Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Strażnicy Starego Lasu 2. Miecz Lelka - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
25 czerwca 2020
Czytaj fragment
Pobierz fragment
32,00
Cena w punktach Virtualo:
3200 pkt.

Strażnicy Starego Lasu 2. Miecz Lelka - ebook

Choć przeklęta mgła ustąpiła, misji Lelka i jego przyjaciół daleko jeszcze do końca. Zbliża się listopadowe święto Powłóki, czas, gdy granica pomiędzy światem żywych a światem umarłych staje się cienka, by nowe dusze mogły zająć miejsce starych. Tyle że coś zaburza zwyczajowy cykl. Leśne istoty zachowują się, jakby powoli traciły rozum.

Jakby tego było mało, w Starym Lesie wyrasta nowa potęga, tajemnicza istota zwana Królem Wierzb. Czy okaże się ona wrogiem, czy sprzymierzeńcem? I czy Lelkowi, Modraszce, Fafkelowi i Mojmirowi uda się wreszcie przywrócić równowagę w pradawnych kniejach?

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7686-913-1
Rozmiar pliku: 4,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Narracja prowadzona jest zręcznie, finezyjnie, postacie sympatyczne i atrakcyjne, obraz świata ciekawy, ale głównym walorem opowieści jest przede wszystkim doskonale dobrany język i piękny, plastyczny styl. Autor nieustannie rozwija swój pisarski warsztat i chwała mu za to, że używa słów staropolskich oraz gwarowych z dojrzałym umiarem i bezbłędnym wyczuciem, dzięki czemu rzecz czyta się gładko, bez zgrzytów. Jest to bowiem opowieść wielowarstwowa, w której również starsi czytelnicy mogą znaleźć ciekawą wizję świata, masę zabawnych postaci, symbolizujących różne postawy życiowe i pewną istotną wykładnię etyczną.

Witold Jabłoński, autor Darów bogów i PopielaROZDZIAŁ I. Coś się zaczyna

Burza przyszła nagle.

Z jasnego nieba spadł wicher, który pobudził dziwne głosy wśród puszczy. Gwizdało coś i wzdychało coś, drzewa jęczały, pochylając korony, a od ściany lasu ku przycupniętej w zakolu rzeki osadzie poniósł się szmer jak gdyby tysięcy pajęczych odnóży. Ziemię zasypał grad drobniutkich gałązek i liści, i szyszek, i igieł. Potem uderzyła pierwsza fala deszczu, krótka, urwana, jakby ktoś cisnął garścią grochu. Ratatat.

Wandena siedziała akurat na pniaku przed chałupą i splatała niesforne kudły swego braciszka w warkoczyki. Chłopiec, czteroletni smark bez butów i w za dużej koszuli, naburmuszył się, ale przyjmował torturę w pełnym pokory milczeniu. Kiedy jednak w twarz uderzyły go zimne, zaskakująco twarde krople, ni z tego, ni z owego zaczął beczeć.

– Ciii, czego gębę piłujesz, głupi? – Dziewczyna uszczypnęła malca w ucho, przywołując go do porządku. – Siedź cicho. Zaraz zrobię sobie z ciebie piękną siostrzyczkę.

Robota pochłaniała ją na tyle, że nie zwracała większej uwagi na to, co się dzieje wokół. Nie obawiała się deszczu; dzień był dotąd słoneczny, mimo iż listopad zbliżał się wielkimi krokami. Obojętnie starła odrobinę wody z nosa i właśnie miała zacząć kolejny splot, kiedy w drzwiach chałupy coś zaszemrało. Z izby, wzdychając ciężko i mrucząc pod nosem zaklęcia przeciw złemu, wyszedł ojciec.

Dopiero wtedy do Wandeny dotarło, że coś jest nie tak. Włosy brata wysmyknęły jej się z palców, przedramiona pokryła gęsia skórka. Dziewczyna uniosła głowę. Patrzyła chwilę za ojcem kroczącym przez podwórzec, nie wiedząc, nie podejrzewając nawet, że ogląda go po raz ostatni.

W głowie wyroiły jej się myśli osobliwe. W ojcowej sylwetce z jakiegoś powodu dostrzegła własne odbicie – był drobny jak ona, żylasty jak ona, silny jak ona; jak ona miał czarne włosy i błękitne oczy, i nos obsypany piegami. Szedł śmiało, sprężystym krokiem, spoglądając wysoko, w górę, tam, gdzie przez błękitne niebiosa pędziła kawalkada czarnych burzowych chmur.

Wtem pociemniałe obłoki pękły, a spośród nich wyłoniło się ogromne wężowe cielsko przesłonięte granatowym, sypiącym pioruny welonem. Na grzbiecie stwora, tuż za masywną ptasią głową, coś majaczyło – coś jakby ludzka postać z powiewającą na wietrze czarną peleryną i białymi włosami.

Osobliwy widok jawił się oczom Wandeny tylko przez krótką chwilę, bo na osadę zaraz spadła kolejna fala deszczu. Było to tak, jakby ktoś rzucił przeolbrzymią, wydymającą się na wichrze zasłonę. Chaty i stojący przed nimi ludzie zniknęli wśród dżdżu. Zniknął też ojciec.

Dziewczyna z bijącym sercem poderwała się z ławy.

– Do środka, gamajdo! – syknęła, popychając braciszka prosto w ramiona przelękłej matki, która wychylała się właśnie przez drzwi. Następnie, nie bacząc na to, że przemoczona w oka mgnieniu sukienka już klei jej się do skóry, pognała przed siebie. – Ojcze! Ojcze! Oj…

Gwałtowny podmuch wiatru wtłoczył Wandenie słowa z powrotem do ust. Dziewczyna pośliznęła się, zachwiała. Siekący bez litości deszcz pchnął ją i byłaby upadła, gdyby ktoś jej nie podtrzymał. Nigdy się nie dowiedziała, kto to był – w każdym razie nie ojciec. Przez jedno uderzenie serca czuła na ramionach uścisk pulchnych kobiecych dłoni – pewno którejś z gospodyń – potem powietrze rozdarł huk gromu. Coś runęło z przestworzy i porwało kobietę.

Wandena krzyknęła głośno. Odskoczyła w tył. Przed oczami mignął jej potężny łuskowaty ogon. Uszu dobiegł dziwny chrzęst, później trzask pękającego drewna. Ponad ryk burzy wyrwały się przerażone głosy.

Dziewczyna upadła. Serce trzepotało jej w piersi jak oszalałe, w uszach huczało. Z głowy wyparowały wszelkie myśli, nawet – czego miała już zawsze się wstydzić – myśl o odnalezieniu ojca. Został tylko bezrozumny strach.

Nogi drżały jej tak, że nie była w stanie się podnieść. Brnęła więc dalej na czworakach, umazana błotem, z twarzą oklejoną mokrymi włosami. Nie płakała, bo nie wiedziała jeszcze, że płakać powinna. Nie miała pojęcia, dokąd zmierza. Nie do domu. Dom zniknął. Ojciec zniknął. Zniknęła osada. Uciekać można było tylko dalej. Dalej. Przed siebie.

Opamiętanie przyszło dopiero, kiedy dziewczyna posłyszała wkoło szum inny niż deszczu, kiedy poczuła ostre łodygi tataraku tnące skórę i runęła prosto w objęcia płynącej nieopodal wioski rzeki. Płytka mulista woda wydała jej się zadziwiająco ciepła. Wandena uniosła się na kolana, później na nogi.

Przez chwilę trwała w bezruchu. Nie potrafiła zapanować nad sercem i oddechem, lecz powoli odzyskiwała zdolność trzeźwego rozumowania, choć jej umysł podrygiwał jeszcze ospale niczym oszołomiona powietrzem ryba. Musiała wracać. Musiała wracać po braciszka i rodziców. Nie mogła się bać. Zawsze była przecież dzielna. Tylko jak być dzielnym wobec takiego potwora, wobec przerażającej wężowej kreatury, która spadła wprost z nieba?

Wśród dżdżu zamajaczyła jakaś postać. Dziewczyna spięła mięśnie gotowa do skoku. Ktoś szedł ku niej – człowiek! To musiał być jeden z mieszkańców osady. A jednak coś w głębinach duszy krzyczało, że powinna biec, jak najszybciej i jak najdalej.

Tataraki zafalowały, plusnęła woda. Uszu Wandeny dobiegł dźwięk, którego w życiu by się nie spodziewała. Zbliżający się nieznajomy śpiewał półgłosem. Tak cicho, że nie powinna go w ogóle słyszeć. I dopiero wówczas zdała sobie sprawę, że ryk burzy i krzyki jej współplemieńców przycichły. Miała wrażenie, że jakimś sposobem przeniosła się o wiele tysięcy kroków od domu, do obcego miejsca, gdzie próżno by szukać kogokolwiek poza nią oraz urodziwym białobrodym mężczyzną, który właśnie wyłonił się z przybrzeżnego szuwaru.

Nie był to nikt z osady. Nie widziała go wcześniej, w dodatku miał na sobie dziwne obcokrajowe odzienie – wysokie buty, wąskie spodnie, piękną lnianą koszulę i czarny płaszcz z połyskliwej materii. Deszcz zdawał się nie imać się nieznajomego i tylko obłok jakiś – może cień, może mgła – toczył się leniwie jego śladem.

Ujrzawszy dziewczynę, przybysz się uśmiechnął.

– Co za sympatyczne dziewczątko – powiedział głosem przyjemnie wibrującym, ani bardzo wysokim, ani bardzo niskim.

Nieznajomy podszedł do Wandeny i uniósł dłoń, jakby chciał dotknąć jej podbródka. Dziewczyna cofnęła się odruchowo.

Białobrody skinął głową. Opuścił rękę.

– Będę z tobą szczery – rzekł. – Nie masz po co wracać. Tam nie ma już nic żywego. Uciekaj. Uciekaj, nim przyjdą po ciebie stworzenia, które żyją w lesie.

* * *

Wandena miała zapamiętać ten dzień jako dzień bez wieczoru. Ciemność zapadła niespodziewanie pośród powodzi złotego jesiennego światła, aby już nie ustąpić, choć ustał deszcz i umilkła burza.

Dziewczyna posłuchała rady nieznajomego. Uciekała. Najpierw rzeką, później przez wysokie trawy i chaszcze przybrzeżnych łęgów, bo bała się lasu. Nie miała pojęcia, kiedy zgubiła buty, nie żałowała ich jednak, gdyż od wilgoci stały się ciężkie i ocierały kostki. Nie czuła zresztą ani kamieni, ani raniących palce badyli, a jedynie dojmujący chłód.

W końcu ogarnęła ją rezygnacja. Nie wiedziała, dokąd zmierza, ale była już tak zmęczona, że zapomniała zupełnie o żalu i strachu. Pozwoliła, aby nogi poniosły ją naprzód – gdziekolwiek. I tak zbłądziła między drzewa, w dąbrowę. Otoczyła ją nieprzenikniona ciemność przesycona zapachem gnijących liści i wilgotnej ziemi. Dęby huczały wokoło, gaworzyły. Wąska, wydeptana przez zwierzęta ścieżka prowadziła w nicość.

„Śnię – stwierdziła w duchu dziewczyna. – Zaraz ktoś wejdzie do izby, a wówczas się przebudzę”.

Coś trzasnęło za jej plecami. I faktycznie poczuła się tak, jakby spała i dopiero teraz przyszła do siebie. Zatrzymała się. Zadygotała. Dotarło do niej, że ma na sobie wilgotną sukienkę, a noc jest zimna, że drży od dłuższego czasu i szczęka zębami. Poczuła też ból w stopach i aksamitną śliskość listowia pod nimi.

Obejrzała się – bardzo, bardzo powoli. Daleko, w ciemności, pomiędzy niewyraźnymi sylwetkami pni błysnęła para ślepi.

„To wilk – pomyślała Wandena. – To bardzo wielki wilk”.

Zniknęły drętwota i obojętność. Lęk powrócił, choć nie tak silny jak wcześniej. Przytłumił go gniew.

Dziewczyna z pewnym zaskoczeniem uświadomiła sobie, że nie zamierza się poddawać. Choćby nie wiadomo co, zamierzała przetrwać. Bo wraz z nią zginęłaby pamięć. A na to nie mogła pozwolić.

Ostrożnie postąpiła krok wstecz, potem drugi. Poczuła łaskoczące ją w policzek liście, skręciła więc delikatnie, aby nie zejść ze ścieżki, i cofała się dalej. Przez chwilę maszerowała w ten sposób – rakiem, nie spuszczając wzroku z wpatrzonych w nią oczu. Potem obróciła się, przyspieszyła. Marzyła o tym, by pomknąć naprzód, lecz wiedziała, że w mroku potknęłaby się zaraz o wystający korzeń lub wpadła na drzewo. To zaś oznaczałoby koniec.

Bez przerwy czuła jednak, jak wejrzenie połyskujących ślepi ślizga jej się po karku, pełza po plecach. Ciarki ją brały. Po pewnym czasie nie wytrzymała: przystanęła znów i obejrzała się przez ramię.

W gęstwinie lśniły teraz nie dwa, a cztery jaskrawe punkciki.

Wandena przełknęła ślinę.

Nagle coś załopotało jej nad głową, a nocną ciszę rozdarło przenikliwe wołanie puchacza. Posłyszała świst głaszczących powietrze skrzydeł. Skuliła się mimowolnie, gdy szary, przypominający widmo kształt przemknął tuż obok niej. Wśród zarośli rozbrzmiały dźwięki gwałtownej szamotaniny. Później las ucichł, znieruchomiał.

Dziewczyna odetchnęła, wyprostowała się, uniosła głowę. Śledzące ją oczy zniknęły.

Wandena obróciła się wokół własnej osi, próbując przebić wzrokiem ciemność. Z jakiegoś powodu zniknięcie tajemniczych prześladowców wytrąciło ją z równowagi dużo bardziej niż ich wcześniejsza obecność. Długą chwilę trwała w miejscu niezdecydowana – czekając, aż może ślepia pojawią się znów – nim wreszcie postanowiła podążać dalej ścieżyną. Ale stąpała teraz ostrożniej i wstrzymywała dech, by nie robić najmniejszego choćby hałasu. Nadstawiała też uszu, choć tętno tak jej w skroniach dudniło, że wątpiła, aby była w stanie cokolwiek usłyszeć.

A jednak, gdy przebyła kolejnych kilkadziesiąt kroków, dobiegł ją osobliwy szmergot, jakby ktoś wybijał rytm, uderzając o ziemię szmacianymi gałganami. Ta-ta-tap, ta-ta-tap. Dźwięk narastał. Coś mknęło pośród drzew, coraz szybciej.

„Wilk – pomyślała jeszcze dziewczyna. – Albo żbik”.

W następnej chwili na ścieżkę wystrzelił jakiś kształt. Nie wydał z siebie żadnego głosu, słychać było tylko, jak orze ściółkę pazurami. Wandenę uderzył smród mokrej sierści. Niewiele widziała, ale w kłębiącym się mroku wyczuła eksplozję siły i zwierzęcej wściekłości. Nie miała innego wyjścia. Rzuciła się do ucieczki.

Z początku szło nieźle. Stopy, choć bose i poranione, niosły ją chyżo, a rytmiczne ta-ta-tap za plecami dodawało skrzydeł. Szczęście jednak – jak to zwykle bywa – szybko zawiodło. Wystarczył jeden fałszywy krok, wystarczyło, że nie dość uniosła nogę; zahaczyła o coś. W goleni odezwał się dojmujący ból. Dziewczyna runęła na ziemię, czemu towarzyszył trzask pękającego drewna. Przeszkoda okazała się leżącym w poprzek ścieżki przepróchniałym konarem.

Bestia dotarła do niej w mgnieniu oka. Wandena chwyciła koniec konaru, o który się potknęła, i szarpnęła z całych sił. Zdołała oderwać grubą gałąź. Zamachnęła się nią jak maczugą, na oślep. W ciemnościach rozbrzmiało głuche chrupnięcie. Stworzenie – czymkolwiek było – zaskomlało. Odtoczyło się na bok i zaczęło dziwnie prychać, jakby się krztusiło.

Dziewczynę kusiło, aby zaatakować raz jeszcze, ale szybko odrzuciła tę myśl. Poderwała się ponownie do biegu. Liczyła na to, że stwór zrezygnuje z dalszej pogoni. Zwłaszcza, że nie miała pojęcia, jak długo będzie jeszcze w stanie uciekać. Niestety miarowy tupot łap na ściółce rychło rozwiał te nadzieje. Co gorsza, zdało jej się, że dźwięk dobiega teraz z kilku stron jednocześnie.

Łowy dopiero się zaczynały.

„Nie dam rady – pomyślała Wandena. – Nie mogę już. Proszę, nie dam rady. Niech ten las już się skończy. Niech się skończy. Niech się skończy…”.

I wtem, dziwna rzecz, smagające ją po twarzy i uniesionych w obronnym geście ramionach gałęzie nagle się cofnęły. Zamiast śliskich liści poczuła pod nogami trawę. Ogarnął ją świeższy powiew jak westchnienie niezmierzonej jakiejś istoty, a pod wpływem tego powiewu – wydawało się – nawet ciemność zaczęła ustępować.

Dziewczyna ujrzała przed sobą rozległą polanę, a za nią jezioro, nad brzegiem którego – niby zasuszone starowinki o gruzłowatych kolanach i dłoniach – siedziały wierzby. Wiedziona niezrozumiałym przeczuciem zwolniła, potem wyhamowała. Wtedy właśnie zdała sobie sprawę, że ucichły dźwięki pogoni. Kiedy się obejrzała, zobaczyła jeszcze łyskające wśród ściany lasu ślepia, lecz wyglądało na to, że bestie nie mają odwagi wyjść poza linię drzew.

Z ust Wandeny wyrwał się ni to szloch, ni to westchnienie ulgi. Ból ze wszystkich ran, obtarć i stłuczeń zalał dziewczynę jedną przepotężną falą. Dreszcze ogarnęły ją takie, że ledwo mogła ustać, nie śmiała jednak usiąść. Dokulała do skraju jeziora i ostrożnie, wstydliwie niemal, zanurzyła stopy w wodzie. W jednej chwili ogarnęło ją kojące ciepło. Nie miała siły dłużej walczyć – opadła na kolana.

Wierzby zaszemrały. Gładką dotąd taflę pokryły zmarszczki. Nad szuwar uniosła się gwiazda… Nie, nie gwiazda – świetlik. Zapłonął w powietrzu niby błękitno-zielonkawy płomyk maleńkiej świecy i pofrunął skroś jeziora, by zawisnąć nad jego środkiem. Tymczasem spośród trzcin i paproci już wzlatywały kolejne. Zbierały się w gromady i tłumnie dołączały do swego kompana, aż utworzyły jak gdyby lśniący welon.

Czarne wody zabulgotały, zawrzały. Na oczach oniemiałej dziewczyny wyłonił się z nich pierwej potężny kark, później grzbiet, wreszcie łeb obarczony masywnymi kłami i muskularne kończyny.

Na płyciznę wyszedł olbrzymi dzik.

Przez pewien czas stał tylko, świdrując Wandenę dużymi mądrymi ślepiami. Potem ruszył w jej kierunku, a świetliki spłynęły na niego niczym podana przez sługę opończa. I nie dzik już wcale dotarł do brzegu, lecz wysoki, mocno zbudowany mężczyzna o długich, przetykanych siwizną włosach i gęstej brodzie porastającej policzki tak wysoko, że niewiele brakło, a wchodziłaby do oczu.

Zwalisty mąż przysiadł koło dziewczyny, postękując przy tym z cicha. Uśmiechnął się, łypnął przez ramię.

– Nie bój się – mruknął.

– Nie boję się – odparła Wandena.

Mężczyzna burczał chwilę w brodę, sadowił się wygodniej, dłubał za czymś wśród trawy.

– Żadne zwierzęta ci tu nie zagrożą – powiedział w końcu.

– Wiem – rzekła, choć wcale nie wiedziała. Niczego już nie wiedziała.

– Z osady… Nikt nie przetrwał?

– Nikt.

– Mmm… – Brodacz potarł policzek. Znów milczał długo. – Wierzby szumią od dawna o Żmiju. Że przybył w te strony, aby wygubić ludzi.

Wandena zacięła usta. Wyszła z wody i siadła obok nieznajomego.

– Ten Żmij… Co to jest? Czy to bóg?

Wielkolud wzruszył ramionami, uśmiechnął się niewesoło.

– Znam go z poprzedniego życia, ale nie wiem jeszcze – rzekł. – Przebudziłem się niedawno.

– Czy też jesteś bogiem? – zapytała dziewczyna.

Mężczyzna uniósł brwi. Zdawał się poważnie namyślać nad pytaniem, lecz w końcu nic nie odparł, podjęła więc:

– Czy jeśli złożę ci ofiarę, zniszczysz go dla mnie?

Brodacz zamruczał coś niezrozumiale. Uniósł się na nogi i musnął wielką włochatą dłonią włosy dziewczyny. Następnie ruszył w poprzek otwartej przestrzeni ku ścianie lasu.

Wandena nie miała siły wstać. Zawołała więc za nim:

– Kim jesteś?!

Mężczyzna się zatrzymał.

– Mój dwór stoi niedaleko – odparł nie całkiem do rzeczy. – Znajdziesz tam strawę i będziesz mogła rozpalić ogień. Albo jeśli wolisz, zostań na polanie. To moje włości. Bez mej zgody nie mają tu przystępu zwierzęta ani żadne inne stworzenia, które żyją w lesie.

– Kim jesteś? – powtórzyła dziewczyna.

Wielkolud zwrócił ku niej wzrok.

– Jestem Królem Wierzb.ROZDZIAŁ II. Stworzenia, które żyją w lesie

Ćwirla, naczelniczka chmary jeleni, z zainteresowaniem przypatrywała się czwórce istot, które – mimo późnej pory – starały się przeprawić przez rzekę. Przedziwna to była zbieranina. Grupie przewodziła para leszych: wysoka, ciężkawa dziewczyna z zaskakująco ładną buźką oraz niższy od niej chłopak o kasztanowatej, kędzierzawej czuprynie. Dwójka ta sama w sobie stanowiła już widok niecodzienny, gdyż leszy – z wyglądu przypominający nieco żubry – podobnym do żubrów hołdowali obyczajom. Jeżeli opuszczali kiedy swoje sadyby, to w drużynach po dziesięciu bądź piętnastu młokosów albo, w przypadku starszych mężczyzn, samotnie. Kobiety podróżowały rzadko, na ogół w obstawie młodych wojów i różnych pomocnic. Ci zaś nie dość, że zapuścili się w strony odległe od jakichkolwiek kurhanów, tradycyjnych siedzib swego ludu, to ciągnęli ze sobą nie mniej od siebie niezwykłych pomagierów. Jeden z nich był skrzatem, a skrzaty – rzecz to wiadoma – ze względu na przyrodzoną tchórzliwość mało kiedy opuszczają po zmroku swe nory, a już na pewno nie w pojedynkę, lecz w wielkich gromadach. Co się zaś tyczyło drugiego towarzysza osobliwej parki…

Ćwirla zastrzygła uszami, rozdęła chrapy. Myśl umknęła jej nagle, pozostało tylko poczucie bezmyślnego, obezwładniającego strachu. Niewiele zabrakło, a poderwałaby się do biegu, pociągając za sobą inne łanie i małe jelonki. Otrząsnęła się jednak, zdziwiona własną płochliwością.

Drugi towarzysz leszych był człowiekiem, nie miała co do tego wątpliwości. Kwaśna, obca woń jego potu niosła się na wietrze, a osobliwy głos – wcale sprawnie imitujący leśną mowę – szeleścił nieprzyjemnie pośród drzew. Tylko co człowiek robił tak głęboko w Starym Lesie, w Środkowych Kniejach, nie więcej niż kilkanaście dni drogi od Matecznika? Czy był więźniem? Nic na to nie wskazywało. Zdawało się, że nie tylko nie boi się swych leśnych przewodników, ale wręcz… drażni się z nimi i przekomarza niby widłak zaczepiający inne młode jelenie.

Ćwirla drgnęła. Myśli ponownie jej zmętniały, rozpierzchły się. I tylko serce waliło w piersi bez sensu, spłoszone hałasem, gdy idący na czele gromady leszy skąpał się w rzece.

* * *

– Oj, Lelku – westchnęła Modraszka, pomagając leszemu o kasztanowatej czuprynie wygramolić się z wody. – Jesteś uparciuch, wiesz? Zwykły uparciuch.

Lelek z plemienia Olszyborów, strażnik lasu, mruknął coś pod nosem, gniewnym ruchem uwolnił rękę z uścisku dziewczyny i o mało nie rymsnął z powrotem do rzeki.

– Rany! – zirytowała się asystująca mu lesza. – Nie chcesz pomocy, to nie. Wy, chłopcy, wszyscy jesteście tacy sami. Sam wlezę na drzewo, sam znajdę drogę, sam przejdę przez rzekę.

– Ja to nie wiem, czego się w ogóle upieracie przechodzić – stwierdził Fafkel, maleńki skrzat przyglądający się całemu zajściu z pieńka, na którym siedział i z wprawą starego zabijaki ostrzył należący do Lelka miecz. – Co za różnica, czy będziemy spać tam, czy tu?

– Taka różnica… – Olszybor pośliznął się i musiał ponownie chwycić ramienia Modraszki. – Taka różnica, że tam, po drugiej stronie rzeki, to są już Środkowe Knieje. Nie poznajecie Tasiemki? A tu, po tej stronie… Po tej stronie jest bies raczy wiedzieć co za dzicz. Kraina gzów i komarów.

– Za późna już pora na gzy i komary – zauważyła dziewczyna. – Jeśli się nie mylę, został nam mniej niż pełen księżyc do czasu Powłóki.

W zamyśleniu, z przygryzioną wargą, spojrzała w niebo. Następnie zwróciła wzrok z powrotem na Lelka, chwyciła go oburącz za przód kabata i szarpnęła mocno ku sobie, by pomóc mu wreszcie uwolnić stopy z przybrzeżnego błota. Szlam mlasnął soczyście, a para leszych poleciała do tyłu, walcząc o utrzymanie równowagi. Nagle jednak Modraszka potknęła się o coś. Gwizdnęła na siedzenie, a Olszybor runął prosto na nią. Boleśnie zderzyli się mokrymi żubrowatymi nosami i wylądowali wśród paproci.

Lelek zamrugał. Dziewczyna w mroku późnego wieczoru słabo widziała jego twarz, ale bijące od leszego ciepło zdradzało, że się rumieni. Odtoczył się pospiesznie na bok, Modraszka zaś zwróciła cały swój gniew ku temu, co winien był upadku.

– Mojmirze! – fuknęła. Następnie, czerpiąc z bogatego zasobu znanych sobie wyzwisk, dorzuciła: – Jesteś… jesteś… świnka!

Rozciągnięty wśród nabrzeżnych zarośli człowiek – długowłosy młodzieniec – wybuchnął śmiechem.

– Czyżbyś sugerowała, że podstawiłem ci nogę, mała siostro?

– Oczywiście, że podstawiłeś!

– Ależ nie śmiałbym! Mojmir z Wierzb, łowca niezrównany, pogromca bezlitosny gzów-komarów, nie zniża się do tego rodzaju jarmarcznych sztuczek.

– Akurat. – Fafkel zeskoczył z pieńka i przysiadł się bliżej chłopaka z Wierzb. – Wszystko widziałem. Modraszka potknęła się o ciebie – rzekł, szczerząc zęby.

– Nogi moje długie są i mocarne – odparł Mojmir. – Należy na nie uważać. Że pani Modraszka stąpa nieostrożnie, to już jej własna wina.

– Cicho! – syknął nagle Lelek.

Swary ustały, jak ręką odjął, a grupka przyjaciół zamarła w bezruchu, nadstawiając pilnie uszu i wytężając wzrok. Chłopak z Wierzb nieskończenie powolnym, niemal niezauważalnym ruchem sięgnął do kosza podróżnego, przy którym leżał, i wydobył ze środka żelazną siekierkę. Fafkel przełożył miecz tak, aby w razie czego być gotowym do ciosu. Wszyscy czekali na znak od leszego, który z nich wszystkich najlepiej widział w ciemności.

Olszybor stał chwilę z przekrzywioną głową. Wreszcie uniósł nos i wciągnął powietrze. Skrzat zaraz poszedł w jego ślady, kręcąc trójkątnym ryjkiem i niuchając głośno. Wiatr się odwrócił; nie wiał im już zza pleców, a od przeciwnego brzegu.

– Nic to – zawyrokował Lelek. – Jelenie. Cała chmara, tam, na skarpie.

Na twarzy leszego nie wiedzieć czemu zagościł uśmiech. Wytrząsł wodę z kaptura, zakasał rękawy i podbiegł do kłody, z której wcześniej zwalił się do rzeki. Tasiemka normalnie nie była bardzo głęboka, ale podniosła się po jesiennych deszczach i mknęła z niezwyczajną sobie chyżością, Olszybor zaś – wstyd to przyznać – nie umiał pływać. Teraz jednak śmiało zsunął się z brzegu, chwycił oburącz przewróconego pnia i, nie puszczając ani na chwilę prowizorycznej poręczy, ruszył skroś nurtu. I tak był już cały mokry, równie dobrze mógł więc przedostać się na drugą stronę w bród.

– Czekaj! – zawołał Mojmir. Potem zniżył głos, przypominając sobie o jeleniach. – Czekaj. A kosze? A torby?

Lelek machnął tylko ręką. Znalazł się już w połowie przeprawy i właśnie grunt uciekł mu spod nóg. Majtając niezgrabnie stopami, podciągnął się do pniaka i przesuwał dalej, aż znów zdołał wymacać palcami dno.

Chłopak z Wierzb pokręcił głową i wsparł się pod boki.

– Pływać mu się zachciało – mruknął. – Nie ma to jak urocza kąpiel w blasku księżyca. Może powinnaś do niego dołączyć, co, Modrooka?

Modraszka parsknęła tylko.

Mojmir westchnął i schował siekierkę.

– Dobra, zakasaj hajdawery, przeniosę cię na barana. Sądząc po tym, jakie zanurzenie osiągnął Lelek, woda nie powinna mi sięgnąć wyżej niż do ramion. Bogom dzięki, że nie uczynili ludzi takimi konusami jak was leszych. W każdym razie potem wrócę i przeniosę na kilka razy wszystkie bagaże. Tym sposobem tylko ja i tamten tłumok będziemy musieli przez całą noc suszyć ciuchy przy ogniu.

– A co ze mną? – zapytał Fafkel, również odkładając broń na bok.

– Z tobą? – Młodzieniec łypnął ku maleńkiemu towarzyszowi, po czym podszedł na skraj rzeki i zawołał półgłosem: – Lelek, przelazłeś już?

Olszybor odwrócił się i w tym momencie wiatr rozgonił chmury, a rzeka roziskrzyła się od błękitnawej księżycowej poświaty. Leszy wyglądał w tym świetle jak duch. Uniósł ramiona i machnął nimi dwukrotnie, sygnalizując, by pozostali czekali i siedzieli cicho.

Mojmir niewiele sobie robił z gestów przyjaciela. Popatrzył na skrzata, który tymczasem stanął u jego boku.

– Gotów? – zapytał.

– Na co? – zainteresował się malec.

Chłopak z Wierzb złapał go pod pachy, zawinął nim jak piłką i cisnął ponad wodą.

Lelek spłoszył się, widząc frunącego skrzata. Rzucił się naprzód i w ostatniej chwili chwycił malucha. Skąpał się przy tym po raz kolejny, zdawało się jednak, że Fafkel wyszedł z przygody w miarę suchy.

Leszy odstawił go na brzeg.

– Czyś ty zgłupiał? – syknął do Mojmira.

Młodzieniec uniósł palce do uszu, aby pokazać, że nie słyszy z tej odległości, po czym wzruszył ramionami.

Modraszka musiała przytknąć pięść do ust, aby powstrzymać chichot.

– Chodź, siostra – powiedział chłopak z Wierzb. – Teraz nasza kolej.

* * *

Lelek, złorzecząc pod nosem, ściągnął buty i przemoczoną narzutę z kapturem, którą nosił na kabacie. Wzdrygnął się. Choć z natury odporny był na zimno i czuł, że woda paruje już z jego szerokiego, porośniętego gęstą szczecią karku, jesienny chłód nieprzyjemnie kąsał go w stopy. Rzuciwszy bety na ziemię, zmierzył spojrzeniem Fafkela.

– Cały jesteś? – zapytał.

– Pewno – odparł skrzat.

– Dobrze. Poczekaj tu na tamtych dwoje, a kiedy przyjdą, rozpalcie ogień.

– A ty co będziesz robił?

– Ja? Ja się rozmówię z naczelniczką tej chmary. O drogę zapytam.

Olszybor otrząsnął się po raz ostatni i ruszył przez wysokie trawy w górę skarpy. Jego własny cień – długi, błękitny, niepokojąco wyrazisty – wysunął się przed właściciela jak gdyby spieszno mu było uciec przed ogromnym okiem księżyca. Wyrywał ku ścianie lasu, która zaczynała się na szczycie wzniesienia.

Mniej więcej w pół drogi pomiędzy rzeką a pierwszymi drzewami Lelek przystanął. Tknęło go coś. Powiódł wzrokiem po pniach olch i grabów, które w niesamowitym blasku wydawały się nieomal płaskie, i wreszcie wypatrzył jelenie. Ich szaro-czarne sylwety majaczyły niewyraźnie – potężne i nieruchome. Ślepia połyskiwały z głębokich cieni.

„Czemu ich oczy tak błyskają? – zapytał w duchu leszy. Ciarki przeszły mu po plecach. Po długiej, długiej podróży, dotarł w końcu do Środkowych Kniei. Prawie był już w domu. A jednak czuł się obco. Przyszło mu do głowy, że zbłądził do cudzego snu. – To z powodu Powłóki. Kończy się jesień, granica między lasem a światem duchów staje się cieńsza”.

Czas Powłóki stanowił dla leszych okres zarazem świąteczny i niepokojący. Jak wszystkie leśne stworzenia, byli oni wyczuleni na działanie czarów. Wielu bardzo sobie ceniło możliwość bliższego zespolenia z magią kniei.

Ale nie Lelek. Lelkowi od magii robiło się czegoś ciężko na żołądku. Wolał zostawić rzucanie zaklęć Modraszce, która jak mało kto znała się na czarodziejskich właściwościach ziół i kwadrach księżyca, i mocy słów szeptanych pod gwiazdami.

Olszybor odetchnął, podrapał się po karku, potarł skryte wśród kasztanowatych kędziorów różki i ruszył dalej w górę skarpy. Powtarzał sobie w myślach, że nie powinien się wydurniać, ale z każdym krokiem narastały w nim złe przeczucia. Między drzewami dostrzegał teraz wyraźnie sylwetkę masywnej łani, prawdopodobnie naczelniczki chmary, oraz czającego się za nią widłaka, samca zbyt młodego, by odłączyć się od stada. Ślepia obojga połyskiwały zielonkawym światłem i zdawały się patrzeć nie tyle na nadchodzącego leszego, co na wskroś niego.

– Niech puszcza wiecznie wam darzy! – zawołał Lelek, sięgając po bardzo staromodne i sztywne powitanie. Uniósł przy tym wysoko głowę i szedł nie przodem, ale lekkimi zakosami, by pokazać, że ma pokojowe zamiary.

Jelenie milczały.

Dopiero kiedy leszy stanął o kilka kroków przed łanią, ta spłoszyła się nagle. Chrapnęła dziwnie, rozdęła nozdrza.

Olszybor zamarł. Z jakiegoś powodu serce zaczęło łomotać mu w piersi. Całym sobą wyczuł drżenie przycupniętych wśród drzew zwierząt. Przez chmarę przelała się naraz potężna fala strachu.

Trwało to jedno mgnienie oka. Potem naczelniczka zastrzygła uszami, otrząsnęła się. Ślepia jej przygasły, w zadziwieniu zwróciły się na Lelka. Łania cofnęła się, wyglądała jednak bardziej na zmieszaną niż wystraszoną.

– Przepraszam, zaskoczyłeś mnie – powiedziała. – Nie powinieneś tak się skradać, strażniku.

– Racja – bąknął zdezorientowany leszy. Ponownie uniósł głowę w odwróconym ukłonie, gdyż nastawianie rogów uchodziło wśród jeleni za gest wyjątkowo niegrzeczny. – Niech puszcza wiecznie ci darzy, naczelniczko.

Łania prychnęła.

– Nie ma potrzeby na takie formalności – rzekła. Zamrugała i spojrzała ku rzece, gdzie przyjaciele Olszybora zajęli się już szykowaniem obozowiska. – Zawsze miło spotkać strażnika lasu. Muszę jednak powiedzieć, że podróżujesz w… osobliwym towarzystwie. Dokąd zmierzasz?

– Do domu. To jest… Na uroczysko nieopodal Zamrowego Kurhanu, pomiędzy Dzikowym Dreptem, Kruszowiskiem a Wyrębą. Ale obawiam się, że ja i moi przyjaciele nieco pobłądziliśmy. Bylibyśmy wdzięczni, gdybyście zechciały wskazać nam właściwą drogę.

– Mm. – Naczelniczka skinęła głową. – Naturalnie, strażniku. Naturalnie.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: