Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Strażnik Bram - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
3890 pkt
punktów Virtualo

Strażnik Bram - ebook

Śmierć ma wiele twarzy. Magia jest tylko jedną z nich.

Świat antykwariusza to kurz i stare grymuary. Wszystko zmienia dźwięk dzwonka, wiadomość z Rzymu i ostatnie „dobranoc” ukochanej żony. By dopaść morderców, bohater musi przestać istnieć. Będzie musiał stać się kimś innym , byłym więżniem i najemnikiem, uciekinierem z czyśca. Demonem z krwi i kości.

Jego cel: mistyczna Moskwa, serce potężnego Kaganatu. Zemsta prowadzi go w sam środek polityki magicznych klanów, gdzie trucizny są potężniejsze od zaklęć, a lojalność kosztuje więcej niż życie.

Magia nie zawsze daje drugą szansę. Czasem daje tylko wybór sposobu śmierci.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8375-188-7
Rozmiar pliku: 3,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Melodyjny trel zamontowanego u drzwi dzwonka zaanonsował nową klientkę. Jakiś czas temu udoskonaliłem rzucony kiedyś przez ojca czar i ludzie dysponujący magicznym talentem poprzedzani byli dźwiękami „Carmen saeculare” Horacego, tym razem jednak rozległy się tony „Cavalleria rusticana”. Znaczy czort wie kto. Muzyka z opery „Rycerskość wieśniacza” oznaczała kogoś, kto nie był magiem w całym tego słowa znaczeniu, ale mógł posiadać pewne umiejętności wykraczające poza możliwości zwykłego śmiertelnika. Albo płynęła w nim krew demona...

Smukła, wysoka blondynka absolutnie nie kojarzyła się z demonem, na oko mogła mieć jakieś trzydzieści lat. Bardziej sympatyczna niż ładna, o przyjemnej figurze, nie wyglądała na potężną adeptkę magii, bo te były przeważnie oszałamiająco piękne. Także moi wrogowie – a miałem ich wielu – podesłaliby mi w charakterze przynęty raczej jakąś ślicznotkę, a nie przeciętną, miłą dziewczynę. Chyba że byliby bardzo sprytni. Cóż, witajcie w moim świecie...

– W czym mogę pomóc? – spytałem, odkładając lupę.

Niedawno kupiłem książkę podobną do ojcowskiego „Liber monstrorum”, tyle że opisywane w niej potwory występowały głównie na terenie Azji. Grymuar był nieprawdopodobnie cenny i rzadki, więc codziennie upewniałem się, że naprawdę jest moją własnością. Ot, drobne radości życia antykwariusza.

Dziewczyna położyła na ladzie pierścionek z czarnym oczkiem. Obejrzałem go uważnie, po czym oddałem klientce.

– To biżuteria żałobna – poinformowałem. – Na oko osiemnasty wiek. Kamień to czarny gagat z Whitby, najbardziej popularny w okresie wiktoriańskim, a więc jakieś sto lat później. W pierścieniu znajduje się sekretnik, skrytka, w której trzymano coś, co miało przypominać zmarłego, przeważnie włosy. Łaciński napis Quod tu es, fui, quod sum, tu eris oznacza: „Czym ty jesteś, ja byłem, czym ja jestem, ty będziesz”.

– Nie wygląda to na pełne żalu pożegnanie zmarłego, prawda? – powiedziała.

– Istotnie – przyznałem. – To raczej chłodne stwierdzenie faktu.

– Jaką rolę spełniał ten przedmiot? Po co stworzono ten pierścień?

– Jak powiedziałem, to symbol żałoby. Dawniej bardzo pilnowano, aby okazywać swój żal publicznie, zgodnie z obowiązującymi regułami. Apogeum tego trendu nastąpiło za czasów królowej Wiktorii po śmierci jej męża, księcia Alberta.

– To oczywiste! – rzuciła. – Chodzi mi o to, czy to tylko pamiątka po zmarłym, czy może coś więcej?

Z trudem pohamowałem zniecierpliwienie, dzień wcześniej Venetia wyjechała do Rzymu w sprawach klanu, a nieobecność żony zawsze wprawiała mnie w kiepski humor.

– Coś więcej? – powtórzyłem.

– Będę z panem szczera. Jedna z moich przyjaciółek powiedziała, że jeśli chcę dołączyć do pewnego ekskluzywnego... klubu, muszę udowodnić swoje pochodzenie. Ten pierścień to jedyna rzecz, jaka została mi po przodkach. Cały majątek mojej rodziny został zniszczony w czasie ostatniej wojny.

– Nadal nie rozumiem, o jaki klub pani chodzi?

– Cóż... to coś w rodzaju magicznej konfraterni. Przyjaciółka powiedziała, że pan orientuje się w temacie jak mało kto i bez pańskiej aprobaty nie mam szans.

– I kim jest ta dobrze poinformowana przyjaciółka?

– Proszę wybaczyć, ale nie odpowiem na to pytanie. Odniosłam wrażenie, że ona się pana boi. Musiałam ją zapewnić, że nie zdradzę jej imienia, i zamierzam dotrzymać słowa.

– Nawet jeśli od tego zależałby sukces pani starań? – spytałem ironicznie.

– Nawet wtedy – odparła stanowczo.

Westchnąłem ciężko i gestem wskazałem blondynce fotel, bo do tej pory rozmawialiśmy na stojąco.

– Proszę jeszcze raz pokazać ten drobiazg – poleciłem.

Podała mi pierścień bez słowa.

– Mogę otworzyć sekretnik?

– Oczywiście – przyzwoliła.

Przycisk wielkości główki od szpilki znalazłem niemal od razu, szczęknął mechanizm i ujrzałem pukiel siwych włosów.

– Nie przestraszy się pani, jeśli zrobię coś... nietypowego?

– Skąd! Liczę na to!

Wymówiłem zaklęcie i w powietrzu ukazała się widmowa sylwetka starszego mężczyzny.

– Kim jesteś? – spytałem w języku średniowiecznych magów.

– Stephen Young – przedstawił się krótko. – Byłem adeptem, jestem prochem – oznajmił obojętnie.

Chciałem spytać o coś jeszcze, ale widmo rozwiało się, zanim zdążyłem sformułować zdanie. Znam dobrze łacinę, ale język średniowiecznych magów i alchemików, choć oparty na łacinie, jest dużo bardziej skomplikowany, a ja rzadko go używam.

– Kim on był? O czym pan z nim rozmawiał? – rzuciła podekscytowana klientka.

– Może najpierw się pani przedstawi? – zaproponowałem z irytacją.

– Przepraszam, powinnam od tego zacząć: Renata Nowacka.

Potarłem frasobliwie skronie; wyglądało, że moja dzisiejsza klientka rzeczywiście mogła być spokrewniona z osiemnastowiecznym magiem. Angielskie słowo young, młody, można przetłumaczyć na łacinę jako novus, a od tego do Nowackiego czy Nowackiej niedaleka droga. Tyle że aby dać komuś szansę na uzyskanie obywatelstwa, trzeba było czegoś więcej.

– Proszę podać mi rękę – powiedziałem.

Blondynka wykonała polecenie i skrzywiła się, widząc, jak wyciągam szpilkę, nie cofnęła jednak dłoni.

– Mam nadzieję, że czasem ją pan dezynfekuje – mruknęła.

– Ona jest z alchemicznego srebra – odparłem sucho. – A taki kruszec zwalcza bakterie, wirusy i wszelkie trucizny. Jest pani bezpieczna – zapewniłem.

Kropla krwi Renaty upadła na mahoniowy blat stolika, potraktowałem ją krótkim zaklęciem i zamoczyłem w niej włos wydobyty z sekretnika. Niemal natychmiast ukazał się herb londyńskiej konfraterni.

– No dobrze – powiedziałem. – Jeden z pani przodków rzeczywiście był magiem. Ale co dalej? Co pani zamierza?

– Jak to co? Studiować magię! Podobno bractwo z Mons Viridis jest jednym z największych. Tylko...

– Tak?

– Tylko jego przywódca... Podobno to straszny człowiek.

– Co znaczy straszny? – spytałem gniewnie. – Mówi pani o nim, jakby był jakimś ludożercą.

– Z tego, co opowiadała moja przyjaciółka, niewiele mu do tego brakuje.

No ładnie, nie ma to jak posłuchać, co ludzie o tobie mówią...

– Tak czy owak, muszę go powiadomić, że przeszłam test, ale nie bardzo wiem jak – kontynuowała.

– Może pani uznać, że został powiadomiony – odparłem zimno.

– Pan go zna?

– Poniekąd.

– I powiadomi?

– Na pewno. Niedługo ktoś się z panią skontaktuje.

– Dziękuję! Ja...

– Porozmawiamy innym razem – przerwałem jej stanowczo, podchodząc do telefonu.

Mam w sklepie kilka starych aparatów, z tym że nie są na sprzedaż. Teraz odezwał się szwedzki rikstelefon z końca dziewiętnastego wieku. Rzecz jasna, żaden z nich nie został podłączony do sieci, każdy to magiczny gadżet, z którego mogą korzystać jedynie zaufane osoby. Tylko one znają zaklęcie mogące aktywować te aparaty. Dzwoniła moja żona.

– W takim razie do widzenia.

Pożegnałem blondynkę niecierpliwym gestem i zamknąłem drzwi antykwariatu.

– Już się stęskniłaś? – rzuciłem w słuchawkę z uśmiechem.

– Oczywiście, że tak! – odparła Venetia.

Stwierdzenie, że ogarnęło mnie zdumienie, byłoby niedopowiedzeniem. Nigdy nie miałem wątpliwości co do uczuć żony, ale Venetia wolała wyrażać je w czynach, nie słowach. Tymczasem zamiast podjąć mój żart, odpowiedziała z wyraźnie wyczuwalną, niemal śmiertelną powagą.

– Kocham cię, wiesz? – kontynuowała.

– Piłaś? – spytałem podejrzliwie.

– Nie, ale jestem na niezłym haju – przyznała. – Jednak nie na tyle, żeby nie wiedzieć, co mówię.

– Ja...

– Dawno chciałam ci to powiedzieć, ale jakoś nie było okazji. Wiesz, co mi sprawiało największą przyjemność? Kiedy kładliśmy się spać i mówiłeś mi dobranoc. Kiedy mnie obejmowałeś, czułam się bezpieczna w twoich ramionach i zasypiałam niemal natychmiast. Chciałam ci za to podziękować. I prosić, żebyś jeszcze raz powiedział mi dobranoc.

– Co się stało? Venetia?!

– Nic specjalnego, po prostu zasypiam. Za chwilę dziadek wszystko ci wyjaśni. Proszę, powiedz mi dobranoc....

– Dobranoc, kochanie – wydusiłem przez ściśnięte gardło. – Co się stało? – powtórzyłem. – Venetia! Venetia!

Odpowiedział mi wysilony, podobny do tłumionego szlochu oddech mojej żony, później w słuchawce zapadła cisza.

– Venetia!!!

– Tu Lorenzo Morosini – odezwał się chłodny głos. – Moja wnuczka odeszła. Przyjedź do Rzymu, wszelkie wyjaśnienia otrzymasz na miejscu. Pospiesz się!

Złapałem jakieś pieniądze i dokumenty, po czym rzuciłem się do biegu, po raz pierwszy w życiu nie dbając, czy zamknąłem drzwi antykwariatu. Moja żona nie żyła.

°

Starszy, groźnie wyglądający policjant z blizną na twarzy rozpiął mi kajdanki, podpisałem jakieś papiery i po chwili senator Murena wyprowadził mnie z komisariatu.

– Pamiętasz, co się stało? – rzucił.

– Jak przez mgłę.

– Pobiłeś sześciu policjantów, ledwo cię obezwładnili. Dlatego nie byli zbyt delikatni.

Mimo woli dotknąłem siniaków na żebrach.

– Zaatakowałem ich?

– Nie, to oni cię zatrzymali na lotnisku po tym, jak jakiś czujny obywatel doniósł, że jego zdaniem jesteś naćpany. Powiedziałeś im, że się spieszysz, a potem się rozkręciło... Faktem jest, że wyglądałeś nieszczególnie, widziałem wideo z tej akcji.

– Pójdę siedzieć?

– Nie. Testy wykazały, że jesteś czysty, a resztę załatwił magister militum prowincji Italia.

– Moja żona...

– Wsiadaj, zawiozę cię do niej.

– Jak...

– Wszystkiego się dowiesz, ale to wymaga dłuższych wyjaśnień, a pomyślałem, że najpierw chciałbyś ją... pożegnać.

Skinąłem głową i wsiadłem do samochodu. Siedzący za kierownicą potężnie zbudowany mężczyzna ruszył, ledwo zapiąłem pas. Choć szofer nie odezwał się słowem, wyczułem w nim żołnierza.

– Ciało twojej żony znajduje się w siedzibie klanu Farnese, Morosini nie mają posiadłości w Rzymie. Ona przyjechała tu jedynie na przesłuchanie, Senat chciał wyjaśnić pewne kwestie związane z niedawnym buntem w jej klanie – kontynuował Murena.

Zacisnąłem pięści tak mocno, że pobielały mi knykcie, jednak nie odezwałem się słowem. Teraz myślałem wyłącznie o tym, że za chwilę zobaczę Venetię. Martwą Venetię...

Budowla musiała pochodzić z czasów średniowiecza, wspaniale odrestaurowana przypominała nie tyle kamienicę, co pałac, dziś jednak nie zwracałem uwagi na otoczenie. Margherita Farnese powitała mnie u wejścia, wzięła pod rękę i jak ślepca sprowadziła w dół po krętych schodach. Gdyby nie jej pomoc, upadłbym przynajmniej dwa razy.

– To tutaj – powiedziała, kiedy stanęliśmy przed masywnymi dębowymi drzwiami. – Nasza rodowa kaplica.

Podszedłem do katafalku niepewnym krokiem, niczym osiemdziesięcioletni starzec. Venetia leżała na wznak, ze złożonymi na piersi rękoma, w długiej srebrnej sukni. Jej skórę pokrywała warstwa szronu, zapewne jakiś czar zapobiegający rozkładowi, ale mimo to na dłoniach, szyi i twarzy widać było nabrzmiałe, czarne żyły.

– Co się stało? – powiedziałem na głos.

Skrzypnęły drzwi i do kaplicy wszedł Lorenzo Morosini.

– Trucizna – odparł. – Magiczna trucizna. Nie doceniliśmy jej.

– Kogo?

– Augusty. Myśleliśmy, że to tylko tępa, prymitywna karierowiczka, tymczasem użyła wodnego smoka.

– Tak się nazywa ta trucizna?

Lorenzo przytaknął zrezygnowanym gestem.

– Dostęp do niej ma tylko rodzina kagana, no i ci, którzy jej służą. Augusta musiała być wysoko w ich hierarchii, inaczej nie mogłaby nawet pomarzyć o truciźnie tej klasy.

– Gdzie ona teraz jest? Augusta?

– Uciekła, rzecz jasna. Myślę, że dotarła już do kaganatu.

– Czyli jest w Rosji?

– Możliwe, choć niekoniecznie, to skomplikowana sprawa. Co wiesz o Mongołach? – zapytał Lorenzo.

– Niewiele.

– Większość ludzi myśli, że to Rosjanie, ale oni należą tylko do trzeciej chorągwi. W najlepszym wypadku.

– Nie rozumiem...

– Wyjaśnię to, ale może nie tutaj? Zostaniesz tu, ile zechcesz, klan Farnese zaoferował ci gościnę – dodał, widząc moją minę. – Czeka na nas senator Murena.

Po długiej niczym wieczność chwili skinąłem głową. Odchodząc, musnąłem dłonią policzek żony. Był zimny jak lód.

°

Jak się okazało, oczekiwał mnie nie tylko senator Murena. W obszernym gabinecie zastałem także Margheritę Farnese i Liwię Oktawię. Cóż, obecność przełożonej rzymskich szpiegów w tym miejscu i czasie nie dziwiła.

– Jesteś w stanie nas wysłuchać? – spytała z troską w głosie Margherita. – Może odłożymy to...

– Jestem! – przerwałem jej stanowczo. – Do rzeczy.

– Rozumiem, że nie przekonam cię do porzucenia tego szaleństwa, jakim jest pościg za Augustą? – odezwał się Lorenzo.

– Nie przekonasz.

Liwia poruszyła się niespokojnie, jakby mimochodem usztywniła wskazujący palec prawej ręki. Teraz wystarczyło jej tylko nakreślić runę na powierzchni lewej dłoni, aby aktywować czar bojowy.

– Może najpierw porozmawiajmy, zanim wywrócisz mnie na lewą stronę? – zaproponowałem.

– Kiedy nie mamy o czym rozmawiać – odparła. – Jeśli znajdziesz się na terenie Mongołów, umrzesz w ciągu kilku dni. Oni cię błyskawicznie znajdą. Być może Venetia zginęła tylko dlatego, żeby cię tam zwabić.

– A to jakim sposobem? Będę miał na szyi tabliczkę z napisem „Jestem waszym wrogiem”?

– Coś w tym rodzaju. Augusta raczej nie będzie chodzić po ulicach Moskwy czy Pekinu, a przynajmniej nie po tych zwykłych. Już w średniowieczu Mongołowie zakotwiczyli mistyczne miasta przy swoich materialnych odpowiednikach. I tak, wymagało to niewyobrażalnej mocy, ale było ich na to stać. Nie to co nas.

– Nie rozumiem.

– Termin „Mongołowie” to nie pogardliwa nazwa rosyjskich adeptów, jak uważa większość naszych obywateli, a odbicie stanu faktycznego. Co wiesz o Kubilaj-chanie?

– Był wnukiem Czyngis-chana, podbił Chiny i założył tam mongolską dynastię Yuan – odparłem niepewnie. – Został cesarzem Chin.

– Owszem. Ogłosił się też kaganem, czyli chanem chanów, i stworzył Imperium Skrzydlatego Tygrysa, magiczne państwo obejmujące tereny Chin i Mongolii. Teraz należą do niego także Białoruś i Rosja. Strefa wpływów kaganatu jest zresztą dużo większa: Wietnam, Korea Północna i czort wie co jeszcze, bo w wielu miejscach sytuacja jest niestabilna. Rozumiesz, nasze państwo konkuruje z nimi, gdzie tylko może.

– I co z tego wynika?

– Augusta będzie w mistycznej Moskwie czy innym Mińsku, a tam granicy dwóch światów pilnują straże, które błyskawicznie ustalą, że nie masz w sobie krwi demonów, i zabiją cię na miejscu. Bo w kaganacie dostęp do mistycznych miast mają tylko tacy albo ludzie, za których poręczył jakiś klan. Z oczywistych względów nie możesz na to liczyć.

Rozciągnąłem wargi w bezradosnym uśmiechu, najwyraźniej nie wywarło to miłego wrażenia, bo Liwia sprężyła się do skoku, a przestraszona Margherita złapała mnie za rękę.

– Spokojnie! – powiedziałem. – Chciałem tylko zaznaczyć, że żadne, najbardziej nawet wyrafinowane czary nie pozwolą ustalić, że nie mam w sobie krwi demonów.

– A to jakim cudem? – Murena zmarszczył brwi.

– Z prostego powodu: mam w sobie krew demonów.

– Kiepski żart – skrzywiła się Liwia.

– Sprawdź mnie. Przecież potrafisz to zrobić, prawda?

Kobieta zmaterializowała nóż; wydawało się, że dobyła go z powietrza, zacięła mnie w palec i rzuciła czar. To wszystko z nieprawdopodobną, oślepiającą szybkością. Gdyby chciała mnie zabić, byłbym martwy, zanim upadłbym na dywan.

– I jak? – spytał po chwili Murena.

– On ma w sobie krew demonów – potwierdziła Liwia. – Choć wykryje to dopiero czar trzeciego poziomu albo wyższy. Zwykłe testy niczego nie wykażą.

– Rozumiem, że nie jesteś agentem kaganatu ani jakiegoś wysoko postawionego demona? – kontynuował senator.

– Nie jestem.

– Opowiesz, jak do tego doszło?

Opowiedziałem.

– To zmienia sytuację – stwierdziła Liwia. – Całkowicie zmienia. Zgadza się pan ze mną, senatorze?

– Tak – odparł Murena. – Ale trzeba to skonsultować z... odpowiednimi ludźmi.

– Poczekasz tu na nas? – spytała Liwia. – Za dzień lub dwa porozmawiamy o tej sprawie.

– Nigdzie się nie wybieram – odparłem z kamienną twarzą.

Kiedy ponownie zszedłem do kaplicy, zauważyłem, że ktoś przyniósł fotel i ustawił go naprzeciwko katafalku. Zapewne Margherita przypuszczała, że spędzę tu sporo czasu. Cóż, miała rację, choć nie czułem fizycznego zmęczenia. Nadal nie mogłem uwierzyć, że Venetia nie żyje, jednak stopniowo spod warstwy bólu i oszołomienia wyłaniały się inne emocje, przede wszystkim gniew. Wróciłem do swojego pokoju późną nocą, a moje sny miały kolor starego żelaza i krwi.

°

Senator Marek Korwinus, wysoki starzec o głowie przypominającej trupią czaszkę, był dowódcą rzymskiego wywiadu. Jego obecność świadczyła, że ktoś na górze potraktował mnie poważnie. No dobrze: bardzo poważnie. Towarzyszyli mu Liwia Oktawia i Murena. Przydomek Korwinus znaczy tyle co „kruczowłosy”, ale odkąd przejął dowództwo wywiadu, znano go bardziej pod pseudonimem Nagła Śmierć. I wnioskując z plotek, było to przezwisko uzasadnione.

– Przejdziemy od razu do rzeczy? – spytał beznamiętnym tonem Korwinus. – Bez spazmów i innych przejawów niekontrolowanych emocji?

– Bez spazmów – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.

– Pierwsza sprawa: twoja żona zginęła ze względu na rolę, jaką pełniła, miała pełnić w naszym planie. I nie pytaj o szczegóły, nie masz dopuszczenia do takich informacji. Zwabienie cię na teren kaganatu to po prostu bonus. Dwa w cenie jednego.

Czułem, jak pot spływa mi po skroniach, nie odezwałem się jednak nawet słowem.

– Dobrze – skinął głową Korwinus. – Znaczy wbrew plotkom potrafisz nad sobą panować, więc możemy przejść do sedna. Jeśli chcesz zemścić się na Auguście, nie będziemy ci przeszkadzać, a nawet wesprzemy twoje starania, rzecz jasna, nie za darmo.

– Czego chcecie?

– Zinfiltrujesz dla nas mistyczną Moskwę, Augusta najprawdopodobniej przebywa właśnie tam.

– Najprawdopodobniej?

– Właśnie tak. Jak by nie było, będziesz mógł wyjaśnić sprawę na miejscu. Jeden warunek: spędzisz tam przynajmniej pół roku, robiąc to, co ci każemy.

– A jeżeli nie znajdę tam Augusty?

– To i tak odsiedzisz w Moskwie pół roku – odparł Korwinus. – Jeśli warunki ci nie odpowiadają, powiedz o tym od razu.

– Odpowiadają – wymamrotałem.

– Znaczy dogadaliśmy się.

– Czy mogę o coś spytać?

– Pytaj.

– Kto wydał rozkaz zabicia mojej żony?

– Ktoś z rodziny kagana, najprawdopodobniej jeden z książąt.

– Nie sam kagan?

– Raczej nie. Zapomnij, co mówiono ci o Mongołach, bo w większości to bajki. Kagan ma dwudziestu siedmiu synów, rzecz jasna, z różnymi kobietami. Każda z jego żon posiada tytuł chatun, ma własny dwór, żołnierzy i służbę. Podobnie dorośli synowie. Ci rywalizują między sobą o łaskę ojca i stanowisko następcy tronu. Czasem próbują siłą przejąć władzę. Morderstwa, zamachy, próby otrucia są na porządku dziennym. Jak sam rozumiesz, w takiej sytuacji rozeznanie się, co i jak, jest praktycznie niemożliwe dla ludzi z zewnątrz, a my nie mamy tam wielu szpiegów, z oczywistych względów.

– Brak krwi demonów w żyłach? – stwierdziłem domyślnie.

– Tak. Dlatego jesteś nam potrzebny.

– Te mistyczne miasta mają połączenie z Głębokim Światem?

– Oczywiście, przecież są jego częścią.

– Co mam tam robić?

– Dołączysz do prywatnej armii konwojującej cenne ładunki z Głębokiego Świata do mistycznej Moskwy. Przedsięwzięciem kieruje niejaka Sayako. Nie jest naszym szpiegiem, ale ufa mojemu człowiekowi, więc kiedy ten cię zarekomenduje, prawdopodobnie dostaniesz szansę, aby dołączyć do jej ekipy.

– Co za historia z tymi chorągwiami? – spytałem. – Lorenzo Morosini mi o tym mówił, ale nie wyjaśnił, w czym rzecz.

– To żadna tajemnica – wzruszyła ramionami Liwia. – Mongołowie podzielili ludzi posiadających magiczny talent na trzy chorągwie. Do pierwszej należą rody spokrewnione z kaganem. Do drugiej wielmoże, przeważnie pochodzenia mongolskiego lub chińskiego, do trzeciej cała reszta, w tym rosyjscy magowie. Większość mieszkańców kaganatu jest poza tym systemem, tak jak u nas osoby nieposiadające obywatelstwa. Rosyjscy adepci to tylko mięso armatnie, pełnią rolę podobną do psów na polowaniu i tak są traktowani. Rosjan należących do drugiej chorągwi można policzyć na palcach jednej ręki.

– A gdzie w tym systemie jest Augusta? Do jakiej chorągwi należy?

– Do żadnej, ale jej pan, kimkolwiek by był, należy do pierwszej, co mimo braku formalnej przynależności daje jej wszelkie przywileje należne sługom rodziny kagana, w tym dostęp do magicznych trucizn.

– Jak ród Morosini mógł przeoczyć kogoś takiego jak ona?! – wybuchnąłem.

Senator Korwinus zacisnął wąskie wargi, niemal bezwłosa, pokryta starczymi plamami głowa zwróciła się w moją stronę z budzącą grozę powolnością.

– Nie tylko oni – powiedział. – My też przeoczyliśmy Augustę. W starciu monarchii absolutnej z republiką ta pierwsza zawsze ma przewagę, bo kagan w jednej chwili może podjąć decyzję, którą my musimy uzgadniać tygodniami.

– Co mogę zrobić z Augustą?

– Co tylko zechcesz – odparł natychmiast. – Podejrzewam, że Lorenzo ma kilka pomysłów, on bardzo kochał wnuczkę.

– Kiedy mogę wyruszyć do Moskwy?

– Nie wcześniej niż za dwa, może trzy miesiące.

– Ale...

– Nie przerywaj! Najpierw musimy ci zlikwidować legionowe piętno i zmienić wygląd, a to potrwa i będzie nieprzyjemne. Delikatnie rzecz ujmując. Zmiana kształtu kości i układu mięśni twarzy jest potwornie bolesna, a dochodzenie do zdrowia po czymś takim trwa tygodniami.

– Zapominacie, że mam w sobie krew demona, a co za tym idzie szybciej się regeneruję. Dwa tygodnie wystarczą. I co z pieczęcią Szóstego Legionu? Można ją ot tak zlikwidować?

– Nie zlikwidować, a nadpisać – poprawił Murena. – Po zabiegu będziesz miał piętno Czyśćca. Jeśli Mongołowie je zobaczą, uprawdopodobni to tylko twoją wersję.

Skrzywiłem się bezwiednie, Czyśćcem nazywano więzienie dla magów, którzy popełnili poważne przestępstwa. W Czyśćcu siedzieli tylko długoterminowi.

– No dobrze – powiedziałem. – Kiedy zaczniemy?

– Kiedy tylko zechcesz.

– A więc zaraz.

– Mówisz poważnie?

– Jak najbardziej.

Nie zamierzałem nikomu tłumaczyć, że wolę znosić nawet najgorszy ból, niż rozmyślać o śmierci żony.

– W porządku, wieczorem przyjadą tu specjaliści, którzy zajmą się twoim wyglądem – zadecydował Korwinus.

– Oni naprawdę potrafią zmienić moją twarz?

– Nie tylko twarz – zapewniła Liwia. – Sam się nie poznasz po zabiegu.

– Oby – mruknąłem.

Dopiero teraz zaczynałem rozumieć, dlaczego niektórzy mieszkańcy Miasta Tysiąca Luster chcieli stać się niewolnikami i pozwolić, aby wymazano im pamięć. Nie mogłem do tego dopuścić, przynajmniej dopóki nie wyrównam rachunków z Augustą...

°

Leżałem wewnątrz pentagramu, wokół rozstawiono kadzielnice, a kilku zakapturzonych magów recytowało półgłosem inkantacje w nieznanym mi języku. Dziesiątki stalowych igieł wbijało się w moje żyły, mięśnie, pod skórę. Ból był nie do zniesienia, co chwila wymiotowałem krwią.

– Chcesz zobaczyć, jak będziesz wyglądał? – spytała konwersacyjnym tonem Liwia Oktawia.

Kobieta siedziała przy mnie wprost na posadzce, tuż za granicą pentagramu.

– Pokaż – wycedziłem przez zęby.

Liwia przywołała gestem coś w rodzaju hologramu, a ja zakląłem, widząc obraz.

– Gdybym go spotkał w ciemnej uliczce i miał broń, strzelałbym bez wahania – wycharczałem.

– O to chodzi – powiedziała. – Nikt cię nie skojarzy z tym... kimś.

Mężczyzna wyglądał na sporo starszego ode mnie, na oko miał pod czterdziestkę. Ubrany był w dżinsy i koszulę, ale nawet przez materiał dało się zauważyć potężne mięśnie, a rękawy ledwo mieściły bicepsy. Nie wyglądał odrażająco, ale regularne rysy twarzy szpecił złamany nos i wąska blizna na lewym policzku, jego oczy miały barwę ołowiu i emanowały chłodem ołowiu.

– Chyba was popierdoliło! – warknąłem. – Skąd wzięliście ten wzorzec męskiej urody? Z okładki romansu dla kucharek zafascynowanych czarnymi charakterami czy może z jakiegoś listu gończego?!

– Prawie zgadłeś – odparła z uśmiechem Liwia.

Wrzasnąłem z bólu, kiedy kolejna fala lodowatego ognia wlała się w moje żyły.

– Sam tego chciałeś – przypomniała niedelikatnie. – Ta substancja, którą w ciebie wtłaczają, to coś w rodzaju budulca. Pozwala zmienić kształt kości i mięśni, a nawet do pewnego stopnia wpływa na narządy wewnętrzne. Po zakończeniu rytuału będziesz nie do poznania – zapewniła. – A co do wyglądu, to według legendy masz być najemnikiem niesławnego klanu Corvo, który kiblował w Czyśćcu za zabójstwo trzech egzekutorów Senatu. Muskularne chłopisko bardziej pasuje do tego obrazu niż wymoczkowaty intelektualista.

– Ćwiczę regularnie!

– Jasne. Z pewnością jesteś największym mięśniakiem wśród antykwariuszy, ale najemnicy czy wojskowi to jednak inne środowisko.

– On był w wojsku?

– Tak. I nie drąż tematu. Powiedzmy, że nie był zwykłym legionistą. Nikt nie będzie aż tak dokładnie sprawdzał twojego życiorysu.

– Znaczy on jest prawdziwy? Ten najemnik? Nie wymyśliliście go?

– Nie wymyśliliśmy. Mongołowie na pewno jakoś cię sprawdzą, a udawanie fikcyjnej postaci to nienajlepszy sposób, aby zyskać ich zaufanie.

– On mnie nie zdemaskuje? Wiesz, nawet z najlepszego więzienia można uciec.

– O to akurat nie musisz się martwić – zapewniła. – Andre Laguerre jest cały twój. Jesteś Andre, a raczej staniesz się nim niebawem.

– Co to za język? – spytałem, zmieniając temat. – Bo nie słyszałem jeszcze takich inkantacji.

– Ashuranti – odparła bez mrugnięcia okiem.

– Język demonów?!

– Oczywiście. To demoniczna magia.

– Czyli ci śpiewacy norymberscy, którzy teraz wyją nade mną zaklęcia w ashuranti, mają w sobie krew demonów?

– To przecież oczywiste.

– I jak się to ma do przepisów republiki?

– Przepisy są skierowane przeciwko osobom używającym demonicznej magii w celach agresywnych i adeptom magii rewersowej, bo ci ostatni zawsze popadają w szaleństwo. Posiadanie krwi demonów nie jest karalne, rzecz w jej wykorzystaniu. Widać, że nie jesteś prawnikiem.

– Powiedz mi jeszcze, że przepisy sformułowano w sposób precyzyjny i zrozumiały.

– Skąd! Są specjalnie mętne, żeby odstraszać wariatów szukających mocy za wszelką cenę.

– Ja...

Niespodziewanie Liwia złapała mnie za rękę.

– Teraz naprawdę zaboli – zapowiedziała. – Czas na zmianę kształtu czaszki.

– Dobrze, że do tej pory, kurwa, nic mnie nie bolało!

– Lepiej milcz, bo przygryziesz sobie język.

Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć, ale bolesny spazm pozbawił mnie głosu. Na chwilę. Przez kolejne godziny, a może dni, na zmianę wyłem z bólu albo krzyczałem ze strachu, dręczony przez krwawe koszmary.

°

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij