Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus - ebook
Prokuratorka, która stała się symbolem stalinowskich zbrodni i inspiracją postaci jednej z bohaterek oscarowej Idy, oraz genialny ekonomista wyklinany przez Gomułkę w marcu 1968 roku razem z Kołakowskim i Baumanem. A między nimi wielka miłość, dramaty i historia, która po wielekroć ich rozdzielała i łączyła.
Ta książka opowiada, odkłamuje i obnaża.
Opowiada rozdzierającą historię dwojga ludzi, którzy stracili wszystkich i wszystko w Zagładzie. Uszli z życiem, a potem na gruzach starego świata szukali nadziei na sprawiedliwy porządek w komunizmie i Polsce Ludowej. (Tę nadzieję też im w końcu odebrano).
Odkłamuje czarną legendę, jaką na użytek walki o władzę nad przeszłością, i nie tylko przeszłością, stworzono w III RP na temat obojga – z półprawd, uprzedzeń, manipulacji, złej woli.
Obnaża ciemną stronę społeczeństwa, w którym antykomunizm i antysemityzm się przenikają, blokują dostęp do wiedzy o ludziach i epoce, są katastrofą poznawczą i moralną.
Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz wspaniale wypełnia misję biografki. Zachowując empatię, stawia zarazem czoła mrocznym epizodom, przede wszystkim z życia Wolińskiej. W rzetelny sposób przedstawia okoliczności, w jakich rodziły się wybory i kształtowały charaktery bohaterów. Nade wszystko – przywraca sprawiedliwe spojrzenie na ich decyzje, uwikłania i czasy.
Artur Domosławski
Autorka wnikliwie odtwarza historię życia dwojga ludzi w burzliwej epoce. Ludzi, których połączyła miłość oraz fascynacja komunizmem rozumianym jako droga do równouprawnienia, a po 1945 roku do udziału w grupie rządzącej. Poznajemy ich motywacje, losy, uwikłania w reżim, co staje się przyczyną dramatów, z którymi mierzyli się do końca życia.
prof. Andrzej Friszke
Niezwykłe studium historyczne, bogate w szczegóły, wnikliwe, rozważne. I zaskakujące! Czyta się świetnie. Bardzo polecam!
prof. Irena Grudzińska-Gross
Wolińska i Brus byli jednym z symboli „żydokomuny”, czarnymi charakterami historii PRL. W świetnie napisanej podwójnej biografii autorka pokazuje złożoność i wieloznaczność ich losów naznaczonych przez antysemityzm i komunizm – dwie wielkie ideologie XX wieku. Nie rozgrzesza, ale próbuje zrozumieć. Świetna książka!
prof. Adam Leszczyński
Dra Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz - Historyczka i reporterka specjalizująca się w problematyce Europy Wschodniej. Pracuje w Instytucie Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza oraz Instytucie Studiów Politycznych PAN. Stypendystka Bekker NAWA w Katedrze Historii Europy Wschodniej na Uniwersytecie w Heidelbergu (2023–2024) oraz Wayne Vucinich Fellowship na Uniwersytecie Stanforda (2026). Laureatka m.in. grantu Narodowego Centrum Nauki oraz nagrody Pióro Nadziei Amnesty International. Tłumaczka z języków białoruskiego i rosyjskiego. Autorka m.in. książki Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje (2016).
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-838-0347-0 |
| Rozmiar pliku: | 13 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
*
CZĘŚĆ I. Felicja Danielak i Beniamin Zylberberg
Rozdział 1. Rodzi się dziewczynka
Rozdział 2. Był sobie chłopiec
Rozdział 3. Dziewczynka z Nowolipek
Rozdział 4. Miłość
Rozdział 5. Na drugą stronę lustra
CZĘŚĆ II. Lena Wolińska i Beniamin Zylberberg
Rozdział 1. W radzieckim Lwowie
Rozdział 2. Taniec na wulkanie
Rozdział 3. Znowu wojna
Rozdział 4. Zagłada
Rozdział 5. Dziennik pisany nad Wołgą
Rozdział 6. „Lena”, łączniczka „Franka”
Rozdział 7. Największa tajemnica PPR
Rozdział 8. W Sztabie Głównym
Rozdział 9. W stronę Lublina
Rozdział 10. Dziennik pisany nad Wołgą
CZĘŚĆ III. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus
Rozdział 1. Milicjantka Lena
Rozdział 2. Żołnierz Ben
Rozdział 3. Rzeczywistość pogromowa
Rozdział 4. W oparach marksizmu-leninizmu
Rozdział 5. Lena z Królewskiej Góry
Rozdział 6. „Nil”
Rozdział 7. Na śmierć Stalina
CZĘŚĆ IV. Helena Wolińska-Brus i Włodzimierz Brus
Rozdział 1. Mała stabilizacja
Rozdział 2. Idy marcowe
Rozdział 3. Gra w szachy, gra w durnia
Rozdział 4. Orzeł czy reszka?
Rozdział 5. Wyspy (nie)szczęśliwe
Rozdział 6. Gorzkie cukierki
Rozdział 7. Wśród Stasi
Rozdział 8. Przyczajony niedźwiedź, odkryty smok
Rozdział 9. Transformacyjne wstrząsy
Rozdział 10. Pozdrowienia z Polski
Rozdział 11. Koniec
Życie po życiu
EPILOG czyli pole bitwy
Zamiast zakończenia
Podziękowania
Przypisy końcowe
Przypisy
Indeks osób
FotografieTosi, która uważa, że pisanie książek
jest najłatwiejszą rzeczą pod słońcem
Wszystko tu było stare: dziurawy dywanik w łazience, połamany fotel z wikliny, odrapane meble kuchenne, obite kubki, garnki bez uchwytów. Przedmioty kruszyły się i rozpadały. Wszystko tu było brzydkie: wykładzina w kolorze zgniłej zieleni, musztardowe ściany.
– Żyli ubogo, niczego sobie nie kupowali, nie zależało im. Znajomi ze Stanfordu, których tu raz przywiozłam, byli w szoku, że oksfordzki profesor żyje w takiej nędzy – opowiadała Janina Nadaner. – A oni naprawdę niczego nie chcieli. Gdy sprawiłam im nowy garnuszek, bo starego nie było nawet za co chwycić, ojciec zrobił mi awanturę: „Przecież ten nasz jest jeszcze zupełnie dobry!”. Podłoga była usłana gazetami z Polski. Prenumerowali je do końca życia. Ojciec nosił polskie buty, garnitury zamawiał u polskiego krawca. Chodził do polskiego sklepu w Oksfordzie, nawet gdy miał kłopoty z nogami. To było dla niego ważne. Nie zapuścili korzeni w Anglii, żyli jak wieczni emigranci. Coraz szczelniej zamknięci w czterech ścianach na poddaszu. Zwłaszcza ona prawie nie wychodziła. Schowali się w mieszkaniu, które z każdą moją wizytą wyglądało gorzej. W końcu zrozumiałam, że zrobili tam sobie getto. Getto, w którym zostali ich rodzice, jej młodszy brat, jego ukochana siostra. Coraz mniej jedli. Ona od lat: listek sałaty, kawałek herbatnika. Nakładała sobie na spodeczek porcje jak dla ptaszka, a i tak większość zostawiała. Ojciec w końcu też przestał jeść. Schudł. Godzinami siedział w fotelu wpatrzony w jeden punkt. Kiedyś spytałam go, o czym tak myśli. Odpowiedział, że przewija swoje życie jak film. Czuł się winny za wszystko, co się stało: że nie uratował rodziców i Marylki, że opuścił ciężarną Lenę, że zostawił moją mamę, siostrę i mnie. Zamilkł zupełnie. Zamknął się w sobie. Doprowadzał tym Lenę do rozpaczy. Płakała i płakała. A z przedpokoju patrzyły na nich wydarte ze starego rysunku niebieskie oczy. Oczy Helenki, takie jak ich pierworodnego dziecka, które stracili we Lwowie.
Janina Nadaner, córka Włodzimierza Brusa, późnym latem 2007 roku po raz ostatni leciała z Kalifornii do ojca do Oksfordu. – Umarł, zanim się zjawiłam.
Helena Wolińska, jego żona, odeszła rok później. W szpitalu podpisała specjalną deklarację: proszę mnie nie ratować.
* * *
„Słynna stalinowska prokurator, odpowiedzialna za śmierć wielu żołnierzy podziemia niepodległościowego, została pochowana w Wielkiej Brytanii” – donosiła „Rzeczpospolita” w grudniu 2008 roku. „Zgodnie z oficjalnym komunikatem jej pogrzeb miał się odbyć wczoraj w miejscowym kościele. Ludzie, którzy przybyli na uroczystość, dowiedzieli się jednak, że o tej porze odbędzie się ceremonia pochówku kogoś innego”. To rodzina zmarłej w obawie przed ekscesami przyspieszyła termin o dwa dni. „W ceremonii w obrządku żydowskim wzięło udział ok. dziesięciu osób, między innymi prof. Kołakowski. Uroczystość miała przebiegać w bardzo spokojnej atmosferze” – relacjonowali autorzy artykułu. „Nic nie zakłóciło pogrzebu komunistycznej prokurator”. Dziennikarze jednej z największych polskich gazet symboliczną odpowiedzialnością za przesunięcie pochówku obarczyli zmarłą: „Wolińska nie przestała szokować nawet po śmierci”.
Na temat życia pozagrobowego byłej prokuratorki rozprawiali także intelektualiści. „Od lat zastanawiałem się, czy w ogóle można będzie doprowadzić do jej ukarania. Okazuje się, że nie. Ale przecież nawet gdyby doszło do ekstradycji, nie jest przesądzone, jak by się zachowały polskie sądy. Ale przed sądem ostatecznym nie ma zawieszeń ani apelacji. I teraz czeka ją dużo trudniejszy proces i surowszy sąd niż tutaj” – powiedział „Rzeczpospolitej” profesor Jerzy Eisler, historyk.
Wtórował mu Władysław Bartoszewski: „Wierzę w sprawiedliwość boską. Jej Wolińska nie uniknie”.
Jeszcze dalej poszła redakcja pisma „Bibuła”: „Helena Wolińska aka Helena Brus (a faktycznie: Fajga Mindla Danielak) została odtransportowana najpewniej do czeluści piekielnych (niech Bóg ma miłosierdzie nad tą zbrodniarką)”.
* * *
Oksfordzki Wolvercote dwukrotnie – w 1999 i 2001 roku – wyróżniono tytułem Cmentarz Roku. Pielgrzymują tu fani Tolkiena – pisarz leży w głębi terenu, w części katolickiej. Nagrobka Brusów szukać właściwie nie trzeba – znajduje się zaraz przy wejściu głównym. W tym miejscu wydzielono kwaterę żydowską. Informacje umieszczone na nagrobkach w kilku frazach streszczają dramatyzm losów: spoczywający tu akademicy przybyli zazwyczaj z Europy kontynentalnej w poszukiwaniu schronienia przed prześladowaniami. Religijnych symboli jest niewiele, bo niewiele pogrzebanych tu osób praktykowało judaizm. Kilkaset metrów na północny wschód, w polskiej części, krzyż wieńczy chyba każdy nagrobek.
Ten pośmiertny, ugruntowany w religii podział uwierał Janinę Nadaner, młodszą córkę Włodzimierza Brusa. – I ojciec, i Lena całe życie walczyli o świat bez podobnych segregacji – mówiła. Jednak one nieustannie dawały o sobie znać. Zwłaszcza w oddalonej o tysiąc mil Polsce, gdzie z jednej strony publicznie wytykano, że na nagrobku są hebrajskie litery, a nie ma słowa o związkach Wolińskiej i Brusa z krajem, z drugiej – konsekwentnie rugowano zmarłych z polskiej wspólnoty, eksponując ich domniemaną obcość. Grób był kilkukrotnie dewastowany.
Wiadomość e-mailowa z 26 listopada 2018 roku od Janiny Nadaner:
„Moj brat poszedł na cmentarz w Oxfordzie, z okazji dziesiątej rocznicy śmierci Leny. Jego żona czyściła grób i znalazła tam kamień z napisem: »Nil«. Mój brat napisał: Some memories never die. Ja mu odpisałam: Some memories that never die are worth forgetting”.
* * *
Był wieczór 5 listopada 2016 roku w Oksfordzie. Mieszkańcy akademickiego miasta właśnie podpalali stosy. Świętowali w ten sposób wykrycie spisku katolików z XVII wieku, którzy chcieli zgładzić króla i zwrócić Anglię papieżowi. Trwała Bonfire Night.
– Czy wiesz, że tu obok jest pochowana ta wasza Wolińska? – spytał mnie kolega.
Nie wiedziałam. Tak zaczęła się dla mnie ta historia.CZĘŚĆ I
Felicja Danielak i Beniamin Zylberberg
Rozdział 1
Rodzi się dziewczynka
Ale od czego zacząć? Może od rzeczy najoczywistszej, od świata, który zniknął.
WŁODEK GOLDKORN, Dziecko w śniegu
Luty roku 1919 był zaskakująco ciepły. Tłumy Warszawiaków witające na Wiejskiej pierwsze – po stu dwudziestu trzech latach rozbiorów – posiedzenie Sejmu cieszyły się słońcem. Nowo wybrani posłowie z trudem przeciskali się na salę obrad, taki tłok był przed budynkiem dawnej szkoły średniej dla panien, który przeznaczono na siedzibę władzy ustawodawczej II Rzeczypospolitej. „Dzisiaj mamy wielkie święto narodu, święto radości po długiej, ciężkiej nocy cierpień” – mówił naczelnik Józef Piłsudski. Odrodzone państwo nie miało jeszcze stu dni. I choć o kształt wciąż nieustalonych granic toczyły się walki, a konflikty wewnętrze rozpalały emocje do czerwoności, to tak pogodne pierwsze polskie przedwiośnie zdawało się dobrym znakiem na przyszłość.
Lecz 27 lutego przyszła zamieć i wróciły mrozy. O dwunastej w południe zarząd zakładów gazowych w Warszawie „wskutek braku węgla” przerwał dostawę ciepła do domów i wygasił oświetlenie ulic. Dzielnica północna pogrążyła się w ciemności.
Tego dnia w kamienicy na Pawiej 54 urodziła się dziewczynka. Dano jej na imię Fajga. Fojgl to po żydowsku ptak.
* * *
Fajga nie ułatwiła zadania biografom: choć żyła prawie dziewięćdziesiąt lat i miała tak wiele do opowiedzenia, a jej relacje z okresu okupacji i pierwszych lat PRL być może pomogłyby odkryć tajemnice historii, nie spisała wspomnień.
O swojej przedwojennej rodzinie mówiła mało i tylko zaufanym osobom. Zacierała ślady w dokumentach, zmieniała imiona, nazwiska, plątała daty i nazwy miejscowości. A najczęściej po prostu milczała.
Trzeba było szukać trochę po omacku: w archiwach, bibliotekach, bazach danych, na cmentarzach, w bliskich i odległych miastach, na Wschodzie i Zachodzie. A i tak wiele pytań pozostało bez odpowiedzi.
Nawet dzień jej urodzin jest niepewny. Oryginał aktu urodzenia Fajgi Mindli Danielak zaginął, jak większość dokumentów warszawskiej gminy żydowskiej. Na wypisie z 1919 roku widnieje: „28 lutego”. To samo wykaligrafowano na świadectwie maturalnym. Ale już podania o legitymację studencką Uniwersytetu Warszawskiego wprowadzają zamęt: w 1938 roku w rubryce „data urodzenia” Fajga własnoręcznie wpisała: „26 lutego 1919”. Rok później: „27”.
(Czy to pomyłki z pośpiechu? Czy można być tak roztargnionym, by pomylić datę własnych urodzin?).
Przyjaciółka z późniejszych czasów zapamiętała jeszcze inaczej. Gdy w latach osiemdziesiątych dzwoniła z życzeniami do Oksfordu, słyszała w słuchawce ironiczne uwagi jubilatki, że te urodziny właściwie liczą się tylko raz na cztery lata (29 lutego można jednak od razu wykluczyć – 1919 nie był rokiem przestępnym).
W powojennych dokumentach pojawia się już tylko jedna data: 27 lutego. Tego dnia od najwcześniejszej młodości Fajga Danielak obchodziła urodziny i przywiązywała do tej celebracji dużą wagę. Tę datę wyryto też na jej nagrobku. A zatem jej się trzymajmy.
Imię dziewczynki również nie jest oczywiste. Zamiast Fajgi wolała spolszczoną Felicję. O rok starsza kuzynka, Dora Szczuczyńska, i szkolne koleżanki mówiły po prostu Fela. Ben – jej miłość – nazywał ją romantycznie Lusią, Lusieńką.
A jak mówił do niej ojciec? Pewnie Fajgele – w przeciwieństwie do polskojęzycznych rówieśników córki mówił tylko w jidysz.
Korzenie
Danielakowie pochodzili z Radzynia Podlaskiego. Z pokolenia na pokolenie żyli tam z „wyrobku”. Było to słowo worek, do którego wrzucano wszystkich, którzy imali się nisko dochodowych zajęć: sprzedawali żywność, naprawiali dziurawe garnki, rozwozili wodę, skupowali szmaty. Gdy w 1852 roku osiemnastoletni Szlomo Danielak ożenił się z rok młodszą „Jentą Ruchlą dwóch imion Mitingier”, w akcie małżeństwa odnotowano, że „umowy przedślubnej ze sobą nie zawierali”. Zwyczajowo rodzice młodej pary przed ślubem skrupulatnie określali warunki materialne przyszłego związku. Pradziadkowie Felicji żyli w takiej nędzy, że nie było czego ustalać.
Radzyń był ważnym ośrodkiem chasydyzmu. W dużych miastach haskala, żydowski ruch oświeceniowy, modernizowała prawo religijne i poluzowywała normy obyczajowe. Tu jakby czas się zatrzymał.
Daniel, syn Szlomy – i dziadek Felicji – w latach osiemdziesiątych XIX wieku wyjechał do Warszawy.
Wielkomiejska feeria barw i dźwięków musiała oszołomić przybysza z lubelskiego sztetlu. Warszawa końca wieku tętniła życiem. Ulice jaśniały światłem lamp gazowych. Dzwoniły tramwaje konne. Budowano drogi, układano tory i rosły kamienice, otwierały się coraz to nowe fabryki. Przemysł potrzebował rąk do pracy. Miasto awansowało na ważny ośrodek dalekiego i bliskiego rynku rosyjskiego. Wprowadzono przymus modernizacji. Żandarmi nie wpuszczali do Ogrodu Saskiego Żydów w chałatach oraz Żydówek noszących czepki i peruki.
Dzielnica północna, gdzie zamieszkał Daniel z żoną Tolce, żyła własnym rytmem. Morze gestykulujących, rozgadanych ludzi od świtu do późnych godzin wieczornych przelewało się przez gęsto zabudowane ulice. Co drugi przechodzień ciągnął ze sobą pakunki, skrzynki, worki z żywnością. Domy miały fantazyjne kształty, bo ciągle coś do nich dobudowywano. Na parterze kamienic otwierano zapakowane towarami po sufit sklepy. W oficynach hałasowały warsztaty rzemieślnicze. Mieszkania były zarazem małymi przedsiębiorstwami, gdzie wyrabiano świece, sztuczne kwiaty, kiepskiej jakości galanterię. Pracowano i w piwnicach, i na strychach. Ani jeden centymetr powierzchni nie mógł się tu zmarnować.
Mniejszość żydowska miała znaczny udział w gospodarczej prosperity miasta z przełomu wieków. Warszawa stawała się też centrum kultury, świeckiej i religijnej, tworzonej w jidysz i hebrajskim.
Koniec XIX wieku to czas wielkich przemian. Młode kobiety buntowały się przeciwko tradycji ścinania włosów po zamążpójściu. Odsłaniały ramiona, zdobywały wykształcenie. Młodzi mężczyźni golili pejsy, zrzucali z pleców kapoty, a z głów wyrzucali tradycje przodków. Rzeczywistość zmieniała się jak w kalejdoskopie, wraz z nią wyznawane poglądy: dzieci chasydów zostawały syjonistami, syjoniści nawracali się na socjalizm, socjaliści skłóceni z macierzystymi partiami zakładali coraz to nowe frakcje. Życie polityczne fermentowało. Temperatura dyskusji nieraz doprowadzała do bitki.
Każda niemal ulica dzielnicy północnej była osobnym światem, oddzielnym miasteczkiem z własnymi zwyczajami i kolorytem. Znaleźli tu swoje miejsce chasydzi z Lubelszczyzny, przybysze z rosyjskich guberni, zwani litwakami, sekularyzująca się inteligencja, bogaci kupcy, artyści, wynędzniali kramarze, rosnąca w siłę klasa robotnicza. Zbytek i skrajne ubóstwo się krzyżowały. Ulice dzieliły się na „te” i „tamte”, lepsze i gorsze.
W którym z dzielnicowych sztetli zamieszkał odważny przybysz z Radzynia Daniel Danielak?
Jego nagrobek chyli się ku ziemi wsparty o sąsiednią macewę na cmentarzu żydowskim przy ulicy Okopowej. Dziadek Feli zmarł w miesiącu Kislew 5663 roku, czyli w grudniu 1902 roku, w wieku czterdziestu dwóch lat. Doczekał się trójki dzieci. Najmłodszy z rodzeństwa, Jankiel, ojciec Felicji, miał wtedy dziesięć lat.
Na Pawiej
Starsze siostry Jankiela potrafiły ułożyć sobie życie. Średnia wyszła za mąż za dobrze sytuowanego kupca Judę Szczuczyńskiego. Razem ze starszą siostrą i jej rodziną mieszkali przy Nowolipkach 17, gdzie dominowała zamożna inteligencja i przedstawiciele wolnych zawodów. Ich kamienica była słynna na całą okolicę z powodu luksusowej Restauracji Riwiera Szulca (będzie działać także w getcie).
Jankiel Danielak radził sobie gorzej. „Był rzemieślnikiem chałupnikiem, wytwarzał skórzaną galanterię” – podawała Felicja w powojennych życiorysach (czasem dodając w nawiasie: „torebki damskie”).
Na drabinie społecznej II RP chałupnicy stali niewiele wyżej od bezrobotnych. Rzemieślnicy bez tytułu mistrza i miejsca w cechu byli uzależnieni od swojego zleceniodawcy, który często dostarczał im materiał po zawyżonych cenach. Chałupnik nie miał czeladników – dlatego często w przydomowym warsztacie zatrudniał do pomocy całą rodzinę.
Felicja: – Ojciec nie miał grosza przy duszy.
O statusie materialnym dużo mógł powiedzieć adres zamieszkania. Pawia należała do „tamtych” ulic. Nie był to najlepszy adres, ale też znowu nie taki najgorszy.
– Dla ludzi z Woli Pawia była Alejami Jerozolimskimi. Były tu secesyjne kamienice – mówi mi pisarz Józef Hen wychowany na pobliskim Nowolipiu.
Eleganckie budynki mieszały się tu z karłowatymi przybudówkami. Te pierwsze zajmowali bogacze (potentat leśny; fabrykant obuwia zamordowany na ulicy w 1932 roku przez wynajętych drabów), w tych drugich urządzano fabryczki i pralnie. Był też trzypiętrowy magazyn Państwowej Fabryki Wyrobów Tytoniowych. Pośpiech i rejwach były jak chleb powszedni. „Ulica chałupników i Żydów, których nie sposób przypisać do czegoś takiego jak klasa” – opisywał Mordechaj Canin. Plotkowano tu jak w małym mieście. „Pomimo pięknej nazwy ulica była więziennie smutna” – zapamiętał poeta Włodzimierz Słobodnik. „Miała w sobie coś z Chagalla i coś z granatowego policjanta”.
Ów smutek miał konkretny powód: Pawiak. Między Pawią a Dzielną, w wybudowanym za cara Mikołaja I kompleksie budynków otoczonym wysokim, czerwonym murem, trzymano kiedyś powstańców styczniowych, w tym Romualda Traugutta. Później siedzieli tu polscy rewolucjoniści, z Ludwikiem Waryńskim i Różą Luksemburg na czele. Żeński oddział Pawiaka zwano Serbią (w międzywojennej Polsce wsadzano tam komunistki). Po okolicy niosły się więzienne pieśni, a z wysokich pięter pobliskich domów widać było plac z szubienicą.
Im dalej w Pawią, tym robiło się gorzej. Od Pawiaka mieszczański dostatek przepoczwarzał się w nędzę. Na końcu ulicy, pod cmentarzem żydowskim, działo się całkiem źle: stęchlizna drewnianej zabudowy, fetor rynsztoku, mrok dziejów. I jedyna dostępna rozrywka – pogrzeby.
Kamienica numer 54, gdzie urodziła się Felicja, stała dokładnie pośrodku Pawiej, na rogu Smoczej.
Józef Hen: – Tu było już biednie, lecz jeszcze nie tragicznie. To jeszcze nie były baraki, w których mieszkała biedota.
Matka
O matce Felicji, Chawie, nie wiadomo prawie nic. Urodziła się najpewniej w 1890 lub 1895 roku. Była więc albo niewiele starsza, albo niewiele młodsza od Jankiela. W przeciwieństwie do męża pochodziła z rodziny zasymilowanej. Gdzie się urodziła? Kim byli jej przodkowie? Jakie nazwisko nosiła przed ślubem?
„Matulak” – podawała po wojnie Felicja.
W bazie danych Jewish Records Indexing – Poland, dzięki której udało się odtworzyć historię rodziny Danielaków aż do XVIII wieku, o Matulakach nie ma nawet słowa.
W PRL Felicja, sama już wtedy pod zmienionym imieniem i nazwiskiem, kamuflowała żydowskie pochodzenie ojca i matki. Chawę i Jankiela zamieniła w Ewę i Jana (czasem w Ewę i Jakuba). Nazwisko jako brzmiące neutralnie najczęściej im zostawiała.
Jesienią 1942 roku Fajga Danielak dostała nową okupacyjną tożsamość. Miała fałszywe świadectwo chrztu i lewą kenkartę – przepustki do życia. Zmienione imię i nazwisko przylgnęły do Feli tak mocno, że zostały z nią już na zawsze. Zatem „Matulak” mogło być pożyczone od fałszywej, „aryjskiej” matki. Lecz jak w takim razie przed zamążpójściem nazywała się ta prawdziwa, Chawa?
„Fagot” – twierdziła kuzynka Felicji Dora Szczuczyńska.
„Taubenblat” – podano w przedwojennym wypisie z aktu urodzenia Fajgi Mindli Danielak.
Oprócz tej wzmianki w archiwach nie zachował się najmniejszy dowód na istnienie Chawy Taubenblat. Za to w czasach stalinizmu, gdy „rodzinę za granicą” trzeba było wymieniać skrupulatnie, Felicja napisała: „W 1949 dwóch kuzynów wyjechało do Palestyny – Fagot”. W powojennych aktach paszportowych zachował się jeszcze jeden ślad: w 1971 roku wybrała się do Francji na zaproszenie kuzyna Zalmana Fagota (starszy od niej o pięć lat rzemieślnik opuścił Polskę w 1950 roku. Zamieszkał w IX dzielnicy Paryża).
Na cmentarzu żydowskim na Okopowej znajduje się grób urodzonej w 1877 roku Szajny Szyfry Fagot, córki Israela Issera Taubenblata, wnuczki Zalmana Taubenblata. To jedyny ślad, że oba wskazane nazwiska były ze sobą związane.
Tyle udało się wyłowić z mroku.
* * *
Po rodzinnym domu Felicji nie został nawet kamień. Twórcy powojennego Muranowa, który stanął na zgliszczach dzielnicy północnej, zmienili topografię tamtejszych ulic. Pawia nie kończy się już przy cmentarzu na Okopowej, lecz niespodziewanie skręca w Dzielną, swą przedwojenną bliźniaczkę. Co gorsza, została brutalnie przerwana – pierwsza część ulicy kończy się razem z Pawiakiem. Druga zaczyna dopiero na styku ze Smoczą. Tam, gdzie stała kamienica numer 54, urządzono skwer imienia generała Jana „Jura” Gorzechowskiego, który w 1906 roku, przebrany za carskiego żandarma, odbił dziesięciu rewolucjonistów z Polskiej Partii Socjalistycznej w przededniu ich egzekucji.
W 2014 roku, z okazji ćwierćwiecza III RP, otwarto w tym miejscu „pierwszy w Polsce Ogród Sprawiedliwych. Posadzone w nim drzewa upamiętniają bohaterów, którzy sprzeciwili się totalitaryzmowi, masowym zbrodniom i deptaniu godności człowieka”. Wśród wyróżnionych byli: Marek Edelman, Jan Karski, Tadeusz Mazowiecki, rosyjska dziennikarka Anna Politkowska, Władysław Bartoszewski.
Losy tego ostatniego splotły się z życiem Felicji Danielak.Rozdział 2
Był sobie chłopiec
Jak krew męczenników była nasieniem pierwszych chrześcijan; podobnie krew obrońców jest nasieniem nowych rycerzy Krzyża i Ojczyzny.
„Kurier Płocki”, 22 sierpnia 1920 roku
Cześć uczciwości polskiej i katolickiej!
„Kurier Płocki”, 29 sierpnia 1920 roku
Wojskowy sąd doraźny przybył w celu rozpatrzenia spraw 150 aresztowanych, wyłącznie prawie żydów. Najbardziej oskarżonego Kamienieckiego (żyda) sąd skazał na śmierć przez rozstrzelanie.
„Kurier Płocki”, 30 sierpnia 1920 roku
Nagle, jakby groch się posypał, wystrzeliła w powietrze seria z karabinu maszynowego. Przerażeni ludzie chowali się po domach. Ale w czterech ścianach też nie było bezpiecznie. Kule uderzały o mury, tłukły szyby w oknach. Na miasto spadł deszcz szrapneli. Był 18 sierpnia 1920 roku. Po czwartej po południu bolszewicy wtargnęli do Płocka. Dobijali rannych żołnierzy, gwałcili kobiety, bili mężczyzn, rabowali sklepy. Czego nie mogli zabrać – rąbali i tłukli. Zginęło około stu siedemdziesięciu osób.
* * *
Niespełna dwudziestosześciotysięczny Płock był uważany za zamożne miasto. Choć i tutaj nową Polskę budowano na beczce prochu. Wielka wojna, nazwana później dla porządku pierwszą, oprócz niepodległości przyniosła także głód. Klęska dawnych imperiów, rosyjskie rewolucje, powstanie w Berlinie niepokoiły mazowiecką prowincję i rozbudzały nadzieje na nowy, sprawiedliwszy porządek. Bezrolni robotnicy folwarczni żądali rozparcelowania majątków ziemskich i kościelnych. W styczniu 1919 roku stanęły wszystkie płockie fabryki. Strajki i demonstracje łamano z pomocą armii. Byli zabici i ranni.
Kiedy wybuchła wojna polsko-bolszewicka, władze Płocka zaapelowały, by dla dobra ojczyzny zrezygnować z politycznej walki i roszczeń ekonomicznych wobec państwa. Tych, którzy nie chcieli się poddać patriotycznemu dictum, nazywano odtąd „bolszewikami”.
„Delegacje bolszewicko-żydowskie wystąpiły z żądaniem strajku powszechnego!” – donosił 12 lutego 1920 roku narodowo-katolicki „Kurier Płocki”.
Aresztowano radnych miejskich z Bundu i Mieczysława Themersona, lekarza bezrobotnych zwanego płockim Judymem (spędził cztery tygodnie w Cytadeli Warszawskiej).
Dwudziestego maja 1920 roku w Płocku hucznie obchodzono zdobycie Kijowa. Lecz początkowy triumf militarny obracał się w klęskę. Armia Czerwona rozpoczęła kontrofensywę. W lipcu Piłsudski wezwał do obrony zagrożonej niepodległości. W płockich kościołach odbywały się nabożeństwa błagalne w intencji ojczyzny.
By ratować miasto, mieszkańcy zebrali setki tysięcy polskich marek, drogocenności, samowary, rondle i kotły (do przetopienia na naboje). Aż nagle, w chwili próby, wdarł się chaos. Nastąpił nieoczekiwany odwrót wojska. „Oficerowie pięściami i szablami torowali sobie drogę na most, żołnierze też nie poniechali naśladować dowódców”. Pozostawiono źle przeszkolonych ochotników, w tym nastoletnich chłopców werbowanych w gimnazjach pod ogromną presją (kto nie chciał służyć, był przez rówieśników i ciało pedagogiczne uznany za zdrajcę).
* * *
Bolszewicy opuścili Płock tak gwałtownie, jak gwałtownie przyszli. Trzeba było znaleźć winnych tej katastrofy. „Najazd bandyckich bolszewików, kierowanych ręką żydowskich komisarzy, wyrządził miastu milionowe straty” – podburzał „Kurier Płocki”.
W sierpniu, dzień przed atakiem, polscy żołnierze i chłopi z okolicznych wsi skatowali czterech młodych mężczyzn, którzy stawili się w komisji poborowej. Jeden zginął na miejscu. Drugiego w żydowskim szpitalu w Płocku nie poznała własna matka.
„Twarz przedstawiała jedną bryłę: zamiast oczu – czarne plamy, nos i usta okropnie spuchnięte, a z gardła pełnego zakrzepłej krwi wydobywało się chrapanie. Naraz z ust jego wyszedł chrapliwy szept: mama... mama” – wspominała jedna ze świadkiń, siedemnastoletnia Róża Rozenberg.
(Dwudziestosześcioletni Elja Tatarski zmarł po dziesięciu dniach).
Po mieście krążyła pogłoska, że w czasie bolszewickiego ataku Żydzi oblewali z okien polskie wojsko wrzątkiem. Czerwony Krzyż wydał oświadczenie, że wśród rannych żołnierzy ani jeden nie był poparzony, ale „Kurier Płocki” drukował kolejne artykuły o żydowskiej zdradzie. Plotki rozsiewali powracający do Płocka oficerowie i urzędnicy. Szukano bolszewików „w szafach i szufladach” mieszkań żydowskich – skarżył się w Sejmie poseł Izaak Grünbaum – „rabując i bijąc nawet w synagodze”.
Dwudziestego siódmego sierpnia rabin Chaim Szpiro wskutek donosu sąsiadów stanął przed sądem polowym oskarżony o szpiegostwo. Choć nie znał słowa po rosyjsku, miał wskazywać wrogom, gdzie znajdują się polskie barykady (później dowiedziono, że modlił się na balkonie). Płoccy Żydzi proponowali pół miliona marek kaucji, by choćby na kilka godzin odroczono egzekucję. Chcieli w Warszawie szukać łaski dla nieszczęsnego skazańca, ale sędzia pułkownik nie wyraził zgody. „O drugiej przeczytano mu wyrok, o trzeciej rozstrzelano – relacjonowała wstrząśnięta Róża Rozenberg. – Polacy śmiali się i klaskali z uciechy”.
Czterdziestodwuletni Chaim Szpiro osierocił ośmioro dzieci. Oczyszczono go z zarzutu szpiegostwa – „niestety, pośmiertnie”.
„Żadnej fałszywej litości” – wzywał ludność do zgłaszania zdrajców dowódca frontu generał Józef Haller.
„Kurier Płocki” opublikował apel endeckiej Ligi Antybolszewickiej, która domagała się sądów wojskowych dla wszystkich, którzy okazywali przychylność wobec komunizmu. „W razie jeżeliby oni uszli, Liga proponuje wzięcie ich rodzin i najbliższych krewnych do obozów koncentracyjnych”.
Płocka straż obywatelska zmusiła Żydów do sprzątania końskich trucheł. Gapie obrzucali wyzwiskami pracujących. Żandarmi rozkazali krzyczeć: „Niech żyje Haller”, „Niech zdechnie rabin”. Pogrom wisiał w powietrzu. By uspokoić nastroje, rada miejska wydała oświadczenie, że ludność żydowska ucierpiała od najazdu bolszewików na równi z chrześcijanami.
Beniamin
Rok po tych wydarzeniach, 23 sierpnia 1921 roku, urodził się chłopiec. Pierworodny syn trzydziestodwuletniego Abrama Zylberberga i o kilka lat młodszej Hindy Askanas, zwanej Heleną, otrzymał imię po swoim zmarłym dziadku Beniaminie.
Jego drugi dziadek, Naftali Lejzer Zylberberg, o długiej, mlecznobiałej brodzie i ostrym spojrzeniu, był nauczycielem w miejscowej jesziwie. W sierpniu 1920 roku razem z innymi chasydami opłakiwał zabitego rabina Szpira. Wdowa po dziadku Beniaminie Askanasie, Taube Estera, prowadziła sklep z galanterią (mieszkała na Starym Rynku, ściana w ścianę ze Zgromadzeniem Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, gdzie w 1931 roku spracowana ponad ludzkie siły siostra Faustyna Kowalska miała zobaczyć Jezusa).
Żyli tu od wieków. Rodziny Zylberbergów, Askanasów, Morsztejnów, Libermanów, Turkeltaubów, Lewenbergów, Bramów, Notów. Na Starym Rynku, Grodzkiej, Bielskiej, Jerozolimskiej, Synagogalnej. Dowody ich istnienia wypełniają księgi urodzeń, małżeństw i zgonów przechowywane w płockim Archiwum Państwowym. Tutejsza wspólnota była jedną z najstarszych w Polsce (pierwsza wzmianka o płockich Żydach pochodzi z 1237 roku). Jednak polscy mieszkańcy wciąż traktowali żydowskich sąsiadów jak nieproszonych gości.
W 1922 roku Abram i Helena z maleńkim synem wyjechali z Płocka.
Róg Ceglanej i Waliców
W Warszawie był już brat Heleny, Natan, handlarz jedwabnymi chusteczkami (krótko przed wojną wyjedzie z rodziną do Tel Awiwu). To on najpewniej pomógł szwagrowi znaleźć pracę. Abram Zylberberg został księgowym w biurze Keren ha-Jesod (założona w 1920 roku organizacja wspierała finansowo żydowskie osadnictwo w Palestynie). Od 1929 roku w miejscu zamieszkania prowadził też firmę Sprzedaż Wyrobów Żelaznych Abram Zylberberg.
Ben po latach określał ojca mianem „białego kołnierzyka”. W międzywojennej nomenklaturze był „prywatnym urzędnikiem”, czyli pracownikiem umysłowym zatrudnionym w sektorze pozarządowym. Mówił w kilku językach (syn odziedziczył po nim lingwistyczne zdolności). Jego szef w 1931 roku wyemigrował do Palestyny. Czy i Abram marzył o wyjeździe z Polski?
– Dziadek nie był syjonistą z przekonania – twierdziła Janina Nadaner. – To była po prostu jego praca.
Nie nauczył syna hebrajskiego, choć posłał go do syjonistycznej organizacji skautowskiej. Chłopiec nie znał też jidysz.
Ben niewiele opowiadał o ojcu. Janina zapamiętała jedynie pojedyncze zdania: – Mówił, że dziadek miał objawy depresji, choć, rzecz jasna, wtedy nikt tego tak nie nazywał.
Matka Beniamina, Helena, brunetka o niebieskich oczach, kobieta energiczna i inteligentna, marzyła podobno o studiowaniu stomatologii. Ale płatna nauka była dostępna dla niewielu – zwłaszcza kobiet. Helena Zylberberg zajmowała się domem. Życiowe ambicje przelała na syna.
(Zachowało się zdjęcie najwyżej kilkunastomiesięcznego Beniamina z matką – ta w falowane włosy wpięła grzebyk, nie uśmiecha się do obiektywu).
Zylberbergowie zamieszkali na skraju dzielnicy północnej, blisko Śródmieścia. Na ulicy Ceglanej, gdzie dominowali przedstawiciele wolnych zawodów.
Wąska kamienica numer 10 była przytulona boczną ścianą do Waliców 10 i 12, tylną – do 14. Budynki tworzyły jeden zwarty blok. Ceglana 10 miała dwa następujące po sobie podwórka. W tym głębszym w dwóch pokojach na drugim piętrze żyli Zylberbergowie. Tu w 1925 roku urodziła się jedyna siostra Bena – Miriam, zwana Marylką.
Starsza córka Helena Brus: „O swojej siostrze mój ojciec właściwie nie opowiadał. Tylko tyle, że była to dziewczynka piękna i dobra”.
(Zostało po niej zdjęcie wykonane tuż przed wybuchem wojny: przytulone głowami rodzeństwo, ona z kręconymi włosami, w marynarskim mundurku, uśmiechnięta, on cztery lata starszy, wyższy i jakby przestraszony).
Ich okolica znacznie różniła się od Muranowa, serca dzielnicy północnej. Strzeliste kamienice o secesyjnych zdobieniach i budynki wczesnego modernizmu tworzyły wielkomiejski klimat. Od Waliców 11 ciągnął się mur (w 1940 roku stał się granicą getta) wybudowanych w XIX wieku browarów Hermana Junga. Na drugim końcu ulicy podziw przechodniów budził monumentalny gmach Szkoły Handlowej Warszawskiego Zgromadzenia Kupców – jeden z pierwszych stołecznych budynków, w którym zabłysło elektryczne światło.
Mimo przeprowadzki Zylberbergowie wracali do Płocka. Najczęściej Wisłą – była to wtedy najpopularniejsza droga. Prom rzeczny zabierał pasażerów z przystanku niedaleko Mostu Kierbedzia. Kursował do Płocka cztery razy dziennie.
Mały Ben bał się tych podróży. Gdy miał dziewięć lat, pojechał na pogrzeb babci Taube Estery Askanas, tej od sklepu z galanterią. Gdy skończył trzynaście lat – do dziadka Zylberberga na bar micwę, uroczystość przejścia z dzieciństwa w dorosłość.
Ben: „Przywitał mnie bardzo uroczyście. Spędził kilka dni, ucząc mnie, jak ma się zachowywać człowiek dorosły. Wziął mnie na szabas do swojej małej synagogi. Musiałem uczestniczyć w obrządku, czytać z Tory. Wciąż to pamiętam. Dziadek wręczył mi mały złoty zegarek. Coś złotego dawało się chłopcu na barmicwę, jeżeli to było możliwe. Nawet jeśli to był drobiazg. Dla mojego dziadka było to coś specjalnego, ponieważ byłem jego najstarszym wnukiem. Nie jestem religijnym człowiekiem, ale respektuję żydowskie tradycje” – napisał po latach do najstarszego wnuka z okazji jego bar micwy.
* * *
Kamienice na Waliców numer 10 i 12 cudem przetrwały wojnę. Front czternastki podczas powstania warszawskiego zniszczyły pociski, ale zachowała się oficyna.
Ceglana 10 po wyzwoleniu też wciąż jeszcze stała. Była jednak zbyt zniszczona, by ją zachować, choć zimą 1945 roku w na wpół zburzonych mieszkaniach schronili się ludzie (przypadkowi – prawowitych wywieziono stąd bezpowrotnie trzy lata wcześniej). Dziś jest tu ugór i parking.
Ostańce (tak zaczęto nazywać ocalałe budynki stojące wśród ruin) dostały drugie życie. Do dwunastki i dziesiątki wprowadzili się nowi mieszkańcy. I choć zdewastowane, zasypane gruzem i odpadkami klatki schodowe sprawiały wrażenie od dawna opuszczonych, do 2018 roku wciąż żyli tu ludzie. Najsłabsi, najstarsi, zapomniani – lokatorzy komunalni.
Pani A. przyszła pod numer 10 odwiedzić teściową. Na Waliców wprowadziła się w latach siedemdziesiątych, do męża i jego matki. Jakiś czas temu przeniesiono ich do mieszkania zastępczego. Staruszka została.
– Przed wojną było tu ładnie, nawet winda była, ale potem bomba czy coś, tak ludzie opowiadali. Mieszkali tu Żydzi, a jakże, Polaków na takie apartamenty nie było wtedy stać. Po wojnie wrócił tu dawny właściciel. Oczywiście z Izraela. Szybko zwęszył, co to za ustrój ten PRL, i wziął nogi za pas. A teraz Żydzi przyjeżdżają tu na wycieczki. I trzeba przyznać, że zachowują się bardzo niekulturalnie. Co robią? Ano stoją tak całą grupą, że przejść nie można. No to pokazałam im wiadomy palec. Owszem, zachowałam się niekulturalnie, ale to oni pierwsi zaczęli.Przypisy
Some memories never die. Some memories that never die are worth forgetting (ang.) – Niektóre wspomnienia nigdy nie umierają. Niektóre wspomnienia, choć nigdy nie umierają, są warte zapomnienia.
Kuzynka Felicji Danielak, Dora Szczuczyńska-Krymolowski, twierdziła, że jej wuj Jankiel Danielak był kupcem, co nie musiało się wykluczać – część rzemieślników zajmowała się również handlem.
Jankiel to pochodna hebrajskiego imienia Jaakow (Jakub).
Drzewo genealogiczne Włodzimierza Brusa na podstawie kwerendy w Archiwum Państwowym w Płocku.
Keren ha-Jesod (hebr.) – Fundusz Podwalin.
Mieszkał tu zmarły w 1915 r. pisarz, jeden z „ojców” literatury jidysz, i adwokat Icchok Lejb Perec – po wojnie ulica dostanie jego imię.
Obecnie w tym miejscu jest Most Śląsko-Dąbrowski.
Na Bonifraterskiej 14 mieściły się aż cztery szkoły powszechne: nr 5, 148, 174 i 175.
Pacierz jest spolszczeniem łacińskiego wyrazu pater i wywodzi się z katolickiej modlitwy Ojcze nasz. Wolińska, opowiadając po ponad pół wieku o żydowskim domu rodzinnym, posługuje się chrześcijańską nomenklaturą, narzuconą po wojnie przez kulturę dominującą.
W 1936 r. szkoła przeniosła się na pobliski Plac Krasińskich.
Ha-Szomer ha-Cair (hebr.) – Młody Strażnik.
Haszomrzanki – nazwa od Ha-Szomer ha-Cair.
Bezprizorny (ros. biesprizornik) – nieletni pozbawiony opieki, żyjący na ulicy. Fala „dzieci ulicy” pojawiła się w Rosji radzieckiej w wyniku wojny domowej 1917–1922.
Marek Edelman uczył się w szkole Centralnej Żydowskiej Organizacji Szkolnej (CISzO), a potem w Gimnazjum Spójni, zanim przeniósł się do zdominowanej przez ONR Szkoły Handlowej Zgromadzenia Kupców.
Organizacja zmieniała nazwę. Na potrzeby tej książki będę stosować – za bohaterami – jedynie nazwę Rewolucyjny Związek Niezamożnej Młodzieży Szkolnej (RZNMS).
Organizacja „Życie” (najpierw Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Życie”, od 1933 r. Organizacja Młodzieży Socjalistycznej „Życie”) zrzeszała komunizującą młodzież akademicką. Działała na terenie wyższych uczelni – najliczniej w Warszawie. Domagała się prawa do bezpłatnej nauki i przeciwstawiała ograniczeniu dostępu do studiów młodzieży mniejszości narodowych.
Nikołaj Bucharin (1888–1938) – ideolog partii bolszewickiej, ofiara stalinowskiej wielkiej czystki.
Stefania Sempołowska (1869–1944) – działaczka Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR), opiekująca się więźniami politycznymi i ofiarami faszystowskiego terroru, obrończyni praw człowieka.