Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Strach nad miastem - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 maja 2026
3679 pkt
punktów Virtualo

Strach nad miastem - ebook

Wiedza jest groźna. Umiejętności byłego komandosa, orientacja w procedurach, jaką mają zwolniony ze służby policjant czy zamieszana w podejrzane działania funkcjonariuszka służby więziennej – to już broń. Broń, której można użyć do działań przestępczych albo do ucieczki przed sprawiedliwością. A co dopiero, gdy zdesperowani posiadacze niebezpiecznej wiedzy decydują się działać razem?

Wtedy nad miastem zaczyna unosić się strach. W okolicach Wrocławia robi się niespokojnie. Na torach kolejowych znaleziony zostaje trup byłego żołnierza. Osoby zamieszane w podejrzane interesy są napadane we własnych domach i okradane z pieniędzy oraz broni. Przestępcy dzwonią na policję i grożą podłożeniem w mieście ładunków wybuchowych.

Jaki jest związek między tymi zdarzeniami? Czy młoda policjantka, Kalina Gellert, odnajdzie się w zespole mającym rozwikłać tę zagadkę? Czy służbom uda się spacyfikować gang, czy też ich klęska zostanie wykorzystana jako paliwo polityczne?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368264579
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Pi­ątek, 13 czerw­ca

Żył jesz­cze, gdy wrzu­co­no go na pakę fur­go­net­ki. Prze­bły­ski świa­do­mo­ści mie­sza­ły się z bó­lem gło­wy, szyi, ser­ca i wszyst­kich miejsc, na któ­re spa­dły cio­sy i kop­ni­ęcia. Pró­bo­wał coś po­wie­dzieć, ale nie miał sił. Sły­szał tyl­ko sło­wa. Sło­wa skła­da­jące się w ner­wo­we, ury­wa­ne zda­nia. I gdzieś da­le­ko sy­re­nę lo­ko­mo­ty­wy.

_Ja pier­do­lę. Mu­siał się sta­wiać?_

_Co zro­bi­my?_

_Mam plan. Wy­wa­lić ka­pu­sia pod po­ci­ąg._

_Cze­mu z nim w ogó­le ga­da­li­ście? Żan­darm to żan­darm._

Nie żył już, gdy sa­mo­chód zje­chał z szo­sy i po­wo­li prze­mie­rzał noc, pod­ska­ku­jąc na wy­bo­jach po­lnej dro­gi, bie­gnącej wzdłuż li­nii ko­le­jo­wej. Za­trzy­mał się na chwi­lę, a trzej mężczy­źni, po upew­nie­niu się, że po­ci­ąg ich mi­nął, wy­ci­ągnęli zwło­ki i rzu­ci­li je na tor.

* * *

Dwa ki­lo­me­try da­lej roz­gry­wał się inny dra­mat. Na przy­stan­ku Zębi­ce Wro­cław­skie ze­spół trak­cyj­ny EN57 ob­słu­gu­jący wie­czor­ny kurs do Opo­la i Kędzie­rzy­na-Ko­źla wy­dał ostat­nie tchnie­nie i mimo wy­si­łków ma­szy­ni­sty tkwił na pe­ro­nie dwa­dzie­ścia mi­nut po cza­sie pla­no­we­go od­jaz­du. Ko­le­jarz pod­dał się, za­mknął drzwi sza­fy elek­trycz­nej i zgło­sił dy­żur­ne­mu ru­chu brak mo­żli­wo­ści sa­mo­dziel­ne­go usu­ni­ęcia awa­rii.

To ozna­cza­ło, że pa­sa­że­rów po­wi­nien za­brać inny po­ci­ąg lub au­to­bus ko­mu­ni­ka­cji za­stęp­czej, ale to sta­no­wi­ło pro­blem prze­wo­źni­ka. Dla za­rządza­jących ru­chem wi­ęk­szym kło­po­tem było za­blo­ko­wa­nie jed­ne­go toru. Wie­czor­ny eks­pres do War­sza­wy wy­ru­szył już z Wro­cła­wia i zbli­żał się do se­ma­fo­ra wjaz­do­we­go sta­cji Świ­ęta Ka­ta­rzy­na. Z dru­giej stro­ny do Wro­cła­wia w dwu­dzie­sto­mi­nu­to­wych od­stępach je­cha­ły dwa po­śpiesz­ne. Je­den wła­śnie zbli­żał się do Brze­gu, dru­gi stał jesz­cze w Opo­lu. Na swo­je miej­sce na szla­ku w noc­nych, mniej ob­ci­ążo­nych ru­chem pa­sa­żer­skim go­dzi­nach, cze­ka­ły też skła­dy to­wa­ro­we.

Wy­mia­na zdań po­mi­ędzy dys­po­zy­to­ra­mi i dy­żur­ny­mi przy­nio­sła szyb­kie de­cy­zje. Po­mi­ędzy Świ­ętą Ka­ta­rzy­ną a Oła­wą wpro­wa­dzo­no ruch po jed­nym to­rze, a jako pierw­szy miał prze­je­chać eks­pres, któ­ry za­trzy­ma się nie­pla­no­wo na przy­stan­ku i za­bie­rze pa­sa­że­rów pe­cho­we­go oso­bo­we­go do Brze­gu, gdzie miał cze­kać na nich skład za­stęp­czy. Je­den po­śpiesz­ny miał za­cze­kać w Oła­wie, dru­gi w Brze­gu. Dwa to­wa­ro­we sto­jące w Bro­cho­wie prze­kie­ro­wa­no na ob­jaz­do­wą tra­sę przez Jelcz.

Ma­szy­ni­sta w ka­bi­nie lo­ko­mo­ty­wy EU­160 po­wo­li ru­szył z przy­stan­ku oso­bo­we­go. Skład, mimo że ob­ci­ążo­ny set­ką po­nad­pla­no­wych pa­sa­że­rów, roz­pędzał się jak zwy­kle żwa­wo. Prze­siad­ka po­szła spraw­nie, więc opó­źnie­nie wy­no­si­ło tyl­ko dzie­si­ęć mi­nut. Mo­żna było to nad­ro­bić w dro­dze do War­sza­wy.

– A to co, do cho­le­ry? – za­py­tał sam sie­bie, wi­dząc le­żący na sąsied­nim to­rze kszta­łt, oświe­tlo­ny świa­tłem re­flek­to­rów. Przy­po­mi­nał czło­wie­ka.

Ko­le­jarz prze­sta­wił na­staw­nik jaz­dy w po­zy­cję ze­ro­wą, prze­ry­wa­jąc roz­ruch, i uru­cho­mił ha­mu­lec. Po­ci­ąg, roz­pędzo­ny już do pra­wie osiem­dzie­si­ęciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, za­czął z pi­skiem ha­mo­wać. Ma­szy­ni­sta po­wia­do­mił kie­row­ni­ka po­ci­ągu o przy­czy­nie za­trzy­ma­nia. Ten za­klął. Wy­sia­dł z po­ci­ągu, prze­sze­dł to­rem do miej­sca, gdzie we­dług ma­szy­ni­sty le­ża­ła prze­szko­da i za­klął po­now­nie, roz­po­zna­jąc cia­ło czło­wie­ka. Prze­ka­zał wia­do­mo­ść ko­le­dze, a ten prze­słał ko­mu­ni­kat da­lej, na naj­bli­ższą sta­cję. Stam­tąd wia­do­mo­ść po­wędro­wa­ła da­lej i wy­żej.

Dy­żur­ni i dys­po­zy­to­rzy ta­kże za­klęli. Ru­szy­ły jed­no­cze­śnie dwie pro­ce­du­ry. Jed­na, obej­mu­jąca po­wia­do­mie­nie słu­żb, była pro­sta. Wy­star­czył te­le­fon do Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­we­go oraz Stra­ży Ochro­ny Ko­lei. Go­rzej wy­gląda­ło za­rządza­nie ru­chem w sy­tu­acji, gdy oba tory ma­gi­stra­li zo­sta­ły za­blo­ko­wa­ne. Na tym się skon­cen­tro­wa­li. Ka­żde opó­źnie­nie, zwłasz­cza po­śpiesz­ne­go, któ­ry pro­wa­dził gru­pę wa­go­nów, jaka mia­ła zo­stać prze­łączo­na do po­ci­ągu do Gdy­ni, po­tęgo­wa­ło pro­ble­my. Szcze­gó­ły zwi­ąza­ne z cia­łem na to­rze były dla nich mało istot­ne.

* * *

Sza­ry Opel Astra z mi­ga­jącą na da­chu lam­pą przy­cze­pio­ną na ma­gnes po­wo­li po­ru­szał się grun­to­wą dro­gą pro­wa­dzącą obok to­ro­wi­ska, a sie­dząca za kie­row­ni­cą młod­sza aspi­rant Ka­li­na Gel­lert klęła pod no­sem. Trud­no jej było tra­fić na miej­sce zda­rze­nia: in­for­ma­cje skie­ro­wa­ły ją naj­pierw na przy­sta­nek ko­le­jo­wy, skąd do­pie­ro ko­le­jarz sto­jący przy ze­psu­tym oso­bo­wym wska­zał jej wła­ści­wą dro­gę. Do tego wo­la­ła nie na­ra­zić się na kpi­ny na­czel­ni­ka i ko­le­gów, gdy­by sa­mo­chód ugrzązł pod­czas do­jaz­du na miej­sce zda­rze­nia. Pierw­szy raz mia­ła sama się za­jąć wy­pad­kiem ze skut­kiem śmier­tel­nym. W do­dat­ku ta­kim. Na miej­scu był już pa­trol po­li­cji i za­ło­ga ka­ret­ki, ale to ona, jako funk­cjo­na­riusz­ka wy­dzia­łu kry­mi­nal­ne­go, do cza­su przy­jaz­du ko­goś wa­żniej­sze­go mu­sia­ła po­dej­mo­wać de­cy­zje. Za­trzy­ma­ła sa­mo­chód za ozna­ko­wa­ną Sko­dą, wzi­ęła głębo­ki wdech i wy­sia­dła.

Cze­ka­jący ob­rzu­ci­li ją wzro­kiem. Opó­źni­ła nie­unik­nio­ne o mi­nu­tę, po­trzeb­ną by wy­jąć z wozu ja­sną od­bla­sko­wą ka­mi­zel­kę i ple­cak, a od­zna­kę po­li­cyj­ną po­wie­sić so­bie na szyi tak, aby była wy­ra­źnie wi­docz­na. Pierw­sze wra­że­nie mo­gła zro­bić tyl­ko raz. Gdy­bym była fa­ce­tem, by­ło­by ła­twiej – prze­szło jej przez myśl. Fa­ce­tów nie oce­nia się za wy­gląd i strój, na­wet je­śli wy­gląd ozna­cza po pro­stu by­cie wy­so­ką bru­net­ką, a strój – ciem­ne dżin­sy i ob­szer­ną blu­zę.

– Aspi­rant Ka­li­na Gel­lert, ko­men­da miej­ska – po­wie­dzia­ła po­wo­li i sta­now­czo do sto­jących przy to­rach mun­du­ro­wych po­li­cjan­tów, za­ło­gi ka­ret­ki i ko­le­ja­rzy. – Co mamy?

– Leży na to­rach cia­ło, tak jak było zgła­sza­ne – od­po­wie­dział star­szy sie­rżant do­wo­dzący pa­tro­lem, któ­ry pierw­szy zna­la­zł się na miej­scu zda­rze­nia. – Nie wy­gląda na żula, ubra­nie w mia­rę czy­ste. Oklep do­stał, po twa­rzy wi­dać.

– Nie roz­je­cha­ny? – zdzi­wi­ła się po­li­cjant­ka. Zgło­sze­nie, ja­kie prze­ka­za­no naj­pierw od ko­le­ja­rzy do Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­we­go, a stam­tąd do dy­żur­ne­go ko­men­dy miej­skiej i wresz­cie do niej, mó­wi­ło o czło­wie­ku na to­rze tuż za Zębi­ca­mi. Przy tak ogól­ni­ko­wej tre­ści za­ło­ży­ła, że ktoś przy­pad­kiem albo ce­lo­wo zna­la­zł się pod ko­ła­mi. Prze­sko­czy­ła po­nad wąskim ro­wem od­wad­nia­jącym. Po­de­szła bli­żej cia­ła. Oświe­tli­ła je la­tar­ką.

Sie­rżant miał ra­cję. Mężczy­zna wy­gląda­jący na oko­ło czter­dzie­ści pięć lat miał na so­bie ciem­ne spodnie i nie­bie­ską, za­krwa­wio­ną blu­zę. Na ra­mie­niu na rze­pie przy­cze­pio­na była na­szyw­ka z Pu­ni­she­rem. Na twa­rzy po­li­cjant­ka do­strze­gła mnó­stwo krwa­wych si­ńców. Na szyi wi­dać było ta­kże czer­wo­ny ślad, naj­wy­ra­źniej po du­sze­niu. Czuć było woń al­ko­ho­lu.

– Jak­by ktoś ka­blem go za­ła­twił – po­wie­dzia­ła. – No to jest cie­ka­wie. Wia­do­mo, kto to? Ja­kieś do­ku­men­ty?

– Nie spraw­dza­łem – po­wie­dział sie­rżant. – Na ra­zie jest pro­blem, bo to chy­ba nie nasz trup. Tu jest już po­wiat oław­ski. Spraw­dzi­łem na ma­pie, gra­ni­ca bie­gnie tam, za prze­jaz­dem. My­śmy je­cha­li na­oko­ło, mie­li­śmy in­ter­wen­cję w Świ­ętej Ka­ta­rzy­nie i nad­je­cha­li­śmy od Zi­ębic. Jak­by­śmy je­cha­li od Siech­nic, to by­śmy za­uwa­ży­li, bo na głów­nej dro­dze są ta­bli­ce z na­zwą po­wia­tu – do­dał, uspra­wie­dli­wia­jąc się. – Nie wiem, cze­mu my­śmy do­sta­li zgło­sze­nie, a nie Oła­wa. Zgło­si­łem dy­żur­ne­mu.

_Cu­dow­nie się za­czy­na_ – po­my­śla­ła aspi­rant. Sama je­cha­ła tą samą tra­są i też nie za­uwa­ży­ła prze­kro­cze­nia gra­ni­cy po­wia­tu. For­mal­nie, je­śli te­ren na­le­żał do sąsied­niej ko­men­dy, ozna­cza­ło to, że to oław­ska po­li­cja po­win­na wy­ko­ny­wać wszel­kie czyn­no­ści. Ale z ja­kie­goś po­wo­du po­wia­do­mie­nie przy­szło do Wro­cła­wia, więc Oła­wia­nie mo­gli upie­rać się, że sko­ro pierw­si przy­by­li na miej­sce, to po­win­ni wy­ko­nać czyn­no­ści na miej­scu zda­rze­nia, a pó­źniej prze­ka­zać ma­te­ria­ły. Co ozna­cza­ło, że praw­do­po­dob­nie Oła­wa przyj­dzie na go­to­we, po od­wa­le­niu przez nich naj­gor­szej ro­bo­ty.

– To prze­ka­żcie dy­żur­ne­mu, że je­ste­śmy nie na swo­im te­re­nie – zde­cy­do­wa­ła. – Ale przy­naj­mniej to­żsa­mo­ść trze­ba by spraw­dzić.

Zrzu­ci­ła ple­cak z ra­mion, wy­jęła ni­try­lo­we ręka­wi­ce. Na wszel­ki wy­pa­dek za­ło­ży­ła do­dat­ko­wą parę. Po­chy­li­ła się nad zwło­ka­mi, naj­pierw ostro­żnie ob­ma­cu­jąc z ze­wnątrz za­war­to­ść kie­sze­ni. Pal­ca­mi nie wy­czu­ła ani te­le­fo­nu ani port­fe­la. Za­częła spraw­dzać do­kład­nie, już od we­wnątrz. W ko­ńcu w ma­łej kie­sze­ni na ra­mie­niu, pod na­szyw­ką, zna­la­zła pła­ski ka­wa­łek pla­sti­ku. Le­gi­ty­ma­cję we­te­ra­na.

Trup miał już to­żsa­mo­ść. Ma­ciej Ba­gi­ński. Uro­dzo­ny je­de­na­ste­go mar­ca ty­si­ąc dzie­wi­ęćset osiem­dzie­si­ąte­go roku.

Si­ęgnęła znów do ple­ca­ka, po ter­mi­nal po­dob­ny do uży­wa­ne­go przez ku­rie­rów. Wpi­sa­ła dane. Jako po­wód spraw­dze­nia po­da­ła: _iden­ty­fi­ka­cja zwłok_.

Sys­tem po­ka­zał ko­lej­ne in­for­ma­cje. Naj­wa­żniej­sze było zdjęcie i nu­mer PE­SEL. Spoj­rza­ła na twarz za­bi­te­go, po­rów­nu­jąc ją z wi­docz­ną na ma­łym ekra­nie fo­to­gra­fią. Mimo ob­ra­żeń po­do­bie­ństwo było wy­ra­źne. Uzna­ła, że na ra­zie to wy­star­czy i może po­wia­do­mić dy­żur­ne­go. Od­pi­ęła ra­dio­sta­cję no­szo­ną przy pa­sie.

– Zero-zero, tu 457-11 – po­wtó­rzy­ła wy­wo­ła­nie dwu­krot­nie. Ra­dio­sta­cja od­po­wie­dzia­ła nie­wy­ra­źny­mi trza­ska­mi. Naj­wy­ra­źniej za­si­ęg był już nie­wy­star­cza­jący. Zre­zy­gno­wa­na wy­ci­ągnęła te­le­fon i wy­szu­ka­ła kon­takt.

– Zgła­sza się Gel­lert – po­wie­dzia­ła, gdy już uzy­ska­ła po­łącze­nie. – Mamy tu fak­tycz­nie zwło­ki na to­rach. Wy­gląda­ją na ofia­rę za­bój­stwa lub po­bi­cia ze skut­kiem śmier­tel­nym. Nie jest to wy­pa­dek ko­le­jo­wy, nie było roz­je­cha­nia przez po­ci­ąg – do­da­ła. – Ofia­ra zi­den­ty­fi­ko­wa­na jako Ma­ciej Ba­gi­ński, PE­SEL 80031192758 – po­da­ła. – To zda­je się były woj­sko­wy, bo miał przy so­bie le­gi­ty­ma­cję we­te­ra­na i eme­ry­ta woj­sko­we­go. Co mamy ro­bić? Po­dob­no to już te­ren nie na­szej ko­men­dy.

Po dru­giej stro­nie na chwi­lę za­pa­dła ci­sza. Sły­chać było tyl­ko kli­ka­nie kla­wi­szy – za­pew­ne dy­żur­ny wpi­sy­wał dane do wy­szu­ki­war­ki sys­te­mu.

– Po­słu­chaj mnie bar­dzo uwa­żnie – od­po­wie­dział ofi­cer dy­żur­ny. – Zo­stań na miej­scu. Za­bez­piecz śla­dy, do­wo­dy. Cze­kaj na dal­sze po­le­ce­nia, tech­nik od nas je­dzie, będzie za pół go­dzi­ny, le­karz ostat­nie­go kon­tak­tu ta­kże.

– Ro­zu­miem, wy­ko­nam – za­ko­ńczy­ła po­łącze­nie.

_Za­bez­piecz śla­dy i do­wo­dy._ Ła­two po­wie­dzieć. Wy­szu­ka­ła wzro­kiem ko­le­ja­rza, sto­jące­go przy wa­go­nie i tłu­ma­czące­go pa­sa­że­ro­wi, że po­ci­ąg na ra­zie nie po­je­dzie i nie wia­do­mo kie­dy ru­szy.

– Ile osób pod­cho­dzi­ło do cia­ła? – spy­ta­ła.

– Tyl­ko ja – od­po­wie­dział kie­row­nik po­ci­ągu. – Me­cha­nik, zna­czy ma­szy­ni­sta, za­uwa­żył zwło­ki, ale nie wy­cho­dził z ka­bi­ny.

– Po­pro­szę na­zwi­ska i nu­me­ry słu­żbo­we – wy­jęła znów ter­mi­nal i otwo­rzy­ła apli­ka­cję do no­to­wa­nia.

– Mo­że­cie nas pu­ścić? – ko­le­jarz sko­rzy­stał z oka­zji, gdy po­li­cjant­ka wpro­wa­dza­ła jego dane oraz na­zwi­sko ma­szy­ni­sty. – Prze­cież to nie jest wy­pa­dek z Czło­wie­kiem. Jak trze­ba, to ze­zna­nia zło­ży­my po­tem, na­gra­nia też mo­że­cie chy­ba zgrać w War­sza­wie.

– A na lo­ko­mo­ty­wie albo w wa­go­nach są ja­kieś ka­me­ry? – upew­ni­ła się, sły­sząc o na­gra­niach.

– A są, na­wet kil­ka, na lo­ko­mo­ty­wie, w tym jed­na na pew­no re­je­stru­je wi­dok do przo­du.

– Do­sko­na­le. Jak tyl­ko się da, po­zwo­li­my wam od­je­chać. Też mam na ko­goś cze­kać – wy­ja­śni­ła i ze­szła z to­ro­wi­ska.

Cze­ka­jąc na przy­by­cie ko­goś – kim­kol­wiek ten ktoś miał być – za­częła prze­glądać ko­lej­ne za­pi­sy w ba­zach da­nych, do któ­rych do­stęp za­pew­niał ter­mi­nal. Zma­rły jesz­cze dwa lata temu miesz­kał w Ża­ga­niu, ale te­raz wid­niał w ewi­den­cji jako miesz­ka­niec wsi Gro­dzi­szów. Ad­res: uli­ca Aka­cjo­wa 22. Miał dwa sa­mo­cho­dy. Dwa za­re­je­stro­wa­ne na nie­go te­le­fo­ny. Ko­lej­ne klik­ni­ęcia przy­nio­sły in­for­ma­cję, że trzy lata temu za­ko­ńczył trwa­jącą dwa­dzie­ścia dwa lata słu­żbę woj­sko­wą. Był wpi­sa­ny na li­stę kwa­li­fi­ko­wa­nych pra­cow­ni­ków ochro­ny fi­zycz­nej. Wi­ęcej nie mo­gła spraw­dzić. Aby za­po­znać się z wy­ka­zem te­le­fo­nów lub usta­lić ich lo­ka­li­za­cję, mu­sia­ła­by znów za­dzwo­nić do dy­żur­ne­go ko­men­dy, któ­ry tę pro­śbę mu­sia­łby prze­ka­zać do ko­men­dy wo­je­wódz­kiej. Tam­tej­si po­li­cjan­ci mie­li do­stęp do sys­te­mów po­zwa­la­jących na spraw­dze­nie po­łączeń, lo­ka­li­za­cji te­le­fo­nu i wie­lu in­nych rze­czy. Mia­ła na­dzie­ję, że przy­naj­mniej tyle uda się zro­bić, za­nim na miej­sce przy­je­dzie ktoś z pro­ku­ra­tu­ry. W myśl prze­pi­sów ko­dek­su po­stępo­wa­nia kar­ne­go w ra­zie po­pe­łnie­nia za­bój­stwa śledz­two pro­wa­dził for­mal­nie pro­ku­ra­tor, choć po wsz­częciu mo­gło zo­stać ono po­wie­rzo­ne po­li­cji.

Cze­ka­jąc na wia­do­mo­ść zwrot­ną, spraw­dzi­ła na te­le­fo­nie na­zwi­sko ofia­ry. Kil­ka­na­ście mi­nut prze­gląda­nia stron www i me­diów spo­łecz­no­ścio­wych, zwłasz­cza Fa­ce­bo­oka, spra­wi­ło, że czu­ła się przy­go­to­wa­na na przy­jazd pro­ku­ra­to­ra.

– Ktoś je­dzie – oznaj­mił sie­rżant, wi­dząc ko­lej­ne bły­ska­jące świa­tła na dro­dze. Spoj­rza­ła w tam­tą stro­nę. Sza­ry Opel In­si­gnia, któ­ry po­li­cjant­ka zna­ła z wi­dze­nia. Za Oplem je­cha­ła nie­bie­ska To­yo­ta Land Cru­iser, po­wo­li i pew­nie po­ko­nu­jąc nie­rów­no­ści grun­to­wej dro­gi.

– Ce­giel­nia przy­je­cha­ła i jesz­cze ktoś – po­wie­dzia­ła do po­zo­sta­łych, ma­jąc na my­śli ko­men­dę wo­je­wódz­ką, na­zy­wa­ną tak z po­wo­du ce­gla­nej ele­wa­cji gma­chu. Z ka­żde­go wozu wy­sia­dła jed­na oso­ba. W po­staw­nym bru­ne­cie o si­wie­jącej skro­ni, któ­ry wy­sia­dł z Opla, Gel­lert roz­po­zna­ła funk­cjo­na­riu­sza wy­dzia­łu kry­mi­nal­ne­go ko­men­dy wo­je­wódz­kiej, któ­ry kie­ro­wał tam sek­cją pierw­szą, od­po­wie­dzial­ną za spra­wy prze­stępstw prze­ciw­ko ży­ciu i zdro­wiu. Ko­bie­ta o krępej syl­wet­ce i ciem­no­ru­dych wło­sach, któ­ra ze­sko­czy­ła na zie­mię, wy­sia­da­jąc z To­yo­ty, nie była jej zna­na.

– Pod­in­spek­tor Łu­kasz Wit­czak, ko­men­da wo­je­wódz­ka – oznaj­mił nowo przy­by­ły, po­ka­zu­jąc le­gi­ty­ma­cję. – To nad­ko­mi­sarz Ka­ta­rzy­na Sze­li­ga – przed­sta­wił to­wa­rzy­szącą mu ko­bie­tę. – A pani to aspi­rant Gel­lert, jak ro­zu­miem?

– Tak jest. Zwło­ki są na to­rach, obok po­ci­ągu – wska­za­ła ręką. – Ko­le­ja­rze py­ta­ją, kie­dy będą mo­gli ru­szać.

– Jak będą mo­gli, to będą mo­gli – od­po­wie­dział po­li­cjant, idąc w kie­run­ku cia­ła. Spoj­rzał na nie, wspo­ma­ga­jąc się la­tar­ką. – Pani usta­li­ła to­żsa­mo­ść?

– Tak. Wstęp­nie, w try­bie czyn­no­ści nie­cier­pi­ących zwło­ki – wy­ja­śni­ła, nie wie­dząc, czy zo­sta­nie upo­mnia­na za nad­gor­li­wo­ść, czy po­chwa­lo­na za ini­cja­ty­wę. – Po­my­śla­łam, że le­piej będzie wie­dzieć co­kol­wiek, za­nim ktoś usta­li, kto da­lej ma pro­wa­dzić spra­wę.

– Tyle do­bre­go. A cze­mu wła­ści­wie do­pie­ro na miej­scu ktoś się zo­rien­to­wał, że to nie jest już te­ren Wro­cła­wia? – do­cie­kał po­li­cjant. Znał przy­pad­ki, gdy ko­men­dy usi­ło­wa­ły prze­rzu­cić na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ść za pro­wa­dzo­ną spra­wę, na­wet prze­su­wa­jąc zwło­ki, ale po­wo­dem ta­kiej pa­to­lo­gii była sta­ty­sty­ka. Ka­żda ko­men­da uni­ka­ła spraw trud­nych, nie­ro­ku­jących roz­wi­ąza­nia, a chęt­nie przyj­mo­wa­ła do pro­wa­dze­nia spra­wy ła­twe. Ta­ki­mi była wi­ęk­szo­ść za­bójstw w Pol­sce, po­pe­łnia­nych pod wpły­wem al­ko­ho­lu i emo­cji. Nie­je­den spraw­ca pod­czas po­pe­łnie­nia czy­nu był tak pi­ja­ny, że do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia, gdy kac mi­nął, do­cie­ra­ło do nie­go, co zro­bił.

– Wia­do­mo­ść od ko­le­ja­rzy nie była pre­cy­zyj­na, a pa­trol je­chał od po­łud­nia. Tu na tych dró­żkach nie ma ta­blic z na­zwą po­wia­tu. Pew­nie były, ale ktoś ukra­dł albo roz­bił. Ja też je­cha­łam od Krzy­ków, wcze­śniej za­ła­twia­łam spra­wę na ko­mi­sa­ria­cie. Też nie za­uwa­ży­łam – przy­zna­ła – ale je­stem tu sama, prze­cież jest pi­ątek wie­czór. W Siech­ni­cach za­jęci, bo pi­ja­ny fa­cet bił żonę i dzie­ci. Od nas dużo lu­dzi po­je­cha­ło do Pa­sa­żu Nie­po­lda, bo była bój­ka na noże, a tu wy­gląda­ło na wy­pa­dek albo sa­mo­bój­stwo. To po­sła­li mnie – wy­ja­śni­ła.

Nie mu­sia­ła do­da­wać, że jako naj­młod­szej sta­żem w wy­dzia­le przy­dzie­lo­no jej po pro­stu naj­gor­szą, przy­naj­mniej we­dług pierw­szych in­for­ma­cji, spra­wę.

– Jak zwy­kle – ski­nął gło­wą Wit­czak. Bra­ki ka­dro­we nie były ni­czym no­wym. Na ca­łym Dol­nym Śląsku po­li­cja po­win­na mieć osiem ty­si­ęcy funk­cjo­na­riu­szy, a nie­ob­sa­dzo­nych było po­nad ty­si­ąc eta­tów. Od po­zo­sta­jących w słu­żbie nie­ca­łych sied­miu ty­si­ęcy na­le­ża­ło od­li­czyć urlo­po­wa­nych, cho­rych, wy­sła­nych na szko­le­nia. Nie­któ­rzy po­li­cjan­ci, zwłasz­cza z od­dzia­łów pre­wen­cji, byli też często wy­sy­ła­ni poza wo­je­wódz­two, do słu­żby na gra­ni­cy czy do pil­no­wa­nia po­rząd­ku pod­czas du­żych im­prez i ma­ni­fe­sta­cji. Wresz­cie na po­li­cyj­nych eta­tach byli ta­kże urzęd­ni­cy w mun­du­rach, z kadr, lo­gi­sty­ki czy ad­mi­ni­stra­cji, a na­wet mu­zy­cy or­kie­stry po­li­cyj­nej. W jego wy­dzia­le bra­ko­wa­ło jed­nej trze­ciej funk­cjo­na­riu­szy.

– Jak to pani zda­niem wy­gląda? – spy­tał.

Mło­da aspi­rant za­sta­na­wia­ła się chwi­lę nad od­po­wie­dzią. Py­ta­nie do­ty­czy­ło cze­goś wi­ęcej niż fak­tów. W po­li­cji kry­mi­nal­nej słu­żbę pe­łni­ła od nie­daw­na. Wie­dzia­ła, że ka­żde py­ta­nie może być te­stem. Zwłasz­cza ta­kim, któ­ry ma wy­ka­zać, że nie na­da­je się i po­win­na wró­cić do pa­tro­lo­wa­nia rze­ki i jej oko­lic, czym zaj­mo­wa­ła się jesz­cze nie­daw­no.

– Ofia­ra ma wy­ra­źne śla­dy po­bi­cia i du­sze­nia – za­częła wy­li­czać Gel­lert. – Mo­żli­we, że po­zba­wie­nie jej ży­cia nie było za­pla­no­wa­ne przez spraw­ców. Nie mie­li pod ręką na­rzędzia ta­kie­go jak nóż czy pi­sto­let. Mo­żli­we, że do­szło do kłót­ni przy al­ko­ho­lu, czuć wód­kę. Mo­żli­we, że ofia­ra zna­ła spraw­ców. Po do­ko­na­niu za­bój­stwa spraw­cy pró­bo­wa­li upo­zo­ro­wać wy­pa­dek, po­rzu­ca­jąc zwło­ki na to­rach w na­dziei, że po prze­je­cha­niu przez po­ci­ąg śla­dy za­bój­stwa będą trud­ne do wy­kry­cia. Aby utrud­nić śledz­two, za­bra­li ofie­rze te­le­fon i port­fel. Za­pew­ne po­ru­sza­li się sa­mo­cho­dem, do­jazd tu­taj jest w mia­rę ła­twy.

– Dla­cze­go spraw­cy w licz­bie mno­giej? – do­cie­ka­ła Sze­li­ga.

– Ofia­ra wy­gląda na spraw­ne­go fi­zycz­nie mężczy­znę, z prze­szło­ścią woj­sko­wą. Taka oso­ba po­win­na pod­czas bój­ki po­ra­dzić so­bie z jed­nym na­past­ni­kiem. Na­wet po al­ko­ho­lu.

– Czy­li na ra­zie nie ma świad­ków? – upew­ni­ła się ko­mi­sarz.

– Ni­ko­go nie zna­la­złam, ani ja, ani pa­trol, poza ko­le­ja­rza­mi – Gel­lert po­kręci­ła gło­wą prze­cząco. – Może ktoś z wcze­śniej­sze­go po­ci­ągu coś wi­dział.

Wit­czak wska­zał na cia­ło.

– Co jesz­cze o nim wie­my?

– Miesz­kał nie­da­le­ko. Wieś Gro­dzi­szów. Sądząc po da­nych z sys­te­mu, prze­pro­wa­dził się dwa lata temu, za­raz po za­ko­ńcze­niu słu­żby woj­sko­wej. Nie ma in­for­ma­cji o krew­nych, praw­do­po­dob­nie miesz­kał tam sam.

– Do­sko­na­le – po­wie­dział Wit­czak to­nem oznaj­mia­jącym, że zda­ła test. – Pierw­szy raz zda­rze­nie śmier­tel­ne?

– Pierw­szy raz ta­kie. Wcze­śniej dwóch sa­mo­bój­ców, a daw­niej to­piel­cy – wy­ja­śni­ła.

– OK – ofi­cer po­li­cji ski­nął gło­wą. – Ten nie­bosz­czyk gdzie do­kład­nie miesz­kał?

– Aka­cjo­wa 22 – po­wie­dzia­ła po­li­cjant­ka.

– Na­praw­dę? – ku za­sko­cze­niu Gel­lert, Wit­czak uśmiech­nął się. – Do­brze, to tam za­cznie­my.

– Czy­li to wo­je­wódz­ka przej­mu­je spra­wę? – po­li­cjant­ka wo­la­ła się upew­nić. Ta­kże od­no­śnie tego, czy jej obec­no­ść będzie po­trzeb­na. Jej py­ta­nie wy­wo­ła­ło chwi­lę mil­cze­nia. Kło­po­tli­we­go, jak sądzi­ła. Ta­kie­go, któ­re po­wsta­je, gdy pada py­ta­nie, któ­re nie po­win­no zo­stać za­da­ne.

– Pani aspi­rant, świet­nie wy­ko­na­ła pani ro­bo­tę na miej­scu zda­rze­nia. Wnio­ski z akt też wy­ci­ągnęła pani do­bre. Po­pro­szę, aby pani po­je­cha­ła z nami do tego Gro­dzi­szo­wa, po­mo­gła roz­py­tać sąsia­dów, zna­jo­mych, je­śli gość ich miał. Ale ta spra­wa jest tro­chę skom­pli­ko­wa­na. Pani ko­mi­sarz jest z CBŚP – po­wie­dział. – Pro­szę o tym ni­ko­mu nie mó­wić. Niech to dla wszyst­kich będzie po pro­stu trup na to­rach. Po­wsta­nie pew­nie gru­pa, któ­ra się zaj­mie wy­ja­śnia­niem tego zda­rze­nia, i je­śli pani zdo­ła do­cho­wać po­uf­no­ści, to po­sta­ram się pa­nią ści­ągnąć, bo nie ma sen­su wta­jem­ni­czać wi­ęcej osób niż to jest po­trzeb­ne. To może ozna­czać mnó­stwo pra­cy – ci­ężkiej, nie­wdzi­ęcz­nej, a może ta­kże cie­ka­wej. Pa­su­je pani? ■ROZDZIAŁ 2

Łysy mężczy­zna wy­sze­dł po­wo­li przed dom. Ob­ró­cił się, po­dzi­wia­jąc bu­dy­nek. Wie­dział, że nie pa­su­je do oto­cze­nia. I tak też mia­ło być.

Duża wil­la o be­żo­wych ścia­nach i brązo­wym da­chu, z pod­jaz­dem wy­ło­żo­nym kost­ką, nie była ty­po­wym wi­do­kiem czter­dzie­ści ki­lo­me­trów na wschód od War­sza­wy. Tym bar­dziej, że obok niej zbu­do­wa­ny zo­stał ob­szer­ny ga­raż na sze­ść sa­mo­cho­dów, a na ty­łach znaj­do­wał się od­kry­ty ba­sen oraz kort te­ni­so­wy.

Tym­cza­sem w oko­li­cy je­dy­nym obiek­tem spor­to­wym było wiej­skie bo­isko, uży­wa­ne co nie­dzie­lę przez ama­to­rów z dru­ży­ny Or­kan Prądze­wo, miesz­ka­ńcy gnie­ździ­li się w ma­łych do­mach, a sa­mo­cho­dy trzy­ma­li na po­dwór­kach, obok ci­ągni­ków i ma­szyn rol­ni­czych. Przy­naj­mniej ci, któ­rzy jesz­cze żyli z rol­nic­twa. Byli tacy, któ­rzy ofe­ro­wa­li swo­je usłu­gi na miej­scu, o czym świad­czy­ły szyl­dy w ro­dza­ju „Roz­rusz­ni­ki – Al­ter­na­to­ry – Re­ge­ne­ra­cja” albo „Sto­lar­stwo – Me­ble” czy też „Sklep Wie­lo­bra­nżo­wy. Spo­żyw­cze i Che­mia”. Inni wresz­cie co­dzien­nie po­ko­ny­wa­li dzie­si­ąt­ki ki­lo­me­trów, pra­cu­jąc w War­sza­wie. Byli wresz­cie tacy, któ­rzy po­szu­ki­wa­li in­nych oka­zji do za­rob­ku. Zda­rza­ło się, że Łysy ko­rzy­stał z ich usług. By­wa­li tacy, któ­rzy od­wa­ży­li się przy­jść pro­sto do nie­go, częściej jed­nak szu­ka­li po­śred­ni­ków albo ła­pa­li się oka­zji, tyl­ko do­my­śla­jąc się, dla kogo na­praw­dę pra­cu­ją.

Dla zwy­kłych lu­dzi był Pa­nem Ste­fa­nem, dla le­piej po­in­for­mo­wa­nych – Ha­ny­sem. Nie był jed­nym z nich i nie za­mie­rzał być. Spe­cjal­nie zbu­do­wał dom na wsi, wie­dząc, że będzie się rzu­cać w oczy. Tak samo, jak w oczy rzu­ca­li się wszy­scy obcy, z po­li­cją na cze­le. Aby za­pew­nić so­bie przy­chyl­no­ść miej­sco­wych, do­rzu­cił się pi­łka­rzom do stro­jów, pro­bosz­czo­wi do re­mon­tu ko­ścio­ła, wój­to­wi wspa­rł fun­dusz wy­bor­czy.

Przez lata na­uczył się, jak dbać o kon­tak­ty z wła­ści­wy­mi lu­dźmi, a przede wszyst­kim – jak roz­po­znać, kim są wła­ści­wi lu­dzie i z kim war­to roz­ma­wiać. Lek­cje nie były dar­mo­we. Za­czy­nał na ro­dzin­nym Śląsku, jesz­cze za ko­mu­ny. Za­czął od okra­da­nia wa­go­nów z węglem. Pó­źniej ukra­dł sa­mo­chód. Nie był wy­ra­fi­no­wa­ny. Za­miast grze­bać w zam­ku, wo­lał wła­ści­cie­lo­wi przy­ło­żyć nóż do szyi i za­brać klu­czy­ki. Za­czy­nał skrom­nie. Ma­luch, po­tem Po­lo­nez, wresz­cie po­ku­sił się o wóz za­chod­ni. Maz­dę, któ­rą ja­kiś in­ży­nier bu­dow­la­ny ku­pił za do­la­ry za­ro­bio­ne na za­gra­nicz­nym kontr­ak­cie. Nie wie­dział, że „ja­kiś in­ży­nier” jest na­czel­nym in­ży­nie­rem przed­si­ębior­stwa, a przede wszyst­kim bra­tem ka­to­wic­kie­go ko­men­dan­ta mi­li­cji. Do tego był na tyle głu­pi, by pró­bo­wać szar­pać się z mi­li­cjan­ta­mi pod­czas za­trzy­ma­nia. Pro­ces był szyb­ki. Do­stał pięć lat za roz­bój oraz za czyn­ną na­pa­ść na funk­cjo­na­riu­sza. Do­dat­ko­wo wy­rok miał od­sie­dzieć da­le­ko od Śląska, w wi­ęzie­niu Czar­ne, gdzie z re­gu­ły tra­fia­li re­cy­dy­wi­ści.

Na­sta­nie no­wej wła­dzy wi­ęźnio­wie przy­wi­ta­li bun­tem, stłu­mio­nym przez siły po­rząd­ko­we po kil­ku dniach. Wte­dy, bi­jąc się na zbu­do­wa­nej z me­bli ba­ry­ka­dzie, prze­stał być tyl­ko gów­nia­rzem, któ­re­go od wy­lądo­wa­nia na naj­ni­ższym szcze­blu wi­ęzien­nej hie­rar­chii ra­to­wał je­dy­nie wy­rok za na­pa­ść na mi­li­cjan­ta. Byli tacy, któ­rzy mie­li znacz­nie go­rzej. Wy­sze­dł i skie­ro­wał swo­je kro­ki nie do domu, ale do War­sza­wy. A ra­czej do Prusz­ko­wa. Za­czy­nał od sa­me­go dołu. Przy­nieś, po­daj, po­za­mia­taj, prze­wieź sa­mo­chód z miej­sca na miej­sce, jedź pod ten ad­res i zo­staw pacz­kę, jedź tam i po­bij czło­wie­ka. Pro­ste spra­wy. Z cza­sem za­częto mu ufać bar­dziej. Za­czął prze­wo­zić nar­ko­ty­ki. Wte­dy zo­stał za­trzy­ma­ny po raz ko­lej­ny. Na szczęście gru­pa mu po­mo­gła. Prze­ko­na­ny pli­kiem bank­no­tów pro­ku­ra­tor uwie­rzył w wy­ja­śnie­nia za­trzy­ma­ne­go, upie­ra­jące­go się, że nie wie­dział o znaj­du­jących się w schow­ku w ba­ga­żni­ku dwóch ki­lo­gra­mach he­ro­iny. Nie mógł jed­nak uwie­rzyć, że za­trzy­ma­ny nie miał świa­do­mo­ści, że za pa­skiem ma pi­sto­let, a w domu znaj­du­je się Ka­łasz­ni­kow z pe­łnym ma­ga­zyn­kiem. Z tego po­wo­du spędził rok za krat­ka­mi. W tym cza­sie po­li­cja szy­ko­wa­ła się już na osta­tecz­ną roz­pra­wę z gan­giem prusz­kow­skim i le­d­wo wy­sze­dł, a bos­so­wie gru­py zo­sta­li prze­trze­bie­ni za­trzy­ma­nia­mi albo ucie­kli za gra­ni­cę.

To spra­wi­ło, ze na ryn­ku po­ja­wi­ła się pró­żnia. Po­cząt­ko­wo jego spe­cjal­no­ścią sta­ły się na­pa­dy ra­bun­ko­we, zwłasz­cza na ci­ęża­rów­ki z dro­gi­mi to­wa­ra­mi, jak al­ko­hol czy elek­tro­ni­ka. Pó­źniej roz­sze­rzył dzia­łal­no­ść o upro­wa­dze­nia dla oku­pu. Nie był już wy­ko­naw­cą. Był zle­ce­nio­daw­cą. I wie­dział już o świe­cie na tyle dużo, aby ro­zu­mieć, że ko­ńczy się czas zwy­kłe­go ban­dy­ty­zmu. Poza tym wów­czas uro­dził mu się syn.

Wy­co­fał się z na­pa­dów i po­rwań, za­bie­ra­jąc zgro­ma­dzo­ny ka­pi­tał, i prze­sze­dł na inne pole. Do­cho­do­wy i dużo mniej ry­zy­kow­ny oka­zał się prze­myt pa­pie­ro­sów ze wscho­du. Pie­ni­ądze za­pew­ni­ły ka­pi­tał na roz­ruch no­we­go biz­ne­su, a pa­łki i cio­sy jego lu­dzi eli­mi­no­wa­ły kon­ku­ren­cję lub prze­ko­ny­wa­ły ją do pod­po­rząd­ko­wa­nia się no­we­mu sze­fo­wi. Po­wo­li za­czął bu­do­wać swo­je wła­sne, małe i dys­kret­nie dzia­ła­jące pod­ziem­ne przed­si­ębior­stwo. Mimo ko­lej­nych prze­szkód ze stro­ny po­li­cji, cier­pli­wie roz­sze­rzał dzia­łal­no­ść o ko­lej­ne bra­nże. To da­wa­ło pie­ni­ądze. Pie­ni­ądze, któ­re za­ra­biał on, pod­czas gdy ry­zy­ko po­no­si­li inni. Mło­dzi. To ich za­my­ka­ła po­li­cja, to oni zdo­by­wa­li ko­lej­ne prze­stęp­cze szli­fy, od­sia­du­jąc wy­ro­ki. Ist­niał po­rządek.

Wszyst­ko było do­brze, do­pó­ki nie za­czął czuć bólu. Naj­pierw go lek­ce­wa­żył, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że gdy mężczy­zna po czter­dzie­st­ce nie czu­je bólu, to nie żyje. Ból nie mi­jał, po­ja­wi­ły się nowe ob­ja­wy. Dia­gno­za była jed­no­znacz­na. Rak trzust­ki.

Prze­rwał roz­my­śla­nia, gdy usły­szał za ple­ca­mi dźwi­ęk sil­ni­ka. Ob­ró­cił się.

Bra­ma otwo­rzy­ła się, po­zwa­la­jąc na wjazd czer­wo­ne­go wozu. Czu­wa­jący przy bra­mie ochro­niarz wy­sze­dł ze swo­jej bud­ki, za­sko­czo­ny. Bra­mę otwar­to pi­lo­tem, ale tego wozu nie znał. Uspo­ko­ił się, gdy w otwar­tym oknie zo­ba­czył zna­jo­mą twarz.

Wóz o za­dzior­nych kszta­łtach wje­chał na pod­jazd i za­trzy­mał się tuż przed Ha­ny­sem. Kie­row­ca do­dał gazu, chwa­ląc się mocą sil­ni­ka.

– I co, tato? – mło­dy, pu­cu­ło­wa­ty mężczy­zna spy­tał, wy­sia­da­jąc. – Nie­zły, nie?

– Co to? – Ha­nys ob­sze­dł wóz. Miał czte­ry drzwi, ale zna­ki z czar­nym ko­niem ozna­cza­ły mar­kę Fer­ra­ri.

– Nowy mo­del. Nów­ka sztu­ka. Fer­ra­ri Pu­ro­san­gue – wy­ja­śnił z dumą Ma­te­usz Nie­znal­ski. – Da­łem za nie­go pra­wie sze­śćset ty­si­ęcy. Euro – do­dał.

– War­to było? – spy­tał za­sko­czo­ny oj­ciec.

– W War­sza­wie są dwa ta­kie, w Pol­sce trzy – wy­ja­śnił syn.

– Rzu­ca się w oczy – od­pa­rł Ha­nys, ob­cho­dząc wóz do­oko­ła.

W od­po­wie­dzi mło­dy mężczy­zna wska­zał ręką w stro­nę ga­ra­ży.

– A co tam masz? – od­pa­rł.

– Coś to­bie wy­ja­śnię – od­pa­rł oj­ciec. – Cho­dź – wy­ci­ągnął z kie­sze­ni pi­lo­ta i idąc w stro­nę ga­ra­żu, otwo­rzył drzwi. Ma­te­usz po­sze­dł za nim.

Wnętrze było su­che i chłod­ne. Sta­ło tam kil­ka po­jaz­dów ró­żnych ma­rek. Nie­bie­skie BMW 850, pie­czo­ło­wi­cie od­re­stau­ro­wa­ny zie­lo­ny Po­lo­nez, czer­wo­ne Fer­ra­ri Te­sta­ros­sa, czar­ny Mer­ce­des W140 i ba­nal­nie wy­gląda­jąca na tle ko­lek­cji Sko­da Octa­via.

– Wiesz, cze­mu na co dzień je­żdżę Sko­dą, a Me­sia wy­ci­ągam tyl­ko jak po­trze­bu­ję się po­ka­zać? – spy­tał zmęczo­nym gło­sem. Wy­ja­śniał to już nie raz i nie za­no­si­ło się, aby to była ostat­nia taka lek­cja. – Bo nie rzu­ca się w oczy. A jak trze­ba, to chło­pa­ki ogar­nia­ją mi inny wóz. Nikt nie musi za­wsze wie­dzieć, gdzie by­wam, kie­dy i z kim. A te wszyst­kie inne wozy, te któ­re za­wsze chcia­łem mieć, jak by­łem mło­dy, trzy­mam dla sie­bie. Nie dla lan­su.

Mło­dy czło­wiek nie wy­da­wał się prze­ko­na­ny. Już w dzie­ci­ństwie za­uwa­żył, jaką moc mają pie­ni­ądze. Da­wa­ły lep­sze ubra­nia. Lep­szą szko­łę. Ko­re­pe­ty­cje. Naj­lep­szy kom­pu­ter i naj­now­sze gry. Opie­ku­nów, któ­rzy od­wo­zi­li go i od­bie­ra­li ze szko­ły, gdy oj­ciec zaj­mo­wał się in­ny­mi spra­wa­mi. Po­tem do­bry start w do­ro­sło­ść. Sa­mo­chód na osiem­na­ste uro­dzi­ny. Miesz­ka­nie w War­sza­wie i opła­co­ne stu­dia na pry­wat­nej uczel­ni. Ale też prze­ko­nał się, cze­go pie­ni­ądze nie mogą ku­pić.

– Za­raz po­wiesz, że mia­łem szan­se, któ­rych ty nie mia­łeś – od­po­wie­dział Nie­znal­ski – i że po­wi­nie­nem z nich sko­rzy­stać. Ale raz się żyje – wy­pa­lił i od razu po­ża­ło­wał. Może nie po­wi­nien tak się wy­ra­żać.

– Bo masz. I sam wy­bra­łeś, pa­mi­ętasz? – przy­po­mniał mu oj­ciec, opie­ra­jąc się o Sko­dę. – Po­wie­dzia­łem to­bie uczci­wie, jak jest. Mo­głeś do­stać kasę na roz­ruch, sko­ńczyć stu­dia, zo­stać me­ce­na­sem, ma­kle­rem, de­we­lo­pe­rem czy kim tam byś chciał. Po­wie­dzia­łeś, że nie chcesz.

– Bo nie chcia­łem – od­ci­ął się syn. – Mia­łbym pier­dzieć w sto­łek? – wzru­szył ra­mio­na­mi. – Sie­dzieć w biu­row­cu od rana do nocy, ga­pić się w mo­ni­to­ry?

– Tam są praw­dzi­wie pie­ni­ądze. I to le­gal­ne – od­pa­rł Ha­nys.

– Oj­ciec, nie prze­sa­dzaj. Żeby za­ro­bić praw­dzi­wie pie­ni­ądze u tych bo­ga­czy z biu­row­ców, trze­ba być jed­nym z nich. Być me­ce­na­sem? Faj­nie brzmi. Ale wszyst­kie Fer­ra­ri świa­ta nie ku­pią mi ojca pro­ku­ra­to­ra ani mat­ki sędzi­ny. Nie mam też wuj­ka w ra­dzie nad­zor­czej ban­ku ani ku­zy­na w Sej­mie. To, co mogę zro­bić, to sprze­da­wać im ko­ka­inę i za­ła­twiać luk­su­so­we dziw­ki. Żeby w ko­ńcu naj­wy­żej ja­kie­goś po­sła czy sędzie­go na­grać.

– Z po­sła­mi to ty uwa­żaj – prze­rwał mu oj­ciec. – Są gra­ni­ce, któ­rych le­piej nie prze­kra­czać. Kie­dyś mo­żna było, mia­łem raz po­sła w kie­sze­ni. Już nie żyje.

Nie­znal­ski spoj­rzał za­cie­ka­wio­ny. Były wci­ąż spra­wy, o któ­rych oj­ciec mu nie mó­wił. Za­sta­na­wiał się, ile ta­kich jesz­cze jest. I o ilu mu zdąży po­wie­dzieć.

– Przy­dał się?

– A gdzie tam. Tyl­ko kasę wy­ci­ągał i opo­wia­dał plot­ki. Kto się upił w ho­te­lu sej­mo­wym, kto kogo ru­cha. Cie­ka­we to było, ale mi się nie przy­da­wa­ło. Nie po­tra­fił wy­ci­ągnąć nic z po­li­cji czy z pro­ku­ra­tu­ry. In­nym ra­zem, dwa lata temu, chło­pa­ki przy­nie­śli mi na­gra­nie. Se­na­tor i dwie pa­nien­ki. Mó­wią: sze­fie, jest te­mat, mo­żna by chło­pa szan­ta­żo­wać. To ja py­tam: czym? Że zdro­wy chłop daje radę z dwo­ma ba­ba­mi? – za­śmiał się. A na po­wa­żnie: po co ro­bić so­bie pro­ble­my? Fa­cet jak jest se­na­to­rem, ma na te­le­fon słu­żby i to pew­nie sze­fo­stwo. I gów­no mu zro­bi­my. Urzęd­ni­ka ja­kie­goś trze­ba ko­rum­po­wać. Ta­kie­go, któ­ry na przy­kład na­praw­dę może prze­ro­bić ja­kiś plan za­go­spo­da­ro­wa­nia, czy pi­sze wy­mo­gi na prze­targ. I jest ma­łym try­bi­kiem w ma­szy­nie, nie ma ko­le­gów w słu­żbach. Albo ja­kiś biz­nes­men, nie­du­ży, nie wiel­ki re­kin, tyl­ko taki, po­wiedz­my… szczu­pak. Tak się robi biz­ne­sy – ob­ja­śniał. – Po co mi ja­kaś wiel­ka War­szaw­ka, jak mam ob­sta­wia­ne prze­tar­gi w mia­stach czy po­wia­tach? A wiesz ile jesz­cze będzie mo­żna za­ro­bić? Na Ukra­inie się uspo­koi, tam będzie ry­nek, tam będą oka­zje, żeby za­ra­biać. Pe­tro i Dy­my­tro to do­bre chło­pa­ki, choć za bar­dzo ich świerz­bią ręce. Mu­szą zro­zu­mieć, że u nas spra­wy za­ła­twia się ina­czej.

Sko­ńczył prze­mo­wę i skie­ro­wał się do wy­jścia. Spoj­rzał jesz­cze na sa­mo­cho­dy. Do gro­bu ich nie za­bie­rze. Ale myśl, aby za­ko­ńczyć ży­wot w jed­nym z nich, była ku­sząca.

– Przej­mu­jesz to wszyst­ko – po­wie­dział do syna. – Sko­ro już, jak mó­wisz, sam wy­bra­łeś, to zrób jed­ną rzecz. Po pro­stu nie spieprz tego. Uwa­żaj co ro­bisz, uwa­żaj gdzie by­wasz, nie rób wi­do­wi­ska i nie urządzaj zbęd­nych awan­tur. Me­ce­nas Sza­blew­ski, w ra­zie cze­go, ma ode mnie zgo­dę, żeby po­wie­dzieć to­bie o wie­lu spra­wach, gdy­bym nie zdążył. Ale za­nim to się sta­nie, to po­wiem to­bie, ile mogę – skie­ro­wał się w stro­nę domu.

– Ale cza­sem trze­ba ko­muś przy­wa­lić – po­wie­dział syn. – Je­den taki cwa­niak z za­du­pia, któ­ry po­ży­czał do cie­bie pie­ni­ądze...

– A, ten Mie­tek cwa­nia­czek – przy­po­mniał so­bie Ha­nys. – To płot­ka jest. Spu­ść mu fak­tycz­nie wpier­dol w sta­rym sty­lu, to zro­zu­mie. Jak nie będzie miał z cze­go od­dać, to ma na ko­goś z two­ich prze­pi­sać swo­je in­te­re­sy. Ja­kieś ma. A na ra­zie po­wiem to­bie, do cze­go przy­da­dzą się nam Ukra­ińcy – za­ko­ńczył. ■ROZDZIAŁ 3

Pu­cu­ło­wa­te­mu blon­dy­no­wi było cia­sno. Mu­siał sie­dzieć na po­dwój­nym sie­dze­niu w ka­bi­nie For­da Trans­i­ta. Wóz pod­ska­ki­wał na wy­bo­jach krętej dro­gi. Kie­row­ca, wy­so­ki bru­net o dłu­gich rękach, często ope­ro­wał dźwi­gnią zmia­ny bie­gów, wcho­dząc bar­kiem w prze­strzeń zaj­mo­wa­ną przez pa­sa­że­ra. Ten nie mógł się po­su­nąć. Trze­ci, na­pa­ko­wa­ny mężczy­zna zaj­mo­wał wi­ęk­szo­ść miej­sca na sie­dze­niu.

Ale to było nic w po­rów­na­niu z czy­nem, któ­re­go wła­śnie się do­pu­ści­li. Za­bój­stwo. Czy może po­bi­cie ze skut­kiem śmier­tel­nym. Nie był pe­wien, jaka kwa­li­fi­ka­cja praw­na jest wła­ści­wa. Choć sam przez pra­wie dwie de­ka­dy stał na stra­ży pra­wa, to ta­kie roz­wa­ża­nia nie na­le­ża­ły do nie­go. On wy­ko­ny­wał po­le­ce­nia. Aż do cza­su, gdy jed­ne­go nie wy­ko­nał.

– Ra­fał, je­steś pe­wien, że po­ci­ąg go roz­je­dzie? – spy­tał kie­row­cę.

– Ja­cek, no prze­cież stąd je­stem. Po­ci­ągi je­żdżą tu cały czas, i to na­wet te eks­pre­sy Pen­do­li­no. Tak go prze­mie­li, że nie doj­dą, co się z nim sta­ło – wy­ja­śnił za­py­ta­ny.

– Do­brze, że roz­je­ba­łem mu te­le­fon – ode­zwał się wiel­ko­lud. – Może nas na­gry­wał, skur­wiel. Ja mó­wi­łem, żan­darm to żan­darm. Kie­dyś to urlop na­gro­do­wy mia­łem trzy razy pod rząd, jak z prze­pust­ki wró­ci­łem z be­re­tem – do­dał.

– Ku­śka, po­tem będzie czas na opo­wie­ści kom­ba­tanc­kie – zwró­cił mu uwa­gę kie­row­ca, usi­łu­jąc sku­pić się na je­ździe grun­to­wą dro­gą. Gdy­by się za­ko­pa­li, po­zo­sta­wa­ło­by im po­rzu­cić wóz, naj­le­piej jesz­cze go spa­lić i ucie­kać pie­szo, bo naj­głup­szy wiej­ski stój­ko­wy sko­ja­rzy­łby po­rzu­co­ny sa­mo­chód z tru­pem na to­rach.

Mi­nęli wresz­cie pola, a po­lna dro­ga prze­szła w bru­ko­wa­ną. Wje­cha­li do uśpio­nej wsi.

– Su­lęcin – ode­zwał się znów Ku­śka. Za­mil­kł, zro­zu­miaw­szy, że ko­le­dzy nie są za­in­te­re­so­wa­ni wy­ja­śnie­niem, cze­mu ta na­zwa zwró­ci­ła jego uwa­gę.

Wzdłuż ulicz­ki ro­sły drze­wa, do wy­so­ko­ści me­tra po­bie­lo­ne wap­nem. Kie­row­cy prze­szło przez myśl, że bruk był jesz­cze po­nie­miec­ki, tak jak te drze­wa. W ko­ńcu wje­cha­li na as­falt.

Ford Trans­it ob­rał kie­ru­nek na po­łu­dnio­wy za­chód. Mi­ja­li jed­ną wieś po dru­giej, wszyst­kie po­dob­ne do sie­bie. Ja­cek za­sta­na­wiał się, czy kie­row­ca nie błądzi. Wo­lał nie py­tać go o to, a tym bar­dziej nie włączać te­le­fo­nu, aby sko­rzy­stać z na­wi­ga­cji. Wi­dok wia­duk­tu nad au­to­stra­dą A4 uspo­ko­ił go.

– Trze­ba będzie po­zbyć się tego wozu. Te­le­fo­ny też wy­pie­prz­cie, kup­cie w Cze­chach za­pas świe­żych kart – po­wie­dział do kom­pa­nów.

– Prze­cież po­my­ślą, że to wy­pa­dek był – po­wie­dział wiel­ko­lud. – Ra­fał zna się na tym, nie?

– Le­piej uwa­żać. Im mniej śla­dów zo­sta­nie, tym le­piej – po­wie­dział cier­pi­ący nie­wy­go­dy mężczy­zna.

– Za­wsze mo­żesz wy­si­ąść – wtrącił się sku­pio­ny na pro­wa­dze­niu wozu Ra­fał. – Skręcę na Strze­lin, wsia­dasz w po­ci­ąg do Wroc­ka, stam­tąd je­dziesz do sie­bie. Tyl­ko za bi­let za­płać go­tów­ką, jak tak się bo­isz śla­dy zo­sta­wiać. A co do sa­mo­cho­du: mamy jesz­cze trzy, a pó­źniej za­ła­twi się ja­koś nowe.

Ja­cek nie od­po­wie­dział. Spró­bo­wał za­mknąć oczy i po­lu­bić nie­wy­go­dy pod­ró­ży. _Em­bra­ce the suck_, jak ma­wia­li ame­ry­ka­ńscy żo­łnie­rze. Obu­dził się do­pie­ro u celu. Wy­gra­mo­lił się z ka­bi­ny jako ostat­ni. Wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał przed sie­bie.

_Wy­star­czy tyl­ko chwi­la i uciek­nę z tego kra­ju_ – po­my­ślał mężczy­zna, wpa­tru­jąc się w po­ro­śni­ęte la­sem zbo­cze góry, oka­la­jące po­se­sję, na któ­rej stał sta­ry dom z czer­wo­nym da­chem. Wy­star­czy­ło prze­biec trzy­sta me­trów, by zna­le­źć się w Cze­chach. Wie­dział, że je­dy­nym śla­dem gra­ni­cy są ni­skie ka­mien­ne zna­ki, na­wet nie słu­py. Sta­łych pa­tro­li ta­kże nie było, nie była to prze­cież gra­ni­ca wschod­nia, tyl­ko we­wnętrz­na gra­ni­ca Unii, któ­rą ła­twiej było prze­kro­czyć jed­ną z licz­nych dróg. I tam mo­żna było często na­po­tkać na umun­du­ro­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy pro­wa­dzących do­ra­źne kon­tro­le. Oczy­wi­ście, gdy­by mu­siał ucie­kać, to jego dane tra­fi­ły­by do Sys­te­mu In­for­ma­cji Schen­gen i wy­sta­wio­no by za nim eu­ro­pej­ski na­kaz aresz­to­wa­nia, ale to za­wsze zaj­mo­wa­ło czas. Kil­ka go­dzin, w trak­cie któ­rych zdo­ła­łby się ukryć. Znał w ko­ńcu te prze­pi­sy, me­cha­ni­zmy i pro­ce­du­ry, wie­le razy sam je sto­so­wał.

Na ra­zie nie było po­trze­by. Ktoś po­stron­ny ła­two wzi­ąłby sie­dzących przy ogni­sku lu­dzi, dwie ko­bie­ty i czte­rech mężczyzn, za gru­pę zna­jo­mych, któ­rzy wy­rwa­li się z mia­sta w góry, do wy­na­jęte­go domu, może aby świ­ęto­wać czy­jeś uro­dzi­ny czy awans. Spo­ty­ka­li się tu już wcze­śniej i nie było żad­nych pro­ble­mów. Na wszel­ki wy­pa­dek wy­łącza­li te­le­fo­ny i cho­wa­li je owi­ni­ęte w fo­lię alu­mi­nio­wą, a wcze­śniej od­by­wa­li za­wsze spa­cer po gó­rach, by wy­kryć ob­ser­wa­cję, je­śli kto­kol­wiek ją pro­wa­dził.

Ogni­sko, ja­kie roz­pa­li­li cze­ka­jący, jesz­cze pło­nęło, roz­świe­tla­jąc syl­wet­ki i twa­rze. Ode­szli od ognia, wy­cho­dząc na spo­tka­nie przy­by­łym. Byli za­sko­cze­ni. Spo­dzie­wa­li się dwóch sa­mo­cho­dów i czte­rech lu­dzi.

– Sze­fie, nie dało rady – Ra­fał zwró­cił się do naj­star­sze­go z ocze­ku­jących. – Nie dało rady ina­czej. Za bar­dzo się sta­wiał, za dużo żądał. Nie­bez­piecz­ny był – wy­ja­śniał po­śpiesz­nie. – Ale mamy tro­chę. Be­ryl, dwa Glau­be­ry­ty, pięć pi­sto­le­tów. No i pacz­ki ze spe­cjal­ny­mi pre­zen­ta­mi. Zdążył je na­szy­ko­wać. Wszyst­ko jest w sa­mo­cho­dzie – wska­zał kciu­kiem za sie­bie.

Si­wo­wło­sy ski­nął gło­wą. Nie było to po jego my­śli. Wo­lał po­ka­zać, że zga­dza się z de­cy­zją młod­sze­go wspól­ni­ka i mu ufa. Na roz­mo­wę o szcze­gó­łach oka­zję znaj­dzie pó­źniej.

– Mam na­dzie­ję, że nie na­ro­bi nam pro­ble­mów zza gro­bu – wtrąci­ła się jed­na z dwóch ko­biet, krępa bru­net­ka.

– Jaga, spo­koj­nie, to był prze­gryw. Umó­wił się z nami, a na­wa­lo­ny był jak ku­szet­ka do Ko­ło­brze­gu – Ra­fał wzru­szył ra­mio­na­mi. – Jak­by coś było na rze­czy, to nie by­łby sam i by­łby trze­źwy.

– Cho­le­ra wie, komu o nas po­wie­dział, cho­ćby i przy wód­ce – od­pa­rła. – Albo i nie przy wód­ce. Pa­mi­ętaj­cie, skąd się wzi­ął. I co nam przy­nió­sł.

– Jak­by się wy­ga­dał, to by­śmy tu nie sie­dzie­li – od­po­wie­dział ol­brzym. – No na lo­gi­kę.

– Ku­śka, nie zgry­waj mądrzej­sze­go niż je­steś – Jaga nie ustępo­wa­ła. – My­ślisz, że to tak wy­gląda jak na fil­mach? Mają na­zwi­sko i za­raz bum, drzwi wy­la­tu­ją z fu­try­ną?

– Na mi­sji tak wy­gląda­ło – ro­ze­źlo­ny wiel­ko­lud ta­kże nie za­mie­rzał ustąpić. Dwaj sto­jący z boku bro­da­ci mężczy­źni uśmiech­nęli się do sie­bie. Obaj pa­mi­ęta­li cza­sy, gdy wszyst­ko było prost­sze.

– Pa­mi­ętaj, że na mi­sji było ina­czej – wy­ższy z bro­da­czy, zna­ny jako Raj­der, spró­bo­wał za­że­gnać spór – bo tam mo­gli­ście wszyst­ko: we­jść do ko­goś w nocy z drzwia­mi, wy­sta­wić snaj­pe­ra, po­pro­sić Ame­ry­ka­nów, żeby zrzu­ci­li bom­bę. Tu­taj jest ina­czej. Trze­ba do­wo­dów dla sądu i w ogó­le. Tu­taj trze­ba się na­cho­dzić i na­cze­kać, żeby wszyst­kie pa­pie­ry, pod­pi­sy i pie­cząt­ki były. Wie­cie, jak to jest, nie­któ­rzy z was prze­cież ro­bi­li to jesz­cze nie­daw­no – do­dał.

– Ni­g­dy tego nie lu­bi­łem ro­bić i nie chcia­łem – ode­zwał się je­den z mil­czących do­tąd mężczyzn. – Mam na­dzie­ję, że fak­tycz­nie tego prze­gry­wa uzna­ją za pi­ja­ka i nie będzie im się chcia­ło ci­ągnąć śledz­twa. To jed­nak cho­ler­ne ry­zy­ko.

– Stra­żak, pa­mi­ętaj, duże ry­zy­ko, duży zysk – za­uwa­ży­ła mil­cząca do­tąd mło­da ko­bie­ta, szczu­pła blon­dyn­ka. – Po to to ro­bi­my, praw­da?

– Mira ma ra­cję. O tym roz­ma­wia­li­śmy już tyle razy – po­wie­dział si­wo­wło­sy.

_Żeby to było ta­kie pro­ste_ – do­dał w my­ślach. Za­bój­stwa nie do­ko­na­li z pre­me­dy­ta­cją, przy­naj­mniej nie on uwa­żał się za spraw­cę. Był to za­kłó­ce­nie cze­goś, co zro­dzi­ło się w dłu­gich roz­mo­wach i z cza­sem przy­bie­ra­ło po­stać co­raz bar­dziej kon­kret­ne­go pla­nu. Pla­nu do­pre­cy­zo­wa­ne­go przez czło­wie­ka, któ­re­go mu­sie­li za­bić.

To sło­wo krąży­ło w jego gło­wie, nie da­wa­ło o so­bie za­po­mnieć, jak bo­lący ząb. Przy­po­mniał so­bie ja­kieś sło­wa, zda­nia z za­jęć, na któ­re uczęsz­czał daw­no temu.

– Przy­go­to­wa­nie jest ka­ral­ne tyl­ko wte­dy, gdy usta­wa tak sta­no­wi, nie­praw­daż? – po­wie­dział na głos, przy­ku­wa­jąc uwa­gę po­zo­sta­łych. – Praw­da?

– I co to dla nas ozna­cza? – spy­tał ni­ższy z bro­da­czy. Po­dob­nie jak Raj­der, nie był w prze­szło­ści po­li­cjan­tem.

– Da­niel, ko­deks kar­ny mówi, że przy­go­to­wa­nie do prze­stęp­stwa nie za­wsze jest ka­ral­ne – od­po­wie­dzia­ła Jaga zmęczo­nym gło­sem. – Ar­ty­kuł szes­na­sty, pa­ra­graf dru­gi. Tyl­ko my­śmy już po­pe­łni­li prze­stęp­stwo. Ra­fał, Ja­cek i Ku­śka mają jak w ban­ku ar­ty­kuł sto czter­dzie­ści osiem, czy­li za­bój­stwo, chy­ba że wy­my­ślisz, jak zro­bić z tego ar­ty­kuł sto pi­ęćdzie­si­ąt sze­ść, pa­ra­graf trze­ci – mia­ła na my­śli po­bi­cie ze skut­kiem śmier­tel­nym. – A my, jak tu wszy­scy sto­imy, to już te­raz mo­że­my od­po­wia­dać z ar­ty­ku­łu dwie­ście czter­dzie­ści za nie­po­wia­do­mie­nie po­li­cji. Plus nie­któ­rzy z nas mają jak w ban­ku ar­ty­kuł dwie­ście sze­śćdzie­si­ąt trzy, nie­le­gal­ne po­sia­da­nie bro­ni. Ale na ra­zie nie jest tak, że mają nas wszyst­kich za co za­mknąć, na­wet je­śli o coś nas po­dej­rze­wa­ją.

– Czy­li – Da­niel znów się wtrącił – je­śli ten gno­jek ka­po­wał, a wie­my, że mógł, to prze­cież po to, aby do­star­czyć ko­muś… nie wiem, Abweh­rze, CBŚP, może ko­muś jesz­cze… do­wo­dów. Przy­go­to­wa­nie to pla­no­wa­nie, tak? – spy­tał. – Więc już nas mają.

– Pla­no­wa­nie, zbie­ra­nie in­for­ma­cji, po­zy­ska­nie na­rzędzi i tak da­lej – Jaga ski­nęła gło­wą – ale tyl­ko w nie­któ­rych przy­pad­kach. Do tego je­śli by­śmy na­gle się roz­my­śli­li i mo­gli­by­śmy udo­wod­nić, że już nie chce­my tego ro­bić, nie pod­le­ga­my ka­rze. Na przy­kład gdy­byś chciał podło­żyć bom­bę na dwor­cu ko­le­jo­wym, to przy­go­to­wa­nie, tak samo jak zgro­ma­dze­nie ma­te­ria­łów do jej zro­bie­nia, czy na­wet spo­rządze­nie pla­nu, jest ka­ral­ne. Ale je­śli znisz­czysz plan czy ma­te­ria­ły, kary nie ma, bo zre­zy­gno­wa­łeś z tego za­mia­ru – wy­ja­śni­ła.

– Więc ci­ężko coś udo­wod­nić i le­piej mieć jed­no­znacz­ny do­wód? Zła­pać na go­rącym uczyn­ku? – nie czuł się pew­nie, pra­ca śled­cza ni­g­dy nie była jego spe­cjal­no­ścią. – On mó­wił cały czas o bro­ni. Nie­zbyt le­gal­nej. Może cho­dzi­ło o to, aby nas przy­skrzy­nić, jak będzie­my ją ku­po­wać?

– Może za­kła­da­li, że za­ło­żą for­mal­nie spra­wę, jak­by coś już było na rze­czy, żeby z za­cho­wa­niem wszyst­kich pro­ce­dur prze­pro­wa­dzić sprze­daż kon­tro­lo­wa­ną bro­ni? – do­da­ła ko­bie­ta. – Ale sko­ro was nie za­mknęli na miej­scu, to może o ni­czym nie wie­dzie­li.

– Czy­li na­wet je­śli coś na nas mają, to w dupę mogą so­bie tę wie­dzę wsa­dzić? – spy­tał nie­zbyt sub­tel­nie ol­brzym. – To chuj z nimi, ro­bi­my te­mat. Po­trze­bu­ję for­sy.

Si­wo­wło­sy uśmiech­nął się. Wiel­ko­lud za­wdzi­ęczał miej­sce w tym gro­nie swo­je­mu pro­ste­mu spo­so­bo­wi by­cia, któ­ry nie po­zo­sta­wiał miej­sca na wąt­pli­wo­ści albo kło­po­tli­we py­ta­nia. Po­zo­sta­li mie­li za sobą skom­pli­ko­wa­ną prze­szło­ść i kie­ro­wa­ły nimi bar­dziej zło­żo­ne mo­ty­wy.

– Do­kład­nie tak, Ku­śka. Ra­czej nie na­le­ży się oba­wiać pro­ble­mów. Nie­ste­ty to, co się sta­ło, może przy­ci­ągnąć uwa­gę po­li­cji. Dla­te­go pro­po­nu­ję nie po­rzu­cać pla­nu, ale za­cząć mu­si­my wcze­śniej, niż sądzi­li­śmy – po­wie­dział Szef. – je­śli ktoś nie czu­je się na si­łach, za­wsze może ode­jść i o nas za­po­mnieć. Nie mu­sze do­da­wać, że my o kimś ta­kim nie za­po­mni­my.

Nikt nie od­po­wie­dział. Wszy­scy tyl­ko spoj­rze­li po so­bie.

_Do­sko­na­le_ – po­my­ślał Szef. Nie mają już nic do stra­ce­nia, na­wet je­śli mo­ty­wy, któ­re nimi kie­ro­wa­ły, były bar­dzo ró­żne.

Nim kie­ro­wał naj­prost­szy. Ze­msta. ■
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij