-
nowość
Stowarzyszenie Nieznanych Gwiazd - ebook
Stowarzyszenie Nieznanych Gwiazd - ebook
Katowice końca lat 70. – miasto, w którym ściany mają uszy, a kamienice zapamiętują i obserwują każdy ruch. Główny bohater, dziennikarz regionalnej gazety, na pierwszy rzut oka przypadkiem trafia w sam środek gry prowadzonej przez partię, służby i tych, którzy chcą zmienić świat. Wraz z pojawieniem się w jego życiu nowych ludzi i nadejściem zimy jego historia zaczyna przyspieszać. Jest to opowieść o ludziach, którzy postawili sobie za cel zmienienie świata. Każdym możliwym sposobem
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398190701 |
| Rozmiar pliku: | 752 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pocztówka z raju
Piątkowy poranek zaczął się dla mnie nieznośnym dźwiękiem budzika produkcji sowieckiej. Szybko i gwałtownie trzasnąłem w niego ręką, żeby przestał nadawać. Uderzyłem tak mocno, że stolik ze sklejki jęknął, jakby miał się zaraz rozpaść. „Przynajmniej, towarzyszu, znasz się na godzinach…” – pomyślałem, patrząc na błękitne ustrojstwo, które wskazywało godzinę szóstą rano. Na dworze było jeszcze naprawdę ciemno, choć gdzieniegdzie słońce zaznaczało już swoje nadejście na niebie. Jedyne światło, które dochodziło z zewnątrz, to łuna lamp sodowych, których w Katowicach nie brakowało.
Gdy wreszcie stanąłem na nogi i założyłem czarne okulary, podszedłem do kalendarza, który skrupulatnie prowadziłem, by zaznaczyć na nim nową datę. Krwistoczerwony kawałek kartki, wiszący na wszechobecnej boazerii, okraszony boską imaginacją wielkich komunistów, na który naniosłem przy dzisiejszej dacie krzyżyk, wskazywał piętnasty grudnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku.
Zaraz później chwyciłem rękami za żeliwny grzejnik, który jak zawsze ocieplał moje zimne ręce, bowiem na cieple nikt tu nie oszczędzał. W następnej chwili skupiłem swój wzrok na jednym z największych dzieł ludowego socrealizmu – katowickim „Spodku”. Ze swojego mieszkania na ostatnim piętrze widziałem tylko część. Główną fasadę przysłaniał bowiem dwunastopiętrowy blok. Budynek hali stał w samym sercu tego silnie uprzemysłowionego miasta. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym roku był bez wątpienia jedną z najbardziej zaawansowanych tego typu konstrukcji na świecie. Jego awangardowa konstrukcja wykorzystująca prętowo-cięgnowe kratownice do utrzymania stalowej kopuły nad dachem niewątpliwie robiła wrażenie nawet dziś. Cała konstrukcja dobrze wtapiała się w mozolny krajobraz katowickich blokowisk i kominów hut i fabryk, które w zimie tworzyły gęsty biały dym szybko kondensującej pary wodnej. Sama hala widowiskowo-sportowa – bo tak się zwało poprawnie w nomenklaturze dziennikarskiej, była i jest wykorzystywana przez wielu dziennikarzy, którzy chcieli pokazać w ten sposób nowatorski duch rozwojowy komunizmu.
Ukradkiem spojrzałem na pobliskie rondo Ziętka, przez które mknął czerwono-biały Jelcz 043, który chwilę później skręcił na ulicę Feliksa Dzierżyńskiego i prawdopodobnie pojechał w kierunku Chorzowa.
Odszedłem od okna i zrobiłem sobie wyborną kawę z mułem, która była najważniejszą rzeczą w moim standardowym poranku. Dawała mi siłę, by móc przejść przez kolejny dzień w „Trybunie Robotniczej”. Po kawie szybko uczesałem swoje czarne włosy, ubrałem koszulę i ciemnobrązową marynarkę, na którą wrzuciłem płaszcz podobnego koloru, a całość dopełnił czarny kapelusz. Zaraz potem wyszedłem do pracy – była szósta trzydzieści dwie. Dojście do Domu Prasy standardowo zajmowało mi około dwunastu minut spokojnym tempem i osiem, gdy towarzysz przełożony miał zły dzień.
Na klatce schodowej pomalowanej w mocny odcień żółci panował fetor betonu i wilgoci. Był to zapach, który na początku był nie do zniesienia, ale czym dłużej się go czuło, tym bardziej stawał się on przyjemny. Gdy schodziłem w dół, na pierwszym piętrze trafiłem na starszą sąsiadkę, która właśnie opuszczała swoje lokum, by udać się na poranny rzut towaru na pobliski pasaż handlowy. Nie trawiłem jej – I zapewne miała tego świadomość. Jednak, żeby zachowywać pozory, zawsze byłem dla niej uprzejmy i wymieniałem się z nią serdecznościami. Prawdę mówiąc, cieszyłem się w klatce poszanowaniem, a opinia, która o mnie krążyła pasowała wszystkim.
Przepuściłem staruszkę przez drzwi wejściowe, a następnie ruszyłem w stronę ronda. Mijając pasaż handlowy spoglądałem na odciski butów w nieznacznej pokrywie śniegu. Wszystkie twarze, które minąłem po drodze, znałem doskonale. Zapewne większość z nich szła na poranny rzut towaru na pobliski pasaż. Następnie ruszyłem Aleją Armii Czerwonej w stronę rynku. Mijając Superjednostkę, czyli najbardziej monumentalny budynek, jaki widziałem w życiu, jak zawsze przeczytałem w myślach kontrastujący na ciemnym niebie czerwony napis na jej szczycie: „Nasze serca, myśli, czyny tobie socjalistyczna ojczyzno”.
"Czyny? Chyba tak. Myśli? Raczej nie” – powtarzałem sobie w głowie każdego dnia. Parę chwil później na horyzoncie ukazał mi się dom handlowy „Skarbek”, a zaraz obok niego Śląski Dom Prasy. Dochodziła szósta czterdzieści. O tej porze na rynku głównie grasował rój tramwajów. W końcu stanąłem przed głównymi drzwiami i spojrzałem na zegarek. Wskazywał szóstą czterdzieści cztery – dokładnie dwanaście minut od momentu opuszczenia mieszkania.
Po wejściu, schodami szybko udałem się na trzecie piętro – piętro „Trybuny Robotniczej”. Było cicho i spokojnie jak każdego poranka i tak jak zawsze poszedłem do swojego niewielkiego biura z widokiem na rynek, które dzieliłem do niedawna z innym dziennikarzem, mimo że nie było przystosowane do jednoczesnej pracy dwóch osób. Posiadanie własnego biura nie było czymś powszechnym, dlatego i traktowałem to jako wyróżnienie.
Rozgościłem się i opadłem na liche krzesło. Przez chwilę patrzyłem na paproć stojącą obok godła, po czym zapaliłem lampkę i sięgnąłem po świeży numer gazety. Do dziewiątej było jeszcze trochę czasu, więc zanim zabrałem się za przygotowania do kolegium, chciałem przejrzeć dzisiejsze wydanie gazety.
Wyciągnąłem z kieszeni marynarki paczkę papierosów, wziąłem jednego, zapaliłem i rzuciłem paczkę na biurko. Następnie wygodnie się rozsiadłem, zarzucając nogi na blat ze sklejki. Na pierwszej stronie powitały mnie doniosłe postanowienia KC PZPR i górnicy z kopalni „Dębieńsko”. Dalej – nagłówek o zwycięstwie Hiszpanów nad Cyprem pięć do zera. Gdy zgasiłem papierosa, była siódma dwadzieścia. Zamknąłem dziennik i przeciągnąłem się, czując, jak pierwsze światło dnia wpada do mieszkania. Pomarańczowy blask padł na roślinę, a ja odruchowo spojrzałem przez okno. Tam: Teatr Wyspiańskiego, kamienice, ludzie zostawiający ślady w śniegu. Tramwaje podjeżdżały jeden po drugim, a na przystanku gęstniał tłum. „Dobry czas na śniadanie” – pomyślałem, gdy obok przejechała zielonkawa Wołga.
Na ostatnim, czyli ósmym piętrze znajdowała się kantyna dla wszystkich pracujących. Często tam przesiadywałem – choćby przy kawie czy choćby na rozmowach z dziennikarzami z „Dziennika Zachodniego”. Za drobną opłatą możliwe było również zjedzenie całkiem przyzwoitego posiłku.
Zebrałem się szybko i ruszyłem korytarzem do elewatora. Nie minęły może trzy minuty, a ja stałem pośrodku zatłoczonej windy na szóstym piętrze, by chwilę później podziwiać piękny wschód słońca na śniadaniu. Rozsiadłem się przy małym stoliczku w rogu wielkiej stołówki, ale tak aby móc delektować się krajobrazem okolicznych kominów i Katowic w pełnej krasie. Z biegiem czasu w stołówce pojawiało się coraz więcej ludzi, szczególnie tych, których już znałem, toteż wymienialiśmy się serdecznościami przez spojrzenia.
W końcu usiadłem do jedzenia. Prosta jajecznica – niedosolona, z kilkoma kawałkami boczku i odrobiną mąki. Do tego dwie kromki suchego chleba i kawa, oczywiście parzona. Jedząc, raz spoglądałem co jakiś czas na okoliczne zabudowania, a co jakiś raz na ludzi przechodzących pod okolicznymi kamienicami. Po prostu spokojny poranek. Brakowało takich ostatnio. Przynajmniej do czasu…
– Towarzyszu Starski! – krzyknął głos, który pasował mi do redaktora naczelnego, ale nie byłem w stanie tego stwierdzić, jako że właśnie brałem kęs jajecznicy.
Gdy tylko przełknąłem, szybko zerknąłem w górę. Tak jak myślałem – towarzysz Wiśniewski jego wielkich oczu w grubych szkłach, sukcesywnie postępujących zakoli i grubego, czarnego wąsa nie sposób było pomylić z nikim innym.
– Dzień dobry, towarzyszu redaktorze – wstałem i wyciągnąłem do niego rękę.
Po powitaniu zasiedliśmy przy małym stoliczku i rozpoczęliśmy rozmowę:
– Mam do ciebie sprawę. Na pewno się ucieszysz – rzekł z uśmiechem.
Każda wcześniejsza nasza rozmowa, która zaczynała się w ten sposób, wiązała się z czymś, co bardzo było potrzebne partii lub społeczeństwu PRL. Szczęściem, a może przekleństwem, było dla mnie to, że podlegałem bezpośrednio pod niego, a nie pod kogoś, kto miał niższą pozycję w hierarchii.
Ruchem głowy poprosiłem, aby kontynuował.
– Pamiętasz naszego przyjaciela? Towarzysza Bronisława Kalinowskiego?
– Jak najbardziej, trzeba sprawdzić, jak sobie radzi?
To był nasz cichy kod. Wiedziałem, że chodzi o znalezienie czegokolwiek, co można by wykorzystać przeciwko danej osobie. Gdy w wydawnictwie pojawiali się ludzie z partii, często zlecali towarzyszowi Wiśniewskiemu „wyprodukowanie” artykułu, który w odpowiedni sposób uderzał w wybranego delikwenta. A on zwykle przekazywał takie zadania właśnie mnie.
– Absolutnie nie! Jest z nim wszystko w porządku.
Wziąłem łyk kawy, po czym czekałem na meritum sprawy.
– Chodzi o jego córkę… Annę. Niedawno zatrudniono ją w „Trybunie Robotniczej”.
– Intrygujące.
– A jakże! Przyszedłem ci to powiedzieć, ponieważ uważam, że to ty będziesz musiał jej pokazać to i owo.
– Ja? Dlaczego ja? – odparłem nieco zdziwiony.
Redaktor westchnął głęboko.
– Jesteś jednym z lepszych w swoim fachu, towarzyszu. Więcej mówić nie będę. Zjedz śniadanie i przyjdź do mojego biura. Musisz ją poznać… Jeszcze przed kolegium! – dodał na sam koniec, po czym wstał i odszedł.
Patrzyłem na resztkę jajecznicy i zastanawiałem się, czego córka urzędnika szukała w „Trybunie”. Gdy kiedyś zbierałem informacje do pewnego artykułu o infrastrukturze Górnego Śląska, wydawało mi się, że to była ona wtedy na uniwersytecie, bo minęła mnie kilka razy.
Gdy już dokończyłem śniadanie, dochodziła siódma czterdzieści. Słońce było na tyle wysoko, że z sukcesem oślepiało moje oczy. Odniosłem talerz i ruszyłem do windy. Tym razem wysiadałem na piętrze czwartym.
Spokojnym krokiem ruszyłem w stronę biura towarzysza Wiśniewskiego, próbując uporządkować myśli. Czy może towarzyszka Anna została zatrudniona w celu sprawdzenia mnie? Anna została tu przysłana, żeby mnie sprawdzić? A może po prostu miała się uczyć? Te pytania krążyły mi po głowie aż do momentu, gdy stanąłem przed drzwiami. Wtedy wszystko ucichło. Poprawiłem marynarkę, wygładziłem włosy, po czym pewnie zapukałem i wszedłem do środka.
Moim oczom ukazała się młoda kobieta siedząca na małym krześle naprzeciwko wejścia z zarzuconą nogą na nogę. Spoglądała prosto w moją stronę. Nie widziałem jej koloru oczu, ale czułem jak jej wzrok penetruje mnie z każdej strony. Miała ciemne włosy, mniej więcej do obojczyków, luźno opadające na ramiona. Jej nos z kolei, idealnie wpasowany do rys twarzy, nie przypominał żadnego innego. Usta, lekko muśnięte szminką – pełne. Ubrana była w czerwony golf wpuszczony w czarną ołówkową spódnicę i wysokie kozaki. Była znacznie doroślejsza niż gdy widziałem ją ostatni raz.
– Towarzysz Starski! – powiedziała głośno i wstała, by podać mi rękę.
– Towarzyszko Kalinowska! Co cię…
– Cieszę się, że już się poznaliście – przerwał mi redaktor, który siedział za biurkiem. – To bardzo ważne. Usiądźcie – powiedział, po czym napił się kawy, ale nie była to typowa mulasta. Ten zapach rozpoznałbym wszędzie.
Gdy zajęliśmy już miejsca, redaktor kontynuował:
– Na razie rozmawiałem z wami tylko osobno, więc powiem jeszcze raz: będziecie współpracownikami.
Spojrzałem na Annę, a ona na mnie, miała lekki uśmiech na twarzy.
– Jak już wiesz, a może i nie, towarzysz Kalinowska przyszła do nas po studiach na Uniwersytecie Śląskim – jest dziennikarką.
„Właśnie! Była na dziennikarstwie!” – przypomniałem sobie wszystko od razu.
Zrozumiałem już, dlaczego wylądowała w „Trybunie”. Była uważana za lojalną i nie miała doświadczenia, więc była podatna na manipulacje propagandy.
– Dziś na kolegium redakcyjnym nasz nowy współpracownik – wskazał ręką na Annę. – Przedstawi pomysł na artykuł, na który zbierała informacje od ponad tygodnia.
– Intrygujące, od tygodnia nikt nie raczył mnie poinformować, że będę miał pod swoimi skrzydłami ucznia? Nim zdążyłem ją czegoś nauczyć, ona już przeprowadziła zbiory do artykułu.
– Czego będzie dotyczył? – dopytałem po chwili.
– Dowiesz się na kolegium – odpowiedział nerwowo redaktor.
Reakcja towarzysza Wiśniewskiego wzbudziła we mnie nieco niespokojne myśli, które wskazywałyby na to, że Anna faktycznie miałaby mnie wywalić ze stanowiska. Fakt, nie miałem takich pleców jak ona, ale to ja pracowałem w tym zawodzie już pięć lat, co w pewnych sytuacjach było ważniejsze niż zwykłe partyjne powiązania. Dodatkowo pochodziłem z robotniczej rodziny, co pasowało do upolitycznienia.
– Mniejsza z tym – uspokoił po chwili. – Poznajcie się przy najbliższej okazji. – Możecie już odejść, towarzyszko Kalinowska. Wy jeszcze zostańcie – spojrzał na mnie.
Czułem rosnący niepokój, którego nie potrafiłem wytłumaczyć. Po prostu coś mi mówiło, że jest coś jeszcze, tak jakby drugie dno. Nuty niepewności dodał fakt, że redaktor zmienił swoją pozycję z siedzącej na stojącą i zaczął przechadzać się po biurze.
– Partia ma na nas oko – zaczął zaraz, gdy stanął przy oknie.
– Co towarzysz ma na myśli?
– Sądzę, że towarzyszka Kalinowska nie pojawiła się tutaj incydentalnie – wypowiadał spokojnym i nieprzejętym głosem. – Myślę, że ma zwyczajny cel – sprawdzić lojalność. Moją, twoją, redakcji – wytłumaczył i spojrzał przez okno.
Chciałem coś dodać, ale nim wydałem z siebie jakikolwiek dźwięk, jego głos zaczął kontynuować.
– Powiedziałem ci to nie dlatego, żeby wzbudzić niepokój, lecz żeby pamiętać, że czasem trzeba powstrzymać myśli i nie przekuwać ich w słowa – spojrzał na mnie suchym spojrzeniem. – Zresztą i tak nie mamy niczego do ukrycia.
Nie zareagowałem, a on po prostu machnął ręką, tak jakby kończąc rozmowę.
– Możecie już odejść. Widzimy się na kolegium.
Skinąłem machinalnie głową i wyszedłem z biura, cały czas czując przenikliwy wzrok redaktora.
Zaraz potem ruszyłem z powrotem do swojego kąta, żeby spojrzeć na trochę prasy, by zająć czymś głowę. W biurze zająłem pozycję podobną do tej, co poprzednio. Miałem jeszcze dobrą godzinę. Po około kilkudziesięciu minutach nerwowo poderwałem się z fotela. Rozbiegany wzrok raz spoglądał na paproć, raz na drzwi. Minęła dobra minuta, nim zorientowałem się, że zasnąłem. Nie zdarzało mi się to zbyt często, śmiałbym powiedzieć, że w ogóle. Nim zdążyłem się namyśleć, wybiła dziewiąta – kolegium właśnie się rozpoczęło. Nerwowo wybiegłem z biura w stronę głównej sali posiedzeń. Na wejście też nie planowałem poświęcić znacznej ilości czasu. Otwarcie drzwi poprzedziło jedynie delikatne, trzykrotne puknięcie.
– Towarzyszu Starski! Cieszymy się, że zaszczycił nas towarzysz swoją osobą – odezwał się od razu, gdy mnie zauważył i spojrzał prosto w twarz, posyłając chłodne, intencjonalne spojrzenie, towarzysz Semenowicz, który siedział pod flagą Polski, na samym środku stołu.
Borys Semenowicz był głównym cenzorem „Trybuny”. Silnie powiązany z partią, typowy komunista. Jego pochodzenie nie jest mi do końca znane, nigdy nikomu nic nie napomknął. Jedynie wiedziałem, że był po części Rosjaninem, choć nie wiadomo czy nie zostało to sfabrykowane. To pod jego okiem tworzono wszystkie treści, które pasowały do narracji. Bardzo dobrze wywiązywał się z powierzonych mu zadań, przez co niewiele artykułów o charakterze wolnego słowa było w stanie wyjrzeć na światło dzienne. To on odpowiadał za to, że pewne treści były przesadzone. Wyniki kopalń, które osiągały dwieście procent normy, fabryki, które wytwarzały miliony sztuk pojazdów. Niemniej warto oddać naszej ojczyźnie to, że produkt krajowy podczas rządów pierwszego sekretarza Edwarda Gierka faktycznie rósł, choć nie tak jak było to przedstawione. Do tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku. Potem zaczęły się problemy – w tym reglamentacja cukru i braki w zaopatrzeniu.
Jedyne, co mogłem zrobić, to pokornie skinąć głową i zająć miejsce obok redaktora naczelnego. Tak też zrobiłem. Szybko zauważyłem, że krzesło obok zajmowała Anna. Wymieniliśmy krótkie spojrzenia, po czym skierowałem wzrok na gruby, dębowy stół pełen akt, przy którym zebrało się kolegium. Towarzyszka miała przed sobą kilkanaście kartek zapisanych drobnym pismem – imponujące i trochę zawstydzające. W tej samej chwili dotarło do mnie, że w pośpiechu zostawiłem swoje notatki w biurze. Pewnie teraz śmiały się mi prosto w twarz, ale no cóż, przynajmniej się nie zużyły.
Niespokojnie spoglądałem na cenzora, który coraz bardziej i bardziej poddenerwowany, zarzucał dziennikarzom oraz redaktorom poszczególnych działów fakt, że ich artykuły są niepoprawne merytorycznie i wykazują się rażąco niepoprawnymi danymi, które pewnie i tak były już zawyżone. Przerażała mnie również jego precyzja z jaką miał poukładane różne akta przed sobą. Jego niemalże wojskowe podejście do każdego z nas uchodziło za bardzo lekceważące. Wiszący w rogu sali portret sekretarza Gierka wyłamywał się z tła boazerii tak wyraźnie, że był widoczny z każdego miejsca. Za każdym razem czuło się jego zimne, protekcjonalne spojrzenie, potęgujące niepewność. W tym czasie starałem się już porządkować sobie w głowie wszystko, co pamiętałem ze swojego artykułu o poezji, o której rozmawiałem z redaktorem Wiśniewskim kilka dobrych dni temu. Wtedy donośny głos towarzysza Semenowicza przeszył moje uszy i szybko skupiłem całą swoją uwagę na nim.
– Towarzyszu Starski! Zechce nam Pan opowiedzieć o swoim artykule? Może chociaż Towarzysz mnie nie zawiedzie…
Skinąłem głową w zgodzie po czym wstałem i zacząłem opowiadać:
– W swoim artykule chciałbym zawrzeć merytorycznie jak najwięcej o poezji. Chciałbym pokazać, dlaczego zmiany, które zaszły w ostatnich czasach w literaturze, głównie przyrównując do siebie różne pokolenia pisarzy, powodują, że poeci mówią do nas w języku zrozumiałym jedynie dla nich. Chciałbym również odnieść się do Tadeusza Różewicza, który chciał…
– Do rzeczy – ponaglił mnie.
– Chciałbym pokazać, że poezja zmierza do bardzo niebezpiecznej przystani, jaką jest ilość. Poezja traci na znaczeniu i jakości, ponieważ traci ona swoją wyjątkowość.
– Tyle?
Zerknąłem na Annę i na towarzysza Wiśniewskiego.
– W generalnym skrócie – tak.
– Czy będzie się to odnosić do użycia wierszy i generalnie poezji, w naszym ludowym społeczeństwie, by pokazać piękno narodu?
– Oczywiście, tak jak już wspomniałem, wiersze należy odnieść do rzeczywistości i co więcej użyć słów zrozumiałych dla wszystkich.
Byłem świadom, że było to dość krótkie przemówienie. Miałem tym razem trochę szczęścia w doborze tematu, jednak dojście do tak prozaicznych wniosków zajęło mi kilka dobrych dni i wiele analiz wierszy. Zacząwszy w romantyzmie od Słowackiego, a skończywszy na Różewiczu oraz kilku innych, mniejszych tomikach.
– Dobrze – zanotował w swoim dzienniku. – Nie mam, póki co zastrzeżeń. Możecie usiąść. Towarzyszu Kalinowska? Czym nas pani zaszczyci?
Anna prędko zerwała się ze stołka, otworzyła swój notes i zaczęła:
– Czy towarzysze zdają sobie sprawę z tego, że województwo katowickie jest najbardziej zindustrializowanym regionem w całej Polsce ludowej? Nasze województwo możemy przyrównać do stożka, którego szczytem jest właśnie nasza koncentracja katowicka. Żyje w niej około dwie trzecie populacji województwa. Nie jest zaskoczeniem, że fascynuje to urbanistów z całej Polski, a nawet ze świata…
Szokowało mnie z jaką gracją, a także opanowaniem opowiadała o swoim artykule. Dokładnie tak, jakby robiła to już setki razy. Cenzor zdał się już na samym początku być wpatrzony tylko w Annę. Zastanawiałem się tylko czy zainteresował go artykuł czy jej piersi.
Towarzyszka w tym czasie przewertowała na kolejne strony.
– Nasze województwo możemy najlepiej podzielić ze względu na budownictwo ujęte w ramy koncentracji. Silnie nam to pokazuje, że notujemy trend rozwojowy. Szybki rozwój Żor, Rybnika, Jastrzębia czy też Tych to tylko niewielki czubek tego, gdzie i w jakim kierunku zmierza nasze województwo katowickie. Rozmawiałam również z architektem, który opowiedział mi szczegółowo o planie urbanistycznym GOP.
– Dobrze, towarzyszu, plan artykułu jest jak najbardziej zasadny i poprawny. Chciałbym jeszcze tylko wiedzieć jaka będzie z niego płynąć puenta – zaznaczył cenzor.
Anna skinęła głową i szybko przewertowała na ostatnią stronę i szybko zaczęła mówić:
– Istotą, dzięki której zawdzięczamy obecny rozwój naszego województwa jest to, że w latach siedemdziesiątych postawiono na harmoniczność, która nadała długo wyczekiwany pęd. W skrócie oznacza to, że wraz z rozwojem przemysłu idzie rozwój infrastruktury oraz sektora mieszkaniowego.
Semenowicz znów zanotował coś w swoim dzienniku. Widziałem po jego wyrazie twarzy, że był zadowolony z tego, co przedstawiła mu Anna. Nie dało się ukryć, zrobiła to perfekcyjnie.
– Możecie usiąść – dodał po chwili. – To by było na tyle z dzisiejszego kolegium. Możecie zacząć pisać artykuły, koniecznie z zasugerowanymi przeze mnie poprawkami.
Towarzystwo szybko zebrało się i wyszło. Ja i redaktor Wiśniewski wyszliśmy na końcu. Szliśmy równo z Anną, jednak szybko ruszyła do swojego małego biurka w środku pomieszczenia, prawdopodobnie, żeby wziąć się za pisanie.
Nasza dwójka została na chwilę w korytarzu.
– Jest niczego sobie – powiedział redaktor. – Trafił ci się diament i to taki z górnej półki.
– W rzeczy samej, zaimponowała mi.
– Słuchajcie, jutro chcę mieć relację z obchodów w hucie Baildon, to bardzo ważne dla naszego rejonu. Spodziewajcie się obecności towarzysza sekretarza Grudnia.
Z radością przyjąłem polecenia od redaktora. Bardzo dobrze czułem się podczas pracy w terenie. Zawsze byłem pierwszy, gdy trzeba było jechać na spotkanie do zakładu pracy i spisać relację z tegoż wydarzenia.
– Pamiętaj, że teraz nie działasz sam – dodał po chwili, po czym odszedł.
Było chwilę przed dziesiątą rano. Szybkim krokiem obrałem kurs do swojego biura. Chciałem jak najszybciej wziąć się za artykuł, żeby potem mieć trochę czasu dla siebie. Pracowałem dużo, lekki i całkiem krótki tekst był dla mnie okazją na to, by mieć wolny piątek, co było dla mnie czymś, co nie zdarzało się zbyt często.
Zanim mogłem napisać choć jedno sensowne zdanie, musiała pojawić się kawa. Tak samo jak wcześniej, wymieniałem, czasem ciepłe, czasem chłodne spojrzenia z paprotką, która nieraz mi pomagała odnaleźć wątek i która zdawała się wnosić więcej życia niż świat za oknem. Minęło może półtora godziny, odkąd zacząłem pisać, a ja już wiedziałem, że mój artykuł był gotowy. Pozostało jedynie przedłożyć maszynopis redaktorowi, który, jeśli będzie wszystko poprawnie, przekaże to cenzorowi. Jako że były to osoby najbardziej zaufane partii, były na samym końcu łańcucha.
Gdy i on uznał, że wszystko było poprawne, taki artykuł zostanie skierowany do gazety. Skąd wiedziałem, że wszystko zostało spełnione? Nie otrzymywałem wtedy informacji zwrotnej od towarzysza Wiśniewskiego. Nie czekając na zbawienie, wziąłem się za następne rzeczy. Do około trzynastej nie opuszczałem swojego miejsca pracy, powiedziałbym nawet, że byłem wtedy w szczycie skupienia i nawet o tym nie myślałem. Analizowałem teksty, zagraniczną prasę, wieści ze świata, sport i zastanawiałem się, co mógłbym opisać w następnym, jakimś przyszłym artykule. Nie ukrywałem przed sobą, że wystąpienie Anny wywołało we mnie niepokój. Pokazała się z najlepszej strony przed towarzyszem Semenowiczem i całym kolegium, a ja poczułem, jakby ktoś położył mi na barkach dodatkowy ciężar. W odpowiedzi musiałem spłodzić artykuł, który zrobi wrażenie – nie tylko merytorycznie, ale przede wszystkim propagandowo. Owszem wiedziałem o wystąpieniu w hucie „Baildon” od kilku dni, lecz miałem wrażenie, że to za mało, by nie stracić w oczach partyjnych działaczy. A kto wie, co mogłoby się potem wydarzyć.
Z jednej strony chciałem wesprzeć tę młodą dziewczynę, z drugiej – była ode mnie młodsza raptem o cztery lata, a wyglądała jeszcze młodziej. Właśnie to mnie niepokoiło. Bałem się, że przekona wszystkich nie umiejętnościami, a powabnością.
Po jakimś czasie przestałem roztrząsać to wszystko i po prostu wyszedłem na trzecią lub czwartą już kawę tego dnia. Tym razem do bardzo popularnej i cieszącej się sławą w kręgach partyjnych i esbeckich Café Sport, mieszczącej się w budynku Prasy śląskiej na pierwszym piętrze.
Czas między trzynastą a czternastą uchodził za szczyt. W tej sytuacji dobre było słuchanie rozmów członków partii i zbieranie informacji albo żeby po prostu czegoś się dowiedzieć. Po wejściu do środka było tak jak sądziłem – dużo ludzi, mało miejsca. Na szczęście udało mi się zlokalizować mały stolik przy oknie z widokiem na rynek. Na początku nic nie zamawiałem, a jedynie w spokoju słuchałem gwaru i starałem się wyłapać jakąś rozmowę. Nic jednak nie wskazywało na to, że będzie to owocne popołudnie. Szybko pozyskałem kawę, która uchodziła w tej kawiarni za jedną z lepszych, dlatego że była sprowadzana od naszych towarzyszy z Wietnamu.
Rozmyślając w spokoju i lustrując ludzi starających się jednocześnie nie stać się ofiarą tramwaju, zanim zdążyłem pomyśleć, usłyszałem pewien głos, który dziś już słyszałem. Nerwowo obróciłem głowę w stronę jednego ze stolików i zobaczyłem Annę rozmawiającą z jakimś funkcjonariuszem. Miejsce to miało w sobie dziwne przeświadczenie ciągłej obserwacji. Miałem wrażenie, że towarzyszka patrzyła na mnie od dłuższego czasu, choć wcześniej jej tam nie widziałem. Rotacja ludzi w kawiarni potęgowała dezorientację. Chwilami czułem się, jakbym był na celowniku co najmniej dwóch osób. Nie dziwiło mnie to; jako dziennikarz na dość wysokim miejscu w hierarchii byłem znany pewnym ludziom.
Niespodziewanie straciłem ją z oczu i byłem pewien, że po prostu wyszła. Jednak po chwili usłyszałem głos dochodzący z góry:
– Towarzysz Starski! Nie spodziewałam się tu ciebie! Czy towarzysz będzie mieć coś przeciwko, gdy się dosiądę?
Obróciłem się gwałtownie i ujrzałem Annę. Coś podpowiadało mi, że jedyną odpowiedzią jest zgoda.
Szybko skinąłem głową, a towarzyszka usiadła naprzeciwko mnie. Siedzieliśmy w ciszy przez moment, co ciekawe, oboje byliśmy zajęci wypatrywaniem różnych osób. Nagle, spoglądając na mężczyznę, który patrzył też na mnie powiedziałem:
– Jutro musimy pojawić się w hucie Baildon.
– Dlaczego „my”? – zapytała od razu, odrywając wzrok i kierując go na mnie.
Zrozumiałem, że może nie powinienem był tego mówić. Ale lepiej, żeby usłyszała to ode mnie, a nie od towarzysza Wiśniewskiego. Musiałem pamiętać, że osoba związana z partią będzie teraz pracować u mojego boku.
– Nie rozumiem – dodałem po chwili.
– Dlaczego mamy być tam we dwóch? Jeśli bylibyśmy osobno w dwóch różnych miejscach moglibyśmy więcej.
Nie mogłem się z nią nie zgodzić. Dwóch dziennikarzy w jednym miejscu zmniejszało moce przerobowe aparatu propagandy, chyba że było to coś naprawdę poważnego.
– Rzeczywiście moglibyśmy więcej, jednak sytuacja, która będzie miała jutro tam miejsce jest na tyle poważnym wydarzeniem, że redaktor stwierdził, iż najlepiej będzie wysłać tam dwójkę dziennikarzy.
– Niech będzie. Czego od nas oczekują? – powiedziała, ale już z zupełnie innym tonem głosu.
– Sprawozdania – powiedziałem prosto. – Jutro ma odbyć się tam patriotyczna manifestacja na cześć sześćdziesięciolecia utworzenia komunistycznej partii polski. To dobra okazja, by pochwalić przodowników pracy.
Wydarzenia tego typu bardzo były pożądane przez aparat propagandowym państwa ludowego, jednakże miało to w sobie również coś, co mógłbym nazwać budowaniem jedności.
– Tak, czytałam już o tym wcześniej. Zastanawiałam się, czy będę do tego oddelegowana.
– Jak widzisz, jesteśmy w tym we dwoje.
Wziąłem ostatni, duży łyk kawy.
– No nic, miło się rozmawiało, ale muszę powoli wracać do biura, jeszcze mam trochę pracy.
Anna uśmiechnęła się jedynie trochę i przez chwilę spoglądała na mnie, po czym położyła na stolik kawałek zawiniętej karteczki.
– Otwórz, jak będziesz już u siebie.
Obawiałem się takiej sytuacji, szczególnie w takim miejscu.
– Co to takiego?
– Bez obaw, nie jest to nic poufnego – zapewniła mnie widząc mój niepewny wyraz twarzy.
Znów wydało mi się to być jedyną opcją. Postąpiłem więc tak, jak zostało to mi polecone. Szybkim ruchem zabrałem ją ze stołu i wsadziłem do kieszeni spodni, po czym wstałem i spokojnie odszedłem.
W drodze do biura rozmyślałem o tym, co właśnie się wydarzyło. Czy aby na pewno dobrze postąpiłem, biorąc ten kawałek papieru? Z drugiej strony bardzo by się narażała, robiąc coś takiego bez wcześniejszego rozeznania terenu. Może właśnie o to chodziło? Wróciłem do biura i nerwowo usiadłem za biurkiem. Nie mogłem skupić się na niczym innym. Cały czas myślałem, że zaraz ktoś wejdzie przez drzwi i oskarży mnie o próbę jakiegoś spisku.
Karteczkę wyrzuciłem wprost pod lampę. Była już na wpół otwarta, jakby tylko czekała na finał, którym było spojrzenie do środka. Czułem, że nie jest to dobry pomysł. Byłem pewien, że jest tam więcej niż chciałbym zobaczyć. Spoglądałem na nią kilka minut, słuchając sekundnika zegara, który wskazywał okolice czternastej dziesięć. W końcu odważyłem się po nią sięgnąć i gdy już prawie miałem na niej rękę, rozległo się nerwowe pukanie do drzwi. Nim zdążyłem coś powiedzieć, do środka wszedł Wiśniewski. Nerwowym ruchem zrzuciłem kartkę na podłogę, przygniotłem butem i machinalnie wstałem z krzesła. Całe szczęście się nie zorientował.
– Towarzyszu Starski! Liczę na proste odpowiedzi – powiedział nerwowo i nieprzewidywalnie.
Zalał mnie zimny pot, a nogi się ugięły. Bałem się, że zaraz wszystko wyjdzie na jaw i będzie po ptakach.
– Czy towarzyszka Kalinowska poinformowała cię o tym, że będziecie dzielić to biuro?
Zamurowało mnie, chyba jeszcze bardziej niż gdybym miał tłumaczyć się z próby spisku.
– Nie rozumiem. Nic mi nie powiedziano.
– Zatem mówię ci to teraz. Od poniedziałku będziesz miał towarzyszkę w biurze.
Poczułem ulgę – choć zaraz wróciła myśl, ile jeszcze może dziś nadejść. Nie chciałem snuć niczym niepodpartych wniosków, ale miałem wrażenie, że stało za tym coś głębszego, ale nie wiedziałem jeszcze co.
– Mam nadzieję, że będziecie dobrymi współpracownikami. Liczę na to. – Spojrzał na mnie dziwnym spojrzeniem, którego od dawna u niego nie widziałem. Tak jakby chciał mi coś powiedzieć.
Jego wyraz twarzy jednak nie wskazywał złości, a wręcz może i współczucie. Nie rozumiałem tego. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, redaktor uchylał już drzwi i był bliski wyjścia. Nagle głośno zapytałem:
– Dlaczego?
Towarzysz Wiśniewski obrócił głowę i odpowiedział tekstem bardzo prostym, aczkolwiek nie tłumaczącym nic:
– Bo tak. Takie są decyzje góry.
Po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Nie myślałem długo nad jego słowami. Szybkim ruchem podniosłem karteczkę z ziemi. Wydawała się niewiarygodnie ciężka, a jej zawartość budziła tyle samo ciekawości, co niepewności. Nerwowo rozłożyłem kawałek papieru i spodziewałem się najgorszego: nikczemnych deklaracji, podstępu czy choćby obelg, tymczasem treść wydała się zdumiewająco błaha i nie tworząca sensu.
Widzimy się od poniedziałku w jednym biurze.
Tak brzmiała treść. Poczułem na początku ulgę, a moje serce spowolniło. Wiedziałem już na pewno, że moje wszystkie ustalenia były błędne. W tej chwili jednak połączyłem kropki – poczułem niepokój. „Dlaczego redaktor wiedział? Dlaczego przekazała mi to w taki sposób, a nie inny? Chcieli mnie sprawdzić?” – mówiłem do siebie cicho, spoglądając na kawałek papieru, który nie tłumaczył nic. Kilkukrotnie zadawałem sobie te pytania, a moją melancholię przerywał czasem dochodzący z zewnątrz klakson tramwajów.
Szybko jednak musiałem się pozbierać i wrócić do pracy. Czekało mnie zebranie informacji do artykułu, który miał ukazać się już we wtorek i dotyczył nowatorskiego systemu sterowania produkcją. Prezentacja osiągnięć była przecież prostym sposobem na zatuszowanie braków i wszechobecnych problemów zwyczajnych ludzi i ewentualne odwrócenie ich uwagi od zagadnień, które faktycznie ich dotykały. Niestety musiałem to zaakceptować. W tej chwili cieszyło mnie, że miałem co robić i nie musiałem się tym dalej zadręczać. Uznałem, że wrócę do tego wieczorem. Biuro o tej porze już zaczynało pustoszeć. Sobotnie i niedzielnie wydanie dziennika było już prawie gotowe do druku. Czekano jedynie na ewentualne najświeższe wydarzenia. Maszyny do pisania powoli cichły jedna za drugą i tylko czasem słyszalna była jakaś rozmowa. Na dworze zaczynał zapadać zmrok. Krwisto pomarańczowe niebo ogarniało bladą boazerię mojego biura, a światło jarzeniówki tylko dodawało zimnego klimatu.
Gdy zegar wreszcie wybił godzinę szesnastą, zebrałem wszystkie ważne akta i zapiski z dziś do domu. Idąc tą samą drogą wydawało mi się, że pojawiło się więcej śniegu, niż rano, mimo że padał deszcz. Tak jak rano cały czas obserwowałem Superjednostkę, a ciemność ogarnęła już wszystkie ulice Katowic, i gdyby nie światła latarni sodowych, to prawdopodobnie nie potrafiłbym odróżnić, czy idę po drodze, torach, czy chodniku.
W mieszkaniu nie miałem wielu planów. Chciałem spokojnie spędzić wieczór, nie myśląc o niczym. Siedziałem jedynie przy małej lampce stojącej na zawalonym papierami biurku, za którym był ciepły grzejnik ocieplający moje stopy. Ciepłe światełko, odbijając się od drewnianych ścian, dawało wystarczające poczucie jasności w całym lokalu. Jego położenie było o tyle dobre, że mogłem przez okno prowadzić żmudne obserwacje ludzi cierpliwie stojących w kolejkach przy domu handlowym „Elegancja”, którzy tylko co jakiś czas dawali oznaki życia przechodząc z nogi na nogę albo zamieniając kilka słów z kimś z kolumny.
Zbliżający się okres świąt powodował, że tego typu obrazki stawały się coraz popularniejsze. Był to czas, w którym dostępne stały się towary, o których można było przez resztę roku usłyszeć jedynie z telewizji bądź radia.
W ten sposób dotrwałem do dziewiętnastej. Byłem bardzo zadowolony, bo udało się mi się wszystko skończyć w czasie. Pozostała jedynie kolacja i „Dziennik Telewizyjny”, choć poprawniejsza stała nazwa „Wieczór z Dziennikiem”. Włączyłem Jowisza, który stał wkomponowany w meblościankę i usiadłem na kanapie słuchając rozpoczynającej się wejściówki.
Nie przywiązywałem dużej wagi do słów wypowiadanych przez reporterów. Sam już słyszałem większość z tych informacji rano. Jednak była to prawdopodobnie jedna z ciekawszych aktywności, których można było doświadczyć wieczorami. Doskonale wiedziałem, że równie dobrze mógłbym pokręcić się trochę po okolicznych barach, ale ryzyko spotkania nieodpowiednich ludzi drastycznie rosło, a takie coś mnie przerażało. Zdarzało się jednak, że taka możliwość była brana pod uwagę, jeśli chciałem od kogoś wyciągnąć trochę wiadomości. Najpierw się upijał, a potem ładnie śpiewał.
Gdy „Dziennik” się skończył, zacząłem moją ulubioną część dnia, czyli późny wieczór. Gdy większość Śląska już się kładła do spania, ja uruchamiałem myślenie. Szybkim ruchem wyciągnąłem z szafki schowany na takie okazje koniak. Nie zastanawiałem się długo, kolor bursztynu szybko znalazł się w szklance. Chwilę później zdjąłem z półki zakopaną za innymi drobnostkami moją perełkę.
Patrzyłem może ze dwadzieścia sekund na czarną okładkę z pryzmującym światłem. Już samo spoglądanie powodowało u mnie machinalne nucenie Speak to Me. Był to prezent od redaktora Wiśniewskiego za zasługi dla „Trybuny”. Jeden z najcenniejszych jakie dostałem. Płyta ta stała się dla mnie czymś więcej niż podarunkiem, stała się dla mnie wyrazem uznania, o które niełatwo było w mojej pozycji.
Nie czekałem długo, wyciągnąłem winyl i przygotowałem gramofon. Spokojnym ruchem położyłem płytę na tarczę i wtedy rozpoczął się seans… Melodia nadała koloru ścianom i wypełniła całe pomieszczenie. Już wiedziałem, że w tej chwili świat przestał dla mnie istnieć. Mogłem zapomnieć o wszystkim. Tylko ja, koniak i papieros. Niewielka poświata lampki na biurku tylko dodawała atmosfery wyciszenia.
Gdy tylko usłyszałem pierwsze dźwięki Us and Them od razu wziąłem głęboki łyk i spojrzałem przez okno. W tej chwili padał gęsto deszcz. Z wyrazami współczucia spoglądałem na niewielką ilość przechodniów, którzy biegli między kroplami wody niczym w walce o przetrwanie. Do mojej głowy w tej chwili przychodziły różne myśli. „My i oni…” – mówiłem do siebie jak zdarta płyta. Widziałem tych zwykłych ludzi, stojących w długich kolejkach, żeby zdobyć artykuły tak łatwo dostępne dla mnie i ludzi z partii.
Z jednej strony potężna hala widowiskowo-sportowa, która sławiła się na całą Europę i silnie rozwinięty przemysł, a z drugiej rażące braki w zaopatrzeniu i pomijanie zwykłych obywateli. „My i oni” – mówiłem nadal.