Strach nad miastem - ebook
Wiedza jest groźna. Umiejętności byłego komandosa, orientacja w procedurach, jaką mają zwolniony ze służby policjant czy zamieszana w podejrzane działania funkcjonariuszka służby więziennej – to już broń. Broń, której można użyć do działań przestępczych albo do ucieczki przed sprawiedliwością. A co dopiero, gdy zdesperowani posiadacze niebezpiecznej wiedzy decydują się działać razem?
Wtedy nad miastem zaczyna unosić się strach. W okolicach Wrocławia robi się niespokojnie. Na torach kolejowych znaleziony zostaje trup byłego żołnierza. Osoby zamieszane w podejrzane interesy są napadane we własnych domach i okradane z pieniędzy oraz broni. Przestępcy dzwonią na policję i grożą podłożeniem w mieście ładunków wybuchowych.
Jaki jest związek między tymi zdarzeniami? Czy młoda policjantka, Kalina Gellert, odnajdzie się w zespole mającym rozwikłać tę zagadkę? Czy służbom uda się spacyfikować gang, czy też ich klęska zostanie wykorzystana jako paliwo polityczne?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368264579 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Piątek, 13 czerwca
Żył jeszcze, gdy wrzucono go na pakę furgonetki. Przebłyski świadomości mieszały się z bólem głowy, szyi, serca i wszystkich miejsc, na które spadły ciosy i kopnięcia. Próbował coś powiedzieć, ale nie miał sił. Słyszał tylko słowa. Słowa składające się w nerwowe, urywane zdania. I gdzieś daleko syrenę lokomotywy.
_Ja pierdolę. Musiał się stawiać?_
_Co zrobimy?_
_Mam plan. Wywalić kapusia pod pociąg._
_Czemu z nim w ogóle gadaliście? Żandarm to żandarm._
Nie żył już, gdy samochód zjechał z szosy i powoli przemierzał noc, podskakując na wybojach polnej drogi, biegnącej wzdłuż linii kolejowej. Zatrzymał się na chwilę, a trzej mężczyźni, po upewnieniu się, że pociąg ich minął, wyciągnęli zwłoki i rzucili je na tor.
* * *
Dwa kilometry dalej rozgrywał się inny dramat. Na przystanku Zębice Wrocławskie zespół trakcyjny EN57 obsługujący wieczorny kurs do Opola i Kędzierzyna-Koźla wydał ostatnie tchnienie i mimo wysiłków maszynisty tkwił na peronie dwadzieścia minut po czasie planowego odjazdu. Kolejarz poddał się, zamknął drzwi szafy elektrycznej i zgłosił dyżurnemu ruchu brak możliwości samodzielnego usunięcia awarii.
To oznaczało, że pasażerów powinien zabrać inny pociąg lub autobus komunikacji zastępczej, ale to stanowiło problem przewoźnika. Dla zarządzających ruchem większym kłopotem było zablokowanie jednego toru. Wieczorny ekspres do Warszawy wyruszył już z Wrocławia i zbliżał się do semafora wjazdowego stacji Święta Katarzyna. Z drugiej strony do Wrocławia w dwudziestominutowych odstępach jechały dwa pośpieszne. Jeden właśnie zbliżał się do Brzegu, drugi stał jeszcze w Opolu. Na swoje miejsce na szlaku w nocnych, mniej obciążonych ruchem pasażerskim godzinach, czekały też składy towarowe.
Wymiana zdań pomiędzy dyspozytorami i dyżurnymi przyniosła szybkie decyzje. Pomiędzy Świętą Katarzyną a Oławą wprowadzono ruch po jednym torze, a jako pierwszy miał przejechać ekspres, który zatrzyma się nieplanowo na przystanku i zabierze pasażerów pechowego osobowego do Brzegu, gdzie miał czekać na nich skład zastępczy. Jeden pośpieszny miał zaczekać w Oławie, drugi w Brzegu. Dwa towarowe stojące w Brochowie przekierowano na objazdową trasę przez Jelcz.
Maszynista w kabinie lokomotywy EU160 powoli ruszył z przystanku osobowego. Skład, mimo że obciążony setką ponadplanowych pasażerów, rozpędzał się jak zwykle żwawo. Przesiadka poszła sprawnie, więc opóźnienie wynosiło tylko dziesięć minut. Można było to nadrobić w drodze do Warszawy.
– A to co, do cholery? – zapytał sam siebie, widząc leżący na sąsiednim torze kształt, oświetlony światłem reflektorów. Przypominał człowieka.
Kolejarz przestawił nastawnik jazdy w pozycję zerową, przerywając rozruch, i uruchomił hamulec. Pociąg, rozpędzony już do prawie osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, zaczął z piskiem hamować. Maszynista powiadomił kierownika pociągu o przyczynie zatrzymania. Ten zaklął. Wysiadł z pociągu, przeszedł torem do miejsca, gdzie według maszynisty leżała przeszkoda i zaklął ponownie, rozpoznając ciało człowieka. Przekazał wiadomość koledze, a ten przesłał komunikat dalej, na najbliższą stację. Stamtąd wiadomość powędrowała dalej i wyżej.
Dyżurni i dyspozytorzy także zaklęli. Ruszyły jednocześnie dwie procedury. Jedna, obejmująca powiadomienie służb, była prosta. Wystarczył telefon do Centrum Powiadamiania Ratunkowego oraz Straży Ochrony Kolei. Gorzej wyglądało zarządzanie ruchem w sytuacji, gdy oba tory magistrali zostały zablokowane. Na tym się skoncentrowali. Każde opóźnienie, zwłaszcza pośpiesznego, który prowadził grupę wagonów, jaka miała zostać przełączona do pociągu do Gdyni, potęgowało problemy. Szczegóły związane z ciałem na torze były dla nich mało istotne.
* * *
Szary Opel Astra z migającą na dachu lampą przyczepioną na magnes powoli poruszał się gruntową drogą prowadzącą obok torowiska, a siedząca za kierownicą młodsza aspirant Kalina Gellert klęła pod nosem. Trudno jej było trafić na miejsce zdarzenia: informacje skierowały ją najpierw na przystanek kolejowy, skąd dopiero kolejarz stojący przy zepsutym osobowym wskazał jej właściwą drogę. Do tego wolała nie narazić się na kpiny naczelnika i kolegów, gdyby samochód ugrzązł podczas dojazdu na miejsce zdarzenia. Pierwszy raz miała sama się zająć wypadkiem ze skutkiem śmiertelnym. W dodatku takim. Na miejscu był już patrol policji i załoga karetki, ale to ona, jako funkcjonariuszka wydziału kryminalnego, do czasu przyjazdu kogoś ważniejszego musiała podejmować decyzje. Zatrzymała samochód za oznakowaną Skodą, wzięła głęboki wdech i wysiadła.
Czekający obrzucili ją wzrokiem. Opóźniła nieuniknione o minutę, potrzebną by wyjąć z wozu jasną odblaskową kamizelkę i plecak, a odznakę policyjną powiesić sobie na szyi tak, aby była wyraźnie widoczna. Pierwsze wrażenie mogła zrobić tylko raz. Gdybym była facetem, byłoby łatwiej – przeszło jej przez myśl. Facetów nie ocenia się za wygląd i strój, nawet jeśli wygląd oznacza po prostu bycie wysoką brunetką, a strój – ciemne dżinsy i obszerną bluzę.
– Aspirant Kalina Gellert, komenda miejska – powiedziała powoli i stanowczo do stojących przy torach mundurowych policjantów, załogi karetki i kolejarzy. – Co mamy?
– Leży na torach ciało, tak jak było zgłaszane – odpowiedział starszy sierżant dowodzący patrolem, który pierwszy znalazł się na miejscu zdarzenia. – Nie wygląda na żula, ubranie w miarę czyste. Oklep dostał, po twarzy widać.
– Nie rozjechany? – zdziwiła się policjantka. Zgłoszenie, jakie przekazano najpierw od kolejarzy do Centrum Powiadamiania Ratunkowego, a stamtąd do dyżurnego komendy miejskiej i wreszcie do niej, mówiło o człowieku na torze tuż za Zębicami. Przy tak ogólnikowej treści założyła, że ktoś przypadkiem albo celowo znalazł się pod kołami. Przeskoczyła ponad wąskim rowem odwadniającym. Podeszła bliżej ciała. Oświetliła je latarką.
Sierżant miał rację. Mężczyzna wyglądający na około czterdzieści pięć lat miał na sobie ciemne spodnie i niebieską, zakrwawioną bluzę. Na ramieniu na rzepie przyczepiona była naszywka z Punisherem. Na twarzy policjantka dostrzegła mnóstwo krwawych sińców. Na szyi widać było także czerwony ślad, najwyraźniej po duszeniu. Czuć było woń alkoholu.
– Jakby ktoś kablem go załatwił – powiedziała. – No to jest ciekawie. Wiadomo, kto to? Jakieś dokumenty?
– Nie sprawdzałem – powiedział sierżant. – Na razie jest problem, bo to chyba nie nasz trup. Tu jest już powiat oławski. Sprawdziłem na mapie, granica biegnie tam, za przejazdem. Myśmy jechali naokoło, mieliśmy interwencję w Świętej Katarzynie i nadjechaliśmy od Ziębic. Jakbyśmy jechali od Siechnic, to byśmy zauważyli, bo na głównej drodze są tablice z nazwą powiatu – dodał, usprawiedliwiając się. – Nie wiem, czemu myśmy dostali zgłoszenie, a nie Oława. Zgłosiłem dyżurnemu.
_Cudownie się zaczyna_ – pomyślała aspirant. Sama jechała tą samą trasą i też nie zauważyła przekroczenia granicy powiatu. Formalnie, jeśli teren należał do sąsiedniej komendy, oznaczało to, że to oławska policja powinna wykonywać wszelkie czynności. Ale z jakiegoś powodu powiadomienie przyszło do Wrocławia, więc Oławianie mogli upierać się, że skoro pierwsi przybyli na miejsce, to powinni wykonać czynności na miejscu zdarzenia, a później przekazać materiały. Co oznaczało, że prawdopodobnie Oława przyjdzie na gotowe, po odwaleniu przez nich najgorszej roboty.
– To przekażcie dyżurnemu, że jesteśmy nie na swoim terenie – zdecydowała. – Ale przynajmniej tożsamość trzeba by sprawdzić.
Zrzuciła plecak z ramion, wyjęła nitrylowe rękawice. Na wszelki wypadek założyła dodatkową parę. Pochyliła się nad zwłokami, najpierw ostrożnie obmacując z zewnątrz zawartość kieszeni. Palcami nie wyczuła ani telefonu ani portfela. Zaczęła sprawdzać dokładnie, już od wewnątrz. W końcu w małej kieszeni na ramieniu, pod naszywką, znalazła płaski kawałek plastiku. Legitymację weterana.
Trup miał już tożsamość. Maciej Bagiński. Urodzony jedenastego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku.
Sięgnęła znów do plecaka, po terminal podobny do używanego przez kurierów. Wpisała dane. Jako powód sprawdzenia podała: _identyfikacja zwłok_.
System pokazał kolejne informacje. Najważniejsze było zdjęcie i numer PESEL. Spojrzała na twarz zabitego, porównując ją z widoczną na małym ekranie fotografią. Mimo obrażeń podobieństwo było wyraźne. Uznała, że na razie to wystarczy i może powiadomić dyżurnego. Odpięła radiostację noszoną przy pasie.
– Zero-zero, tu 457-11 – powtórzyła wywołanie dwukrotnie. Radiostacja odpowiedziała niewyraźnymi trzaskami. Najwyraźniej zasięg był już niewystarczający. Zrezygnowana wyciągnęła telefon i wyszukała kontakt.
– Zgłasza się Gellert – powiedziała, gdy już uzyskała połączenie. – Mamy tu faktycznie zwłoki na torach. Wyglądają na ofiarę zabójstwa lub pobicia ze skutkiem śmiertelnym. Nie jest to wypadek kolejowy, nie było rozjechania przez pociąg – dodała. – Ofiara zidentyfikowana jako Maciej Bagiński, PESEL 80031192758 – podała. – To zdaje się były wojskowy, bo miał przy sobie legitymację weterana i emeryta wojskowego. Co mamy robić? Podobno to już teren nie naszej komendy.
Po drugiej stronie na chwilę zapadła cisza. Słychać było tylko klikanie klawiszy – zapewne dyżurny wpisywał dane do wyszukiwarki systemu.
– Posłuchaj mnie bardzo uważnie – odpowiedział oficer dyżurny. – Zostań na miejscu. Zabezpiecz ślady, dowody. Czekaj na dalsze polecenia, technik od nas jedzie, będzie za pół godziny, lekarz ostatniego kontaktu także.
– Rozumiem, wykonam – zakończyła połączenie.
_Zabezpiecz ślady i dowody._ Łatwo powiedzieć. Wyszukała wzrokiem kolejarza, stojącego przy wagonie i tłumaczącego pasażerowi, że pociąg na razie nie pojedzie i nie wiadomo kiedy ruszy.
– Ile osób podchodziło do ciała? – spytała.
– Tylko ja – odpowiedział kierownik pociągu. – Mechanik, znaczy maszynista, zauważył zwłoki, ale nie wychodził z kabiny.
– Poproszę nazwiska i numery służbowe – wyjęła znów terminal i otworzyła aplikację do notowania.
– Możecie nas puścić? – kolejarz skorzystał z okazji, gdy policjantka wprowadzała jego dane oraz nazwisko maszynisty. – Przecież to nie jest wypadek z Człowiekiem. Jak trzeba, to zeznania złożymy potem, nagrania też możecie chyba zgrać w Warszawie.
– A na lokomotywie albo w wagonach są jakieś kamery? – upewniła się, słysząc o nagraniach.
– A są, nawet kilka, na lokomotywie, w tym jedna na pewno rejestruje widok do przodu.
– Doskonale. Jak tylko się da, pozwolimy wam odjechać. Też mam na kogoś czekać – wyjaśniła i zeszła z torowiska.
Czekając na przybycie kogoś – kimkolwiek ten ktoś miał być – zaczęła przeglądać kolejne zapisy w bazach danych, do których dostęp zapewniał terminal. Zmarły jeszcze dwa lata temu mieszkał w Żaganiu, ale teraz widniał w ewidencji jako mieszkaniec wsi Grodziszów. Adres: ulica Akacjowa 22. Miał dwa samochody. Dwa zarejestrowane na niego telefony. Kolejne kliknięcia przyniosły informację, że trzy lata temu zakończył trwającą dwadzieścia dwa lata służbę wojskową. Był wpisany na listę kwalifikowanych pracowników ochrony fizycznej. Więcej nie mogła sprawdzić. Aby zapoznać się z wykazem telefonów lub ustalić ich lokalizację, musiałaby znów zadzwonić do dyżurnego komendy, który tę prośbę musiałby przekazać do komendy wojewódzkiej. Tamtejsi policjanci mieli dostęp do systemów pozwalających na sprawdzenie połączeń, lokalizacji telefonu i wielu innych rzeczy. Miała nadzieję, że przynajmniej tyle uda się zrobić, zanim na miejsce przyjedzie ktoś z prokuratury. W myśl przepisów kodeksu postępowania karnego w razie popełnienia zabójstwa śledztwo prowadził formalnie prokurator, choć po wszczęciu mogło zostać ono powierzone policji.
Czekając na wiadomość zwrotną, sprawdziła na telefonie nazwisko ofiary. Kilkanaście minut przeglądania stron www i mediów społecznościowych, zwłaszcza Facebooka, sprawiło, że czuła się przygotowana na przyjazd prokuratora.
– Ktoś jedzie – oznajmił sierżant, widząc kolejne błyskające światła na drodze. Spojrzała w tamtą stronę. Szary Opel Insignia, który policjantka znała z widzenia. Za Oplem jechała niebieska Toyota Land Cruiser, powoli i pewnie pokonując nierówności gruntowej drogi.
– Cegielnia przyjechała i jeszcze ktoś – powiedziała do pozostałych, mając na myśli komendę wojewódzką, nazywaną tak z powodu ceglanej elewacji gmachu. Z każdego wozu wysiadła jedna osoba. W postawnym brunecie o siwiejącej skroni, który wysiadł z Opla, Gellert rozpoznała funkcjonariusza wydziału kryminalnego komendy wojewódzkiej, który kierował tam sekcją pierwszą, odpowiedzialną za sprawy przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu. Kobieta o krępej sylwetce i ciemnorudych włosach, która zeskoczyła na ziemię, wysiadając z Toyoty, nie była jej znana.
– Podinspektor Łukasz Witczak, komenda wojewódzka – oznajmił nowo przybyły, pokazując legitymację. – To nadkomisarz Katarzyna Szeliga – przedstawił towarzyszącą mu kobietę. – A pani to aspirant Gellert, jak rozumiem?
– Tak jest. Zwłoki są na torach, obok pociągu – wskazała ręką. – Kolejarze pytają, kiedy będą mogli ruszać.
– Jak będą mogli, to będą mogli – odpowiedział policjant, idąc w kierunku ciała. Spojrzał na nie, wspomagając się latarką. – Pani ustaliła tożsamość?
– Tak. Wstępnie, w trybie czynności niecierpiących zwłoki – wyjaśniła, nie wiedząc, czy zostanie upomniana za nadgorliwość, czy pochwalona za inicjatywę. – Pomyślałam, że lepiej będzie wiedzieć cokolwiek, zanim ktoś ustali, kto dalej ma prowadzić sprawę.
– Tyle dobrego. A czemu właściwie dopiero na miejscu ktoś się zorientował, że to nie jest już teren Wrocławia? – dociekał policjant. Znał przypadki, gdy komendy usiłowały przerzucić na siebie odpowiedzialność za prowadzoną sprawę, nawet przesuwając zwłoki, ale powodem takiej patologii była statystyka. Każda komenda unikała spraw trudnych, nierokujących rozwiązania, a chętnie przyjmowała do prowadzenia sprawy łatwe. Takimi była większość zabójstw w Polsce, popełnianych pod wpływem alkoholu i emocji. Niejeden sprawca podczas popełnienia czynu był tak pijany, że dopiero następnego dnia, gdy kac minął, docierało do niego, co zrobił.
– Wiadomość od kolejarzy nie była precyzyjna, a patrol jechał od południa. Tu na tych dróżkach nie ma tablic z nazwą powiatu. Pewnie były, ale ktoś ukradł albo rozbił. Ja też jechałam od Krzyków, wcześniej załatwiałam sprawę na komisariacie. Też nie zauważyłam – przyznała – ale jestem tu sama, przecież jest piątek wieczór. W Siechnicach zajęci, bo pijany facet bił żonę i dzieci. Od nas dużo ludzi pojechało do Pasażu Niepolda, bo była bójka na noże, a tu wyglądało na wypadek albo samobójstwo. To posłali mnie – wyjaśniła.
Nie musiała dodawać, że jako najmłodszej stażem w wydziale przydzielono jej po prostu najgorszą, przynajmniej według pierwszych informacji, sprawę.
– Jak zwykle – skinął głową Witczak. Braki kadrowe nie były niczym nowym. Na całym Dolnym Śląsku policja powinna mieć osiem tysięcy funkcjonariuszy, a nieobsadzonych było ponad tysiąc etatów. Od pozostających w służbie niecałych siedmiu tysięcy należało odliczyć urlopowanych, chorych, wysłanych na szkolenia. Niektórzy policjanci, zwłaszcza z oddziałów prewencji, byli też często wysyłani poza województwo, do służby na granicy czy do pilnowania porządku podczas dużych imprez i manifestacji. Wreszcie na policyjnych etatach byli także urzędnicy w mundurach, z kadr, logistyki czy administracji, a nawet muzycy orkiestry policyjnej. W jego wydziale brakowało jednej trzeciej funkcjonariuszy.
– Jak to pani zdaniem wygląda? – spytał.
Młoda aspirant zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią. Pytanie dotyczyło czegoś więcej niż faktów. W policji kryminalnej służbę pełniła od niedawna. Wiedziała, że każde pytanie może być testem. Zwłaszcza takim, który ma wykazać, że nie nadaje się i powinna wrócić do patrolowania rzeki i jej okolic, czym zajmowała się jeszcze niedawno.
– Ofiara ma wyraźne ślady pobicia i duszenia – zaczęła wyliczać Gellert. – Możliwe, że pozbawienie jej życia nie było zaplanowane przez sprawców. Nie mieli pod ręką narzędzia takiego jak nóż czy pistolet. Możliwe, że doszło do kłótni przy alkoholu, czuć wódkę. Możliwe, że ofiara znała sprawców. Po dokonaniu zabójstwa sprawcy próbowali upozorować wypadek, porzucając zwłoki na torach w nadziei, że po przejechaniu przez pociąg ślady zabójstwa będą trudne do wykrycia. Aby utrudnić śledztwo, zabrali ofierze telefon i portfel. Zapewne poruszali się samochodem, dojazd tutaj jest w miarę łatwy.
– Dlaczego sprawcy w liczbie mnogiej? – dociekała Szeliga.
– Ofiara wygląda na sprawnego fizycznie mężczyznę, z przeszłością wojskową. Taka osoba powinna podczas bójki poradzić sobie z jednym napastnikiem. Nawet po alkoholu.
– Czyli na razie nie ma świadków? – upewniła się komisarz.
– Nikogo nie znalazłam, ani ja, ani patrol, poza kolejarzami – Gellert pokręciła głową przecząco. – Może ktoś z wcześniejszego pociągu coś widział.
Witczak wskazał na ciało.
– Co jeszcze o nim wiemy?
– Mieszkał niedaleko. Wieś Grodziszów. Sądząc po danych z systemu, przeprowadził się dwa lata temu, zaraz po zakończeniu służby wojskowej. Nie ma informacji o krewnych, prawdopodobnie mieszkał tam sam.
– Doskonale – powiedział Witczak tonem oznajmiającym, że zdała test. – Pierwszy raz zdarzenie śmiertelne?
– Pierwszy raz takie. Wcześniej dwóch samobójców, a dawniej topielcy – wyjaśniła.
– OK – oficer policji skinął głową. – Ten nieboszczyk gdzie dokładnie mieszkał?
– Akacjowa 22 – powiedziała policjantka.
– Naprawdę? – ku zaskoczeniu Gellert, Witczak uśmiechnął się. – Dobrze, to tam zaczniemy.
– Czyli to wojewódzka przejmuje sprawę? – policjantka wolała się upewnić. Także odnośnie tego, czy jej obecność będzie potrzebna. Jej pytanie wywołało chwilę milczenia. Kłopotliwego, jak sądziła. Takiego, które powstaje, gdy pada pytanie, które nie powinno zostać zadane.
– Pani aspirant, świetnie wykonała pani robotę na miejscu zdarzenia. Wnioski z akt też wyciągnęła pani dobre. Poproszę, aby pani pojechała z nami do tego Grodziszowa, pomogła rozpytać sąsiadów, znajomych, jeśli gość ich miał. Ale ta sprawa jest trochę skomplikowana. Pani komisarz jest z CBŚP – powiedział. – Proszę o tym nikomu nie mówić. Niech to dla wszystkich będzie po prostu trup na torach. Powstanie pewnie grupa, która się zajmie wyjaśnianiem tego zdarzenia, i jeśli pani zdoła dochować poufności, to postaram się panią ściągnąć, bo nie ma sensu wtajemniczać więcej osób niż to jest potrzebne. To może oznaczać mnóstwo pracy – ciężkiej, niewdzięcznej, a może także ciekawej. Pasuje pani? ■ROZDZIAŁ 2
Łysy mężczyzna wyszedł powoli przed dom. Obrócił się, podziwiając budynek. Wiedział, że nie pasuje do otoczenia. I tak też miało być.
Duża willa o beżowych ścianach i brązowym dachu, z podjazdem wyłożonym kostką, nie była typowym widokiem czterdzieści kilometrów na wschód od Warszawy. Tym bardziej, że obok niej zbudowany został obszerny garaż na sześć samochodów, a na tyłach znajdował się odkryty basen oraz kort tenisowy.
Tymczasem w okolicy jedynym obiektem sportowym było wiejskie boisko, używane co niedzielę przez amatorów z drużyny Orkan Prądzewo, mieszkańcy gnieździli się w małych domach, a samochody trzymali na podwórkach, obok ciągników i maszyn rolniczych. Przynajmniej ci, którzy jeszcze żyli z rolnictwa. Byli tacy, którzy oferowali swoje usługi na miejscu, o czym świadczyły szyldy w rodzaju „Rozruszniki – Alternatory – Regeneracja” albo „Stolarstwo – Meble” czy też „Sklep Wielobranżowy. Spożywcze i Chemia”. Inni wreszcie codziennie pokonywali dziesiątki kilometrów, pracując w Warszawie. Byli wreszcie tacy, którzy poszukiwali innych okazji do zarobku. Zdarzało się, że Łysy korzystał z ich usług. Bywali tacy, którzy odważyli się przyjść prosto do niego, częściej jednak szukali pośredników albo łapali się okazji, tylko domyślając się, dla kogo naprawdę pracują.
Dla zwykłych ludzi był Panem Stefanem, dla lepiej poinformowanych – Hanysem. Nie był jednym z nich i nie zamierzał być. Specjalnie zbudował dom na wsi, wiedząc, że będzie się rzucać w oczy. Tak samo, jak w oczy rzucali się wszyscy obcy, z policją na czele. Aby zapewnić sobie przychylność miejscowych, dorzucił się piłkarzom do strojów, proboszczowi do remontu kościoła, wójtowi wsparł fundusz wyborczy.
Przez lata nauczył się, jak dbać o kontakty z właściwymi ludźmi, a przede wszystkim – jak rozpoznać, kim są właściwi ludzie i z kim warto rozmawiać. Lekcje nie były darmowe. Zaczynał na rodzinnym Śląsku, jeszcze za komuny. Zaczął od okradania wagonów z węglem. Później ukradł samochód. Nie był wyrafinowany. Zamiast grzebać w zamku, wolał właścicielowi przyłożyć nóż do szyi i zabrać kluczyki. Zaczynał skromnie. Maluch, potem Polonez, wreszcie pokusił się o wóz zachodni. Mazdę, którą jakiś inżynier budowlany kupił za dolary zarobione na zagranicznym kontrakcie. Nie wiedział, że „jakiś inżynier” jest naczelnym inżynierem przedsiębiorstwa, a przede wszystkim bratem katowickiego komendanta milicji. Do tego był na tyle głupi, by próbować szarpać się z milicjantami podczas zatrzymania. Proces był szybki. Dostał pięć lat za rozbój oraz za czynną napaść na funkcjonariusza. Dodatkowo wyrok miał odsiedzieć daleko od Śląska, w więzieniu Czarne, gdzie z reguły trafiali recydywiści.
Nastanie nowej władzy więźniowie przywitali buntem, stłumionym przez siły porządkowe po kilku dniach. Wtedy, bijąc się na zbudowanej z mebli barykadzie, przestał być tylko gówniarzem, którego od wylądowania na najniższym szczeblu więziennej hierarchii ratował jedynie wyrok za napaść na milicjanta. Byli tacy, którzy mieli znacznie gorzej. Wyszedł i skierował swoje kroki nie do domu, ale do Warszawy. A raczej do Pruszkowa. Zaczynał od samego dołu. Przynieś, podaj, pozamiataj, przewieź samochód z miejsca na miejsce, jedź pod ten adres i zostaw paczkę, jedź tam i pobij człowieka. Proste sprawy. Z czasem zaczęto mu ufać bardziej. Zaczął przewozić narkotyki. Wtedy został zatrzymany po raz kolejny. Na szczęście grupa mu pomogła. Przekonany plikiem banknotów prokurator uwierzył w wyjaśnienia zatrzymanego, upierającego się, że nie wiedział o znajdujących się w schowku w bagażniku dwóch kilogramach heroiny. Nie mógł jednak uwierzyć, że zatrzymany nie miał świadomości, że za paskiem ma pistolet, a w domu znajduje się Kałasznikow z pełnym magazynkiem. Z tego powodu spędził rok za kratkami. W tym czasie policja szykowała się już na ostateczną rozprawę z gangiem pruszkowskim i ledwo wyszedł, a bossowie grupy zostali przetrzebieni zatrzymaniami albo uciekli za granicę.
To sprawiło, ze na rynku pojawiła się próżnia. Początkowo jego specjalnością stały się napady rabunkowe, zwłaszcza na ciężarówki z drogimi towarami, jak alkohol czy elektronika. Później rozszerzył działalność o uprowadzenia dla okupu. Nie był już wykonawcą. Był zleceniodawcą. I wiedział już o świecie na tyle dużo, aby rozumieć, że kończy się czas zwykłego bandytyzmu. Poza tym wówczas urodził mu się syn.
Wycofał się z napadów i porwań, zabierając zgromadzony kapitał, i przeszedł na inne pole. Dochodowy i dużo mniej ryzykowny okazał się przemyt papierosów ze wschodu. Pieniądze zapewniły kapitał na rozruch nowego biznesu, a pałki i ciosy jego ludzi eliminowały konkurencję lub przekonywały ją do podporządkowania się nowemu szefowi. Powoli zaczął budować swoje własne, małe i dyskretnie działające podziemne przedsiębiorstwo. Mimo kolejnych przeszkód ze strony policji, cierpliwie rozszerzał działalność o kolejne branże. To dawało pieniądze. Pieniądze, które zarabiał on, podczas gdy ryzyko ponosili inni. Młodzi. To ich zamykała policja, to oni zdobywali kolejne przestępcze szlify, odsiadując wyroki. Istniał porządek.
Wszystko było dobrze, dopóki nie zaczął czuć bólu. Najpierw go lekceważył, wychodząc z założenia, że gdy mężczyzna po czterdziestce nie czuje bólu, to nie żyje. Ból nie mijał, pojawiły się nowe objawy. Diagnoza była jednoznaczna. Rak trzustki.
Przerwał rozmyślania, gdy usłyszał za plecami dźwięk silnika. Obrócił się.
Brama otworzyła się, pozwalając na wjazd czerwonego wozu. Czuwający przy bramie ochroniarz wyszedł ze swojej budki, zaskoczony. Bramę otwarto pilotem, ale tego wozu nie znał. Uspokoił się, gdy w otwartym oknie zobaczył znajomą twarz.
Wóz o zadziornych kształtach wjechał na podjazd i zatrzymał się tuż przed Hanysem. Kierowca dodał gazu, chwaląc się mocą silnika.
– I co, tato? – młody, pucułowaty mężczyzna spytał, wysiadając. – Niezły, nie?
– Co to? – Hanys obszedł wóz. Miał cztery drzwi, ale znaki z czarnym koniem oznaczały markę Ferrari.
– Nowy model. Nówka sztuka. Ferrari Purosangue – wyjaśnił z dumą Mateusz Nieznalski. – Dałem za niego prawie sześćset tysięcy. Euro – dodał.
– Warto było? – spytał zaskoczony ojciec.
– W Warszawie są dwa takie, w Polsce trzy – wyjaśnił syn.
– Rzuca się w oczy – odparł Hanys, obchodząc wóz dookoła.
W odpowiedzi młody mężczyzna wskazał ręką w stronę garaży.
– A co tam masz? – odparł.
– Coś tobie wyjaśnię – odparł ojciec. – Chodź – wyciągnął z kieszeni pilota i idąc w stronę garażu, otworzył drzwi. Mateusz poszedł za nim.
Wnętrze było suche i chłodne. Stało tam kilka pojazdów różnych marek. Niebieskie BMW 850, pieczołowicie odrestaurowany zielony Polonez, czerwone Ferrari Testarossa, czarny Mercedes W140 i banalnie wyglądająca na tle kolekcji Skoda Octavia.
– Wiesz, czemu na co dzień jeżdżę Skodą, a Mesia wyciągam tylko jak potrzebuję się pokazać? – spytał zmęczonym głosem. Wyjaśniał to już nie raz i nie zanosiło się, aby to była ostatnia taka lekcja. – Bo nie rzuca się w oczy. A jak trzeba, to chłopaki ogarniają mi inny wóz. Nikt nie musi zawsze wiedzieć, gdzie bywam, kiedy i z kim. A te wszystkie inne wozy, te które zawsze chciałem mieć, jak byłem młody, trzymam dla siebie. Nie dla lansu.
Młody człowiek nie wydawał się przekonany. Już w dzieciństwie zauważył, jaką moc mają pieniądze. Dawały lepsze ubrania. Lepszą szkołę. Korepetycje. Najlepszy komputer i najnowsze gry. Opiekunów, którzy odwozili go i odbierali ze szkoły, gdy ojciec zajmował się innymi sprawami. Potem dobry start w dorosłość. Samochód na osiemnaste urodziny. Mieszkanie w Warszawie i opłacone studia na prywatnej uczelni. Ale też przekonał się, czego pieniądze nie mogą kupić.
– Zaraz powiesz, że miałem szanse, których ty nie miałeś – odpowiedział Nieznalski – i że powinienem z nich skorzystać. Ale raz się żyje – wypalił i od razu pożałował. Może nie powinien tak się wyrażać.
– Bo masz. I sam wybrałeś, pamiętasz? – przypomniał mu ojciec, opierając się o Skodę. – Powiedziałem tobie uczciwie, jak jest. Mogłeś dostać kasę na rozruch, skończyć studia, zostać mecenasem, maklerem, deweloperem czy kim tam byś chciał. Powiedziałeś, że nie chcesz.
– Bo nie chciałem – odciął się syn. – Miałbym pierdzieć w stołek? – wzruszył ramionami. – Siedzieć w biurowcu od rana do nocy, gapić się w monitory?
– Tam są prawdziwie pieniądze. I to legalne – odparł Hanys.
– Ojciec, nie przesadzaj. Żeby zarobić prawdziwie pieniądze u tych bogaczy z biurowców, trzeba być jednym z nich. Być mecenasem? Fajnie brzmi. Ale wszystkie Ferrari świata nie kupią mi ojca prokuratora ani matki sędziny. Nie mam też wujka w radzie nadzorczej banku ani kuzyna w Sejmie. To, co mogę zrobić, to sprzedawać im kokainę i załatwiać luksusowe dziwki. Żeby w końcu najwyżej jakiegoś posła czy sędziego nagrać.
– Z posłami to ty uważaj – przerwał mu ojciec. – Są granice, których lepiej nie przekraczać. Kiedyś można było, miałem raz posła w kieszeni. Już nie żyje.
Nieznalski spojrzał zaciekawiony. Były wciąż sprawy, o których ojciec mu nie mówił. Zastanawiał się, ile takich jeszcze jest. I o ilu mu zdąży powiedzieć.
– Przydał się?
– A gdzie tam. Tylko kasę wyciągał i opowiadał plotki. Kto się upił w hotelu sejmowym, kto kogo rucha. Ciekawe to było, ale mi się nie przydawało. Nie potrafił wyciągnąć nic z policji czy z prokuratury. Innym razem, dwa lata temu, chłopaki przynieśli mi nagranie. Senator i dwie panienki. Mówią: szefie, jest temat, można by chłopa szantażować. To ja pytam: czym? Że zdrowy chłop daje radę z dwoma babami? – zaśmiał się. A na poważnie: po co robić sobie problemy? Facet jak jest senatorem, ma na telefon służby i to pewnie szefostwo. I gówno mu zrobimy. Urzędnika jakiegoś trzeba korumpować. Takiego, który na przykład naprawdę może przerobić jakiś plan zagospodarowania, czy pisze wymogi na przetarg. I jest małym trybikiem w maszynie, nie ma kolegów w służbach. Albo jakiś biznesmen, nieduży, nie wielki rekin, tylko taki, powiedzmy… szczupak. Tak się robi biznesy – objaśniał. – Po co mi jakaś wielka Warszawka, jak mam obstawiane przetargi w miastach czy powiatach? A wiesz ile jeszcze będzie można zarobić? Na Ukrainie się uspokoi, tam będzie rynek, tam będą okazje, żeby zarabiać. Petro i Dymytro to dobre chłopaki, choć za bardzo ich świerzbią ręce. Muszą zrozumieć, że u nas sprawy załatwia się inaczej.
Skończył przemowę i skierował się do wyjścia. Spojrzał jeszcze na samochody. Do grobu ich nie zabierze. Ale myśl, aby zakończyć żywot w jednym z nich, była kusząca.
– Przejmujesz to wszystko – powiedział do syna. – Skoro już, jak mówisz, sam wybrałeś, to zrób jedną rzecz. Po prostu nie spieprz tego. Uważaj co robisz, uważaj gdzie bywasz, nie rób widowiska i nie urządzaj zbędnych awantur. Mecenas Szablewski, w razie czego, ma ode mnie zgodę, żeby powiedzieć tobie o wielu sprawach, gdybym nie zdążył. Ale zanim to się stanie, to powiem tobie, ile mogę – skierował się w stronę domu.
– Ale czasem trzeba komuś przywalić – powiedział syn. – Jeden taki cwaniak z zadupia, który pożyczał do ciebie pieniądze...
– A, ten Mietek cwaniaczek – przypomniał sobie Hanys. – To płotka jest. Spuść mu faktycznie wpierdol w starym stylu, to zrozumie. Jak nie będzie miał z czego oddać, to ma na kogoś z twoich przepisać swoje interesy. Jakieś ma. A na razie powiem tobie, do czego przydadzą się nam Ukraińcy – zakończył. ■ROZDZIAŁ 3
Pucułowatemu blondynowi było ciasno. Musiał siedzieć na podwójnym siedzeniu w kabinie Forda Transita. Wóz podskakiwał na wybojach krętej drogi. Kierowca, wysoki brunet o długich rękach, często operował dźwignią zmiany biegów, wchodząc barkiem w przestrzeń zajmowaną przez pasażera. Ten nie mógł się posunąć. Trzeci, napakowany mężczyzna zajmował większość miejsca na siedzeniu.
Ale to było nic w porównaniu z czynem, którego właśnie się dopuścili. Zabójstwo. Czy może pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Nie był pewien, jaka kwalifikacja prawna jest właściwa. Choć sam przez prawie dwie dekady stał na straży prawa, to takie rozważania nie należały do niego. On wykonywał polecenia. Aż do czasu, gdy jednego nie wykonał.
– Rafał, jesteś pewien, że pociąg go rozjedzie? – spytał kierowcę.
– Jacek, no przecież stąd jestem. Pociągi jeżdżą tu cały czas, i to nawet te ekspresy Pendolino. Tak go przemieli, że nie dojdą, co się z nim stało – wyjaśnił zapytany.
– Dobrze, że rozjebałem mu telefon – odezwał się wielkolud. – Może nas nagrywał, skurwiel. Ja mówiłem, żandarm to żandarm. Kiedyś to urlop nagrodowy miałem trzy razy pod rząd, jak z przepustki wróciłem z beretem – dodał.
– Kuśka, potem będzie czas na opowieści kombatanckie – zwrócił mu uwagę kierowca, usiłując skupić się na jeździe gruntową drogą. Gdyby się zakopali, pozostawałoby im porzucić wóz, najlepiej jeszcze go spalić i uciekać pieszo, bo najgłupszy wiejski stójkowy skojarzyłby porzucony samochód z trupem na torach.
Minęli wreszcie pola, a polna droga przeszła w brukowaną. Wjechali do uśpionej wsi.
– Sulęcin – odezwał się znów Kuśka. Zamilkł, zrozumiawszy, że koledzy nie są zainteresowani wyjaśnieniem, czemu ta nazwa zwróciła jego uwagę.
Wzdłuż uliczki rosły drzewa, do wysokości metra pobielone wapnem. Kierowcy przeszło przez myśl, że bruk był jeszcze poniemiecki, tak jak te drzewa. W końcu wjechali na asfalt.
Ford Transit obrał kierunek na południowy zachód. Mijali jedną wieś po drugiej, wszystkie podobne do siebie. Jacek zastanawiał się, czy kierowca nie błądzi. Wolał nie pytać go o to, a tym bardziej nie włączać telefonu, aby skorzystać z nawigacji. Widok wiaduktu nad autostradą A4 uspokoił go.
– Trzeba będzie pozbyć się tego wozu. Telefony też wypieprzcie, kupcie w Czechach zapas świeżych kart – powiedział do kompanów.
– Przecież pomyślą, że to wypadek był – powiedział wielkolud. – Rafał zna się na tym, nie?
– Lepiej uważać. Im mniej śladów zostanie, tym lepiej – powiedział cierpiący niewygody mężczyzna.
– Zawsze możesz wysiąść – wtrącił się skupiony na prowadzeniu wozu Rafał. – Skręcę na Strzelin, wsiadasz w pociąg do Wrocka, stamtąd jedziesz do siebie. Tylko za bilet zapłać gotówką, jak tak się boisz ślady zostawiać. A co do samochodu: mamy jeszcze trzy, a później załatwi się jakoś nowe.
Jacek nie odpowiedział. Spróbował zamknąć oczy i polubić niewygody podróży. _Embrace the suck_, jak mawiali amerykańscy żołnierze. Obudził się dopiero u celu. Wygramolił się z kabiny jako ostatni. Wyprostował się i spojrzał przed siebie.
_Wystarczy tylko chwila i ucieknę z tego kraju_ – pomyślał mężczyzna, wpatrując się w porośnięte lasem zbocze góry, okalające posesję, na której stał stary dom z czerwonym dachem. Wystarczyło przebiec trzysta metrów, by znaleźć się w Czechach. Wiedział, że jedynym śladem granicy są niskie kamienne znaki, nawet nie słupy. Stałych patroli także nie było, nie była to przecież granica wschodnia, tylko wewnętrzna granica Unii, którą łatwiej było przekroczyć jedną z licznych dróg. I tam można było często napotkać na umundurowanych funkcjonariuszy prowadzących doraźne kontrole. Oczywiście, gdyby musiał uciekać, to jego dane trafiłyby do Systemu Informacji Schengen i wystawiono by za nim europejski nakaz aresztowania, ale to zawsze zajmowało czas. Kilka godzin, w trakcie których zdołałby się ukryć. Znał w końcu te przepisy, mechanizmy i procedury, wiele razy sam je stosował.
Na razie nie było potrzeby. Ktoś postronny łatwo wziąłby siedzących przy ognisku ludzi, dwie kobiety i czterech mężczyzn, za grupę znajomych, którzy wyrwali się z miasta w góry, do wynajętego domu, może aby świętować czyjeś urodziny czy awans. Spotykali się tu już wcześniej i nie było żadnych problemów. Na wszelki wypadek wyłączali telefony i chowali je owinięte w folię aluminiową, a wcześniej odbywali zawsze spacer po górach, by wykryć obserwację, jeśli ktokolwiek ją prowadził.
Ognisko, jakie rozpalili czekający, jeszcze płonęło, rozświetlając sylwetki i twarze. Odeszli od ognia, wychodząc na spotkanie przybyłym. Byli zaskoczeni. Spodziewali się dwóch samochodów i czterech ludzi.
– Szefie, nie dało rady – Rafał zwrócił się do najstarszego z oczekujących. – Nie dało rady inaczej. Za bardzo się stawiał, za dużo żądał. Niebezpieczny był – wyjaśniał pośpiesznie. – Ale mamy trochę. Beryl, dwa Glauberyty, pięć pistoletów. No i paczki ze specjalnymi prezentami. Zdążył je naszykować. Wszystko jest w samochodzie – wskazał kciukiem za siebie.
Siwowłosy skinął głową. Nie było to po jego myśli. Wolał pokazać, że zgadza się z decyzją młodszego wspólnika i mu ufa. Na rozmowę o szczegółach okazję znajdzie później.
– Mam nadzieję, że nie narobi nam problemów zza grobu – wtrąciła się jedna z dwóch kobiet, krępa brunetka.
– Jaga, spokojnie, to był przegryw. Umówił się z nami, a nawalony był jak kuszetka do Kołobrzegu – Rafał wzruszył ramionami. – Jakby coś było na rzeczy, to nie byłby sam i byłby trzeźwy.
– Cholera wie, komu o nas powiedział, choćby i przy wódce – odparła. – Albo i nie przy wódce. Pamiętajcie, skąd się wziął. I co nam przyniósł.
– Jakby się wygadał, to byśmy tu nie siedzieli – odpowiedział olbrzym. – No na logikę.
– Kuśka, nie zgrywaj mądrzejszego niż jesteś – Jaga nie ustępowała. – Myślisz, że to tak wygląda jak na filmach? Mają nazwisko i zaraz bum, drzwi wylatują z futryną?
– Na misji tak wyglądało – rozeźlony wielkolud także nie zamierzał ustąpić. Dwaj stojący z boku brodaci mężczyźni uśmiechnęli się do siebie. Obaj pamiętali czasy, gdy wszystko było prostsze.
– Pamiętaj, że na misji było inaczej – wyższy z brodaczy, znany jako Rajder, spróbował zażegnać spór – bo tam mogliście wszystko: wejść do kogoś w nocy z drzwiami, wystawić snajpera, poprosić Amerykanów, żeby zrzucili bombę. Tutaj jest inaczej. Trzeba dowodów dla sądu i w ogóle. Tutaj trzeba się nachodzić i naczekać, żeby wszystkie papiery, podpisy i pieczątki były. Wiecie, jak to jest, niektórzy z was przecież robili to jeszcze niedawno – dodał.
– Nigdy tego nie lubiłem robić i nie chciałem – odezwał się jeden z milczących dotąd mężczyzn. – Mam nadzieję, że faktycznie tego przegrywa uznają za pijaka i nie będzie im się chciało ciągnąć śledztwa. To jednak cholerne ryzyko.
– Strażak, pamiętaj, duże ryzyko, duży zysk – zauważyła milcząca dotąd młoda kobieta, szczupła blondynka. – Po to to robimy, prawda?
– Mira ma rację. O tym rozmawialiśmy już tyle razy – powiedział siwowłosy.
_Żeby to było takie proste_ – dodał w myślach. Zabójstwa nie dokonali z premedytacją, przynajmniej nie on uważał się za sprawcę. Był to zakłócenie czegoś, co zrodziło się w długich rozmowach i z czasem przybierało postać coraz bardziej konkretnego planu. Planu doprecyzowanego przez człowieka, którego musieli zabić.
To słowo krążyło w jego głowie, nie dawało o sobie zapomnieć, jak bolący ząb. Przypomniał sobie jakieś słowa, zdania z zajęć, na które uczęszczał dawno temu.
– Przygotowanie jest karalne tylko wtedy, gdy ustawa tak stanowi, nieprawdaż? – powiedział na głos, przykuwając uwagę pozostałych. – Prawda?
– I co to dla nas oznacza? – spytał niższy z brodaczy. Podobnie jak Rajder, nie był w przeszłości policjantem.
– Daniel, kodeks karny mówi, że przygotowanie do przestępstwa nie zawsze jest karalne – odpowiedziała Jaga zmęczonym głosem. – Artykuł szesnasty, paragraf drugi. Tylko myśmy już popełnili przestępstwo. Rafał, Jacek i Kuśka mają jak w banku artykuł sto czterdzieści osiem, czyli zabójstwo, chyba że wymyślisz, jak zrobić z tego artykuł sto pięćdziesiąt sześć, paragraf trzeci – miała na myśli pobicie ze skutkiem śmiertelnym. – A my, jak tu wszyscy stoimy, to już teraz możemy odpowiadać z artykułu dwieście czterdzieści za niepowiadomienie policji. Plus niektórzy z nas mają jak w banku artykuł dwieście sześćdziesiąt trzy, nielegalne posiadanie broni. Ale na razie nie jest tak, że mają nas wszystkich za co zamknąć, nawet jeśli o coś nas podejrzewają.
– Czyli – Daniel znów się wtrącił – jeśli ten gnojek kapował, a wiemy, że mógł, to przecież po to, aby dostarczyć komuś… nie wiem, Abwehrze, CBŚP, może komuś jeszcze… dowodów. Przygotowanie to planowanie, tak? – spytał. – Więc już nas mają.
– Planowanie, zbieranie informacji, pozyskanie narzędzi i tak dalej – Jaga skinęła głową – ale tylko w niektórych przypadkach. Do tego jeśli byśmy nagle się rozmyślili i moglibyśmy udowodnić, że już nie chcemy tego robić, nie podlegamy karze. Na przykład gdybyś chciał podłożyć bombę na dworcu kolejowym, to przygotowanie, tak samo jak zgromadzenie materiałów do jej zrobienia, czy nawet sporządzenie planu, jest karalne. Ale jeśli zniszczysz plan czy materiały, kary nie ma, bo zrezygnowałeś z tego zamiaru – wyjaśniła.
– Więc ciężko coś udowodnić i lepiej mieć jednoznaczny dowód? Złapać na gorącym uczynku? – nie czuł się pewnie, praca śledcza nigdy nie była jego specjalnością. – On mówił cały czas o broni. Niezbyt legalnej. Może chodziło o to, aby nas przyskrzynić, jak będziemy ją kupować?
– Może zakładali, że założą formalnie sprawę, jakby coś już było na rzeczy, żeby z zachowaniem wszystkich procedur przeprowadzić sprzedaż kontrolowaną broni? – dodała kobieta. – Ale skoro was nie zamknęli na miejscu, to może o niczym nie wiedzieli.
– Czyli nawet jeśli coś na nas mają, to w dupę mogą sobie tę wiedzę wsadzić? – spytał niezbyt subtelnie olbrzym. – To chuj z nimi, robimy temat. Potrzebuję forsy.
Siwowłosy uśmiechnął się. Wielkolud zawdzięczał miejsce w tym gronie swojemu prostemu sposobowi bycia, który nie pozostawiał miejsca na wątpliwości albo kłopotliwe pytania. Pozostali mieli za sobą skomplikowaną przeszłość i kierowały nimi bardziej złożone motywy.
– Dokładnie tak, Kuśka. Raczej nie należy się obawiać problemów. Niestety to, co się stało, może przyciągnąć uwagę policji. Dlatego proponuję nie porzucać planu, ale zacząć musimy wcześniej, niż sądziliśmy – powiedział Szef. – jeśli ktoś nie czuje się na siłach, zawsze może odejść i o nas zapomnieć. Nie musze dodawać, że my o kimś takim nie zapomnimy.
Nikt nie odpowiedział. Wszyscy tylko spojrzeli po sobie.
_Doskonale_ – pomyślał Szef. Nie mają już nic do stracenia, nawet jeśli motywy, które nimi kierowały, były bardzo różne.
Nim kierował najprostszy. Zemsta. ■