-
nowość
-
promocja
Strażniczka berlińskiego zoo - ebook
Strażniczka berlińskiego zoo - ebook
Inspirowana faktami opowieść o dziecku skrywającym szokujący sekret z czasów wojny.
Berlin, 1943. Adelaide i jej nowo narodzona siostrzyczka zostają sierotami podczas nocnego bombardowania. Katharina Heinroth, strażniczka zoo przygarnia dziewczynki. Adelaide próbuje odciąć się od wojennej grozy, opiekując się maleńką siostrą i bawiąc się z małpkami. Katharina podejmuje ryzykowną akcję ratunkową. Niestety nie przebiega ona zgodnie z planem. Wtedy Adelaide składa przybranej matce przysięgę – dochowa sekretu, który na zawsze odmieni jej życie.
Berlin, 2019. Uwagę Bethan przykuwa siedząca obok niej na ławce starsza pani, która przedstawia się jako Ada. Zaczyna snuć opowieść o swoim dzieciństwie. Nagle pada znajome imię… Czy po latach milczenia Ada pomoże Bethan odkryć rodzinną tajemnicę?
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8074-932-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Katharina Heinroth_
_Ursula Franke_
_Gisela Schultz_
_Sasha Eberhard_
_Hrabina Sylvie_
_Anke?_
Dłonie Bethan drżały, gdy wodziła wzrokiem po dziwnej liście osób – spisała ją lata temu matka, co rozpoznawała po drogim jej sercu charakterze pisma. U góry listy przypięto niewielką srebrną broszkę w kształcie pulchnego hipopotama. Ostrożnie ją odpięła, by zaraz wpiąć w klapę swojego płaszcza. Dłoń jej przy tym drgnęła, przez co ukłuła się szpilką w palec, ale przyjęła ten ból niemal z ulgą. Przypomniał o strasznym dniu, w którym natrafiła na ten dziś pożółkły już kawałek papieru.
Miała wtedy jedenaście lat, jej żałoba była świeża i bolesna. Pogrzeb matki zapamiętała jako okropny; po wszystkim miała ochotę wtulić się w ramiona taty, szukając w nich ratunku przed zalewem wielkiego żalu – bała się, że smutek ją zatopi. Jak na złość po ich domu kręciły się tłumy ludzi – pijących, zalewających się łzami i bez końca powtarzających dziewczynce, jak bardzo Jana ją kochała.
Bethan nie potrzebowała tych zapewnień, oddałaby wszystko, by móc wciąż, na żywo, doświadczać miłości mamy – która karciła ją za to, że zostawia skórki od chleba z kanapek, która suszyła jej głowę o zadania domowe, która zawsze smażyła dla niej naleśniki w sobotni poranek. Nie chciała objęć współczucia – pragnęła przytulić się do mamy, chciała jej łaskotek. Gdy podano jedzenie, wymknęła się i wcisnęła pod łóżko rodziców w sypialni na piętrze. W wieku jedenastu lat z trudem się tam mieściła, ale i tak czuła, że nie znajdzie dla siebie lepszego miejsca. Równie dobrym pomysłem wydało jej się zabranie pod łóżko szkatułki z maminą biżuterią – jakby był to wehikuł czasu.
W pewnym sensie faktycznie tak było – tyle że szkatułka przeniosła ją do cudzej przeszłości. Oto tam, pod ładnymi naszyjnikami i bransoletkami pochodzącymi ze szczęśliwszych czasów, leżała broszka z hipopotamem. Urocze zwierzątko przykuło jej wzrok od razu, podobnie jak niewielka kartka papieru, na którą teraz patrzyła – wypełniona kobiecymi imionami zapisanymi charakterystycznym, zaokrąglonym, europejskim pismem matki.
Bethan wpatrywała się w karteluszek, aż jej oczy, zaczerwienione od płaczu, zamgliło coś więcej niż smutek. Od zawsze fascynowały ją niemieckie korzenie matki i język, który stanowił ich mały, prywatny kod porozumienia. Uwielbiała jeździć do rodziny w Niemczech, gdzie zatrzymywała się u swojej Omy Eriki; brakowało jej tego, odkąd Oma zmarła trzy lata temu. A teraz ta kartka – żywa sugestia, że w życiu Jany działy się rzeczy, o których Bethan nie miała pojęcia; że istnieli ludzie, którzy byli dla niej ważni; że trapiły ją pytania, na które poszukiwała odpowiedzi. Czuła z mamą szczególną więź – i to teraz, gdy wydawało się, że wszelka łączność z nią została utracona.
Jeszcze tej samej nocy, kiedy wreszcie zostali z tatą sami, zapytała go o notatkę. Zareagował z gwałtownością błyskawicy.
– Skąd to, do diabła, wzięłaś, Beth?
Wyrwał jej listę z palców tak niespodziewanie, że aż podskoczyła.
– Znalazłam przypadkiem. Była w pudełku z biżuterią mamy, a mówiłeś, że wszystko w jej pudełku jest teraz moje. Czyli ta kartka też.
Ojciec zacharczał gardłowo, ale usiłował się opanować.
– Tak, kochanie, faktycznie tak mówiłem. Ale to głupstwo. Zwykła lista, lista… zakupów.
– Kim są te kobiety?
– Nie jestem pewien. Mama spisała to jeszcze w Niemczech. Myślę, że to koleżanki z lat młodości.
– Koleżanki? Naprawdę tak sądzisz, tato? Była tam jakaś hrabina, sam zobacz.
Próbowała odebrać mu kartkę, ale odsunął ją, przypadkiem rozdzierając róg; bała się kolejnych ruchów, bo lista mogłaby się całkiem podrzeć.
– Proszę, tato, oddaj. Chcę ją mieć. Mama to napisała.
– To też – odparł, po czym podniósł inną kartkę ze stolika nocnego, z rysunkiem dwóch słoni ze splecionymi trąbami. Ten pełen miłości liścik od mamy był najcenniejszym skarbem Bethan, ale i tak nie chciała odpuścić listy.
– Czemu robisz z tego taką tajemnicę? – zapytała z wyrzutem.
Ale ojciec nie odpowiedział, odsunął się tylko, powtarzając znów, że to zwykłe „głupstwo”, po czym opuścił pokój i zszedł po schodach. Usłyszała trzask kosza na śmieci w kuchni. Trzymając srebrnego hipopotama w mocno zaciśniętej dłoni, leżała i wyobrażała sobie karteluszek gnijący wśród torebek po herbacie i obierków po ziemniakach, jednocześnie udając, że nie słyszy cichego szlochu siedzącego przed telewizorem ojca. Później, kiedy mężczyzna w końcu powlókł się do łóżka, dziewczynka zbiegła na dół, otworzyła kosz i przegrzebała jego rozmokłą zawartość, aż znalazła kartkę – poplamioną i zawilgotniałą, ale w całości. Nie lubiła oszukiwać taty, jednak była przekonana, że wbrew jego zapewnieniom lista kryła coś ważnego. Bethan miała wrażenie, że to wciąż żywy, utrwalony na piśmie kawałek mamy – i uczepiła się tego.
Palce powędrowały do broszki, wodząc po wklęsłych literach na masywnych nogach srebrnego hipopotama: BZ. Wtedy nie miała pojęcia, co oznaczają – odkryła to dopiero lata później, gdy wymyślono wyszukiwarkę Google, która dała jej podstawowe informacje o pierwszym nazwisku na liście: Katharina Heinroth – dyrektorka Ogrodu Zoologicznego w Berlinie po drugiej wojnie światowej. Wyglądało na to, że zoo było ważne dla jej matki – a to z kolei sprawiło, że stało się ważnym miejscem także dla Bethan, i to jeszcze zanim się tam zatrudniła.
Ostrożnie wsunęła kruchy karteluszek z nazwiskami do swojej skórzanej torby weterynaryjnej. Nadszedł czas, by udać się do nowego miejsca pracy, rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu i spróbować rozwiązać tajemnicę listy. Wiedziała, że oba zadania będą wyzwaniem, ale czuła, że wreszcie jest na nie gotowa.ROZDZIAŁ 1
– _Wilkommen!_
Bethan z uśmiechem wpatrywała się w napis na ozdobnym łuku wspartym na dwóch potężnych słoniach z marmuru. Czy naprawdę tak miało wyglądać wejście do jej nowego domu? Otaczał ją gęstniejący tłum odwiedzających; ludzie wskazywali na harcujące w klatkach małpy po lewej stronie i podbiegali do wybiegu pand, zażywających relaksu w bambusowym zagajniku naprzeciwko wejścia. Bethan bezwiednie dotknęła broszki z hipopotamem; miała ochotę skakać z ekscytacji.
– Tak się cieszę, że tu jestem – powiedziała po niemiecku do Elli, młodej lekarki weterynarii, która była na tyle miła, że odebrała ją z lotniska.
Ella miała dwadzieścia pięć lat, jedwabistą skórę o miedzianym odcieniu, burzę ciemnych loków zebranych w zadziorny kucyk i uśmiech, który najwyraźniej nigdy nie schodził jej z twarzy. Buzia Elli się nie zamykała – Bethan była jej za to wdzięczna, bo czuła, że przechodzi przyspieszony kurs odświeżający język. Włożyła dużo pracy w to, by nie stracić umiejętności porozumiewania się po niemiecku, ale brak mamy i codziennych pogawędek sprawił, że siłą rzeczy jej umiejętności nieco się przykurzyły. Słuchanie tego języka – niegdyś ich sekretnego „kodu” – w użyciu głęboko ją poruszało.
– Bardzo się cieszymy, że dołączasz do zespołu – oznajmiła Ella. – Tyle się dzieje, że nie wiadomo, w co ręce włożyć. Mamy okres lęgowy, porodowy i ledwo nadążamy. W zeszłym tygodniu wykluło się piętnaście żółwików, wczoraj przyszły na świat dwa szympansiątka, Reina też będzie rodzić lada dzień.
– Reina?
– Jedna z lwic. Nie przejmuj się, na pewno szybko nauczysz się imion. Chodźmy, zabiorę cię do naszego centrum weterynaryjnego i pokażę ci, co i jak.
Kolejka się rozstąpiła na widok ciemnozielonego uniformu młodej kobiety, która pomachała do chłopaka z kasy biletowej, po czym ruszyła przed siebie, mijając wrzeszczące pawiany i pewnie stąpając po ścieżce okrążającej ich kamienisty wybieg. Posłała im całusa i poprowadziła Ellę na tył, gdzie stał niski, nowoczesny budynek. Drogę zagrodziły im potężne drzwi, ale przepustka Elli otworzyła je bez trudu i Bethan, zauważywszy, jak kilku odwiedzających zerka na nie z ciekawością, poczuła przypływ dumy. Była pracownicą zoo, miała dostęp do wszystkich zakamarków niedostępnych dla zwykłych ludzi – czuła się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Ta praca okazała się spełnieniem jej największych marzeń.
– Czy to na pewno dobry pomysł? – spytał ją Callum rano, kiedy przeniosła torbę lekarską do wspólnego pokoju, by dopakować potrzebne rzeczy.
Zapamiętała go wyraźnie: siedział na łóżku, patrzył na nią ciemnobrązowymi oczami, marszczył czoło i skubał luźną nitkę z poszwy kołdry z wizerunkiem drużyny Leicester City – był to chyba jedyny należący do niego element wystroju mieszkania.
– Przecież wiesz, jak bardzo chciałam pracować w zoo, Callum.
– A co było nie tak z zoo w Twycross?
Zamrugała zdziwiona, nie rozumiejąc, dlaczego, do diabła, tak długo zwlekał z wyrażaniem wątpliwości.
– Właściwie nic. Po prostu mają mniejszy dział badawczy niż ten w Berlinie. To dla mnie olbrzymia szansa, Cal, chyba rozumiesz. Czytałeś moją pracę doktorską o zwierzętach w niewoli. Twierdziłeś nawet, że była ciekawa.
– Bo była. Nie wiedziałem tylko, że aż tak cię… pochłonie.
– Pochłonie?
Znów skubnął nitkę, tworząc zmarszczkę na fragmencie nadruku z twarzą piłkarza Jamiego Vardy’ego.
– Jesteś pewna, że chodzi tylko o zoo, Beth?
– A o co niby miałoby chodzić?
– O twoją mamę – powiedział. – I o tę głupią listę, na punkcie której masz bzika.
Bethan wciągnęła gwałtownie powietrze.
– Jak śmiesz? To nie jest głupia lista i to wcale nie główny powód, dla którego przyjęłam tę pracę. Jeśli tego nie widzisz, to może i dobrze, że trochę teraz od siebie odpoczniemy.
Chłopak aż podskoczył.
– Co masz na myśli? Odchodzisz ode mnie, Bethan?
Przez chwilę miała ochotę odpowiedzieć „tak”. Nie układało im się najlepiej, odkąd Callum, który pod koniec zeszłego roku skończył trzydzieści pięć lat, zaczął imprezować na potęgę, jakby chciał odgonić widmo nadciągającej starości. Bethan tego nie cierpiała – rok temu zaproponowała wspólne mieszkanie, by dzielić z nim przyszłość, a nie żeby pieniądze zaoszczędzone na czynszu wydawał na piwo – ale znajomi zapewniali ją, że to typowy męski kryzys i że jej kilkutygodniowa nieobecność ustawi mu priorytety. Żywiła nadzieję, że mieli rację, ale teraz i tak chciała się skupić na karierze.
W ich stronę szybkim krokiem zbliżała się dobrze zbudowana starsza kobieta i Bethan nachyliła się, by uścisnąć jej dłoń.
– Cześć, Tanya.
– Bethan, witaj w berlińskim zoo.
– Wspaniale w końcu tu być. Dziękuję, że zaprosiłaś mnie do zespołu.
Tanya, główna weterynarka zoo, która miesiąc temu przeprowadzała z nią rozmowę rekrutacyjną online, była wysoka, miała przenikliwe, szare oczy i długi warkocz, dużo jaśniejszy niż włosy Bethan w odcieniu truskawkowego blond. Potrząsnęła jej dłonią z entuzjazmem.
– Okazałaś się zdecydowanie najlepszą kandydatką, byłabym szalona, gdybym cię nie zatrudniła. Chodź, oprowadzę cię po naszym królestwie. Ella, czy mogłabyś…
Ale w tym momencie telefon Elli zabrzęczał, a na ekranie wyświetlił się realistyczny awatar surykatki. Bethan przyglądała mu się ze zmrużonymi oczami, a Ella parsknęła śmiechem.
– To nasz wewnętrzny system powiadomień. Surykatka to mój znak i najwyraźniej jestem potrzebna w pawilonie hipopotamów. Przepraszam, Tanyo, ale może jednak ty oprowadzisz Bethan?
– Oczywiście – zgodziła się Tanya, ale zaraz jej własny telefon zapiszczał, a ekran wyświetlił żyrafę. – No proszę, mnie też wzywają. Trudno, Bethan, ruszamy od razu do akcji!
Bethan szybkim krokiem podążała za kobietami, mijając słonie pokazujące sztuczki swoim opiekunom i dwa ryjące w ziemi nosorożce; w końcu dotarły do futurystycznej szklanej kopuły. Szły szybko, a Bethan, obciążona torbami, zaczęła sapać. Próbowała dotrzymać im kroku, gdy przedzierały się przez tłum zwiedzających i mijały posąg hipopotama – zaskakująco realistyczny jak na odlew z brązu – połyskujący w wiosennym słońcu. Było w nim coś znajomego i Bethan przystanęła na moment.
– Knautschke – wyjaśniła Ella. – Ojciec, dziadek i pradziadek większości hipopotamów w naszym zoo.
– Wciąż żyje?
– Skądże. Urodził się w czasie wojny. Podobno o mały włos, a by jej nie przeżył, ale uratowano go w ostatniej chwili z płonącego budynku. Tędy.
Stojąca nad brzegiem wody opiekunka zamachała do nich, a gdy przepustka Tanyi otworzyła bramę, Bethan znów poczuła dreszcz ekscytacji, że należy do zespołu. Okazało się, że dwa młode hipopotamy pobiły się i jeden z nich, Klumpig, miał brzydką ranę na boku.
– Bez szycia się nie obędzie – orzekła Tanya bez chwili wahania. – Musimy zabrać go w bardziej ustronne miejsce.
Skinęła na gęstniejący za barierą wybiegu tłum, a opiekunka o imieniu Sonya pogłaskała czule głowę hipopotama, który patrzył na nią żałośnie. Bethan na moment wstrzymała oddech. Klumpig był co prawda młodym osobnikiem, ale nie należał do ułomków – poza tym miał ogromną paszczę i długie zęby. Uspokoiło ją, gdy przypomniała sobie, że jest roślinożercą. To było zupełnie coś innego niż leczenie psów, kotów i chomików, do których była przyzwyczajona w gabinecie. Pochyliła się, by dotknąć skórzastego grzbietu zwierzęcia, jakby potrzebowała upewnić się, że jest prawdziwy. Za jej plecami inny hipopotam ryknął tak wściekle, że aż podskoczyła.
– Nie bój się, mama hipopotamica jest za bramą.
Bethan spojrzała i zobaczyła, że reszta hipopotamów została odgrodzona metalową barierą przebiegającą przez naziemną część wybiegu i błękitny basen. Wkrótce Sonya przyniosła specjalne nosze, na których udało im się podnieść Klumpiga i przenieść go do części sypialnej, na tyłach pawilonu. Z tłumu rozległo się westchnienie rozczarowania, a Tanya się roześmiała.
– Naprawdę myśleli, że wyciągnę igłę na ich oczach?
– Z pewnością na to właśnie liczyli – odparła Ella. – Przepraszam, Bethan, rzuciłyśmy cię od razu na głęboką wodę. Zaraz zobaczymy, czy znajdzie się ktoś, kto będzie mógł cię oprowadzić.
– Nie ma pośpiechu – odparła Bethan, podczas gdy Tanya czyściła grubą skórę hipopotama.
– Tak będzie lepiej. Bez urazy, ale im więcej się tu nas kręci, tym bardziej denerwuje się matka tego malucha – zauważyła, kiwając głową w stronę basenu, skąd wciąż dobiegał zwierzęcy ryk. – Zawołam Maxa.
Nim Bethan zdążyła zaprotestować, Ella wyciągnęła telefon, otworzyła aplikację zoo i wybrała ikonkę zabawnego szympansa.
– Max, cześć! Mieliśmy mały wypadek w pawilonie hipopotamów. Masz chwilę, żeby oprowadzić nową weterynarkę? Tę Angielkę, tak.
– Pół-Niemkę – poprawiła odruchowo Bethan, ale Ella ciągnęła dalej.
– Oczywiście, że możesz opuścić stanowisko pracy, Max. Dobrze ci zrobi chwila przerwy od twoich ukochanych małpiszonów i rozmowa z kimś trochę bardziej rozwiniętym – zażartowała i roześmiała się perliście, słysząc odpowiedź faceta. – Nie ugryzie cię. Jest miła. I bardzo ładna.
– Ella! – zaprotestowała Bethan. Już czuła się jak starsza siostra mająca do czynienia z rozbrykanym młodszym rodzeństwem. – Naprawdę mogę gdzieś poczekać, aż skończycie.
Ella uciszyła ją machnięciem ręki.
– Dzięki, Max – zaświergotała. – Widzimy się za minutę. – Rozłączyła się. – Przyjdzie po ciebie. Zostaw torby tutaj i wracaj pod wejście. Tam się spotkacie.
– Ale… – zaczęła Bethan, jednak widziała, że Tanya i Sonya pilnie potrzebują pomocy Elli, i przyznała przed sobą, że ona sama tylko im przeszkadza.
Nieśmiało obeszła basen, boleśnie świadoma, że tłum śledzi każdy jej ruch. Znalazłszy się na zewnątrz, oparła dłoń o szeroki, brązowy grzbiet posągu Knautschkego, by się uspokoić. Jednak gładki dotyk metalu przywołał wspomnienie, które zakręciło jej i tak już nadwyrężonymi zmysłami.
Miała dziesięć lat, była w szortach oraz ulubionej koszulce z pingwinem, a jasne włosy zebrała w dwa kucyki. Na plecach niosła plecak z aparatem, notesem i różowym ołówkiem, którym zamierzała zapisywać wszystko, co zobaczy w zoo. Była z nią mama – i nagle Bethan wyobraziła sobie, że naprawdę cofa się w czasie. Wyciągnęła rękę, by dotknąć brzegu błękitnej sukienki Jany. Natrafiła jednak na pustkę i cofnęła dłoń z obawy, że ktoś weźmie ją za wariatkę.
„To jest Knautschke, Bethie”, usłyszała w głowie głos mamy. „To po angielsku znaczy »przytulak«. Słodki, prawda?” Bethan przypomniała sobie, jak patrzyła w ogromną paszczę stworzenia z brązu i nie była pewna, czy „słodki” to faktycznie trafne określenie. Ale mama wyglądała na tak przejętą, że skinęła głową. „Chcesz usiąść na jego grzbiecie?” Zanim Bethan zdążyła odpowiedzieć, Jana posadziła ją na hipopotamie. „Wspaniała sprawa, prawda? Czyż on nie jest cudowny?”
Bethan zamknęła oczy, próbując zatrzymać w sobie tamten moment, i odetchnęła z ulgą, gdy telefon wyrwał ją z transu. Pisał tata.
_Dotarłaś bezpiecznie, kochanie?_
Uśmiechnęła się i wystukała odpowiedź.
_Dotarłam. I jest super._
Na ekranie pojawiły się skaczące kropeczki.
_Przysyłaj dużo zdjęć. Nie mogę się doczekać, aż przyjadę. Mam bilety na Wielkanoc. Już za tobą tęsknię. x_
_Ja za tobą też, tato. xxxxx_
Dodała kilka dodatkowych krzyżyków, na szczęście, i wcisnęła „wyślij”. Callum uważał, że jej bliska więź z ojcem jest „dziwaczna”. Nigdy nie rozumiał, dlaczego zaglądała do niego co kilka dni i tak często zapraszała na obiad. Chłopaka łączyła z Paulem miłość do sportu, więc tematów do rozmów im nie brakowało, ale on i tak twierdził, że taka więź z ojcem u trzydziestotrzylatki jest co najmniej dziwna. Może i miał rację, ale jeśli nawet, było to jej własne „dziwactwo” – i bardzo jej się podobało.
– Bethan Taylor?
Bethan drgnęła i podniosła wzrok na wysokiego mężczyznę o ciemnych, dłuższych włosach i intensywnie niebieskich oczach. Niecierpliwość miał wpisaną w każdą linię smukłej sylwetki.
– Tak, to ja. Max?
Skinął głową.
– Max Femer, główny opiekun ssaków naczelnych i zastępca dyrektora zoo. Słyszałem, że potrzebujesz przewodnika.
Jego głos był niski i ciepły, ale mężczyzna mówił szybko, urywanymi zdaniami, jakby nie miał czasu na słowa. Bethan pospieszyła z odpowiedzią.
– To bardzo miłe z twojej strony, ale domyślam się, że jesteś zajęty. Nie chcę zabierać twojego cennego czasu.
– Żaden problem. Mam właśnie wolne pół godziny przed karmieniem, więc zdążymy wszystko obejść, oczywiście przy założeniu, że się pośpieszymy.
– Ja naprawdę…
– Przy założeniu, że się pośpieszymy – powtórzył stanowczo, a ona zacisnęła usta i ruszyła w ślad za nim.
Max miał długie nogi i krok tak samo zdecydowany jak sposób mówienia, więc już po chwili Bethan znów z trudem łapała oddech. Dziękowała Bogu, że przywiozła ze sobą buty do biegania; naprawdę musiała wrócić do formy.
– Kanion orłów. – Wskazał ogrodzony gęstą siatką teren po prawej. – A tutaj mieszkają nasze niedźwiedzie. Wszyscy kochają te polarne, ale według mnie są przereklamowane. Wolę brunatne. Mniej pretensjonalne. Poza tym jak pewnie wiesz, są symbolem Berlina.
Bethan, prawie biegła, by dotrzymać tempa mężczyźnie, i nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale to nie miało znaczenia, bo Max szedł już dalej. Oprowadzał ją po olbrzymim zoo w zawrotnym tempie, zgrabnie wymijając odwiedzających i raz po raz rzucając nazwami zwierząt: „pingwiny, zebry, bociany, pandy”. Bethan zatrzymała się, by przyjrzeć się tym ostatnim: cudownym biało-czarnym stworzeniom, leniwie przeżuwającym bambus pod elegancką pagodą w chińskim stylu, ale Max tylko mruknął z dezaprobatą. Domyśliła się, że pandy także uważa za przereklamowane, i zmusiła się, by oderwać oczy od wybiegu. Miała tu przecież spędzić rok – będzie miała masę czasu, by nasycić oczy pięknymi zwierzętami. Uśmiechnęła się do siebie na tę myśl i pobiegła za opiekunem.
– A tu mieszkają małpy.
Zatrzymał się tak niespodziewanie, że prawie na niego wpadła. Wyciągnęła rękę, by nie stracić równowagi, i natrafiła na zaskakująco muskularne plecy. Szybko się cofnęła.
– Przepraszam.
– Nic się nie stało. – Spojrzenie jego ciemnych oczu mówiło coś zgoła odmiennego, ale w tej samej chwili przed ich oczami przeleciał trzymający się liny szympans i twarz Maxa od razu złagodniała. – Binky!
Przeciągnął przepustkę, by otworzyć drzwi, i wszedł do środka, rozkładając ramiona. Szympansica rzuciła mu się w objęcia z radosnym pohukiwaniem. Bethan patrzyła na nich jak zaczarowana i nie pomyślała nawet, by przytrzymać drzwi, które zatrzasnęły się za mężczyzną. Dopiero gdy Binky zaczęła podskakiwać, wskazując przy tym na Bethan, Max przypomniał sobie o jej obecności. Bez słowa przeciągnął kartę jeszcze raz i wsunęła się do środka. Binky – chociaż ona – ucieszyła się na jej widok i wyciągnęła dłonie, by wpleść szczupłe palce w jasne włosy kobiety. Bethan się roześmiała, Max – ku jej zaskoczeniu – także.
– Spodobałaś się jej.
– Czuję się zaszczycona. – Beth ani drgnęła, gdy palce szympansicy dotarły do jej czaszki i zaczęły delikatnie pociągać za włosy u ich nasady. – Co ona robi? – spytała.
– Iska cię. Szuka pcheł.
– Mam nadzieję, że niczego nie znajdzie!
– Ja też. Zwykle „odrobaczamy” nowych na dzień dobry, ale zgaduję, że jeszcze nie przeszłaś procedury.
– Kwestia mojej higieny… – zaczęła, po czym dostrzegła błysk w jego ciemnych oczach i urwała. – Bardzo śmieszne.
Uśmiechnął się szeroko.
– Chodź, pomożesz nakarmić towarzystwo.
Binky doskonale znała słowo „karmić”; w mgnieniu oka puściła włosy Bethan i wykonała imponujący sus na drugą stronę klatki, piszcząc z ekscytacją. Inne małpy zbiegły się natychmiast w radosnych podskokach i fikołkach. Bethan patrzyła na nie jak zahipnotyzowana. Drgnęła, gdy Max złapał ją za rękę i pociągnął w bok.
– Chodźmy, zanim zaczną szaleć – zarządził.
– Czyli teraz to niby nie szaleją? – spytała z niedowierzaniem, ale on już zmierzał do bocznych drzwi, a ponieważ wciąż trzymał jej dłoń w swojej, niewiele mogła zrobić poza podążeniem za nim.
Jego uścisk był pewny, a skóra ciepła i twarda od fizycznej pracy; łaskotała jej własną, aż dziwne mrowienie przechodziło przez ciało. To pewnie zmęczenie – przekonywała samą siebie – zmęczenie i nadmiar wrażeń płynących z tego egzotycznego świata, w który została wrzucona tak gwałtownie. Max zatrzymał się w bocznym pomieszczeniu i spojrzał na ich złączone dłonie, jakby jego samego zaskoczył ten dotyk.
– Przepraszam – powiedział, gwałtownie cofając palce. – Małpy potrafią być trochę nieokrzesane wobec nowych osób.
– Nieokrzesane?
– Rozbrykane – poprawił się pospiesznie. – Rozbawione. Psotne. Chyba wiesz, co mam na myśli.
Max zwrócił się w stronę młodego mężczyzny, który właśnie wszedł do pomieszczenia z wiadrami owoców, a Bethan w końcu zyskała okazję, żeby uważnie przyjrzeć się swojemu niespodziewanemu przewodnikowi po zoo. Opiekun naczelnych musiał być ledwo po trzydziestce, podobnie jak ona. Biła z niego drżąca energia i wydawało się, że nie potrafi ustać w miejscu. Obserwowała, jak sprawdza porcje jedzenia, jednym okiem zerkając na zegar odliczający czas do pełnej godziny. Z wybiegu dochodziły zachłanne pohukiwania małp; ludzie gromadzili się, wskazując je palcami i śmiejąc się z ich wybryków.
– Ale gwiazdorzą – mruknął z uśmiechem Max, wracając do Beth. – Masz ochotę spróbować karmienia?
– Jasne!
– W takim razie chodź za mną. Rzucaj, jak najdalej potrafisz, żeby musiały biegać po swoje jedzenie. Dzięki temu karmienie potrwa dłużej, to ukłon w stronę widzów.
Bethan skinęła głową i spojrzała niepewnie na gąszcz lin i pnączy zwisających na wybiegu, przez które miała celować owocowymi pociskami; w duchu żałowała, że w szkole nie przykładała się bardziej na lekcjach wychowania fizycznego. Ale szympansy już uderzały się w piersi z ekscytacji, widząc, że ona i Max wchodzą na służącą do karmienia, umieszczoną nieco ponad nimi platformę – i nie było odwrotu. Chwyciła połówkę soczystej pomarańczy, odchyliła ramię i cisnęła. Owoc przeleciał aż pod wielkie okna i natychmiast rzuciły się po niego dwa szympansy.
– Niezły rzut.
Uśmiechnęła się, słysząc pochwałę, i wzięła kolejny zamach. Tym razem owoc wylądował na jednej z platform i kolejne małpy rzuciły się po zdobycz. Poczuła, jak się rozluźnia. Naprawdę dobrze się bawiła. Przez szybę dostrzegła rozentuzjazmowane twarze obserwujących i na nowo poczuła, w jak uprzywilejowanej znalazła się sytuacji. Jeszcze dziś rano siedziała z Callumem w ich mieszkaniu w Leicester, a teraz stała w słońcu na niemieckiej ziemi, karmiąc półdzikie małpy. Rzucała raz po raz, z całych sił, aż przy którymś ruchu ręką odkryła, że wiadro jest puste.
– Och! – wyrwało jej się, a Max parsknął gardłowym śmiechem.
– Podobało ci się?
– Bardzo. Dziękuję.
On też wydawał się teraz bardziej odprężony; obowiązek został spełniony.
– Dobra robota. A teraz dokończmy oprowadzanie i wrócimy do Tanyi.
– Nie ma pośpiechu.
– Aha! Czyli wolisz małpiszony od hipciów.
– Nie, ja… – W porę ugryzła się w język. Max mówił w tak suchy sposób, że jeszcze nie łapała, kiedy się z nią droczył. – Zdecydowanie najbardziej lubię hipopotamy – odparła, dotykając palcami broszki. On pokręcił głową z udawaną dezaprobatą.
– W takim razie odwołuję wycieczkę po zoo.
Roześmiała się i oddała mu wiadro.
– Cóż, w takim razie będę musiała poprosić o pomoc Binky.
– Ochoczo by się zgodziła. Przysięgam, ona uważa się za człowieka.
– Prawie nim jest.
– To prawda. Zdecydowanie bliżej jej do nas niż brzydkiemu, staremu hipopotamowi.
– Albo przereklamowanemu niedźwiedziowi polarnemu?
Skrzywił się.
– Wybacz. My, opiekunowie, bywamy nieco nadopiekuńczy wobec naszych zwierząt. Ale kocham je wszystkie, naprawdę, nawet sępy. No, chodźmy już.
Sięgnął do drzwi i wyprowadził ją z pawilonu małp w stronę wybiegu drapieżników. Wielkie koty były absolutnie wspaniałe; Bethan tak zapatrzyła się w muskularne ruchy przechadzającego się po trawie tygrysa, że o mało się o coś nie potknęła.
Spojrzała pod nogi i z przerażeniem zauważyła, że potrąciła staruszkę: kobieta siedziała na ławce, zatopiona w obszernej puchowej kurtce, w czapce z pomponem naciągniętej na długie srebrne włosy. Jej nogi okrywał kraciasty koc, spod którego wystawały stopy w sfatygowanych fioletowych glanach – to o nie niemal się potknęła.
– Strasznie przepraszam – powiedziała Bethan. Boże, jaka była dzisiaj niezdarna.
Staruszka jednak zdawała się wcale jej nie zauważać. Wpatrywała się przed siebie i cicho mamrotała pod nosem. Młoda kobieta powtórzyła przeprosiny i ostrożnie obeszła ją dookoła.
– O mało nie zrobiłam krzywdy tej biednej pani – powiedziała do Maxa.
Spojrzał przez ramię.
– Mówisz o Adzie? Jej nic nie ruszy. Jest nie do zdarcia, jak te stare buty, które ma na nogach.
– Znasz ją?
– Każdy zna Adę. To jej ławka. Zawsze przychodzi jako jedna z pierwszych i od razu się do niej kieruje. A jeśli ktoś ma czelność zająć ją wcześniej, Ada staje obok, aż intruz zrozumie aluzję i ustąpi jej miejsca. Wtedy rozsiada się z termosikiem oraz kanapkami i siedzi, aż zadzwoni dzwonek na zamknięcie zoo.
– I tak codziennie?
– Mniej więcej.
– A co ona właściwie robi?
– Po prostu patrzy na świat. I rozmawia z Kathariną.
– Z kim?
Max wskazał na pomnik – popiersie kobiety na białym cokole, jedno z ośmiu ustawionych wśród krzewów. Bethan podeszła i odczytała napis na tabliczce:
_Katharina Heinroth_
_Zoodirektorin_
_1945–56_
Aż podskoczyła, rozpoznając pierwsze nazwisko z listy swojej mamy.
– Znam ją! – wykrzyknęła.
Max mruknął.
– Spodziewałbym się tego, zakładając, że zrobiłaś solidne rozeznanie w swoim nowym miejscu pracy. Była prawdziwą bohaterką.
W jego głosie pojawiła się nowa nuta i Bethan spojrzała na niego niespokojnie.
– W jakim sensie?
– Pod wszelkimi możliwymi względami. Pracowała na rzecz zoo bez wytchnienia. Nie przetrwalibyśmy wojny, gdyby nie ona, nie mówiąc już o tym, że dziś nie bylibyśmy pionierskim ośrodkiem hodowli.
– Rozumiem. Zoo… ciężko zniosło wojnę, prawda?
– Ciężko? – Max spojrzał na nią. – To był koszmar na jawie. Alianci niemal doszczętnie zrównali z ziemią Berlin, a zoo wraz z nim.
– No tak. Przepraszam.
Posłał jej przeciągłe spojrzenie; jego oczy płonęły niebieskim ogniem, który w jednej chwili zgasł – mężczyzna się opanował.
– Bethan, to nie była twoja wina. Zresztą moja też nie. To już przeszłość, i całe szczęście. O proszę, zobacz: przyszła po ciebie Tanya.
Rzeczywiście, starsza weterynarka spieszyła ku nim z plecakiem Bethan przerzuconym przez ramię.
– Beth! Co ty sobie musisz o mnie myśleć? Strasznie cię przepraszam.
– Naprawdę nic się nie stało. Jak miewa się Klumpig?
– Jest już zszyty i odpoczywa. Mam nadzieję, że w cichości serca rozważa sens zadzierania z większymi hipopotamami! A teraz chodź ze mną, zaprowadzę cię do mieszkania i znajdziemy ci uniform pracowniczy. A potem kawa i ciasto, ja stawiam.
Brzuch Bethan zareagowała na tę informację głośnym burczeniem; Tanya zaśmiała się, ujęła dziewczynę pod ramię i poprowadziła przez ogród zoologiczny. Minęły Adę, pogrążoną w rozmowie z pomnikiem kobiety z dawnych lat. Bethan zastanawiała się, co takiego – a wydawało się to ważne – staruszka miałaby jej do powiedzenia. Chciała też dowiedzieć się czegoś więcej o _Zoodirektorin_. Na razie jednak czekał na nią nowy dom – przeszłość, choć fascynująca, musiała poczekać.ROZDZIAŁ 3
Bethan opadła ciężko na kanapę w swoim mieszkaniu i tęsknie spojrzała w stronę lodówki, z nadzieją, że ta otworzy się sama i poda jej kieliszek wina. Niemiecka myśl techniczna nie była jednak na tyle zaawansowana, więc w końcu podniosła się z wysiłkiem i nalała sobie odrobinę trunku. Z rieslingiem w jednej ręce przeniosła się do okna i upiła spory łyk. Uśmiechnęła się do siebie. Minęły już dwa tygodnie od jej przyjazdu do zoo, ale widok z okna absolutnie jej się nie znudził i podejrzewała, że tak już zostanie.
Przydzielono jej niewielkie, przytulne mieszkanko, położone nad ambulatorium weterynaryjnym; mieszkała na tym sam piętrze co Ella i Max. Z okna widziała skalisty wybieg pawianów i, kawałek dalej, pawilon ukochanych przez Maxa naczelnych. Zapadał zmierzch, a ona patrzyła na szaleństwa pełnych energii szympansów i śmiała się do siebie, obserwując ich harce. Kawałek dalej ze stoickim spokojem pasły się antylopy, a jeszcze dalej dostrzegła czarno-białe pandy skryte pod jaskrawoczerwonym dachem pagody.
Zbliżała się godzina zamknięcia zoo, a ostatni odwiedzający z niechęcią opuszczali teren przez Bramę Słoni; alejki pozostawały cudownie puste. Bethan upiła kolejny łyk wina, smakując jego cierpkie nuty. Zoo szykowało się do odpoczynku. Boże, jak bardzo czuła się zmęczona. Zadowolona, ale wyczerpana. Ostatnie dwa tygodnie były aktywne i tak wiele zdążyła już się nauczyć. Wieczory spędzała z książką, uzupełniając wiedzę na temat nowych dla niej gatunków zwierząt, którymi się tu zajmowała. Miała wrażenie, że jej mózg jest pełny po sam czubek.
Znała już imiona i nazwy gatunkowe większości zwierzęcych mieszkańców zoo, coraz lepiej orientowała się w ich zwyczajach i preferencjach. Stała się ekspertką w obsłudze pistoletu usypiającego, a poprzedniego dnia przeprowadziła swoją pierwszą operację. Rozcinanie ciała tygrysa okazało się najbardziej poruszającym wydarzeniem w jej dotychczasowej karierze, ale zabieg był stosunkowo prosty, zaś wnętrzności drapieżnika w gruncie rzeczy przypominały wnętrzności domowych mruczków – nie licząc skali. Pacjent miał się dobrze, Tanya ją pochwaliła – Beth czuła, że zdecydowanie zasłużyła na odpoczynek. Następnego dnia miała wolne i chciała wykorzystać ten czas na zwiedzanie Berlina. Ale na razie trwał jeszcze piątkowy wieczór.
Z powodu nagłego przypływu energii Bethan zajrzała do lodówki w poszukiwaniu jedzenia. W ogromnym centrum handlowym Bikini Haus, które znajdowało się nieopodal zoo, było sporo sklepów z dobrym jedzeniem, jednak ostatni raz była na zakupach parę dni temu i półki lodówki prezentowały wyłącznie smutny zbiór resztek. Co dało się przygotować z jednej marchewki, paru kiełbasek i jogurtu truskawkowego? Wróciła do wina. Obiecała sobie, że niedługo zrobi zakupy, i chyba po raz pierwszy od przyjazdu poczuła niemiłe ukłucie samotności. Piątkowy wieczór w domu spędziłaby pewnie z Callumem i znajomymi – po pracy poszliby na piwo, a potem na jedzenie albo zamówiliby coś na wynos i obejrzeli w domu jakiś film. Callum przez cały tydzień pisał do niej czułe wiadomości i nagle mocno za nim zatęskniła.
Łyknęła rieslinga, sięgnęła po telefon i wybrała jego numer. Może mogli wypić wspólnego drinka na FaceTimie. Jego projekt był już na ukończeniu i pewnie niedługo uda mu się ją odwiedzić. Odkąd poznali się dwa lata temu na imprezie sylwestrowej organizowanej przez wspólnego znajomego, nie rozstawali się na dłużej niż tydzień. Nic dziwnego, że czuła się nieco dziwnie.
– Beth! Cześć, najdroższa. Jak się masz?
Callum był bez koszulki – na ten widok jej ciało przeszedł przyjemny dreszcz.
– Teraz już lepiej, bo patrzę na ciebie. Dobrze wyglądasz.
– Co? Aa. Dzięki – odparł, poklepując się po płaskim brzuchu. – Odkąd nie ma cię w domu, częściej chodzę na siłownię.
– Fajnie, fajnie. Nie mogę się doczekać, aż sprawdzę efekty własnoręcznie.
– Ja też. W sensie, że chciałbym cię dotknąć. Siebie mogę dotykać, kiedy zechcę. Zresztą czasem nie mam wyjścia. – Puścił do niej oko.
– Callum!
– No co? Tęsknię za tobą.
Od razu zmiękła.
– Ja za tobą też. Jak twój projekt?
Odpowiedzi nie zrozumiała, bo chłopak jednocześnie wkładał koszulkę – swoją ulubioną, brązową, podkreślającą głęboki kolor jego oczu.
– No i właśnie dlatego – ciągnął już ubrany – wychodzimy dziś na drinki.
– Bo udało się skończyć?
– Właśnie to powiedziałem.
– Nie słyszałam, co mówi… zresztą, nieważne. Bardzo się cieszę, Callum. Dokąd idziesz?
– Do jakiegoś pubu, z chłopakami. Josh wie coś o nowym mikrobrowarze, może sprawdzimy to miejsce.
– A potem curry?
Parsknął śmiechem.
– Znasz mnie aż za dobrze.
Bethan poczuła, jak do oczu napływają jej łzy.
– Chciałabym móc pójść z tobą, Cal.
– I ja bym sobie tego życzył, kochanie. – Uśmiechnął się ciepło. – Co słychać u lwów?
– Mają się dobrze. Wczoraj przeprowadziłam operację na tygrysie.
– Nieźle. Masz jakieś zdjęcia?
– Ee, nie. Byłam skupiona na działaniu.
– Szkoda. Wszyscy ciągle pytają, gdzie jesteś. Gdybym mógł im pokazać, jak kroisz dzikiego kota, może wtedy by zrozumieli.
– Co mieliby zrozumieć?
– Dlaczego mnie zostawiłaś.
– Przecież to nie tak.
– Wiesz, co mam na myśli.
– Chyba jednak nie. Wyjechałam do pracy. Chciałam, żebyś pojechał ze mną.
– A ja powiedziałem ci, że nie mogę. – Pokręcił głową. – Wiesz co, lepiej skończmy ten temat. Zaraz przyjedzie taksówka, a ja muszę jeszcze przyszykować się do wyjścia.
– Jak dla mnie wyglądasz bardzo dobrze.
Znów puścił do niej oko, a telefon się przesunął, gdy chłopak wstał, by włożyć buty.
– A ty wychodzisz gdzieś dziś, Beth?
– Nie mam z kim.
– Bidulka. Nie martw się, niedługo przyjadę i ruszymy na miasto.
– Może w przyszły weekend?
Skrzywił się.
– Trochę za wcześnie.
– Mówiłeś, że projekt już się skończył.
– Tak, ale mam jeszcze parę spraw do dopięcia. Poza tym, jeśli mam być szczery, Johnno ma bilety na mecz rugby. Zdobycz cenniejsza niż złoto, Beth.
Zrobiło jej się przykro.
– Wierzę – odparła beznamiętnie.
– A robisz coś w jeszcze następny?
– W Wielkanoc? Tata przyjeżdża, mówiłam ci.
Chłopak zesztywniał.
– Och, no tak, skoro tata przyjeżdża…
– Przestań.
– Nie ma o czym mówić. Znam swoje miejsce. Tatuś jest ważniejszy ode mnie.
– A rugby ode mnie.
– U, celna riposta – przyznał i nagle zerknął za siebie. – Domofon dzwoni, Beth. Muszę lecieć.
– W takim momencie? Callum, proszę. Jeszcze chwilę.
– Taksówka czeka, kochana.
– Nie możesz rozmawiać w taksówce?
– Johnno już w niej jest. A wiesz, jakie mamy zasady na temat rozmawiania z dziewczynami podczas męskiego wyjścia na miasto.
– Callum, masz trzydzieści pięć lat. Takie durne zasady chyba już w tym wieku nie obowiązują?
– Ha, chciałbym! – Obraz trząsł się nieznośnie, podczas gdy chłopak zbiegał po schodach, po czym jego twarz wypełniła cały ekran i posłał jej buziaka. – Kocham cię, Beth. Porozmawiamy dłużej jutro, dobrze?
– Okej. Ja też cię kocham, Callum. Baw się…
Ale połączenie zostało zakończone, a on ruszył w wir zabawy w pubach w Leicester bez oglądania się na nią. Powoli odłożyła telefon na stół i wzięła kolejny łyk wina. I co z tego? Mógł sobie wyjść na miasto, czemu nie. Dobrze, że miał znajomych, zainteresowania – nawet jeśli poczuła ból, że najwyraźniej wolał spędzić weekend z drużyną Leicester Tigers zamiast z nią.
„Masz tu swoje tygrysy – przypomniała sobie – i to o wiele lepsze niż te od rugby”. Zwykle nie żywiła co do tego żadnych wątpliwości, ale teraz, mając w perspektywie długi i niewypełniony aktywnościami piątkowy wieczór, było jej nieco trudniej. Pomyślała, że może zamówić coś na wynos i spędzić wieczór nad listą od mamy. Tak się wciągnęła w wir pracy w zoo, że nie myślała o niej, odkąd tu przybyła – nagle poczuła się z tego powodu winna.
– Przepraszam, mamo – wyszeptała, dotykając broszki z hipopotamem, którą już pierwszego dnia przypięła do zielonego mundurka pracowniczego.
Podeszła do plecaka, żeby wyjąć zmięty karteluszek, kiedy rozległo się niespodziewane pukanie do drzwi.
– Beth? To ja, Ella.
– Ella! – Bethan zamaszystym gestem otworzyła drzwi. – Cześć. Wszystko w porządku?
Kątem oka zerknęła na telefon. W aplikacji służącej do komunikacji wewnętrznej w zoo przypisano jej awatar foki – były to jedyne zwierzęta z Wielkiej Brytanii, które mieszkały w ogrodzie – ale foczy pysk z oczami jak koraliki nie ukazał się na ekranie.
– Spokojnie, nic się nie dzieje – zapewniła młodsza dziewczyna. – Nie przyszłam w sprawie zawodowej.
Zarzuciła kręconymi włosami – najwyraźniej po skończonej pracy rozpuszczała swoje nieposkromione loki. Bethan dopiero teraz zauważyła, że Ella zrobiła makijaż, założyła też błyszczący top i obcisłe dżinsy.
– Wychodzisz gdzieś?
Ella uśmiechnęła się figlarnie.
– Wychodzimy. Lepiej się przebierz, Bethan Taylor, bo zabieram cię do Helter Skelter.
– Tego klubu jazzowego?
– Dokładnie. Gra dziś świetny zespół, będzie masa ludzi.
Bethan rozejrzała się niepewnie.
– Nic jeszcze nie jadłam.
– I bardzo dobrze. Mają genialne gumbo. No, ruszaj się, jestem pewna, że spakowałaś jakieś fajne ciuchy.
Nie było wątpliwości co do tego, że Ella nie zamierza odpuścić. Bethan się ożywiła. Jej perspektywy na piątkowy wieczór niespodziewanie stały się o wiele bardziej rozrywkowe. Posłusznie skierowała kroki do sypialni, by poszukać czegoś odpowiedniego na berlińskie życie nocne, o którym tyle słyszała.
Parę godzin później Bethan znów czuła się kompletnie wyczerpana. Tańczyła o wiele zbyt szybko jak na swoje już zmęczone ciało i właściwie ucieszyła się, gdy zespół ogłosił przerwę. Helter Skelter okazał się wspaniałym piwnicznym barem: ceglane ściany, przytłumione światła i artystyczne zdjęcia muzyków na ścianach. Przyszło sporo osób z zoo, Bethan poznała masę nowych ludzi i ich partnerek i partnerów. Tańczyli do upadłego; jej ciało ledwie nadążało, ale w duchu była zachwycona.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki