Strzępki sumień - ebook
Pod ziemią echo pamięta więcej niż ludzie
Światowej klasy speleolożka, Marta Skonieczko, zmuszona jest do powrotu do Polski. W Rezerwacie Przyrody Węże odnaleziono ciało Mariusza – jej dawnego kolegi z klubu taternictwa jaskiniowego. Szybko okazuje się, że mężczyzna nie był pierwszy, a ktoś od lat brutalnie wymazuje nazwiska z list dawnych kursantów. Śmiertelne żniwo znów się rozpoczyna, a wszystkie tropy nieubłaganie prowadzą prosto do znajomych Marty. Kobieta rusza na miejsce w towarzystwie Wawrzyńca – młodego, żądnego prawdy dziennikarza. Chłopak nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że w tej sprawie niewygodne pytania nie prowadzą donikąd. One prowadzą bezlitośnie w głąb.
Wszyscy coś wiedzieli. Nikt nie mówił prawdy
To, co miało być zaledwie dziennikarskim śledztwem, błyskawicznie zamienia się w desperacką walkę o przetrwanie. Krok po kroku, ramię w ramię, schodzą w klaustrofobiczny, odcięty od świata mrok podziemnych tuneli. Marta musi odkryć nie tylko tożsamość mordercy, ale też mroczną tajemnicę, którą zabrał do grobu jej tragicznie zmarły mąż. Im głębiej drąży w przeszłości swoich przyjaciół, tym wyraźniej widzi, że od lat żyła w sieci kłamstw.
Duszna, hipnotyczna i bezpieczna tylko z zewnątrz. To książka, która pochłonie cię jak najciaśniejszy jaskiniowy korytarz – gdy raz do niego wejdziesz, nie da się już zawrócić przed samym końcem. Ale czy na pewno odważysz się go zobaczyć?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68607-10-9 |
| Rozmiar pliku: | 2,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dwa lata wcześniej…
– Pójdę pierwsza.
Marta Skonieczko poklepała kolegę po ramieniu, dając mu znak, że powinien się odsunąć. Przejście pomiędzy skałami było dość wąskie, ale nie na tyle, by musiała ściągać z siebie całe oporządzenie. O zaklinowaniu się także nie było mowy, wystarczyło wziąć porządny wdech, przykleić brzuch do kręgosłupa i po paru minutach wychodziło się z klaustrofobicznej szczeliny. Była w tej jaskini wielokrotnie i chociaż nie poznała jeszcze wszystkich jej walorów i zagrożeń, to doskonale wiedziała, że ta przeszkoda była jedną z najłatwiejszych na ich drodze. Potem czekało ich skalne piekło.
– W takim razie wskakuj. – Mężczyzna poprawił kask, po czym stanął na wprost przejścia, aby lampką czołową oświetlać Marcie drogę.
Przesuwała się ostrożnie, a jej ręce delikatnie ocierały się o ścianę. W środowisku jaskiniowym słuch i dotyk stawały się zmysłami dominującymi, podczas gdy reszta była o wiele mniej użyteczna niż na co dzień. Czuła więc, jak bloki skalne pracują miarowo, wydobywając z siebie przytłumione dźwięki, które potrafili wyłapać tylko nieliczni. Cichutkie dudnienie, bardziej wyczuwalne niż słyszalne. Delikatny chrobot, metaliczny pomruk oraz niecichnący odgłos kapania. Te połączone dźwięki tworzyły najpiękniejszą melodię, której Marta mogła się bezustannie przysłuchiwać.
– Poczułeś? – szepnęła, nagle się zatrzymując. Ściągnęła rękawiczki i przyłożyła dłonie do skały, która po raz kolejny dziwnie zadrżała. Brak odpowiedzi ze strony współtowarzysza wzbudził w niej jeszcze większy niepokój. – Wiem, że nie powinniśmy zakładać najgorszego, ale to było dziwne, nie sądzisz?
– To nie ja tu jestem od wymądrzania się, tylko ty. – Jan niespodziewanie znalazł się u jej boku i teraz wspólnie dotykali ściany. – Ale jeżeli chcesz znać moje zdanie, to nie podoba mi się to. Ruszaj, stanie tutaj nic nam nie da.
Skonieczko znów wzięła wdech i zaczęła się przesuwać w stronę wyjścia. Jeżeli przeczucie i doświadczenie ich nie zwodzą, to mogło się okazać, że w jednym z korytarzy doszło do niewielkiego zawału. I nie byłoby w tym nic dziwnego ani nawet przerażającego, gdyby nie myśl, że ktoś mógł w nich przebywać.
– Gdzie teraz? W lewo czy w prawo? – Mężczyzna podkreślił pytanie, kiwając głową najpierw w jedną, a później w drugą stronę. Światło z jego lampki czołowej zatańczyło dziko na blokach skalnych, co nie uszło uwadze Marty.
– Dudnienie było bardziej wyczuwalne z prawej. Chodźmy tam.
Marta, nie czekając na reakcję, z powrotem wsunęła dłonie w rękawice i skierowała się do wytypowanego przez siebie przejścia. Do przebycia mieli bardzo ciasny, trzydziestometrowy korytarz, który przechodził w niedostępną szczelinę. Potem nie było już innych przeszkód. Jednakże po drodze musieli minąć parę ślepych wnęk, które tylko z pozoru wydawały się głębokie, a ich szerokość dostępna dla każdego. Oni jako doświadczeni grotołazi o tym wiedzieli, ale laik, który chciałby się w nie wsunąć, mógłby utknąć tam na dobre. I tego Marta najbardziej się obawiała, chociaż jeszcze nie miała odwagi, aby mówić o tym na głos.
– Janek, po pięciu metrach jest zetka, więc lepiej, jeśli tu zostaniesz. – Skonieczko położyła się na brzuchu i pomału zaczęła wczołgiwać się do niewielkiej dziury. – Nie możemy ryzykować.
– Ty tu rządzisz, koleżanko – odpowiedział bez grama żalu w głosie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie da rady pokonać tej przeszkody. Już kiedyś próbował i tylko zdrowy rozsądek uchronił go przed śmiercią. – Jak coś, to wołaj. Zaczekam tutaj.
Powoli pełzła przed siebie, zastanawiając się, jak najbezpieczniej pokonać zetkę, trudne do przejścia zwężenie korytarza jaskini, które znajduje się na zakręcie. Niemożliwe było zrobienie tego na brzuchu czy na plecach, gdyż kolana wyginają się tylko w jedną stronę, a kręgosłup odgina się do tyłu jedynie w pewnym zakresie. Mogłaby przez takie próby wpakować się w kłopoty. Jedynym rozwiązaniem, jakie jej pozostawało, to wejście w zacisk na jednym boku, a potem obrócenie się na drugi. W ten sposób jej ciało dostosuje się do przejścia i bez problemu przeciśnie się przez zwężenie.
– Wszystko dobrze? – zawołał ściszonym głosem Jan.
– Tak, ale…
Skonieczko urwała w pół zdania, po czym zaczęła się pomału wycofywać.
– Marta, co jest? Odezwij się!
Niewielki obsyp gruzu uderzył o jej kask i na parę chwil przesłonił widok, od którego jak najszybciej chciała się oddalić.
– Marta!
Tarła panicznie ciałem o twarde podłoże, nie zważając na piekący, wprost rozdzierający ból, który atakował jej kolana, przednią część ud i brzuch. Dłonie uparcie odpychały się od podłoża, jakby jako jedyne pragnęły ucieczki. Światło latarki parę razy mignęło, ale to, co było przed nią, nie chciało zniknąć.
– Skonieczko! Niech cię, kurwa, pies! Daj głos!
Chciała coś odkrzyknąć, ale gula śliny zmieszanej z pyłem utknęła w jej gardle. Nagle poczuła pod rękoma niewielkie drżenie, ledwo wyczuwalne, ale jakże istotne. Starała się przyspieszyć, ale korytarz, z którego próbowała się wydostać, coraz mocniej się obsypywał. Jan krzyczał już na całe gardło, próbując wymusić na niej jakąkolwiek odpowiedź, ale ona nie mogła tracić sił na mówienie. Musiała wysunąć się z tej przeklętej dziury, inaczej skończy jak ci, których przed chwilą widziała. Gdy pokonywała ostatnie centymetry, a jej współtowarzysz pomagał jej się szybko wydostać, strop przejścia uległ zawaleniu.
– Nic ci nie jest? Marta, wykończysz mnie kiedyś, chodź! – Pociągnął Skonieczko stanowczo w stronę wąskiego przejścia, po czym prawie na siłę ją tam wepchnął. – Jak wołam, to się odpowiada!
– Nie mogłam. – Stanęła przy nim i wypuściła powietrze z płuc. – Przepraszam, ale musimy to natychmiast przerwać.
– Co? – Jan odwrócił gwałtownie głowę w jej kierunku, uderzając przy tym kaskiem o jedną ze ścian. – Byli tam?
– Tak.
Nie musiała mówić nic więcej, gdyż Jan doskonale wiedział, co to dla nich i ich pracy oznaczało. Marta zamknęła oczy i ruszyła w stronę wyjścia. Tym razem jaskinia pozwoliła grotołazom odejść, ale w zamian zostawiła sobie kogoś innego.