Stos - ebook
W SERCU CZAROWNICY NIGDY NIE WYPALI SIĘ GNIEW
Jest taki gniew, który nigdy się nie wypali i uderzy w najmniej spodziewanym momencie. Nawet jeśli udało się perfekcyjnie zatrzeć ślady.
Prokurator Wanda z niepokojem przygląda się ciału kobiety na śniegu. Wargi ofiary spina mosiężna kłódka. Szybko się okazuje, że zabita to miejscowa miłośniczka babskich plotek i tarota. Kto chciał zamknąć jej usta?
Zanim Wanda Just i podkomisarz Piotr Dereń zdążą wpaść na jakikolwiek trop, już robi się głośno o nowej zbrodni na Górze Czarownic. Tymczasem zbliża się sylwester, ale żadne z nich nie jest w nastroju do świętowania. Wanda całymi nocami ślęczy nad zdjęciami sprzed lat, próbując dopasować elementy układanki. Rozprasza ją migająca ikonka czatu. Ale chyba nawet pani prokurator może czasem poflirtować, prawda?
W pozornie zwyczajnym miasteczku kryją się brutalne tajemnice przeszłości. Tutaj dawnych grzechów nie zapomina się nigdy.
Tom drugi cyklu Wanda Just i Piotr Dereń, nowej serii kryminalnej, hipnotyzującej jak True Detective
„Chapeau bas Pani Greto! Niesamowity klimat i bardzo nieoczywiste zakończenie”
Czytelniczka_Gosia
„Mamy kolejną osobowość w polskim świecie pisarskim” @czytam_czy_mam
„Najbardziej hipnotyzująca książka, jaką czytałam!” @bozepatrycja
„Kryminał dla uważnego czytelnika, dla którego ważne są konteksty i pejzaż otoczenia” Jarosław Czechowicz, Krytycznym Okiem
„Kryminał z klasą. Zakończenie to majstersztyk” Anna Gałaszkiewicz, @aniasztukaczytania
„Nieoczywisty kryminał. Złoto. I to nie byle jakiej próby!” Karola, @gora.ksiazek
„Genialnie zapowiadająca się nowa seria kryminalna” Joanna Kawałko, @asia_2211
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-7552-2 |
| Rozmiar pliku: | 885 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tropił tego jelenia od zeszłej wiosny. Znalazł jego owalne, zbite odchody niedaleko brzozowego młodniaka na skraju lasu, a znacznie później, gdy zbliżało się rykowisko, odrapane porożem drzewa i rozkopane poszycie. Nieraz widywał półksiężycowate odciski racic, które z czasem zaczęły mu się śnić po nocach. Wyglądały jak ślady miniaturowych półbutów zrobionych na miarę dla kogoś o zdeformowanych stopach. Łuk jednego z nich był lekko zaostrzony u góry i przypominał ukośnik. Choć myśliwy nie miał zbyt wysokiego mniemania o inteligencji kopytnych, ten ich przedstawiciel był inny i raz spłoszony, nigdy nie wracał w to samo miejsce. Z początkiem sezonu, który przypadał na schyłek sierpnia, jeleń był jeszcze ostrożniejszy, jakby czuł, że mężczyzna upatrzył go sobie za cel.
Gdy zaczęła się ruja, myśliwy założył swoje siedzisko z dala od planowanego przejścia zwierząt, żeby przepuścić łanie z młodymi. W ślad za łanią pojawił się jej wybranek, ale w tym roku natura wybrała na reproduktora innego byka. Mężczyzna się tego spodziewał. Poznawał po szerzej rozstawionych tropach, że zwierzęciu zaczynają ciążyć lata, a przestęp świadczył o tym, że jest osłabione nie tylko przez rykowisko, kiedy wszystkie byki tracą nawet jedną czwartą masy ciała. Chodziło o coś jeszcze. Jeleń pokonany przez rywala oddzielił się od innych samców i całymi dniami zalegał w ostojach, w leśnym gąszczu. Dopiero nocą wychodził na żer, by odzyskać nadwątlone siły. Potem zniknął. Przez jakiś czas myśliwy przypuszczał, że zwierzę nie przeżyło.
Gdy na początku grudnia spadł pierwszy śnieg, jeleń wrócił. Mężczyzna z łatwością poznał jego nowe nawyki i starannie wybrał drzewo, z którego dziś miał zamiar oddać strzał, o ile nie zmieni się kierunek wiatru. Nie chodziło o poroże do kolekcji, bo ostatecznie to nie on zwycięży jelenia – zwierzę przechytrzyło go zbyt wiele razy, gdy było w pełni sił. Miał to być z jego strony akt miłosierdzia, ponieważ byk był stary i słaby. Jeśli nie padnie od kuli, rozszarpią go wilki zapędzające się coraz bliżej Komorza. Zapowiadała się ostra zima i myśliwy znalazł niedawno ich tropy niedaleko jeziora. Był dwudziesty trzeci grudnia i gdy przed świtem wychodził z domu, termometr wskazywał minus piętnaście, a mroźny wicher, który smagał mu policzki, potęgował dotkliwe uczucie zimna. Smak porannej kawy szybko zniknął z języka, wymieciony przez chłód.
Gdy myśliwy wyszedł na otwarte pole, lodowate podmuchy co chwilę sypały mu w twarz świeżym śniegiem. Opuścił zwiniętą nad czołem kominiarkę i momentalnie zrobiło mu się cieplej. Wszedł w ciemną plamę lasu, który osłonił go przed wiatrem, i brnął po śniegu, raz po raz przydeptując tropy dzików, które w tym roku podchodziły pod same domy. Ktoś we wsi widział niedawno, jak pędziły wzdłuż głównej drogi, ścigając się z samochodami.
Wdrapał się na drzewo i zajął pozycję, w której nie wiadomo było, jak długo przyjdzie mu czekać. Nie miał nawet gwarancji, że jeleń przeżył ostatnie mroźne noce. Spojrzał na niebo, które przecierało się już na wschodzie, i pomyślał, że wielu ludzi uznałoby go za wariata. Na pewno jego była żona. W końcu który człowiek o zdrowych zmysłach w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia wdrapuje się na drzewo, by na nim siedzieć niczym pieprzony Szymon Słupnik?
Wtedy go zobaczył. W linii prostej dzieliło ich może pięćdziesiąt metrów, a że dzień wstawał słoneczny, widoczność była więcej niż dobra. Jeleń był wyraźnie powolniejszy niż ostatnim razem. Z zimową, siwobrunatną sierścią i kopytami, które z wysiłkiem unosił ponad śnieg, wydał się myśliwemu o wiele starszy. Zastanawiał się, czy tak wpłynęła na niego samotność. Uniósł sztucer, starając się nie wydać żadnego dźwięku, i choć kierunek wiatru mu sprzyjał, wiedział, że jeszcze przed kilkoma miesiącami byk dawno by go już wyczuł i uciekł. Trzymał jelenia przez chwilę na celowniku, niemal słysząc bicie własnego serca. Widział mgłę jego oddechu. Pif-paf, poruszył ustami, widząc oczyma wyobraźni, jak trafione zwierzę pada na śnieg. Jeleń podniósł dumnie głowę i spojrzał w kierunku wymierzonej w niego lufy. Przez chwilę mężczyźnie wydawało się, że go widzi i celowo nie rusza się z miejsca. Jest zmęczony śniegiem, mrozem i ciągłą ucieczką przed wilkami i myśliwymi. Przed nim. Opuścił broń, poruszając gałęzią, z której wolno opadł śnieżny pył, a jeleń rozpłynął się w powietrzu.
Mężczyzna zszedł z drzewa i zarzucił na ramię pokrowiec z bronią. Dopiero teraz poczuł, że zmarzł, postanowił więc zejść do jeziora i napić się na pomoście gorącej kawy z termosu. Nie chciał jeszcze wracać do pustego domu, w którym jedynym świątecznym akcentem była jodłowa gałązka. Schodził do Komorza stromym zboczem i z każdym krokiem robiło się jaśniej, a jemu jakby lżej. Spomiędzy konarów drzew prześwitywało skute lodem jezioro, przykryte gdzieniegdzie cienką warstwą śniegu. Zaniósł na pomost stary pniak i na nim usiadł. Świat zapachniał kawą i wydał mu się nagle ekscytujący i otwarty na nowe. Nie myślał już o czekającej go jutro samotnej Wigilii. W oddali, w pobliżu Wydrzej Wyspy, zamajaczył mu ciemny kształt, jakby drzewo powalone przez wicher. Nie widział dokładnie, bo słońce raziło go w oczy. Podwinął kominiarkę i przyłożył do oczu lornetkę.1
Wanda podniosła się z niewygodnej pozycji w kucki, w której tkwiła od dłuższej chwili, i dopięła wewnętrzny zamek płaszcza po sam nos. Zwykle wolała praktyczne i wygodne kurtki, ale do zakupu tego płaszcza przekonała ją pomysłowa podpinka. Nie tylko był elegancki, z ciepłej wełny w odcieniu, który ekspedientka nazwała miodowym beżem, ale też skutecznie chronił przed wiatrem i śniegiem. Wystarczyło wpiąć dodatkowy kawałek materiału i zasunąć zamek. Dziś wcisnęła też na uszy żółtą wełnianą czapkę, bo gdy przed dziesiątą rano zadzwoniła do niej Agata, dyżurująca na komisariacie w Czaplinku, słupek rtęci wskazywał minus dwanaście stopni. Teraz, około jedenastej, nadal było zimno. Wręcz lodowato, gdy patrzyła na leżące na zamarzniętym jeziorze ciało kobiety.
– Jeśli w ciągu najbliższych godzin przyjdzie odwilż, dosłownie stracimy miejsce zbrodni – mruknęła do Tobiasza, który obfotografowywał właśnie zwłoki, i mocniej naciągnęła czapkę na uszy.
– Nie przyjdzie. W nocy mają być jeszcze większe mrozy – usłyszała za plecami głos Piotra Derenia, który wyjątkowo dotarł na miejsce później niż ona.
Stawiał zamaszyste kroki, demonstrując typowe dla siebie zaufanie. Tym razem ufał, że lód utrzyma jego niedźwiedzie cielsko. Na oko był jakieś czterdzieści kilogramów cięższy od Wandy.
– Musiałem wywlec syna z wyra, żeby mi wtrysnął trochę plaka.
– Wtrysnął ci czego? I chyba nie chcę wiedzieć gdzie. – Wanda zrobiła daszek z ręki, patrząc na niego pod słońce.
Podkomisarz jak zawsze wprowadzał element zamieszania, który na wszystkich działał ożywczo, ją jednak lekko wytrącał z równowagi. Dereń był niczym pierwszoplanowy aktor, który swym wejściem na scenę daje znak reżyserowi, by ten zarządził pierwszy klaps. Teraz też – senny zimowy krajobraz wypełniła nowa energia. Młoda kobieta leżąca na lodzie wydała się przez kontrast jeszcze bardziej martwa.
Dereń wyszczerzył zęby.
– Nie słyszałaś o plaku, który nabłyszcza i konserwuje, a przede wszystkim tyłek ratuje? Szczęściara z pani prokurator.
Wanda westchnęła i zdjęła z niechęcią ciepłe rękawiczki, zastępując je lateksowymi.
– Jak by ci to powiedzieć… Mój citroën odpalił za pierwszym razem.
– Aż dziwne, że go nie załatwił Generał Mróz, tak jak wszystkich Francuzów podczas inwazji na Rosję.
– Zdziwiłbyś się, jak bardzo świat się zmienił przez ostatnich dwieście lat. – Spojrzała wymownie na zawiązany niedbale szalik w paski, który powiewał wokół szyi podkomisarza. Wyglądał na własnoręcznie wydziergany. – Mogłeś zabrać swojego forestera do serwisu na przygotowanie do zimy. Byłby ci wdzięczny.
Dereń udał, że zatyka sobie uszy. Czasem jej się wydawało, że ma do tego samochodu taki sam stosunek jak neurotyczny rodzic do dziecka. Traktował stare subaru, które niedawno kupił, jak przedłużenie własnej osobowości.
– Ciii, bo cię jeszcze usłyszy. Taka jest droga samuraja, walczy do samego końca.
Podkomisarz ruszył w kierunku zwłok, zostawiając na śniegu wielkie ślady. Zmarszczył brwi i pochylił się nad ciałem, osłaniając oczy przed słońcem.
– Podobno wiemy już, kim była ofiara? – zapytał. Najwyraźniej zdążył zamienić kilka słów z Agatą.
W oddali, na pomoście, policjantka rozmawiała właśnie z myśliwym. Przestępowała przy tym z nogi na nogę i chuchała w zmarznięte dłonie. Wanda nabierała coraz większej pewności, że aspirantka z komisariatu w Czaplinku zna wszystkich mieszkańców miasteczka i okolic. Tobiasz, który też pochodził z tych stron i przeszedł do wydziału dochodzeniowo-śledczego w Drawsku Pomorskim dwa lata temu, był pod tym względem mniej użyteczny. Miał z pewnością wysoko rozwinięte umiejętności analityczne, ale to z Agatą chcieli rozmawiać mieszkańcy.
Wanda spojrzała jeszcze raz na mosiężną kłódkę tkwiącą w ustach ofiary.
– Według Agaty to kosmetyczka z Czaplinka. Miała gabinet u siebie w mieszkaniu niedaleko rynku. Specyficzna ozdoba, nie sądzisz?
Nie był to wcale kolczyk, jak te, które młodzież wbija sobie w różne części ciała, demonstrując, że ból jest sexy, ale średniej wielkości kłódka gospodarcza, przeciągnięta przez górną i dolną wargę ofiary i łącząca je ze sobą na wieki wieków.
Dereń pokiwał głową i wreszcie się wyprostował, a woskową twarz kobiety na powrót rozjaśniło słońce. W czarnym płaszczu pokrytym płatkami śniegu przypominała śpiącą królewnę w wersji noir. Miała małe stopy i wystające spod okrycia buty na topornych, kwadratowych obcasach wyglądały nieproporcjonalnie, wręcz dziecięco. Wanda podniosła na chwilę oczy na pocztówkowy krajobraz. Komorze chowało się wśród wzniesień jak górskie jezioro, a pokryte śniegiem buki, olchy i iglaki wspinały się po stromych zboczach. Zamarznięta tafla jeziora przykryta świeżym śniegiem rozpościerała się przed nimi niczym wigilijny obrus. Wystarczyło zrobić zdjęcie i rozesłać krewnym z napisem „Wesołych świąt”.
– Wygląda tak spokojnie. Jak myślisz? Okaleczył ją już po śmierci? – zapytała.
– Niewykluczone, zobaczymy, co powie patolog. O Wrzosiu mowa.
Zaspany lekarz ślizgał się po lodzie jak pierwszoklasista. Był drobny i niewysoki, a spod ciemnej czapki nasuniętej na oczy wystawały blond pukle, co tylko podkreślało jego chłopięcą urodę. Odkąd Wanda wróciła w rodzinne strony i objęła stanowisko prokuratora rejonowego w Drawsku Pomorskim, współpracowała z Romanem Wrzosem kilkakrotnie i uważała, że nie ma lepszego patologa w regionie, nawet jeśli przeklinał jak Miś Przekliniak z _Włatców móch_, starej kreskówki, której był zresztą fanem. Ucieszyła się więc, że to on ma dziś dyżur. Przy zwłokach było coraz więcej śladów, ale wszystkie należały do nich i do myśliwego, który znalazł ciało. Ktokolwiek zaciągnął tam kobietę, żywą czy martwą, musiał to zrobić wcześniej, zanim spadł świeży śnieg. Teraz już nie padało i tylko wiatr przenosił biały puch z miejsca na miejsce.
Wanda przyjrzała się jeszcze raz dość pospolitej twarzy kobiety, której centralnym punktem były duże usta oszpecone kłódką.
– Zginęła od kłódki? – zapytała z powątpiewaniem Wrzosa, który od razu zabrał się do oględzin.
– Ożeż kurwa, ale ją ktoś urządził! – rzucił patolog na widok kobiety. – Nie, nie sądzę, że zginęła od kłódki. Nie ma żadnych śladów krwi ani plam opadowych.
– Wiek?
– Około trzydziestki.
– Godzina śmierci?
– Wyrywna pani, pani prokurator, jak zawsze. – Patolog nie mógł sobie darować kąśliwej uwagi. Wiedział, że jest dobry, i tylko dlatego może sobie na to pozwolić. – W tych warunkach trudno jednoznacznie to określić. W nocy był silny mróz, sprzyjający konserwacji zwłok, więcej powiem, jak mi ciało odtaje na stole.
Zdjął rękawiczki i zaczął przytupywać.
– Kurwanoga. I to ma być ten najcieplejszy moment dzisiejszego dnia?
– I tak nie jest źle. W nocy temperatura ma spaść do minus dwudziestu. Denatka została zgwałcona? – zapytała Wanda.
Wrzos z niedowierzaniem pokręcił głową i ulepił śnieżkę, a potem odsunął ją od siebie na wyciągniętej dłoni, jakby to była szklana kula.
– Widzę mordercę. Co on wyjmuje? Czy to naprawdę jest…? Ach nie, to tylko kłódka. – Otrzepał ręce. – Zabieram ją do prosektorium i dam znać ejesej-kurwa-pi, jak to mówią na amerykańskich filmach.
Pomachał Agacie, która szła właśnie w ich kierunku z metalowymi sankami, a jej czerwone od mrozu policzki błyszczały z daleka pod czerwoną czapką. Wyglądała jak przerośnięta pomocnica Świętego Mikołaja i tylko okaleczone ciało, które zamierzali teraz włożyć do worka, nie miało w sobie nic z bożonarodzeniowego prezentu.
– Co z tym myśliwym? – chciała wiedzieć Wanda. – Widział coś? Słyszał?
– To lokalny facet, z Kuszewa. Zna rodziców pana byłej żony. – Agata skinęła głową w kierunku podkomisarza.
Dereń na wzmiankę o swojej eks jak zwykle się skrzywił, ale za każdym razem grymas był łagodniejszy. Wanda pomyślała, że teraz przypomina już tylko reakcję na nieudany zakup, o którym ktoś mu właśnie przypomniał.
– Ci lokalni wcale nie są poza podejrzeniami. Mam wam przypomnieć sprawę kata z Czaplinka?
– Sprawdzimy to, ale nie sądzę. To porządny facet.
– Nawet jeśli myśliwy? – zażartowała Wanda, ale nikt się nie uśmiechnął. Wyjechała stąd zaraz po maturze i wciąż zapominała, że tu podchodzi się do kwestii polowań inaczej niż w dużym mieście.
– Przyszedł do lasu jakąś godzinę przed świtem i wspiął się na wcześniej upatrzone drzewo, miał zamiar zapolować na jelenia – mówiła dalej Agata, przestępując z nogi na nogę. – Tak naprawdę więcej mi opowiadał o tym starym byku niż o czymkolwiek innym. Traktował go jak przyjaciela. Jest bardzo zdenerwowany.
– Chciał zapolować na swojego przyjaciela?
Wanda westchnęła. Przypomniał jej się Wagner z przywołanej właśnie sprawy sprzed ponad roku, w której przed trzema miesiącami zapadł prawomocny wyrok. Kolejny myśliwy, który chętnie prawił o wartościach etycznych i podporządkowaniu sobie przez człowieka świata przyrody.
– Może chciał mu dać lepszą śmierć – wtrącił Tobiasz. – Jeleń był już stary i słaby, a te mrozy dają się zwierzętom we znaki. Ojciec mówi, że będzie jeszcze gorzej.
Wanda zdążyła się przyzwyczaić, że ojciec Tobiasza to niemal zaoczny członek zespołu Derenia. Chyba nigdy nie spotkała młodego faceta, który darzyłby swojego ojca taką estymą, a podkomisarz powtarzał zgryźliwie, że musi wreszcie poznać człowieka, który zna się na wszystkim. Było w tych słowach dużo zazdrości, bo jego relacje z własnym synem ostatnio nie układały się chyba najlepiej.
– A widział coś chociaż z tego drzewa? – Wanda ponownie zwróciła się do Agaty.
– Tylko jelenia, ale uznał, że nie zabija się przyjaciół, i nie strzelił. – Dziewczyna dopiero teraz pozwoliła sobie na lekki uśmiech. – Zszedł do jeziora i wtedy zauważył, że ktoś leży na lodzie. Od razu wdrapał się na górę, bo tu jest kiepski zasięg, i nas wezwał.
– Skoro to myśliwy, może zauważył jakieś ślady w okolicy?
– Tylko tropy zwierząt. Sporo tu dzików, są sarny i jelenie, a ostatnio pojawiają się też wilki. Tu, od strony Kuszewa, nie było ludzkich śladów. Może przy plaży gminnej w Sikorach? Stamtąd też można teraz swobodnie przejść po lodzie na Wydrzą Wyspę. – Wskazała palcem najbliższy ląd.
– Kilku naszych ludzi sprawdza teren – wtrącił Dereń – ale tak napadało, że nie spodziewałbym się, że coś znajdą. Musiał ją tu przywlec wcześniej…
– Wiadomo już, kiedy zaczęło sypać?
– W okolicach Komorza podobno wczoraj wieczorem, około dwudziestej pierwszej. Tak powiedział myśliwy i potwierdzili to moi eksteściowie. Zgodzili się z Agatą, że myśliwy to porządny facet.
– Przypomniałam sobie właśnie jej nazwisko. – Policjantka stała przy sankach i czekała, aż Wrzos i Tobiasz przełożą ciało do worka. – Monika Madejska. Była naprawdę dobrą kosmetyczką.
– Korzystałaś z jej usług? – zapytała Wanda.
Byłoby to spore ułatwienie, gdyby policjantka znała ofiarę osobiście i mogła im coś powiedzieć na jej temat. Tobiasz zerknął na Agatę ze zdziwieniem, jakby wizyty u kosmetyczki były czymś z gruntu do niej niepasującym, a zaróżowiona od mrozu twarz dziewczyny przybrała kolor zbliżony do jej czapki.
– Po prostu słyszałam.
Wanda spojrzała na zwłoki po raz ostatni i jej wzrok zatrzymał się na dziwacznych dziecięcych butach z kwadratowymi obcasami, sterczących pod nienaturalnym kątem. Podeszła i nacisnęła jeden z nich w okolicach palców. Niczego nie wyczuła. Cholera jasna, jak małe stopy mogła mieć ta kobieta? Poluzowała sznurowadło i pociągnęła za prawy but. Był zmrożony, ciasno wypchany pakułami, zdjęła go więc nie bez trudności. Spojrzeli z przerażeniem na miejsce, w którym powinna być stopa. Wanda szybko rozsznurowała i zdjęła lewy, który także odsłonił kikut zakończony zakrzepłą i przymarzniętą krwią. Nogi kobiety kończyły się gdzieś nad kostką i skóra w tym miejscu była sinoczarna.
Ciężko westchnęła.
– No to zagadka się wyjaśniła – mruknął Wrzos. – Nigdzie na śniegu nie ma śladów krwi. Skurwysyn poczekał, aż się wykrwawi, i wtedy przeniósł ją tutaj. Kłódkę jej zawiesił… dla ozdoby.
Przemarznięta do szpiku kości Wanda z ulgą wsiadła do samochodu. Mróz nadal wbijał w jej twarz niewidzialne szpilki. Włączyła silnik, nie mogąc przestać myśleć o okaleczonym ciele ofiary. „Chciał mu dać lepszą śmierć”, przypomniała sobie słowa Tobiasza o myśliwym. Cóż, morderca Moniki Madejskiej, kimkolwiek był, wymyślił dla niej coś wyjątkowo okrutnego.2
– Dlaczego nie zgłosił pan zaginięcia żony? – Piotr szybko przemierzał pokój tam i z powrotem. Choć sala przesłuchań miała ze dwadzieścia metrów kwadratowych, na dotarcie od ściany do ściany potrzebował ledwie kilku kroków.
Madejski spojrzał na niego spode łba i splótł ręce na brzuchu, na którym opinał się nadpruty sweter w góralskim stylu. Facet był młody, miał urodę południowca i ten brzuch, który wyglądał jak przyszyty, świadczył o słabości do piwa.
– A gdzie jest ten drugi? – zapytał, wbijając w Piotra lekko płaczliwe spojrzenie. Ciemne brwi niemal zrastały się nad jego nosem.
– Jaki drugi?
– Nie jestem głupi. Oglądam telewizję. Zawsze jest was dwóch, dobry i zły.
– I pewnie się pan zastanawia, który z nich to ja? To zależy.
– Od czego?
– Od tego, czy wreszcie zacznie pan mówić, panie Madejski. Z sensem! – ryknął Piotr.
Niby facet dopiero co stracił żonę. Od początku jednak robił uniki i miał kłopoty z pamięcią, jakby coś ukrywał. Gdy siedział w sali przesłuchań, Tobiasz i Agata skrupulatnie przeszukiwali jego mieszkanie, a Wanda pojechała na sekcję. Z jednej strony była lepsza w każdym calu od swojego poprzednika, którego praca sprowadzała się do składania podpisów, z drugiej – lubiła kontrolować każdy aspekt śledztwa, jakby nikomu do końca nie ufała – co bywało irytujące. Piotr pomyślał z uśmiechem, że teraz też chciałaby się roztroić i towarzyszyć Tobiaszowi i Agacie w przetrząsaniu rzeczy osobistych Moniki Madejskiej, a jemu w przesłuchiwaniu jej męża.
Nieraz docierały do jego uszu komentarze ludzi z wydziału, że Wanda Just nie ma życia prywatnego i stąd jej dupościsk. Był przy tym pewien, że „nie ma życia prywatnego” oraz „dupościsk” to subtelna wersja przeznaczona tylko dla niego. Za jego plecami z pewnością powtarzali, że dawno nikt pani prokurator nie przeleciał. Nie lubił takiego gadania. Pomyślał o drobnej sylwetce i zdeterminowanej minie Wandy. Przypominała mu blond wersję Małej Mi z _Muminków_ czytanych dzieciom dawno temu, gdy na weekendy wracał ze Szczytna do domu teściów w Kuszewie.
Co do jej życia prywatnego, nie miał o nim wielkiego pojęcia, ale domyślał się, że jutrzejszą Wigilię też spędzi sama. Też, bo Lena i Paweł mieli dwudziesty czwarty i dwudziesty piąty grudnia spędzić z Anką, a do niego wpaść w drugie święto, i od kilku dni zastanawiał się, czy zaprosić do siebie Wandę na skromną kolację. Odkąd po dwudziestu latach w Poznaniu wróciła na stare śmieci, minęło półtora roku. Choć wspólna praca zbliża, ona od początku trzymała dystans, ale w ostatnich miesiącach powstała w tej rezerwie niewielka wyrwa. Wyczuwał ją doskonale jego nadal bezimienny jamnik, który zawsze cieszył się na widok Wandy. Piotr mimo wszystko obawiał się, że jego zaproszenie mogłoby zostać opacznie zrozumiane. Nie chciał zrobić z siebie durnia, miał dość na jakiś czas.
Przypomniał sobie wczorajsze spotkanie z agentką ubezpieczeniową, które po fakcie okazało się randką w ciemno uknutą przez jego kuzynkę, i ciężko westchnął. Madejski wziął to za oznakę jego rosnącej irytacji i wreszcie zaczął mówić.
– Nie zgłosiłem, bo ona często gdzieś chodziła, ruch w interesie musiał być. – Pociągnął nosem. – Wie pan, jakie są dzisiejsze kobiety, odkąd ktoś im nakładł do głowy tych pierdół o niezależności. Aż głupio mieć taką żonę. W sensie, że przed kumplami wstyd – dodał, jakby sam poczuł, że to źle zabrzmiało. – Gadali, że jak jej dziecko zrobię, to się uspokoi. Domu będzie pilnować.
– Gdzie konkretnie żona wychodziła?
– Na przykład do koleżanek albo na zakupy. Czasem wyjeżdżała.
– Gdzie?
– Dokładnie to ja nie wiem. – Madejski rozłożył ręce.
– Ale do innego miasta?
– Myślę, że tak, bo z walizką.
– I nie pytał pan, dokąd jedzie? – Piotrowi trudno było w to uwierzyć.
– Tylko bym oberwał. Monia, znaczy Monika, pyskata była – powiedział Madejski, dla odmiany z dumą.
– Znał pan jej koleżanki?
– Niektóre. Jej klientki to były koleżanki, a nawet jak nie były, to szybko zostawały. Doklejała im rzęsy czy paznokcie i cały czas gadały, nie mogłem już tego znieść, zwłaszcza jak odsypiałem nockę. Sabat czarownic na to mówiłem. Kupiłem sobie w końcu zatyczki do uszu, takie paski miękkie jak wosk. Sprzedają je w aptece w srebrnych paczkach. Ugniata się i rozgrzewa w palcach, a potem wkłada do ucha. Czyli gdzie ją znaleźliście? – zapytał po raz kolejny.
Teraz z kolei wydawał się dziwnie pogodny, jakby policja znalazła jego żonę całą i zdrową, u koleżanki, u której się zasiedziała. Albo nadal był w szoku, albo coś z nim było nie tak.
Piotr przyjrzał mu się uważnie i pomyślał o kłódce na ustach ofiary.
– Denerwowało pana, gdy żona mówiła?
– Żona i inne. Wie pan, jakie one są. Gęgają jak gęsi. – Poruszył kilka razy palcami prawej ręki ułożonymi w kształt dziobu.
– A kiedy widział ją pan po raz ostatni?
Madejski zastanawiał się przez chwilę, a w końcu odpowiedział tak cicho, że Piotr musiał się ku niemu nachylić.
– Nie wiem.
– Jak to?
– No normalnie. Teraz, przed świętami, zrobiła sobie kilka dni wolnego i ciągle gdzieś jeździła. Na zakupy, myślę. Wypełniała sobie czas bzdurami, a potem mówiła, że jest taka zmęczona. No wie pan, jakie one są – powtórzył i rzucił Piotrowi porozumiewawcze spojrzenie, jakby mieli w domach ten sam model pralki, który ciągle się psuje. Pociągnął mocniej niebieską nitkę, która odłaziła na dole swetra, i schował ją do kieszeni.
– Ale wracała na noc?
– No mam nadzieję. – Madejski spojrzał na niego z oburzeniem. – Ja na zmiany pracuję, często robię nocki, a kamery przy łóżku przecież nie trzymam.
– Czy podejrzewał pan kiedykolwiek, że żona może pana zdradzać?
– Co pan! – Mężczyzna odchylił się na krześle i spojrzał na niego spode łba. – Przecież mówię, że jeździła do koleżanek albo na zakupy. Zawsze z czymś wróciła. Perfumy, sukienka.
– Mogła to od kogoś dostawać – stwierdził Piotr.
– Niby od kogo? Był jakiś Święty Mikołaj? Musi mi pan wreszcie powiedzieć prawdę. Znaleźliście ją z kimś w łóżku? Nie wierzę, że leżała tam, gdzie mówicie, na lodzie. Przecież w nocy było z minus piętnaście, a ona jest okropnym zmarzluchem. Jak wchodzi pod kołdrę, ma zawsze zimne stopy. Dwa lody.
Madejski spojrzał Piotrowi w oczy i ten poczuł, że wreszcie mówi nie o domowym sprzęcie, tylko o kobiecie, która była jego żoną.
– W weekend w nocy była w domu – powiedział powoli przesłuchiwany. – To znaczy w nocy z piątku na sobotę. Wróciłem z drugiej zmiany…
– O której pan wrócił?
– Kończę o dwudziestej drugiej, czyli wpół do jedenastej byłem już w domu, a ona leżała w łóżku. Powiedziała, że jest zmęczona porządkami świątecznymi, i dlatego położyła się wcześniej. Nie wiem, jakimi niby porządkami, bo w chałupie syf był. Tylko w tym swoim gabinecie utrzymywała jako taki porządek. Stopy miała wtedy zimne, jakby dopiero co wślizgnęła się do łóżka. Pamiętam, że o tym pomyślałem.
– A kolejna noc? Ta z soboty na niedzielę?
– Zgodnie z grafikiem zacząłem już nocki, ale miałem za to dostać wolne na jutro i pojutrze. W sensie: na święta.
– I nie umie pan powiedzieć, czy żona nocowała w domu? – zapytał Piotr z niedowierzaniem.
– No teraz, jak pan pyta, to pewny nie jestem. Po powrocie wziąłem prysznic i od razu, jak to się mówi, w kimono. Pościel była rozkopana i jeszcze pachniała jakby jej szamponem, ale to mógł być przecież zapach z poprzedniej nocy. Zmęczony zresztą byłem i się nie zastanawiałem, obudził mnie dopiero wasz łomot do drzwi.
Madejski mówił teraz coraz więcej i szybciej, a Piotr dobrze znał ten słowotok. Do mężczyzny powoli docierała prawda i wydawało mu się, że dopóki będzie mówił, nikt nie powtórzy, że ktoś zamknął usta jego żony na kłódkę. Nikt nie powie, że ktoś odciął jej stopy i poczekał, aż się wykrwawi. Dopóki rozmawiali, tamto się jeszcze nie wydarzyło.
– Czyli podsumujmy. W nocy z soboty na niedzielę był pan w pracy. A co się działo w niedzielę w ciągu dnia?
– Byłem cały czas w domu.
– Sam?
Mężczyzna skinął głową.
– A żona?
– Nie wiem.
Piotr westchnął. Zdaje się, że wrócili do punktu wyjścia. Madejski zgarbił się nad stołem i włożył ręce do kieszeni.
– Proszę spróbować, to nie było przecież dawno temu.
– Może, ale te dni wszystkie do siebie podobne. Praca, żarcie, spanie.
– No właśnie – podjął Piotr. – Jedliście razem śniadanie? Może obiad? Żona kupiła jakieś jedzenie? Ugotowała? A może pan coś ugotował?
Mężczyzna się ożywił.
– Dużo nie umiem, ale zupę warzywną sobie zrobię. Zresztą to żadna filozofia. Kupuję paczkę mrożonych warzyw, zalewam wodą i dodaję kostkę rosołową. Nie było jej. Teraz pamiętam. Pomyślałem nawet, że to dobrze, bo nie chciało mi się jeść przy stole i z nią gadać. Wolałem se coś w telewizji obejrzeć.
– Nie układało wam się?
– Czy ja wiem. Wie pan, jakie są… – Madejski nie dokończył. Chyba sam zdał sobie sprawę, że powtarza to zbyt często. – Ale wpadała ostatnio w dziwny nastrój i mówiła, że dobraliśmy się jak w korcu gówna. Wie pan, bo zwykle się mówi o korcu maku. – Poczuł się w obowiązku to wyjaśnić.
Piotr skinął głową. Nie mógł powiedzieć Madejskiemu, że jego słowa aż nadto rezonują w jego głowie. Anka była pod koniec małżeństwa specjalistką w wygłaszaniu tyrad, w których przewijał się motyw niedobrania, pomyłki, nieudanego eksperymentu, wspomagany przez wizję tego innego mężczyzny, który doceni wreszcie wszystko to, co jego była żona ma światu do zaoferowania.
– No więc stawała się tego, jak to mówią, napastliwa, i kazała mi coś z siebie wreszcie wykrztusić, bo ona ma już dość zabawiania mnie rozmową. – Madejski prychnął i spojrzał na swoje szczupłe ręce, gęsto pokryte ciemnymi włoskami. – Człowiek zrąbany wraca z pracy i chce tylko zjeść i odpocząć. O czym tu gadać? Co ona mi powie, czego ja już nie wiem? A ja? O czym miałem jej niby opowiadać?
Rzucił Piotrowi udręczone spojrzenie i ku jego zdziwieniu pochylił się nisko nad stołem, wykrzywiając usta w podkówkę. Zaniósł się szlochem. Poszukał w kieszeni chustki i otarł twarz.
– Chryste, przepraszam.
– Czyli nie wie pan, gdzie była w niedzielę w ciągu dnia? Nie powiedziała, gdzie wychodzi? – upewnił się Piotr.
Madejski pokręcił głową.
– To gdzie ją znaleźliście? – zapytał znowu. – Na lodzie? Koło Wydrzej Wyspy? Bez stóp? To nie ma najmniejszego sensu. – Pokręcił głową. – A tu jutro Wigilia – dodał znienacka i głośno opróżnił nos.3
– Podsumujmy, co wiemy – rzuciła Wanda.
Siedzieli w przegrzanej salce konferencyjnej komendy powiatowej, a za oknem zachodziło słońce, które o tej porze roku pracowało jakby na pół etatu. Dziś znikało jeszcze szybciej, jakby też się spieszyło na kolację wigilijną. Ostatnie promienie oświetliły opustoszały parking i za szybą zapanował mrok.
– Ofiara to Monika Madejska. – Tobiasz odchrząknął. – Lat trzydzieści trzy, kosmetyczka z Czaplinka. Wyszła za mąż sześć lat temu, a w momencie dokonania zabójstwa była w ciąży. Mąż o tym nie wiedział, ona sama być może też nie. Według Wrzosia była w piątym tygodniu.
– Wiadomo już, czy to było dziecko jej męża?
– Jeśli ktoś ma na tym etapie jeszcze wątpliwości – wtrącił Dereń – początek cytatu: „Nie jestem pierdolonym Czarnoksiężnikiem z Oz i zadzwonię, jak będę wiedział więcej”. Koniec cytatu.
Wanda skinęła głową i wyjęła z torebki paczkę kawy przewiązaną ozdobną wstążeczką.
– A tak w ogóle to dla was. Wesołych świąt.
– Pewnie liczysz na zaparzenie? – mruknął podkomisarz, ale z trudem ukrywał uśmiech. – Mamy na stanie stary ekspres przelewowy, bez młynka, więc nie mam pojęcia, jak mam ci te ziarenka zmiażdżyć. Pośladkami jak Jagna z _Krzyżaków_?
– To by dopiero była kawa, droższa od kopi luwak. – Wanda wyjęła z torebki drugą paczkę i podała ją Tobiaszowi, a chłopak ostrożnie zdjął ozdobny papier i uniósł elektryczny młynek, demonstrując go wszem wobec jak zwycięską statuetkę.
– Czyli, jeśli dobrze rozumiem, będziesz nas teraz opijać? – zapytał Dereń, a Wanda z uśmiechem przysunęła krzesło bliżej stołu.
Gdy tylko spojrzała w ekran laptopa Tobiasza, uśmiech zniknął z jej twarzy.
– Co to jest?
– Lista klientek Madejskiej. Nie jest bynajmniej kompletna. Szukamy, pytamy.
Wanda zatrzymała wzrok przy jednym nazwisku. Natalia nigdy formalnie nie wyszła za mąż.
– Jakaś rodzina pani prokurator? – zapytał Tobiasz.
– Natalia Just to moja siostra – powiedziała krótko, a Dereń, który stanął za nią i teraz też patrzył na listę ze zdziwieniem, dotknął przelotnie jej ramienia.
On jeden w tym pomieszczeniu znał Natalię i ich trudną historię. Nie całą oczywiście. Wiedział po prostu, że Wanda od lat nie utrzymuje kontaktów ani z siostrą, ani z ojcem. Cóż, kiedy widziały się ostatnim razem, nie miały sobie nic miłego do powiedzenia.
– Dziwne. – Wanda wstała. – Przecież Madejska miała gabinet w Czaplinku, a Natalia mieszka tutaj, w Drawsku Pomorskim. Nie ma tu kosmetyczek?
– Monika była podobno bardzo dobra – odezwała się wreszcie Agata i włączyła nowy młynek.
Jego głośne brzęczenie zagłuszyło na chwilę każdą myśl w głowie Wandy, a w pokoju rozniósł się przyjemny aromat kawy. Wanda otrząsnęła się z dziwnego wrażenia. Cóż, siostra nie siostra, nie żyła młoda kobieta i musieli jak najszybciej znaleźć mordercę.
– Trzeba będzie przesłuchać jej klientki. A mieszkanie? Znaleźliście coś? Telefon? Torebka Madejskiej?
Agata pokręciła głową.
– Musiała ją wziąć ze sobą i zabrał ją sprawca. Madejska mieszkała z mężem w trzech małych pokojach w jednym z tych starych bloków przy Wałeckiej, blisko jeziora. Na parterze, i chyba tylko dlatego spółdzielnia zgodziła się na jej działalność. Wizyty klientek przeszkadzały podobno tylko starszej kobiecie z naprzeciwka.
– Łatwo było wejść do ich mieszkania przez balkon. Żadnych krat – dodał Tobiasz.
– Jakieś ślady porwania?
– Nie, ale w mieszkaniu był bałagan.
– Według jej męża to normalka – powiedział Dereń, a Agata skwapliwie przytaknęła.
– Tylko w najmniejszym pokoju, który Madejska przeznaczyła na gabinet, faktycznie panował porządek – dodała.
Tobiasz wyświetlił zdjęcia zrobione w mieszkaniu ofiary. Bladoróżowe ściany, jakaś egzotyczna trawa w donicy, reprodukcja portretu Marilyn Monroe na ścianie. Kobieco. Przyjemnie.
– Ślady krwi? Coś w łazience?
– Niczego nie znaleźliśmy poza warstewką kurzu.
– A ta sąsiadka z naprzeciwka? Rozmawialiście z nią?
– Oczywiście. – Tobiasz się uśmiechnął. – Wysłuchaliśmy długiej listy skarg i zażaleń, ale w zamian dowiedzieliśmy się, że widziała, jak Monika Madejska wychodzi w niedzielę z mieszkania około trzynastej. Podobno była sama i do tego wzburzona. Wcześniej sąsiadka słyszała podniesione głosy. Nie widziała nikogo więcej, ale powiedziała, że przecież nie mieszka przy judaszu.
– Zdziwiłbyś się.
Wanda dobrze znała ten typ sąsiadów. Problem z nimi polegał na tym, że podglądali, ale nie reagowali.
– Powiedziała coś więcej o Madejskich?
– Według niej nie byli zgodnym małżeństwem, a jej sympatia leży zdecydowanie po stronie Madejskiego. O Monice mówi, że była pyskata i nieuprzejma.
– Tyle że – wtrąciła Agata – ona wygląda na taką, która ma o wszystko do wszystkich pretensje i nie pała sympatią do młodych kobiet.
Wanda pochyliła się nad dokumentami.
– Według wstępnego raportu Wrzosa zgon nastąpił na mrozie albo ciało bardzo szybko wyniesiono na dwór. Godzinę śmierci ustawił między szesnastą a dwudziestą w niedzielę, dwudziestego drugiego grudnia. O której Madejski zaczynał w niedzielę pracę? – Spojrzała na Derenia.
– Miał nockę od dwudziestej drugiej.
– Czyli teoretycznie może być mordercą?
Podkomisarz przytaknął.
– Tyle że nie mogło do tego dojść w ich mieszkaniu: za duże ryzyko hałasu, no i bałagan, który musiałby przecież dokładnie wysprzątać. Nawet jeśli przerzuciłby jej ciało przez balkon i przeniósł do samochodu, ktoś by coś usłyszał, zauważył. Na pewno ta wścibska sąsiadka.
– Sprawdziliście samochód Madejskich? – zapytała mimo wszystko Wanda.
– Falski i jego ekipa znaleźli oczywiście odciski palców obojga Madejskich, ich włosy, mikroślady. Ale nie ma tam żadnych śladów krwi czy innych wydzielin.
– Chyba że wszystko dokładnie posprzątał?
Agata sceptycznie pokręciła głową i rozdała im kubki z kawą.
– Marudzi na żonę, ale sam nie należy do specjalnie porządnickich. Jeździ z urwaną gałką dźwigni biegów przykrytą starą włóczkową rękawiczką. W samochodzie było brudno, podobnie jak w mieszkaniu, a nie da się przecież posprzątać wybiórczo.
– A połączenia z jej numeru?
– Jak na złość są święta i nikomu się nie spieszy. Na wszystko będziemy musieli dłużej czekać. – Dereń wypił gorącą kawę w kilku haustach, jak to miał w zwyczaju. – Kawa jak kawa, nie wiem, co ci nie odpowiadało w naszej – mruknął.
Gdy zakończyli
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.