Strzał w próżnię - ebook
Maskowanie, kamuflaż, pozoracja – różne nazwy, jeden cel: zmylić przeciwnika. Od wieków sztuka ukrywania zamiarów i sił stanowiła fundament strategii wojennej, choć nie zawsze była właściwie doceniana, czego bolesne skutki ujawniły się np. na początku I wojny światowej. Autor przedstawia często mało znane przykłady działań maskujących z czasów II wojny światowej, ukazując, jak spryt, kamuflaż i dezinformacja potrafiły decydować o losach bitew.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18846-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Szef wysuniętej sekcji rozpoznania fotograficznego amerykańskiej 9 armii powietrznej, z uwagą wpatrywał się w świeże zdjęcie lotnicze, słuchając wyjaśnień młodego porucznika.
– Jestem pewien, majorze, że jest to albo wysunięty punkt dowodzenia, albo centrum łączności. Proszę mi wierzyć.
Major Driscoll studiował fotografie, na których widniały rozrzucone w nieładzie zabudowania typowej, porzuconej przez właścicieli francuskiej farmy, lekko uszkodzonej ogniem artyleryjskim.
– Wygląda na niezamieszkaną, poruczniku. Jeśli to prawda, co pan mówi, to gdzie są ich samochody?
– Tutaj, w tym lasku. Za dużo w nim gałęzi. O tej porze roku powinno być trochę mniej zieleni. Prawdopodobnie dodano sporo sztucznego listowia. A stąd, o, z tego zagajnika, chodzą już piechotą. Wzdłuż tego żywopłotu, do największej stodoły. To jest całkiem nieodpowiednie miejsce dla żywopłotu, w ten sposób zamaskowano prawdopodobnie ścieżkę.
– A gdzie ich obrona? Jeżeli jest to ważny punkt dowodzenia, to gdzieś w pobliżu powinny być stanowiska artylerii.
– Najprawdopodobniej w tej drewnianej szopie. Stąd mają dobre pole ostrzału. I proszę popatrzeć na te stogi. W tych stronach Francji chłopi układają siano inaczej, w długie sterty. W tym można znakomicie schować działo przeciwlotnicze. Proszę porównać ze zdjęciami sprzed dziesięciu dni. O dwie drewniane szopy więcej. I proszę porównać drogę. Tu ledwie widoczna, tu koleiny głębokie. Widać, często używana.
– Ale przecież mogli wykorzystywać ją Niemcy w czasie odwrotu – major nie był do końca przekonany.
– Oczywiście, ale ta kępa krzaków? Nie mogły wyrosnąć w dziesięć dni! Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że w gałęziach prześwituje coś jak antena radaru, możliwe, że systemu Freya.
Zwykła opuszczona farma. A jednak. Podejrzany lasek i żywopłot. Nietypowa kopa siana, szybko rosnące krzaki i pojawiające się nagle drewniane szopy. Major Driscoll zdecydował połączyć się ze sztabem i zalecić zbombardowanie wyludnionej farmy. Następnego dnia o świcie eskadra maszyn P-47 Thunderbolt wystartowała z lądowiska w Normandii. Nad farmą napotkała silną obronę przeciwlotniczą i z trudem wykonała zadanie. Na kolejnych zdjęciach z niepozornego lasku buchał czarny dym, charakterystyczny dla płonącej ropy. Kilka dni później jeńcy ujęci przez żołnierzy amerykańskiego VII korpusu zeznali, że farma była ważnym węzłem łączności Wehrmachtu, a jej zniszczenie sparaliżowało komunikację w całym sektorze frontu. Jeńcy dziwili się, że centrum zostało wykryte, mimo że było znakomicie zamaskowane przez doskonałych specjalistów z dziedziny kamuflażu.ELEGANCKO CZY BEZPIECZNIE?
Maskowanie, kamuflaż, pozoracja. Różne są określenia i ich znaczenie, ale sprowadzają się do jednego – jak zdezorientować przeciwnika.
Ukrywanie swych zamiarów i sił od wieków należało do podstawowych obowiązków wodzów, a jednak maskowanie z trudem torowało sobie drogę do ich świadomości. Kiedy w 1912 roku francuski minister wojny Adolphe Messimy ogłosił swój projekt wprowadzenia umundurowania w kolorze ochronnym, w całej Francji zawrzało. Nieszczęsnego ministra odżegnywano od czci i wiary. Na nic zdały się jego argumenty, że żołnierza ubranego w niebieską bluzę, czerwone spodnie i tradycyjne czerwone kepi widać z bardzo daleka i staje się łatwym celem.
Brak wyobraźni i przywiązanie do tradycji miały się tragicznie zemścić w sierpniu 1914 roku, gdy francuskie 3. i 4. armie rozpoczęły przeciwnatarcie w Ardenach. Oficerowie – wychowankowie elitarnej akademii St. Cyr – w kapiących od złota czakach, ze szpadami w dłoniach, ubrani w białe rękawiczki, maszerowali na czele pułków odzianych w niebieskie bluzy i czerwone spodnie. Kwiat francuskiej młodzieży, jak na paradzie, szedł na rzeź pod lufy niemieckich karabinów maszynowych, obsługiwanych przez niewidocznych w leśnym listowiu żołnierzy, odzianych w nieefektowne mundury feldgrau. Hekatomba pod Longwy i Rossignol przekonała dopiero sztabowców i polityków, że wojna to nie operetka i warto poświęcić dla bezpieczeństwa nawet paryski szyk.
Pierwsza wojna światowa wprowadziła wiele nowych technik maskowania. Początkowo konieczne było jedynie maskowanie „pionowe”, od strony nieprzyjaciela. Zastosowanie balonów do kierowania ogniem artylerii, a później samolotów, zmusiło do stosowania również „poziomego” maskowania, niejako od góry. Ale tylko w rejonie frontu, w strefie działania artylerii przeciwnika. Mały zasięg samolotów i niewielki udźwig bombowców powodował, że zaplecze frontu było bezpieczne i takie nowinki techniczne jak siatki maskujące nie cieszyły się popularnością. W końcu pierwszy liczący się lotniczy atak bombowy na Wyspy Brytyjskie został przeprowadzony w maju 1917 roku, kiedy to kilkanaście niemieckich maszyn typu Gotha zbombardowało nadbrzeżne miasto Folkestone i pobliską bazę wojskową Shorncliffe. Na drugi atak trzeba było czekać aż trzy tygodnie, do 17 czerwca, ale był on brzemienny w skutkach. Nalot 14 bombowców Gotha na Londyn pobudził brytyjskich polityków i generałów do błyskawicznego działania. Przełamano opory armii lądowej i marynarki wojennej i utworzono niezależne Królewskie Siły Powietrzne – RAF; zrzuciły one na Niemcy 543 tony bomb. Później nastał pokój i wraz z nim upadek sztuki maskowania. W okresie międzywojennym sztuka ta nie rozwijała się.
Wyniesione z I wojny światowej doświadczenia Francuzi zastosowali jedynie w budowie swej słynnej Linii Maginota. Ciągnący się od Morza Śródziemnego do granicy belgijskiej pas umocnień miał wprawdzie wiele luk, ale ukończone przed wybuchem wojny fortyfikacje zostały przygotowane doskonale nawet pod względem maskowania. Poszczególne budowle znakomicie wkomponowano w teren, przykryto ziemią i obsadzono roślinnością. Kopuły wież obserwacyjnych, w zasadzie jedynych wystających ponad powierzchnię konstrukcji, zostały pokryte specjalną masą pochłaniającą światło i łatwą do pomalowania we wzory przypominające okoliczną roślinność. W wielu przypadkach w masę tę powtykano autentyczne kamienie, przekształcając stalowo-betonową konstrukcję w niewinny pagórek. Dla zmylenia przeciwnika w wielu miejscach tak zwanych regionów umocnionych, bądź poszczególnych fortów, ustawiano metalowe „ślepe” wieże obserwacyjne, nie odbiegające wyglądem od autentycznych, tyle że bez obsługi. Były to po prostu wetknięte w ziemię czerepy.
Wieże artyleryjskie Linii Maginota były w większości konstrukcjami ruchomymi, wysuwanymi z „dachu” umocnień za pomocą gigantycznych przeciwwag. W pozycji „złożonej” wystawały zaledwie kilkanaście centymetrów nad poziom ziemi i, przesłonięte trawą, były praktycznie niewidoczne. Inne konstrukcje zaopatrzono już w trakcie budowy w haki do zawieszania siatek maskowniczych, umocowywania gałęzi itp.
Popełniono również błędy w koncepcji maskowania Linii Maginota, a wynikały one z generalnego założenia frontalnego ataku przeciwnika, próby przełamania jej, a nie obejścia. Łańcuch fortyfikacji był doskonale zamaskowany od czoła, od strony Niemiec, ale niemal całkowicie odkryty od tyłu. „Niewidoczny” z lecącego pionowo nad nim samolotu, ale niezmiernie łatwy do sfotografowania od tyłu, od strony budynków koszarowych i kwater oficerskich, magazynów, torów kolejki dowożącej zaopatrzenie i amunicję. Krótko mówiąc, Linia Maginota była wzorem maskowania „pionowego”.
Jakby na sprawę nie spojrzeć, Francuzi uczynili jednak coś, w przeciwieństwie do Brytyjczyków, którzy nie przedsięwzięli niczego, czy Amerykanów, którzy wątpiąc w przydatność maskowania, po prostu zlekceważyli je w swoich międzywojennych programach szkolenia wojskowego.SMOŁA I TROCINY PRZECIW LUFTWAFFE
W Wielkiej Brytanii dopiero po kryzysie monachijskim, we wrześniu 1938 roku, dokonano przeglądu stanu posiadania i stwierdzono, że poszczególne rodzaje wojsk w zasadzie nie wypracowały nawet najprostszych form maskowania. Wyniki przeglądu nie wzbudziły jednak większego zainteresowania. W ciągu ostatniego roku pokoju Armia Lądowa, RAF i Królewska Marynarka Wojenna oraz kilka departamentów ministerialnych szperały w sprawach maskowania, każdy na własną rękę, bez entuzjazmu i efektów. Stosunkowo najwięcej dyskusji toczono w Siłach Powietrznych. Ministerstwo Lotnictwa ocknęło się wiosną 1939 roku i stwierdziło, że każda baza stała RAF winna zostać otoczona wiankiem lotnisk, na które w przypadku wybuchu wojny powinny zostać przebazowane samoloty, a część takich lotnisk winna być pozorowana dla zmylenia przeciwnika. Stwierdzono i nic. Dowódca lotnictwa myśliwskiego, Air Chief Marshal Hugh Dowding, argumentował, że nie należy nawet myśleć o lotniskach pozorowanych, zanim RAF nie będzie miał wystarczającej liczby lotnisk prawdziwych. Inny pogląd wyrażał Air Vice-Marshal Douglas Evill z lotnictwa bombowego, który twierdził, że bazy stałe i lotniska winny mieć dla ochrony „repliki nocne”, czyli ustawione w szczerym polu światła pozorujące nocą prawdziwe lotnisko. Ponadto lotniska zastępcze winny być chronione ustawionymi w pobliżu „replikami dziennymi”, czyli pozorowanymi lądowiskami z makietami hangarów, baraków pilotów, magazynów itp. Przedstawiciel lotnictwa obrony wybrzeża, Air Chief Marshal Frederick Bowhill, w zasadzie akceptował ideę lotnisk pozorowanych i nie miał nic przeciwko „replikom nocnym”, ale był przeciwnikiem „replik dziennych”.
Czas biegł, a dyskusje trwały i dopiero w czerwcu 1939 roku postanowiono, że wszystkie lotniska leżące na wschód od linii Southampton–Birmingham–Perth otrzymają dla ochrony „repliki nocne”, a lotniska satelitarne na dodatek „repliki dzienne”. Decyzja ta pozostała jednak tylko na papierze. Dopiero w końcu sierpnia, kilka dni przed wybuchem wojny, dowódca lotnictwa bombowego, Air Chief Marshal Edgar Ludlow-Hewitt, znalazł salomonowe wyjście – powierzyć problem lotnisk pozorowanych „oficerowi posiadającemu odpowiednią inicjatywę i siłę przebicia”. Wybrany został nim pułkownik John Turner, który pełnił wówczas funkcję dyrektora do spraw budowlanych w Ministerstwie Lotnictwa. Powierzono mu opracowanie systemu „zwodzenia samolotów przeciwnika innymi metodami niż maskowanie”. Samego maskowania nie chciało bowiem wypuścić z ręki odpowiedzialne za nie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Pułkownik Turner miał działać w imieniu wszystkich dowództw sił powietrznych, a jego biuro nazwano dla niepoznaki Departamentem pułkownika Turnera.
Wybuch wojny w zasadzie nie przyniósł żadnej zmiany. Kampania polska trwała zbyt krótko, dowództwo francuskie nie miało zamiaru wyciągać z niej wniosków, ufając nadal swoim doktrynom obronnym. Dowództwo niemieckie uznało własne koncepcje za słuszne i sprawdzone, a brytyjskie nadal nie wychodziło poza strefę dyskusji. Podobna sytuacja panowała w czasie tak zwanej „dziwnej wojny”, trafnie ochrzczonej „wojną siedzącą”. Pukano wprawdzie od czasu do czasu z Linii Maginota w kierunku Linii Zygfryda i odwrotnie, ale bez większego przekonania. Obie strony starały się zachować niepisane porozumienie o przerwaniu ognia. Alianci z braku woli walki, Niemcy zaś dlatego, że zdawali sobie sprawę ze słabości swego „Westwallu” i konieczności zyskania na czasie przed generalnym atakiem na zachód. W takiej sytuacji zimą 1939–1940 roku nawet nie maskowano specjalnie ruchów własnych wojsk i na śniegu widać było dokładnie, jaki jest rozkład dnia i zwyczaje przeciwnika po drugiej stronie frontu.
Otrzeźwienie przyniosła dopiero klęska Francji i Dunkierka. Brytyjskie Siły Ekspedycyjne zostawiły po drugiej stronie kanału La Manche przeszło 120 tysięcy pojazdów, 2300 dział, ponad 8 tysięcy ciężkich karabinów maszynowych, 90 tysięcy karabinów i przeszło 7 tysięcy ton amunicji. Ewakuacja żołnierzy i oficerów udała się wprawdzie znakomicie, ale – jak stwierdził Winston Churchill w parlamencie – „wojen nie wygrywa się ewakuacjami”. A tu Wielka Brytania została bez sprzętu koniecznego do prowadzenia działań lądowych i z widmem rychłego desantu niezwyciężonego dotychczas Wehrmachtu.
Realna groźba inwazji niemieckiej zakończyła spory sztabowców i pułkownik Turner otrzymał wreszcie zezwolenie podjęcia konkretnych działań. W czerwcu 1940 roku jego Departament uruchomił pierwszą „replikę nocną” zwaną „Punkt Q”.
Zasada działania „Punktu Q” była prosta. Podczas nocnego nalotu lub w chwili, gdy wykryto zbliżające się maszyny wroga, gaszono światła na prawdziwym lotnisku, a zapalano na replice. Gdy wrogie bombowce nadlatywały, światła przyciemniano tak, jak to czyniono na prawdziwych lądowiskach. No i albo udało się przechytrzyć nawigatorów niemieckich, albo nie. Od kunsztu autorów pozoracji i dyscypliny obsługi „Punktu Q” zależało powodzenie lub klęska i „spalenie” fałszywego lotniska.
Licznych przeciwników „Punktów Q”, którzy argumentowali, że mogą się one stać pułapką dla własnych nocnych bombowców i myśliwców, przekonali do pomysłu pułkownika Turnera Niemcy. Do Ministerstwa Lotnictwa zaczęły napływać meldunki z Kentu i Wschodniej Anglii świadczące, że piloci Junkersów, Heinkli i Dornierów upodobali sobie „nocne repliki”. A kiedy nadszedł raport z North Tuddenham, „Punktu Q” chroniącego lotnisko w Watton, że był on bombardowany przez dwie noce z rzędu, Departament pułkownika Turnera otrzymał wolną rękę i poparcie samego Winstona Churchilla, który lubował się w wojennych podstępach i technicznych nowinkach. W tym czasie Departament miał się też już czym pochwalić. Technikę obsługi i pozoracji „Punktów Q” znacznie ulepszono. Stojące rusztowanie ze światłami imitującymi samolot zastąpiono lekkim wózkiem napędzanym specjalnym ładunkiem prochowym, a prowadzonym przez drut rozpięty na całej długości „pasa startowego”. Kiedy zauważono nadlatujące bombowce, zapalano ustawione na wózku reflektory i odpalano elektrycznie ładunek prochowy, tak dobrany, by wózek szybko nabrał prędkości równej lądującemu samolotowi. Po przejechaniu około 650 metrów ładunek wypalał się, a wózek jechał jeszcze rozpędem jakieś 300–350 metrów i stawał, tak jak samolot po wylądowaniu.
Kolejny „patent” miał również imitować samolot. Reflektory, przymocowane do lekkiego rusztowania i zawieszone na drucie, ciągnięte były linką po zygzakowatej trasie, przypominającej kołowanie samolotu na start. W nocy, ze sporej wysokości i przy dużej prędkości, takie przesuwające się światła i paciorki lamp wyznaczających „pas startowy” do złudzenia przypominały lotnisko. Nic więc dziwnego, że „repliki nocne” bardzo często brane były przez niemieckich nawigatorów za prawdziwe lotniska. Czasem nawet zbyt często. Niemieckie bombowce upodobały sobie do tego stopnia jeden z „Punktów Q” w Szkocji, że mieszkańcy okolicznych farm zażądali od władz ewakuacji do pobliskiego miasteczka. Mieli już dość nocnych hałasów i chowania się, na wszelki wypadek, w piwnicach.
Dobre wyniki nie były możliwe bez właściwego rozplanowania „Punktów Q” i zdyscyplinowanej obsługi. Personel „Punktów Q” i dowodzący nim komendanci lotnisk prawdziwych nie mieli lekkiego życia z pułkownikiem Turnerem, który potrafił osobiście nadzorować prawidłowość pracy „pozorantów” i nie przebierał w słowach, gdy dostrzegł nieprawidłowości. Długo trwało, zanim jego Departamentowi udało się wreszcie przekonać tradycyjnie myślących oficerów, że światła „Punktów Q” są po to, by je włączać w nocy, a nie wyłączać na wieść o zbliżającym się nalocie; że nie należy mrugać światłami „nocnej repliki” zapraszająco, bo tak nie robi obsługa żadnego faktycznego lotniska, a więc może to budzić podejrzenia; że należy przyciemniać światła, widząc zbliżający się samolot przeciwnika, bo tak robi się na prawdziwym lotnisku.
Systematyczne „dokręcanie śruby” sprawiło, że wkrótce „Punkty Q” były w stanie omamić nocą nawet najwytrawniejszego pilota. Niestety, również własnego. Podczas ciężkich, nerwowych nocy bitwy o Wielką Brytanię zdarzało się, że piloci własnych maszyn usiłowali wylądować na nieistniejących runwayach „nocnych replik”. Nie zawsze pomagało strzelanie czerwonych rakiet ostrzegawczych, mruganie lampami Aldisa czy wygaszanie świateł. Skutek był wiadomy. W najlepszym razie kończyło się na leczeniu szpitalnym. Pomogło radykalnie dopiero wprowadzenie jednolitego kodu złożonego z 9 czerwonych lamp ustawionych w poprzek „pasa startowego” u jednego z jego końców. Takie ustawienie świateł mogło również oznaczać koniec pasa i szczęśliwie nie wzbudziło podejrzeń Niemców.
„Punkty Q” szczytową „popularnością” cieszyły się jesienią 1940 roku. Budowano je więc dalej i do końca 1941 roku uruchomiono około 100, chociaż stawały się z wolna mało przydatne. O ile bowiem jesienią 1940 roku „nocne repliki” atakowane były dwukrotnie częściej niż lotniska prawdziwe, o tyle w ostatnim kwartale 1941 roku zanotowano tylko jeden nalot na „Punkt Q”. Tak czy inaczej Luftwaffe atakowała świetlne konstrukcje Departamentu pułkownika Turnera przeszło 350 razy, sypiąc w puste pole tony bomb i to w czasie, gdy planowała zniszczyć RAF, otwierając drogę Wehrmachtowi szykującemu się do inwazji Wysp Brytyjskich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki