dla pieszych. Zaproponował mi, bym zamieszkał z nim i jego bratem w jednym pokoju w Jankach. Właścicielka domu, podstarzała piękność, pani Bożena, i tak chciała im kogoś dokooptować. Jej zdaniem piętnastometrowy pokój na poddaszu jest wystarczająco duży, by pomieścić więcej niż dwóch lokatorów. Wprowadziłem się prawie od razu, a oni nie musieli się już dłużej przejmować, że Bożena wpakuje im do pokoju Kubę Rozpruwacza.

– Jebłeś te batony?

Jak on to mówi, jebłem; w końcu od tygodnia o niczym innym nie gadałem. Gdy tylko dowiedziałem się, że jest możliwość przejścia na ten ekskluzywny obiekt, nie wytrzymałem i musiałem się pochwalić.

Oni też pracują w ochronie. Wiesiek, podobnie jak ja, po plandekach wdepnął w to gówno, a potem wciągnął w nie brata. Obaj stoją w hipermarkecie w Jankach i choć też niedużo im płacą, stoją, bo robota jest na miejscu… Szczęściarze.

– Koniec z Sochaczewem! – krzyczę, rzucając uniformy na, jak zawsze niezaścielony, tapczan. – Wystarczy już tych dojazdów; chociaż nie powiem, fajną ekipę miałem.

Krzysiek macha ręką.

– No, ale teraz będziesz miał przynajmniej bliżej, nie? No i kasowo chyba lepiej, co?

– Trochę, ale kokosów, nie będzie.

– Na godzinę ile dostałeś?

Wzruszam ramionami. Co go to kurwa obchodzi?!

– Trochę więcej – odpowiadam bez emocji, a na jego pucułowatej twarzy pojawia się niezadowolenie.

– Tam nie jest lekko – mówi, drapiąc się po czole.

– A na batonach było? Cały czas tylko jakieś bzdurne obchody. Tam chociaż się nie kurzy i łazić tyle nie trzeba.

– Ale się nastoisz, zobaczysz. Kiedyś robił tam taki jeden od nas, miesiąca nie wytrzymał. Narzekał, że było przejebane. Zobaczysz, nastoisz się.

Patrzę na niego i zastanawiam się, czy to jego gadanie teraz to z zazdrości, czy z troski.

– Na batonach też była rotacja; co chwilę to przyjmował się jakiś, to zwalniał, i tak na okrągło. Niektórzy to by chcieli na leżąco pracować. Ten twój koleś to pewnie jakaś miękka faja. Za bardzo się nad sobą rozczulał.

Krzysiek kręci głową.

– W Jankach już trochę robi, a nogi w dupę wchodzą. Tam miesiąca nie wytrzymał – powtarza.

– Chciałem mieć bliżej i wreszcie będę miał. Ty myślisz, że tak łatwo obiekt zmienić? Z początku nie chcieli się zgodzić, ale jak powiedziałem, że całkiem z firmy odejdę, to poszli mi na rękę. Jutro nie muszę wstawać o piątej. Teraz będę wychodził do pracy jak człowiek.

*

W nocy źle śpię, przekręcam się z boku na bok i cały czas myślę o tym nowym miejscu. Już taki jestem, kiedy coś nieznanego przede mną, to w nocy nie mogę spać. Pewnie dlatego rano czuję się jak po hucznej imprezie, chyba nie zrobię dobrego wrażenia. Żałuję, że nie poprosiłem w firmie o parę dni wolnego między dyżurami. Przecież mogłem powiedzieć, że mam do załatwienia jakieś ważne sprawy rodzinne. Może by się zgodzili.

*

Na Puławskiej jestem sporo przed czasem. Za szybko wyszedłem z domu. Za szybko wyszedłem na autobus. Za szybko przesiadłem się w tramwaj. Wszystko zrobiłem za szybko. Tak bardzo nie chciałem się spóźnić, że teraz mam jeszcze pół godziny czasu.

Pierwszy dyżur i od razu doba. Na batonach robiłem dwunastki. Tam był inny system, ale w końcu dwadzieścia cztery na czterdzieści osiem, czemu nie? Godzin więcej, kasy więcej, a po dyżurze dwa dni wolnego. Super! Nie ma się czym przejmować, przywyknę, a cztery pięćdziesiąt na godzinę to o trzydzieści groszy więcej niż miałem na batonach. Godzin też niemało, no i się nie kurzy. Będzie dobrze. Zresztą, ja nie zamierzam tu długo pracować; tu i ogólnie w ochronie. Ta robota niczego nie wnosi, człowiek wyrabia tylko te godziny, a z czasem staje się coraz bardziej pokręconym zwierzątkiem. Niektórzy mówią, że to taka sadza na CV. Ja już półtora roku brudzę sobie tym życiorys, ale kiedyś z tym skończę, będę miał swój sklep spożywczy. Nie chcę do końca życia być nic nieznaczącym cieciem, bo chociaż na identyfikatorze jest napisane: „Agent ochrony”, to taki ze mnie agent jak z koziej dupy trąba. Trzeba być kompletnym idiotą, żeby stać dwanaście godzin na linii kas w hipermarkecie i uważać się za agenta; w hipermarkecie, w biurowcu, na parkingu – gdziekolwiek. Agentem był Bond, ale on miał licencję na zabijanie. Ja mam zdarte zelówki swoich niemiłosiernie schodzonych butów i wielką nadzieję, że może tym razem firma nie przekręci mnie na kolejnej wypłacie.

*

Przechodzę przez wielkie obrotowe drzwi. Nieraz już takie widziałem, ale teraz pierwszy raz mam okazję sam przez nie przejść. Nawet nie trzeba ich pchać, są na jakiś czujnik, czy coś takiego.

Ogromna recepcja, zakończone niklowanymi balustradami hole windowe z czterema windami naprzeciwko siebie. Jeden nad drugim, aż do trzynastego piętra. Po prawej stronie, pewnie tylko dla ozdoby, podświetlana sporych rozmiarów marmurowa rzeźba. Wszędzie szkło, nikiel i granitowe błyszczące płyty. Pełen wypas, popis luksusu, który przytłacza, a zarazem nie pozwala przejść obojętnie. Teraz ja będę tu pracował, pilnował porządku tu będę.

Co miesiąc, kiedy w niemiłosiernie długiej jak linia metra kolejce stoję po wypłatę, w krótkiej rozmowie i po kolejnym wypalonym dla towarzystwa papierosie z przypadkowym agentem jeden pyta drugiego: „Gdzie stoisz?”. To takie standardowe pytanie, coś w stylu: „Jak się masz?”. Bo jeśli ktoś stoi na marketach, centrach handlowych albo innych biurowych molochach, to wiadomo, że nie ma się najlepiej. Na pierwszym miejscu są hipermarkety. To najgorsze obiekty, nikt nie chce tam stać, dlatego Krzyśka i Wieśka, jak by nie było, zaliczam do twardzieli. Z biurowcami bywa różnie, stać też trzeba, ale marketów nic nie przebije. Najlepiej mają ci z cieciówek; ci z cieciówek mają luz.

Jeszcze przed batonami, na samym początku kariery, miałem okazję zaliczyć dwa dwunastogodzinne dyżury w jednym z takich miejsc. Stała na Żoliborzu, a w niej trzech na zmianie; tak zwany cieć dowódca i dwóch cieci nie dowódców. Cała nasza trójka łaziła pomiędzy samochodami. Pilnowaliśmy, by nikt ich nie ukradł. Na wypadek zagrożenia mieliśmy ze sobą stałą łączność radiową – pełna profeska.

Na stanie były dwie, trochę już zdezelowane krótkofalówki. Jedna była czymś obklejona, bo kiedyś wpadła komuś do talerza z zupą. Druga względnie czysta, ale podobnie jak tamta też jakoś dziwnie do rąk się kleiła. Miał ją przy sobie dowódca – cichutki, wystraszony koleś, którego największą pasją było gotowanie i nocne wycieczki po warszawskich burdelach. Nie krył się z tym, z gotowaniem zresztą też. Palnik miał jeden, ale za to gazowy, podłączony do małej turystycznej butli. Wcześniej mieli dużą, ale zajmowała zbyt wiele miejsca.

Dowódca Jasiek robił dla wszystkich obiady. Jego zgrana drużyna kupowała produkty w oddalonym o kilkadziesiąt metrów sklepie, też chronionym przez agentów z naszej firmy. Pieniądze na jedzenie zarabiali na boku. Dostawali je za pilnowanie lewych aut. To byli stali klienci. Stawiali samochody wzdłuż ogrodzenia i mogli iść spokojnie spać. Niektórzy płacili z góry, niektórzy później, ale płacili. Za takie pilnowanie można było kupić dużo jedzenia. Tamtą cieciówkę wspominam najmilej. Tu na gotowanie nie byłoby szans.

*

Podchodzę do młodego agenta o dziecięcej twarzy; wcześniej myślałem, że to prawdziwy recepcjonista; to przez ten jego galowy uniform. Wygląda w nim, jakby się z wesela urwał. Nawet oczy ma przekrwione, taki pooczepinowy zmęczony gość.

– Tak, słucham pana? – Podnosi się z krzesła, co za kultura. Jest bardzo szczupły i chyba zapomniał dziś użyć dezodorantu.

– Mam zacząć tu pierwszy dyżur – mówię. – W firmie powiedzieli, że mam zapytać o pana… – Myślę chwilę. – O pana Arka Mojsa.

– Marka! Marka Mojsa – poprawia mnie, z miejsca nabierając pewności siebie. Przed chwilą dowiedział się, że jestem nikim, nikim ważnym.

– Na drugi raz nie właź głównym wejściem. Tędy mogą wchodzić tylko pracownicy centrum i goście.

– A którędy mam wchodzić? – pytam, starając się patrzeć mu prosto w oczy.

Chłopak bierze do ręki długopis.

– Twoje nazwisko?

– Patryk Boszczuk – odpowiadam, a on zapisuje je na jakiejś kartce. – To jakim wejściem mam wchodzić? – pytam znowu.

– Poczekaj. – Łapie za telefon. Zarozumialec.

Stoję i czekam, aż ten ważniak gdzieś zatelefonuje.

– Marek? – jego twarz promienieje. – Słuchaj, Mareczku, jest tu u mnie nowy. Mówi, że ma dziś zacząć u nas dyżur. Wiesz coś o tym? Tak, tak, jasne – śmieje się głośno i kątem oka zerka na mnie. – Jasne, Mareczku, che, che. Nie ma sprawy. Tak, już go do ciebie kieruję. No to na razie, che, che…

Jeszcze chwilę po odłożeniu słuchawki uśmiech nie znika mu z twarzy. On z tym Mareczkiem musi być bardzo zżyty.

– Słuchaj – mówi, podnosząc palec. Zaczyna zataczać nim w powietrzu jakieś dziwne figury. – Pójdziesz tą alejką, o tą, nie?! I dojdziesz do tamtych przeszklonych drzwi, o widzisz. Do tamtych, widzisz je?

Wzrokiem szukam przeszklonych drzwi.

– O tamte chodzi? – Wskazuję na jakieś drzwi znajdujące się najbliżej holu windowego.

– Niee! – Kręci głową. – W tamte drzwi włazisz. O, tamte, widzisz je? W tamte przy tym saloniku prasowym.

Mrużę oczy. Koło jakiego saloniku?

– Gdzie?

– No tee, na wprost koło tych, skarpet – denerwuje się.

O czym on gada? Koło jakich skarpet? Jeszcze bardziej wytężam wzrok. Rzeczywiście, dopiero teraz zauważam. W szybie wystawowej, obok gazet i jakichś powystawianych gęsto pierdół, wiszą takie czarne w foliowym opakowaniu. A więc to jest ten salonik prasowy. Nigdy bym nie zgadł. To normalny mały boks handlowy z mydłem i powidłem, a prasę to oni chyba tylko tak przy okazji sprzedają.

– Aaa, widzę! – odpowiadam, ciesząc się, jakbym znalazł igłę w stogu siana. – A potem, jak dalej?

Chłopak patrzy na mnie groźnie, ale ta jego szczeniacka twarz nie budzi respektu. Z taką buzią to do piaskownicy.

– Spokojnie, już ci mówię – odpowiada, jakby od niechcenia. – Jak już miniesz te drzwi, nie? To jakieś pięć metrów dalej po prawej stronie będziesz miał kible. Pierwszy damski, drugi męski, a potem to już drzwi na monitoring. Zapukasz i poczekasz, aż ktoś wyjdzie. Tylko pamiętaj, nie właź bez pukania.

Podnoszę z podłogi torbę. Dobrze, że zaczynam w niedzielę, przynajmniej będzie spokojniej.

Podchodzę do białych drzwi z przyklejoną na środku małą tabliczką z napisem: „Monitoring”. Tak jak mi tamten mówił, pukam. Pukam trzy razy, nie za mocno, ale zdecydowanie. Nie lubię takich momentów, bo choć nie chcę się denerwować, to i tak czuję w żołądku coraz to większy kamień.

Drzwi się otwierają, a mnie zaczyna piec twarz.

– Wchodź pan. – Przede mną stoi zwalisty, wysoki facet. – No, dawaj tu – niecierpliwi się.

Wchodzę i staję na środku pomieszczenia. Jakoś dziwnie tu śmierdzi.

– Dzień dobry, nazywam się Boszczuk…

– Dobra – przerywa mi. – Wiem, jak masz pan na imię. – Facet spogląda na zegarek. – Lepiej powiedz mi, dlaczego dopiero teraz jesteś pan na obiekcie?

– Dlaczego? – powtarzam za nim, próbując jednocześnie zrozumieć sens tak postawionego pytania.

– Jak ja teraz panu obiekt pokażę? Pierwszy dzień i już pan taki wtop zaliczasz? Aż strach pomyśleć, co będzie potem.

– Przecież jeszcze nie ma ósmej – tłumaczę mu.

– No, nie ma – nerwowo potakuje. – Nie ma, a co byś pan chciał, żeby już była? No pewnie, najlepiej na dziesiątą chciał byś pan do roboty przychodzić, co? Gdzieś pan wcześniej stał, na jakim obiekcie?

– Na fabryce czekolady w Sochaczewie.

– Nie musisz mi pan gadać, gdzie to jest. Wiem, gdzie mamy fabrykę czekolady. Pewnie żeś pan tam tylko batony wpierdalał, co? – Śmieje się teraz, a ja próbuję się śmiać razem z nim. Niech wie, że też, tak jak on, mam poczucie humoru.

– Nie, nie było lekko, trochę trzeba było chodzić.

– Trochę? A trzepałeś pan torby?

Kręcę głową.

– Nie trzepałeś pan toreb? – dziwi się. – Ale chyba pan wiesz, że przy trzepaniu to łap nie możesz pan do środka wkładać?! To niezgodne z prawem. Wkładać łap do toreb nie wolno!

– A jak by trzeba było?

Facet znowu się uśmiecha. Tym razem jednak od razu widać, że ten jego uśmiech to nie z sympatii do mnie.

– Pan normalnie na przepisach się, kurwa, nie znasz. Jak by trzeba było? Co to w ogóle za pytanie jest? Jak pan trzepiesz torby, to nie wolno łap wkładać, i koniec. Tylko zajrzeć, spojrzeć można, nic więcej. Jak byś pan tu taki numer odpierdolił, to firma od razu na pysk z obiektu leci.

Dałby już spokój, przecież ja tylko pytałem. Do tej pory nikt mi o tym trzepaniu nie gadał. Chyba nie polubię go tak, jak ten agent z recepcji.

Na batonach miałem w miarę normalnego inspektora. Wszyscy ci zawracający dupę panowie nazywają się „inspektorzy”. Tak samo zresztą na wyrost, jak my – agenci. Inspektor z batonów zachowywał się normalnie i tylko czasem śmiał się ze mnie i mówił, że jestem zakręcony jak baranie rogi. Mówił tak najczęściej wtedy, kiedy kontrolowałem wyjeżdżające przez bramę towarową samochody ciężarowe. Często zdarzało się, że zapominałem zabrać ze sobą długopis. Trzeba było spisać nazwisko i numer przepustki kierowcy, takie tam rutynowe czynności. W pośpiechu wracałem po długopis, a po chwili jeszcze po jakąś kartkę. Właśnie wtedy mówił, że jestem zakręcony jak baranie rogi. Nie tylko do mnie tak gadał, do innych też; nawet na obsługującego wagę towarową dowódcę zmiany. To dodawało mi otuchy.

Dowódca na batonach nie gotował. Pewnie nie potrafił tak, jak tamten z cieciówki na Żoliborzu, ale za to był nie mniej w porządku. Przez półtora roku tylko raz mnie zdenerwował; zaraz pierwszego dnia, kiedy nasza firma przejmowała obiekt. Od razu został mianowany dowódcą naszej zmiany. Nikt nie protestował, nie wnikał, czy to dobrze, czy źle. Ktoś musiał być tym dowódcą, więc inspektor razem z szefem rejonu, obciętym na jeża kurduplem z bałaganem w oczach, zadecydowali, że dowódcą zostanie Wojtek. Przesądził o tym staż w firmie. Wojtek miał trzydzieści parę lat, pracował najdłużej i jak do tej pory, tylko na hipermarketach. Był zahartowanym w staniu agentem, dlatego teraz miał już raczej tylko siedzieć. Od stania i łażenia była cała reszta ludzi, tak różniących się od siebie, jak linie papilarne na opuszkach palców – od studiujących zaocznie luzaków po przewrażliwionych, utrzymujących całe rodziny, zadłużonych w bankach służbistów.

Właśnie tego pierwszego dnia dowódca wydaje mi polecenie. Taki prawie rozkaz, jak w wojsku. Każe mi stanąć w długim tunelu z blachy falowanej. Mam stać u wylotu i pilnować, by żaden z pracowników fabryki nie wynosił batonów. Jest październik, wieje tam jak cholera i zamiast jednej godziny, stoję prawie trzy. Kiedy wreszcie przychodzi zmiennik, jestem skostniały z zimna, a z nerwów ledwo mogę gadać.

Wracam na warownię. Pierwsze, co chcę zrobić, to powiedzieć, co sądzę o takim dowódcy jak on; o dowódcy, co o swoich ludzi nie dba; ale w porę gryzę się w jęzor. Potem Wojtek już nigdy nie zapominał o mnie i zawsze na czas podsyłał mi zmiennika, czy to na tunel, czy na parking, a w nocy pozwalał trochę pokimać na krześle. W porządku był z niego dowódca.

*

Zadymione pomieszczenie, długie, kiszkowate. Rzędy szarych metalowych szafek, w rogu poplamiony stół i dwa wysiedziane biurowe krzesła. Trafiam do przebieralni, palarni, jadalni – do takiego pomieszczenia socjalnego trzy w jednym. Cała masa obcych twarzy przygląda mi się, jakbym miał ze dwie głowy.

Inspektor Marek Mojs mnie tu przyprowadził. Sam nawet z nawigacją satelitarną bym nie trafił, tym bardziej że jesteśmy teraz jak górnicy, głęboko pod powierzchnią. Prowadził mnie jakąś jasną klatką ewakuacyjną. Od parteru schodziliśmy cały czas tylko w dół. Tak, na pewno jesteśmy głęboko pod powierzchnią.

– Cisza! – Na widok pana inspektora prawie wszyscy stają na baczność. – To wasz nowy kolega – mówi. – Zostawiam go tu, a ty Adaś – zwraca się do szczupłego niskiego faceta w okularach – wstaw go gdzie tam trzeba.

Adaś kiwa posłusznie głową, a potem mierzy mnie badawczym wzrokiem – biorąc pod uwagę grubość jego wpadających w fiolet szkieł leczniczych, oceniam, że bardzo słabym wzrokiem.

– Jasne, Mareczku. – Podchodzi do mnie bliżej. – Jak masz na imię? – pyta.

– Patryk – odpowiadam.

– A więc Patryka damy dzisiaj na klateczki – mówi. – A potem, na nockę, to się jeszcze zobaczy. – Uśmiecha się do mnie. – Na rozgrzewkę będą klateczki.

– Ja miałem iść dziś na klateczki! – odzywa się jakiś niski agent z garbatym nosem. Wygląda, jakby od paru nocy nie spał. – Wczoraj mówiłeś. Adaś! Mówiłeś, że dziś będę miał klateczki, pamiętasz?

Adaś z głupkowatą miną drapie się za uchem, a inspektor patrzy teraz na niego bez entuzjazmu.

– Czyś ty zgłupiał? Na minusiku go zostaw – mówi. – Pierwszy dzień i na klateczki nowego chcesz dać? Na klateczki to trzeba sobie zasłużyć – śmieje się. Adaś też dołącza do niego. Zaczynają się śmiać, a właściwie jakoś tak stękać. Jakby czymś się zakrztusili.

– O, właśnie, Mareczku, masz rację. Kolega nowy to na klateczki za szybko. – Patrzy teraz na tego niskiego z nosem jak papuzi dziób. – A ty, kurwa, daj już spokój – zwraca się do tamtego. – Nie przypominam sobie, żebym ci klateczki obiecywał. – Nachyla się do niego. – Po tym, co ostatnio odjebałeś, to w ogóle możesz zapomnieć!

O czym oni mówią? Jakie klateczki? Wyciągam z torby uniformy.

– Masz tylko takie? – pyta inspektor, a dowódca bez aprobaty kręci głową.

– Słucham?

– Nie pobrałeś galówek?

– Nie.

– A nie powiedzieli ci w biurze, jaki to obiekt? Chyba wiedziałeś, gdzie idziesz, nie? – Patrzą na siebie. – No i co ja mam teraz z tobą, chłopie, zrobić? Na hole windowe cię przecież nie dam.

– Mówię ci, zostaw go u Zbycha – radzi inspektor.

– Masz rację, dam go na minusiki. A jak kolega pobierze marynareczkę, to pięterka zwiedzi.

Nie wiem, o czym ten okularnik gada. To jakiś lizus, wazeliniarz; wchodzący w dupę obślizgły typ.

Na szafkę też trzeba tu zasłużyć. Jedyne, co mnie może pocieszyć, to fakt, że nie tylko ja jeżdżę z całą garderobą. Połowa ekipy nie ma tu szafek ubraniowych, ale to się niebawem zmieni – tak mówi inspektor. Jeśli tak mówi, to może tak będzie, zobaczymy.

*

Minusiki? Pewnie jestem za mało bystry, ale nigdy bym na to nie wpadł. Nie domyśliłbym się, że chodzi po prostu o parkingi podziemne. Teraz, jak już wiem, to ta nazwa nawet mi leży. Gorzej jest z przetrwaniem na tym minusiku. Dowódca Adaś, po rozesłaniu wszystkich agentów na posterunki, osobiście mnie tu przyprowadza. Podczas krótkiej drogi chwali się swoim stażem w ochronie. Na tym obiekcie, jak mówi, pracuje najdłużej i zna jego wszystkie zakamarki. Słucham go z „zachwytem”. Jeszcze zanim wychodzimy z przebieralnio-jadalnio-palarni, zaczyna wspominać, jak kiedyś w windzie zasłabła młoda kobieta. Z dumą mówi, że osobiście zadzwonił po karetkę. A potem sam zaprowadził lekarza do kobiety potrzebującej dawki świeżego tlenu. Z rozdrażnieniem w głosie opowiada, jak niepotrzebnie ratował jej życie, bo ta – jak ją nazwał – „kurwa” nawet mu nie podziękowała.

– A komu zawdzięcza, że dycha? – Patrzy na mnie. – No właśnie, mnie to zawdzięcza! Kurwa jedna.

– Może nie wiedziała, że to ty.

– Jak nie wiedziała?! – oburza się. – Przecież podałem im swoje nazwisko, tym medykom w karetce. Już ona dobrze wiedziała!

Idziemy przez rozległy parking. Pełno tu głośno szumiących dmuchaw. Pompują powietrze, tylko dlaczego takie ciepłe? Gorąco.

– No, się masz, Zbychu?! – wita się teraz z wysokim, wąsatym facetem.

Jesteśmy w jakimś ponurym, małym pomieszczeniu z dużym oknem wychodzącym na parking.

– O, świeża krew – mówi ten z wąsami. Potem głośno się śmieje i wyciąga do mnie żylastą łapę. – Cześć! Zbychu jestem.

– Patryk – odpowiadam.

Podajemy sobie ręce.

– Chłopie, gdzieś ty tu przylazł? – Cały czas się śmieje. – Kolejny żołnierz Marka? – Porozumiewawczo puszczają do siebie oko, ale zaraz mnie pociesza: – Dobrze będzie – mówi. – Damy radę. – Patrzy na mnie. – Patryk, tak?

– Tak – z trudem łapię powietrze.

– Damy radę, Patryk – powtarza.

Tu jest jak w kominie – ciemno i pełno dymu. Pewnie dużo pali; mam nadzieję, że nie będę musiał z nim siedzieć. Kątem oka patrzę na czarnobiałe monitory. Nic się nie dzieje, nic się nie rusza; tylko parking, filary, nawet samochodów nie ma. Pewnie dlatego, że to niedziela.

– Zbychu, zostawię ci tu chłopaka. Powiedz mu, w czym rzecz, a ja idę do siebie, bo ten będzie znowu pierdolił.

– Zmienił już tego rzęcha?

– Nie, ale napalił się na nowego.

– O kurwa, patrz, jaki burżuj, nie?

– A tam, burżuj – krzywi się. – W kredycie bierze, promocja jest. Dwa rowery za darmo dorzucają.

– Składaki – śmieje się Zbychu. – Pewnie bez siodełka, co?

– Dwa górale. Mówi, że mi je sprzeda, bo mu te rowery koło chuja latają.

– Kupisz?

– Może. – Otwiera drzwi. Znowu słychać szum dmuchaw. – Dobra, idę, kurwa, pięterka obejść. Pokaż młodemu, co ma robić. Wpadnę jeszcze potem.

Wychodzi.

– Na razie – odpowiada leniwie Zbychu i chwyta za leżącą na blacie biurka paczkę papierosów. – Palisz? – Chce mnie poczęstować.

A co tam, nawet jak nie zapalę, to się nawdycham. Lepiej truć się własnym niż biernie cudzym petem.

– Zapalę – odpowiadam. – Ale tak w ogóle to nie, nie palę. To znaczy nie palę dużo – tłumaczę i wyciągam rękę po papierosa, starając się zgrabnie wyciągnąć go z paczki.

– Pewnie, zajaraj sobie. Tu jeszcze możesz, bo potem, jak już będziesz na obchodach – grozi palcem – to broń cię, kurwa, Panie Boże.

Kiwam posłusznie głową i biorę od niego zapalniczkę. Przypalam sobie papierosa. Ostatni raz paliłem może z tydzień temu. Wiesiek kupił piwo, to zapaliłem, tak dla towarzystwa. Sam rzadko kupuję fajki. Następnym razem kupię i poczęstuję Zbycha. W końcu w porządku z niego facet. Fajki mi nie żałuje.

*

Na batonach miałem paru kolegów, jednym z nich był Agata. Tak na niego mówiliśmy, bo miał długie przerzedzone jasne włosy. Chował je pod służbową czapką i tylko w nocy, kiedy nikt nie widział, pozwalał im trochę pooddychać świeżym powietrzem.

Agata był typem wesołka, chociaż jeśli było trzeba, potrafił się nie śmiać. Kiedy na obiekt przyjeżdżali ci z samej góry, trzeba było zachować powagę. Przyjeżdżali na kontrolę i wtedy nie tylko Agata miał poważną minę.

Najgorszy był ten obcięty na jeża kurdupel z bałaganem w oczach. Raz, w napadzie złości, obrzucił jednego z agentów bateriami do krótkofalówek. Kurdupel wpadł w furię, bo tamten próbował reanimować spodnie biurowymi zszywkami, a do tego miał brudne gacie. Szary lampas go zgubił; gdyby nie on, może by mu uszło. Ale niestety, kurdupel dopatrzył się, że lampas zamiast być biały, jest szary, a potem to już poszło. Kazał mu stanąć na środku warowni i obrócić się dookoła. Agent przed chwilą wrócił z obchodu i teraz zamiast przycupnąć na krześle, musiał jak na rozkaz prezentować swoje znoszone wdzianko. Co za pech! Trafiło na jednego z flejtuchów. No i te biurowe zszywki. Im też nie można ufać. Kiedy tak się obracał, może jeszcze jedna trzymała się swojego miejsca. Reszta odpadła albo wisiała ledwo uczepiona jednym końcem za materiał. Spodnie na dupie się rozjechały i wyszło na jaw. Gacie jasne, z tyłu w rdzawe plamy. Te plamy to nie był wzór fabryczny, każdy to widział.

– Srasz pan w galoty?

Trochę chce mi się śmiać i cieszę się, że z moim szwem na tyłku jest wszystko w porządku. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby przy wszystkich okazało się, że i ja mam gacie we wzory.

– Obróć się pan! No, obróć się pan! – krzyczy kurdupel.

Agent ma wystraszone oczy, ale próbuje nadrobić miną. Wygląda, jakby chciał wykrzyczeć: „To nie ja, to nie ja je tak osrałem!”.

Kurdupel łapie za wsadzoną w ładowarkę baterię do krótkofalówki. Mieliśmy ich trochę, nieustannie musiały się ładować. Nikt się nie spodziewał, że za wyzwiskami w kierunku obsrańca polecą twarde, kanciaste baterie. Nie wiedzieliśmy, co robić. Przecież nie można ot tak rzucać w człowieka. Nie na obiekcie chronionym.

Obsraniec przez moment czuł się pewnie jak kamienowany. W jego kierunku poleciała niejedna bateria. Bałem się, że po bateriach polecą krzesła, a potem – kto wie – może kurdupel porwie się nawet do bicia?

Kiedy przestaje, wszyscy na krótko łapiemy oddech. Ten idiota każe stanąć Agacie obok kulącego się obsrańca.

– Stań pan przy nim – mówi. – Niech wszyscy zobaczą, jak ma wyglądać agent na służbie.

Agata ma czysty kołnierzyk, a kiedy staje przy tamtym, widać, że lampas też.

– Zdejmij pan czapkę.

Agata z głupawym uśmiechem patrzy na kurdupla.

– No, zdejmij pan czapkę! – powtarza, spodziewając się zapewne grzecznie zaczesanej na bok grzywki. A tu coś takiego? Spod czapki wysypują się włosy – długie, potargane, sięgające do ramion splątane blond włosiska. – Co to jest?! – krzyczy kurdupel.

– Co? – Agata próbuje udawać, że nie wie, o co chodzi. Wygląda komicznie z tą miną.

– To! – Podchodzi do niego bliżej, ale zaraz potem odwraca się i patrzy na naszego inspektora. – Widzisz to co ja? – pyta groźnie.

– Widzę, ale…

– Co, kurwa, ale? Przyjąłeś na obiekt hipisa?

– Pojęcia nie miałem…

– Nie miałeś? To on tu cały czas w berecie zapierdala? Nigdy go nie zdejmuje?

Nie odpowiada, robi tylko taką dziwną minę; taką, jakby zaciągnął się mocnym papierosem i nie mógł wypuścić dymu z płuc.

– Ostatni raz jesteś pan dziś w tym kołtunie, ostatni raz – powtarza kurdupel.

– Albo długie włosy, albo robota – mówi inspektor. Potem spogląda na obsrańca. – A ty zszyj spodnie i wypierz gacie.

Obsraniec robi się jeszcze bardziej czerwony, Agata bije się z myślami, a inspektor? A inspektor znowu ma taką minę, jakby dusił się dymem z papierosa.

*

Zbychu wyciągnął spod biurka jakiś gruby zeszyt i z hukiem ciska nim o blat.

– Zobacz… – mówi. Przez chwilę nad czymś się zastanawia. – Cholera… – Pstryka palcami. – No, to jak ty miałeś, kolego, na imię?

– Patryk, Patryk Boszczuk – przypominam mu i uśmiecham się na znak, że to nic takiego zapomnieć w tak krótkim czasie po raz kolejny czyjegoś imienia.

– O! No właśnie. Nie mam pamięci do was wszystkich – tłumaczy się, wertując z wywalonym językiem kartki w zeszycie. – Zobacz, Patryk – podsuwa mi go pod nos – tu się wpiszesz, dobra? – Podwija mankiet niebieskiej służbowej koszuli i mrużąc oczy, zaczyna się wpatrywać w tarczę zegarka. – Mamy ósmą trzydzieści. Dobra, to wpisz godzinę w tej rubryce, o, w tej. – Pokazuje palcem na jakąś tabelę.

– Tu? – pytam, chcąc się upewnić, czy chodzi nam o tę samą rubrykę.

– Tak – odpowiada, wypuszczając w moim kierunku kłęby białego dymu. – Tak, a tu z boku wpisz swoje imię i nazwisko. Od tej godziny objąłeś minusiki – mówi tryumfalnym tonem i zaczyna się głośno śmiać, z trudem łapiąc oddech. – Dobra, to teraz zacznij od minus jeden. Wiesz o co chodzi? Masz cały czas patrolować parking. Łaź tak, by było cię całego widać w kamerach, to bardzo ważne. Wiesz, na wypadek jakiejś awarii zawsze sprawdzają zapis z kamer; muszą wtedy widzieć, że wszystko było tak jak należy.

Kiwam głową.

– Mam chodzić tak, by mnie widziały kamery?

Znowu częstuje mnie porcją dymu.

– Nie, kolego, ty nie masz tu chodzić. Ty masz patrolować parking i dokładnie zwracać na wszystko uwagę. Wiesz, ja tu, a ty tam. Razem musimy tworzyć zgrany duet. – Teraz uśmiech znika mu z twarzy i znowu robi poważną minę. – Powiedzmy to sobie szczerze: jeśli ty dasz dupy na minusikach, to ja dostanę po uszach. Tu mam monitory i muszę dokładnie obserwować twój posterunek. – Rozkłada bezradnie ręce. – No, niestety, kolego, tak już jest. Taki podział, nic na to nie poradzisz. Pamiętaj, zawsze wszystko zgłaszasz do mnie i pytasz, jak czegoś nie jesteś pewny. Zrozumiałeś?

Zastanawiam się, czy dziś też muszę zwracać szczególną uwagę.

– Dziś też?

Zbychu mruży oczy.

– Jak powiedziałeś?

– No bo jest niedziela i parkingi prawie puste.

Zbychu odpala kolejnego papierosa.

– Słuchaj no, kolego! – Pewnie znowu zapomniał, jak mam na imię. – Prawie? Prawie? – denerwuje się. – Nawet jeśli byłby tu zaparkowany, zdezelowany wózek dziecięcy bez kółek, to masz koło niego łazić i nie spuszczać go z oczu, tak jakby był ze złota. Już ci mówiłem, masz dokładnie patrolować teren i na wszystko zwracać uwagę. Na grilla tu nie przyszedłeś, prawda? Więc proszę cię, nie zadawaj już takich dziwnych pytań, bo przestaniemy się lubić.

Chciałbym, żeby żartował, ale on mówi to jak najbardziej poważnie. Cholera, chyba za szybko go oceniłem. To psychol.

Nie chcę już dłużej drażnić go trudnymi pytaniami. Stoję, wpatruję się w nieruchomy czarnobiały obraz na jego monitorach. Nie wiem, czy już teraz powinienem zacząć łazić po tych pustych parkingach. A może mam tu stać? Nie wiem kompletnie nic prócz tego, że we dwóch mamy dziś tworzyć „zgrany” duet.

Nie jestem przyzwyczajony do takiego łażenia. Nie, żebym spodziewał się adrenaliny, ale nawet dłubanie w nosie niesie z sobą więcej emocji. Patrolowanie pustego parkingu nie ma sensu, ale nie tu. Tu jest inaczej. Obiekt chroniony to obiekt chroniony, więc czy są samochody, czy ich nie ma, trzeba patrolować, dokładnie patrolować teren i zdawać na bieżąco relację.

Jeszcze zanim wychodzę z zadymionej kanciapy Zbycha, dostaję od niego niewielką laminowaną ściągę z kryptonimami.

– Masz i się ucz – mówi. – Najlepiej, jak od razu będziesz jechał kodem, to bardzo ważne.

Pełno nic niemówiących mi słów, najwidoczniej ma to jednak jakiś sens. Skoro samochód to naparstek, a włamanie do tego naparstka to cięcie, to w razie konieczności będę nawijał w zupełnie nieznanym języku. Czemu ma służyć ten wewnętrzny slang? I co będzie, jak zapomnę albo coś mi się pokręci? Bylebym tylko po robocie nie kaleczył polszczyzny.

Najbardziej z tych głupot podoba mi się prośba o przerwę. Jak będę chciał coś zjeść, to mam powiedzieć: „bufet” – brzmi logicznie. Za to prośba o kibel wydaje mi się kompletną bzdurą, no bo jak można, chcąc się wysikać, krzyczeć: „plaża”? Przecież to jeszcze bardziej pognębia. Duszno, nogi bolą, a tu o plażę prosić? To bez sensu.

Jak wrócę na stancję, to pominę ten temat. Bracia będą ciekawi, jak jest na nowym obiekcie, to im powiem. Powiem, że jest fajnie. Zagram im na nerwach, niech mi trochę pozazdroszczą. Nie muszą znać prawdy.

Minus jeden i do interkomu. Minus dwa i też do interkomu, minus jeden, minus dwa, interkom, i tak w kółko. Od tego patrolowania może się w głowie zakręcić. Interkom wisi na minusach w holu windowym. Po każdym „dokładnym” obchodzie muszę za jego pośrednictwem zgłosić, że wszystko jest w najlepszym porządku. Średnio co dziesięć minut powiadamiam Zbycha, że wszystko jest okej. Podpierając się ściągą, mówię mu, że tajfun na niebiesko. Jakby był, nie daj Boże, na czerwono, to by znaczyło, że coś jest nie tak. Wtedy dopiero, z tego, co zrozumiałem, bezpośrednio przez krótkofalówkę. Wyjaśnić bym musiał kryptonimem, w czym rzecz, ale jak tajfun na niebiesko, to gadać już dalej niczego nie trzeba.

Do siedemnastej nic nie jem. To dziwne, bo już parę razy mówiłem, że „bufet”, ale Zbychu powiedział, że „klamka”. Jakby powiedział, że „szpula”, to mógłbym wziąć od niego klucz.

Każdy agent na posterunku ma prawo odpocząć. Przez kwadrans musi się wyrobić z jedzeniem. Jak to wcześniej przedstawił mi Zbychu, może zjeść posiłek i zregenerować siły. Sielanka. Ja już drepczę tyle godzin i słyszę tylko „klamka”. Inni też nie mają lekko, nie zauważyłem, żeby którykolwiek zjechał do Zbycha po klucz. Zapomnieli o przerwie? Ile można łazić bez jedzenia. Z minusów puszcza Zbychu, z reszty posterunków dowódca.

By trochę odpocząć, zgłaszam „plażę”. Co jak co, ale do kibla musi mnie puścić.

– Chciałem zgłosić plażę! – mówię głośno i zastanawiam się, dlaczego dopiero teraz o to proszę. Chociaż na kiblu trochę odpocznę! – Plaża! Plażę chciałem zgłosić! – powtarzam do interkomu. Zbychu jest niewzruszony, cały czas odpowiada, że „klamka”.

Otwieram drzwi od kanciapy Zbycha. Wiem, że to niedopuszczalne. Niedopuszczalne tak bez pozwolenia z posterunku schodzić. Chcę go zapytać, o co tu chodzi i dlaczego cały czas częstuje mnie tymi „klamkami”.

Uśmiecham się. Zupełnie tak, jakbym wcale nie był na niego wkurwiony. Komu normalnemu byłoby teraz do śmiechu? Przecież gdybym naprawdę musiał na kibel, to już dawno narobiłbym w gacie.

– Mam takie pytanie…

– Co ty, kurwa?! – Nie daje mi skończyć. – Czy ty sobie zdajesz sprawę, co teraz zrobiłeś? Właśnie samowolnie, bez mojej zgody, opuściłeś swój posterunek! Wracaj, póki jeszcze nie jest za późno. Wracaj, to udam, że niczego nie widziałem. – Wstaje z krzesła i podchodzi do mnie. – No, spierdalaj stąd!

– Ale ja…

– Nie ma ale… Jak będzie przerwa, to ci powiem; teraz wracaj na posterunek. No już, kurwa, człowieku nie odpierdalaj maniany!

Wracam. Czuję się tak, jakbym dostał obuchem w łeb. Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Skurwysyn, nawet mnie nie wysłuchał, tylko kazał wracać na parking. Na posterunek. Jaki, kurwa, posterunek?!

*

Po dziewięciu godzinach patrolowania Zbychu mówi: „Szpula”. Mówi to w momencie, kiedy tracę już nadzieję. Jak wariat pędzę po klucz od naszej „jadalni” i gdy proszę o niego, Zbychu mówi, że mam wziąć torbę i zjeść tu. Mówi, że ma do mnie parę ważnych pytań. Moja radość z przerwy pęka jak nakłuty szpilką balon.

Jakby mi kto dupę skopał, wracam z torbą i siadam na drugim wolnym krześle. Wyciągam zrobione wczoraj kanapki. Zawsze przygotowuję je wieczorem, rano by mi się nie chciało. Całe się zagrzały, nic dziwnego – gorąco tu.

Poczęstowałbym go kanapką, czemu nie. Rodzice uczyli, że trzeba się dzielić. Ale jak…? Z nim, z takim chujem? Z takim chujem nie warto się niczym dzielić, nie po tym, co do mnie powiedział.

– Jedz sobie, jedz – mówi cicho. Ten jego spokój nie wróży nic dobrego. To taka cisza przed burzą. – W międzyczasie zrobię ci krótki sprawdzian z wiedzy ogólnej. Wiesz, takie tam wiadomości, które każdy pracownik ochrony powinien mieć w małym paluszku.

– Że co?

– Jedz, jedz, mi to jeszcze chwilę zajmie. – Schyla się po jakiś papierowy skoroszyt. – Jedz, jedz – powtarza. – Spokojnie.

Odechciało mi się jeść; najchętniej to bym sobie teraz zapalił.

– Będziesz mi robił sprawdzian? – pytam. – Jak w szkole?

Nie patrzy na mnie, tylko kiwa głową i uśmiecha się od niechcenie.

– No, nie przesadzajmy – mówi. – W szkole stawiają oceny do dziennika, a ja dziennika nie mam – śmieje się. – Sprawdzę tylko tak z krótka twoją wiedzę. Wiesz, takie tam rzeczy, które powinien wiedzieć każdy agent. – Patrzy teraz na moją nierozwiniętą z papieru kanapkę. – Nie jesz? Przerwa trwa piętnaście minut.

– Nie, nie jestem głodny – odpowiadam, chowając ją z powrotem do torby.

– To nie marnujmy w takim razie czasu. – Wyciąga ze skoroszytu jakieś papierzyska i zaczyna czytać: – „Pracownik ochrony podczas wykonywania zadań w granicach chronionego obiektu ma prawo do…”?

Patrzy na mnie, jakby to, że teraz zadaje mi takie pytania, było czymś normalnym. Przecież ja pojęcia nie mam, jakie ma prawa pracownik ochrony. To znaczy wiem, że powinien przychodzić do pracy trzeźwy i nie powinien się za bardzo spoufalać z pracownikami chronionego obiektu. Nie powinien, bo wtedy różnie może być, szczególnie jak się spoufali z krągłą kucharką z dużymi cyckami.

*

Na batonach pracował taki, co się za bardzo spoufalił. Wszyscy, nie wiem dlaczego, mówiliśmy na niego szwagier. Przyjeżdżał do pracy odpicowany w bordowy garnitur i choć nie musiał, zawsze podpierał się zdobioną drewnianą laską. Śmialiśmy się z niego, bo ta laska pasowała do niego jak siodło do świni, ale facet miał styl i swoje wiedział.

Któregoś razu zaprzyjaźnił się z pewną kucharką. Szczery był i koleżeński. Nie ukrywał, że żonę ma chudą jak drzazga. I w ogóle nie ukrywał, że ma żonę. A Dorota? (Ta kucharka).

– O, Dorota to jest kobieta! – mówił. – Ma na czym usiąść i czym pooddychać.

I tak jego zachwyt szybko przerodził się w płomienny romans. Walił kucharkę Dorotę, a potem wychwalał jej tłustą dupę. Mówił, że całe życie ruchał kościste, i teraz to on dopiero wie, że żyje.

Któregoś razu przyjechał do pracy bez laski i w rozciągniętym wełnianym swetrze. Był zły, bo kucharka Dorota zakochała się w nim na zabój. Głupia, narobiła sobie nadziei, a on już się nabzykał. Wcześniej tego nie przewidział. Zaczął jej unikać. Odwiedziła go w domu; wiedziała, gdzie mieszka. Idiota!

Od tamtego czasu przyjeżdżał na obiekt z dużym turystycznym plecakiem i cały czas w tym wieśniackim wełnianym swetrze. Często się zdarzało, że zostawał na kolejne zmiany. Parę razy spał w szatni, potem się zwolnił. A Dorota? Dorota nie nakładała nam już tak dużych porcji.

*

– No to jak? Wiesz? – Zbychu przygląda mi się z uwagą. Już się nie zastanawiam, czy on jest całkiem normalny. – Chłopie, to są podstawowe zagadnienia – mówi. – Bez tej wiedzy nie powinieneś progu tego obiektu przekraczać.

Muszę coś powiedzieć; dlaczego nigdy wcześniej nikt mnie o to nie pytał?

– No, chodzi o to, że… – Mrużę oczy. – Chodzi o to, że pracownik ochrony ma z uwagą obserwować chroniony teren i…

Zbychu parska dzikim śmiechem.

– Przecież o tym każdy głupi wie. Powiedz mi, jakie masz prawa, kiedy jesteś w pracy. Co możesz, a czego ci nie wolno. Kurwa!

Znowu udaję, że się zastanawiam.

– To znaczy mam prawo wylegitymować pracownika i…

Wytrzeszcza szeroko oczy.

– A dalej? Słucham, jakie masz jeszcze prawa? – Wnikliwie wpatruje się w leżące na blacie biurka wygniecione papierzysko. Cwaniaczek, tam ma wszystko napisane. Ciekawe, czy bez tego byłby taki mądry. – No dalej, człowieku, nie mamy tyle czasu, przerwa ci się kończy. Czekam, co masz mi do powiedzenia?

Dobrze wie, że już niczego więcej nie wymyślę. Może gdybym tak na spokojnie… to może dałbym radę, ale teraz, przy nim?

– Zapomniałem – mówię. – Wiedziałem, ale zapomniałem.

– Jak zapomniałeś? Ty nawet mi o tym nie gadaj! Agent ochrony i nie zna swoich kompetencji?! Jak ja teraz mogę cię na minusiki puścić? Przecież ty nic nie wiesz! – Myśli chwilę. – Zrobię dla ciebie wyjątek, pozwolę ci jeszcze dokończyć tu służbę. Do dziewiętnastej będziesz patrolował teren, a potem – ciężko wzdycha – potem będę musiał powiedzieć Adasiowi, żeby cię postawił na Chocimską. Przez noc nie ma ruchu, to się nie skompromitujesz. Dopiero nad ranem zaczyna się robić ciasno. Tak, na Chocimską cię postawimy. Zmiataj! – Macha łapą. – O dziewiętnastej dostaniesz zmianę i zgłosisz się do Adasia.

Łapię za klamkę, jak najszybciej chcę stąd wyjść.

– Aha, i jeszcze jedno. – Mierzy mnie wzrokiem. – Masz szczęście, że trafiłeś na mnie. Dam ci szansę, ale następnym razem to już taki dobry nie będę. Chyba się rozumiemy?

Stoję jedną nogą za progiem jego kanciapy.

– Jasne, przeczytam sobie o tych obowiązkach…

– Kompetencjach – przerywa mi i znowu patrzy na kartkę. – To jest: – zaczyna czytać – „O prawach agenta ochrony”.

– Dobrze, o prawach agenta ochrony – powtarzam za nim. – Przeczytam.

– Zmiataj! – Teraz lekko się uśmiecha. – O dziewiętnastej przyjdzie człowiek, żeby cię zmienić.

*

Przez kolejne dwie godziny jeszcze dwa razy odwiedzam ponurą norę Zbycha. Nagle nie tak zacząłem chodzić po parkingach. Nie było mnie całego widać w monitorach – zjebał mnie.

O dziewiętnastej mam naprawdę dość. Teraz już jestem na dwieście procent pewny, że Zbychu to psychol. Kto wie, co by się ze mną stało, gdybym miał dreptać tu do rana. Może by mnie pobił, a potem uśmiechnął się i łaskawie poczęstował papierosem? Kto wie.
mniej..

BESTSELLERY