Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Strupki - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 stycznia 2020
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Strupki - ebook

"Oto narodziła się pisarka"

/Joanna Bator/

Czy można pozostać sobą, gdy ktoś bliski straci pamięć i zapomni, kim jesteśmy?

Hanna Maj żyła po cichu, a jej życie skończyło się na długo przed śmiercią. Choroba sprawiła, że przestała rozpoznawać żyjących, za to coraz częściej odwiedzali ją zmarli.

Pola wraca do rodzinnego domu dzień przed pogrzebem babki. Chce odzyskać wspomnienia, które straciła Hanna. Wchodzi w pamięć jak w pokutę. Co stało się z bratem babki, który pewnego dnia zniknął? Skąd w siostrze Hanny tyle złości i goryczy?

Czy Pola zdoła odkryć to, o czym wszyscy w rodzinie milczą?

Paulina Jóźwik pisze z czułością i wrażliwością na drugiego człowieka. Strupki to opowiedziana ciepłym szeptem powieść o godzeniu się z życiem, pamięci i rodzinnym domu, którego głos pozostaje w nas na zawsze.

Paulina Jóźwik - Krystaliczny debiut literacki

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-7179-1
Rozmiar pliku: 839 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W serii Proza PL ukazały się:

Sylwia Chutnik, _Jolanta_

Sylwia Chutnik, _W krainie czarów_

Anna Cieplak, _Lata powyżej zera_

Anna Cieplak, _Lekki bagaż_

Jacek Dehnel, _Krivoklat_

Zośka Papużanka, _On_

Zośka Papużanka, _Świat dla ciebie zrobiłem_

Zofia Posmysz, _Wakacje nad Adriatykiem_

Patrycja Pustkowiak, _Maszkaron_

Żanna Słoniowska, _Dom z witrażem_

Żanna Słoniowska, _Wyspa_

Magdalena Tulli, _Szum_

Magdalena Tulli, _Włoskie szpilki_

Michał Witkowski, _Fynf und cfancyś_

Michał Witkowski, _Margot_

Michał Witkowski, _Wymazane_

Michał Witkowski, _Drwal_

Więcej na:

www.seriaproza.pl1

Nie znam Boga ani ludzi, ale wiem, że są tacy, co żyją i umierają po cichu.

Cichą śmierć miała moja babka Hanna. Cichą śmierć miał jej brat Stefan. W ciszę zamienialiśmy nasze rozmowy. W milczenie wkładaliśmy to, co nas najbardziej bolało. Po cichu kochaliśmy tych, którzy byli nam przeznaczeni. Sprawy załatwialiśmy tak, żeby nikt przypadkiem nie usłyszał. To, co ważne, nosiliśmy w sobie, jak najcenniejszy skarb ukryty w koszach pełnych zboża, w które nikt nie miał odwagi włożyć ręki.

Żyliśmy na utrzymaniu strachu.

Po cichu uciekałam z rodzinnej wsi. W drodze gubiłam korzenie, ale one były jak pępowina, która oplotła mi wnętrzności grubym supłem. Mogłam uciekać jak najdalej, ale wciąż czułam jej ucisk. Przeszłość, która swymi mackami dopadała mnie w każdym możliwym miejscu i pozbawiała schronienia przed tożsamością.

Po cichu uciekałam, ale przez lata byłam jak ściana, która ma uszy. Moje uszy nasączyły się słowami. To bagaż, który noszę ze sobą wszędzie.

Kocham go i nienawidzę.

Opowiem tę historię, tak jak opowiadała mi życie babka. Zamienię to, co słyszałam, na zapisane słowa. Jeśli po cichu umrę, jak moja babka Hanna i jej brat Stefan, jeśli dopadnie mnie ciche życie, jak innych, których spotkałam na swojej drodze, słowa pozostaną głośne. Będą jak ten wiatr z zachodu, który wpada za górę, gdzie znajduje się moja rodzinna wieś, i przynosi zapach chleba albo gnoju.

A wszystko zaczęło się od kłopotów z zapominaniem.

To było wtedy, gdy zostałyśmy same: ja, moja siostra Irena i babka. Wtenczas babka stała się dla nas ojcem i matką. Zarobek podstępem wygnał naszych prawowitych opiekunów na Zachód. To był ten czas, kiedy ojciec przestał mówić, że jeszcze pół roku i wróci, a wtedy będziemy żyli w pałacu na miarę naszej wsi, w ocieplonym domu o pastelowej fasadzie, i posadzimy wysokie tuje, przez które ani jedno oko sąsiada nas nie dostrzeże. Będziemy się moczyli w dmuchanym basenie, a woda będzie nam sięgała do pasa.

„Obiecanki cacanki”, mówiła Irka. Ja też wiedziałam, że po wypadku mamy to niemożliwe, bo nasze dawne życie już nigdy się nie odnowi. Nawet jeśli zostawimy zapalone światła na noc, by w razie czego mogła trafić do domu.

W domu nie mieliśmy telefonu i na rozmowy z zagranicy babka umawiała się w sklepie. Przyszedł moment, gdy przestałyśmy nawet podnosić głowy, kiedy wracała z obietnicami, że ojciec przyjedzie na Wielkanoc, potem że na majówkę, może na Wszystkich Świętych, a już na pewno na Boże Narodzenie.

„Święte nigdy”, mruczała pod nosem Irena, więc babka przestała przynosić wieści.

Wtedy też coraz częściej zdarzało się, że babka czegoś szukała. Wchodziła do kuchni, otwierała szafki, wysuwała szuflady, a potem bezradnie opadała z sił, jak te latawce, które gubią wiatr. Nieraz siedziała w kuchni, w sieni, w piwnicy czy w szopie i mówiła: „Po co tu jestem?”. Zadawała to pytanie, nie oczekując od nikogo odpowiedzi. Jej ciało wyglądało, jakby ktoś spuścił z niego powietrze. Ręce bezwładnie zwisały po bokach, głowa była lekko pochylona. To właśnie w tych momentach nie potrafiła trafić pamięcią do celu.

Razem z Irką, nieświadome, co te znaki przyniosą za jakiś czas, pomagałyśmy jej poskładać w całość kroki, które zaprowadziły ją w dane miejsce. Pytałyśmy: a skąd przyszła, a co tam robiła, a kogo wcześniej spotkała, a co ma w kieszeniach. Wymieniałyśmy nazwy przedmiotów, które znajdowały się w najbliższym otoczeniu. A może po nożyczki przyszła, gdy zastygła przy maszynie do szycia. A może po jajka, skoro siedzi w kurniku. A może napełnić kocie miski, bo są puste – kiedy znajdowałyśmy ją w stodole.

– Dziecko, zapominam.

– Babciu, każdy zapomina.

– To coś innego. – Przygryzła wargę.

Widziałam, że to zdanie, które powtarzałam za każdym razem w takiej sytuacji, zaczynało ją złościć.

– Ja też zapominam, Irka zapomina. Pamiętasz, jak wstawiła ziemniaki na gaz i poszła w pole? Jedliśmy je potem jak z ogniska.

To wspomnienie wywołało uśmiech na twarzy babki, ale po chwili uśmiech zgasł. Oczy uciekały jej przed moim spojrzeniem. Szukała czegoś w myślach, a ja nie mogłam jej pomóc.

– To coś innego, dziecko. To coś innego. – Pokręciła głową, jakby odganiała od siebie własne słowa niczym złe duchy.

Na początku babka prędzej czy później przypominała sobie. Takie są prawa starości, myślałam. „Tak to już jest w tym wieku”, mówiły stare kobiety, kiedy babka narzekała na pamięć. „Wszystkich nas to przecież czeka. Trzeba jakoś z tym żyć”.

W końcu zapomniała wszystko.

Ubywanie pamięci to ubywanie życia. Ta choroba przenosi się na innych. To niepamiętanie zamienia się w perz wokół szyi, który odcina dopływ świata. Babka straciła pamięć, a wtedy w moim życiorysie powstały luki, których już nigdy nie uzupełnię. Nikt mi nie powiedział, że pamięć może zniknąć w człowieku całkowicie, że nic nie pozostanie. Że można zapomnieć, kim się jest. Że śmierć to nie koniec życia, ale jego część.

Teraz wchodzę w pamięć jak w pokutę. Wysuwam szuflady, otwieram szafy i szukam. Przysiadam w kącie i dziwię się, jak wiele nie pamiętam. Po chwili zatrzymuję się i nie potrafię uwierzyć, że pamięć nagromadziła tyle zapachów, dźwięków, tyle spojrzeń i westchnień, tyle odcieni nieba i zieleni. Błąkam się w niej. Dopytuję innych. A potem po cichu nie potrafię zrozumieć, że zapamiętali inaczej.

Wchodzę w pamięć jak w pokutę. Szukam, łączę strzępy i buduję z nich opowieść.2

– Narysuj mi flakon. – Babka uniosła wzrok znad gazety.

Chodziłam do podstawówki. W każdą niedzielę po obiedzie babka siadała przy oknie w swoim pokoju i czytała. Kupowała gazetę w kościele. Rozkładałam się obok z blokiem rysunkowym i kalkowałam przez papier śniadaniowy obrazki z książek. Jeden za drugim, jak maszyna. Mogłam siedzieć tak cały dzień. Bez jedzenia i picia.

– Nie umiem. – Spojrzałam na wazon z kolorowego szkła.

Lubiłam go za nieregularne kształty. Górna krawędź wyginała się w jęzory. Ledwo utrzymywał bukiet cynii o liściach jak papier ścierny. Kwiaty nie pasowały do niego. Ich płatki były niczym spełnienie marzeń o geometrii, a soczyste kolory, pomarańcz, róż i żółć, gryzły się z wyblakłym szkłem.

– Narysuj. Poczekam, aż się nauczysz. – Babka nie przestawała czytać.

Czekała, a ja rysowałam. Na początku niechętnie. Moja ręka nagle stawała się ciężka. Nieporadna. Jakby dłoń zamieniała się w grubą gałąź, którą próbuję trafić w ucho igielne. Z każdą kolejną próbą wiedziałam, że mam w głowie wszystkie linie, które dostrzega oko, ale na papierze pojawiały się zdeformowane kształty. Ta świadomość pchała mnie do przodu. Aż w końcu spod dłoni wyłonił się flakon. Koślawy i nieidealny, ale kiedy pokazałam obrazek Irce, bez trudu go rozpoznała.

– Narysuj mi piec – powiedziała innego dnia babka.

Obierała ziemniaki, a ja znów kalkowałam obrazki z książek.

– Babcia, daj mi spokój. Nie umiem.

– Ale flakon w końcu narysowałaś. – Wyprostowała się na niskim stołku.

– No narysowałam.

– To narysuj mi piec. – Wróciła do obierania.

– Nie umiem.

– Umiesz, umiesz, tylko jeszcze nie wiesz.

– A skąd ty to niby wiesz?

– Przecież widzę.

Rysowałam piec, a obok niego babkę pochyloną nad wiadrem. Mocno dociskałam ołówek do kartki. Grafitowe kontury połyskiwały, odbijając światło. Bolała mnie ręka, ale nie przestawałam. Policzki paliły mnie z ekscytacji. Rysowałam, jak babka obiera ziemniaki. Na obrazku kafle pieca były nierówne, a jej dłonie za duże. Nad piecem wisiały garnuszki. Na fajerkach stały garnki, z których buchała para. Narysowałam babkę bez twarzy, ale ja wiedziałam, że to ona.

– Chyba nie jestem taka gruba? – powiedziała, kiedy pokazałam jej gotowe dzieło.

– Nie jest źle. – Irka wzięła obrazek do ręki. – Wzór na chustce się zgadza. I na kubkach. Nawet na ścierce. To teraz narysuj mnie z babcią. Zrób nam portret.

Postawiły krzesła przed kuchennym stołem i usiadły. Rysowałam więc, a nieznana mi wcześniej siła dawała o sobie znać. Nie wiedziałam wtedy, że to właśnie na rysowaniu oprze się moje życie. Że z tego będę żyć. Że rysowanie będzie moim paliwem i punktem, do którego bez końca zmierzam.

– Nie wywalaj języka, bo ci krowa nasika – zawołała po piętnastu minutach Irka. – Długo jeszcze?

– Cicho, daj jej skończyć. – Babka objęła ją jedną ręką, ale Irka dalej się wierciła.

Na obrazku pozostało miejsce na jeszcze jedną postać. Brakowało mnie, więc do późnej nocy próbowałam uchwycić siebie, patrząc w pęknięte lusterko. Oczy piekły mnie od słabego światła. Zerkałam na odbicie. Raz po raz zmazywałam swoje rysy. To wtedy znienawidziłam tanią gumkę chlebową, która brudziła i niszczyła papier.

Babka oprawiła portret i umieściła go za szybą kredensu w swoim pokoju. Rysunek przetrwał do dziś. Wzięłam go ze sobą, kiedy zaczęła chorować.

Patrzę czasem na nasze twarze. Są płaskie i pulchne. Bez szczegółów. Bez faktury cery. Ale oczy są prawdziwe. Mimo że nie miałam wtedy warsztatu, oczy mi się udały. Po oczach poznaję, kim jesteśmy.

Patrzę na rysunek i wiem, że bez babki nie byłabym sobą.3

– Możesz wracać.

Głos Ireny w słuchawce nie wskazywał, że nadszedł już koniec. Nie był to głos kogoś, kto przekazuje wieść o śmierci, jednak od razu wiedziałam, co ma na myśli. Nigdy do mnie nie dzwoniła, nawet gdy z babką było źle. Babka umarła wieczorem, a Irka czekała do szóstej rano, żeby chwycić za telefon. Nie miałam jej tego za złe. Poczułam ulgę, że już po wszystkim, i strach przed tym, co wyczytałam z jej słów. Wiedziała, przed czym uciekam, choć nigdy nie powiedziała mi tego wprost. Nie kłóciłyśmy się też o moją nieobecność.

– Nie dam rady. – Spuściłam nogi z łóżka.

Blues położył ciepły pysk na moich kolanach, w nadziei, że zaraz zabiorę go na spacer. Zamilkłam i czekałam, aż pretensje wypłyną z Ireny wszystkimi porami jej ciała. Musiały się przecież gromadzić przez lata jak dodatkowa warstwa skóry. Teraz, gdy babki już nie ma, będzie mogła ją zrzucić.

Nic takiego nie nastąpiło.

– Pogrzeb w piątek o czternastej. – I zaraz w słuchawce rozległa się cisza.

Wstałam z łóżka i podeszłam do stołu, na którym leżały ślady niedokończonej pracy. Klawiaturę komputera zakrywały szkice. Część z nich spadła na podłogę. Na blacie walały się drewniane wiórki po ostrzeniu akwarelowych kredek. Woda w kubku przypominała kolorem muliste dno rzeki. Na porzuconych pędzlach zaschła farba. Wzięłam do ręki temperówkę. Używałam jej od dzieciństwa. Stary model, do którego wkładało się żyletkę, odziedziczyłam po siostrze. Irka nie korzystała z niej, ale też nie chciała mi jej oddać. Pamiętam, jak babka szepnęła jej coś na ucho i w końcu Irka ustąpiła. Dostałam to, czego chciałam. Ta przestarzała temperówka jest jedną z niewielu rzeczy, które wzięłam z domu. Żeby nią ostrzyć, potrzeba cierpliwości i wyczucia, bo każdy mocniejszy ruch może złamać ostrze.

Patrzyłam na ten bałagan, jakbym zaglądała prosto we własną głowę. Praca była moją wymówką, żeby nie wracać na wieś. Była moją ucieczką przed domem. Była próbą uporządkowania wszystkiego. Była życiem zatrzaśniętym w ścianach kawalerki. Zaślepką przed sumieniem.

Babka nie żyła dla mnie od trzech lat. Rzadko wracałam do domu. Najczęściej na święta. I w końcu nastąpił moment, gdy mimo że była, zniknęła na dobre.

Jej oczy zamieniły się w ślepia pisklęcia wyrzuconego z gniazda. Siedziała na wózku i dygotała. Jakby pod warstwą pomarszczonej skóry i resztek mięśni trzepotało jakieś zwierzątko, rozpaczliwie próbujące się uwolnić. Spod resztki włosów wyglądała goła skóra. Babka przypominała nieopierzonego, bezradnego ptaszka. Ciało było na wykończeniu i dusza męczyła się w środku. Tak to sobie tłumaczyłam, dopóki w poradniku dla opiekunów chorych nie wyczytałam, że w tym stadium choroby człowiek nie ma już świadomości.

Przestałam do niej mówić, kiedy jej słowa zredukowały się do pojedynczych sylab. Powstał z tego język nie do odszyfrowania nawet przez najlepszych uczonych. Ten kod po prostu nic nie oznaczał.

Irena korzystała z mojej obecności. Zostawiała mnie z babką sam na sam. Obserwowałam, jak babka mamrocze. Rosło we mnie uczucie podobne do tego, które mnie ogarnęło, kiedy po raz pierwszy w dorosłym życiu wybrałam się do zoo i to, co tam zobaczyłam, zaczęło mnie uwierać. Moja wina siedziała przede mną. Wstydziłam się tych myśli jak cholera.

Potem przestałam się łudzić, że cokolwiek się zmieni.

Alzheimer wysysał z babki życie. Zdawałam sobie sprawę, że nie mogę nic poradzić, nie jestem w stanie jej ulżyć. Nawet jeśli spróbuję, wypłynie z niej nieartykułowany dźwięk, który wbije się prosto w moje serce.

Kiedy to wszystko się zaczęło, głowę zablokowała mi pustka. Nie wiedziałam, co mam myśleć, co mam z tym zrobić. Potem głowa wypełniała się pytaniami, od których gęstniało powietrze. Pytałam: dlaczego? Jeszcze później: jak długo to potrwa? I to błaganie, stale powracająca myśl. Niech umrze, niech umrze we śnie. Niech odejdzie po cichu.

Na koniec, patrząc na to zamieranie, zaczęłam rozumieć, że człowiek istnieje, dopóki pamięta. Pozostaje sobą, dopóki potrafi kochać i wie, do kogo kieruje swoje uczucia. Zastanawiałam się, czy sama to jeszcze potrafię.

Nie ma nic gorszego niż to, że śmierć człowieka następuje dużo wcześniej, zanim umrze jego ciało. Tym była ta choroba. Śmierć każdego dnia. Kawałek po kawałku. Śmierć siedziała na wózku, w serdaku, grubych rajstopach i góralskich kapciach, i poruszała ledwo widoczną linią warg. Śmierć z rodzaju takich, co nie są jednorazowym wydarzeniem, ale rozciągają się na lata. Śmierć, która zawsze miała zwyczaj przynosić żałobę w prezencie, tym razem jakby pomyliła daty. Jakby zaszła pomyłka i wręczała go na długo przed tym, zanim ciało zostanie złożone do ziemi.

Myślałam o tym, na co babce były te wszystkie modlitwy, te pacierze, klękanie każdego wieczora i ranka. Na co te różańce, nabożeństwa majowe. Na co te msze, roraty i litanie. Na co to jej: „Jak Bóg da”. Na co to wszystko, skoro tak wygląda koniec.

Tamtego ranka, kiedy w słuchawce rozległa się cisza, nie chciałam jechać, nie chciałam tam wracać. Nie mogłam też postawić na swoim, bo chodziło o nią. O babkę. O moją babuszkę.

Pakowałam plecak, a Blues warował pod drzwiami. Zwlekałam, ale jemu się śpieszyło i skomleniem próbował przywołać mnie do porządku. Gdzieś przepadła moja czarna spódnica, która pamiętała jeszcze czasy studiów. Gdy w końcu ją znalazłam, nie było odwrotu. Miałam wszystko, czego potrzebowałam. Zawahałam się jeszcze nad szkicownikiem. Ale przecież jechałam tylko na chwilę. Góra cztery dni. Nie będzie okazji, żeby rysować. Wyszłam z mieszkania. Blues zbiegł po schodach, zanim zdążyłam zamknąć drzwi na wszystkie zamki, także na te, których rzadko używałam. Ruszyłam za nim, a potem w połowie schodów zawróciłam na czwarte piętro. Do przedniej kieszeni plecaka wcisnęłam kieszonkowy szkicownik i filcowy piórnik, który zwijało się w rulon. Moje talizmany.

Kiedy szliśmy na dworzec, Blues ciągnął mnie na smyczy. Nie skarciłam go. Myślałam o tym, co mówiła mi kiedyś babka. Opowiadała, że dawniej na grobach sadzono drzewa. Pokazała mi brzozowy lasek, który wzbijał się w niebo na obrzeżach starego cmentarza. Mówiła, że niektóre z tych drzew to zmarli z naszej rodziny, że po śmierci sięgają gałęziami aż do chmur. Chciałam się stać, tak jak drzewa, domem dla ptactwa, owadów i wiewiórek.

Drzewa usychały, jeśli nikt nie opłakiwał śmierci swoich bliskich. Tak twierdziła babka.

Płakałam po niej od lat. Dlatego tamtego ranka, kiedy w słuchawce rozległa się cisza, nie wiedziałam, czy mam w sobie jeszcze łzy.4

Podczas jednych z moich odwiedzin babka siedziała z zamglonymi oczami, które wyglądały jak szklane guziki wetknięte w zasuszoną rodzynkę. Opowiadała mi, że na szeroką drogę między polami, nazywaną we wsi wygonem, przyjechał papież. Ludzie wylegli na łąki i stali nawet w grząskich rowach, żeby przywitać przybysza, świętego za życia, jak mówiło się o nim od wielu lat.

Opowiadała, że to była piękna procesja, grała orkiestra, a młody organista śpiewał, jakby dawał koncert życia. Nawet stare baby, jak to się nie zdarzało nigdy, dotrzymywały mu tempa. Tak głośno śpiewał, powtarzała, tak cudownie, że było go słychać nawet tutaj, w kuchni.

Irena, nie zważając na jej słowa, krążyła wokół niej jak natrętna mucha. Nachylała się nad jej siwą głową i wciąż zadawała to samo pytanie: czy pamięta? Nie czekała na reakcję babki. Sama odpowiadała, wskazując na mnie, że jestem Pola, córka jej jedynego syna z małżeństwa z jego jedyną żoną, z domu tego i tego, z tej samej wsi, czyli jej wnuczka, krew z krwi. Babka kiwała głową. Wpatrywała się we mnie, powtarzając, że dobrze wie, kim jestem. Niech Irena w końcu zostawi ją w spokoju.

– Czy to peruka? – Babka dotknęła moich włosów.

Zwykła o to pytać zawsze, kiedy widziała kogoś, czyj wygląd wydawał jej się nienaturalny.

– To moje włosy, babuszko – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Nie dowierzała mi. Przechyliła głowę i jeszcze przez kilka sekund przypatrywała się moim włosom. Były pogniecione, jakbym obudziła się po nocy przespanej z mokrą głową. Miały bardziej kolor uschłego liścia niż ognisty rudy, tak pożądany przez wiele kobiet. Babka gładziła nieregularnie skręcone pasma, jakby chciała z nich wyczytać, kim jestem.

– Opalałaś się przez sitko? – Wskazała na moje policzki. Z jej oczu na moment odeszła mgła i rozpromieniły się tak jak dawniej, kiedy zdarzało jej się zażartować.

To pytanie o włosy musiało dotknąć też Irenę. Zaczęła snuć te swoje historie, gładko przechodząc z tematu na temat. Relacjonowała, na ilu weselach przetańczyła w tym roku do samego rana. Kto umarł za młodo. Kto z kim się pokłócił. Jaką politykę wprowadził nowy ksiądz. Kto na emigracji. Czyje dziecko zostało, tak jak my, kolejną w okolicy eurosierotą.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij