Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Strzał w próżnię - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 maja 2026
1099 pkt
punktów Virtualo

Strzał w próżnię - ebook

Maskowanie, kamuflaż, pozoracja – różne nazwy, jeden cel: zmylić przeciwnika. Od wieków sztuka ukrywania zamiarów i sił stanowiła fundament strategii wojennej, choć nie zawsze była właściwie doceniana, czego bolesne skutki ujawniły się np. na początku I wojny światowej. Autor przedstawia często mało znane przykłady działań maskujących z czasów II wojny światowej, ukazując, jak spryt, kamuflaż i dezinformacja potrafiły decydować o losach bitew.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18846-4
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WPROWADZENIE

Szef wysu­nię­tej sek­cji roz­po­zna­nia foto­gra­ficz­nego ame­ry­kań­skiej 9 armii powietrz­nej, z uwagą wpa­try­wał się w świeże zdję­cie lot­ni­cze, słu­cha­jąc wyja­śnień mło­dego porucz­nika.

– Jestem pewien, majo­rze, że jest to albo wysu­nięty punkt dowo­dze­nia, albo cen­trum łącz­no­ści. Pro­szę mi wie­rzyć.

Major Dri­scoll stu­dio­wał foto­gra­fie, na któ­rych wid­niały roz­rzu­cone w nie­ła­dzie zabu­do­wa­nia typo­wej, porzu­co­nej przez wła­ści­cieli fran­cu­skiej farmy, lekko uszko­dzo­nej ogniem arty­le­ryj­skim.

– Wygląda na nie­za­miesz­kaną, porucz­niku. Jeśli to prawda, co pan mówi, to gdzie są ich samo­chody?

– Tutaj, w tym lasku. Za dużo w nim gałęzi. O tej porze roku powinno być tro­chę mniej zie­leni. Praw­do­po­dob­nie dodano sporo sztucz­nego listo­wia. A stąd, o, z tego zagaj­nika, cho­dzą już pie­chotą. Wzdłuż tego żywo­płotu, do naj­więk­szej sto­doły. To jest cał­kiem nie­od­po­wied­nie miej­sce dla żywo­płotu, w ten spo­sób zama­sko­wano praw­do­po­dob­nie ścieżkę.

– A gdzie ich obrona? Jeżeli jest to ważny punkt dowo­dze­nia, to gdzieś w pobliżu powinny być sta­no­wi­ska arty­le­rii.

– Naj­praw­do­po­dob­niej w tej drew­nia­nej szo­pie. Stąd mają dobre pole ostrzału. I pro­szę popa­trzeć na te stogi. W tych stro­nach Fran­cji chłopi ukła­dają siano ina­czej, w dłu­gie sterty. W tym można zna­ko­mi­cie scho­wać działo prze­ciw­lot­ni­cze. Pro­szę porów­nać ze zdję­ciami sprzed dzie­się­ciu dni. O dwie drew­niane szopy wię­cej. I pro­szę porów­nać drogę. Tu led­wie widoczna, tu kole­iny głę­bo­kie. Widać, czę­sto uży­wana.

– Ale prze­cież mogli wyko­rzy­sty­wać ją Niemcy w cza­sie odwrotu – major nie był do końca prze­ko­nany.

– Oczy­wi­ście, ale ta kępa krza­ków? Nie mogły wyro­snąć w dzie­sięć dni! Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że w gałę­ziach prze­świ­tuje coś jak antena radaru, moż­liwe, że sys­temu Freya.

Zwy­kła opusz­czona farma. A jed­nak. Podej­rzany lasek i żywo­płot. Nie­ty­powa kopa siana, szybko rosnące krzaki i poja­wia­jące się nagle drew­niane szopy. Major Dri­scoll zde­cy­do­wał połą­czyć się ze szta­bem i zale­cić zbom­bar­do­wa­nie wylud­nio­nej farmy. Następ­nego dnia o świ­cie eska­dra maszyn P-47 Thun­der­bolt wystar­to­wała z lądo­wi­ska w Nor­man­dii. Nad farmą napo­tkała silną obronę prze­ciw­lot­ni­czą i z tru­dem wyko­nała zada­nie. Na kolej­nych zdję­ciach z nie­po­zor­nego lasku buchał czarny dym, cha­rak­te­ry­styczny dla pło­ną­cej ropy. Kilka dni póź­niej jeńcy ujęci przez żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skiego VII kor­pusu zeznali, że farma była waż­nym węzłem łącz­no­ści Wehr­machtu, a jej znisz­cze­nie spa­ra­li­żo­wało komu­ni­ka­cję w całym sek­to­rze frontu. Jeńcy dzi­wili się, że cen­trum zostało wykryte, mimo że było zna­ko­mi­cie zama­sko­wane przez dosko­na­łych spe­cja­li­stów z dzie­dziny kamu­flażu.ELEGANCKO CZY BEZPIECZNIE?

Masko­wa­nie, kamu­flaż, pozo­ra­cja. Różne są okre­śle­nia i ich zna­cze­nie, ale spro­wa­dzają się do jed­nego – jak zdez­o­rien­to­wać prze­ciw­nika.

Ukry­wa­nie swych zamia­rów i sił od wie­ków nale­żało do pod­sta­wo­wych obo­wiąz­ków wodzów, a jed­nak masko­wa­nie z tru­dem toro­wało sobie drogę do ich świa­do­mo­ści. Kiedy w 1912 roku fran­cu­ski mini­ster wojny Adol­phe Mes­simy ogło­sił swój pro­jekt wpro­wa­dze­nia umun­du­ro­wa­nia w kolo­rze ochron­nym, w całej Fran­cji zawrzało. Nie­szczę­snego mini­stra odże­gny­wano od czci i wiary. Na nic zdały się jego argu­menty, że żoł­nie­rza ubra­nego w nie­bie­ską bluzę, czer­wone spodnie i tra­dy­cyjne czer­wone kepi widać z bar­dzo daleka i staje się łatwym celem.

Brak wyobraźni i przy­wią­za­nie do tra­dy­cji miały się tra­gicz­nie zemścić w sierp­niu 1914 roku, gdy fran­cu­skie 3. i 4. armie roz­po­częły prze­ciw­na­tar­cie w Arde­nach. Ofi­ce­ro­wie – wycho­wan­ko­wie eli­tar­nej aka­de­mii St. Cyr – w kapią­cych od złota cza­kach, ze szpa­dami w dło­niach, ubrani w białe ręka­wiczki, masze­ro­wali na czele puł­ków odzia­nych w nie­bie­skie bluzy i czer­wone spodnie. Kwiat fran­cu­skiej mło­dzieży, jak na para­dzie, szedł na rzeź pod lufy nie­miec­kich kara­bi­nów maszy­no­wych, obsłu­gi­wa­nych przez nie­wi­docz­nych w leśnym listo­wiu żoł­nie­rzy, odzia­nych w nie­efek­towne mun­dury feld­grau. Heka­tomba pod Lon­gwy i Ros­si­gnol prze­ko­nała dopiero szta­bow­ców i poli­ty­ków, że wojna to nie ope­retka i warto poświę­cić dla bez­pie­czeń­stwa nawet pary­ski szyk.

Pierw­sza wojna świa­towa wpro­wa­dziła wiele nowych tech­nik masko­wa­nia. Począt­kowo konieczne było jedy­nie masko­wa­nie „pio­nowe”, od strony nie­przy­ja­ciela. Zasto­so­wa­nie balo­nów do kie­ro­wa­nia ogniem arty­le­rii, a póź­niej samo­lo­tów, zmu­siło do sto­so­wa­nia rów­nież „pozio­mego” masko­wa­nia, nie­jako od góry. Ale tylko w rejo­nie frontu, w stre­fie dzia­ła­nia arty­le­rii prze­ciw­nika. Mały zasięg samo­lo­tów i nie­wielki udźwig bom­bow­ców powo­do­wał, że zaple­cze frontu było bez­pieczne i takie nowinki tech­niczne jak siatki masku­jące nie cie­szyły się popu­lar­no­ścią. W końcu pierw­szy liczący się lot­ni­czy atak bom­bowy na Wyspy Bry­tyj­skie został prze­pro­wa­dzony w maju 1917 roku, kiedy to kil­ka­na­ście nie­miec­kich maszyn typu Gotha zbom­bar­do­wało nad­brzeżne mia­sto Fol­ke­stone i pobli­ską bazę woj­skową Shornc­liffe. Na drugi atak trzeba było cze­kać aż trzy tygo­dnie, do 17 czerwca, ale był on brze­mienny w skut­kach. Nalot 14 bom­bow­ców Gotha na Lon­dyn pobu­dził bry­tyj­skich poli­ty­ków i gene­ra­łów do bły­ska­wicz­nego dzia­ła­nia. Prze­ła­mano opory armii lądo­wej i mary­narki wojen­nej i utwo­rzono nie­za­leżne Kró­lew­skie Siły Powietrzne – RAF; zrzu­ciły one na Niemcy 543 tony bomb. Póź­niej nastał pokój i wraz z nim upa­dek sztuki masko­wa­nia. W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym sztuka ta nie roz­wi­jała się.

Wynie­sione z I wojny świa­to­wej doświad­cze­nia Fran­cuzi zasto­so­wali jedy­nie w budo­wie swej słyn­nej Linii Magi­nota. Cią­gnący się od Morza Śród­ziem­nego do gra­nicy bel­gij­skiej pas umoc­nień miał wpraw­dzie wiele luk, ale ukoń­czone przed wybu­chem wojny for­ty­fi­ka­cje zostały przy­go­to­wane dosko­nale nawet pod wzglę­dem masko­wa­nia. Poszcze­gólne budowle zna­ko­mi­cie wkom­po­no­wano w teren, przy­kryto zie­mią i obsa­dzono roślin­no­ścią. Kopuły wież obser­wa­cyj­nych, w zasa­dzie jedy­nych wysta­ją­cych ponad powierzch­nię kon­struk­cji, zostały pokryte spe­cjalną masą pochła­nia­jącą świa­tło i łatwą do poma­lo­wa­nia we wzory przy­po­mi­na­jące oko­liczną roślin­ność. W wielu przy­pad­kach w masę tę powty­kano auten­tyczne kamie­nie, prze­kształ­ca­jąc sta­lowo-beto­nową kon­struk­cję w nie­winny pagó­rek. Dla zmy­le­nia prze­ciw­nika w wielu miej­scach tak zwa­nych regio­nów umoc­nio­nych, bądź poszcze­gól­nych for­tów, usta­wiano meta­lowe „ślepe” wieże obser­wa­cyjne, nie odbie­ga­jące wyglą­dem od auten­tycz­nych, tyle że bez obsługi. Były to po pro­stu wetknięte w zie­mię cze­repy.

Wieże arty­le­ryj­skie Linii Magi­nota były w więk­szo­ści kon­struk­cjami rucho­mymi, wysu­wa­nymi z „dachu” umoc­nień za pomocą gigan­tycz­nych prze­ciw­wag. W pozy­cji „zło­żo­nej” wysta­wały zale­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów nad poziom ziemi i, prze­sło­nięte trawą, były prak­tycz­nie nie­wi­doczne. Inne kon­struk­cje zaopa­trzono już w trak­cie budowy w haki do zawie­sza­nia sia­tek maskow­ni­czych, umo­co­wy­wa­nia gałęzi itp.

Popeł­niono rów­nież błędy w kon­cep­cji masko­wa­nia Linii Magi­nota, a wyni­kały one z gene­ral­nego zało­że­nia fron­tal­nego ataku prze­ciw­nika, próby prze­ła­ma­nia jej, a nie obej­ścia. Łań­cuch for­ty­fi­ka­cji był dosko­nale zama­sko­wany od czoła, od strony Nie­miec, ale nie­mal cał­ko­wi­cie odkryty od tyłu. „Nie­wi­doczny” z lecą­cego pio­nowo nad nim samo­lotu, ale nie­zmier­nie łatwy do sfo­to­gra­fo­wa­nia od tyłu, od strony budyn­ków kosza­ro­wych i kwa­ter ofi­cer­skich, maga­zy­nów, torów kolejki dowo­żą­cej zaopa­trze­nie i amu­ni­cję. Krótko mówiąc, Linia Magi­nota była wzo­rem masko­wa­nia „pio­no­wego”.

Jakby na sprawę nie spoj­rzeć, Fran­cuzi uczy­nili jed­nak coś, w prze­ci­wień­stwie do Bry­tyj­czy­ków, któ­rzy nie przed­się­wzięli niczego, czy Ame­ry­ka­nów, któ­rzy wąt­piąc w przy­dat­ność masko­wa­nia, po pro­stu zlek­ce­wa­żyli je w swo­ich mię­dzy­wo­jen­nych pro­gra­mach szko­le­nia woj­sko­wego.SMOŁA I TROCINY PRZECIW LUFTWAFFE

W Wiel­kiej Bry­ta­nii dopiero po kry­zy­sie mona­chij­skim, we wrze­śniu 1938 roku, doko­nano prze­glądu stanu posia­da­nia i stwier­dzono, że poszcze­gólne rodzaje wojsk w zasa­dzie nie wypra­co­wały nawet naj­prost­szych form masko­wa­nia. Wyniki prze­glądu nie wzbu­dziły jed­nak więk­szego zain­te­re­so­wa­nia. W ciągu ostat­niego roku pokoju Armia Lądowa, RAF i Kró­lew­ska Mary­narka Wojenna oraz kilka depar­ta­men­tów mini­ste­rial­nych szpe­rały w spra­wach masko­wa­nia, każdy na wła­sną rękę, bez entu­zja­zmu i efek­tów. Sto­sun­kowo naj­wię­cej dys­ku­sji toczono w Siłach Powietrz­nych. Mini­ster­stwo Lot­nic­twa ock­nęło się wio­sną 1939 roku i stwier­dziło, że każda baza stała RAF winna zostać oto­czona wian­kiem lot­nisk, na które w przy­padku wybu­chu wojny powinny zostać prze­ba­zo­wane samo­loty, a część takich lot­nisk winna być pozo­ro­wana dla zmy­le­nia prze­ciw­nika. Stwier­dzono i nic. Dowódca lot­nic­twa myśliw­skiego, Air Chief Mar­shal Hugh Dowding, argu­men­to­wał, że nie należy nawet myśleć o lot­niskach pozo­ro­wa­nych, zanim RAF nie będzie miał wystar­cza­ją­cej liczby lot­nisk praw­dzi­wych. Inny pogląd wyra­żał Air Vice-Mar­shal Douglas Evill z lot­nic­twa bom­bo­wego, który twier­dził, że bazy stałe i lot­niska winny mieć dla ochrony „repliki nocne”, czyli usta­wione w szcze­rym polu świa­tła pozo­ru­jące nocą praw­dziwe lot­nisko. Ponadto lot­niska zastęp­cze winny być chro­nione usta­wio­nymi w pobliżu „repli­kami dzien­nymi”, czyli pozo­ro­wa­nymi lądo­wi­skami z makie­tami han­ga­rów, bara­ków pilo­tów, maga­zy­nów itp. Przed­sta­wi­ciel lot­nic­twa obrony wybrzeża, Air Chief Mar­shal Fre­de­rick Bowhill, w zasa­dzie akcep­to­wał ideę lot­nisk pozo­ro­wa­nych i nie miał nic prze­ciwko „repli­kom noc­nym”, ale był prze­ciw­ni­kiem „replik dzien­nych”.

Czas biegł, a dys­ku­sje trwały i dopiero w czerwcu 1939 roku posta­no­wiono, że wszyst­kie lot­ni­ska leżące na wschód od linii Southamp­ton–Bir­ming­ham–Perth otrzy­mają dla ochrony „repliki nocne”, a lot­ni­ska sate­li­tarne na doda­tek „repliki dzienne”. Decy­zja ta pozo­stała jed­nak tylko na papie­rze. Dopiero w końcu sierp­nia, kilka dni przed wybu­chem wojny, dowódca lot­nic­twa bom­bo­wego, Air Chief Mar­shal Edgar Ludlow-Hewitt, zna­lazł salo­mo­nowe wyj­ście – powie­rzyć pro­blem lot­nisk pozo­ro­wa­nych „ofi­ce­rowi posia­da­ją­cemu odpo­wied­nią ini­cja­tywę i siłę prze­bi­cia”. Wybrany został nim puł­kow­nik John Tur­ner, który peł­nił wów­czas funk­cję dyrek­tora do spraw budow­la­nych w Mini­ster­stwie Lot­nic­twa. Powie­rzono mu opra­co­wa­nie sys­temu „zwo­dze­nia samo­lo­tów prze­ciw­nika innymi meto­dami niż masko­wa­nie”. Samego masko­wa­nia nie chciało bowiem wypu­ścić z ręki odpo­wie­dzialne za nie Mini­ster­stwo Spraw Wewnętrz­nych. Puł­kow­nik Tur­ner miał dzia­łać w imie­niu wszyst­kich dowództw sił powietrz­nych, a jego biuro nazwano dla nie­po­znaki Depar­ta­men­tem puł­kow­nika Tur­nera.

Wybuch wojny w zasa­dzie nie przy­niósł żad­nej zmiany. Kam­pa­nia pol­ska trwała zbyt krótko, dowódz­two fran­cu­skie nie miało zamiaru wycią­gać z niej wnio­sków, ufa­jąc na­dal swoim dok­try­nom obron­nym. Dowódz­two nie­miec­kie uznało wła­sne kon­cep­cje za słuszne i spraw­dzone, a bry­tyj­skie na­dal nie wycho­dziło poza strefę dys­ku­sji. Podobna sytu­acja pano­wała w cza­sie tak zwa­nej „dziw­nej wojny”, traf­nie ochrzczo­nej „wojną sie­dzącą”. Pukano wpraw­dzie od czasu do czasu z Linii Magi­nota w kie­runku Linii Zyg­fryda i odwrot­nie, ale bez więk­szego prze­ko­na­nia. Obie strony sta­rały się zacho­wać nie­pi­sane poro­zu­mie­nie o prze­rwa­niu ognia. Alianci z braku woli walki, Niemcy zaś dla­tego, że zda­wali sobie sprawę ze sła­bo­ści swego „Westwallu” i koniecz­no­ści zyska­nia na cza­sie przed gene­ral­nym ata­kiem na zachód. W takiej sytu­acji zimą 1939–1940 roku nawet nie masko­wano spe­cjal­nie ruchów wła­snych wojsk i na śniegu widać było dokład­nie, jaki jest roz­kład dnia i zwy­czaje prze­ciw­nika po dru­giej stro­nie frontu.

Otrzeź­wie­nie przy­nio­sła dopiero klę­ska Fran­cji i Dun­kierka. Bry­tyj­skie Siły Eks­pe­dy­cyjne zosta­wiły po dru­giej stro­nie kanału La Man­che prze­szło 120 tysięcy pojaz­dów, 2300 dział, ponad 8 tysięcy cięż­kich kara­bi­nów maszy­no­wych, 90 tysięcy kara­bi­nów i prze­szło 7 tysięcy ton amu­ni­cji. Ewa­ku­acja żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów udała się wpraw­dzie zna­ko­mi­cie, ale – jak stwier­dził Win­ston Chur­chill w par­la­men­cie – „wojen nie wygrywa się ewa­ku­acjami”. A tu Wielka Bry­ta­nia została bez sprzętu koniecz­nego do pro­wa­dze­nia dzia­łań lądo­wych i z wid­mem rychłego desantu nie­zwy­cię­żo­nego dotych­czas Wehr­machtu.

Realna groźba inwa­zji nie­miec­kiej zakoń­czyła spory szta­bow­ców i puł­kow­nik Tur­ner otrzy­mał wresz­cie zezwo­le­nie pod­ję­cia kon­kret­nych dzia­łań. W czerwcu 1940 roku jego Depar­ta­ment uru­cho­mił pierw­szą „replikę nocną” zwaną „Punkt Q”.

Zasada dzia­ła­nia „Punktu Q” była pro­sta. Pod­czas noc­nego nalotu lub w chwili, gdy wykryto zbli­ża­jące się maszyny wroga, gaszono świa­tła na praw­dzi­wym lot­ni­sku, a zapa­lano na replice. Gdy wro­gie bom­bowce nad­la­ty­wały, świa­tła przy­ciem­niano tak, jak to czy­niono na praw­dzi­wych lądo­wi­skach. No i albo udało się prze­chy­trzyć nawi­ga­to­rów nie­miec­kich, albo nie. Od kunsztu auto­rów pozo­ra­cji i dys­cy­pliny obsługi „Punktu Q” zale­żało powo­dze­nie lub klę­ska i „spa­le­nie” fał­szy­wego lot­ni­ska.

Licz­nych prze­ciw­ni­ków „Punk­tów Q”, któ­rzy argu­men­to­wali, że mogą się one stać pułapką dla wła­snych noc­nych bom­bow­ców i myśliw­ców, prze­ko­nali do pomy­słu puł­kow­nika Tur­nera Niemcy. Do Mini­ster­stwa Lot­nic­twa zaczęły napły­wać mel­dunki z Kentu i Wschod­niej Anglii świad­czące, że piloci Jun­ker­sów, Hein­kli i Dornie­rów upodo­bali sobie „nocne repliki”. A kiedy nad­szedł raport z North Tud­den­ham, „Punktu Q” chro­nią­cego lot­ni­sko w Wat­ton, że był on bom­bar­do­wany przez dwie noce z rzędu, Depar­ta­ment puł­kow­nika Tur­nera otrzy­mał wolną rękę i popar­cie samego Win­stona Chur­chilla, który lubo­wał się w wojen­nych pod­stę­pach i tech­nicz­nych nowin­kach. W tym cza­sie Depar­ta­ment miał się też już czym pochwa­lić. Tech­nikę obsługi i pozo­ra­cji „Punk­tów Q” znacz­nie ulep­szono. Sto­jące rusz­to­wa­nie ze świa­tłami imi­tu­ją­cymi samo­lot zastą­piono lek­kim wóz­kiem napę­dza­nym spe­cjal­nym ładun­kiem pro­cho­wym, a pro­wa­dzo­nym przez drut roz­pięty na całej dłu­go­ści „pasa star­to­wego”. Kiedy zauwa­żono nad­la­tu­jące bom­bowce, zapa­lano usta­wione na wózku reflek­tory i odpa­lano elek­trycz­nie ładu­nek pro­chowy, tak dobrany, by wózek szybko nabrał pręd­ko­ści rów­nej lądu­ją­cemu samo­lotowi. Po prze­je­cha­niu około 650 metrów ładu­nek wypa­lał się, a wózek jechał jesz­cze roz­pę­dem jakieś 300–350 metrów i sta­wał, tak jak samo­lot po wylą­do­wa­niu.

Kolejny „patent” miał rów­nież imi­to­wać samo­lot. Reflek­tory, przy­mo­co­wane do lek­kiego rusz­to­wa­nia i zawie­szone na dru­cie, cią­gnięte były linką po zyg­za­ko­wa­tej tra­sie, przy­po­mi­na­ją­cej koło­wa­nie samo­lotu na start. W nocy, ze spo­rej wyso­ko­ści i przy dużej pręd­ko­ści, takie prze­su­wa­jące się świa­tła i paciorki lamp wyzna­cza­ją­cych „pas star­towy” do złu­dze­nia przy­po­mi­nały lot­ni­sko. Nic więc dziw­nego, że „repliki nocne” bar­dzo czę­sto brane były przez nie­miec­kich nawi­ga­to­rów za praw­dziwe lot­ni­ska. Cza­sem nawet zbyt czę­sto. Nie­miec­kie bom­bowce upodo­bały sobie do tego stop­nia jeden z „Punk­tów Q” w Szko­cji, że miesz­kańcy oko­licz­nych farm zażą­dali od władz ewa­ku­acji do pobli­skiego mia­steczka. Mieli już dość noc­nych hała­sów i cho­wa­nia się, na wszelki wypa­dek, w piw­ni­cach.

Dobre wyniki nie były moż­liwe bez wła­ści­wego roz­pla­no­wa­nia „Punk­tów Q” i zdy­scy­pli­no­wa­nej obsługi. Per­so­nel „Punk­tów Q” i dowo­dzący nim komen­danci lot­nisk praw­dzi­wych nie mieli lek­kiego życia z puł­kow­ni­kiem Tur­ne­rem, który potra­fił oso­bi­ście nad­zo­ro­wać pra­wi­dło­wość pracy „pozo­ran­tów” i nie prze­bie­rał w sło­wach, gdy dostrzegł nie­pra­wi­dło­wo­ści. Długo trwało, zanim jego Depar­ta­men­towi udało się wresz­cie prze­ko­nać tra­dy­cyj­nie myślą­cych ofi­ce­rów, że świa­tła „Punk­tów Q” są po to, by je włą­czać w nocy, a nie wyłą­czać na wieść o zbli­ża­ją­cym się nalo­cie; że nie należy mru­gać świa­tłami „noc­nej repliki” zapra­sza­jąco, bo tak nie robi obsługa żad­nego fak­tycz­nego lot­niska, a więc może to budzić podej­rze­nia; że należy przy­ciem­niać świa­tła, widząc zbli­ża­jący się samo­lot prze­ciw­nika, bo tak robi się na praw­dzi­wym lot­nisku.

Sys­te­ma­tyczne „dokrę­ca­nie śruby” spra­wiło, że wkrótce „Punkty Q” były w sta­nie oma­mić nocą nawet naj­wy­traw­niej­szego pilota. Nie­stety, rów­nież wła­snego. Pod­czas cięż­kich, ner­wo­wych nocy bitwy o Wielką Bry­ta­nię zda­rzało się, że piloci wła­snych maszyn usi­ło­wali wylą­do­wać na nie­ist­nie­ją­cych run­way­ach „noc­nych replik”. Nie zawsze poma­gało strze­la­nie czer­wo­nych rakiet ostrze­gaw­czych, mru­ga­nie lam­pami Aldisa czy wyga­sza­nie świa­teł. Sku­tek był wia­domy. W naj­lep­szym razie koń­czyło się na lecze­niu szpi­tal­nym. Pomo­gło rady­kal­nie dopiero wpro­wa­dze­nie jed­no­li­tego kodu zło­żo­nego z 9 czer­wo­nych lamp usta­wio­nych w poprzek „pasa star­to­wego” u jed­nego z jego koń­ców. Takie usta­wie­nie świa­teł mogło rów­nież ozna­czać koniec pasa i szczę­śli­wie nie wzbu­dziło podej­rzeń Niem­ców.

„Punkty Q” szczy­tową „popu­lar­no­ścią” cie­szyły się jesie­nią 1940 roku. Budo­wano je więc dalej i do końca 1941 roku uru­cho­miono około 100, cho­ciaż sta­wały się z wolna mało przy­datne. O ile bowiem jesie­nią 1940 roku „nocne repliki” ata­ko­wane były dwu­krot­nie czę­ściej niż lot­ni­ska praw­dziwe, o tyle w ostat­nim kwar­tale 1941 roku zano­to­wano tylko jeden nalot na „Punkt Q”. Tak czy ina­czej Luft­waffe ata­ko­wała świetlne kon­struk­cje Depar­ta­mentu puł­kow­nika Tur­nera prze­szło 350 razy, sypiąc w puste pole tony bomb i to w cza­sie, gdy pla­no­wała znisz­czyć RAF, otwie­ra­jąc drogę Wehr­mach­towi szy­ku­ją­cemu się do inwa­zji Wysp Bry­tyj­skich.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij