Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Stranger Things. Za wszelką cenę - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 lutego 2026
3599 pkt
punktów Virtualo

Stranger Things. Za wszelką cenę - ebook

Czy to już rzeczywiście koniec bijącego wszelkie rekordy serialu Stranger Things? Nawet jeśli, to wciąż do odkrycia są inne historie z niesamowitego uniwersum braci Duffer.

Po dramatycznych wydarzeniach z czwartego sezonu Nancy i Robin nadal szukają Vecny i przekonują się, że w Hawkins zło ma wiele twarzy.

 

Ta wojna jeszcze się nie skończyła

 

Minęły dwa miesiące, odkąd Hawkins się rozpadło. Podzielone głębokimi szczelinami i zamknięte przez wojsko, może już nigdy się nie odrodzić. Ale ci, którzy przeżyli starcie z Vecną, nie ustaną w walce. Tak jak Nancy Wheeler, która opanowana jest jedną myślą: chce za wszelką cenę dopaść Vecnę. Jeśli go nie wytropi, to nie zostawi przyjaciół w Hawkins i nie wyjedzie na studia.

Kiedy kolega z klasy Nancy podczas szkolnej ceremonii zaczyna się dziwnie zachowywać, Nancy jest przekonana, że Vecna znalazł sobie nową ofiarę. Reporterka „The Hawkins Post” łączy siły z przyjaciółką Robin Buckley, by z jej pomocą wyjaśnić przyczynę chorób i nowych dziwnych zjawisk dręczących okolicę.

Nancy śledzi i jest śledzona przez tajemniczego człowieka. Wkrótce pojawiają się ofiary śmiertelne. Zaczyna się gra o najwyższą stawkę. W co tak naprawdę się wpakowała?  Czy śledztwo zaprowadzi ją na Drugą Stronę?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68472-05-9
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Śmierć w zakładzie pogrzebowym mogła mieć swoje dobre strony: przynajmniej sprzątanie i transport byłyby ułatwione.

Nancy Wheeler nie wyraziła tej refleksji na głos. Stała wśród gruzów dawnego holu w Domu Pogrzebowym Rodziny Farrierów. Snop światła z jej latarki padał na poprzewracane meble obite aksamitem, pokłady pyłu i szczątki zawalonej ściany naprzeciw wejścia.

Robin nie miała takich oporów.

– Gdybyśmy tutaj umarli...

– Praktyczne – wtrącił Steve.

– Cieszmy się z małych rzeczy – dodała Robin.

Oboje ze Steve’em wyminęli Nancy i weszli na zniszczony zielony dywan.

– Prawdziwe z nich słoneczka – mruknął Jonathan.

Rozglądał się po wnętrzu ze stosowną ostrożnością, biorąc pod uwagę fakt, że przed wejściem zdążyli zlekceważyć co najmniej pięć tabliczek z napisami UWAGA: NIEBEZPIECZEŃSTWO, NIE WCHODZIĆ oraz OBSZAR ZAGROŻENIA: ZAKAZ WSTĘPU.

– Chodź – powiedziała Nancy. – Tędy.

Ostrożnie przeszli do masywnych dębowych drzwi po drugiej stronie holu. Zwisały krzywo na górnym zawiasie, a pod grubą warstwą brudu anemicznie połyskiwała mosiężna tabliczka. Nancy nie musiała jej przecierać, żeby wiedzieć, że w pomieszczeniu mieściło się główne biuro zakładu pogrzebowego – solidne biurko i dwa stojące naprzeciwko tapicerowane krzesła nie pozostawiały co do tego wątpliwości.

Jonathan zatrzymał się tuż za nią. Szedł na paluszkach, żeby jego kroki nie niosły się echem wśród surowych gołych ścian.

– Latarki? – zapytał szeptem.

– Latarki – potaknęła Nancy.

Zgasili je równocześnie... i czekali.

Czekali. Nancy dużo czekała przez ostatnie dwa miesiące, odkąd w Hawkins uderzyło „trzęsienie ziemi” Vecny. Kataklizm zniszczył (częściowo lub całkowicie) niezliczone budynki takie jak ten, stojące blisko tworzących pajęczą sieć Rozpadlin. Wraz z nimi zrujnował też niezliczone ludzkie życia.

Późniejsze dni jeszcze silniej wstrząsnęły miasteczkiem. Jedna czwarta mieszkańców postanowiła ograniczyć straty i zwyczajnie uciekła. Ich miejsce natychmiast zajęli żołnierze armii amerykańskiej, którzy pod pretekstem „kwarantanny” otoczyli Hawkins nieprzekraczalnym kordonem. Przedostanie się przezeń graniczyło z niemożliwością i było dozwolone tylko w wyjątkowych przypadkach, takich jak: dostawa towaru do miasta, okazanie indywidualnie wydawanej przepustki oraz – w ostatnim czasie – transport z pomocą humanitarną.

I jeśli ochronę granic miasteczka można określić jako rygorystyczną, to blokada wokół ścisłego centrum była wręcz drakońska. Tętniące dawniej życiem śródmieście przeistoczyło się w objętą zakazem lotów strefę militarną. Natychmiast po przybyciu do Hawkins wojsko skierowało się do epicentrum wywołanych przez Vecnę zniszczeń – punktu, w którym zbiegały się wszystkie cztery Rozpadliny. Wokół tego miejsca żołnierze wytyczyli okrąg o promieniu kilku przecznic i stworzyli tam swoją własną, prywatną czarną dziurę. Cokolwiek się w niej działo, pozostawało tajemnicą dla wszystkich mieszkańców Hawkins, w tym także dla Nancy.

Tyle zabezpieczeń. Takie zniszczenia. A mimo to – po tym, jak Nancy strzeliła Vecnie w ten paskudny gnijący łeb – wszelki słuch po nim zaginął.

„Nie może przecież ukrywać się w nieskończoność”, tłumaczyła sobie. „Znajdziemy go. Ja go znajdę”.

Taka obietnica była całkiem niezła. W kategorii afirmacji. Nancy przećwiczyła jąsolidnie, ale zapewnienia niepoparte rzetelnym wysiłkiem pozostają tylko pustymi słowami.

I właśnie dlatego o dziesiątej wieczorem wraz z Jonathanem, Steve’em i Robin włamała się do na wpół zburzonego domu pogrzebowego w strefie kataklizmu. I dlatego mrugała teraz zawzięcie w ciemności, wpatrując się w zgaszoną latarkę w poszukiwaniu najsłabszej choćby poświaty.

Czy pierwszy raz znalazła się w takiej sytuacji? Nie. Czy pierwszy raz znalazła się w takiej sytuacji w tym miesiącu? Też nie. Ale jeżeli chciała odszukać Vecnę (a chciała), to nie osiągnie tego poprzez siedzenie w domu i wyczekiwanie, aż on zapuka do drzwi wejściowych. Dlatego musiała podążać tropem wszystkich plotek i pogłosek, szeptów i przeczuć.

Żeby tak jeszcze przyjaciele podzielali jej przekonanie...

– Nancy... – Odcieleśniony głos Jonathana dobiegł z ciemności z drugiej strony pokoju.

– Ćśś.

„Nie może ukrywać się w nieskończoność”, pomyślała.

– Nancy? Tu go nie ma.

Z uporem obserwowała swoją latarkę. W brzuchu zaczynała jej się z wolna formować dziwna pustka. Stłamsiła ją siłą woli.

„Znajdziemy go”.

– Nancy...

„Ja go znajdę”.

– Patrzcie!

Nancy dosłownie poczuła promień światła latarki Robin, gdy ten przeciął przesiąkniete kurzem powietrze i praktycznie wbił jej się w rogówki. Wzdrygnęła się, cofnęła, osłoniła oczy dłonią.

– Ej no, Robin...

– Zobaczcie, co znalazłam. O kurde, przepraszam, Nance. – Robin skierowała latarkę nieco w dół. Światło przestało wypalać wszystkie czopki i pręciki z oczu Nancy i padło na bukiet białych róż, który Robin trzymała w drugiej ręce. – W składziku jest ich pełno. – Potrząsnęła bukietem, z liści i płatków osypał się deszcz kurzu. – Same sztuczne. Było wiadomo, że Farrierowie używają sztucznych kwiatów?

– Mógłby wybuchnąć skandal. – Głos Steve’a rozległ się w ciemności za jej plecami.

– Wydaje mi się, że są w tym miasteczku ważniejsze sprawy niż parę sztucznych kwiatków – zauważył Jonathan.

Nancy pomachała ręką przed twarzą, starając się nie wdychać tumanów kurzu.

– Znaleźliście coś sensownego?

– Nic – odparł Steve. – Zupełnie nic. Zero. Recepcja czysta. Sala pożegnań też.

– Sala pożegnań! – Robin pstryknęła palcami. – Nie mogłam sobie przypomnieć, jak to się nazywa.

– Chociaż stoi tam trumna – dodał Steve. Bawił się przerzucaniem latarki z ręki do ręki, ale ponieważ nie włączył jej ponownie, nie byli narażeni na oślepiający pokaz laserowy. – To tam, od frontu.

– Trumna. – „Zamknij się, Nancy. To nie ma żadnego znaczenia”. – Zajrzałeś do środka?

– A muszę? – W ciemności nie dało się stwierdzić na pewno, ale Nancy była przekonana, że chłopak pobladł.

Robin pacnęła go bukietem w pierś, zostawiając na niej smugę kurzu.

– Ona się tylko wygłupia, frajerze. – Odwróciła się do Nancy. – Prawda? Prawda, Nance?

Nancy kusiło, żeby odpowiedzieć przecząco, kazać Steve’owi wrócić do sali pożegnań (której to nazwy, prawdę mówiąc, sama również wcześniej nie kojarzyła) i otworzyć trumnę. Chociażby po to, żeby mogli potem powiedzieć, że zajrzeli dosłownie wszędzie.

– Tak – przyznała. – Wygłupiam się.

– Widzisz?

Robin właśnie zamierzała drugi raz uderzyć Steve’a różami, ale w tej samej chwili Nancy przecisnęła się pomiędzy nimi i wróciła do holu. Latarka w dalszym ciągu nie wykazywała oznak życia. Nancy bardziej poczuła na sobie niż dostrzegła spojrzenie Steve’a, który odprowadził ją wzrokiem. Zaswędziało ją na karku, zadzwoniło jej w uszach.

„Ty też tam jesteś. Zawsze tam byłaś”.

Od tamtego dnia nie rozmawiali na ten temat. Zaatakowali Vecnę, a potem... potem zdarzył się Eddie, później Max i ostatecznie nastąpił koniec świata. Później wrócił Jonathan. Nic dziwnego, że wśród całego tego chaosu żadne z nich nie miało ochoty roztrząsać mętnych, niewyraźnych słów Steve’a. Czymkolwiek były.

Od tamtej pory minęły dwa miesiące, a to wyznanie wciąż wisiało nad nimi jak nieznośny ciężar. Może jeśli nie podniesie na nie wzroku, nie będzie musiała myśleć o tym... co w związku z nim czuje.

Jeśli chodzi o strategię działania, to uważała, że mogło być gorzej. Zresztą w tej chwili naprawdę miała ważniejsze sprawy na głowie. Sprawy, który przywiodły ich w środku nocy w to przeklęte miejsce.

Była prawie pełnia i księżyc świecił tak jasno, że w jego blasku sączącym się przez szczeliny w strzaskanej ścianie można było czytać. Nancy wygrzebała z kieszeni wykradzioną kartkę z firmowej papeterii, pominęła ozdobne logo HAWKINS POST u góry strony i mrużąc oczy, wczytała się w nagryzmolone poniżej słowa.

_Jeanine Farrier wspomina coś o migających światłach_, brzmiały słowa wypisane maczkiem przez Margaret Benik, _i bezcielesnych głosach. Dom Pogrzebowy Farrierów_.

„To musi być to”, powiedziała sobie w duchu Nancy, próbując wskrzesić poranny entuzjazm, który ogarnął ją po tym, jak zwędziła kartkę z biurka Margaret w recepcji. Przez ostatnie tygodnie wszyscy zachowywali czujność, ale nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Hopper z Jedenastką zaszyli się w domku szeryfa na odludziu; zamierzali przywrócić budynek do stanu umożliwiającego ponowne w nim zamieszkanie, a przy okazji zejść z oczu wojskowym szychom w miasteczku. Joyce pochłaniały poszukiwania nowego domu dla całej rodziny, po tym jak zdecydowali się wrócić do Hawkins. Mike, Dustin, Will i Lucas mieli wymyślić jakiś sposób na to, żeby Nastka mogła poruszać się po mieście bez zwracania na siebie uwagi, ale Max nadal leżała w śpiączce w szpitalu i chłopcy, wstrząśnięci i otępiali z żalu, czynili niewielkie postępy. Wciąż jeszcze nie doszli do siebie po triumfie Vecny – zresztą nie tylko oni, to samo dotyczyło wszystkich, włącznie z Nancy. Trzęsienie ziemi – rozdarcie świata – rozrzuciło ich na różne strony i teraz wszyscy krążyli po odległych orbitach, usiłując wrócić do siebie nawzajem. Co było dość trudne, zważywszy na fakt, że nie mieli miejsca, w którym mogliby się spotkać i przegrupować.

Nic nie szkodzi. Nie potrzebowali takiego miejsca. Po tygodniach czuwania, śledzenia wszystkich sygnałów przychodzących do „The Hawkins Post” i wysłuchiwania pomyleńców, którzy wydzwaniali do lokalnej stacji radiowej, jej trud w końcu się opłacił. Wygładziła trzymaną na dłoni notatkę Margaret Benik.

Migające światła. Bezcielesne głosy.

Vecna. To musiał być on. Czaił się po Drugiej Stronie w Domu Pogrzebowym Farrierów i zatapiał jadowite parapsychiczne kły w każdym, kto zapuścił się w jego pobliże. A teraz oni go znaleźli.

„Nie może się ukrywać w nieskończoność”.

– On tu jest – powiedziała na głos.

Zebrali się w holu. Twarze patrzących na nią przyjaciół wyrażały spektrum emocji – od umiarkowanego entuzjazmu po łagodne politowanie.

– Gdzieś tutaj – dodała. – Musimy szukać dalej.

– Nancy...

Steve próbował chyba zdobyć się na kojący ton, ale tylko ją wkurzył.

– Im dłużej będziemy tak stać i gapić się na siebie nawzajem, tym więcej czasu nam to zajmie – ucięła z przekąsem.

Włączyła latarkę i już jej nie było, zagłębiła się w ruiny domu pogrzebowego.

– Nancy? – odezwał się depczący jej po piętach Jonathan, kiedy mijali otwarte drzwi recepcji. – Zaczekaj. Posłuchaj mnie. Wiesz, że masz moje całkowite poparcie, kiedy każesz się Steve’owi odczepić...

– Niczego takiego nie powiedziałam.

– Ale ja coś takiego usłyszałem. – Jonathan się uśmiechnął. – I bardzo mi się to spodobało. Tyle że on ma rację, te sale są puste. Vecny tu nie ma.

Nancy pomachała mu przed nosem notatką Margaret.

– Migające światła. Bezcielesne głosy.

– Budynek jest na wpół zrujnowany. Kto wie, co się tu porobiło z instalacjami? Zresztą te ściany były cienkie już wcześniej, zanim się zawaliły. Jeżeli pani Farrier słyszała jakieś głosy, to może wcale nie były bezcielesne, tylko po prostu dobiegały, no wiesz, z zewnątrz...

Nancy ścisnęła latarkę z siłą imadła.

– Znajdziemy go, Jonathanie.

– Nie zamierzam się z tobą spierać w tej kwestii. Tak, znajdziemy go. Ale może niekoniecznie dzisiaj. W porządku?

Czując ból w szczęce, Nancy zdała sobie sprawę, że zgrzyta zębami i każdym skrawkiem siebie powstrzymuje się od powiedzenia „nie”. Zanim jednak słówko zdołało się przecisnąć przez jej słabnące bariery...

– Ehm... Nie przeszkadzam?

Odwrócili się i ujrzeli Robin stojącą przy drzwiach wejściowych z ponurym wyrazem twarzy. Ruchem głowy wskazała część biurową zakładu.

– Powinniście to zobaczyć.

„To” okazało się dużymi drzwiami z napisem WSTĘP TYLKO DLA PERSONELU. Umieszczone nieco z boku, od początku nie rzucały się w oczy, a po tym, jak zwaliły się na nie dwie ozdobne kolumny, stały się praktycznie niewidoczne. Dlatego wcześniej nie zwrócili na nie uwagi.

– Dostrzegłam je dopiero za drugim razem – przyznała Robin.

– Wpadła na kolumnę – wyjaśnił Steve – i wtedy je zobaczyła.

– Nieważne, w jaki dokładnie sposób je znalazłam – żachnęła się Robin. Nancy dopiero teraz dostrzegła ślad odciśnięty w kurzu na powierzchni bliższej z kolumn. Miał kształt Robin. – Najważniejsze, że... Sami zobaczcie.

Wyciągnęła rękę.

Nancy spojrzała we wskazanym kierunku. W mętnym półmroku rysowały się sylwetki kolumn i kontury drzwi, ale przez długą chwilę nie widziała w nich niczego niezwykłego, a już na pewno niczego, co tłumaczyłoby nagłą bladość na twarzy Robin.

A potem w szczelinach wokół drzwi... zamigotało światło.

Serce podeszło Nancy do gardła. Usłyszała, jak stojącemu obok niej Jonathanowi na moment zaparło dech w piersi. Gdzieś w ciemnościach Steve zaklął pod nosem.

– Widzicie to? – szepnęła Robin.

– Pomóżcie mi je przesunąć – poprosiła, również szeptem, Nancy.

Wspólnymi siłami odepchnęli kolumny na bok i oczyścili drogę do drzwi. Resztki dachu nad ich głowami zaskrzypiały i przemieściły się, pył obsypał im włosy. Nancy próbowała nie myśleć, jak ich działania mogą wpłynąć na naruszoną konstrukcję budynku. Wyprostowała się i wytarła ręce w dżinsy.

Robin nacisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się na zewnątrz.

Steve aż się skrzywił, słysząc przeraźliwy zgrzyt wygiętych zawiasów.

– Jezu... – mruknął i poświecił latarką.

Za drzwiami nie było kolejnej sali ani nawet klatki schodowej. Latarka oświetliła pochylnię, która biegła w dół, w głąb domu pogrzebowego, a jej koniec ginął w ciemnościach – ciemnościach, które od czasu do czasu rozpraszało odległe migotanie światła z niewidocznego źródła.

Od charakterystycznego odoru formaldehydu aż załzawiły im się oczy.

– Jeżeli Vecna naprawdę tam jest – odezwała się szeptem Robin – to chyba powinniśmy przyznać mu dodatkowe punkty za spójność. Taki upiorny koleś i ukrywa się w kostnicy.

– Po trzęsieniu ziemi Farrierowie zabrali wszystkich swoich... klientów, prawda? – zapytał Steve.

Mimo bijącej z jego głosu niechęci ruszył po pochylni w dół. Buty skrzypnęły na wyłożonej kafelkami powierzchni. Jonathan nie chciał być gorszy: również wszedł za drzwi, trzymając się w odległości kilku kroków.

– Ależ skąd, Steve – odparł, sarkastycznie przeciągając zgłoski. – Na pewno panuje tam teraz taki ścisk, że zostały tylko miejsca stojące.

– Tak tylko pytałem. Nie musisz od razu być dupkiem.

Robin przewróciła oczami i spojrzała na Nancy.

– Niech nam los oszczędzi kruchości męskiego ego.

– Byłoby miło.

Razem weszły na pochylnię.

– Nawiasem mówiąc, gratuluję odkrycia – dodała Nancy.

– Pomyślałam, że jeśli ci dwaj zamierzają nieustannie jojczeć, że zamiast spać, muszą się z nami włóczyć, to ktoś tu musi wziąć się na serio do pracy. – Głos Robin był niewiele głośniejszy od szeptu, ale jej słowa i tak rezonowały wśród gołych ścian, a echo gasło w przepastnej ciemności z przodu. – Słuchaj, wiem, że wcześniej zażartowałam z umierania w domu pogrzebowym, ale teraz będę z tobą szczera. Jeżeli któreś z nas faktycznie dzisiaj tu umrze, nie będzie w tym nic praktycznego. Mama mnie zamorduje. A potem przegapimy zakończenie szkoły i mama zamorduje mnie drugi raz.

– Tego byśmy nie chcieli – odparła z uśmiechem Nancy.

Zbliżały się do końca pochylni. Robin zwolniła kroku, wyraźnie się ociągała, chociaż Nancy nie była pewna, czy robi to świadomie.

– Żeby nie było nieporozumień... – odezwała się Robin, jąkając się lekko. – To jest tylko taki rekonesans, prawda? Chcemy znaleźć Vecnę, ale nie będziemy próbowali z nim walczyć?

– Niby jak mielibyśmy z nim walczyć? – Nancy starała się emanować pogodą ducha i pewnością siebie. – Przecież jest w innym wymiarze.

– Już ty byś coś wymyśliła.

Jej wiara – połączona z ociupinką strachu – była nadzwyczaj orzeźwiająca.

– Chcemy się tylko tutaj rozejrzeć. Cokolwiek znajdziemy, pójdziemy z tym prosto do Hoppera i Jedenastki. Obiecuję.

– To dobrze. Spoko.

Pochylnia się skończyła.

– Czasem lepiej się upewnić – dodała Robin.

Steve z Jonathanem krzątali się w dwóch przeciwległych krańcach pomieszczenia: Jonathan przy świetle latarki oglądał wprawione w sufit jarzeniówki, a Steve z roztargnieniem grzebał w wyłożonych na tacce metalowych instrumentach; zdaniem Nancy narzędzia te służyły do balsamowania zwłok, ale wielkodusznie postanowiła go o tym nie informować.

– Działamy według tego samego planu – szepnęła. – Gasimy latarki i rozdzielamy się. Jonathan i Robin: zostaniecie tutaj. Steve, ty pójdziesz do tamtego pokoju. – Wskazała otwarte drzwi naprzeciw wejścia, za którymi było widać lustra, pędzelki, przybory kosmetyczne: wszystko, co niezbędne, żeby nadać zwłokom przyzwoity wygląd. – Ja zajrzę... do lodówek.

– Jesteś pewna? – Jonathan zerknął na rząd aluminiowych szuflad.

– Jeżeli zobaczycie coś niezwykłego – ciągnęła Nancy, chcąc uciszyć jego wątpliwości – albo coś usłyszycie, powiedzcie o tym. A jeśli któreś z nas przestanie reagować na wołanie...

– ...SOS – dopowiedziała Robin – i wtedy...

Na ten sygnał wszyscy wyjęli walkmany. Nancy poświeciła na nie kolejno latarką. Gotowy. Gotowy. Gotowy.

– W porządku – powiedziała.

– Dorwijmy drania – powiedział Steve.

Nancy z determinacją kiwnęła głową.

Ponownie zgasili latarki.

Na górze przynajmniej świecił księżyc i było cokolwiek widać. Tutaj, w podziemiach domu pogrzebowego, panowały egipskie ciemności. Już po pierwszym kroku Nancy wpadła na niewidzialny blat i nabiła sobie siniaka. Mimo przeszywającego bólu zmusiła się, żeby oddychać spokojnie, i dalej kuśtykała już ostrożnie, próbując wymacać przeszkody przed sobą.

Oczywiście – oczywiście! – migających świateł, które zwabiły ich na dół, nigdzie nie było widać, a w ciemnościach Nancy słyszała każdy najcichszy szelest, jakby ktoś krzyczał jej prosto do ucha. Ostrożnie manewrując, dotarła do chłodni, zostawiwszy za sobą przytłumioną kakofonię odległych oddechów przyjaciół i szurania ich butów na wykafelkowanej posadzce.

Zdążyła się rozejrzeć, zanim jeszcze zgasili latarki, i teraz pamiętała, że pomieszczenie nie jest zbyt obszerne, ale po ciemku zdawało się jeszcze mniejsze, a cisza napierała na nią ze wszystkich stron – cisza, w której niedawne słowa Jonathana znalazły aż nadto miejsca, żeby się jej przypomnieć:

„...znajdziemy go, ale niekoniecznie dzisiaj”.

Nie powiedział, że to sprawa beznadziejna. Nie nazwał jej idiotką za to, że zaciągnęła ich do tego przeklętego domu pogrzebowego. Po prostu stwierdził, że... to może nie nastąpić dzisiaj.

Nie powinno jej to niepokoić, z całą pewnością nie powinno jej to przyprawiać o nerwowe bulgotanie w żołądku – ale tak właśnie się działo. A ona – niestety – dokładnie wiedziała dlaczego.

Trzy dni wcześniej odebrała przesyłkę: pakiet rejestracyjny dla studentów Emerson College. Znalazła w nim informacje na temat akademików i stołówek, rozkład pomieszczeń, plan zajęć...

To była jej przyszłość. Przyszłość, o której marzyła od lat. Wystarczyło wypełnić formularz i odesłać go w wyznaczonym terminie, czyli do końca czerwca. Potem wyjedzie z Hawkins...

„Chyba że nie uda nam się znaleźć Vecny”.

Ta myśl spędzała jej sen z powiek. Nie mogło bowiem być mowy o tym, żeby opuściła Hawkins, dopóki Vecna był na wolności. Nie mogłaby żyć z tą świadomością. Jeżeli go nie wytropią, nie będzie mogła wyjechać na studia. A jeśli nie wyjedzie na studia, utknie tu do śmierci albo – co byłoby jeszcze gorsze – do dnia, w którym zmieni się we własną matkę i pewnego ranka obudzi w potrzasku, uwięziona za ślicznym białym płotkiem.

No, może ciut się zapędziła. Zmusiła się do nabrania tchu głęboko w płuca. Żadna z tych rzeczy się nie zdarzy.

„Vecna nie może w nieskończoność pozostawać w ukryciu”, powtórzyła w myślach. „Znajdziemy go. Ja go znajdę”.

Świetlówka nad jej głową zamigotała.

Każda kropla krwi w jej żyłach zamarzła.

– Ej! – wyszeptała. – Słyszycie mnie?

Nikt jej nie odpowiedział, a ona nie zamierzała odrywać wzroku od spazmującej świetlówki, żeby sprawdzić, czy ją słyszą.

– On tu jest – syknęła.

Trzymając wyłączoną latarkę jak niezapaloną pochodnię, zrobiła krok w stronę lampy...

...która w tej samej chwili zgasła.

– Kurde, no. Gdzieś ty się podział?

Za plecami, w sali balsamowania, coś poruszyło się niezdarnie i dały się słyszeć stłumione głosy: to Jonathan i Robin o czymś rozmawiali. Już miała się do nich odwrócić, gdy wtem...

Tam!

Zamigotała kolejna jarzeniówka, bliżej chłodni.

– Hej tam, słyszycie mnie?! – zawołała głośniej.

– Nance? – odezwała się Robin. – Może byś tak...

– Znalazłam go! – Nancy podeszła do światła. – Jest tutaj!

– Jest... Co?!

Znów te przyciszone głosy: Jonathan z Robin o czymś dyskutowali. Teraz dobiegł z ich strony kolejny odgłos: rytmiczne skrzypienie czegoś... metalowego?

Mrugająca lampa zgasła, ale Nancy złapała już trop. Znieruchomiała, wpatrzona w ciemność. Czekała.

Skrzypienie bynajmniej nie ucichło, przeciwnie, stawało się coraz głośniejsze i bardziej przeciągłe. Nie zagłuszyło jednak odgłosu szurania stopami zwiastującego przybycie Robin.

– Powiedziałaś, że on tu jest?9

Nancy ani drgnęła.

– Obserwuj lampy.

– Lampy? Ale...

– Patrz.

I rzeczywiście: rozmrugała się kolejna świetlówka.

– To on. Mamy go.

Nancy rzuciła się w stronę migającej lampy, potykając się i patrząc na zgaszoną latarkę w oczekiwaniu potwierdzenia, o którym wiedziała, że musi nastąpić...

– Czekaj, Nancy – wyjąkała Robin.

Za jej plecami, w sali balsamowania, narastające metaliczne skrzypienie osiągnęło apogeum. Coś się naprężyło... i z głośnym klekotem spadło na posadzkę.

Nancy ledwie zarejestrowała ten odgłos, bo właśnie stanęła dokładnie pod zepsutą jarzeniówką – w tym samym miejscu, w którym po Drugiej Stronie stał Vecna.

Tyle że jej latarka uparcie nie reagowała. Była ciemna. Martwa.

– Co jest... – mruknęła Nancy.

– Jonathan! – zawołała Robin, odwróciwszy się do tyłu. – Zaczekaj chwilę...

– Co mówisz? – pytanie Jonathana poniosło się echem wśród nagich murów.

– Powiedziałam, żebyś...

Jarzeniówka cały czas skwierczała, rozjaśniając pomieszczenie rozbłyskami światła. Nancy zadarła głowę i zmrużyła oczy, wpatrując się w lampę z bliska.

– Chyba mi się udało! – zawołał Jonathan.

– Nie, czekaj... – próbowała go powstrzymać Robin, ale w tej samej chwili coś szczęknęło i wskoczyło na swoje miejsce pod palcami Jonathana. – Nancy!

Drugiego ostrzeżenia nie dostała. Supernowa połknęła świat.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij