Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Strażnik Potępienia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 grudnia 2025
25,00
2500 pkt
punktów Virtualo

Strażnik Potępienia - ebook

Druga część serii Pogrążonego w półmroku: Okazuje się, że rytuały przejęcia od ofiary jej razza nie są sobie równe. Atto miał pecha i przeprowadził o ten jeden rytuał za dużo. Tym razem role się odwracają i wyjątkowe cienie, które stały się częścią Atto, mają szansę zawładnąć swoim przywoływaczem. Od feralnego dnia minęło już siedem lat. Lat, które bardzo odmieniły Atto. Choć nie jest mu nic winna, obowiązek wyciągnięcia go z tarapatów, w jakich się znalazł, weźmie na siebie Lyft, która i bez tego ma dość własnych problemów, będąc ściganą przez służby cesarskiego porządku. Lyft będzie musiała wspiąć się na wyżyny swojej zmyślności, kiedy na przeciwległych szalach pojawią się równowaga sił między dwoma mocarstwami oraz groźba świata spowitego w wiecznym cieniu, a przede wszystkim rozsądzą się losy duszy jej umiłowanej osoby.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397837515
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Co za podłe… jak się tak zastanowić, to zasadniczo nie tylko miejsce, ale wszystko. Całe jej życie. Mizerna egzystencja.

Lyft rozejrzała się po spelunie, w której przyszło jej spędzać ten przemiły wieczór. Smród brudnych, spoconych ciał mogła takiemu miejscu z łatwością wybaczyć. Przyzwyczaiła się przez te parę lat do obecności wyrzutków społeczeństwa. W końcu stała się jednym z nich. Nie uodporniła się jednak na tyle, żeby przytłaczające, ciężkie powietrze nie pogorszyło jej już i tak obecnie parszywego humoru. Bo jak mogła się czuć osoba, która po męczącym dniu nie była nawet w stanie wygodnie usiąść, gdyż ławy i stoły w tej zabitej dechami dziurze były tak sękate, że można było sobie rozorać skórę na całym przedramieniu, sięgając zaledwie po kufel. Po który odechciewało się zresztą sięgać – był splamiony czymś, czego pochodzenia Lyft zdecydowanie wolała nie poznawać.

Wychyliła z naczynia bardziej machinalnie niż dlatego, że miała na to ochotę. Czego się nie robi dla wtopienia w tłum. Najwyraźniej pije się najgorszy szlam, jaki Lyft miała nieprzyjemność próbować, nazywany przez gospodarza tego przybytku piwem jedynie w formie nieśmiesznego żartu. Jedno trunkowi trzeba było jednak przyznać – pasował jak ulał do nastroju. Zarówno miejsca, jak i samej Lyft. Jak zalewać smutki, to tylko silną trucizną.

Dla Lyft to była pierwsza okazja, by zawitać w Kichajcu. Biorąc pod uwagę, jak wielu ludzi zebrało się w obskurnej karczmie, można było wyciągnąć wniosek, że nawet w samym sercu cesarstwa wcale nietrudno było o nieszczęśliwych nieudaczników. Amatorów obrzydliwego piwa i beznadziejnej zabawy. Każdy, choćby najgłośniejszy i najbardziej przekonujący rechot rozchodzący się okazyjnie po sali albo był przepełniony zgorzkniałością, albo biło od niego usilną próbą oszukania samego siebie, że jest się z czego cieszyć. Bez względu na to, do czego próbowali przekonać cię lojalni cesarzowi szeptacze, Mokkai nie było krainą wiecznej szczęśliwości.

Biegając wzrokiem po pomieszczeniu i po przelewających się przez nie ludziach, Lyft napotkała nim spojrzenie karczmarza. Żeby nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń – w końcu przyszła się tutaj dobrze bawić, co z tego, że siedziała niepokojąco samotnie od dłuższego już czasu – skinęła mu głową, prosząc o więcej ledwo pijalnego alkoholu. Opasły mężczyzna drgnął i się rozejrzał, jakby nie był pewien, czy to do niego adresowany był sygnał, aż w końcu podjął olbrzymi dzban, który Lyft miałaby pewnie problem unieść z miejsca, i przecisnął się do jej stolika.

– Sama? – burknął krótko, nawet na nią nie patrząc, tylko skupiając się na dolewaniu piwa do jej kufla.

– Czekam na kogoś – odburknęła równie oschle.

Co ciekawe, karczmarz nieco się uspokoił. Zostawił ją przy stole bez słowa, ale ewidentnie wracał za swoją ladę bardziej pewny siebie. Lyft uniosła brew. Szkoda, że oszczędność w słowach nie przekładała się na skąpstwo w polewaniu klientom kolejek. Licha piana znowu wystawała ponad krawędź kufla Lyft, co oznaczało, że batalia zaczynała się od nowa. Zachciało jej się oglądać miejskie meliny… Teraz trochę zajmie, zanim znowu będzie mogła udawać zwyczajnego gościa, w rzeczywistości popijając powietrze.

Nie mogła obwiniać karczmarza o pewną dozę ostrożności. Samotna kobieta w takim miejscu nie była normalnym widokiem. A Lyft dopiero teraz się zorientowała, że ani razu nikt jej nie zaczepił. Doskonale zdawała sobie sprawę, jaką potrafi roztaczać aurę, tylko rzadko kiedy miała okazję się o tym przekonać. I zwykle nie wyróżniała się nią tak bardzo jak tutaj.

W końcu oko Lyft wyłowiło ruch, którego oczekiwała. Przez tłum przepychał się chudy jak szczapa mężczyzna ze szczeciną ciemnych włosów. Z jednej strony postura pozwalała mu wcisnąć się w miejsca niedostępne dla innych ludzi, tych bardziej przy kości, z drugiej wyglądał tak zwyczajnie, że mało kto w ogóle go zauważał. Raz nawet prawie został zmiażdżony przez cofającego się pod ścianę mięśniaka, ale wyślizgnął się z opałów z wyjątkową zręcznością. Przypominał wijącą się łasicę. Nie tylko z wyglądu, ale też i z zachowania.

Krętacz rozejrzał się nerwowo tuż przed jej stolikiem. Jego kaprawe oczka również zdradzały… pewną elastyczność w kontaktach międzyludzkich. Takim jak on nie można było ufać. Nie żeby Lyft była w swojej obecnej sytuacji gotowa zaufać komukolwiek. Przymuszały ją do tego okoliczności. Musiała zadawać się z takimi chodzącymi żmijami jak Krętacz, żeby w ogóle przetrwać. Bez perspektyw na pracę zarówno w ozgardach, jak i manufakturach, nie zostawało jej dużo możliwości. Jeszcze mniej niż mało.

Wmawiała sobie, że tylko dlatego musi teraz patrzeć w te rozbiegane, ciemne oczka naprzeciwko niej. Prawda była taka, że pomimo wszystko lubiła gadać z Krętaczem.

– Masz to? – spytała od razu.

– A co mam nie mieć, pff – prychnął złodziej.

Lyft miała dość rozumu, by nie kwestionować jego biegłości w uprawianej przez niego profesji i nie domagała się naocznego dowodu, skoro tamten nie kwapił się wyciągać towaru na wierzch. Może to i lepiej. Jeszcze ktoś pomyśli, że to srebro, i uzna, że taka ilość zwyczajnie nie przystaje jednej osobie, i postanowi podzielić się tym bogactwem siłą.

Zamiast tego skierowała rozmowę na dobrze znane im wody.

– Widziałam dzisiaj kolejne obsmarowane krzyże. W życiu bym nie pomyślała, że zwalczających Zakon idiotów może być w tym mieście jeszcze więcej. Spodziewają się spotkać łowcę w samym sercu cesarstwa?

– Nikomu nie szkodzą – odchrząknął Krętacz. – Przynajmniej jeszcze nie dotarliśmy do punktu, w którym nie będzie się dało przejść ulicą bez okazania jakiegoś antyardeńskiego tatuażu na samym środku czoła.

– A myślisz, że do czegoś takiego zmierzamy?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Lata lecą, a konflikt rośnie. Powiedziałbym, że sama musiałaś to zauważyć, w końcu proces trwa już dobre sześć lat. – Krętacz wygiął się całym ciałem pod dziwnym kątem, jak zdarzało mu się nader często. Obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem. – Gdybym tylko wiedział, co robiłaś przez ostatnie pięć. Może byłaś tak zajęta, że nawet Zmora udało ci się przeoczyć…

Lyft pozostała w bezruchu tylko dlatego, że choć obie siły ciągnące ją z miejsca były potężne, to działały w przeciwnych kierunkach. Dotkliwa potrzeba panicznej ucieczki starła się z przemożną ochotą poprawienia Krętaczowi krzywego nosa. W efekcie siedziała sztywno na ławie, mając nadzieję, że nie zdradziła za bardzo swojej reakcji.

Dobre sobie. Jak mogła nie zauważyć istnienia Zmora, skoro to przez niego była ścigana!

– Może lepiej się nie interesuj – warknęła przez zaciśnięte zęby.

Krętacz uniósł ręce w obronnym geście.

– Ależ przepraszam, że ośmieliłem się nieco z ciebie zażartować – zakpił. – Nie znamy się w końcu tak dobrze, Ruda. Ale o to przecież poniekąd chodzi. Ty masz swoje sekrety, ja mam swoje, i nikomu w ogóle to nie przeszkadza.

Lyft nie była pewna czemu, ale jakoś nie wierzyła w jego szczerość. Nie bez powodu poruszył ten temat. I w ogóle jakoś do tej pory nie sprawiał wrażenia osoby skorej do konfrontacji. Ani nie pytał wcześniej o jej przeszłość. O której wolała nawet nie myśleć, a co dopiero rozmawiać.

Koniec ozgardy Stalskiego okazał się nowym początkiem. Siedem lat później znalazła się tutaj. W podłym miejscu i podłym towarzystwie. Bez nadziei na lepsze jutro. A od utrzymania wszystkiego, co wydarzyło się pomiędzy, w tajemnicy zależało jej życie.

– Ale już dobrze, dobrze – próbował ją udobruchać Krętacz. – Nie spodziewałem się, że będziesz miała takiego stracha na samo wspomnienie o Zmorze. Chociaż rozumiem, że tacy jak ty mają się czego obawiać. Kto by pomyślał, że wstrzemięźliwość od przeprowadzenia rytuału okaże się tak przydatna. A to tylko dlatego, że brzydzą mnie wnętrza cudzych czaszek.

– Rzecz w tym, że Zmór może znajdować się absolutnie wszędzie, ale na pewno poza tym miastem. Myślisz, że cesarscy pozwoliliby mu polować w ich ukochanej stolicy Mokkai?

– Myślę, że jeśli chociaż połowa krążących o nim legend jest prawdą, to nie cesarskim idzie decydować o tym, co mu wolno, a czego nie wolno. A wystarczy, że tylko jedna z tych plotek okaże się prawdziwa. Na przykład taka, że Zmór szuka coraz to większych wyzwań. Gdzie, jak nie w Trybycie, znajdzie największe z nich? Nie wspominając już o bufecie cieni, jaki tu na niego czeka.

Lyft nie była pewna, co powiedzieć, żeby w żaden sposób nie podrzucić mu pomysłu, że wie o Zmorze więcej, niż powinna. Problem polegał na tym, że każdy, nawet najgorszy ciemniak, miał wyrobioną opinię o „zgubie przywoływaczy”, nieważne jak niesłuszną. Człowiek nazywany przez Mokkajów Zmorem rzeczywiście nie obierał za cel ludzi, którzy nie przeprowadzili nigdy rytuału. Czyli – co za tym idzie – bez żadnego zdobytego razza ponad własne, którego i tak nie dało się nigdy przyzwać. Strach przed największym władcą cieni w spisanej historii był jak najbardziej naturalną reakcją. Tak się jednak składało, że akurat Lyft miała więcej dobrych powodów, by nie zostać rozpoznaną jako utalentowana przywoływaczka.

– Że niby najciemniej pod latarnią i właśnie dlatego ukrywa się tutaj? Być może. Ale bardzo wątpię.

– Dokładnie tak, najciemniej pod latarnią – odpowiedział z przekąsem Krętacz.

Ciarki przeszły po całym ciele Lyft. Zdała sobie sprawę, że nieopatrznie opisała własną sytuację. Jej własny pomysł na ukrycie się przed cesarskimi. W ciągu jednego oddechu zmieniło się jej postrzeganie otoczenia. Nagle Kichajec stał się zbyt ruchliwym miejscem. Nagle zwykłe pijaczki zmieniły się w poprzebieranych funkcjonariuszy Służby Cesarskiego Porządku. O ile w ogóle takowi istnieli. Ale jakoś w tym momencie Lyft ani trochę nie wątpiła w pogłoski dotyczące osobistej organizacji samego cesarza i jej zasięgów.

Jej wzrok znowu padł na karczmarza. Ich oczy znowu się spotkały. To nie mógł być przypadek, prawda? Nie, kiedy wyraźnie się wzdrygnął od jej spojrzenia. Jednego była teraz absolutnie pewna – poczuła nieodpartą potrzebę ulotnienia się z tego miejsca.

– Daj już ten towar – mruknęła cicho, żeby ukryć drżenie głosu, które sama obawiała się usłyszeć.

– Jasna sprawa. – Krętacz sięgnął do torby i położył płócienny woreczek na blacie. – Potośmy się w końcu spotkali.

Lyft porwała sakiewkę i od razu podniosła się z miejsca.

– Tak bez pożegnania…

Dokładnie tak, bez pożegnania. Lyft czuła, że i tak mogło być już dla niej za późno. Karczmarz wyglądał już całkiem na podenerwowanego. Stery zostały przejęte przez instynkty. Kiedyś wypominała Atto podobne zachowanie, bo na każdym kroku widział wrogów. Z czasem przekonała się, że w momencie takim jak ten tylko przesadna ostrożność mogła ją uratować. Nie miała czasu na myślenie. Musiała zaufać nabytym nawykom. A miała na ich budowanie długie trzy lata.

Rzuciła się ku głównym drzwiom. Zasadzka będzie czekała przy tylnym wyjściu, tam, gdzie karczmarz miał pełną kontrolę nad tym, czego, a raczej kogo nie widać z wewnątrz. Aura kłopotów, którą bezwiednie rozsiewała Lyft, tym razem nareszcie się do czegoś przydała. Przebijanie się przez tłum poszło jej znacznie szybciej i łatwiej niż wcześniej Krętaczowi. Większość ludzi uchodziła jej z drogi. Dopadła do drzwi. Wyszła wreszcie na nieco chłodniejsze powietrze.

I na jej głowę opadła ciemność w postaci grubego worka.

Natychmiast kucnęła i spróbowała się przeturlać do przodu – udało jej się połowicznie, bo ruch zahamowały czyjeś ręce, które zaczepiły o jej ramię. Co i tak było sukcesem, zważywszy, że miały na celu całkowicie przytrzymać ją w miejscu. Nieco niezgrabnie, ale udało jej się przetoczyć na plecy i ściągnąć z głowy worek.

Może nadszedł już wieczorny chłód, ale Istra wciąż świeciła gdzieś za wysokimi budowlami Trybytu i sprawiała, że w zaułku nadal było dosyć widno. Dzięki temu Lyft mogła szybko ocenić, że biegnie w jej stronę trzech napastników. Nie przypominali żołnierzy, ale tak zorganizowana akcja i tak na milę śmierdziała cesarskimi.

Adrenalina trzymała ją w garści, jeszcze zanim opuściła karczmę, więc nie zastanawiała się ani chwili i przyzwała wszystkie swoje cienie, jakie miała na podorędziu. Nie była w tym tak szybka jak Atto, ale powinna zdążyć stanąć na własnych nogach i w trzech osobach, zanim dopadnie ją tamta trójka.

Już szykowała się do ataku na nogi każdego z nich jednocześnie, kiedy z trwogą zobaczyła, że jej razza pojawiają się dużo dalej, niż planowała. Zamiast uformować się od razu po obu jej stronach, czarny dym wygiął się, jakby działała na niego jakaś niewidzialna siła, a potem śmignął w dal, nieustannie falując, jak pod wpływem chaotycznego wiatru. Nigdy czegoś takiego nie widziała. Lyft była tak zszokowana, że nawet nie zauważyła, jak dwójka atakujących się rozdzieliła i zamiast skupiać się na niej, obrała za cel ledwo co tworzące się cienie. Zginęły, zanim zdążyły odebrać od niej jakikolwiek rozkaz.

Lyft wróciła do siebie w samą porę, by stawić minimalny opór. Miała za sobą lata pracy w ozgardzie Stalskiego, potem lata tułaczki i walki o życie w niemal każdym zakątku świata. I jeszcze nigdy nie została powalona tak łatwo. Ani się obejrzała, a leżała na brzuchu wypłaszczona pod ciężarem dwa razy większego od niej mężczyzny, z ramieniem boleśnie wykręconym w nierozerwalnym uścisku. Wiła się i spinała, ile tylko mogła, ale jej wysiłki nie trwały długo, bo w końcu zebrali się wokół niej pozostali i skrępowali tak ciasno, że nie pozostawili żadnego miejsca na ruch.

Nawet ona musiała przyznać, że została pokonana. Nie została jej żadna sztuczka, która byłaby w stanie wyciągnąć ją z takich tarapatów. Udawało jej się unikać pochwycenia tak długo… Aż wszystko przepadło w zaledwie parę chwil. Lyft dawno temu wyzbyła się nadziei co do rezultatu. Pogodziła się z faktem, że takie spotkanie nie może się dla niej skończyć niczym innym, jak tylko egzekucją.

Wszelkie inne przemyślenia zeszły na dalszy plan, kiedy podniesiono ją na nogi. Wyjątkowo delikatnie, biorąc pod uwagę, jak jeszcze przed chwilą ją traktowano. Ale w tym sęk. Nie stanowiła już żadnego zagrożenia. Mogli z nią zrobić, co tylko chcieli. Włącznie z wyprowadzeniem na milusi spacerek przy zachodzie słońca. Chociaż, sądząc po tym, jak szybko sobie z nią poradzili, robili to z przezorności, bo w rzeczywistości nigdy nie znajdowali się w prawdziwym niebezpieczeństwie.

Tyle że tamci dalej tylko stali, jakby na coś czekali. Bez słowa. W końcu z uliczki prowadzącej na tyły karczmy podeszły jeszcze trzy tak samo ubrane osoby. W grupie znalazła się nawet jedna kobieta. Cała szóstka wyglądała jednak podobnie. Ich stroje nie wyróżniałyby się ani na tej ulicy w środku dnia, ani w samym Kichajcu. Równie dobrze mogli czekać tam na nią, jeszcze zanim weszła do przybytku, a i tak by się na tym nie poznała. Ale to byłoby możliwe wyłącznie, jeśli wiedzieli, gdzie jej szukać.

Lyft westchnęła krótko, bo na więcej nie pozwalały jej ciasne więzy. To było takie oczywiste, kiedy było już za późno. Zaraz zza drugiej grupy cesarskich wyłonił się Krętacz. Jedno trzeba było mu przyznać. Nie wyglądał na zadowolonego z siebie. Pewnie podobnie jak karczmarzowi, który na pewno również brał udział w całej zasadzce, nie podobało mu się, czyją uwagę w ten sposób na siebie ściągnął.

– Nie będzie żadnych kłopotów? – spytał niepewnie Krętacz.

– To zależy wyłącznie od ciebie – odpowiedział mu grobowym tonem jeden z nich. Nic go nie obchodził złodziejaszek, który dostarczył im do rąk własnych jedną z najbardziej poszukiwanych osób w cesarstwie. – Gdzie schowałeś kamień?

Krętacz wskazał na sakiewkę z… Lyft na dobrą sprawę nie miała pojęcia z czym. Prawdopodobnie nie z zamówionym towarem. Mężczyzna przepytujący Krętacza sięgnął po przywiązany u pasa dziewczyny woreczek, wyciągnął z niego bladozielony kamyczek, a resztę rzucił złodziejowi, który zręcznie złapał go w locie. Biorąc pod uwagę, jak bardzo nie interesowało jej, co się zaraz z nią stanie, Lyft oddałaby bardzo dużo, by się dowiedzieć, co tak naprawdę odebrała od znajomego. Nie miała wątpliwości, czego przyjdzie jej się łatwiej dowiedzieć. Zwłaszcza kiedy Krętacz schował swoją przynętę i odszedł w coraz bardziej pogłębiający się cień zaułka.

To by było na tyle. Ucieczka od początku była jedynie ułudą. Lyft żegnała się z wolnością w momencie, w którym umówiła się na spotkanie w Kichajcu. Z życiem pewnie też.2

Cokolwiek dla niej planowali, mieli przygotowane sporo atrakcji. Nie zanosiło się na szybki stryczek. Czegoś jeszcze od niej chcieli.

Zostawili Lyft w pomieszczeniu, które bez dwóch zdań było pokojem przesłuchań. Z tym ważnym szczegółem, że nie przypominało sali tortur. Lyft siedziała przy ciężkim drewnianym stole, porysowanym poprzez lata zwojami łańcuchów i kajdan. Sądząc po śladach, takimi samymi, które skuwały obecnie ją. Dawały jej zaskakująco duże pole manewru. Mogła swobodnie poruszać rękami, wręcz podejść do obu krawędzi stołu. Nie mogła jedynie wyjść z pokoju. Poza tym zostawiono jej jedzenie i picie na czas oczekiwania. Gdyby uznać, że Lyft z jak najbardziej własnej woli chciała się tutaj znajdować, to można by nawet powiedzieć, że została całkiem nieźle ugoszczona.

Wszelkie podobne wrażenia rozwiewał sam pokój. Nie było w nim niczego, na czym można by zawiesić oko. Niczego, co pomogłoby zapomnieć, że znalazła się w potrzasku. Że prędzej czy później ktoś przejdzie przez jedyny obiekt zawarty w pustych szarych ścianach, w których były osadzone ledwo widoczne w panującym półmroku ponure drzwi. I że ktokolwiek się w nich zjawi, nie będzie miał jej do powiedzenia niczego miłego.

Może to właśnie było kolejną oznaką ciepłego przyjęcia w siedzibie scapów, że nie kazano jej długo czekać w tych warunkach? Ktoś nawet zapukał ostrzegawczo i dopiero wtedy wszedł do, jakby nie patrzeć, siebie. Było ich dwoje. Kobieta w zielonej pelerynie przyniosła lampę, którą oświetliła blat stołu, na którym chwilę później wylądowała cała sterta papierów. Niektóre powiązane sznurkami, inne zgrupowane w osobnych oprawach. Parę luźnych pergaminów przypominało listy charakterystyczne dla cesarskiej poczty. Drugim wizytatorem okazał się mężczyzna, chociaż Lyft ledwo udało się to dojrzeć spod jego obszernego kaptura. On za to przyniósł ze sobą tylko prymitywny taboret, na którym zresztą usadowił się w najciemniejszym kącie pokoju. Prawie nie dało się określić, że ktoś tam w ogóle siedzi, pomimo dodatkowego światła lampy.

Nie mogli mieć na nią aż tyle oskarżeń. W tych papierach kryło się coś więcej.

– Witam, jestem starsza śledcza Naymira – przedstawiła się kobieta. – Towarzyszyć nam będzie agent operacji polowych, Foley. – Nawet nie machnęła na niego ręką. Jakby naprawdę stał się elementem otoczenia.

– To nie jest ten moment, w którym okazuje się, że również powinnam się przedstawić, bo nie znacie mojej tożsamości, a wszystko okazuje się tylko koszmarnym nieporozumieniem? – rzuciła z przekąsem Lyft.

– Och, ależ to, że mamy do czynienia z nieporozumieniem, nie ulega żadnej wątpliwości – odparła starsza śledcza Naymira. – Właśnie po to się tutaj zebraliśmy. Żeby wreszcie wyjaśnić sobie parę spraw.

Lyft nie mogła się powstrzymać przed uniesieniem brwi. Czegoś takiego się kompletnie nie spodziewała. Zachowanie pani śledczej również nie pasowało do aparatu opresji, jakim niewątpliwie była grupa odpowiedzialna za cesarski porządek. Chyba że to nie w ich siedzibie została posadzona.

Lyft odchrząknęła.

– Myślałam, że porządek utrzymywany w Mokkai polega również na tym, że wszystko zostaje wyjaśnione zawczasu. Przewinienia, dowody, świadkowie, a już zwłaszcza proces i wyrok. – Naymira spojrzała na nią nieco skwaszonym wzrokiem, ale ona nie przestawała. – Czekam tylko na kolejne niespodzianki. Takie jak na przykład wczorajsze zachowanie moich cieni.

– Nie każdy meteoryt powoduje wygnanie razza – odezwał się ze swojego kąta agent Foley.

To niestety miało sens. Właśnie taki kawałek meteorytu podrzucił jej Krętacz na zlecenie scapów. O ile to właśnie oni zaatakowali ją pod Kichajcem. Kto wie, jakie narzędzia zwalczania przywoływaczy zapewnił swoim sługusom cesarz. Chociaż po ich metodach spodziewałaby się użycia regularnej stali meteorytowej. Takiej samej, jaką posługiwali się łowcy cieni z Ardenu. Obie grupy nie darzyły razza ciepłym uczuciem, choć z dalece innego powodu. W Mokkai po prostu nie tolerowano nieakredytowanych mordów na byle kim tylko po to, by zdobyć rytualnie parę cieni.

Dokładnie to, za co ścigano na terenie całego cesarstwa Lyft. Może jednak jej znalezienie się w tym miejscu świadczyło o istnieniu jakiejś sprawiedliwości na tym świecie.

– Widzę, że musimy zacząć od najważniejszej w tej chwili kwestii, bo mamy do omówienia dużo rzeczy, a te przepychanki słowne do niczego nie prowadzą. – Naymira ostrzegawczym spojrzeniem zażądała pełnej uwagi Lyft. – Wyprzedziliśmy funkcjonariuszy Służby Cesarskiego Porządku. Znajdujesz się w siedzibie Skryptorium. Nie będziesz odpowiadała za niepopełnione winy, tylko na nasze najwyższej wagi pytania.

Każde kolejne zdanie uderzało w Lyft jak ciężki młot, wbijając ją coraz głębiej w malutkie krzesło. Sama nie wiedziała, co gorsze. Szybki, acz oczywisty koniec z rąk scapów czy lochy Skryptorium, które miało być przecież tylko niezbyt ciekawą biblioteką, kolekcjonującą oprócz kurzu wiedzę na temat razza. A zamiast tego okazywało się, że dysponowali… śledczymi? Agentami? Operacyjnymi?!

Naprawdę nieźle się wpakowała. Przynajmniej jedno zdawało się zgadzać z jej wyobrażeniami: przesłuchanie wydawało się w tej chwili czymś wspaniale zwyczajnym.

Usatysfakcjonowana reakcją Lyft, śledcza Naymira usiadła w końcu na swoim miejscu. Otworzyła jedną z grubszych opraw z papierami i zaczęła czytać:

– Lyft, pochodząca z Zastanu, córka Wistreda i Syjvany. Oboje nieżyjący. Jeden brat, Lamgwin, również nieżyjący. Rodzice zginęli w wyniku ataku komisarzy posłanych z ramienia Białego Zamku. Ustanowili przedtem precedens dotyczący tworzenia manufaktur opartych na pracy razza i zarządzania nimi na terenie całego kontynentu. Wistred i Syjvana byli odpowiedzialni za rozpoczęcie tegoż ruchu, powstanie nowej gałęzi przemysłu i w efekcie rozwoju gospodarczego. – Naymira wskazała palcem konkretny przypis, jakby miał on szczególne znaczenie. – Po wcieleniu Zastanu w granice Mokkai manufaktury te przestały stanowić bezpośrednie zagrożenie dla cesarstwa. Z tego też względu nie uznaje się ich za działanie szkodliwe dla kraju. – Naymira przewróciła kolejną stronę. – Brat, Lamgwin, został zabity rytualnie z ręki podmiotu, opisywanego przez powyższe akta. Prawdopodobnie za zgodą samego zabitego, co zostało ocenione na podstawie zeznań sugerujących, że ciało nie nosiło na sobie śladów walki. Świeżych śladów, co z kolei każe nam zakładać, że Lamgwin był już w tym momencie umierający.

Lyft pozostawało tylko patrzeć się tępo wytrzeszczonymi oczami na starszą śledczą, nie dowierzając, że ktokolwiek mógł zgromadzić tak dokładne informacje na jej temat. A co dopiero zgraja zasuszonych bibliotekarzy.

A Naymirze daleko było do skończenia.

– Następnie mamy okres rozwoju osobistego niebędący przedmiotem tego dochodzenia, aczkolwiek mający znaczenie w kontekście późniejszego dołączenia podmiotu do ozgardy niejakiego Stalskiego. Podmiot miał w tym czasie kontakt z następującymi osobnikami. – Naymira zaczęła wyliczać, podnosząc przy tym kolejne oprawy o różnych stopniach wypełnienia: – Thamper, pochodzący z Irrydy, nieżyjący. Bifenhofen, pochodzący z Ardenu, nieżyjący. Viosa, pochodząca z Zastanu, spokrewniona z podmiotem, nieżyjąca. Kraxer, pochodzący z Mokkai, ostatnie znane miejsce pobytu to skraj puszczy Brodwar. Dowódca ozgardy, Stalsky, pochodzący z Zastanu, i Testra, pochodząca z Tohiri, miejsca pobytu obojga nieznane. Aż wreszcie obiekt dochodzenia w osobie mężczyzny znanego jako Atto. – Naymira miała przed sobą jeszcze sporo stron poświęconych Lyft, ale zamiast czytać dalej, uniosła głowę znad papierów i zadała najważniejsze pytanie. – Co wydarzyło się w świątyni w Tohiri?

Tego, że będą zainteresowani osobą Atto, akurat mogła się domyślić. A konsekwencje wydarzeń w świątyni targały jej życiem przez wszystkie następujące siedem lat. Dlaczego nie miałyby również jej posłać w kajdanach przed przedstawicieli Skryptorium?

– Wydarzyło się bardzo dużo – odpowiedziała ostrożnie Lyft. – Mam skupiać się na czymś w szczególności?

– Wiemy, że to właśnie tam zginęli Thamper oraz Bifenhofen, a poważne rany odniósł Kraxer. Okoliczności nie mają dla nas wielkiego znaczenia, o ile nie wiążą się z rytuałem, który przeprowadził Atto. Bo chociaż nie mamy na to twardych dowodów, nie ma wątpliwości, że to właśnie on przejął razza uwięzione w najwyższej kapłance, Syratuzie.

Lyft skinęła głową. Zasadniczo wiedzieli wszystko, co najważniejsze.

– Obawiam się, że nie wiem, jak wyglądał sam rytuał. Byłam w tym czasie nieprzytomna. Wszystkie pozostałe zgony tego dnia były wyłącznie wynikiem rajdu skierowanego na świątynię. Poza jednym łowcą cieni, który starł się ze mną wraz z Atto i nie wyszedł z tego żywy.

Naymira skreśliła parę rzeczy w jej papierach, inne zaznaczyła, poza tym dopisała jedną notatkę.

– Czyli potwierdzasz wszystko, co odczytałam do tej pory? – mruknęła, nie odrywając wzroku od dokumentów.

– Na tyle, na ile mogę – westchnęła Lyft.

– Opisz nam, co się działo z Atto po przeprowadzeniu rytuału.

Lyft przełknęła z trudem ślinę. Nie żeby znajdowała się tu, by miło spędzić czas, ale to akurat były najgorsze wspomnienia, o jakie mogli ją spytać. Tylko czy powinna w tym momencie przejmować się czymś tak mało znaczącym jak własna wrażliwość? Nie powinna zamiast tego zastanawiać się, czy w ogóle z nimi współpracować? Nie widziała dla siebie innych opcji. Może to była tylko bardzo sprytna metoda uśpienia jej uwagi, ale wyglądało na to, że wcale nie życzą jej źle. Traktowali ją bardziej jako nieskłonnego do współpracy wspólnika niż więźnia. I być może nie mieli zamiaru wyciągać z niej wszystkiego siłą, co oznaczałoby, że to rzeczywiście od niej samej zależy, jak dużo się dowiedzą, tylko… Czy to źle, żeby Skryptorium wiedziało więcej o naturze Atto?

Jednego była pewna – nie powie im niczego, co wiązało się z uczuciem między nimi. Jedynie suche fakty.

– Z początku ignorował to, co się z nim stało. Albo przynajmniej nie podzielił się ze mną tym, co zachodziło w jego głowie. Często jednak wyglądał na zamyślonego, jakby toczył jakieś zajmujące dyskusje z samym sobą. Pierwszy raz, że coś jest nie tak, okazało się, kiedy Atto przyzwał wszystkie swoje cienie. Wyczyniały rzeczy niemożliwe do wykonania dla niego, ale przede wszystkim w ogóle go nie słuchały. Od tego momentu zaczęły się większe problemy. Atto już nigdy więcej nie był do końca sobą. Stopniowo tracił kontrolę. Im bardziej tracił kontrolę, tym częściej przyzywał cienie. A im więcej tych cieni przyzywał, tym mniej ich miał. – Lyft zrobiła pauzę i westchnęła głęboko.

Przymknęła oczy, zastanawiając się, jak ktokolwiek może traktować ją poważnie po tym, co właśnie powiedziała. Każdy powinien zdać sobie sprawę, że nie ma to najmniejszego sensu, bo wszyscy wiedzieli, że nie tak zachowują się razza. Kiedy jednak otworzyła powieki, zobaczyła tylko pilnie obserwującą ją kobietę.

– Nie rozumiałam, co się działo. Atto zdawał się wiedzieć więcej, ale dalej nie mogłam niczego z niego wyciągnąć. W pewnym momencie powiedział po prostu, że musi przeprowadzić rytuał. – Lyft wahała się przez chwilę, czy powinna zdradzać aż takie szczegóły, ale wszystko wskazywało na to, że nie oczekiwali od niej przyznania się do winy. – Za wszelką cenę. Nie byłam w stanie się do niego przebić ani przekonać żadnym racjonalnym argumentem. Nie zajmował sobie głowy zdobyciem żadnego listu gończego. Po prostu znalazł przywoływacza z zadowalającą liczbą razza. Po tym rytuale znowu się zmienił. Wrócił przynajmniej częściowo do dawnego siebie. Ale potem było już wyłącznie gorzej. Kolejne rytuały na coraz to bardziej bezbronnych ludziach. Nawet jeśli miało mu to przysporzyć tylko jedno razza. Byle więcej.

– Hmmm, to by się zgadzało – mruknęła Naymira zaciekawionym tonem, zupełnie jakby Lyft nie przyznała się właśnie do popełnienia wraz z Atto serii morderstw. – Z naszych źródeł wynika, że ostatni raz miałaś kontakt z obiektem dwa lub trzy lata temu. Jak doszło do waszego rozdzielenia?

Po raz kolejny Lyft była zaskoczona, jak dokładne informacje na ich temat posiadało Skryptorium. Jak to powiedziała sama śledcza – wszystko się zgadzało. Lyft zdała sobie sprawę, że osoba Atto budziła takie zainteresowanie nie tylko z powodu śladu trupów, jaki po sobie zostawiał. Za rytuałem przeprowadzonym w świątyni cienia kryło się coś znacznie bardziej złowrogiego. A co za tym idzie – i sam rajd, który skończył się rozpadem ozgardy Stalskiego, okazywał się coraz mniej przypadkowy.

– Doszło do tego, że Atto był w stanie rzucić wyzwanie całej ozgardzie. Samemu, choć nie w pojedynkę. Przy jednym z takich starć walka trwała na tyle długo, że nie tylko nie panował już nad swoimi cieniami, ale też nad tym, co się wokół niego działo. Jedno z jego razza obrało sobie za cel mnie. Gdyby Atto nie był tak szybki z przyzywaniem i odwoływaniem cieni, byłoby po mnie. Następnego dnia już go przy mnie nie było. Uznał, że nie może sobie pozwolić na narażanie mojego życia.

Lyft wzruszyła ramionami. Nie była to całkowicie zgrywana obojętność. Minęło już dość czasu, by zdążyła kolejno znienawidzić Atto, wybaczyć mu i zapomnieć. A raczej skupić się na własnych problemach. W końcu zostawił ją w pozycji poszukiwanej listem gończym na terenie całego cesarstwa i nie tylko. W odróżnieniu od niego nie była w stanie wybronić się przed ścigającymi ją ozgardami. Jedyną opcją było zaszycie się gdzieś. I długo jej się to udawało. Nie miała tylko pojęcia, kto zaczął podążać jej śladem.

– Obawiałaś się postawić Atto? – spytała ni stąd, ni zowąd Naymira. – Zmuszał cię do kolaboracji przy przeprowadzaniu nieakredytowanych rytuałów?

Lyft aż nie mogła uwierzyć, że ot tak otworzono przed nią furtkę do – być może nawet całkowitego – oczyszczenia z zarzutów. Jeszcze bardziej nie mogła uwierzyć, że sama na to wcześniej nie wpadła. O ile ktokolwiek potraktowałby poważnie takie wyparcie się winy. Porządkowi nie poświęciliby nawet chwili na refleksję przed wysłaniem jej na szafot. Ale tak naprawdę Lyft nigdy nawet o tym nie pomyślała. Za bardzo zależało jej na Atto, żeby kiedykolwiek rozpatrywać zostawienie go z tym samego. Czy to przed ich rozstaniem, czy po nim.

I nic w tym względzie się nie zmieniło. Teraz też nie była pewna, jak powinna odpowiedzieć.

– Dziwi mnie jedna rzecz – odparła zamiast tego. – Dlaczego nie mówicie na niego Zmór, jak wszyscy w tym zakichanym kraju?

– W Skryptorium wolimy nazywać rzeczy po imieniu…

– Czy ten człowiek naprawdę był nikim, zanim dołączył do ozgardy Stalskiego? – odezwał się nagle Foley, przypominając Lyft o swojej obecności, bo naprawdę zdążyła zapomnieć, że w pomieszczeniu znajduje się jeszcze trzecia osoba. – Nie mogliśmy prześledzić niczego z jego wcześniejszego życiorysu. To zwyczajnie niewykonalne. Prawda, Majonia nie jest rozległym krajem. Ale jest też tak… niewyjątkowa. Jedna wieś nie różni się niczym od drugiej. Trzeba by posłać setki ludzi i sprawdzić dosłownie każdy zawszony zakątek. A my wiemy jedynie, że Stalsky wraz ze swoją ozgardą wkroczył do Majonii od północy i tydzień później wyszedł z niej południową granicą.

– W waszym rozumieniu bez wątpienia był nikim – niemal warknęła Lyft.

– Nie ma powodu się obrażać – szybko uspokoiła ją Naymira. – Próbujemy tylko ustalić, jakim człowiekiem jest Atto. Dlaczego znalazł się w świątyni w czasie owego rajdu? Co mogło popchnąć go do tego jednego krytycznego rytuału?

– Dlaczego człowiek z majońskiej dziury staje się obiektem numer jeden na liście Skryptorium? – Foley na swój sposób przypieczętował wywód.

– Odpowiedzią na wszystkie te pytania jest Stalsky. Jego powinniście zapytać.

Lyft doskonale zdawała sobie sprawę, że na tym się nie skończy. Co innego jednak oddać im bez walki wszystko, czego tylko sobie życzyli, a co innego pokazać, że nie jest ich marionetką. Albo że mogą sobie bez konsekwencji mówić o Atto, co im się żywnie podoba, w ogóle go nie znając. Choć zasadniczo o to właśnie się rozchodziło.

Nie zaszkodziło też dać sobie trochę czasu do zastanowienia. Lyft nie myślała wiele o tym, jakie zrządzenie losu posłało tego prostego chłopaka ze wsi w tak mroczne odmęty. Nie licząc dnia rozpadnięcia się ozgardy, kiedy to sam Atto wygarnął Stalskiemu, co sądzi o tym, dlaczego to jemu przypadło zabicie najwyższej kapłanki w wyniku niebezpośredniego rozkazu dowódcy.

– Oczywiście, Stalsky włączył go do swojej ozgardy – przytaknął zmęczonym głosem Foley. – Możemy nawet przyjąć najprostszą możliwą odpowiedź i uznać, że zdecydował się dołączyć do rajdu dla samych pieniędzy. Ale jak spośród tych wszystkich najemników to właśnie ten chłopaczek dokonał tego, co nie miało prawa się wydarzyć?

– Włączenie Atto do ozgardy możecie uznać za dzieło przypadku. – Lyft zaczynała mieć dość zachowania agenta operacyjnego. – Mało mnie obchodzi, jak to sobie wytłumaczycie. Z kolei co do rajdu, Stalsky wyruszył na niego z innym zamiarem niż ten wyznaczony przez jego organizatorów. Z wręcz przeciwnym. Jego celem było bezpośrednie przeciwdziałanie zgromadzonym ozgardom. Więcej na ten temat nie mogę powiedzieć, bo nie znam szczegółów. Stalsky nigdy nam nie zdradził, czego dowiedział się od swojego informatora. Dość powiedzieć, że Atto przeprowadził rytuał, myśląc, że wykonuje w ten sposób rozkazy Stalskiego.

– Jak się nazywał ten informator? – Do rozmowy znowu włączyła się Naymira.

Lyft musiała porządnie się skupić, a i tak nie miała pojęcia, jakim cudem odgrzebała z pamięci to jedno imię, które nie zagościło w jej życiu ani razu przez ostatnie siedem lat.

– Eghion.

Oboje członkowie Skryptorium wymienili znaczące spojrzenia.

– No dobrze – zaczęła Naymira. – Raczej więcej się już od ciebie nie dowiemy. Natomiast, żebyś mogła nam teraz odpowiednio pomóc, ty musisz się dowiedzieć wszystkiego, co trzeba, od nas.

– Mianowicie? – spytała niepewnie Lyft, chociaż w tym momencie nic już nie powinno jej w tej rozmowie zaskakiwać.

– Czym stał się Atto.

– Poza byciem postrachem całego kontynentu? Poza tym, że straszy się nim krnąbrne dzieci? Poza tym, że stał się dla zwolenników nauk Białego Zamku symbolem walki z przywoływaczami, i to nie tylko władcami cieni? I że dorobił się więcej imion i tytułów niż sam cesarz Mokkai?

– Jeśli nasze rozpoznanie sytuacji jest poprawne, to jedynego liczącego się tytułu jeszcze mu nie nadano.

O ile z jakiegoś powodu Naymira nie zamierzała się z nią podzielić tą nazwą, o tyle Foley nie miał takich samych oporów.

– Lorda nad cieniami.

W pokoju nastała głęboka cisza, chociaż Naymira nadal zdawała się nieporuszona rozwojem rozmowy. Niemniej przerwa nie brała się z tego, że oczekiwała jakiejś reakcji, bo po chwili sama kontynuowała:

– Atto wchłonął istoty, które aktualnie nazywamy określeniem „protorazza”. Jak sama nazwa wskazuje, to istoty niesłychanie stare. Starsze od jakiegokolwiek innego cienia, czyli od tych powiązanych z człowiekiem, z którego się poczęły. Nie wiemy, od kogo może pochodzić takie razza. Jeśli ich geneza również zależna była od organizmu żywego, jak w przypadku zwykłych razza, to z pewnością nie był nim człowiek.

Lyft czuła, że zasycha jej w ustach, ale co mogła poradzić. Po raz pierwszy kajdany zdawały się spełniać swoje zadanie, bo nie była pewna, czy chce tutaj przebywać i słuchać dalej. Naymira nie miała takich rozterek.

– Protorazza są świadome. Ta olbrzymia różnica sprawia, że ich egzystencja w rzeczywistym świecie ma swój koszt. Koszt, który ponosi posiadający je przywoływacz. Jeśli nie mają dostępu do niższych rzędem razza, zamiast tego pożywią się częścią swojego gospodarza. A dokładniej jego duszą.

– Jak pasożyt? – wychrypiała Lyft.

– Nie do końca. W przeciwieństwie do pasożytów ostatecznym celem protorazza jest wydostanie się ze swojego żywiciela.

Co za ulga…

– Od razu nadmienię tylko, że jedynym sposobem na osiągnięcie tego celu jest śmierć nosiciela – włączył się Foley. – Nierytualna.

Więc Atto, nawet gdyby chciał, nie mógł się ich pozbyć. Na jak straszny koniec został skazany w momencie, w którym przeprowadził tamten rytuał?

– Problem polega na tym, że uwolnienie w taki sposób protorazza jest szalenie ryzykowne. – Naymira znowu przejęła głos. – Tutaj opieramy się już wyłącznie na domysłach, właściwie starych legendach. I chociaż przez to nie można im ufać, mówią one jednoznacznie, że absolutnie nie można do tego dopuścić. Konsekwencje dla całego świata mogą okazać się katastrofalne.

Czy Lyft dobrze rozumiała, że Skryptorium zależało na utrzymaniu Atto przy życiu? To by było jakieś światełko w tunelu.

– Czy właśnie dlatego najwyższa kapłanka była tak dobrze chroniona?

– Wszystko na to wskazuje.

– Najwyraźniej niedostatecznie dobrze – mruknął z tyłu Foley.

Jakaś myśl trzepotała się z tyłu głowy Lyft, jakaś nieścisłość, która nie pasowała do reszty tego, co do tej pory usłyszała, ale nie mogła dojść, co to mogło być.

– Czy ja w takim razie dobrze myślę – zaczęła ostrożnie – że Atto kosztem swojej duszy pilnuje jakiegoś prastarego zła i dlatego zdobycie nad nim kontroli jest dla was absolutnym priorytetem?

– Bardzo trafnie podsumowane.

– I do czego jestem tutaj potrzebna ja? Nie żeby mi się źle z wami rozmawiało, ale przesiedziałam w tych łańcuchach ładne kilka godzin bez zmrużenia oka, spodziewając się najgorszego. To potrafi nieco źle wpłynąć na człowieka.

Lyft wolała nie sugerować, że ma pomóc im odnaleźć Atto. Niestety nie przychodził jej do głowy żaden inny powód, dla którego mogliby chcieć nie tylko wysłuchać jej wersji wydarzeń, ale też poinformować ją o losie Atto.

– Wbrew temu, co może ci się wydawać, nie mamy wobec ciebie złych zamiarów – oświadczył Foley, wstając z taboretu i dzwoniąc w drodze do stołu kluczami.

– Czyżby?

– Potrzebujemy kogoś, kto będzie w stanie się do niego przedrzeć.

Lyft zatrzymała się w miejscu, bo właśnie rozmasowywała sobie pierwszy uwolniony z kajdan nadgarstek.

– W charakterze misji wywiadowczej? Nie macie od tego swoich, lepiej wyszkolonych ludzi?

– Bardziej miałem na myśli dotarcie do niego jakiejś bliskiej mu osoby – odparł Foley, odpiąwszy drugą metalową klamrę i stukając się znacząco w głowę.

Chodziło mu o umysł Atto. Co zdecydowanie nie zgadzało się z faktami zawartymi w umyśle Lyft.

– To wy go tutaj macie?3

Jeśli zdobycie szczegółowych informacji na temat całego życia Lyft stawiało wywiad Skryptorium w osobie Naymiry w dobrym świetle, to schwytanie Atto stawiało Foleya i jemu podobnych w jeszcze lepszym. Lyft mogła z pełnym przekonaniem powiedzieć, że zrobiło to na niej większe wrażenie. Może po prostu wzięli go z zaskoczenia, ale w każdych innych okolicznościach uznałaby to za niemożliwe. A o takie okoliczności naprawdę było ciężko, bo Atto ledwo sypiał i zdawał się zawsze świadomy swojego otoczenia.

Lyft schodziła wraz z Foleyem ciasnymi schodami poniżej poziomu ziemi, w głębi ducha pragnąc, by nigdy się nie skończyły. Nawet jeśli Atto nie zmienił się zanadto przez ostatnie dwa lata, długa rozmowa z przedstawicielami Skryptorium zmieniła jej spojrzenie na całą sytuację bardziej, niż były w stanie zrobić to długie lata rozłąki. Może gdyby przez cały ten czas miała z nim kontakt, potrafiłaby przejść nad usłyszanymi rewelacjami do porządku dziennego. Zamiast tego czuła, że schodzi do głębokich czeluści zamieszkiwanych przez pradawnego zło, a nie do…

Właśnie. Kogo?

– Zostawimy was samych – powiedział cicho Foley – może łatwiej przyjdzie mu się otworzyć. Ale pamiętaj, on nie ruszy się stamtąd choćby na długość palca bez wyraźnej zgody zwierzchnictwa Skryptorium. Więc niczego nie próbuj, niczego mu nie obiecuj. Nie ma sensu działać za naszymi plecami. Cokolwiek uda wam się zdecydować, możesz w każdej chwili poprosić o moją obecność.

Lyft tylko skinęła głową. Agent wydawał się zakładać, że ona ma jakiś konkretny plan. Nie mógł się bardziej mylić.

Foley wskazał jej ostatnią celę na lewo i oddalił się miarowym krokiem. Dopiero teraz, kiedy Lyft znalazła się w korytarzu całkiem sama, mając za towarzystwo jedynie swój płytki oddech i ciężkie bicie serca, zdała sobie sprawę z pozostałych otaczających ją dźwięków. A dokładniej tylko okazyjnego kapania kropel wody i stłumionego metalicznego szurania.

I tej wilgoci odczuwalnej każdym koniuszkiem jej ciała.

Tak, w końcu przyszło jej znaleźć się w lochu z prawdziwego zdarzenia. Całkowicie pustym, nie licząc celi, w której miał siedzieć Atto. Czy taka izolacja bardziej świadczyła o samym Skryptorium i tym, że nie przetrzymywało wielu więźniów, czy może o naturze tego jednego konkretnego?

Nie pozostawało jej nic innego, jak podejść do niego. Ostrożnym krokiem zbliżyła się do celi – stopniowo mijała kolejne pręty krat, a między nimi wyłaniała się siedząca wysoka sylwetka. Sporo czasu zajęło Lyft określenie, czy to cienki strumień światła płata jej figle, czy to, co widzi, jest prawdą.

Jeśli na ławce siedziała żywa osoba, to naprawdę nic na to nie wskazywało. Równie dobrze mogła być to sztywna kukła. Nie dało się tego stwierdzić spod grubej warstwy metalu pokrywającego każdy kawałek zamkniętego w środku ciała. Lyft nie widziała żadnego otworu między płytami. Zakuty w matowo szarą zbroję człowiek siedział kompletnie nieruchomo. Nie dało się nawet stwierdzić, czy usłyszał przez blachy podejście Lyft.

Czy w ogóle żył.

– Atto? – spytała, bo nic lepszego nie przyszło jej do głowy.

Z początku odpowiedziała jej cisza. Już miała znowu się odezwać, kiedy w końcu zza hełmu doszedł ją zaskakująco czysty, spokojny głos. Znajomy głos, pomimo metalicznego echa.

– To ja jestem Atto.

Lyft wolała nie myśleć o istotach, które uzurpowały sobie prawo do nazywania się tym imieniem. A może podawały w wątpliwość jego tożsamość? Musiała pozostawać świadoma ich obecności, ale chciała skupić się na jedynej osobie, z którą przyszła rozmawiać.

– Jak się czujesz? – Kolejne proste pytanie, jedyne cisnące się jej w tym momencie na język.

Tym razem nie musiała długo czekać.

– Uwięziony. I rozdarty aż do utraty sił.

W odpowiedzi otrzymała coś oczywistego i coś dużo mniej zrozumiałego. Może i rozmawiali kiedyś na inne, bardziej przyziemne tematy, ale taka dychotomia w zachowaniu Atto pojawiła się, jeszcze zanim ją zostawił. Więc być może aż tak wiele się nie zmieniło.

– To ja, Lyft. – Od razu zdała sobie sprawę, że przedstawiła się podobnie do niego. – Rozpoznajesz mnie?

– Wydaje mi się, że cię rozpoznałem. Wtedy. Na pewno cię pamiętam. Ale nie rozumiem.

– Czego nie rozumiesz?

– Dlaczego nienawidzę tego, że tu jesteś. I dlaczego jedyne, czego pragnę, to cię objąć i poczuć twoją bliskość. Bez klatki.

Lyft aż przeszły ciarki, gdy to powiedział. Nie pamiętała, kiedy ostatnio usłyszała tyle emocji w jego głosie. A zarazem nie poruszył się przy tym ani kawałeczka. Jedynie jego głos świadczył o tym, że kryje się w nim jakieś życie. Życie ponad prostą egzystencję, będąc uziemionym w jednym miejscu. I chociaż znowu sam sobie zaprzeczał, Lyft nie wątpiła, że obie emocje były prawdziwe. Usłyszała dość, by przekonać się, że naprawdę nie może znieść jej obecności. Że gdyby mógł, być może zrobiłby jej krzywdę. A przynajmniej chciała tego jakaś jego część. Pytanie tylko: jak duża?

– Atto – Lyft musiała przerwać, bo wszystkie słowa, które układała sobie w głowie, jakoś natychmiast wydawały się kompletnie bez sensu – obawiam się, że oboje mamy kłopoty. Ty oczywiście większe. Ale jeśli mam chociaż spróbować pomóc ci się z nich wydostać, muszę mieć pewność, że pojmujesz wszystko, co mam ci do powiedzenia. Ty. Atto.

Cisza. Potem zobaczyła pierwszy ruch. Drgnięcie. Jakby zaatakowała go fala pojedynczego wstrząsu. A potem lekko się wyprostował i znowu zamarł w bezruchu.

– Dam radę – stęknął. Wypuścił ze świstem powietrze, jakby kosztowało go to wiele wysiłku. Towarzyszyło temu zarazem poczucie ulgi po wysiłku dobrze spożytkowanym. – Gdyby tylko tak na mnie nie naciskało. Byłoby znacznie łatwiej, cokolwiek mam dla ciebie zrobić.

– Pierwszy krok to wyciągnąć cię z tej zbroi. Jeśli Skryptorium ma rację, a w naszej obecnej sytuacji nie widzę innego wyjścia, jak po prostu im zaufać, to musimy działać. A czy nam się to podoba, czy nie, oznacza to współpracę z tymi ludźmi.

– A jak inaczej chcecie wyjść! – warknął Atto.

Lyft go zignorowała, chociaż ani trochę jej się to nie podobało.

– Oni chcą z tobą współpracować. Uważają, że podejmują ryzyko, ale są do tego zmuszeni. Myślę, że jestem dla nich zabezpieczeniem. Że dopóki mnie mają, są gotowi dać ci wolność. Nam nie robi to różnicy, bo i tak nie mamy innej opcji. Ale ja myślę, że mają rację. I to jest ważne. Ja ci ufam. Nie stanie mi się krzywda i z ich pomocą wyciągniemy cię z tego.

Atto wydał z siebie jakiś dziwny dźwięk, coś pomiędzy pomrukiem a bulgotaniem.

– Zamknęli nas. Zakuli, odcięli od światła. Pomóc tym, którzy popełnili najgorszą zbrodnię. Niewybaczalną. – Głos Atto zabrzmiał normalnie na jedną krótką chwilę: – Nie masz pojęcia, czego żądasz.

– Być może nie wiem, komu stawiam te żądania – odparła nieco rozeźlona Lyft – ale nawet jeśli tak bardzo ich nienawidzisz, wymagam jedynie, byś poświęcił jedno największe pragnienie, by osiągnąć drugie.

Atto roześmiał się głośno, tak że szczerze rozbawiony rechot rozszedł się echem po wszystkich celach. Lyft nie była pewna, co gorsze. To, że naprawdę go to śmieszyło, czy fakt, że jak zwykle w ogóle się przy tym nie poruszył. Zaniósł się rubasznym śmiechem, nie unosząc nawet głowy.

– I cóż by miały to być za pragnienia?

– Wolność kosztem zemsty.

To go uciszyło. Albo ich. Lyft naprawdę gubiła się w tym, kto w danym momencie przemawiał ustami Atto. Do tej pory odmawiała uznania ich obecności. Ale nie mogła się już dłużej okłamywać. Naymira mówiła prawdę. A odkąd Lyft zaczęła uwzględniać protorazza w swoich argumentach, Atto inaczej na nie reagował.

A jednak to do niego samego musiała się przebić. Atto musiał mieć chociaż tę minimalną kontrolę nad swoim ciałem, myślami, a w ostatecznym rozrachunku – nad swoim losem. Inaczej nic nie miało sensu, a moment, w którym opadną kajdany, może być ostatnim momentem dla wszystkich w jego otoczeniu. Nie będzie rozróżnienia między wrogami a przyjaciółmi. Ani kochanką.

– Uciekłeś ode mnie i doprowadziło cię to tutaj – spróbowała raz jeszcze Lyft. – A potem mnie doprowadziło do ciebie. To już nie zależy wyłącznie od nas. Nigdy też nie zależało wyłącznie od ciebie. Nie masz innego wyjścia.

– Nie, nie ma – mruknął Atto.

– Odzyskamy wolność – dodał odmienionym głosem Atto.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij