Strażnik Czasu - ebook
Powrót do wioski był dopiero początkiem. Piętno Matki okazuje się faktem, a Nah grozi niebezpieczeństwo. Napięcie wśród mieszkańców Feroz rośnie, nastroje są skrajne, a podziały nie wróżą niczego dobrego. Szansa na wyjście z trudnej sytuacji pojawia się nieoczekiwanie, jednak wymaga ingerencji w czas... Pierwszy tom "Strażnik Pamięci" dostępny w sprzedaży.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398196314 |
| Rozmiar pliku: | 5,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„DÉJÀ VU”
Miałem przedziwny sen. Wzdłuż ulic Feroz ciągnęły się fontanny niczym w łódzkiej Manufakturze. Woda wytryskiwała radośnie z blaszanych chodników ku górze. W oddali zobaczyłem Melę. Jechała w moją stronę na grzbiecie niedźwiedzia. Idąc drogą, patrzyłem na mijane przeze mnie domostwa. W jednym z nich mieścił się lumpeks. Otworzył go Miann, który pomachał do mnie radośnie, przerywając rozwieszanie ubrań na wieszakach. Już miałem do niego skręcić, żeby kupić sobie coś nowego, kiedy poczułem dziwne ukłucie pod lewym żebrem.
Powoli zacząłem rozchylać powieki. Strasznie bolało, kiedy docierały do mnie promienie słońca. Zacząłem pojękiwać cicho, kiedy moim oczom ukazywała się dziewczęca sylwetka.
– Me… Mela? – wychrypiałem.
– Wreszcie wróciłeś do żywych! Co prawda strasznie seplenisz, moje imię wymawia się inaczej, ale tak, to ja, głupolu…
Poczułem szybki uścisk, który pozbawił mnie tchu. Po głosie poznałem, kto przy mnie był.
– Mora… Dobrze cię słyszeć… – powiedziałem cicho.
Oczy zaczęły przyzwyczajać się do światła i mogłem zobaczyć przyjaciółkę po długim czasie rozłąki. Bardzo się zmieniła. Włosy sięgały jej już dalej niż do ramion i choć miała je jak zwykle związane w kitkę, to wyglądała zupełnie inaczej. Fioletowy barwnik z buraka prawie całkowicie się wypłukał, w promieniach słońca były widoczne tylko jakieś prześwity.
Mora delikatnie pomogła mi usiąść. Rozejrzałem się szybko, choć każdy gwałtowny ruch sprawiał ból. Czułem się, jakbym spadł z urwiska.
– Mela! – zawołałem, bo nigdzie nie dostrzegłem przyjaciółki.
Nagle usłyszałem jakiś szelest i poruszyły się pobliskie zarośla. Na twarzy Mory malowała się konsternacja.
– Kim jest Mela? – zapytała.
Wtem z krzaków wygrzebała się dziewczyna w potarganych włosach, z porwanymi, brudnymi ubraniami. Uśmiechnąłem się lekko. Była piękna.
– Masakra, czy ciebie też tak wszystko boli? – zapytała Mela, pocierając się po głowie i podchodząc do mnie powoli na kolanach.
Mora patrzyła raz na mnie, raz na nią. Miała kamienną twarz. Było to niespotykane u mojej dawnej przyjaciółki, że nie komentuje sytuacji w żaden sposób.
– Dasz radę wstać? – spytałem Meli, wyjmując jej gałązkę z włosów.
Mógłbym przysiąc, że po twarzy Mory przebiegł dziwny cień.
– Nie jest źle… Czy jesteśmy już w Feroz? – Mela pierwszy raz podniosła głowę i rozejrzała się. Jej czekoladowe oczy skrzyżowały się z ciemnoniebieskim spojrzeniem Mory.
– Mela, to jest Mora… Przyjaciółka, o której ci opowiadałem – oznajmiłem.
– Miło poznać! – powiedziała Mela, uśmiechając się delikatnie i wyciągając dłoń do nowej znajomej.
– Mora, to jest Mela, poznałem ją w tamtym świecie… – wyjaśniłem powoli.
Fioletowowłosa (choć nie wiem, czy powinienem ją nadal tak nazywać) ścisnęła mocno dłoń Meli, aż ta lekko się skrzywiła. Poza tym zapadła cisza.
– Ja nie mogę… O bogowie… Ja nie mogę… – rozległ się tubalny głos.
Wszyscy odwróciliśmy się raptownie i ujrzeliśmy olbrzyma wskazującego na nas grubym paluchem. Oczy miał rozbiegane i wyglądał, jakby zobaczył ducha.
– Serio? Drugą osobą, którą zobaczyłem po powrocie do wioski musiał być Duro? – powiedziałem, uderzając się otwartą ręką w czoło.
– To się nie dzieje… – dalej mamrotał syn kowala.
– Mela, to jest Duro, on… – urwałem, bo pociemniało mi w oczach. Zrobiłem się strasznie lekki, jakbym był ptakiem, który szybuje w przestworzach.
Zanim poczułem tępy ból upadku na prawe ramię, usłyszałem cichy, słaby głos Meli wymawiającej moje imię…
Tym razem sen był inny od wszystkich dotychczasowych. Pierwszy raz złożony był z samych dźwięków. A konkretniej była to rozmowa.
– To wszystko twoja wina! Nie mam ochoty nawet na ciebie patrzeć…
– Trzeba było go zgładzić, póki była okazja, teraz będzie znacznie trudniej.
– Tacy mądrzy, a raczej średnio wam to poszło…
Głosy wydawały się jakby znajome i nieznajome jednocześnie. Z kontekstu wywnioskowałem, że należały do bogów. Sprzeczali się między sobą Auga, Akili i Adart.
– Ale po co te kłótnie? Przecież mimo wszystko cel Wielkiej Matki został osiągnięty. Chłopiec jest znowu w wiosce, może z nim zrobić, co będzie chciała… – powiedziała kobieta, w której rozpoznałem Adartię.
– No dobrze, trzeba się brać do pracy w takim razie. Ten bałagan sam się nie posprząta… – wyszeptał swoim szeleszczącym głosem Aero.
Zacząłem się zastanawiać, gdzie podziewają się pozostali bogowie i czemu ciągle mam na głowie tych samych. Choć z drugiej strony nie byłem pewny, czy mam ochotę ich spotykać.
Miałem wrażenie, że ten sen trwał niemiłosiernie długo. Jakbym słyszał go w bardzo zwolnionym tempie albo na zapętleniu. Słowa bogów odbijały mi się w głowie niczym echo. Aż wreszcie sen nagle ustał i zastąpiły go różne niepokojące obrazy. Najpierw Nah trzymała się za brzuch i krzywiła z bólu, później Arco zdenerwowany demolował swój warsztat, a na koniec Miann ocierał samotną łzę, siedząc w karczmie…
Nagle się obudziłem. Tak po prostu. Słońce wpadało delikatnie przez lekko uchylone okiennice razem z porannym, orzeźwiającym powietrzem. Oczy miałem nadal ociężałe, ale dałem radę rozejrzeć się po pomieszczeniu. Byłem w moim pokoju. Nic się tu nie zmieniło, odkąd opuściłem go jakiś czas temu. Wszystko stało na swoim miejscu, jakby czekało na mój rychły powrót. Zaciągnąłem się mocniej świeżym powietrzem i poczułem coś jeszcze. Zapach cynamonu. Zwróciłem oczy w kierunku drzwi i ją ujrzałem. Stała w progu i uśmiechała się delikatnie. Twarz okalały jej długie, poskręcane pasma brązowych włosów. Choć stała w cieniu i nie widziałem jej wyraźnie, poczułem się w pełni jak w domu.
– Nah… – westchnąłem cicho.
Mógłbym przysiąc, że zaraz zasnę, gdyby nie to, że kątem oka zauważyłem, jak moja opiekunka wślizguje się do pokoju. Coś było nie tak. Przy każdym ruchu Nah krzywiła się lekko i łapała za podbrzusze.
– Źle się czujesz? – zapytałem, siadając powoli na łóżku. Już ta prosta czynność wywołała zawroty głowy, więc po chwili opadłem z powrotem na poduszkę.
– Ciii… – szepnęła Nah, podchodząc do mnie i kładąc mi dłoń na czole – Odpoczywaj…
Pomyślałem sobie, że może to te dziwne, kobiece dni w miesiącu, podczas których często odczuwała dyskomfort, więc nie ma się co specjalnie zamartwiać na zapas. Wraz z przybyciem do Feroz odpłynęła ode mnie myśl o groźbach Abety i innych bogów. Czułem, że moja obecność w wiosce wszystko naprawia i nie mam się już czym stresować. Życie wracało do normy, niemal jakbym nigdy stąd nie uciekł. Jak bardzo się myliłem…
Kiedy zbudziłem się kolejnym razem, na stołku obok mojego łóżka siedział postawny mężczyzna z długimi, ciemnymi włosami. Jego twarz rozjaśnił uśmiech, gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały.
– Tordo! – zawołałem radośnie, choć głos miałem strasznie zachrypnięty.
– Hej, dzieciaku… Witamy z powrotem – odpowiedział cicho.
Spróbowałem usiąść i tym razem poszło mi dużo lepiej. Oparłem się o ramę łóżka i przeciągnąłem, żeby rozprostować kości.
– Gdzie podziewa się Nah? – spytałem.
– Odpoczywa. Ostatnimi czasy potrzebuje bardzo dużo odpoczynku… – westchnął smutno mężczyzna.
Zmroziło mnie. Czy było coś, o czym nie wiedziałem?
– Tordo… Czy coś się stało Nah pod moją nieobecność? – zapytałem, choć bałem się odpowiedzi.
Mężczyzna zamyślił się na chwilę. Kiedy zebrał się w sobie, oznajmił:
– Arché… Nah została naznaczona Piętnem Matki. To prastara klątwa, która ma na celu zabić ją po upływie dziewięciu miesięcy. A czas oczekiwania na ten dzień nie będzie przyjemny z wielu względów…
Poczułem, jakbym znalazł się na dnie głębokiego dołu. Światło słoneczne do mnie nie docierało. Przez chwilę nie słyszałem żadnych odgłosów. To było jak wielka nicość, która otuliła mnie szczelnie ze wszystkich stron. A potem przyszły wyrzuty sumienia.
– To przeze mnie… – szepnąłem.
– Nie, Arché – zaprzeczył twardo Tordo – Nie masz ani przez chwilę tak myśleć. To bogowie i ich chore zasady. Ich chęć pokazania dominacji nad nami. Ich okrucieństwo. To oni są winni.
Zacząłem myśleć gorączkowo. Nie zwykłem długo się zastanawiać, raczej byłem nastawiony na cel. A celem teraz było ocalić Nah.
– Ile mamy czasu? – spytałem.
– Ciężko powiedzieć… Ale to dosyć świeża sprawa. Minęły może ze dwa tygodnie, jak nie mniej… – wyjaśnił Tordo.
Ufff. Całe szczęście mieliśmy jeszcze dużo czasu. Odetchnąłem z ulgą i pokiwałem głową.
– Damy radę. Musimy się dowiedzieć, jak zdjąć klątwę. Na pewno da się to zrobić! – powiedziałem z mocą.
Bardzo chciałem w to wierzyć i chciałem, żeby wszystko się udało. Byłem gotów działać, choćby zaraz.
Nagle przypomniałem sobie, że do Feroz nie trafiłem sam. Przecież towarzyszyła mi Mela. GDZIE JEST MELA?!
– Tordo, czy wiesz coś o mojej przyjaciółce ze świata poza barierą? – spytałem szybko.
Przyjaciel zmieszał się lekko. Miał zatroskaną minę. Nie wróżyło to niczego dobrego.
– Arché… Byłeś w kiepskim stanie przez kilka ostatnich dni… Ona zresztą podobnie… Tylko że kapłan, kiedy się dowiedział o całej sytuacji, kazał ją wtrącić do aresztu. Jest tam zamknięta od waszego przybycia. Odpoczywa, tylko z nieco gorszą opieką…
Zerwałem się na równe nogi. Co było oczywiście totalną głupotą, bo zakręciło mi się w głowie i zatoczyłem się prosto na przyjaciela. Ten w porę mnie złapał i swoimi silnymi ramionami usadził na łóżku.
– Nie rób nic głupiego, chłopie… – mruknął Tordo.
Zacząłem myśleć gorączkowo. Wcześniej nie zastanawiałem się nad reakcjami mieszkańców na pojawienie się Meli. Teraz uznałem, że totalnie tego nie przemyśleliśmy i bez sensu naraziłem przyjaciółkę na niebezpieczeństwo. Przecież to Feroz. To tu kilka miesięcy temu na moich oczach chcieli odciąć komuś łeb. Na bogów, oni nie są normalni…
– Nabierz sił, zabiorę cię do niej. Półprzytomny nic nie zdziałasz. Nie martw się, domyśliłem się, że to ważna dla ciebie dziewczyna, zaglądam do niej, kiedy czas mi na to pozwala… – powiedział Tordo, co trochę mnie uspokoiło.
Niedługo później Nah przyniosła mi gorącą zupę. W jej uśmiechu faktycznie dało się wyczuć nutkę fałszu, a oczy nie pałały już dawnym blaskiem. Postanowiłem zająć jej myśli opowieściami o moich przygodach. A w głowie już roiło mi się milion pomysłów, co zrobić, żeby zdjąć z niej to przeklęte, boskie paskudztwo…ROZDZIAŁ DRUGI
„NOC … KRĘGU”
Następnego dnia czułem się już znacznie lepiej. Tordo przyszedł do nas z samego rana, bo obiecał zabrać mnie do miejsca przetrzymywania Meli. Odkąd wstałem, emocje brały górę i najchętniej ruszyłbym tam, jak tylko otworzyłem oczy. Problem był tylko taki, że nawet nie wiedziałem, gdzie to jest. W Feroz nie istniało nic takiego jak areszt, a przynajmniej o nim nie słyszałem. Może to kolejne sekretne miejsce z gatunku tych okrutnych, o których wiedzą tylko pełnoletni…
– Gotowy, młody? – wyrwał mnie z zadumy głos Tordo.
Ruszyliśmy ramię w ramię przez wioskę. Przechadzając się jej uliczkami, doszedłem do wniosku, że nic się nie zmieniło. Poza tym, że ja czułem się jakiś taki ogromny i na widoku… Pewnie dlatego, że Łódź była wielokrotnie większa i bardziej zaludniona, człowiek mógł być choć trochę bardziej anonimowy.
Tu natomiast byłem jak na dłoni i wwiercały się we mnie spojrzenia wszystkich mijanych osób. Pojawiły się szepty i wskazywanie palcami. Zrobiłem mieszkańcom Feroz niezłą atrakcję, nie ma co.
Wtem podbiegł do mnie pewien mężczyzna z bujną, blond czupryną i przejętym spojrzeniem. Złapał mnie za rękę i zaczął nią energicznie potrząsać.
– Gratuluję ci, Arché! Naprawdę cię z żoną podziwiamy! Brawo!
Był to Raio, około trzydziestoletni cieśla. Profesja ta była przekazywana z ojca na syna w jego rodzinie. Nah niejednokrotnie zachwalała, że dzięki nim ma wspaniały dom, który mimo upływu lat, nadal stoi bez szwanku. Żona Raio, Jua, była natomiast swego czasu karczmarką, obsługiwała jedyne formalne miejsce spotkań towarzyskich w Feroz, jednak po narodzinach córki postanowiła zostać z nią w domu. Lani była przeuroczą, radosną dziewczynką, mogła mieć teraz ze cztery lub pięć lat…
– Chętnie posłucham kiedyś twoich opowieści – dodał po chwili Raio, bo byłem w takim szoku, że nic mu nie odpowiedziałem.
– Jasne… – wydukałem wreszcie.
– Miło cię widzieć w centrum, Tordo – dodał jeszcze, po czym ruszył w dalszą podróż.
– O co chodziło? – zapytałem przyjaciela, kiedy Raio był już daleko.
– Po twoim powrocie ludzie zaczęli się poniekąd dzielić na dwa stronnictwa… Są mieszkańcy, którzy uważają cię za bohatera, ale reszta jest zła lub się ciebie boi… Zaburzyłeś porządek ich świata i stracili poczucie bezpieczeństwa. Ta sytuacja ogólnie nie wróży nic dobrego… – opowiedział mi Tordo.
Westchnąłem. Jeszcze tego mi brakuje, żeby mieszkańcy zaczęli się ze sobą spierać. Już wystarczy, że z bogami mam na pieńku, ludzie mogliby sobie odpuścić…
Po kilkunastominutowym marszu dotarliśmy pod spory budynek, przed którym na krzesełku siedział mężczyzna. Był to Moer, mało przyjemna osobistość, ale kogo innego się spodziewać? W końcu na pewno kapłan wybierał wartownika. Miał długą, czarną brodę, która kontrastowała z jego całkowicie łysą głową. Chciałem rzucić do Tordo żartem, że ten czerep wygląda na bardziej wypolerowany niż podłogi w świątyniach, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem. W końcu chcieliśmy dostać się do środka, a nie zostać odesłani z kwitkiem.
– Czego? – burknął Moer.
– Chcielibyśmy odwiedzić więźnia – powiedział Tordo, zanim zdążyłem otworzyć usta.
– Po co? – zmarszczył czoło wartownik.
Zawahaliśmy się.
– To moja przyjaciółka – odrzekłem szczerze.
Moer westchnął ciężko.
– Ach, to ty… Nic z tego. Kapłan zakazał odwiedzin…
Zacząłem wpadać w lekką panikę. Słowa wartownika nie wróżyły nic dobrego. Po chwili moja niepewność przeszła w irytację i już miałem wyskoczyć z czymś absolutnie nieodpowiedzialnym, kiedy Tordo powiedział:
– Dam ci trochę miedzi, jeśli wpuścisz nas do niej na pół godziny.
Przyjaciel zaskoczył mnie tymi słowami. Wszyscy w wiosce dobrze wiedzieli, że różnego rodzaju kruszce to towar rzadki i bardzo cenny. Choć miałem pewność, że Tordo jakimś sposobem ma do nich dostęp, wykonał w końcu moją urodzinową zawieszkę z kołem sterniczym, to nie spodziewałem się, że jest w stanie w ten sposób płacić. Ten chłop zawsze coś wymyśli…
Moerowi oczy się zaświeciły na widok małej grudki miedzi. Rozejrzał się niespokojnie po okolicy, a kiedy nie dostrzegł nikogo w pobliżu, prędko zagonił nas do środka. Sam natomiast zabrał kruszec z dłoni Tordo i schował sobie go szybko do kieszeni.
Wnętrze budynku niczym szczególnym się nie wyróżniało. Właściwie był to dom jak każdy inny w Feroz. Staliśmy w wąskim korytarzu, a cela Meli musiała być gdzieś głębiej, tam gdzie zwykle znajdują się pokoje. Zacząłem powoli iść do przodu, a stres narastał we mnie z każdym krokiem. Zaraz ją zobaczę!
Kiedy wreszcie ją ujrzałem, całe napięcie wyparowało i poczułem niezwykłą ulgę. Wyglądała dobrze, chyba była nawet w lepszej kondycji fizycznej ode mnie, co w ogóle mnie nie zdziwiło, bo była przecież niezłą twardzielką. Jej stan zmęczenia podkreślały jedynie lekko podkrążone i zaszklone oczy.
Podszedłem powoli do krat i oparłem się o nie, żeby nie omdleć z emocji. Zapomniałem już, co ze mną robił widok tego lekko zadartego noska…
– Dopiero co jadłam, nie chcę już tej twojej papki, typie… – powiedziała z mocą Mela, po czym zwróciła swój wzrok w stronę krat. Jej oczy zabłysły nowym blaskiem.
– Arché! – zawołała i podbiegła do wejścia. Po drodze raz się skrzywiła, ale poza tym trzymała się dzielnie.
Kiedy dotarła do krat, jej palce oplotły zimny metal. Delikatnym ruchem przysunąłem moją dłoń i musnąłem rękę przyjaciółki. Ta uśmiechnęła się lekko i odwzajemniła dotyk. Kiedy nasze dłonie ocierały się o siebie, pomyślałem, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie.
– Ekhem… – odchrząknął Tordo, zwracając na siebie naszą uwagę.
Cofnęliśmy lekko dłonie, choć nadal znajdowały się blisko siebie. Na policzki Meli wpłynął delikatny, uroczy rumieniec. Ja miałem nadzieję, że nie wyglądam jak świeżo farbowane włosy Mory. Zawsze na początku były takie intensywnie czerwonawe, a potem wypłukiwały się do różnych odcieni różu i fioletu…
– Powiedzcie, że macie jakiś plan, bo nie chcę tu gnić w nieskończoność… – westchnęła z rezygnacją Mela.
Popatrzyłem z nadzieją na Tordo, który zawsze potrafił znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Tym razem miał jednak nietęgą minę.
– Pracuję nad tym… – powiedział tylko.
Kilkanaście kolejnych minut spędziliśmy na rozmowach o samopoczuciu Meli, jak spędza czas, kto ją odwiedził i co myśli o Feroz. Ja natomiast przedstawiłem jej dramatyczną sytuację Nah.
– Zostawię was na chwilę, pójdę pogadać z Moerem… – powiedział Tordo i wyszedł z budynku.
Przez krótką chwilę, która trwała wieki, patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Nie byłem pewny, czy nie potrafię nic powiedzieć, czy może nie chcę. Bałem się, że zaraz coś zepsuję.
– Jak się czujesz, Arché? – przerwała milczenie Mela.
– Nie wiem… Muszę ją uratować… Po to tu wróciłem, myślałem, że to wystarczy… – wyszeptałem.
– Wiem… – westchnęła dziewczyna.
Znowu milczeliśmy. Wiedziałem, że czas mi się kurczy, a musiałem powiedzieć jej coś znaczącego.
– Wrócę po ciebie. Najszybciej jak zdołam – rzekłem z mocą.
Mela się uśmiechnęła i przez kraty objęła mój palec swoim. Nie wiem, o co chodziło w jej dotyku, ale było w nim coś magicznego.
– Arché! Musimy iść! – rozległ się głos Tordo.
Z niechęcią puściłem Melę i posłałem jej ostatnie smutne spojrzenie.
– Mówiłem serio… – powiedziałem jeszcze.
Ona tylko pokiwała głową. Wydawała się spokojna.
Kiedy wracaliśmy w stronę domu, Tordo opowiadał, co udało mu się w międzyczasie załatwić.
– Moer jest dosyć przekupny, jeśli zdobylibyśmy dostatecznie dużo surowców, można by zabrać Melę bez robienia afery. Nie wiem tylko, co potem… Z kapłanem się w życiu nie dogadamy w tej kwestii… – głośno myślał mężczyzna.
– Hej! – rozległ się nagle dziewczęcy głos.
W oddali zobaczyłem Morę, która szybkim krokiem się do nas zbliżyła.
– Chciałam cię właśnie odwiedzić, ale widzę, że już jesteś na chodzie… – podejrzliwie zmierzyła mnie spojrzeniem. – Gdzie byliście?
– U Meli – odpowiedziałem.
Mogłem przysiąc, że cień przebiegł jej po twarzy, choć niby nic się w niej nie zmieniło.
– Dobra, słuchajcie, ja lecę do świątyni, żeby nie przysparzać nam dodatkowych problemów. Wpadnę niedługo i postanowimy, co robić – zarządził Tordo i szybkim krokiem pognał w głąb Feroz.
Chwilę szliśmy z Morą w milczeniu, nie wiedząc, o czym rozmawiać.
– Jak się czujesz? Nie mieliśmy jeszcze okazji na spokojnie pomówić… – powiedziałem cicho. Dziewczyna zawahała się przez chwilę.
– Jest trochę dziwnie… Wiesz, odkąd wróciłeś…
– No wiem… Nie chciałem, żeby tak wyszło, po prostu za dużo się wydarzyło… – starałem się wyjaśnić.
– Nawet nie chodzi o to. Ale w domu też jest dziwnie. Tata chodzi jakiś milczący i poirytowany… Atmosfera w wiosce się zmieniła – powiedziała Mora.
Pomyślałem sobie, że logiczne, że się zmieniła, ludzie w końcu przejrzeli na oczy, że jest im wciskany potężny kit od wieków. Ale wolałem ugryźć się w język i nie dolewać oliwy do ognia.
– Mam nadzieję, że to się jakoś samo rozejdzie po kościach. Teraz muszę się skupić na pomocy Nah, wróciłem tu, żeby ją uratować i muszę to zrobić – powiedziałem z mocą, przekonując przy okazji sam siebie.
Mora pokiwała smutno głową.
– To straszne, co ją spotkało. Mam nadzieję, że się wszystko jakoś poukłada…
Szliśmy jeszcze kawałek drogi razem. Mora nie miała za wiele do opowiedzenia, jedyną rewelacją, o której wcześniej nie wiedziałem, była dziwna przemiana Duro.
– Chcesz mi powiedzieć, że ta kupa gruzu wykrzesała z siebie w końcu jakieś pokłady człowieczeństwa? – zapytałem zszokowany.
– Powiem ci więcej! Jak straciłeś przytomność pod barierą, to zaniósł cię aż do domu i ani razu nie uderzył twoją głową o drzewo! – zaśmiała się Mora.
– Wiadomo, zdawał sobie sprawę, że w innym przypadku miałby z tobą do czynienia…
Pierwszy raz od mojego powrotu było jak dawniej. Żartowaliśmy sobie, jakby nic się nie zmieniło. Ale chwila ta trwała bardzo krótko.
Kiedy doszliśmy do rozwidlenia, Mora oznajmiła, że musi już wracać do domu. Miała dziś pomóc matce w obróbce świeżo zebranych roślin. Pożegnaliśmy się w idealnym momencie, bo zmęczenie już znowu dawało o sobie znać i wiedziałem, że jak tylko dotrę do chaty, natychmiast zmorzy mnie sen…
W nocy obudziło mnie nagłe głośne łomotanie do drzwi. Zerwałem się na równe nogi i pognałem zobaczyć, o co chodzi. W wejściu do chaty stała Mora, cała przemoczona, w międzyczasie jak spałem musiało zacząć lać. Dyszała ciężko, co wskazywało na to, że całą drogę biegła.
– Arché, musimy natychmiast iść. Dzieje się coś bardzo złego – wydusiła z siebie dziewczyna.
Nagle ze swojego pokoju wyszła Nah i przecierając oczy patrzyła z zaskoczeniem na przybyłą.
– Zaraz odbędzie się Noc Czarnego Kręgu. Ale nie taka, jaką znamy. To coś zupełnie nowego. Nie wszyscy zostali zaproszeni. Ja nic nie wiedziałam, wy też nie. Moja mama odmówiła pójścia, ale tata poszedł. On… On powiedział jej, co się będzie działo… – wyrzucała z siebie pospiesznie Mora.
– Co się będzie działo?! – zapytałem, niemal krzycząc.
– Bogowie pierwszy raz poprosili o konkretną ofiarę.
Nie musiała mówić nic więcej. Poczułem pustkę. A potem cała ta przestrzeń wypełniła się płonącym gniewem. Kiedy dotarła do nóg, zacząłem biec. Znałem cel. Świątynia bogini Abety.
W wirujących kroplach deszczu słyszałem kroki. Wiedziałem, że to Mora próbuje dotrzymać mi tempa. Nic do mnie nie wołała, po prostu pędziła za mną, bo tak trzeba było zrobić. Taka właśnie była moja przyjaciółka.
Tymczasem w świątyni gromadzili się mieszkańcy odziani w białe szaty. Na środku znajdowało się już narzędzie służące do złożenia ofiary - gilotyna. Choć przykryta była płachtą, wszyscy wiedzieli, że tam jest i wzdrygali się na samą myśl o niej. Mieszkańców było mniej więcej o połowę mniej niż zwykle podczas Nocy Czarnego Kręgu. Ich twarze skryte były pod kapturami, dzięki czemu stali się anonimowi.
Kiedy wszyscy zajęli pozycje, z mroku świątyni wyłonił się kapłan, również odziany w białe szaty. Zaczął przemawiać donośnym głosem do zgromadzonych:
– Witajcie, o wierni, na obchodach Nocy Białego Kręgu. Dziś wasze serca nie muszą napełniać się czernią, o nie… Dziś jest noc oczyszczenia! Nasze święte miejsce zostało bowiem zbrukane przez intruza! I dziś właśnie oczyścimy je na rozkaz naszych bogów, którzy poprzysięgli chronić nas przed zarazą świata zewnętrznego po wsze czasy!
– Wsze! Wsze! Wsze! – skandował szeptem tłum.
– Wprowadzić skalaną! – zawołał kapłan.
Choć skryty pod białym kapturem, Moer nie mógł pozostać anonimowy ze względu na swoją charakterystyczną długą brodę. Mężczyzna zbliżył się do gilotyny, prowadząc przed sobą lekko otępiałą, zakneblowaną, związaną dziewczynę. Kapłan szybkim krokiem zbliżył się do nich i jednym ruchem ręki zdjął płachtę.
Rozpychając się przez tłum, wbiegłem na środek świątyni i z siłą dziesięciu Duro odepchnąłem kapłana, a ten spadł z podwyższenia i potoczył się po podłodze. Moer stał jak wryty, nie wiedząc, jak powinien zareagować. Po zgromadzonych rozległ się zaniepokojony szept.
– Nie! Nie pozwolę wam tego dalej robić! Prędzej potnę was wszystkich na tysiąc kawałków, niż dam wam upuścić chociaż kroplę krwi Meli! - krzyknąłem, a w oczach miałem czystą furię.
Kilka osób wręcz cofnęło się z przestrachem po moich słowach. Wtem do świątyni wpadła Mora i stanęła obok mnie. Choć była bardzo zmęczona, miała zaciętą minę i uniosła pięści, gotowa przygrzmocić komu trzeba.
– Mora, nie bądź głupia, stań w kręgu – rozległ się z tłumu tubalny głos.
Od razu go rozpoznałem. Był to ojciec dziewczyny. Nie potrafiłem odnaleźć go wśród zebranych, ale miałem pewność, że to on.
Mora nie ruszyła się ani na milimetr. Mimowolnie kąciki ust uniosły mi się do góry. Co za kobieta!
Niestety kapłan zaczął się już gramolić, żeby stanąć na własnych nogach. Mieliśmy marne szanse we dwójkę na tym podeście, przeciwko tłumowi w białych szatach. Nie zamierzałem się jednak poddać. Może samym swoim nastawieniem zniechęcimy ludzi do tej bestialskiej ceremonii. Choć wątpię.
– Pozwólcie nam kontynuować! – wyrwał się jakiś samotny krzyk z tłumu.
– Taka jest wola bogów! – zawołał ktoś inny.
Kapłan, wciąż próbując się podnieść, gotował się ze złości. Wyglądał, jakby miał zaraz zacząć toczyć pianę z ust, a gałki oczne miały mu wypaść i potoczyć się po zimnej posadzce. Byłoby dobrze, mielibyśmy go z głowy.
– Brać ich! Schwytać! Nie mogą przerwać naszej powinności wobec bogów! – wyrzucał z siebie.
Wtem upadł znowu, przyciśnięty od góry czyimś butem. Zobaczyłem trzymającą się za brzuch Nah, która nie miała w sobie ani grama strachu. Emanowała prawdziwą siłą.
Zaraz za nią do świątyni zaczęli wlewać się ludzie, w większości ubrani w różnego rodzaju odzież do snu. Starzy, młodzi, kobiety i mężczyźni, a nawet kilkoro dzieci, wszyscy mieli na twarzach wymalowaną determinację i patrzyli spod byka na tłum białych kapturów.
– Zabieraj te łapska! – usłyszałem ciepły, męski głos i już po chwili Moer leżał na podłodze nieopodal kapłana.
To dzielny Raio postanowił oswobodzić Melę i pomagał jej teraz utrzymać się na nogach, a jego żona zajęła się więzami krępującymi ręce dziewczyny. Kamień spadł mi z serca, kiedy zobaczyłem, że nic jej nie grozi. Nagle odezwała się Nah, a jej głos poniósł się echem po świątyni:
– Wyjaśnię teraz, co będzie dalej. Nie ważysz się tknąć drugi raz tej dziewczyny, ty stary dziadzie. Nie będzie więźniem, tylko pełnoprawnym obywatelem Feroz. I nie będzie więcej nocy czarnego, białego, błotnistego, czy innego kolorowego kręgu. Bogowie mogą mi naskoczyć, już i tak zadbałeś, żeby było po mnie. I niech wszyscy to sobie dobrze zapamiętają! – podniosła głos, żeby na pewno dotarł do każdego ze zgromadzonych. – Rozejść się i żyć jak ludzie, nie jak stado wstrętnych żmij! – dodała z mocą.
Po tych słowach mieszkańcy zaczęli się powoli, jakby nieśmiało, rozchodzić, szepcząc między sobą. Kiedy Nah zdjęła but z pleców kapłana, ten szybko niczym zwinna jaszczurka wybiegł ze świątyni, nie znajdując już w niej sprzymierzeńca. Dopiero kiedy białe kaptury zniknęły, mieszkańcy w zwykłym odzieniu zaczęli się zbierać do swoich domów. Wychodząc, poklepywali się wzajemnie po plecach, dając sobie do zrozumienia, że zrobili dziś razem coś dobrego.
Kiedy w świątyni zostało już tylko kilka osób, Nah opuściła cała moc sprzed chwili i opadła ze zmęczenia na kamienny schodek. Zaczęły znowu doskwierać jej te przeklęte skurcze.
– Idę obejść świątynię dookoła, sprawdzić, czy nic więcej nie planują… – powiedziała Mora, a ja kiwnąłem głową.
– Arché! – usłyszałem męski głos.
Podbiegłem czym prędzej do Raio, który podtrzymywał nadal półprzytomną Melę.
– Nie jest w zbyt dobrej kondycji – powiedział mężczyzna – Chętnie pomogę ją odprowadzić do waszej chaty. – zaoferował się.
Ogarnęło mnie wzruszenie. Pokiwałem głową i poklepałem go po ramieniu.
Wtem rozległo się wołanie Mory gdzieś zza świątyni. Pognałem tam czym prędzej, spodziewając się kolejnego zagrożenia. Zobaczyłem ją z oddali stojącą nad jakimś ciałem. Serce mi zamarło. Powoli podszedłem bliżej. Za świątynią w zaroślach leżał Tordo.
– Co… Co mu jest? – zapytałem drżącym głosem.
Mora uklękła przy mężczyźnie. Sprawdziła jego puls i obejrzała głowę.
– Dostał potężny cios w czerep… Ale będzie żył. Pewnie się stawiał i kapłan chciał go unieruchomić na jakiś czas. Ma z tyłu głowy ogromnego guza.
Odetchnąłem z ulgą. Zacząłem myśleć intensywnie i postanowiłem, że razem z Raio i jego żoną przeniesiemy Tordo do naszej chaty, Mora i Nah natomiast zabiorą Melę. Tym sposobem uda nam się pomóc wszystkim poszkodowanym.
Tak też zrobiliśmy. Choć było to trudne i czasochłonne, wreszcie się udało. Kiedy pożegnałem się ciepło z Raio, Juą i Morą, Nah położyła się spać, a Tordo i Mela odpoczywali w moim pokoju, usiadłem na ganku chaty i schowałem twarz w dłoniach. Chciałem szlochać, ale nie miałem na to siły. Nie wiem, ile czasu spędziłem w tej pozycji, ale mógłbym przysiąc, że kiedy wreszcie wstałem i wchodziłem do chaty, usłyszałem pianie koguta…ROZDZIAŁ TRZECI
„STARA BABA”
Właściwie nie spałem, tylko drzemałem sobie w najlepsze przy ścianie w korytarzu. Obudziło mnie krzątanie się Nah w kuchni, ale nie miałem pojęcia, ile czasu minęło i jaka może być pora dnia.
Nagle usłyszałem, że zza drzwi do mojego pokoju dobiegają głosy. Czym prędzej postanowiłem tam zajrzeć i zobaczyć, jak czują się moi przyjaciele.
Twarz Meli rozpromieniła się, kiedy mnie ujrzała. Wyglądała na pełną energii, mrużyła tylko dziwnie oczy, jakby trudno jej było otworzyć szerzej powieki. Tordo natomiast przywodził na myśl człowieka, który nie spał od tygodnia.
– A o czym to się tak radośnie rozprawia pod moją nieobecność? – zapytałem przekornie.
– Obgadujemy cię! – rzuciła beztrosko Mela.
– Opowiadałem jej wszystkie krępujące historie z twojego dzieciństwa… – dorzucił Tordo, szczerząc zęby w uśmiechu.
Wspaniale było widzieć przyjaciół całych i zdrowych, a do tego w takich dobrych humorach. Szybkim krokiem przeszedłem przez pokój i usiadłem na krześle przy biurku.
– A tak serio… Rozmawialiśmy o tym, że trzeba wymyślić, jak pomóc Nah… – powiedziała już dużo poważniej Mela.
– To prawda… Czas będzie się tylko kurczył… – westchnąłem ciężko.
Tordo zmarszczył czoło i zaczął intensywnie nad czymś myśleć.
– Czas… Może zamiast szukać rozwiązania tu i teraz, powinniśmy zajrzeć w przeszłość! – wyrzucił z siebie tajemniczo. Tym razem to ja zmarszczyłem czoło.
– Masz maszynę do cofania się w czasie? Taki stary samochód jak w „Powrocie do przyszłości”? – zapytała z ekscytacją Mela.
Spojrzeliśmy na nią jak na wariatkę.
– Ach, no tak… Zapomniałam, że wy nie wiecie o istnieniu filmów…
– Co to film? – zapytał Tordo.
– Długo by mówić, po prostu zignoruj temat… – rzuciłem pospiesznie – To co miałeś na myśli?
– Olśniło mnie właśnie, że jak byłem młody, w wiosce mieszkała pewna starka, która zajmowała się przyrządzaniem różnych mikstur i specyfików…
– Jak doktor, który bada Nah? – zapytałem.
– Nieee… Zupełnie nie jak doktor. Wielu ludzi się jej obawiało… Jej metody były dziwne, często niekonwencjonalne. Nie wiadomo było, skąd czerpie wiedzę. Generalnie strasznie podejrzane babsko… Ale jakby ktoś miał znać sposób na to paskudztwo, to chyba tylko ona… – opowiedział nam Tordo.
– Jak rozumiem… Stara baba wącha kwiatki od spodu? – spytała Mela.
Obaj zaśmialiśmy się krótko.
– Taaak… Baba już dawno zeszła z tego świata. Ale to nie znaczy, że wszystko stracone. Możemy odwiedzić jej chatę. Stoi opuszczona w głębi lasu. Nikt się tam nie zapuszcza, to bardzo blisko bariery… No i trochę tam strasznie, ludzie boją się, że duch starki coś im zrobi zza grobu za przekraczanie progu jej domu.
– Brzmi jak super przygoda! – zawołała sarkastycznie Mela.
Zacząłem się intensywnie zastanawiać nad słowami Tordo. Był to jakiś plan, a wcześniej nie mieliśmy żadnego.
– Zróbmy to… – powiedziałem po namyśle – Dziś jeszcze zbierzmy siły, ale jutro z rana wyruszymy do domu starej baby… – dodałem.
Przyjaciele pokiwali głowami na znak zgody. Plan już był, teraz tylko mogłem mieć nadzieję, że się powiedzie…
Następnego dnia rano czekałem z Melą na Tordo na ganku. Długo jednak nie przychodził, poprzedniego wieczoru ulotnił się, żeby wrócić do swojej pracy przy świątyniach. Zacząłem się trochę martwić, czy znowu nie spotkało go coś złego, gdy nagle w oddali zobaczyłem Morę. Po chwili była już obok nas.
– Tordo mnie przysłał. Nie mógł się wyrwać ze świątyni, obawiał się, że ktoś będzie go śledził. Rozmawialiśmy i powiedział mi o waszym planie… – opowiedziała Mora.
– To jak trafimy do baby? – zapytałem zmartwiony.
– Nie martwcie się. Znam drogę… – powiedziała tajemniczo dziewczyna i zaczęła iść w stronę przeciwną niż centrum wioski.
Dogoniłem szybko Morę, bo bardzo ciekawiło mnie, skąd miała taką wiedzę. W końcu wszędzie chodziliśmy razem, a nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek zawędrowali pod dom owej dziwnej baby.
– Jakim cudem wiesz, gdzie to? – zapytałem.
– Mama kiedyś pokazała mi to miejsce. Powiedziała, że pamięta starkę i że jej babka się z nią przyjaźniła. Sporo się od niej nauczyła i stąd też moja mama ma dużą wiedzę o ziołach… – opowiedziała Mora.
To w sumie miało sens. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, skąd u danej osoby wiedza związana z jej profesją. Chyba z góry zakładałem, że to idzie z pokolenia na pokolenie.
– A jak tam sytuacja… No wiesz… W domu? – zapytałem ostrożnie.
Mora zmieszała się. Nie chciałem przywoływać przykrych wspomnień o Nocy Białego Kręgu, ale ciekawiło mnie, co podkusiło jej ojca do pójścia tą drogą.
– Jest… ciężko. Z tatą właściwie nie rozmawiam. Mamie jest trudno, bo zachowała neutralność w tym całym sporze. Co będzie dalej, się zobaczy… – westchnęła Mora.
– Wiesz może, dlaczego tam był? – spytałem cicho. Mela oddaliła się od nas, oglądając z bliska pięknie kwitnące kwiaty.