Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Strażacy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Strażacy - ebook

„Strażacy” to książka o małej wielkopolskiej wsi, której nazwa mogłaby brzmieć jak tysiąc innych, ale której historia stała się wyjątkowa. To opowieść o tym, co się dzieje, gdy pod powierzchnią normalności zaczyna tlić się ogień — dosłowny i metaforyczny. O tym, jak tajemnice, nawet te najstaranniej ukryte, w końcu wybuchają płomieniami, niszcząc wszystko wokół. To właśnie tam ludzka natura objawia się w swojej atawistycznej postaci. Książka została utworzona z pomocą AI.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-021-2
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

Istnieją miejsca, które na mapie wyglądają jak zwykłe kropki, ale w rzeczywistości są mikrokosmosami ludzkich namiętności, słabości i tajemnic. Małe miasteczka, wsie, przysiółki — tam, gdzie każdy zna każdego, gdzie sąsiad wie, o której wracasz do domu, a plotka rozchodzi się szybciej niż dym z komina. Takie miejsca fascynują mnie od lat. Bo to właśnie tam, w tych pozornie spokojnych zakątkach, rozgrywają się najbardziej mroczne dramaty. To tam ludzka natura objawia się w czystej postaci — bez miejskiego anonymatu, bez ucieczki w tłum.

„Strażacy” to książka o takim właśnie miejscu. O małej wielkopolskiej wsi, której nazwa mogłaby brzmieć jak tysiąc innych, ale której historia stała się wyjątkowa. To opowieść o tym, co się dzieje, gdy pod powierzchnią normalności zaczyna tlić się ogień — dosłowny i metaforyczny. O tym, jak tajemnice, nawet te najstaranniej ukryte, w końcu wybuchają płomieniami, niszcząc wszystko wokół.

Pisząc tę powieść, inspirowałem się prawdziwymi sprawami, które śledziłem przez lata jako reporter i obserwator polskiej rzeczywistości. Przypadki seryjnych podpalaczy, skandale w zamkniętych wspólnotach, tragedie wynikające z toksycznych relacji. Ale przede wszystkim inspirowałem się ludźmi — tymi, których spotykałem, z którymi rozmawiałem, których losy śledziłem w aktach sądowych i policyjnych raportach. Bo prawda jest taka: MY WSZYSCY JESTEŚMY BOHATERAMI TEJ KSIĄŻKI. Nie dosłownie, oczywiście — ale w tym sensie, że każdy z nas nosi w sobie potencjał do dobra i zła, do miłości i nienawiści, do prawdy i kłamstwa. Każdy z nas staje przed wyborami, które mogą zaważyć na całym życiu.

Postaci, które spotkacie na kartach „Strażaków”, nie są jednowymiarowe. Nie są „dobrymi” ani „złymi” w prostym tego słowa znaczeniu. Są skomplikowane, pełne wewnętrznych sprzeczności, uwikłane w relacje, które je definiują i unicestwiają. Komendant strażaków, który próbuje być wzorem, ale popada w romans niszczący jego rodzinę. Zakonnica, która szuka miłości w miejscu, gdzie powinna znajdować tylko Boga. Policyjna śledcza, która walczy o prawdę, choć wie, że prawda może być bardziej bolesna niż kłamstwo. To są ludzie, których moglibyście spotkać na ulicy, w kościele, w urzędzie. Ludzie tacy jak my.

I to właśnie czyni tę historię uniwersalną. Bo choć dzieje się ona w konkretnym miejscu, w konkretnym czasie, dotyka problemów, które nie znają granic geograficznych ani społecznych. Samotność. Hipokryzja. Strach przed ujawnieniem. Desperacka potrzeba bycia kimś innym, niż wszyscy od nas oczekują. To są emocje, które znamy wszyscy — niezależnie od tego, czy mieszkamy na wsi, czy w wielkim mieście, czy jesteśmy wierzący, czy nie.

Ogień w tej książce pełni szczególną rolę. Jest narzędziem zbrodni, ale też symbolem. Ogień oczyszcza — tak przynajmniej wierzą niektóre z postaci. Ale czy naprawdę? Czy można spalić przeszłość i zacząć od nowa? Czy ogień niszczy tylko winę, czy również niewinność? Te pytania zadawałem sobie podczas pisania każdej sceny, każdego dialogu. I wierzę, że czytelnik również będzie je sobie zadawał — długo po zamknięciu ostatniej strony.

„Strażacy” to powieść kryminalna, ale nie tylko. To też opowieść społeczna, portret wspólnoty, w której fasada przyzwoitości kryje ropiejące rany. To książka o Polsce prowincjonalnej — nie w sensie geograficznym, ale mentalnym. O Polsce, która na zewnątrz jest katolicka, tradycyjna, spokojna — ale w środku kipi od tłumionych namiętności, niewypowiedzianych pretensji, ukrytych grzechów. To Polska, którą znamy z nagłówków gazet, gdy wybuchają kolejne skandale. Ale też Polska, w której żyją normalni ludzie, próbujący jakoś przetrwać w świecie, który nieustannie wymaga od nich bycia kimś, kim nie są.

Pisząc tę książkę, starałem się zachować równowagę między wiarygodnością a emocjonalnym zaangażowaniem. Korzystałem ze specjalistycznego słownictwa — pożarniczego, policyjnego, medycznego — bo wierzę, że detale budują autentyczność. Ale przede wszystkim starałem się opowiadać historię, która porusza, prowokuje, zmusza do refleksji. Bo po to są książki — nie tylko żeby nas bawić, ale żeby nas zmieniać.

Nie ukrywam, że „Strażacy” to powieść mroczna. Nie ma tu łatwych odpowiedzi, nie ma prostych podziałów na bohaterów i złoczyńców. Jest za to prawda — bolesna, niewygodna, ale konieczna. Bo tylko poprzez konfrontację z prawdą możemy zrozumieć, kim jesteśmy jako społeczeństwo, jako wspólnota, jako ludzie.

Mam nadzieję, że ta książka was poruszy. Że sprawi, że będziecie myśleć o ludziach wokół was — o tych, których znacie, i o tych, których nie znacie. Że zastanowicie się, jakie tajemnice kryją, jakie ciężary dźwigają, jakie walki toczą w samotności. Bo każdy z nas ma swoją historię. I każda historia zasługuje na to, by została opowiedziana.

Zapraszam do Wielkich Lipień. Do miejsca, które nie istnieje — ale które jest prawdziwsze niż większość rzeczywistych wsi. Do świata, w którym ogień płonie nie tylko w piecach i na kominach, ale także w sercach ludzi. I pamiętajcie: CZASEM NAJGORSZE POŻARY TO TE, KTÓRYCH NIE WIDAĆ.

AUTOR

Kwiecień 2024ROZDZIAŁ 1: ALARM

Trzask rozdzieranego drewna i świst płomieni to dźwięki, które każdy strażak zna na pamięć. Ale tej nocy, 17 września, w powietrzu wisiało coś więcej — mdląca woń palonej żywicy mieszała się z czymś niepokojącym, czymś, co doświadczony nos wyczuwa instynktownie. Jerzy Kowalczyk wiedział to już w chwili, gdy syrena rozdarła ciszę Wielkich Lipień o trzeciej dwadzieścia siedem nad ranem.

Komendant Ochotniczej Straży Pożarnej w Wielkich Lipnach spał lekko od dwudziestu trzech lat — dokładnie tyle, ile minęło od jego pierwszego, zakończonego niepowodzeniem, wyjazdu do płonącej stodoły na Zawodziu. Wtedy, jako osiemnastolatek, zaspał alarm i przez następny miesiąc dostawał od starszych kolegów przezwisko „Śpioch”. Teraz, w wieku czterdziestu jeden lat, Kowalczyk budził się jeszcze zanim telefon zdążył zawibrować po raz drugi na nocnej szafce.

— Kowalczyk, słucham — powiedział do słuchawki, już siadając na łóżku.

— Komendant, mamy pożar — głos dyżurnego z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Koninie brzmiał nerwowo. — Stodoła na posesji Witolda Krawczyka, Dębowa Góra numer siedemnaście. Zgłoszenie wpłynęło cztery minuty temu. Sąsiedzi widzą płomienie i dym.

— Uruchamiam — rzucił krótko Kowalczyk i rozłączył się, nie czekając na odpowiedź.

Obok niego poruszyła się żona Małgorzata.

— Znowu? — mruknęła sennie.

— Śpij — szepnął, już wkładając spodnie. — Wrócę rano.

Ale Małgorzata już nie spała. Usiadła, objęła się ramionami, patrząc jak mąż sprawnym ruchem wpycha stopy w zimowe buty, chwyta kluczyki od samochodu i służbowy telefon. Nie powiedziała nic więcej. Po dwudziestu latach małżeństwa ze strażakiem ochotnikiem nauczyła się, że najlepiej jest milczeć. Pytania zadawała później, przy śniadaniu, gdy wracał cuchnący dymem i potem, z podkrążonymi oczami.

Kowalczyk zbiegł po schodach swojego parterowego domu na obrzeżach Wielkich Lipień i wyskoczył w chłodną wrześniową noc. Silnik stojącego na podjeździe volkswagena caddy — służbowego pojazdu komendanta — zakaszlał i zawył. W oddali, z kierunku centrum wsi, dobiegała już syrena alarmowa montowana na dachu remizy OSP. Uruchamiała się automatycznie, gdy dyżurny z komendy powiatowej aktywował system powiadamiania.

Jechał przez śpiącą wieś, mijając ciemne domy, przed którymi tu i ówdzie zapalały się światła. Mieszkańcy Wielkich Lipień przywykli do nocnych alarmów — w końcu byli to ludzie ze wsi, gdzie każdy wiedział, że strażacy ochotnicy to nie zawodowcy z miasta. To sąsiedzi, którzy zostawiają ciepłe łóżka, przerywają rodzinne obiady, wychodzą z pracy, bo ktoś ich potrzebuje. Bo gdzieś płonie.

Remiza OSP w Wielkich Lipnach nie była imponującym budynkiem. Wzniesiona z czerwonej cegły w latach osiemdziesiątych, odremontowana dziesięć lat temu dzięki dotacji z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska, prezentowała się skromnie, ale funkcjonalnie. Parter: dwie bramy garażowe, za nimi dwa wozy bojowe — średni GCBA Star 266 z cysterną o pojemności trzech tysięcy litrów oraz lżejszy GBA Mercedes z lat dziewięćdziesiątych. Piętro: sala konferencyjna, kuchnia, sanitariaty i to, co stanowiło dumę jednostki — mała siłownia wyposażona ze składek członków OSP oraz niewielka sala z nagłośnieniem, w której co sobotę odbywały się wiejskie zabawy przynoszące jednostce dodatkowy dochód.

Gdy Kowalczyk wjechał na plac przed remizą, silnik Stara już warczał. Przy wozie krzątało się czterech strażaków. Komendant rozpoznał ich nawet w słabym świetle latarni — trudno było nie rozpoznać, skoro większość z nich znał od dzieciństwa.

— Ziutek, siedzisz za kierownicą! — krzyknął, wysiadając z caddy.

Zdzisław „Ziutek” Pawlak, sześćdziesięciotrzyletni weteran OSP, były kierowca wojskowy, a obecnie emeryt, zasalutował leniwie. Mimo późnej pory był w pełni przytomny, z charakterystyczną papierosową cegarą tkwiącą w kąciku ust.

— Już się grzeję, komendant — odkrzyknął. — Damian siedzi z tyłu, Grzesiek i Radek też. Czekamy na ciebie.

Damian Nowicki, dwudziestoośmiolatek, najmłodszy w jednostce, wychylił głowę z tylnej części wozu, gdzie zajmował miejsce przy ławce wyposażonej w aparaty powietrzne. Wysoki, szczupły, z krótko przyciętymi jasnymi włosami, był pełen energii nawet o trzeciej nad ranem.

— Komendant, to już czwarty pożar w tym miesiącu — powiedział, gdy Kowalczyk wspinał się do kabiny. — Coś mi tu nie gra.

— Porozmawiamy później — uciął Kowalczyk, zapinając pas. — Ziutek, ruszamy. Dębowa Góra, posesja Krawczyków.

— Wiem, wiem — mruknął Ziutek, wrzucając jedynkę. — Radio już podało szczegóły.

Star wyruszył z rykiem silnika, syrena zawyła przeraźliwie. Za nimi, z minutowym opóźnieniem, wyruszył Mercedes kierowany przez Staśka Woźniaka, czterdziestoparoletniego mechanika samochodowego i zastępcę komendanta. W mercedesie jechało dodatkowo trzech strażaków — Karolina Mazur, jedyna kobieta w jednostce, oraz dwaj bracia Kołodziejowie, Marek i Tomasz, miejscowi rolnicy.

Konwój pędził wąską asfaltową drogą w kierunku Dębowej Góry, przysiółka oddalonego o pięć kilometrów od centrum Wielkich Lipień. Kowalczyk, trzymając się uchwytu nad drzwiami, obserwował migające za szybą sosny i przydrożne krzyże. Znał tę okolicę jak własną kieszeń. Dębowa Góra to ledwie kilkanaście gospodarstw rozrzuconych wśród pól i lasów, na uboczu głównego szlaku komunikacyjnego. Witold Krawczyk, którego stodoła płonęła, to sześćdziesięciolatek, samotny od śmierci żony sprzed trzech lat. Hodował krowy, uprawiał trochę ziemi. Spokojny człowiek, regularnie pojawiający się na mszach w licheńskim sanktuarium.

— Widzę refleksy — powiedział nagle Grzegorz Bąk, pięćdziesięcioletni hydraulik, który siedział obok Damiana. — O tam, ponad drzewami.

Faktycznie, na tle czarnego nieba widać było pomarańczową łunę. Ogień musiał być spory.

— Przygotować prądownice! — rozkazał Kowalczyk. — Damian, zakładaj aparat. Ziutek, jak tylko wjedziemy, ustawiasz wóz tak, żeby mieć bezpośredni dostęp do zbiornika. Sprawdzamy, czy mamy wodę w studni przydrożnej.

— Znam tę studnię — odparł Ziutek, krzywiąc się. — Marny wydatek. Trzeba będzie ciągnąć z rzeki albo czekać na dowóz z komendy.

Kowalczyk zaklął w duchu. Typowa wiejska rzeczywistość — brak sieci wodociągowej, studnie kopane o małej wydajności, najbliższe hydranty kilometry dalej. W takich warunkach każdy pożar stawał się wyzwaniem logistycznym.

Gdy wjechali na teren posesji Krawczyka, scena, która ich przywitała, była jednocześnie fascynująca i przerażająca. Stodoła — potężna drewniana konstrukcja z lat sześćdziesiątych, mogąca pomieścić kilkadziesiąt ton siana — płonęła jak pochodnia. Płomienie wystrzelały przez zapadnięty dach, a dym unosił się gęstym, czarnym słupem w bezchmurne nocne niebo. Żar był tak intensywny, że Kowalczyk poczuł jego falę już z odległości dwudziestu metrów.

Przed domem stał Witold Krawczyk w pidżamie i gumowcach, z nieprzytomnym wyrazem twarzy. Obok niego dwóch sąsiadów, którzy najwyraźniej przybiegli na pomoc. Jeden trzymał w ręku ogrodowy wąż, kompletnie bezużyteczny wobec takiego żywiołu.

— Panie Witoldzie! — krzyknął Kowalczyk, wyskakując z kabiny. — Czy w stodole jest ktoś? Zwierzęta?

Krawczyk pokręcił głową, wciąż wpatrując się w płomienie.

— Krowy… krowy w oborze, obok… Stodoła pusta… tylko siano… i maszyny…

— Dobrze. Proszę się odsunąć, zajmiemy się tym!

Kowalczyk odwrócił się do swoich ludzi. Strażacy już wyskakiwali z wozów, sprawnie rozwijając węże, przygotowując sprzęt. To była dobrze zgrana ekipa. Komendant czuł do nich dumę — może nie byli zawodowcami, ale wiedzieli, co robią.

— Damian, ty i Grzesiek — pierwsza prądownica, atak od frontu! — wydawał rozkazy szybko, głośno, precyzyjnie. — Karolina, Marek, druga linia — osłonięcie domu i obory! Stachu, sprawdź źródło wody!

— Komendant, studnia to kpina — odkrzyknął Woźniak, już przy pokrywie studziennej. — Ledwie 90 litrów daje na minutę. Nie starczy nam.

— Wtedy działamy z cystern i wchodzimy w defensywę — odparł Kowalczyk. — Skupiamy się na osłonie zabudowań mieszkalnych. Stodołę odpuścimy, tam już nic nie uratujemy.

Damian i Grzegorz, podłączeni do pompy Stara, ruszyli z prądownicą w kierunku płonącej stodoły. Damian miał założony aparat powietrzny, choć jeszcze nie aktywował maski — temperatura była wprawdzie wysoka, ale dym unosił się głównie ku górze. Grzegorz, bardziej doświadczony, pilnował linii węża, dbając o to, by się nie zapętlił.

— Woda! — krzyknął Damian.

Ziutek uruchomił pompę. W pierwszej chwili z prądownicy wystrzeliła tylko para i powietrze, potem potężny strumień wody pod ciśnieniem sześciu barów uderzył w ścianę płomieni. Efekt był natychmiastowy — gorąca para eksplodowała w powietrze, sycząc i mrucząc.

— Do cholery, jak tu gorąco! — sapnął Damian, cofając się o krok.

— Trzymaj linię! — warknął Grzegorz. — Nie możesz dać płomieniom przeskoczyć na dom!

Walczyli z żywiołem przez piętnaście minut, strumień za strumieniem gasząc wybuchające co chwilę nowe ogniska. Kowalczyk koordynował akcję, stale monitorując zasoby wody w cysternie. Trzy tysiące litrów to brzmi imponująco, ale w praktyce, przy dwóch działających prądownicach o wydajności trzystu litrów na minutę, wystarczało na ledwie pięć minut intensywnego natarcia.

— Komendant, mamy problem — dobiegł go głos Staśka. — Poziom w cysternie spada szybciej niż przewidywaliśmy.

— Wiem. Przełączamy się na obronę domu i obory. Damian, Grzesiek — wycofujecie się! Skupiamy się na osłonie!

W tym momencie nastąpiło coś, czego Kowalczyk nie przewidział. Dach stodoły, osłabiony przez ogień, załamał się z ogłuszającym trzaskiem, a fala iskier i rozgrzanego powietrza wyrzuciła się na zewnątrz niczym podmuch z pieca hutniczego. Damian zachwiał się, ale utrzymał równowagę. Grzegorz mniej szczęśliwy — potężny fragment płonącej belki zwaliła się zaledwie metr od niego, rozpryskując snop żarzących się węgli.

— Wszyscy do tyłu! — wrzasnął Kowalczyk. — Budynek się wali!

Strażacy wycofali się pospiesznie, ciągnąc ze sobą węże. Stodoła, tracąc konstrukcję nośną, zapadała się w sobie niczym domek z kart. W ciągu następnych trzech minut przekształciła się w jedno wielkie ognisko.

Kowalczyk, stojąc w bezpiecznej odległości, obserwował ten spektakl zniszczenia. Czterdzieści lat budowania, pokolenia ciężkiej pracy — wszystko strawione przez ogień w mniej niż godzinę. A on, komendant z dwudziestotrzyletnią praktyką, nie mógł nic zrobić. Mógł tylko patrzeć.

— Komendant, pogotowie ratunkowe jedzie — zawołała Karolina, trzymając w ręku telefon. — I komenda wojewódzka wysyła wsparcie. Będą za dwadzieścia minut.

— Dobrze — mruknął Kowalczyk. — Niech sprawdzą pana Witolda. Może być w szoku.

Rzeczywiście, Witold Krawczyk stał wciąż w tym samym miejscu, z tą samą nieobecną miną. Jeden z sąsiadów okrył go kocem i próbował nakłonić do wejścia do domu, ale stary rolnik nie reagował. Patrzył na zgliszcza swojej stodoły, jakby wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się stało.

Gdy przyjechało wsparcie z komendy wojewódzkiej — dwa wozy GBA z zawodowymi strażakami — sytuacja była już praktycznie opanowana. Stodoła zamieniła się w dymiące ruiny, dom i obora pozostały nietknięte. Zawodowcy przejęli dogaszanie, a ludzie Kowalczyka mogli wreszcie odsapnąć.

Damian zdjął hełm i usiadł ciężko na stopniu wozu. Twarz miał umazaną sadzą, oczy zaczerwienione od dymu. Karolina podała mu butelkę wody.

— Dzięki — wydusił, pijąc łapczywie.

— Nic ci nie jest? — zapytała.

— Poza tym, że czuję się jak przesmażona kiełbasa? Nie, wszystko gra.

Karolina Mazur, dwudziestodziewięcioletnia pielęgniarka ze szpitala w Koninie, była strażakiem od zaledwie dwóch lat. Wstąpiła do OSP po tym, jak podczas wiejskiego festynu zobaczyła pokazowy trening z użyciem sprzętu hydraulicznego. Fascynacja sprzętem, adrenaliną i możliwością pomocy innym przeważyła nad obawami związanymi z wejściem do męskiego środowiska. Początkowo koledzy traktowali ją protekcjonalnie, ale szybko udowodniła, że radzi sobie równie dobrze jak oni — a czasem nawet lepiej, zwłaszcza gdy potrzebna była precyzja i zimna krew.

— Damian ma rację — odezwał się Grzegorz, podchodząc do nich. — Coś tu nie gra.

— O czym ty mówisz? — zapytała Karolina.

— O tym, że to już czwarty pożar w tym miesiącu — wyjaśnił Grzegorz, ściszając głos. — Najpierw spłonęła Jurkowskim stodoła w Rudzie. Potem las przy trasie do Lichenia. Tydzień temu garaż Maliniaka. A teraz znowu stodoła. Wszystko w promieniu pięciu kilometrów.

— Pożary to normalna sprawa na wsi — wtrąciła Karolina. — Zwłaszcza jesienią. Ludzie palą liście, śmieci…

— Normalna sprawa, jasne — przerwał jej Damian. — Ale cztery w miesiąc? I wszystkie w nocy? I wszystkie daleko od innych budynków, jakby ktoś specjalnie wybierał odludne miejsca?

Karolina zmarszczyła brwi. Faktycznie, gdy się tak nad tym zastanowić…

— Myślisz, że to celowe?

— Nie wiem, co myślę — przyznał Damian. — Ale jeśli miałbym stawiać, to postawiłbym, że grasuje nam jakiś świr. Podpalacz.

Rozmowę przerwało pojawienie się komendanta Kowalczyka. Wyglądał na zmęczonego, ale też na skupionego.

— Dobra robota, wszyscy — powiedział. — Karolino, spisz protokół z akcji. Damian, Grzegorz — pomóżcie chłopakom z wojewódzkiej w dogaszaniu. Ziutek już wraca z cysterną do remizy, żeby napełnić. Stachu pilnuje sprzętu.

— Komendant — odezwał się Damian — rozmawialiśmy tutaj i… no, zastanawialiśmy się…

— Nad czym? — zapytał Kowalczyk, choć ton jego głosu sugerował, że doskonale wie, nad czym.

— Nad tym, że tych pożarów jest jakoś dużo ostatnio.

Kowalczyk milczał przez chwilę, po czym skinął głową.

— Też to zauważyłem — przyznał. — I nie tylko ja. Dzwoniłem już do komendy powiatowej. Jutro mają przyjechać z policji, żeby porozmawiać. I inspektor BHP też się zainteresował.

— Czyli myślisz, że to podpalenia? — naciskał Damian.

— Nie wiem, co myślę — odparł komendant, niemal słowo w słowo powtarzając odpowiedź Damiana. — Ale wolę dmuchać na zimne. Jeśli rzeczywiście ktoś celowo wywołuje te pożary, to lepiej, żebyśmy to wykryli szybko, zanim ktoś zginie.

Ostatnie słowo zawisło w powietrzu jak złowróżbna przepowiednia.

Dogaszanie trwało kolejne dwie godziny. Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły rozjaśniać horyzont, stodoła była już tylko dymiącą stertą zwęglonego drewna i zdeformowanego metalu. W chłodnym porannym powietrzu unosił się charakterystyczny, ciężki zapach spalenizny — mieszanka spalonego siana, drewna, gumy i czegoś jeszcze. Czegoś, czego Kowalczyk nie potrafił jednoznacznie zidentyfikować, ale co niepokojąco kojarzyło mu się z benzyną.

Jednym z zawodowych strażaków, którzy przyjechali z komendy wojewódzkiej, był starszy brygadier Piotr Laskowski, ekspert od dochodzeń pożarowych. Mężczyzna po pięćdziesiątce, z siwiejącymi włosami i spojrzeniem twardym jak stal, krążył po zgliszczach, robiąc zdjęcia i notując uwagi w małym notesie.

Kowalczyk podszedł do niego, gdy ten klęczał przy fragmencie zwęglonej belki.

— Coś znalazłeś? — zapytał.

Laskowski podniósł wzrok.

— Jerzy, prawda? Komendant z Wielkich Lipień?

— Tak jest.

— Mówiłeś, że to czwarty pożar w tym miesiącu w waszej gminie?

— Czwarty poważny. Drobniejszych incydentów było więcej, ale to standard — odparzanie traw, kompostowniki, takie rzeczy.

Laskowski wstał, otrzepując kolana.

— Chodź ze mną — powiedział. — Chcę ci coś pokazać.

Przeszli przez dymiące ruiny w kierunku tylnej ściany stodoły, która częściowo się ostała. Laskowski wskazał na kilka szczegółów — nieregularny wzór spalenia drewna, dziwne plamy na ziemi, nadtopiony kawałek plastiku.

— Widzisz to? — zapytał. — To tzw. głęboki ogar. Powstaje, gdy temperatura spalania jest wyjątkowo wysoka, zazwyczaj powyżej ośmiuset stopni Celsjusza. A tutaj — wskazał na plamę — mamy resztki czegoś, co wygląda na płyn łatwopalny. Może benzyna, może diesel. Dopiero ekspertyza laboratoryjna to potwierdzi.

Kowalczyk poczuł, jak ściska mu się żołądek.

— Więc to było podpalenie?

— Nie powiedziałem tego — zastrzegł Laskowski. — Powiedziałem, że są przesłanki sugerujące użycie przyspieszonego spalania. Może być tysiąc powodów. Może pan Krawczyk przechowywał w stodole kanister z benzyną do kosiarki. Może jakieś stare farby, rozpuszczalniki. A może ktoś faktycznie to podłożył. Nie wyciągam pochopnych wniosków.

— Ale jeśli połączymy to z tymi innymi pożarami…

— Wtedy mamy wzorzec — dokończył Laskowski. — I wtedy rzeczywiście powinniśmy zacząć się martwić. Dlatego właśnie dziś po południu przyjedzie do was inspektor z wydziału kryminalnego. Będzie chciał z tobą porozmawiać, przejrzeć dokumentację wszystkich ostatnich pożarów. I będzie chciał porozmawiać z waszym sołtysem, z pracownikami urzędu gminy. Standardowa procedura.

— Rozumiem — mruknął Kowalczyk.

— Jerzy — powiedział Laskowski, kładąc mu rękę na ramieniu — jeśli to faktycznie podpalacz, to mamy problem. Bo piroman to nie ktoś, kto odpali raz i zniknie. To ktoś, kto będzie podpalał dalej. I zazwyczaj jego działania eskalują. Dzisiaj stodoła, jutro może być dom z ludźmi w środku.

Słowa Laskowskiego odbijały się echem w głowie Kowalczyka, gdy godzinę później wracał do remizy na czele swojej zmęczonej ekipy. Słońce już wstało, wieś budziła się do życia. Mijali dzieci idące do szkoły, kobiety wychodzące z chlebem na przydrożne kapliczki, mężczyzn spieszących do pracy.

Normalne, spokojne, prowincjonalne życie.

A gdzieś, być może w jednym z tych domów, za jednym z tych okien, siedział ktoś, kto nocami wychodził i podpalał. Ktoś, kto czerpał satysfakcję z widoku płomieni, z wycia syren, z ludzkiego nieszczęścia.

W remizie strażacy zaczęli rutynowo sprzątać sprzęt. Węże trzeba było rozwinąć i wysuszyć, aparaty powietrzne sprawdzić i uzupełnić, narzędzia uporządkować. Każda akcja kończyła się godzinami porządkowania — żmudna, nieefektowna praca, o której nie pisze się w gazetach, ale bez której żadna jednostka straży nie może funkcjonować.

Damian, zrzucając hełm do szafki, odwrócił się do komendanta.

— Szef, mogę coś powiedzieć?

— Mów.

— Ta stodoła… mogę się mylić, ale przysięgam, że czułem benzynę. Nie tylko ja. Grzesiek też to wyczuł.

Kowalczyk skinął głową.

— Brygadier Laskowski znalazł ślady płynu łatwopalnego. Będą robić ekspertyzę.

— Więc to jednak…

— Nie wiemy jeszcze nic na pewno — przerwał mu Kowalczyk. — Ale tak, możliwe że to podpalenie. I możliwe że te wcześniejsze też. Policja będzie to badać.

Karolina, która właśnie kończyła spisywać protokół na komputerze w biurze na piętrze, zbiegła po schodach.

— Komendant, dzwoniła żona. Kazała przekazać, że śniadanie stygnie.

Kowalczyk uśmiechnął się blado.

— Powiedz jej, że będę za dziesięć minut.

Ale wiedział, że nie będzie w stanie jeść. Wiedział, że gdy tylko zamknie oczy, zobaczy płomienie. Usłyszy trzask walącego się dachu. Poczuje ten dziwny, niepokojący zapach.

I pomyśli o tym, co powiedział Laskowski. O eskalacji. O tym, że piroman nigdy nie zadowala się jednym podpaleniem.

Wyszedł przed remizę, zapalił papierosa — nałóg, który podjął w wojsku i od lat bezskutecznie próbował rzucić. Patrzył na spokojną, senną wieś. Na kościelną wieżę majaczy w oddali. Na szosę prowadzącą do Lichenia, gdzie co roku setki tysięcy pielgrzymów zmierzało do sanktuarium Matki Boskiej Licheńskiej.

Wielkie Lipnie. Tysiąc dwieście mieszkańców. Trzy sklepy, jeden bar, jeden urząd pocztowy, remiza strażacka i kościół. Nie działo się tu nigdy nic szczególnego. Ludzie rodzili się, pracowali, umierali. Normalne życie.

Aż do teraz.

Aż do tych pożarów.

Kowalczyk zgasił niedopałek pod butem i ruszył do samochodu. Czekał go jeszcze raport dla władz gminy, rozmowa z sołtysem, a po południu — z policją.

Ale przede wszystkim czekało go pytanie, które nie dawało mu spokoju:

Kto?

Kto podpala w Wielkich Lipnach?

I dlaczego?

Na odpowiedzi przyjdzie mu poczekać. Ale gdy już nadejdą — za kilka tygodni, po śledztwie, po przesłuchaniach, po odkryciach, które wstrząsną całą okolicą — okażą się straszniejsze, niż mógłby sobie wyobrazić w najbardziej ponurych koszmarach.

Tej nocy, wracając do domu, do czekającej żony i stygnącego śniadania, Jerzy Kowalczyk był jeszcze tylko komendantem ochotniczej straży pożarnej w małej wielkopolskiej wsi. Kimś, kto gasi pożary i ratuje ludzi.

Za miesiąc będzie świadkiem w jednym z najbardziej szokujących śledztw w historii polskiej prowincji.

Ale tego jeszcze nie wiedział.

Jeszcze.ROZDZIAŁ 2: TRADYCJA I WSPÓŁCZESNOŚĆ

Sobotni wieczór w Wielkich Lipnach miał swój niepowtarzalny rytm. O osiemnastej zamykał się ostatni sklep, o dziewiętnastej kościelny dzwon wzywał na nieszpory, a o dwudziestej w remizie strażackiej zaczynała się zabawa. Ta tradycja trwała od lat dziewięćdziesiątych, odkąd ówczesny komendant, Bronisław Malinowski, wpadł na pomysł, że jednostka OSP może dorobić, wynajmując salę na piętrze pod potańcówki. Przez pierwsze lata był to tylko skromny przychód — jakieś wesele co kwartał, może urodziny, może stypa. Ale z czasem sobotnie zabawy stały się instytucją. Ludzie przyzwyczaili się, że w każdą sobotę, z wyjątkiem Wielkiego Postu, w remizie można zatańczyć, wypić piwo, spotkać sąsiadów.

Teraz, dziesięć dni po pożarze stodoły Krawczyków, Jerzy Kowalczyk stał przy barze na piętrze remizy i obserwował tłum. Sala, mieszcząca spokojnie osiemdziesiąt osób, była wypełniona w trzech czwartych. Jak na koniec września, to przyzwoity wynik. Grała lokalna kapela „Iskra” — trzech emerytowanych muzyków z pobliskiego Konina, którzy za trzysta złotych potrafili utrzymać parkiet w ruchu przez cztery godziny. Ludzie tańczyli walczyka, chociaż nikt specjalnie nie dbał o kroki. Wiejskie zabawy nie były miejscem na formalności.

— Komendant, jeszcze jedno? — zapytał Staszek Woźniak, stojąc po drugiej stronie baru.

Staszek, oprócz pełnienia funkcji zastępcy komendanta, w sobotnie wieczory wcielał się w rolę barmana. Miał do tego talent — potrafił jednocześnie nalewać piwo, wydawać resztę i prowadzić pogawędkę z trzema różnymi osobami.

— Dawaj — mruknął Kowalczyk, przesuwając w jego stronę pustą szklankę. — Ale to ostatnie. Małgosia kazała mi wrócić trzeźwym.

— A od kiedy to słuchasz żony? — zaśmiał się Staszek, nalewając półlitrowy kufel jasnego. — Znam cię, Jerzy. Za godzinę będziesz przy trzecim.

Kowalczyk nie odpowiedział, bo w tym momencie jego uwagę przyciągnęła scena przy wejściu. Drzwi otworzyły się i do środka wszedł ksiądz Tadeusz Broniewicz, proboszcz parafii Wielkie Lipnie. Pojawienie się duchownego na wiejskiej zabawie nie było samo w sobie nadzwyczajne — ksiądz Tadeusz, sześćdziesięciolatek o prostej, otwartej twarzy i charakterystycznym siwym wąsie, uchodził za człowieka ludu. Potrafił i przy ołtarzu stanąć, i kartę w remiku zagrać, i kieliszek wypić. Ale coś w jego postawie, w sposobie, w jaki rozglądał się po sali, mówiło Kowalczykowi, że ksiądz nie przyszedł tu dla rozrywki.

— Dobry wieczór, księże proboszczu — przywitał go komendant, gdy duchowny podszedł do baru.

— Niech będzie pochwalony — odpowiedział mechanicznie ksiądz Tadeusz. — Jerzy, musimy porozmawiać.

— Coś się stało?

— Stało — potwierdził ksiądz, ale nie rozwinął tematu. — Może wyjdziemy na zewnątrz? Tu za głośno.

Kowalczyk skinął głową i ruszył za księdzem, który już kierował się do wyjścia. Staszek posłał komendantowi pytające spojrzenie, ale Jerzy tylko wzruszył ramionami. Wyszli na zewnętrzny korytarz, gdzie hałas muzyki był znośniejszy. Przez okno widać było plac przed remizą, na którym stało kilkanaście samochodów.

— O co chodzi, księże? — zapytał Kowalczyk.

Ksiądz Tadeusz przez chwilę milczał, jakby dobierał słowa.

— Jerzy, ile lat się znamy?

— Dobre dwadzieścia.

— Dwadzieścia trzy — sprecyzował ksiądz. — Od twojego ślubu. Pamiętam, jak cię i Małgosię błogosławiłem. Pamiętam, jak chrzciliśmy wasze dzieci. Myślę, że mogę mówić otwarcie.

— Zawsze mógł ksiądz.

— W takim razie powiem wprost — ksiądz Tadeusz wyprostował się, jakby przygotowywał się do wyznania czegoś trudnego. — Martwię się tym, co się dzieje w tej remizie.

Kowalczyk zmarszczył brwi.

— W jakiej remizie? W tej?

— Właśnie w tej.

— Nie rozumiem. Mówi ksiądz o zabawach? Bo jeśli tak, to wszystko odbywa się zgodnie z przepisami. Mamy zezwolenie z urzędu gminy, płacimy podatki…

— Nie o zabawy mi chodzi — przerwał mu ksiądz. — Chodzi mi o to, co dzieje się tu wtedy, gdy zabawy się kończą.

Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko odległą muzyką dobiegającą z sali.

— Księże, naprawdę nie wiem, o czym ksiądz mówi — powiedział w końcu Kowalczyk, i było w jego głosie autentyczne zdziwienie.

Ksiądz Tadeusz westchnął ciężko.

— Jerzy, w parafii ludzie mówią. Plotki, owszem, ale takie, których nie można ignorować. Mówi się, że w tej remizie, w nocy, odbywają się… spotkania. Niestosowne spotkania.

— Niestosowne? — Kowalczyk czuł, jak narasta w nim irytacja. — Co to ma znaczyć?

— Orgię — powiedział ksiądz wprost, patrząc mu prosto w oczy. — Ludzie mówią, że w sobotnie noce, gdy zabawa się kończy i ostatni goście rozchodzą się do domów, tu zostają niektórzy. I że robią rzeczy… niegodne.

Kowalczyk przez moment stał osłupiały. Potem parsknął śmiechem.

— Księże, z całym szacunkiem, ale to kompletny absurd. Kto miałby tu urządzać orgie? Strażacy? Mamy średnią wieku pięćdziesiąt lat, połowa z nas ma problemy z kręgosłupem, a Ziutek ledwo chodzi o kulach po wypadku sprzed trzech lat.

— Nie mówię, że to strażacy — odparł spokojnie ksiądz. — Mówię, że ktoś wynajmuje tę salę. Że ma do niej klucz. I że wykorzystuje ją do celów, które… cóż, które nie są zgodne z duchem chrześcijańskim.

— Kto niby miałby taki klucz? — zapytał Kowalczyk, choć pytanie było retoryczne. Wiedział doskonale, kto miał dostęp do remizy. — Klucze mam ja, mój zastępca Staszek i Karolina, która prowadzi sekretariat. To wszystko.

— A jesteś pewien, że nikt nie zrobił sobie kopii?

To pytanie zawisło w powietrzu. Kowalczyk chciał zaprzeczyć, ale nagle dotarło do niego, że tak naprawdę nie może być pewien niczego. Klucze leżały w szafce w jego gabinecie. Teoretycznie miał do nich dostęp każdy członek OSP. Zrobienie kopii w zakładzie szewsko-grawerskim w Koninie to kwestia dziesięciu minut i dwudziestu złotych.

— Księże — powiedział w końcu — jeśli ma ksiądz jakieś konkretne informacje, jakieś dowody, to proszę je przedstawić. Inaczej to są tylko plotki. A plotki na wsi zawsze były i będą.

Ksiądz Tadeusz skinął głową.

— Masz rację. Konkretnych dowodów nie mam. Ale martwię się, Jerzy. Martwię się tym, co się dzieje w tej wsi. Te pożary, te plotki… Coś tu nie gra. Czuję to.

— Pożarami zajmuje się policja — odparł Kowalczyk. — Była u mnie inspektorka z wydziału kryminalnego. Przesłuchiwała świadków, przeglądała dokumentację. Jeśli jest jakiś związek między pożarami a… czymkolwiek innym, to oni to wykryją.

— Mam nadzieję — mruknął ksiądz. — Mam nadzieję. Bo inaczej obawiam się, że czeka nas jeszcze więcej nieszczęść.

Gdy ksiądz odszedł, Kowalczyk wrócił do sali. Muzyka grała dalej, ludzie tańczyli, przy barze ustawiała się kolejka po napoje. Wszystko wyglądało normalnie, swojsko. A jednak słowa księdza tkwiły w nim jak drzazga. Orgie? W remizie strażackiej? To brzmiało jak scenariusz taniego filmu, nie jak rzeczywistość małej wielkopolskiej wsi.

— Komendant wrócił — zauważył Damian, pojawiając się przy barze. — A ja myślałem, że zdezerterowałeś.

Młody strażak był wyraźnie podpity, choć jeszcze daleko mu było do stanu, w którym trzeba byłoby go odprowadzić do domu. Miał na sobie ciemne dżinsy i koszulę w kratę — strój typowy dla wiejskiego kawalera na zabawie.

— Musiałem pogadać z księdzem — wyjaśnił Kowalczyk.

— O, widziałem. Wyglądał, jakby miał panią z tobą — zaśmiał się Damian, po czym spoważniał. — Wszystko w porządku?

— Tak. Rutynowe sprawy parafialne.

To było kłamstwo, ale Kowalczyk nie miał ochoty dzielić się z Damianem tym, co usłyszał. Przynajmniej nie teraz, nie tutaj.

— Słuchaj, skoro już jesteś — ciągnął Damian, pochylając się bliżej — zauważyłeś tę kobietę przy oknie?

Kowalczyk spojrzał we wskazanym kierunku. Przy oknie z widokiem na parking stała kobieta, którą widział tu po raz pierwszy. Trzydzieści kilka lat, ciemne włosy spięte w niski kok, szczupła sylwetka w prostej czarnej sukience. Niekoniecznie typ urody, który zwracałby uwagę na wiejskiej zabawie — za elegancka, za… miejska. I coś jeszcze — w sposobie, w jaki stała, w jej postawie, było coś niepokojącego. Jakby się nie bawiła, tylko obserwowała.

— Kto to? — zapytał Kowalczyk.

— Nie wiem — przyznał Damian. — Karolina mówi, że przyjechała sama, pół godziny temu. Wzięła jednego drinka i od tej pory tylko stoi i patrzy.

— Może ktoś ją tu przywlókł i zostawił?

— Może. Ale patrzy dziwnie, nie uważasz?

Faktycznie, było w tym spojrzeniu coś oceniającego, analitycznego. Kowalczyk miał dziwne wrażenie, że kobieta nie tyle bawi się, co przeprowadza jakiś rekonesans.

Zanim zdążył odpowiedzieć Damianowi, przy barze pojawił się nowy gość. Radny gminy, Eugeniusz Kaczmarek, znany z zamiłowania do głośnych przemówień i jeszcze głośniejszych libacji. Sześćdziesięciolatek o twarzy pooranej bruzdami i brzuchu wyprzedzającym go o dobre pół metra, był postacią kontrowersyjną. Jedni widzieli w nim rzecznika lokalnej społeczności, inni — korupcyjnego cwaniaka żerującego na stanowisku.

— Jerzy! — ryknął, jakby odległość między nimi wynosiła dwadzieścia metrów, a nie dwa. — Nareszcie cię widzę! Musimy pogadać!

— Dobry wieczór, panie radny — odpowiedział Kowalczyk, siląc się na uprzejmość.

— Gadaj mi tu dobry wieczór — mruknął Kaczmarek, zamawiając podwójną wódkę. — Dobry wieczór będzie, jak ten pieprzony podpalacz trafi za kraty. Wiesz, ile ja straciłem przez te pożary? Wiesz?

— Nie wiem — przyznał Kowalczyk.

— Ubezpieczenie mi podskoczyło o dwieście procent! Dwieście! Bo jak ubezpieczalnia zobaczyła statystyki z gminy, to powiedziała: panie Kaczmarek, albo pan nam zapłaci więcej, albo pan nie ma polisy. A ja mam trzy obory, dwie stodoły i magazyn z nawozami. Jak mam nie mieć polisy?

— Rozumiem pana frustrację…

— Frustrację? — przerwał mu Kaczmarek. — Ja nie mam frustracji, ja mam konkretne straty! I nie tylko ja. Połowa gminy ma. Ludzie się boją, Jerzy. Boją się, że następny spali się im dom. Że zginą w płomieniach. To jest terror!

— Policja pracuje nad sprawą — zapewnił go Kowalczyk. — Były tu już dwa razy. Brali próbki z miejsc pożarów, przesłuchiwali świadków…

— A gdzie efekty? — warknął Kaczmarek, wypijając wódkę jednym haustem. — Efektów nie ma! Za to plotek pełno. Słyszałeś, co ludzie gadają?

— Jakie plotki?

Kaczmarek pochylił się bliżej, obrzucając Kowalczyka falą alkoholowych oparów.

— Gadają, że to te zakonnice — wyszeptał teatralnie. — Z klasztoru w lesie. Że jedna z nich zwariowała i teraz chodzi po nocy i podpala.

Kowalczyk zmarszczył brwi.

— To absurd.

— Absurd? — Kaczmarek parsknął. — A co jest w tym absurdalnego? Klasztor jest dwa kilometry stąd. Siostry chodzą po okolicy, zbierają jałmużnę, prowadzą warsztaty. Kto powiedział, że jedna z nich nie może być piromanką?

— Panie radny, z całym szacunkiem, ale…

— Ja tylko powtarzam, co słyszałem — przerwał mu Kaczmarek, znów nalewając sobie wódkę. — Ale pomyśl o tym. Klasztor, pożary, plotki o dziwnych rzeczach dziejących się w nocy… Może to wszystko jakoś się łączy?

Odszedł, chwiejąc się lekko, pozostawiając Kowalczyka z jeszcze większym zamieszaniem w głowie. Ksiądz wspomina o orgiach. Radny o zwariowanych zakonnicach. Co jeszcze?

— Komendant, wszystko w porządku? — zapytała Karolina, która właśnie przyniosła pustą skrzynkę po piwie z zaplecza.

Kowalczyk spojrzał na nią. Karolina Mazur, jedyna kobieta w jednostce, była też osobą, której najbardziej ufał. Miała trzeźwy umysł, nie ulegała panice, nie plotkowała. Jeśli ktokolwiek wiedział, co naprawdę dzieje się w remizie, to właśnie ona.

— Karolino, mogę cię o coś zapytać? — powiedział cicho.

— Oczywiście.

— Zauważyłaś coś dziwnego ostatnio? Cokolwiek nietypowego?

Karolina zmarszczyła brwi.

— Dziwnego w jakim sensie?

— W każdym. Nietypowych gości, dziwnych sytuacji, czegoś, co by cię zaniepokoiło.

Przez moment zastanawiała się.

— Szczerze? — zapytała w końcu. — Tak. Kilka razy widziałam, że w nocy, już po zabawie, na parkingu stał samochód. Nie z naszej wsi. Czarny SUV, chyba BMW albo Audi, nie jestem pewna. Zawsze stał gdzieś z boku, przy krzakach.

— I co z nim?

— Nic. Stał może z pół godziny i odjeżdżał. Za pierwszym razem pomyślałam, że może to jacyś goście czekają na kogoś. Za drugim też. Ale za trzecim zaczęło mnie to niepokoić. Zwłaszcza że zawsze było ciemno w środku, jakby ktoś nie chciał, żeby go zobaczono.

— Kiedy to było?

— Ostatnio dwa tygodnie temu. Ale wcześniej też, może z miesiąc temu.

Kowalczyk poczuł, jak narasta w nim niepokój.

— Mówiłaś komuś o tym?

— Nie. Bo co miałam powiedzieć? Że stał samochód? To nie jest przestępstwo.

— Masz rację — przyznał Kowalczyk. — Ale jeśli zobaczysz go znowu, to daj mi znać od razu. Dobrze?

— Dobrze — zgodziła się Karolina, choć jej mina mówiła, że nie do końca rozumie, o co chodzi.

Zabawa trwała jeszcze dwie godziny. Kowalczyk został do końca, obserwując, analizując, próbując wyłapać cokolwiek, co potwierdziłoby lub obaliło to, co usłyszał. Ale nic szczególnego się nie wydarzyło. O północy kapela zagrała ostatni kawałek, ludzie zaczęli się rozchodzić. Staszek zamykał bar, Damian pomagał składać krzesła. Wszystko wyglądało zupełnie normalnie.

Tajemnicza kobieta w czarnej sukience wyszła jako jedna z pierwszych. Kowalczyk zauważył, że wsiadła do ciemnego samochodu zaparkowanego z daleka od świateł — nie mógł określić marki. Pojazd ruszył cicho i zniknął w ciemnościach.

— Wracasz? — zapytał Staszek, zamykając kasę.

— Zaraz — odparł Kowalczyk. — Jeszcze sprawdzę zamki w drzwiach.

To było kłamstwo. Naprawdę chciał zostać sam, przejść się po pustej sali, poczuć atmosferę miejsca. Czasami budynki mówią — trzeba tylko umieć słuchać.

Gdy wszyscy wyszli, Kowalczyk został sam na piętrze remizy. Cisza była niemal namacalna. Tylko zegar na ścianie tykał miarowo, odmierzając sekundy. Przeszedł przez salę, światło księżyca wpadające przez okna rzucało długie cienie. Zatrzymał się przy barze, po czym skierował się w stronę zaplecza.

Zaplecze składało się z trzech pomieszczeń — małej kuchni, magazynu z krzesłami i stołami oraz zamykanej komórki, gdzie przechowywano alkohol. Wszystko było na swoim miejscu. Albo przynajmniej tak wyglądało.

Kowalczyk otworzył drzwi do magazynu. Włączył światło. Krzesła poukładane w stosy, stoły złożone i oparte o ścianę. I coś jeszcze — w kącie, pod jednym ze stołów, leżał kawałek materiału. Podniósł go. To była chusta, czarna, jedwabna. Damska. Nie pamiętał, żeby ktokolwiek dziś wieczorem nosił coś takiego.

Obracał chustę w palcach, gdy nagle usłyszał dźwięk. Delikatny, ledwo słyszalny. Jakby… kroki?

Zamarł, nasłuchując. Przez moment panowała cisza, a potem znowu — skrzypnięcie desek na korytarzu.

— Halo? — zawołał. — Jest tu kto?

Nie było odpowiedzi. Kowalczyk wyszedł z magazynu, rozglądając się po korytarzu. Pusty. Ale na końcu, przy schodach prowadzących na dół, zauważył coś dziwnego — drzwi do gabinetu, w którym trzymał dokumentację OSP, były uchylone. Był pewien, że je zamknął przed zabawą.

Podszedł powoli, serce biło mu szybciej. Pchnął drzwi. Gabinet był ciemny, ale w świetle korytarza mógł zobaczyć, że wszystko wydaje się na swoim miejscu. Biurko, szafki, komputer…

Nie, czekaj. Szuflada biurka. Ta, w której trzymał klucze zapasowe.

Była lekko wysunięta.

Kowalczyk podszedł, otworzył szufladę całkowicie. Klucze leżały na swoim miejscu. Wszystkie trzy komplety. Ale czy na pewno wszystkie? Jak mógł być pewien?

Wyciągnął telefon i zadzwonił do Staszka.

— Jerzy? Co się stało? — głos zastępcy brzmiał sennie.

— Staszek, przepraszam że budzę, ale muszę cię zapytać. Ile kompletów kluczy do remizy mamy oficjalnie?

— Co? Trzy. Wiesz o tym. Ty masz jeden, ja drugi, Karolina trzeci. O co chodzi?

— Jesteś pewien, że nigdy nie zrobiliśmy dodatkowych kopii? Może dla kogoś z zarządu jednostki?

— Nie, Jerzy, nie zrobiliśmy. Czemu pytasz?

— Bo… — urwał. Jak to wytłumaczyć, nie brzmiąc jak paranoik? — Nieważne. Dziękuję. Dobranoc.

Rozłączył się i stał jeszcze przez chwilę w ciemnym gabinecie. Może to wszystko było tylko jego wyobraźnią. Może drzwi zostały uchylone przez kogoś z ekipy sprzątającej. Może chusta należała do którejś z gości i po prostu spadła. Może.

Ale głęboko w środku Kowalczyk wiedział, że coś jest nie tak. Czuł to instynktem wyostrzonym przez dwadzieścia trzy lata służby w straży. Czuł to tak samo, jak czuł zapach benzyny podczas pożaru stodoły Krawczyka.

Coś się działo w tej remizie. Coś, o czym on nie wiedział.

I postanowił się dowiedzieć co.

Dwa kilometry dalej, w głębi sosnowego lasu, za wysokim murem otaczającym klasztor sióstr bernardynek, w małej celi o białych ścianach i twardym łóżku, siedziała kobieta. Miała na sobie habit, czarny i prosty, włosy ukryte pod welonem. W dłoniach trzymała różaniec, ale nie modliła się. Patrzyła przez wąskie okno na las pogrążony w ciemności.

Myślała o tym, co widziała dziś wieczorem. O ludziach tańczących w sali, o komendancie rozmawiającym z księdzem, o tej drugiej kobiecie — tej w czarnej sukience, która obserwowała wszystkich tak uważnie.

Myślała o tym wszystkim i szeptała cicho:

— Już niedługo.

Już niedługo wszystko się zmieni.

Już niedługo płomienie znowu rozbłysną w nocy.

I wtedy wszyscy zrozumieją.

Zrozumieją, że grzech musi zostać spalony.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij