Strażnicy Gorham: Tajemnica Skały Gibraltarskiej - ebook
Strażnicy Gorham: Tajemnica Skały Gibraltarskiej - ebook
Fernando Sánchez wrócił do małej wioski rybackiej u stóp Skały Gibraltarskiej, mając nadzieję na rozpoczęcie nowego życia. Spotyka tam dziennikarza w podobnej sytuacji, lokalnego handlarza rybami i jego siostrzeńca, młodego mężczyznę, który wplątał się w podejrzane interesy z mieszkańcami Gibraltaru. W luksusowym kompleksie obok wioski nic nie jest takie, jakie się wydaje, a w tunelach pod Skałą dzieją się dziwne rzeczy. Problemy, w które się wplątują, zmienią ich życie na zawsze. „Strażnicy Gorham” to thriller o lojalności, odwadze, traumach rodzinnych i miłości, która potrafi rozświetlić nawet najciemniejsze tunele. Napięcie, emocje i elementy nadprzyrodzone splatają się w opowieść, po której nic już nie będzie takie samo.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 325 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Torreguadiaro, Kadyks, 1964
POSTERUNEK GWARDII CYWILNEJ W TORREGUADIARO
Czynność nr 23/64 – Zaginięcie małoletniego
W dniu dzisiejszym, o godzinie 07:15 dnia 14 września 1964 roku, stawia się na tym Posterunku pan Manuel Barrera Ruiz , z zawodu rybak, zamieszkały w Torreguadiaro przy ulicy Real s/n, który oświadcza, że jego syn Antonio Barrera López , lat siedemnaście, nie powrócił do domu rodzinnego od popołudnia dnia 13 bieżącego miesiąca.
Podaje, że małoletni zwykle pomaga przy pracach rybackich, a czasem wykonuje posługi aż do La Línea, oraz że dobrze posługuje się językiem angielskim, którego nauczył się, obcując z osobami pochodzącymi z kolonii Gibraltar, bez ustalonej tożsamości.
Oświadcza, iż obawia się, że jego syn może przebywać zatrzymany na terenie Gibraltaru albo że mógł ulec wypadkowi na morzu.
Zarządza się pieszy patrol wybrzeża od ujścia rzeki Guadiaro w kierunku La Línea, w celu odnalezienia śladów mogących wskazywać na miejsce pobytu wspomnianego małoletniego.
Aby to poświadczyć, sporządzam niniejszy protokół.
W Torreguadiaro, dnia 14 września 1964 r.
------------------------------------------------------------------------
Porucznik Juan Antonio Ramírez szedł z rękami splecionymi na plecach, w trójgraniastym kapeluszu, z butami lekko zapadającymi się w wilgotnym piasku. Obok niego, dwa kroki z tyłu, szedł jego syn, gwardzista Ramírez, pas wypolerowany, pistolet w kaburze i twarz człowieka, który niewiele spał.
Levante, wilgotny wiatr wschodni , tego popołudnia dał krótką przerwę. Morze było niemal płaskie, szarozielone, a światło powoli opadało ku horyzontowi. W oddali, odcinając się na mlecznym niebie, Skała Gibraltarska wydawał się bliżej niż zwykle, jakby nieco się pochylił, by posłuchać.
—Popatrz —mruknął porucznik, wskazując brodą w stronę lądu—. Tam, gdzie teraz są tylko trzciny i komary, mówią, że ci Amerykanie postawią pole golfowe.
Syn spojrzał na wciąż podmokłe tereny, pozostałości dawnych pól ryżowych, niskie gospodarstwa pachnące błotem i bydłem.
—Mówił to komendant, panie poruczniku. Że kupili ziemię finca Paniagua . I że będą tam budować wille, klub i nie wiadomo co jeszcze.
—Wille, powiadasz… —splunął z umiarkowaną pogardą—. Zniszczą ryżowiska i przepłoszą ryby. Na koniec nie będzie ani ryżu, ani sardeli. Ale za to dużo jankesów w krótkich spodenkach i dużo paniczy z kijem do uderzania piłek.
Zatrzymał się na chwilę, spojrzał na Skałę.
—Najpierw weszli tędy Maurowie, wypędzenie ich zajęło nam osiemset lat. Potem Anglicy, wracający po próbie zajęcia Barcelony. Teraz Amerykanie przez Sotogrande. Ta wybrzeżna kraina zawsze miała otwarte drzwi dla piratów, berberyskich korsarzy i teraz dla jankesów.
Młody uśmiechnął się, ale ostrożnie.
—Mówią, że Anglicy pozwolą głosować yanitos , panie poruczniku. Czy chcą nadal być Anglikami, czy nie.
—Wiem, człowieku, że też czytam gazety —burknął Ramírez senior—. A Jego Ekscelencja El Caudillo już powiedział, że jak ci hultaje z perfidnego Albionu zaczną fikać, zamyka się bramę i koniec żartów.
Zawiesił głos, smakując tę myśl.
—I słusznie. Anglicy zawsze byli piratami. Kiedyś przychodzili pod czarną banderą, teraz przychodzą z referendum. Ale istota ta sama.
Syn spojrzał pod nogi, szukając śladów.
—Myśli pan, że chłopak poszedł z nimi? —spytał po kilku metrach—. Z Anglikami… albo Amerykanami.
—A skąd ja mam wiedzieć, synu —odparł sierżant, nie patrząc na niego—. W wieku siedemnastu lat, znając angielski, człowiek wierzy, że świat jest jego. Może przepłynął, może jest w La Línea, przerzucając kawę z przemytu, może wciągnęło go morze.
Cmoknął językiem.
—Wiem tylko, że ojciec zrobił się blady jak mąka. A gdybyś ty mi zaginął, miałbym minę taką samą albo gorszą.
Szli chwilę w milczeniu. Mewy krzyczały, pies szczekał w oddali. Rzeka Guadiaro była już za nimi; przed nimi równy łuk wybrzeża, pas piasku bardziej opustoszały niż zwykle.
—Panie poruczniku —powiedział młody po chwili—. Czy to prawda, co mówią rybacy, że pod Skałą są tunele prowadzące nie wiadomo dokąd?
Ramírez parsknął cicho — pół śmiech, pół szacunek.
—Rybacy mówią różne rzeczy. Że są studnie bez dna, że Skała oddycha od spodu i że jak cię złapie jedna z tych dmuchaw, to idziesz na dno i nie zobaczy cię już nikt.
Spojrzał znów na Peñón, na którym zapalały się pierwsze światła.
—Mój dziadek mówił, że zanim przyszli Maurowie, ludzie już modlili się do góry. Nazywali ją różnie: Ustami Świata, Bramą czegoś tam. Zabobony. Ale morze zawsze trzeba szanować — to akurat prawda.
Po skórze młodego przeszły ciarki, choć nie było zimno.
—Ale pan widział dziwne rzeczy, panie poruczniku —nalegał, z tą ciekawością, którą mają tylko młodzi—. Słyszałem, że raz, kiedy łowiliście tam, wyciągnęliście ryby bez oczu.
—To było zanim ty się urodziłeś —mruknął Ramírez, z innym tonem—. I to nie były ryby bez oczu, tylko z oczami jakby wypalonymi. Jakiś syf, który Anglicy albo Amerykanie wrzucili do wody, kto to wie.
Przetarł kark idealnie białą chustką.
—Odkąd bawią się w okręty podwodne i nowe zabawki, morze bywa dziwne. Są noce, kiedy pachnie inaczej. Jak żelazo. Ale nieważne…
Wzruszył ramionami.
—Dziś musimy znaleźć Antonio, nie duchy.
Imię zawisło na chwilę w powietrzu: Antonio Barrera, siedemnaście lat, bystry jak lis i z uchem do angielskiego. Chłopak od posyłek do La Línea, od negocjowania z yanitos kilku peset za kawę lub tytoń.
Ojcu wyrwało się prawie mimochodem, że chłopak „czasem przynosił puszki i różne rzeczy”, ale bez złej intencji: „bo w życiu, panie poruczniku, albo się ogarniasz, albo nie jesz”.
Plaża była pusta. Tylko stara sieć, łódka wyciągnięta wyżej, skrzynka na wpół zakopana w piasku.
—Stój —powiedział nagle Ramírez, przykucając—. Patrz na to.
Była to zgnieciona puszka po zagranicznym produkcie spożywczym, napis po angielsku starty przez sól. Nic niezwykłego — poza tym, że wokół piasek był poruszony, jak po niewielkiej szamotaninie. Od puszki w stronę wody biegł ślad — nieregularny, głęboki, jakby coś ciężkiego przeciągnięto po piasku.
Porucznik pochylił się, kolana trzasknęły mu cicho.
—To może być wszystko —mruknął—. Sieć, worek, martwa świnia, kto to wie.
Ale twarz mu stężała.
Ślad kończył się przy skałkach, gdzie rozbijała się krótka fala.
I tyle.
—A ślady stóp? —spytał młody.
Nie było wyraźnych odcisków. Tylko zamazane ślady, stare, może rybaków, a może ich własne.
— Prądy cieśniny wszystko zaciera, synu —powiedział porucznik, wstając—. Zawsze tak było.
Kopnął puszkę, która obróciła się na zardzewiały bok.
—Zanotuj współrzędne. Wpiszemy to do raportu. Chociaż mówię ci: komendant ma to gdzieś. Dla niego chłopak albo jest w Gibraltarze, albo na dnie. W obu przypadkach — sprawa zamknięta.
Gwardzista Ramírez posłusznie wyjął notes i zapisał drobnym pismem. Gdy pisał, zimniejszy podmuch owiał im łydki. Młody spojrzał na morze.
Przez ułamek sekundy — tylko tyle — wydało mu się, że woda dalej od brzegu nie jest gładka, lecz jakby lekko wypukła, jakby coś ogromnego poruszyło się w głębinie. Nie fala, nie łódź. Coś wolniejszego. Gęstszego.
Mrugnął i morze znów było zwyczajne, szare, spokojne.
—Widział pan? —spytał bez namysłu.
—Co niby? —porucznik zapalał właśnie papierosa.
—Nic, panie poruczniku. Reflex.
Ojciec spojrzał na niego spod oka z półuśmiechem.
—Mniej bajek, więcej oczu na ziemi. Dość mamy Anglików, Amerykanów i żywych łobuzów, żeby martwić się jeszcze o potwory, nie uważasz?
Gwardzista Ramírez, Pepe, uśmiechnął się, ale nie całkiem.
Ruszyli dalej w stronę La Línea, podczas gdy niebo lekko ciemniało, a Peñón zapalał kolejne lampy — jakby naprawdę oddychał, wciągając i wypuszczając powietrze przez niewidzialne tunele łączące skałę z morzem.
POSTERUNEK GWARDII CYWILNEJ W TORREGUADIARO
Czynność nr 23/64 – Uzupełnienie
W patrolu przeprowadzonym dnia 14 września 1964 r., w godzinach 18:00–20:15, na odcinku wybrzeża pomiędzy ujściem rzeki Guadiaro a gminą San Roque, odnaleziono na plaży, około dwóch kilometrów od centrum Torreguadiaro, metalową puszkę po zagranicznym produkcie spożywczym oraz ślady w piasku odpowiadające przeciąganiu ładunku o pewnym ciężarze z wnętrza plaży ku morzu.
Nie znaleziono odzieży, dokumentów ani innych przedmiotów, które można by jednoznacznie powiązać z zaginionym Antonio Barrera López .
Zanotowano te wskazówki, bez możliwości ustalenia jednoznacznego związku z zaginięciem.
Prowadzi się dalsze czynności i przekazuje dokumentację do Komendy w Algeciras.
W Torreguadiaro, dnia 15 września 1964 r.
Z biegiem lat akta sprawy zostały pogrzebane pod innymi papierami, innymi zaginięciami, innymi patrolami.
W Sotogrande zaczęto budować w dawnych polach ryżowych: golf zastąpił błoto, białe wille zastąpiły chaty.
Zamknięto bramę Gibraltaru, jak mówił porucznik.
Morze natomiast pozostało. Oddychało dalej.
A imię Antonio Barrera wypowiadano już tylko szeptem, nocą, gdy stary rybak patrzył na Skałę i spluwał na bok, sam nie wiedząc, dlaczego tak bardzo bolą go kości.ROZDZIAŁ 1
Powrót
Już brakowało tylko kilku dni, żeby beach bar chiringuito El Chambao zamknęło sezon. Fernando Sánchez, madrytczyk andaluzyjskiego pochodzenia, miał już ponad czterdzieści lat. Miał faliste włosy, zaczesane do tyłu, z wyraźnymi zakolami i skroniami, które zaczynały bieleć tą szarością, jaka najpierw pojawia się u mężczyzn, którzy przeżyli więcej, niż mówią. Tamttej nocy, już dobrze po zmroku, schodził w dół po stromym zboczu dzielnicy rybackiej Torreguadiaro, należącej do gminy San Roque, w samym sercu Campo de Gibraltar.
Ta pochyła uliczka zawsze miała w sobie coś szczególnego: zapach morza zmieszany z wilgocią oleandry i starym solnym odorem; aromat, który dla niego był czystym dzieciństwem. Na końcu zejścia znajdowała się plaża rybaków, która z biegiem lat zaczęła nazywać się tak samo jak luksusowa urbanizacja, wybudowana w 1986 roku po powstaniu portu jachtowego u ujścia Guadiaro: Sotogrande. Lata ją zmieniły, ale dla Fernando wciąż była tym samym zakątkiem, w którym bawił się w bycie szczęśliwym, nie wiedząc, że naprawdę nim był.
Przechodząc obok małej wnęki w murze, w której znajdowała się figurka Matka Boska Virgen del Carmen — Dzieciątko Jezus w jednej ręce, różaniec w drugiej — wmurowana w biały, wapienny mur dawnej rybackiej chaty, przeżegnał się niemal z przyzwyczajenia. Zrobił jeszcze kilka kroków, ale coś pociągnęło go z powrotem. Cofnął się. Zatrzymał się, patrząc na mały wizerunek za czarną, żelazną kratą, która go chroniła, i wyszeptał, ledwo słyszalnie:
—Już mnie znasz, Matko… Pomóż mi dziś nie narobić głupstw i nie przesadzić z gorzałą. Sama wiesz, że nie wiem, po co tu wróciłem po tylu latach, ale czuję, że pomagasz mi to zrozumieć.
Sánchez znał swojego najgroźniejszego wroga: samego siebie. A w takie noce jak ta, gdy powietrze nad Cieśniną było ciężkie, a mgła zaczynała schodzić ze zboczy, wróg urastał w nim do większych rozmiarów. Bał się siebie bardziej niż kogokolwiek, kiedy przesadzał z piciem, bo jedno prowadziło do drugiego, a on miał już za sobą zbyt wiele nałogów w wieku dwudziestu i trzydziestu lat. Wrócił na południe, żeby uciec przed duchami: tymi z Madrytu, z pracy, z zaułków nocy i z cienia złych decyzji.
Przeżył szalone lata dziewięćdziesiąte, ale z biegiem lat zostawił za sobą ekscesy i flirty z narkotykami, zarówno tymi miękkimi, jak i wypady w stronę tych mniej miękkich, i teraz ograniczał się do piwa i okazjonalnego ginu z tonikiem. Jego pensja też nie wystarczała na wiele więcej niż czynsz, jedzenie i ubranie, ale najważniejsze było to, że nie chciał już rozwalać się od środka. Wyjeżdżając z Madrytu, odkrył, że nic z tamtych rzeczy nie jest mu potrzebne.
Jego przyzwoity angielski, w połączeniu z nieśmiałością, którą maskował humorem, otworzyły mu drzwi: pracę przedstawiciela handlowego zdalnie, która pozwoliła mu wrócić na wybrzeże, gdzie spędził wakacje bolesne dziś od nostalgii. Ziemię, na której można było być wolnym albo zgubić się na zawsze, w zależności od tego, jak wiał levante .
Przeżuwając myśli, skręcił za rogiem u Eulogii, starego domu rybackiego przerobionego na restaurację. W głębi rozciągała się dekoracja Chambao: wielkie donice, palmy, ciepłe światła, które zdawały się naśladować nieskończony zachód słońca. Kelnerzy sprzątali stoliki, żeby zrobić miejsce na parkiet. Espetero , mężczyzna odpowiedzialny za grillowanie sardynek nabitych na ostre bambusowe patyki, już po zamknięciu kuchni, polewał żar wodą, a obłok pary unosił się jak westchnienie lata, które właśnie odchodziło.
Chambao był nadmorskim kameleonem. Za dnia — zwykły chiringuito . Nocą… świątynia. Jego ośmiokątna konstrukcja zwieńczona stożkiem ze strzechy przykrywała bar i prowizoryczny parkiet, gdzie mieszało się wszystko: złota młodzież z Sotogrande i weterani, którzy szukali odrobiny dawnych nocy. Fernando zawsze lepiej czuł się wśród tych drugich.
Klientela była różnorodna: miejscowi z Torreguadiaro, rodziny z Algeciras, młodzi z Jimeny, dzieciaki z Tesorillo i La Línei, angielscy, niemieccy i holenderscy turyści w klapkach. Wszyscy opaleni, wszyscy rozbawieni, a resztę robił alkohol. Pod białym drewnem malowanym „w stylu ibizyjskim” czasem krążyły też inne substancje, jakby były częścią wyposażenia.
„Co roku urządzają to inaczej” — pomyślał Fernando. — „Ale jakkolwiek to urządzają, wszyscy zawsze świetnie się tu bawią”.
Wszedł do środka. Wiatr levante niósł swój wilgotny, słony zapach, zmieszany z woniami kremów do opalania. Wnętrze było oświetlone z niemal hipnotycznym wyczuciem: ciepłe światła, sugerujące cienie i ten klimat, który zaprasza, żeby zostać dłużej, niż się powinno.
Niemal natychmiast Dani — barman — uniósł brwi, rozpoznając go nawet w półmroku baru. Płukał szklankę ze swoją zwykłą szybkością, odstawił ją na bok i wytarł prawą dłoń.
—Hej, Madrileño ! Jak się masz? —powiedział swoim argentyńskim akcentem—. Cieszę się, że zawsze wpadasz wcześniej, żeby pogadać o naszych sprawach. Bombay Sapphire z tonikiem, tak?
Fernando uścisnął mu dłoń.
—Jasne, Dani, jak zwykle. Ale wiesz, nie lej mi za mocno, bo inaczej szybko skończy mi się sznur i zacznę mieszać cytaty filozofów. — powiedział Fernando, puszczając do niego oko.
Dani, który był absolwentem filozofii, wybuchnął czystym śmiechem, tak autentycznym jak jego spojrzenie.
—Haha! Jesteś nieznośnym pedantem, stary —powiedział rozbawiony.
Dani był typowym Argentyńczykiem: bystry, elegancki i z tą melancholijną iskrą, która zdaje się być w jego kraju w zestawie standardowym. Filozof z wykształcenia, emigrant z konieczności. Pracował w Pueblo Nuevo w sklepie ogrodniczym, zimą jako nauczyciel hiszpańskiego dla obcokrajowców, a latem jako gwiazda za barem. Fernando wiedział, że ma maksymalnie trzydzieści minut rozmowy, zanim hałas pochłonie bar.
Obaj rozumieli się doskonale. Między jednym drinkiem a drugim rozmawiali o Schopenhauerze, beat generation, Bukowskim czy Pink Floyd, choć wiedzieli, że robią to bardziej dla pozy niż z przekonania. Jedno było pewne: nigdy nie rozmawiali o polityce; wiedzieli, że tam nie ma rozmowy bez utraty kawałka przyjaźni.
Przy barze zaczęło się robić tłoczno. Muzyka podkręciła głośność. Fernando został dyskretnie wypchnięty na skraj, gdzie było mniej miejsca i więcej mroku.
Dani popchnął go delikatnie:
—Przesuń się tam trochę, stary, bo już przychodzą dziewczyny.
Posłuchał, a kiedy się przesuwał, niechcący wpadł na kogoś ukrytego w cieniu.
—O rany, przepraszam! —wyrwało się Fernando, zawstydzonemu po dwóch gin-tonikach, które miał już w sobie. Zbyt długo gapił się na dziewczynę w dżinsowej minispódniczce.—Bardzo cię przepraszam, stary, naprawdę. Wszystko ci wylałem!
Chłopak, około dziewiętnasto–dwudziestoletni, z lekko dłuższymi, bardzo jasnobrązowymi, prawie blond włosami, niezbyt wysoki, śniady, o półatletycznej sylwetce, spojrzał na niego z półuśmiechem.
—Spoko, bro —powiedział z andaluzyjskim akcentem.
Mieszanka tytoniu i haszyszu, z której skręcał jointa, spadła na ziemię.
—Cholera, stary, naprawdę przepraszam. Pozwól, że postawię ci drinka. Dani, nalej temu panu jeszcze jednego, cokolwiek pił!
Chłopak wytarł dłoń o dżinsy i podał ją Fernando, teraz już czystą, z szczerym gestem.
—Jestem Oliver. Oli dla przyjaciół.
—Miło mi, Oli. Ja jestem Fernando. A to jest Dani.
Barman wyciągnął do nich ramię.
—Dani, bardzo mi miło.
Incydent został zapomniany w sekundę. Czasem przyjaźnie zaczynają się od potknięcia.
Tymczasem na drugim końcu baru Macarena Jiménez — „Maca”, dziennikarka-factotum, która w lokalnej gazecie relacjonowała wszelkiego rodzaju wiadomości z całej Komarki — oddaliła się od baru w stronę leżaków, szukając powietrza.
Upał zrobił się lepki, niemal płynny. Wilgoć levante przyklejała się do niej jak druga skóra. Muzyka Chambao, mieszanka reggaetonu i letnich hitów, nie pomagała. Maca potrzebowała lepszej muzyki, żeby czuć się dobrze, takiej jak ta, którą Dani puszczał ze swojej playlisty, zanim zjawiały się hordy młodych domagających się większej jazdy.
W wieku trzydziestu jeden lat, jako dziennikarka w La Voz del Campo , tkwiła między anemicznymi kronikami, drobnymi wydarzeniami i tchórzliwymi redaktorami, którzy unikali ruszania nierozwiązanych spraw zaginięć w okolicy. „Ludzie nie chcą czytać smutnych rzeczy latem” — mówili jej.
Maca urodziła się w Algeciras, jako córka dokerra i nauczycielki literatury, z jedną nogą na ulicy, a drugą w książkach. Wróciła w rodzinne strony po gorzkim rozstaniu i życiowym zmęczeniu, którego nie umiała wyjaśnić. Mieszkała sama w białym domku na osiedlu Playaguadiaro, z którego w pogodne dni było widać Skałę. Tam pisała, marzyła i czasem płakała bez powodu.
Tego wieczoru, gdy bryza niosła zapach sardynek, pomyślała, że może szuka jakiegoś znaku. Jakiegokolwiek. Powietrze miało ten ciepły ton nocy przyklejonych do morza, kiedy wszystko zdaje się drżeć jakimś tajemnym znaczeniem, a życie czuje się pół drogi między wspomnieniem a obietnicą.
Sięgnęła do kieszeni i znalazła wyschniętą bryłkę haszyszu. Obracała ją w palcach jak ktoś, kto ogląda zużyty amulet; nie chciała się naćpać, lecz zapalić iskierkę, która pozwoliłaby jej poluzować supły dnia. Uniosła brwi i powiedziała sobie, niezbyt przekonana: Może to znowu pomoże…
—O rety, nie mam bletki… —mruknęła.
Podniosła wzrok i niedaleko, na innym leżaku, jakaś sylwetka rozbłysła płomykiem zapalniczki. Młoda twarz rozświetliła się złotym kręgiem, zręczne dłonie skręcały jointa z niemal rzemieślniczą precyzją. Był w tym geście spokój, szlachetność kogoś, kto się nie spieszy, bo umie mieszkać we własnym milczeniu.
Maca podeszła.
—Hej, przepraszam, masz może bletki?
—Jasne —odpowiedział Oli, prawie na nią nie patrząc, podając jej bibułki.
Ona przyjrzała mu się z natychmiastowym zainteresowaniem. Byli chłopcy przystojni, jasne. Byli chłopcy intensywni. Ale on był czymś innym: miał w sobie czystą, niemal świetlistą pogodę, która sprawia, że chcesz zostać trochę bliżej. Wyglądał na chłopaka, który naprawdę słucha, nawet kiedy nic nie mówisz. I było coś w jego oczach — mieszanina łobuzerii i szczerej nieśmiałości — co rozbrajało bez ostrzeżenia.
Ona obserwowała go z ciekawością. On — z tą nieśmiałą pewnością siebie chłopaków, którzy wydają się wiedzieć o świecie więcej, niż mówią.
—Dzięki. W tym upale nie da się wytrzymać tam w środku…
Oli skinął głową z łagodnym półuśmiechem.
—Ta muzyka jest dla tych, co nie wiedzą, co powiedzieć. Tutaj jest lepiej.
—I to jak —wyszeptała.
Morze w tle rozbijało się w powolnym rytmie, jakby towarzyszyło rozmowie, nie chcąc jej przerywać. Oli wydawał się częścią tego krajobrazu: chłopak z plaży, autentyczny, bez „postury”, z sercem na właściwym miejscu. Nie było w nim cienia, tylko prawda.
Gdy Macarena miała już zacząć kręcić jointa, Oli skrzywił się i powiedział:
—Stara, to się nawet nie nadaje na skręta. Lepiej wyrzuć.
Oli odciął kawałek własnego towaru, z gestem hojnym i naturalnym.
—Trzymaj, to jest dobre. Z La Línei, porządne, schowaj sobie na później —powiedział Oli, podając jej jedną ręką bryłkę, a drugą tłustego jointa.
Uśmiechnęła się, zaskoczona uprzejmością, brakiem sztuczności.
—Uf, jak to mocno pachnie…
—No pewnie. Twoje to był materiał z beli zanurzony w morzu. Wypaliłabyś bryłkę soli, killa.
Macarena roześmiała się śmiechem młodszym, niż się spodziewała. Plaża na chwilę stała się miejscem, gdzie znowu jest się tym, kim było się, zanim wszystko się skomplikowało.
Przyjęła jointa, którego podał jej Oli. Zaciągnęła się i, unosząc brwi, próbowała powstrzymać kaszel, który najpierw wyrwał się nosem, a potem już całkiem wymknął się jako normalny kaszel od gęstego dymu z jointa. On się roześmiał, ale nie drwiąco, tylko jak ktoś, kto dzieli z kimś prywatny żart.
—Jestem Maca —powiedziała, wciąż prawie bez głosu i na nowo ucząc się oddychać.
—Oli. Miło mi. Dobre, co?
I właśnie wtedy pojawił się Fernando, idąc po piasku.
Wszedł na scenę jak ci bohaterowie, którzy przychodzą zmęczeni życiem, a mimo to emanują spokojną siłą. Starł pot z czoła po chiringuito, głęboko wciągnął bryzę, a jego oczy rozjaśniły się na widok Macy, zanim sam zdał sobie z tego sprawę.
—Illo, Fernando, dokąd idziesz!
—Nigdzie, stary, zaczerpnąć świeżego powietrza, tej muzyki się nie da znieść… Cześć —powiedział do Macy, która siedząc w półmroku na leżaku, była już na wpół naćpana tym, co podał jej Oli.
To „cześć” Fernando nie było zwykłym powitaniem. To było zaskoczone „cześć”, które mówi się wtedy, gdy ktoś przykuwa uwagę, zanim jeszcze się odezwie. Fernando spojrzał na nią tak, jakby już zobaczył w niej coś, na czym mu zależało. Nie była to natychmiastowa pożądliwość — w końcu widać było tylko sylwetki, a Maca była jedynie kształtem w ciemności, lekko zarysowanym światłem księżyca; raczej chemiczne… albo elektryczne rozpoznanie. Cicha iskra, którą poczuli tylko oni dwoje.
—Jestem Maca —odpowiedziała.
—Ja jestem Fernando, bardzo mi miło, Maca.
I wtedy wydarzyło się coś drobnego, ale wyraźnego: poważny facet i południowy huragan rozpoznali się w sekundę. Kiedy wymieniali zwyczajowe dwa pocałunki na powitanie, on poczuł w niej coś, co przywracało mu puls; ona poczuła w nim spokój, którego brakowało.
Usiedli we troje.
Troje nieznajomych w różnym wieku, w zupełnie innych momentach życia, tworzących idealny półokrąg przed morzem, z Coronitas błyszczącymi w świetle chiringuito, z ciszą, jakby znali się od zawsze. Albo jakby urodzili się po to, żeby się poznać. Tylko Bóg to wiedział.
Dani posłał im po Coronicie. Noc zaczęła się łagodnie nagrzewać.
Mgła weszła od morza. Opadła na Skałę jak gęsta czapka.
—Imponujący jest ta Skala Gibraltarska —powiedziała Maca.
—Tak, jak żywa istota, ogromna, która pilnuje Cieśniny —dodał Fernando.
—To bydlę ma więcej dziur i tuneli niż ser gruyère i więcej niebezpieczeństwa niż ja wiem co… to naprawdę paskudne miejsce.
I tutaj ostrzeżenie Oliego, zamiast ostudzić nastrój, dopełniło scenę. Nie mówił tego, żeby się popisać twardzielstwem: mówił z doświadczenia, z szacunkiem, jaki mają ci, którzy od dziecka „ssali” morze. Był odpowiedzialny, ale nie nudny, odważny bez przechwałek.
Wtedy Fernando, na pełnym haju — nie od ćpania, lecz od niespodziewanej chemii, chwilowej wolności — rzucił:
—Peñón, kiedy nikt nie patrzy, otwiera paszczę i połyka statki pełne marynarzy… a następnego dnia sra yanitos ! Hahaha.
Maca roześmiała się na haju. Oli powtórzył jak zahipnotyzowany:
—…To naprawdę paskudne miejsce.
I tak, bez ceremonii, narodziło się między nimi coś, co nie miało jeszcze nazwy: więź, troska, cicha pewność, że każde z nich znalazło tam coś, czego nie wiedziało, że szuka.
Noc toczyła się dalej.
Ale coś, głęboko w środku, właśnie się zaczęło.ROZDZIAŁ 2
Noc Skały
Noc toczyła się swoim biegiem, choć nikt nie potrafiłby wskazać chwili, w której zgiełk Chambao zaczął cichnąć. Tak bywa nad ranem w Campo de Gibraltar: hałas umiera bez ostrzeżenia, jak zwierzę, które męczy się rykiem. Niektóre grupy się zbierały, bo następnego dnia musiały wcześnie wstać; inne, z rozszerzonymi źrenicami i krzywym uśmiechem, szukały jeszcze jednego kieliszka w nadmorskich melinach, które zamykano o nieprzyzwoitych godzinach. Najmłodsi, ci, którzy zdają się odporni na sen, byli już w drodze do dyskotek, gdzie świt jest tylko anegdotą.
Na plaży zostawali jednak tylko ci, którym się nie spieszyło. Ci, którzy wiedzieli, że godziny można rozciągać jak gumę między mgłą, przytłumioną muzyką i wilgotnym oddechem levante. Ludzie tacy jak Oli, Fernando i Maca, którzy wciąż tam siedzieli, z echem żartu o „sranie yanitos” zawieszonym w powietrzu. Wspólny śmiech, który, nie wiadomo czemu, na chwilę wprowadził Macę w zadumę.
—No, dobra Panowie, bo ja jutro muszę iść do pracy. —powiedziała nagle, wstając z szybkością kogoś, kto boi się, że jeśli się jeszcze trochę zatrzyma, zostanie uwięziony.
Fernando odpowiedział od razu:
— No cóż, miło było, Maca. Do zobaczenia, jeśli tak. Ja też już lecę, jutro mam również coś do zrobienia. Oli, miło było, stary..
Dał jej dwa pocałunki i patrzył, jak jej sylwetka ginie na podjeździe między żółtawymi światłami promenady. Potem dodał, niemal szeptem:
—Bardzo fajna, nie, Oli?
— Piękna dziewczyna —odparł Oli, z oczami zwężonymi od tego całego palenia, kręcąc głową, jakby chciał rozpędzić chmurę dymu, która go otaczała.
Fernando zachichotał pod nosem. Podnieśli się i ruszyli w stronę skutera Yamahy X Max należącego do Oliego.
—Dobra, szefie, widzimy się tu w tygodniu. Podrzucić cię na górę na motorze?
Fernando pokręcił z zadowoleniem głową.
—Ale gdzie tam, dzięki. Wolę się przejść, niech mi to wszystko trochę zejdzie.
Oli wsunął kask jednym z tych automatycznych gestów kogoś, kto pół życia spędził między motorami, plażami i zaułkami, i jednym szarpnięciem gazu zniknął na podjeździe. Fernando śledził go wzrokiem, aż białe domki rybaków pochłonęły go, jakby nigdy tam nie było żadnego chłopaka na skuterze.
Fernando czuł, jak alkohol płynie mu we krwi powolnym ciepłem, niezbyt dokuczliwym, ale wystarczającym, by przytępić parę odruchów i wyostrzyć inne. Ta dziwna jasność, która pojawia się dokładnie na krawędzi upojenia, utrzymywała go wyczulonym na detale, które normalnie przeszłyby niezauważone: cień, szmer w piasku, drżenie światła na powierzchni wody.
Zanim zaczął się wspinać, jeszcze raz spojrzał w stronę Peñónu. Mgła zgęstniała tak bardzo, że nie rozróżniał już ani kreski morza, ani linii podstawy. Jakby Gibraltar postanowił wycofać się ze świata, chowając się za zasłoną niskich chmur. Skała, owinięta tą lepką koroną, wyglądała jak śpiący kolos, który oddycha bardzo powoli.
Bywały noce, kiedy Gibraltar prezentował się majestatycznie, niemal opiekuńczo. Ta nie. Ta noc miała inną fakturę, inny zamiar. Fioletowawe światła, które oświetlały skałę od dołu, nie przebijały się przez mgłę; ginęły w niej, jakby coś je pochłaniało.
Fernando poczuł krótki dreszcz. Nie pierwszy raz przyglądał się tej masie o tak nieludzkiej porze. Od tygodni wchodził i wychodził z Peñónu Gibraltarskiej z powodu pracy: spotkania, kawy, negocjacje w ciasnych biurach, gdzie mieszały się akcenty, religie i ambicje. Znał Gibraltar lepiej niż wielu llanitos. A mimo to nigdy nie odebrał go w ten sposób: jakby ta góra patrzyła na niego z powrotem.
Wspiął się pod górę w stronę bliźniacze wieże Torreguadiaro. Aleja spała: zamknięte bary, zgaszony hotel Patricia, wejście do Trasmallo w ciszy, z krzesłami i stolikami z tarasu złożonymi. Nawet bezpańskie psy zniknęły. Świat zdawał się wisieć tylko na pomruku morza.
Przekroczył furtkę wieże. Dwa ogromne budynki po 16 pięter, zbyt ambitne jak na swoje czasy, wzniesione w latach sześćdziesiątych obok dawnej casy cuartel Guardia Civil. Ten kawałek chodnika zawsze sprawiał, że czuł upływ czasu jak suchy cios w plecy.
Zmierzając prosto do wejścia Torre Patricia, nagle — instynkt, elektryczne ukłucie — skręcił w stronę urwiska. Od dziecka ten brzeg budził w nim niewygodną mieszankę fascynacji i strachu. Pomruk fal uderzających o ciemne skały miał niemal hipnotyczny rytm, jak wilgotny mantr.
Wtedy usłyszał dźwięk.
Metaliczny pogłos odbijający się między kamieniami. Uderzenie, które nie powinno rozlegać się o tej porze. To nie był szum fal ani jęk wiatru: było w tym coś sztucznego. Brzmiało jak zatrzask zamkniętej zasuwy albo huk kontenera zrzucanego w porcie Algeciras. Ale tam, około trzeciej nad ranem, na pustym urwisku…
Czy z taką mgłą robili lądowanie zapasu haszyszu?
Nie byłoby to pierwszy raz. Nie na tym wybrzeżu.
Fernando znieruchomiał na kilka sekund, wytężając słuch. Ciemność była tak gęsta, że wydawała się pochłaniać światło latarni. Morze w dole było bezkształtną przepaścią. Próbował wychwycić błysk, refleks, ludzki ruch.
I zobaczył go.
A może mu się wydawało.
Pośród czerni fioletowy błysk w miejscu, gdzie łamała się fala. Niezdarny, szybki rozbłysk. Rybak? Przemytnik? Ktoś schodzący po skałach? Mrugnął, żeby wyostrzyć wzrok.
Błysk zniknął.
Powietrze pachniało solą, wilgocią, trzcinami, piwem i ginem. Był też nowy, obcy zapach: świeża, mineralna woń, jak z dopiero co otwartej jaskini. Jakby Peñón coś wydychał.
Fernando cofnął się o krok bez zastanowienia. Stary lęk — równie dawny jak opowieści, które babcia snuła mu w dzieciństwie — osiadł mu na karku. W tej nocy coś się uruchomiło. Nie wiedział co, ale to czuł. Stary mechanizm, zardzewiały od wieków milczenia, właśnie się poruszył.
Odstąpił, nie odrywając wzroku od urwiska. Dopiero kiedy znalazł się kilka metrów dalej, odwrócił się całkowicie, z głupim wstydem, jakby jakiś sąsiad mógł go obserwować z góry. Ruszył w stronę wejścia do bloku, czując, jak wilgoć mgły wciska mu się za kołnierz koszuli.
Winda była na dole. Wchodząc, zobaczył własne odbicie: twarz spuchniętą od alkoholu, czerwone oczy, wilgotne, skołtunione włosy, koszulę przesiąkniętą potem i mgłą.
I pomyślał z mieszaniną ironii i jasności:
Starzejesz się, Fernando. I nieźle się urżnąłeś. A do tego masz łeb kompletnie rozsypany. Zwolnij, ale już, bo nie po to tu przyjechaliśmy.
Winda ruszyła w górę powolnym szumem.A na dole, w ciemności, Peñón nadal oddychał.ROZDZIAŁ 4
Żar Espetera
Ciepła woda z prysznica wciąż spływała mu po skórze, kiedy wyszedł na taras z ręcznikiem zawiązanym w pasie i zapalonym papierosem między palcami. Nocna bryza była lekka, ledwie ciepły szept niosący ze sobą sól z morza i daleki szmer fal. Z wysokości wieży linia plaży rozciągała się jak naszyjnik żółtych świateł, które migotały nad piaskiem. Dalej, Skała odcinała swoją sylwetkę, oświetloną reflektorami umieszczonymi u podstawy jej północno-wschodniej ściany, na tle nieba, które straciło już czerwień zachodu i stało się czarne.
Fernando zaciągnął się głęboko i pozwolił, by dym wypełnił mu płuca. Było coś hipnotyzującego w tym spokoju przed nocnym zgiełkiem. Dzień był długi: kac, Gibraltar, wizyta u Patricii, niepokojące słowa o tamtej widmowej grupie. Teraz jednak wszystko zdawało się zawieszone w chwili bezruchu.
Oparł się o barierkę, wpatrzony w horyzont. Z tej odległości skała nie wyglądała na miejsce wrogie, lecz na śpiącego olbrzyma, ledwie muskanego światłem reflektorów. A jednak coś w środku podpowiadało mu, że ta góra skrywa więcej, niż pokazuje. Że nie wszystko jest tam w ciszy.
Dopalił papierosa i zgasił go w metalowej popielniczce na tarasie. Potem wziął głęboki oddech, jakby chciał schować tę chwilę spokoju do kieszeni, i wrócił do środka. Był piątkowy wieczór, a Chambao na niego czekało.
W drodze do Chambao noc wydała się Fernando cudowna, Torreguadiaro tętniło ludźmi, zarówno na tarasie Trasmallo, gdzie kelnerzy uwijali się przy wszystkich stolikach, sprzątali te, które się zwalniały, i wskazywali klientom stojącym w kolejce, gdzie mogą usiąść, jak i w lodziarni naprzeciwko oraz na następnych tarasach nielicznych barów w tej dzielnicy. Minąwszy ostatni bar, „El Boquerón”, położony przy ulicy u podnóża budynku Dominique, ruszył dalej w stronę dzielnicy rybaków, powtarzając rytuał poprzedniej nocy przed wnęką z figurką Virgen del Carmen.
Już na plaży spojrzał w stronę drugiego chiringuito, konkurencji Chambao, Bahía Limón, położonego jakieś pięćdziesiąt metrów w linii plaży przed Chambao. Jakaś, wydająca mu się złowieszcza, postać przemieszczała się z jednego chiringuito do drugiego po plaży, chroniona przez ciemność. Wysoki mężczyzna z czymś, co wyglądało na kitę włosów falującą w rytm ciężkich kroków po piasku, które utrudniały mu poruszanie się. W tamtym momencie go nie rozpoznał, zorientuje się później, ale był to Nigel, który w swoich motocyklowych butach, zapadających się w piasku, jak zawsze dyskretnie zmierzał w to samo miejsce co on.
Chambao kipiało od ludzi, lecz przy brzegu, obok łodzi wyciągniętej na piasek, ogień trzaskał w innym rytmie. Tam był Inocencio, Espetero.
Człowiek morza, o skórze spalonej słońcem i pomarszczonej jak stare skóry, nabijał sardynki na patyki i wbijał je w piasek przed żarem. Pracował sam i ledwie zamieniał słowo z jakimś kelnerem, który podchodził, żeby nałożył mu na talerze porcje sardynek, ośmiornicze macki albo tę rybę, którą miał danego dnia do pieczenia na ogniu.
– Espetero, daj mi jeszcze dwa szaszłyki z sardynek! – wołał kelner, patrząc na zamówienie, wiedząc, że Inocencio nie odpowie mu niczym więcej niż ruchem głowy na znak zgody. Czasem nawet i tego nie. Ale Espetero nie musiał mówić, jego posępne oczy – wąskie szparki, których źrenice błyszczały spod starej, wyblakłej i postrzępionej czapki z daszkiem, która kiedyś była granatowa – mówiły wszystko.
Fernando szedł powoli i zatrzymał się przy nim, zahipnotyzowany blaskiem żaru. Inocencio stał za paleniskiem, a migotanie dymu unoszącego się z płonących węgli sprawiało, że jego sylwetka drgała; daszek czapki zasłaniał mu oczy, a zarazem chronił je przed żarem.
Nagle Fernando ocknął się z transu i uniósł wzrok na Inocencia, który z kolei lekko podniósł głowę, aż jego źrenice utkwiły w Fernando. Nic nie powiedział, ale mimo to Fernando poczuł ciężar tamtego spojrzenia wbijającego się w niego. Jakby pytało go, co robi, stojąc tam bez ruchu.
Fernando zdołał tylko powiedzieć:
– Dzień dobry! Przepraszam, tak się zapatrzyłem na pańską pracę, nie chciałem przeszkadzać.
Espetero od razu wyczuł, że Fernando jest człowiekiem uprzejmym, rzadko kiedy mówiono do niego per pan, więc odparł:
– Nie przeszkadza pan – i znów spuścił wzrok na dłonie, które, nie patrząc, nabiły już kilka sardynek na patyk. Inocencio nie musiał patrzeć na to, co robi, bo robił to z precyzją kogoś, kto powtórzył ten gest tysiące razy. Słychać było już tylko trzask ognia i syk tłuszczu kapiącego na żar, więc te trzy słowa Espetera były sposobem na zakończenie rozmowy z Fernando, który, czując się trochę jak idiota, ruszył kilka metrów dalej w stronę wejścia do chiringuito. Za barem Dani uśmiechał się do niego z daleka, trzymając w jednej ręce butelkę Bombay, a w drugiej szklankę, już gotowy, by nalać Fernando „to co zawsze”.
Już przy barze Fernando wyrwał się z zamyślenia i w dobrym nastroju wypalił do Daniego:
– Wczoraj dałeś mi bimbrową ginę, piracie! –
Obaj wybuchnęli szczerym śmiechem, ściskając sobie dłonie „po amerykańsku” i pochylając się nad ladą, żeby uścisnąć się krótko.
– Co tam, gaucho ? Jak leci życie? – zaczął Fernando, przypominając Daniemu o jego argentyńskim pochodzeniu.
– No wiesz, dużo roboty i mało kasy, ale za te laski, które tu poznaję, czuję się wynagrodzony – powiedział Dani, zerkając kątem oka na to, co obaj nazywali „pibonami”, które zaczynały tańczyć w rytm „Baila morena” Zucchero, lecącego w tle.
Kiedy Fernando delektował się cytrusowym aromatem Bombay Sapphire, który strumieniem rozbijał się o kostki lodu w wysokiej szklance, którą napełniał mu Dani, jego wzrok znów powędrował ku Espetero, który, niedaleko baru, ale już na zewnątrz chiringuito, dalej robił swoje, z czapką naciągniętą na głowę.
– Co za gość, co? Ci rybacy to dopiero twardziele, autentyczni jak ci twoi Martín Fierro z twoich stron, stary – powiedział Fernando, wskazując ruchem głowy Inocencia.
Dani pochylił się nad ladą z półuśmiechem kogoś, kto wie więcej, niż mówi.
– To Espetero. Inocencio. Nie gada za dużo, ale jak coś powie, to lepiej słuchać.
Fernando uniósł brew, zaintrygowany, ale Dani już zmienił temat. Stuknął swoją szklanką w szklankę Fernando i wskazał na prowizoryczny parkiet z piasku.
– Patrz, bracie, co za noc! To jest Torreguadiaro, boski bajzel.